Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 235 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Calico Joe - John Grisham

Poruszająca opowieść o dzieciństwie, rodzinie, konflikcie, winie i jej przebaczeniu.

W roku 1973 jedenastoletni wówczas Paul Tracey był naocznym świadkiem nieczystego zagrania, którym w trakcie meczu jego ojciec, Warren, miotacz drużyny baseballowej New York Mets, trwale okaleczył gwiazdę drużyny Cubs, Joe’go Castle, z premedytacją ciskając mu piłką w głowę.

Mija trzydzieści lat. Na wieść, że ojciec umiera na raka, wracają wspomnienia tamtej tragedii sprzed ponad ćwierć wieku. Paul uznaje, że najwyższy czas ustalić, co się naprawdę wydarzyło na stadionie baseballowym w pamiętnym 1973 roku. Zawozi chorego ojca do Calico Rock w Arkansas, gdzie mieszka Joe Castle, żeby skonfrontować winowajcę z jego ofiarą. Wóz albo przewóz – podadzą sobie po latach ręce albo nie.

Opinie o ebooku Calico Joe - John Grisham

Fragment ebooka Calico Joe - John Grisham

Wydanie elektroniczne

JOHN GRI­SHAM

Au­tor 28 po­wie­ści (w tym trzech dla mło­dzie­ży), fa­bu­la­ry­zo­wa­ne­go re­por­ta­żu oraz zbio­ru opo­wia­dań. Jego książ­ki uka­zu­ją się w 40 ję­zy­kach, a ich łącz­ny na­kład osią­gnął 275 mi­lio­nów eg­zem­pla­rzy. Aż osiem po­wie­ści Gri­sha­ma zo­sta­ło ze­kra­ni­zo­wa­nych. W 2011 pi­sarz otrzy­mał pre­sti­żo­wą na­gro­dę li­te­rac­ką Har­per Lee Pri­ze.

www.jgri­sham.com

Tego au­to­ra

FIR­MA

KAN­CE­LA­RIA

ZA­KLI­NACZ DESZ­CZU

KRÓL OD­SZKO­DO­WAŃ

WIĘ­ZIEN­NY PRAW­NIK

OSTAT­NI SPRA­WIE­DLI­WY

CA­LI­CO JOE

NIE­WIN­NY CZŁO­WIEK

RA­PORT PE­LI­KA­NA

KO­MO­RA

PO­DA­RUJ­MY SO­BIE ŚWIĘ­TA

TRE­NER

UŁA­SKA­WIE­NIE

APE­LA­CJA

BRAC­TWO

TE­STA­MENT

The­odo­re Bo­one

OSKAR­ŻO­NY

AK­TY­WI­STA

Jake Bri­gan­ce

CZAS ZA­BI­JA­NIA

SY­CA­MO­RE ROW

Ty­tuł ory­gi­na­łu:

CA­LI­CO JOE

Co­py­ri­ght © Bel­fry Hol­dings Inc. 2012

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros A. Ku­ry­ło­wicz 2013

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Ja­cek Ma­nic­ki 2013

Re­dak­cja: Do­ro­ta Ja­ku­bow­ska

Kon­sul­ta­cja spor­to­wa: Pa­weł Ro­jek

Zdję­cie na okład­ce: Ab­bitt Pho­to­gra­phy/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okład­ki: An­drzej Ku­ry­ło­wicz

ISBN 978-83-7885-104-2

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

CALICO JOE

Rozdział 1

W ze­szłym ty­go­dniu mo­je­mu ojcu wy­cię­to guza trzust­ki. Po ope­ra­cji, któ­ra trwa­ła pięć go­dzin i była trud­niej­sza, niż prze­wi­dy­wa­li chi­rur­dzy, szpi­tal po­in­for­mo­wał bli­skich, że więk­szo­ści pa­cjen­tów w tym sta­nie po­zo­sta­je co naj­wy­żej dzie­więć­dzie­siąt dni ży­cia. Po­nie­waż nie wie­dzia­łem nic ani o ope­ra­cji, ani o no­wo­two­rze, nie było mnie przy ogła­sza­niu tego wy­ro­ku śmier­ci. Oj­ciec do ko­mu­ni­ka­tyw­nych nie na­le­ży. Przed dzie­się­ciu laty roz­wiódł się z któ­rąś tam z ko­lei żoną i za­nim wieść o tym do­tar­ła do mnie, on już miał na­stęp­ną.

Jego obec­na żona, Agnes – pią­ta czy może szó­sta z ko­lei – za­dzwo­ni­ła do mnie już po fak­cie, przed­sta­wi­ła się i opi­sa­ła w szcze­gó­łach, co to za no­wo­twór i co się z nim wią­że. Po­wie­dzia­ła, że oj­ciec nie czu­je się naj­le­piej i nie chce z ni­kim roz­ma­wiać. Od­par­łem, że to dla mnie nie no­wi­na, bo on nig­dy nie był sko­ry do roz­mo­wy, nie­za­leż­nie od sa­mo­po­czu­cia. Po­pro­si­ła, że­bym po­wia­do­mił resz­tę ro­dzi­ny. Mia­łem już za­py­tać: „Po co?”, ale ugry­złem się w ję­zyk. Nie chcia­łem spra­wiać przy­kro­ści tej bied­nej ko­bie­cie.

Ta resz­ta ro­dzi­ny skła­da się z mo­jej młod­szej sio­stry, Jill, i z mo­jej mat­ki. Jill miesz­ka w Se­at­tle i, o ile mi wia­do­mo, ostat­ni raz z na­szym oj­cem roz­ma­wia­ła do­bre dzie­sięć lat temu. Ma dwo­je ma­łych dzie­ci, któ­re nie zna­ją dziad­ka i już go pew­nie nie po­zna­ją. Mał­żeń­stwo mo­ich ro­dzi­ców trwa­ło dwa­na­ście lat i dla mat­ki było ge­hen­ną. W koń­cu nie wy­trzy­ma­ła, po­wie­dzia­ła „ba­sta” i ode­szła od ojca, za­bie­ra­jąc ze sobą mnie i Jill. Smut­na wia­do­mość, że jego dni są po­li­czo­ne, ra­czej mało ją obej­dzie, po­my­śla­łem.

Po te­le­fo­nie od Agnes sia­dam za biur­kiem i pró­bu­ję so­bie wy­obra­zić, jak mi się bę­dzie żyło bez ojca, bez War­re­na. Za­czą­łem mó­wić mu po imie­niu na stu­diach, bo był już wte­dy dla mnie bar­dziej kimś ob­cym niż oj­cem. Nie opo­no­wał. Za­wsze było mu obo­jęt­ne, w ja­kiej for­mie się do nie­go zwra­cam, a ja za­wsze od­no­si­łem wra­że­nie, że wo­lał­by, że­bym w ogó­le się do nie­go nie od­zy­wał. Ja się jed­nak na to od cza­su do cza­su zdo­by­wa­łem; on nig­dy.

Po kil­ku mi­nu­tach przy­zna­ję sam przed sobą, że bez War­re­na bę­dzie mi się żyło tak samo jak z nim.

Dzwo­nię do Jill i prze­ka­zu­ję no­wi­nę. Jej pierw­sze py­ta­nie, to czy wy­bie­ram się na po­grzeb. Chy­ba za wcze­śnie, by o tym my­śleć. Po­tem pyta, czy nie wy­pa­da­ło­by jej wy­brać się do ojca z wi­zy­tą, przy­wi­tać się z nim i po­że­gnać za­ra­zem, uda­jąc przy­gnę­bie­nie, któ­re­go wca­le nie od­czu­wa. Ja też go nie od­czu­wa­łem i obo­je to przy­zna­je­my. Nie ko­cha­my War­re­na, bo sami by­li­śmy mu za­wsze obo­jęt­ni. Po­rzu­cił ro­dzi­nę, kie­dy by­li­śmy jesz­cze dzieć­mi, i przez ostat­nie trzy­dzie­ści lat w ogó­le się nami nie in­te­re­so­wał. Jill i ja je­ste­śmy te­raz obo­je ro­dzi­ca­mi i nie mie­ści nam się w gło­wach, żeby oj­ciec mógł trak­to­wać swo­je dzie­ci jak po­wie­trze.

– Nie, ja tam nie jadę – mówi w koń­cu Jill. – Ani te­raz, ani na po­grzeb. A ty?

– Sam nie wiem – bą­kam. – Mu­szę się jesz­cze za­sta­no­wić.

A praw­da jest taka, że pod­ją­łem już de­cy­zję i po­ja­dę się z nim zo­ba­czyć. W swo­im ży­ciu spa­lił za sobą więk­szość mo­stów, ale zo­sta­ła jesz­cze pew­na po­waż­na, nie­do­koń­czo­na spra­wa, z któ­rą bę­dzie się mu­siał przed śmier­cią zmie­rzyć.

Moja mat­ka miesz­ka z dru­gim mę­żem w Tul­sie. W szko­le śred­niej za War­re­nem sza­la­ły wszyst­kie dziew­czy­ny, ona zaś była wśród nich nie­kwe­stio­no­wa­ną kró­lo­wą i mia­ła naj­więk­sze po­wo­dze­nie u chłop­ców. Ich ślub był w mia­stecz­ku wiel­kim wy­da­rze­niem, ale po paru la­tach mał­żeń­stwa z War­re­nem cała eu­fo­ria opa­dła. Wiem, że od wie­lu lat się do sie­bie nie od­zy­wa­ją, bo i nie mają o czym roz­ma­wiać.

– Mamo – mó­wię do słu­chaw­ki, si­ląc się na sto­sow­nie fra­so­bli­wy ton – mam dla cie­bie smut­ną wia­do­mość.

– Co się sta­ło? – pyta jed­nym tchem, pew­nie prze­stra­szo­na, że cho­dzi o któ­reś z wnu­cząt.

– War­ren jest cho­ry. Rak trzust­ki, le­ka­rze dają mu naj­wy­żej trzy mie­sią­ce ży­cia.

Chwi­la mil­cze­nia, wes­tchnie­nie ulgi, po­tem:

– My­śla­łam, że on już nie żyje.

No i pro­szę. Na jego po­grze­bie nie bę­dzie tłu­mu po­grą­żo­nych w ża­ło­bie człon­ków ro­dzi­ny.

– Przy­kro mi – mówi mat­ka, ale ja wy­czu­wam, że wca­le nie jest jej przy­kro. – Chy­ba sam bę­dziesz mu­siał się tym za­jąć.

– Na to wy­glą­da.

– Na mnie nie licz, Paul. Za­dzwoń, jak już bę­dzie po wszyst­kim. Nie in­te­re­su­je mnie, co się dzie­je z War­re­nem.

– Ro­zu­miem, mamo.

Po­bił ją kil­ka razy na mo­ich oczach, a pew­nie ro­bił to czę­ściej. Pił, uga­niał się za ba­ba­mi i wiódł hu­lasz­cze ży­cie za­wo­do­we­go ba­se­bal­li­sty. Był aro­ganc­ki, za­ro­zu­mia­ły i od pięt­na­ste­go roku ży­cia przy­wy­kły do tego, że do­sta­je, co tyl­ko chce, bo on, War­ren Tra­cey, po­tra­fi prze­bić pił­ką ce­gla­ny mur.

Zmie­nia­my te­mat. Mat­ka pyta o dzie­ci, chce wie­dzieć, kie­dy je zno­wu zo­ba­czy. Uro­da i in­te­li­gen­cja po­zwo­li­ły jej sta­nąć na nogi po roz­sta­niu z War­re­nem. Wy­szła za nie­co star­sze­go od sie­bie męż­czy­znę, pre­ze­sa fir­my wiert­ni­czej, któ­ry za­pew­nił dach nad gło­wą mnie i Jill. Szcze­rze ko­cha moją mamę – i to naj­waż­niej­sze.

1 Ga­sho­use Gang – w wol­nym tłu­ma­cze­niu: Za­py­zial­cy; tak po­gar­dli­wie na­zy­wa­no Car­di­nal­sów, po­nie­waż wy­cho­dzi­li na bo­isko w nie­pra­nych od no­wo­ści, ob­szar­pa­nych stro­jach me­czo­wych, czym od sa­me­go po­cząt­ku roz­pra­sza­li za­wod­ni­ków dru­ży­ny prze­ciw­nej, wy­wo­łu­jąc wśród nich kon­ster­na­cję.

2 „Dom, któ­ry zbu­do­wał Ruth” – daw­ny sta­dion dru­ży­ny ba­se­bal­lo­wej New York Yan­ke­es, na­zwa­ny tak na cześć Babe’a Ru­tha (1895–1948), naj­słyn­niej­sze­go ba­se­bal­li­sty wszech cza­sów, któ­re­go szczyt ka­rie­ry przy­padł na okres bu­do­wy i otwar­cia tego obiek­tu.