Wydawca: AGORA SA Kategoria: Styl życia Język: polski Rok wydania: 2019

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 370 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Całe szczęście jestem kobietą - Roma Gąsiorowska, Sylwia Stano

„Kobieta może się realizować, dokonując różnych wyborów – jako żona albo singielka, z dziećmi lub bez nich, zostając w domu albo wybierając karierę. Może to wszystko połączyć lub nie. Mamy wiele możliwości rozwoju, ogromny potencjał i siłę, a co najważniejsze – wszystko zależy od nas. Spotykając się z bohaterkami, które naszym zdaniem mądrze przechodzą drogę, którą same sobie wyznaczają, chciałyśmy zainspirować inne kobiety do działania i do poszukiwania własnej ścieżki” – Roma Gąsiorowska i Sylwia Stano

Jak wygląda codzienność 10 wspaniałych rozmówczyń Romy Gąsiorowskiej i Sylwii Stano? Jak sobie radzą z sukcesami i porażkami? Jak się regenerują? Skąd czerpią energię? Czy wierzą w work-life balance? Jak budują relacje z partnerami? Czym według nich jest kobiecość? Co sądzą o macierzyństwie?
Wśród rozmówczyń znajdują się Olga Chajdas, Sylwia Chutnik, Anna Dymna, Marta Frej, Julia Izmałkowa, Joanna Keszka, Olga Kozierowska, Julia Kuczyńska (Maffashion), Beata Sadowska i Grażyna Torbicka.

Opinie o ebooku Całe szczęście jestem kobietą - Roma Gąsiorowska, Sylwia Stano

Fragment ebooka Całe szczęście jestem kobietą - Roma Gąsiorowska, Sylwia Stano

Redakcja: Jacek Świąder

Korekta: Monika Ochnik

Research: Jagoda Kwiatkowska

Zdjęcie na okładce: Albert Zawada/Agencja Gazeta

Projekt okładki: Andrzej Pągowski

Skład i łamanie: Maciej Trzebiecki

Przygotowanie zdjęć do druku: Paweł Bajer

Opracowanie graficzne: W-arte

Dyrektor kreatywny projektu: Roma Gąsiorowska

Opieka artystyczna: Michał Bojara

Projekt layoutu: Dominika Raczkowska

Zdjęcia: Katarzyna Ładczuk

Retusz: Andrzej Swat

Project manager: Katarzyna Skrzypek

WYDAWCA

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Karolina Mikulicz

Copyright © by Roma Gąsiorowska & Sylwia Stano

Copyright © by Agora SA 2019

Copyright © for photo by W-arte sp. z o.o.

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2019

Wydanie I

ISBN 978-83-268-2826-3 (epub), 978-83-268-2827-0 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

OD AUTOREK

Pewna kobieta z Bagdadu chciała obiec świat. Umówiła się z mężem, że codziennie rano przebiegnie sześć kilometrów, a on w tym czasie zajmie się ich trzema córkami i wspólnym sklepem z warzywami. Ludzie się dziwili: „Co za szalony pomysł? Czy to w ogóle możliwe?” – pytali sufiego. Mistrz odpowiadał, że obiegnięcie kuli ziemskiej jest trudne, ale każdy dystans można pokonać, jeśli podzieli się go na małe odcinki i codziennie będzie się dążyć do celu. Wszyscy przyzwyczaili się do biegnącej kobiety i nikt już nie zwracał na nią uwagi, a ona co dzień o wschodzie słońca pokonywała kolejne sześć kilometrów. Po dziesięciu latach przestała biegać. Obiegła cały świat. Ktoś zapytał, dlaczego nie świętuje. Odpowiedziała: „Sława nie jest mi potrzebna. Chciałam pokazać moim córkom, jak obiec kulę ziemską”.

Opowieści sufickie (tę przytaczamy za książką Marka Kochana Turban mistrza Mansura) prostymi słowami i z humorem przekazują uniwersalne mądrości. Taką wiedzę niosą również rozmowy, opowieści z życia, doświadczenie. My, kobiety, potrafimy się nią dzielić w szczególny sposób. Przez całe życie obserwujemy siebie nawzajem. Podpatrujemy rytuały kobiet starszych od nas, patrzymy, w jaki sposób eksplorują swoją kobiecość.

Ta książka jest kontynuacją takiego kobiecego przekazywania doświadczeń. Stąd rozmowy o rzeczach czasem tak naturalnych jak poszukiwanie siebie i tworzenie własnych rytuałów codzienności. Może to być picie porannej kawy, słuchanie muzyki, zachwyt nad piękną chwilą i umiejętność cieszenia się małymi rzeczami. Albo taniec, bieganie, eklerka na deser. Własne sposoby radzenia sobie z codziennością są niezbędne do tego, aby radzić sobie z emocjami. Tymi trudnymi, ale też tymi, które towarzyszą nam stale. Tymi, które przytłaczają, i tymi, które dodają sił.

Naszym głównym tematem nie jest utwierdzanie kobiecych ról. Przeciwnie – zmiana. Ta książka jest zapisem rozmów z kobietami na temat nowej definicji kobiecości i rozumienia sukcesu oraz tego, o co w związku z tą przemianą warto zadbać.

Kobieta może się realizować, dokonując różnych wyborów – jako żona albo singielka, z dziećmi lub bez nich, zostając w domu albo wybierając karierę. Może to wszystko połączyć lub nie. Mamy wiele możliwości rozwoju, ogromny potencjał i siłę, a co najważniejsze – wszystko zależy od nas. Możemy realizować się na różnych polach, ale na początek musimy zdać sobie sprawę z tego, na co konkretnie mamy wpływ, i świadomie podjąć decyzję. Tylko wtedy będziemy naprawdę szczęśliwe.

Żeby jednak być szczęśliwą, trzeba czasem podjąć kilka radykalnych decyzji. Jeśli nie potrafimy postawić granicy w łagodny i czuły sposób – bez agresji czy lęku – prawdopodobnie nie osiągniemy swojego celu. Każdego dnia musimy odpowiednio się nastroić i nastawić właściwe energetyczne wibracje, żeby pokonać przeszkody i trudności życia. Warto poszukać sposobu, który zapewni nam wewnętrzny spokój – dzięki temu poczujemy miłość do siebie i innych i będziemy umiały się podzielić tym, co mamy.

Spotykając się z kobietami, które naszym zdaniem mądrze przechodzą drogę, którą same sobie wyznaczają, chciałyśmy zainspirować inne kobiety do działania i do poszukiwania własnej ścieżki. Nasze bohaterki są w różnym wieku i pochodzą z różnych światów. Każda inaczej definiuje kobiecość. Jedne poświęciły życie albo jego część na walkę i pomoc słabszym. Inne potrafią zainspirować setki kobiet. Ale każda z naszych bohaterek osiągnęła sukces dzięki temu, jaka jest. Wszystkie są autentyczne, a miejsce, w którym są, wynika z doświadczenia i codziennej pracy. Z przebiegania codziennie sześciu kilometrów, aby kiedyś obiec cały świat.

Do rozmowy zaprosiłyśmy: Olgę Chajdas, Sylwię Chutnik, Annę Dymną, Martę Frej, Julię Izmałkową, Joannę Keszkę, Olgę Kozierowską, Julię Kuczyńską (Maffashion), Beatę Sadowską i Grażynę Torbicką. Każdej z nich byłyśmy ciekawe i za każdą chętnie podążyłyśmy. W rozmowach unikałyśmy pytań o pracę czy najnowsze osiągnięcia prywatne bądź zawodowe, chodziło nam o codzienność. Jak sobie radzą z sukcesami i porażkami? Jak się regenerują? Skąd czerpią energię? Czy wierzą w work-life balance? Ważną kwestią dla nas było też to, jak budują relacje z partnerami.

Chciałybyśmy, żeby nasza książka wspierała kobiety. Poruszamy w niej tematy, o których często się myśli, ale rzadziej mówi publicznie. Mężczyźni też po lekturze tej książki będą mogli lepiej zrozumieć kobiety. Nowa definicja kobiecości nie jest pomyślana przeciwko mężczyznom – odwrotnie. Traktujemy ją jak szansę dla obojga na zaistnienie w nowej sytuacji, w której każdy będzie mógł w pełni zrealizować siebie. Kobieta z sufickiej opowieści nie zdołałaby obiec kuli ziemskiej, gdyby nie wsparcie partnera.

W tej książce dużo jest też nas. Pytamy o rzeczy dla nas ważne i dzielimy się własnymi doświadczeniami. Roma w najtrudniejszych momentach swojego życia jechała nad morze, biegała albo po prostu szła do parku pohuśtać się na huśtawce. Na studiach zaczęła medytować, praktykować jogę, trenować tai-chi i capoeirę. Dla Sylwii ucieczką też było morze i żagle, poza tym nałogowe czytanie i śpiew operowy. Od dziecka praktykuje jogę i tai-chi. Obie lubimy zmieniać perspektywę i wychodzić poza utarte schematy. Obie kochamy słodycze.

Definicja kobiecości to dopiero pierwszy krok na drodze do zmiany świadomości. Ale to dla nas ważny początek czegoś wielkiego i pięknego. Kilka sześciokilometrowych odcinków naszej własnej drogi dookoła świata.

Roma Gąsiorowska i Sylwia Stano

OLGA KOZIEROWSKA

twórczyni organizacji Sukces Pisany Szminką,

dziennikarka,

mówczyni motywacyjna

Każdego dnia struga sobie w myślach medal za to, w czym była najlepsza. O 14 wciska rytualną pauzę i się wycisza. Kiedy przychodzi kryzys, nie narzeka. Wykorzystuje ten moment, żeby zadać sobie kluczowe pytanie: czego tak naprawdę chce? Odeszła z korporacji, by żyć po swojemu, ale wprowadziła w swojej rodzinie pewne narzędzia, których używa się w biznesie. Na przykład update.

Sylwia Stano: „Życie to nie bajka – raz jesteśmy na wozie, innym razem pod nim, ale właśnie to bycie pod uczy nas i rozwija” – tak mówisz kobietom. Chyba nikt nie lubi ponosić porażek. Dlaczego postanowiłaś odczarować kryzys?

Olga Kozierowska: Właśnie dlatego, że nikt go nie lubi. A tylko trudne sytuacje nas rozwijają i uczą czegoś o nas samych oraz o innych ludziach obecnych w naszym życiu. Każdy by chciał, żeby było idyllicznie, ale jeżeli cały czas byłoby jak w bajce, czy nazwalibyśmy jeszcze coś szczęściem? Myślę, że nie.

Uważam, że kryzys jest darem. Często tkwimy w czymś, co zdecydowanie nie daje nam szczęścia. To może dotyczyć sytuacji osobistej lub zawodowej, na przykład związku, w którym naprawdę nie powinniśmy być, albo pracy, która nas nie bawi, na którą narzekamy od dwóch lat i nadal w niej tkwimy. Kiedy ktoś nas zostawia albo zwalniają nas z pracy, przychodzi kryzys. Myślimy: „Nigdy już chłopa nie znajdę, nigdy pracy nie znajdę”.

S.S.: To najlepszy moment, żeby się zastanowić, czego tak naprawdę chcemy?

Najważniejsza jest refleksja, która powinna przyjść w chwili, kiedy przytrafia się coś trudnego. Nie myślmy o tym, co się stało – dlaczego mój partner coś zrobił, dlaczego szef mnie zwolnił. Kiedy nieustannie o tym myślimy, w naszej narracji i myślach zamiast nas samych pojawiają się inni. Mówię sobie wtedy: „Olga, wróć! Stop!”, i zadaję sobie kluczowe pytanie: „Czego ja chcę?”.

Roma Gąsiorowska: Żeby podejmować kolejne wyzwania, trzeba znaleźć w sobie siłę. Pytania o to, kim chcę być, kim jestem, czy to było dla mnie dobre, czy mam siłę pójść dalej, są pomocne. Zdarza się jednak, że prowokujemy tę drugą stronę – osobę, z którą jesteśmy w związku, czy pracodawcę – do tego, żeby podjęła decyzję za nas. Robimy to z lęku przed porażką?

To złożona kwestia. Pierwsza rzecz to właśnie siła. Pytanie, czy naprawdę jej nie ma? Może spychamy ją na drugi plan, bo wolimy być ofiarą, co jest po prostu wygodniejsze. Często faktycznie doprowadzamy do tego, że ktoś nas zostawia albo zwalnia z pracy. Dzieje się tak dlatego, że w środku po prostu wiemy, co jest dla nas dobre.

R.G.: I pozwalamy na to.

Tak. Przykład: ktoś pracuje u ciebie przez rok i czujesz, że wciąż jest niezadowolony. Nawet jak się z tobą wita, to jest to: „Cześć, u mnie jest beznadziejnie”. Co więcej, taki pracownik zaraża negatywną energią wszystkich dookoła. Przychodzi do domu – czego pewnie nie słyszysz jako pracodawca – i skarży się, że ma beznadziejną pracę i że musi coś z tym zrobić. Ktoś może radzi tej osobie, żeby zmieniła pracę. Jednak twój pracownik uważa, że na pewno nigdzie go nie przyjmą, bo przecież jest beznadziejny. Do tego odczuwa naturalny lęk przed zmianą. Tak tkwi, bo lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu. Według mnie to największy problem – zaakceptowanie swojej przeciętności. Tego wróbla! To odbiera motywację do zmiany.

S.S.: Łatwiej nam przychodzi narzekanie i krytyka?

Zdecydowanie. Siedzisz na kanapie, wiesz, że twoja koleżanka osiągnęła sukces. Szlag cię trafia, ale dalej siedzisz na kanapie i myślisz: „Tata jej załatwił, mąż kupił, miała szczęście, udało jej się”. Uwielbiam słowa: „Udało jej się”. Życie to nie bajka. Nie jest łatwe, nie jest lekkie, nic się nie „udaje”! To ciężka praca. Tak samo jak praca nad sobą, nad swoim wnętrzem, nad tym, żeby tę moc posiąść, budować i wzmacniać.

R.G.: W wielu sytuacjach prowadziła mnie intuicja. Toksyczne relacje, które mnie niszczyły, starałam się ucinać. Jeśli opowiadasz o tym kobiecie w podobnej sytuacji, to już jej pomagasz. Mówimy o tym, jakim nauczycielem może być dla nas trudne doświadczenie. Wszystko, czego doświadczamy, wzmacnia nas, ale tylko wtedy, jeśli my same sprawimy, że negatywne emocje nie pochłoną naszej energii.

Powiedziałaś o rzeczy, która dotyczy poczucia sprawczości. Deklaracja, że się chce inaczej, wymaga odwagi. Ale mówi się, że odwaga to działanie mimo lęku. Jestem zwolenniczką tej definicji. Wszystko jest w głowie i w tym, jak na coś patrzysz. Dla jednego kryzys wewnętrzny może być końcem świata, dla innego ścieżką do sukcesu, rozwoju i osiągnięcia szczęścia. To zależy tylko od jednostki, jak postanowi patrzeć na to i na wszystko w życiu. Podjęcie decyzji, że chcę coś inaczej, to już wielki krok. Ale najważniejsze to wiedzieć, czego się chce.

S.S.: Rozmawiamy o porażkach w życiu prywatnym i zawodowym. Co jest dla nas kryzysem? To też wymaga definicji.

Spotykam się podczas szkoleń z tysiącami Polek i obszarem, na który one narzekają, jest zdecydowanie poczucie własnej wartości. Pewność siebie to coś innego. Mówimy o kimś: „Jak to? Przecież ona jest taka pewna siebie. Uważa, że jest fajna. Patrzy w lustro i akceptuje siebie. Wszystko jest ekstra!”. A tymczasem to nieprawda.

S.S.: Czym jest w takim razie pewność siebie?

Postawą, którą nabywa się z doświadczeniem, czasem z wiedzą. Możesz być pewna siebie, kiedy się przygotujesz do egzaminu. Ale jak ci zabiorą tę wiedzę, możliwość wzięcia udziału w egzaminie i postawią cię na wyspie w samych majtkach, a do tego zabiorą zegarek, samochód, dom, pozycję, rodzinę, to kim będziesz? To moment, w którym wiesz, czy masz poczucie własnej wartości, czy nie masz.

S.S.: Skąd czerpać poczucie własnej wartości?

Zaczęłam odbudowywać poczucie własnej wartości mniej więcej po 30. roku życia.

S.S.: Dlaczego tak późno?

Wcześniej byłam pewna siebie, ale nie miałam poczucia, że mogę być naprawdę sobą i że taką mnie zaakceptuje środowisko. Z domu rodzinnego wyszłam jako zakompleksiona perfekcjonistka, która nigdy nie była wystarczająco dobra. Z tym uczuciem walczyłam przez wiele lat.

Dziś jestem matką i wiem, że jeżeli chcę, by moja córka akceptowała swój wygląd, to ja muszę akceptować swój. Bo ona na mnie patrzy, kopiuje moje zachowania. Do tego nie mogę jej nigdy porównywać z innymi dziewczynkami. Wiem też, że muszę dać jej prawo mówienia „nie”, prawo do wyrażania własnych opinii i popełniania błędów. Tylko wtedy będzie miała poczucie sprawczości. Moje trzecie „wiem” to dać jej prawo dokonywania wyborów. Wybory te powinnam wspierać. Chcę, by realizowała własny scenariusz na życie, a nie mój. Nie chcę, by tak jak ja odważyła się na to dopiero w wieku dojrzałym.

Wiem, jak ciężką pracę trzeba wykonać, by zaprzeczyć negatywnym przekonaniom na własny temat, a następnie je zmienić.

S.S.: Potem już wszystko jest cudownie?

Raz jest cudownie, raz nie jest, bo stare mechanizmy zachowań potrafią wracać. Ale dziś znam siebie bardzo dobrze, wiem też, co jest źródłem moich negatywnych emocji. Wiem zatem, jak sobie z tym szybko poradzić.

S.S.: Wracając do kryzysów – co robisz, gdy masz problem?

Gdy przeżywam jakiś kryzys, to bardzo ograniczam opowiadanie o tym. Bo za każdym razem, gdy o tym opowiadam, przeżywam to ponownie. Kosztuje mnie to dużo energii.

Zdaję też sobie sprawę z tego, że poprzez skłonność do ciągłego dopowiadania sobie rzeczy, przypisywania innym określonych emocji, które są tylko w naszej wyobraźni, jakaś historia potrafi się rozrastać do rozmiarów słonia, nawet jeśli dotyczy sytuacji zupełnie nieznaczącej. Na przykład idziemy korytarzem w pracy, a koleżanka idzie z drugiej strony. Mówimy: „Cześć!”, a ona nam nie odpowiada. Można pomyśleć: „Po prostu się zamyśliła”, ale można też pomyśleć: „Ale ważniaczka, nawet »cześć« nie odpowie”.

Później wałkujemy temat. Dzwonimy do koleżanki albo mówimy komuś na imprezie firmowej: „Wiesz co, ta Jolka z działu kadr. Normalnie co za świnia, idę korytarzem, mówię do niej »cześć«, uśmiecham się, a ona nic! To pewnie dlatego, że awans dostała, ważna się zrobiła...”. A potem myślimy: „Jezu, a może Jolka dowiedziała się, że skrytykowałam jej pomysł na spotkaniu z Maćkiem. I teraz jest zła? A może...”. No i proszę, gotowe, mamy zamartwiania się na cały miesiąc.

R.G.: Jeśli chodzi o przyjaźń między kobietami, to długo męczyły mnie relacje opierające się na narzekaniu.

Ponarzekajmy sobie razem...

R.G.: Tak. Poza tym uważam, że kiedy jest problem, to i tak jesteś z nim sama. Mimo rozmów sama musisz podjąć decyzję i rozwiązać problem. A żeby wiedzieć jak, musisz się wyciszyć. Tysiące tematów i myśli przychodzą do nas codziennie, więc moim zdaniem wyciszenie powinno być naszą codzienną higieną. Masz swój rytuał na to, żeby pobyć sama ze sobą?

Boimy się ciszy, dlatego zagłuszamy ją telewizją, innymi ludźmi, muzyką. A cisza jest zbawienna. Mam zasadę pauzy, którą stosuję codziennie w różnych godzinach. Swego czasu rytualnie robiłyśmy taką pauzę w pracy, około godziny 14. Jedynie w ten sposób się regeneruję. Jestem ekstrawertykiem, uwielbiam ludzi, uwielbiam gadać, wygłupiać się, śmiać, ale regeneruję się tylko w ciszy.

R.G.: Żyjemy w pędzie, gonimy nawet za samorealizacją. Kobiety, które podejmują wyzwania, potrafią wyznaczyć sobie cel i dynamicznie idą do przodu, bywają przytłoczone decyzjami i obowiązkami. Chcą być na wszystkich polach perfekcyjne, a nie są. I muszą sobie z tym poradzić, zaakceptować siebie.

Godzina 15 – to mniej więcej czas, kiedy moja silna wola się wyczerpuje. Trudniej mi wtedy podejmować decyzje. I odmawiam ich podjęcia, szczególnie w sytuacji kiedy to ktoś inny oszczędza swoją silną wolę, wykorzystując ostatnie pokłady mojej! Przykłady: „Kochanie, jechać górą czy dołem?”, „Czy to logo na zaproszeniu powinno być większe, czy jest OK?”.

Wieczorami lubię posiedzieć w ciszy. Ta cisza jest różna, bo raz przypomina głębszą medytację, raz jest zaburzana myślami. I to też jest OK! Uwaga, to jest wiadomość dla perfekcjonistów: nie katujemy się, że źle medytujemy, tylko po prostu sobie odpuszczamy!

R.G.: Odpuszczamy i dalej myślimy?

Tak! Fajnym ćwiczeniem jest wyobrażenie sobie, że myśli przepływają jak chmury. Pierwsza jest na przykład chmura z mejlem, kolejna to myśl o niewykonanym telefonie, potem z twarzą koleżanki albo własną, i tak można te chmury-myśli przesuwać, aż przyjdzie taka, która da nam ulgę. Wtedy odpocznie i umysł, i ciało.

R.G.: A my wciąż biegniemy.

Jakie jest życie przeciętnej Polki, która ma dzieci i pracuje? Wstaje o szóstej, jeśli nie wcześniej, przygotowuje kanapki do szkoły, mocuje się z dzieckiem, które nie chce wstać ani się ubrać, jej partner, o ile ona żyje w nowoczesnym związku, pomaga lub stara się pomóc, choć nie zawsze jest mu to dane, bo ona wie lepiej... Potem korek, odwożenie dziecka, do pracy, w pracy stres, presja, by wszystko ogarnąć i wyjść o 17. Jeśli owa Polka nie ma wsparcia w bliskich i jeśli nie ma dodatkowych pieniędzy, żeby sobie kupić czas – żeby ktoś w domu posprzątał, ugotował obiad, odebrał dzieci – to musi to wszystko ogarnąć sama.

R.G.: Dlaczego sama?

Bo partnerski związek w Polsce wygląda tak, że ona zarabia, on zarabia i na tym się kończy partnerstwo. Mówi się, że emancypacja kobiet kończy się w momencie, kiedy ona otwiera drzwi do swojego mieszkania, bo wtedy zaczyna pracować na kolejnych etatach. Przy takim trybie życia przestajemy myśleć o sobie, o tym, czego pragniemy. Nawet o tym, jak z biegiem czasu zmieniły się nasze wartości.

R.G.: Co masz na myśli, gdy mówisz o wartościach?

Mam na myśli to, że co jakiś czas, w zależności od tego, co w danej chwili dzieje się w naszym życiu, dana wartość staje się ważniejsza od drugiej. Przy czym ta pierwsza nie znika.

Na przykład kiedy zachodzisz w ciążę, rodzina jest twoją najwyższą wartością. Ale za jakiś czas może to być rozwój albo wolność. Ponieważ jednak nie robimy update’u wartości, cały czas uważamy, że ta najbardziej oczywista, czyli rodzina, nadal jest i powinna być najważniejsza. Dlatego nie pozwalamy sobie na przykład na radość z rozwoju, robienia czegoś dla siebie, bo tę radość zaburza poczucie winy.

Każdy z nas kieruje się w życiu kilkoma kluczowymi wartościami. Pytanie brzmi, czy każdy wie jakimi. A jeżeli już wie, to czy pozwala sobie na świadome zmienianie priorytetu danych wartości.

S.S.: Która wartość jest dziś u ciebie na pierwszym miejscu?

Wolność, wolność wyboru.

R.G.: Mówiłaś o tym, jak ważne jest to, żeby umieć sobie odpuścić. A jak docenić samą siebie?

Kilka lat temu wymyśliłam sposób, który „sprzedaję” innym kobietom jak najczęściej. Każdego dnia strugam sobie w myślach medal. To medal za to, w czym byłam dziś najlepsza. Tylko jedno ważne zastrzeżenie – nie decyduję o tym rano.

S.S.: Nie decydujesz z góry, w czym będziesz najlepsza?

To by było nałożenie na siebie ogromnej presji. Decyduję więc wieczorem. Kiedy wymyśliłam to ćwiczenie, decydowałam rano, na przykład – dziś będę najlepszą mamą. Nagle jednak coś się wydarzało i już nie byłam najlepszą mamą. Dlatego teraz patrzę na to, jak się dzień rozwija, i decyduję wieczorem. To mi daje ulgę, bo jestem w stanie połączyć moje dwa światy. Mam troje dzieci, ale mam też mnóstwo pomysłów. Pragnę zmienić choć kawałek świata, a to nie jest łatwe.

Mogłabym oczywiście przejmować się ocenami innych: że ta Kozierowska to pewnie się dziećmi nie zajmuje, bo kocha swoją pracę... Mogłabym, ale zajmowanie się dziećmi ma dla mnie inną definicję niż „rynkowa”. Dla mnie to nie wikt i opierunek, to coś innego – bycie z dzieckiem na 100 procent. Zabawa, gra, wygłupy. To rozmowa, zawsze wymagająca patrzenia w oczy. Dzieci bardzo o to dbają. Ja mam ich troje i danie każdemu indywidualnego czasu staje się coraz trudniejsze, ale się staram.

S.S.: Masz na to jakiś patent?

Chodzimy z mężem na takie „randki” z nimi. Dużo się można dowiedzieć. Ostatnio miałam sporo pracy i te zabawy nam wychodziły w stadzie, a nie w duecie, ale spontanicznie wydarzył mi się w tygodniu wieczór sam na sam z synem. Córka została z babcią, starszy syn poszedł na noc do kolegi i zostałam sama z młodszym. Buzia mu się nie zamykała! Opowiedział mi tyle niesamowitych historii, tyle się nowych rzeczy dowiedziałam – wystarczyło dać mu uwagę, posłuchać z pełnym zainteresowaniem.

Bo co my na ogół robimy? Mówimy dzieciom, co mają robić, jak się zachowywać, i je sprawdzamy, odhaczając punkty z listy. Odrobiłeś lekcje? Umyłeś zęby? Jak było w szkole? Spakowałeś się? To nie wzmacnia więzi.

S.S.: Wspierasz matki i ojców, mówiąc im, że nie zawsze muszą być idealnymi rodzicami dla swojego dziecka. Można wybrać swój ulubiony wiek dziecka i dopiero wtedy stać się najlepszym rodzicem?

Wspieram, bo sama miałam ogromne wyrzuty sumienia. Mój pierwszy syn był bardzo grzeczny, kiedy się urodził. Do tego stopnia, że na początku nudziłam się na urlopie macierzyńskim. Przeczytałam dziesiątki książek, a następnie zaczęłam wydzwaniać do prezesa, bo jeszcze wtedy pracowałam w korporacji, błagając o jakiś projekt. Myślałam, że zwariuję. Kostek przesypiał całe noce, spał, jadł, znowu spał.

Zupełnie mnie nie bawiło bycie mamą takiego małego dziecka, a przecież społecznie miałam wdrukowane, że jak się rodzi dziecko, to miłość na ciebie spływa, że to jest najpiękniejszy dzień twojego życia. Dla mnie nie był.

S.S.: Poczułaś, że ktoś cię z tego powodu ocenia?

Istnieją wzorce, według których ocenia nas społeczeństwo. Mówi się nam, kim mamy być i jakie mamy być. Przede wszystkim mamy siedzieć w domu, rodzić dzieci i być z tego zadowolone. Skoro nie byłam zadowolona, to jaką byłam matką w ocenie innych?

Przychodziły koleżanki, które opowiadały swoje historie: jak to one przeżywały poród, jak się czuły i że też się tak powinnam czuć. Myślałam: „Jestem nienormalna, bo tak nie czuję!”. Czułam przerażenie, a potem ciężar odpowiedzialności. Pomyślałam, że wielu rzeczy już w życiu nie zrobię, bo będę myślała o tym małym człowieku. On jest taki do nikogo niepodobny, będę się musiała go uczyć na nowo. Lęk, przerażenie i wyrzuty sumienia. To czułam.

S.S.: Myślę, że kiedy żyjemy po swojemu, słyszymy wiele komentarzy – negatywnych i pozytywnych.

Kiedy mój syn miał niecałe cztery lata i zdecydowałam się odejść od pierwszego męża, rozmawiałam z panią psycholog i przypomniałam sobie to wszystko, co czułam. Powiedziała mi: „Pani nie wie takiej podstawowej rzeczy! Każdy rodzic ma swój ulubiony wiek dziecka. Pewnie ten niemowlęcy nie był dla pani, za to inny będzie”. Podała mi przykład mężczyzn, którzy lepiej odnajdują się w roli rodzica, w momencie gdy można z dzieckiem porozmawiać. Jej słowa przyniosły mi wtedy ogromną ulgę.

R.G.: Niewiele kobiet zdobywa się na postrzeganie macierzyństwa jako ciężaru czy wyzwania. Umiesz nazwać swoje uczucia, mówić o nich – i to jest cenne nie tylko dla kobiet, ale dla całej rodziny.

Po pierwsze, nie musimy udawać. Moim dzieciom mówię o moich uczuciach, nazywam uczucia i uczę je nazywania uczuć. Nie komunikuję się na zasadzie: ty jesteś zła, ty mi to zrobiłaś, ty rano powiedziałaś, że jestem taka, owaka. Zamiast tego mogę powiedzieć, że czuję smutek. Wtedy druga osoba może się zająć moim smutkiem.

Po drugie, przepraszam ich. Czasem są takie sytuacje, że trzeba. Oczywiście jesteśmy cudownymi matkami i nikt się nie przyzna, że czasem podnosi głos, bo jest zmęczony, sfrustrowany, chce coś szybko zrobić, a dzieciak po raz setny zadaje to samo pytanie albo nie chce założyć butów, i ty wiesz, że już się spóźniłaś. Dziecko wtedy płacze albo pyta: „Czemu na mnie krzyczysz?”. Wtedy jestem w stanie przeprosić, ale też uzasadnić moje zachowanie zmęczeniem i uczuciem złości. Mówię: „Czuję złość, jak widzę, że nie zakładasz butów, czuję złość, jak powtarzam 10 razy to samo”.

S.S.: I jest reakcja dzieci?

Dzieci mają wrażliwe anteny na uczucia i nawet gdy ich nie nazwiemy, to dzieci czują nasze emocje. Dorośli mają z tym większy problem. Pamiętam, jak wróciłam kiedyś do domu potwornie zmęczona fizycznie i psychicznie. Usiadłam przy stole i, jak to moje dzieci mówią, „zawiesiłam się”. Podszedł do mnie ten mały, pogłaskał po dłoni i mówi: „Zmęczona jesteś, mamusiu, to ja ci pomogę”.

W takich momentach wiesz, że robisz coś dobrze. Dzieci patrzą na ciebie i jeżeli zachowujesz się w określony sposób, przejrzysz się w dzieciach. Czasem słyszę, jak mój starszy syn otwiera usta i mówi coś do tych małych. Myślę wtedy: „O Jezu, to jestem ja!”.

R.G.: Mówiłaś, że starasz się nazywać emocje, żeby dzieci mogły się tego nauczyć. Robię podobnie i zauważyłam, że mylę się często, kiedy próbuję odczytać emocje moich dzieci. Myślę, że dziecko jest z jakiegoś powodu złe, a moja córka mówi na przykład: „Nie jestem zła, jestem smutna”. I wtedy się zastanawiam...

Bardzo istotna rzecz – nie jesteś, tylko czujesz. Ten aspekt warto zapamiętać: czujesz złość, czujesz smutek, a nie jesteś tą emocją. Nie jesteś niegrzeczny, tylko zachowujesz się niegrzecznie. Złe jest zachowanie, a ty nie jesteś zły. Te niuanse dzieci od razu wyczuwają.

S.S.: To dobry sposób, bo dzieci chętnie powiedzą, co czują, i będą zadowolone, że ktoś próbuje je zrozumieć.

Tak, słuchasz, zadajesz pytania. Dajesz dzieciom swoją uwagę i jesteś.

R.G.: Relacja między kobietą i mężczyzną, między rodzicami jest bardzo ważna dla dziecka, które wciąż bacznie nas obserwuje. Podobnie to, czy oni są w związku, stosunek mamy do taty i taty do mamy, a także to, jakie rodzic daje wsparcie i jak motywuje.

Dziecko obserwuje nas całe życie. Wprowadziłam u nas w rodzinie pewne narzędzia, których się używa w biznesie. Na przykład uważam, że update przydaje się i w związku, i w rodzinie. Cały czas się rozwijamy, zmieniamy. Dzieci szybko dorastają i warto sobie taki update co jakiś czas zrobić.

S.S.: Jak się robi update związku?

W związku polega to u mnie mniej więcej na tym, że wyjeżdżamy z mężem na dłuższy weekend, żeby być ze sobą powiedzmy w piątek, sobotę, niedzielę i nie móc od siebie uciec. Rozmawiamy: co jest dla mnie albo dla niego ważne, czego bym chciała ja, a czego on, jak możemy wypracować to, żeby funkcjonować coraz lepiej. Chodzi o to, żeby nie przemilczeć pewnych rzeczy i żeby coś nie zaczęło się psuć.

Czasem te rozmowy są trudne, bo w ferworze dnia powszedniego tylko się wymieniasz informacjami, a nie rozmawiasz o tym, co jest dla ciebie naprawdę istotne, nie sygnalizujesz, że coś cię zabolało – bo nie ma czasu, bo już trzeba coś innego robić. A związek wymaga pracy i uważności.

R.G.: A jak rozmawiasz z dziećmi?

Tak samo. Ostatnio one się włączyły w to, co zaproponowałam. Zadanie polegało na tym, że po kolei każdy miał głos i mówił, czego chce więcej albo czego nie chce, żeby czuć się bardziej szczęśliwy w rodzinie.

Najdłużej mówiła moja sześcioletnia córka. Czego by chciała? Najpierw oczywiście poszła w materialne rzeczy, ale wytłumaczyliśmy jej, że tu chodzi o to, co ona czuje. Stwierdziła, po pierwsze, że ma być częściej przytulana, a po drugie, że jak za często się skupiamy na Julku – bo Julek ma słabsze zdrowie – to ona wtedy czuje, że my o nią tak się nie martwimy. Naprawdę wskazała to, na co trzeba zwrócić uwagę.

Pamiętam też, że Julek powiedział na koniec, że nie chce, żebyśmy się kłócili z mężem. Byliśmy zaskoczeni, bo rzadko się kłócimy. Okazało się, że nasze żartobliwe, acz złośliwe przekomarzania się nazywa kłótnią. Powiedział, że się boi, że się rozstaniemy, bo rodzice kolegi ze szkoły się rozeszli. Uświadomiłam sobie, że dzieci naprawdę słyszą wszystko, a czują więcej.

R.G.: Są różne sposoby na to, żeby realizować się i dobrze się czuć, będąc kobietą. To pociąga jednak za sobą inną zmianę. Mówimy o tym, żeby tworzyć w rodzinie całość, ale kobiety często nie doceniają zmian, jakie zachodzą w mężczyznach.

Ostatnio czytałam raport na temat tego, jak kobiety i mężczyźni postrzegają partnerstwo i oceniają role kobiet i mężczyzn. Zauważyłam pewien paradoks wynikający prawdopodobnie ze stereotypu. Kobiety w raporcie z jednej strony deklarowały, że chcą, by mężczyzna angażował się w obowiązki domowe, zajmował się dziećmi i dzielił z nimi urlopem rodzicielskim. Z drugiej strony mężczyznę siedzącego w domu i opiekującego się dziećmi, zamiast przynosić pieniądze, określały jako „niemęskiego”.

R.G.: Ty też tak myślisz?

Nie, bo zajmowanie się dziećmi nie ujmuje męskości. To stereotyp. Mój mąż dzieli ze mną obowiązki i robi to jak samiec alfa. Zresztą ja, z moim artystycznym podejściem do życia, przez wiele lat byłam pouczana przez mamę czy ojca, którzy są pedantyczni, że robię bałagan, że jestem źle zorganizowana. Nie rozumieli, że dla mnie bycie z kimś jest o wiele ważniejsze od patrzenia, jak ktoś po raz kolejny zmywa podłogę, by było na błysk, choć dopiero co była zmyta.

S.S.: Mąż sprząta za ciebie?

Chodzi sobie z takim odkurzaczykiem i wszystko odkurza. Siedzisz na kanapie, to ciebie też odkurzy. Wraca z podróży służbowej i od razu odkurza. Ostatnio kupił sobie takiego „króla wśród odkurzaczy” i bardzo się tym cieszył. Cóż, to taka jego rzecz, może i natręctwo, ale wiem, że to dla niego ważne. Powiedział mi o tym na jednym z naszych update’ów. I choć dla mnie to czasem śmieszne, szanuję jego potrzebę. Nawet łapię się na tym, że jak gdzieś wyjedzie, to ja biegam z tym odkurzaczykiem! Ponoć wykonywanie czynności charakterystycznych dla naszych bliskich, za którymi tęsknimy, przybliża nas do nich.

S.S.: Mówisz, że nie jesteś dobrym przykładem, bo masz męża, który ci pomaga, i wolność, której potrzebujesz. Czy jednak zawsze potrafiłaś to docenić?

Z biegiem czasu, zdobywając doświadczenie i będąc w kolejnych związkach, docenia się to coraz bardziej. Jestem tak zwaną żoną z odzysku. Kiedyś, jak większość młodych kobiet, kochałam uszami. Kochałam wizerunek mężczyzny, a nie prawdę o nim, i miałam kiepskie doświadczenia. Właściwie do 34. roku życia byłam nieszczęśliwa i praca była moim azylem. Nie byłam w stanie poradzić sobie ze sobą, przebywając w domu.

S.S.: A dziś?

Dziś najważniejsze jest dla mnie to, że naprawdę ufam mojemu mężowi. Kiedy on wyjeżdża na narty z kolegami albo wychodzi wieczorem, nie zastanawiam się, czy robi coś złego. To dla mnie wolność, że mogę na nim polegać. Zawsze mnie wspiera, nawet jak mam idiotyczne pomysły. Ostatnio wymyśliłam, że jadę do Hollywood na trzy miesiące. A on na to, że jakoś to wszystko na miejscu ogarnie, jeżeli ten wyjazd jest dla mnie ważny. Ja na to: „Ale przecież to jest szalony pomysł! Pewnie będziesz narzekał, że zostałeś sam”. Odpowiedział: „Nie powiedziałem, że nie będę narzekał, powiedziałem, że wszystko ogarnę”. Kocham to w nim! Nie prawi mi jednak komplementów i nie jest typem filmowego amanta.

S.S.: Dostajesz wsparcie zamiast komplementów.

Komplement to tylko słowa, wsparcie to czyn. Na cóż mi partner, który nie akceptowałby moich pasji, a w zamian mówił, że ładnie wyglądam? Często słyszę od kobiet, moich podopiecznych, że wymaga się od nich rezygnacji z rzekomo wygórowanych ambicji, bo takowe ma już ich mąż. I to on ma prawo robić MBA w co drugi weekend, wyjeżdżać w delegację, a ona nie ma nawet prawa zostać po godzinach, bo musi odebrać dziecko, bo ma siedzieć w domu, bo on musi mieć kontrolę...

Kiedy kobieta zarabia więcej, to też powinna uważać, bo często budzi to w mężczyźnie negatywne uczucia, a ona może zostać obarczona winą za jego niepowodzenia! Jak wtedy wygląda związek? To wszystko jest trudne, ale dobra wiadomość jest taka, że świadomość na temat korzyści płynących z równych szans rośnie.

R.G.: Czyli kobiety uczą się nowych ról. Mężczyźni też muszą się odnaleźć w nowej sytuacji. Co to znaczy dzisiaj: być męskim?

To skomplikowana kwestia. Bo stereotypowo być męskim oznacza, że ma być tak jak do tej pory, czyli że mężczyzna ma przytachać zwierzynę upolowaną w lesie, ale... – i tu wchodzi nowa część definicji – ma też zająć się rzeczami związanymi z dziećmi, z domem.

S.S.: Żyjemy trochę według zewnętrznych norm, nie tworzymy własnych.

W życiu osobistym warto dać sobie prawo do tworzenia własnych definicji zgodnych z naszymi wartościami i potrzebami. I łączyć to z zaspokajaniem potrzeb naszych najbliższych.

W życiu zawodowym zawsze będą obowiązywały prawa i wartości ważne dla danej organizacji. Dziś na przykład istotną kwestią są polityki różnorodności i włączania, które mają wyrównać szanse kobiet i mężczyzn w biznesie. Jako fundacja powołałyśmy do życia klub Champions of Change, który zrzesza 10 prezesów międzynarodowych korporacji. To oni mają za zadanie zmieniać z nami kawałek świata, budować świadomość i pokazywać najlepsze praktyki.

Jeden z tych prezesów opowiadał na pierwszym spotkaniu klubu, jak poszedł na dwumiesięczny urlop ojcowski, bo chciał dać przykład innym. Przykład idzie przecież z góry, więc jak szef idzie na tacierzyński, to coś w tym jest.

S.S.: Świetna inicjatywa. Jak mu poszło?

Myślał, że to będzie czas relaksu, że odpocznie, no bo co takiego jest do zrobienia, jak się „siedzi w domu z dzieckiem”. Spodziewał się, że rano sobie kawkę zrobi, poczyta, pobiega z wózkiem, pójdzie na lanczyk... Po kilku dniach zrozumiał, że to ciężka praca i że nigdy nie nazwie zajmowania się dzieckiem „siedzeniem w domu”.

Tak dochodzimy do najważniejszej rzeczy: zmieniamy się poprzez doświadczanie, a nie poprzez słowa.

S.S.: Gdyby ktoś temu prezesowi tłumaczył, jak jest na tacierzyńskim, to i tak by nie zrozumiał.

Przecież słyszał, że żona jest zmęczona, że nie ma czasu dla siebie... Może myślał: „No dobra, takie story – narzeka, jak to baby”. Gdy sam tego doświadczył, dokonała się w nim zmiana. Zmiana przekonań.

S.S.: Świadomość buduje się przez doświadczanie?

Świadomość buduje się w momencie, gdy zdamy sobie sprawę, że coś nie działa, że czegoś nie rozumiemy, nie wiedzieliśmy, nie umiemy. Nazywa się to uświadomionym brakiem wiedzy albo kompetencji. Dopiero później zaczynamy świadomie tę wiedzę lub kompetencję zdobywać. To tak jak z jazdą samochodem. Najpierw nie wiemy, jak go prowadzić, potem świadomie szukamy wiedzy, potem praktykujemy, ale nadal w skupieniu zmieniamy biegi, dopiero po jakimś czasie robimy to automatycznie.

R.G.: Powiedziałaś, że jesteś już po swoich przejściach, a twój kolejny związek i rodzina w takim kształcie wynikają ze świadomego wyboru i z dużego nakładu pracy. Jeśli podejmujemy decyzję, że się nie rozstajemy, mamy szanse przepracować problemy w związku, w którym jesteśmy. Czy to jest rola kobiety? Jak to zrobić?

Trudne pytanie. Jeżeli jest miłość, to zawsze jest o co walczyć. Jednak miłość nie jest prosta. Prawdziwa miłość to nie są kwiatuszki i serduszka, prawdziwa miłość to głęboka intymność. Mówi się, że miłość to działanie powodowane uczuciem, a nie tylko uczucie. Aby związek przetrwał, trzeba dużo ze sobą rozmawiać. Przy tym pamiętać, że co jakiś czas nasz partner się zmienia, zmieniają się jej albo jego potrzeby i pragnienia. Dlatego ważne są wspomniane wcześniej update’y.

R.G.: Łatwo przeoczyć te zmiany?

Jeżeli wiążesz się z kimś na studiach, to za pięć lat jesteś inną osobą. Twój partner może myśleć, że jesteś taka sama, ty o nim – że on jest taki, jakiego go poznałaś, bo na początku związku miałaś czas i uważność dla niego, dla tego, co czuje i co mówi. A teraz robisz tylko „check!” na swojej checkliście. Na tym nie buduje się głębokiej relacji. Tak samo z dziećmi. Usiądź, porozmawiaj, miej z kimś kontakt wzrokowy, a naprawdę go usłyszysz.

R.G.: Co według ciebie niszczy związki?

Wiele rzeczy i zachowań. Jeśli mówimy o związku, w którym nie ma przemocy, zdrad, manipulacji, to zazwyczaj niszczy go życie obok siebie, bez wzajemnej uważności, a z tego z kolei wynika niesłyszenie potrzeb i bólu drugiej osoby. Jeżeli nie słyszymy, bo realizujemy strategię „to ja mam rację”, to nigdy nic z tym nie zrobimy. Zamiast budować, zniszczymy.

A co można zrobić, aby naprawdę usłyszeć partnera? Po pierwsze, jak coś mówi, trzeba uważnie słuchać, nawet jeżeli chodzi o słowa dla nas niemiłe, bolesne albo głupie. Nie krytykować od razu, nie oceniać, nie atakować ani się nie bronić. Najpierw zadać kilka pytań, by zrozumieć, co partner czuje, co jest dla niego ważne. Nie ma piękniejszego prezentu, niż zostać wysłuchanym.

Na przykład mój mąż ciągle miał do mnie pretensje o nieodstawianie do zmywarki kubków zaraz po wypiciu porannej kawy. Na początku reagowałam standardowo: oceniałam, że to głupia pretensja, bo mi nie przeszkadza kubek odstawiony później, a jak jemu przeszkadza, to niech sobie odstawia. Ale kiedyś, rozmawiając z nim, „usłyszałam” więcej i dziś wiem, że to nie o ten kubek tak naprawdę chodziło... Dlatego wsłuchujmy się w emocje innych i dajmy im prawo do tego, by czuli, jak czują.

R.G.: To niby proste rzeczy.

Mówić w sytuacji konfliktowej tak, by to było o tobie, a nie o nim, to bardzo trudne zadanie. Powiedzmy, że jestem z Sylwią w związku. Pewnego wieczoru ona pyta: „Czy ja utyłam, bo się tak źle ze sobą czuję?”. Zaczynam się jej przyglądać i mówię: „Jak się źle ze sobą czujesz, to przejdź na dietę, pobiegaj albo coś”. Sylwia będzie prawdopodobnie mocno zawiedziona taką odpowiedzią, choć jest ona charakterystyczna dla panów. Urażona odpowie: „Jak mogłeś mi to powiedzieć, jesteś okropny, a poza tym sam przejdź na dietę”. Jak zinterpretuje taką odpowiedź on? Najprawdopodobniej tak, że jest złym facetem.

S.S.: Co zrobi?

Będzie się bronił albo atakował. Sylwia zaś zostanie z podwójnym bólem. Bólem, że on jej nie rozumie, nie dba o jej uczucia oraz że zapewne uważa ją za grubą, dlatego zaproponował dietę. Aby komunikat Sylwii był o niej, a nie o nim, nie powinien oceniać jego zachowania, tylko mówić o tym, jak ona się poczuła. Na przykład: „Gdy radzisz mi, abym przeszła na dietę, czuję się ze sobą okropnie i działa to na mnie demotywująco”.

R.G.: To będzie zupełnie inny komunikat.

Tak. A mówię o tym, bo zmiana w komunikacji czyni cuda. Podam przykład sytuacji, która mnie kiedyś uderzyła, bo dotknęła lęku, który nosiłam w sobie latami. Lęku wynikłego z doświadczeń bycia w nieuczciwych związkach, pełnych kłamstw.

S.S.: Co się wydarzyło?

Siedziałam z mężem na kanapie, oglądaliśmy film, było już po 22. Na stoliku leżały nasze dwa telefony. W pewnym momencie zaczęły przychodzić powiadomienia. Mąż powiedział: „Zobacz, kto się dobija o tej porze”. Zerkam, a tam memy od mojej koleżanki, niedwuznaczne, bardzo seksualne. Żadnych słów, tylko te memy.

R.G.: Jak zareagowałaś?

Najpierw poczułam się strasznie, a lęk ścisnął mi gardło. Obudziły się stare mechanizmy. Zareagowałam standardowo: „Co to, kurwa, jest?”. Miałam pretensję do niego, że coś takiego dostał, bo na pewno to on jest tym złym, doprowadził do tego, że ona takie rzeczy wysyła. Przecież to moja koleżanka. On zareagował też standardowo: powiedział, że to moja koleżanka, jak mam z tym problem, to żebym do niej napisała, bo to nie on do niej coś wysyła, tylko ona do niego. Jak zaczął tak reagować, to pomyślałam, że na pewno coś w tym jest, bo gdy mężczyźni reagują agresywnie, to próbują coś ukryć. Zrodziła mi się w głowie przerażająca wizja.

S.S.: Co on na to?

Usłyszałam, że jego obraża to, że mu nie ufam, że może do psychologa powinnam pójść. Poczułam falę złości. Nikt nie zaopiekował się moimi emocjami. Obraziłam się i poszłam spać. To był czas, kiedy dużo uczyłam liderki biznesu, jak komunikować się „komunikatem ja”, więc rano stwierdziłam, że przemyślę, jak mu to wszystko wytłumaczyć, żeby tak z tym nie zostać.

Robił śniadanie. Usiadłam przy stole i powiedziałam: „To nie jest o tobie, to historia o mnie. Jak widzę coś takiego, włącza się we mnie lęk. Ten lęk przypomina mi doświadczenia z przeszłości, które są tak silne, że nie potrafię od razu nad nimi zapanować. To wszystko powoduje, że zaczynam wątpić i na moim zaufaniu zostaje rysa. I czuję ogromną złość, bo myślę sobie, że nie ucinając takich zaczepek, urągasz mi. A ja bym chciała, byś to ty dał jej z liścia”. Spojrzał na mnie i powiedział: „Jak mówisz o tym w taki sposób, to rozumiem, o co ci chodzi, i dam jej z liścia”.

R.G.: Potrafiłaś przekazać mu, co poczułaś.

Za każdym razem jak przychodzi jakiś trudny dla mnie temat, to robię wszystko, by komunikować się w taki sposób. To moja historia.

R.G.: Musisz się wyciszyć, sama przeanalizować problem i go zakomunikować.

To nie jest proste, a w nerwach – niemożliwe. Dlatego trzeba to przemyśleć. Komunikując się, pamiętajmy o tym, że zawsze robimy jakieś założenia na temat tego, jak inni powinni myśleć, reagować, zachować się, czuć. W relacji zakładamy, że kochamy tak samo jak nasz partner, że mamy tę samą definicję miłości, stąd rozczarowanie: bo przecież mówił, że kocha, a nie sprawia, że jestem szczęśliwa, ciągle robi coś nie tak...

Możecie sprawdzić, jaką definicję miłości ma wasz partner. Usiądźcie naprzeciwko siebie, napiszcie na oddzielnych kartkach o tym, jakie czynności są dla was oznaką miłości i kiedy czujecie się kochani. Następnie wymieńcie się kartkami.

R.G.: Definicja miłości, update – te narzędzia to twoja inicjatywa?

Większość tak, także dlatego, że ja się tym na co dzień zajmuję. Mój mąż jest na szczęście plastyczny. Mówię o czymś, on się zaciekawia. Nie jest typem mówiącym komplementy, uczuciowym. Śmieję się, że sama muszę sobie komplementy prawić.

Opowiadałam mu kiedyś o pewnym badaniu dotyczącym kobiet i mężczyzn oraz stresu. Chodzi o niebezpieczny dla kobiet kortyzol, hormon stresu. Jak mamy go za dużo, to on się odkłada, co prowadzi do różnych chorób, a nawet śmierci.

R.G.: Co z tym można zrobić?

Kobietom potrzebna jest oksytocyna, żeby zniwelować nadmiar kortyzolu. Oksytocyna wytwarza się wtedy, kiedy jest bliskość, czułość, jak ktoś cię pogłaszcze po dłoni, popatrzy ci w oczy, jak się przytulisz.

Opowiedziałam mu o tym w czasie, kiedy w wyniku swoich kryzysów zawodowych cierpiałam na dość poważną chorobę jelit. Wysłuchał mnie z uwagą, zadawał pytania, a na następny dzień dostaję od niego SMS-a o treści: „Ich liebe dich”. Ja pierdzielę, dlaczego po niemiecku? Chciałam być dowcipna i zapytać, czy sprawdził w Google’u, jak się to poprawnie pisze.

R.G.: Skąd w takim razie to „Ich liebe dich”?

Po jakimś czasie zdałam sobie sprawę z tego, że to moja opowieść zmotywowała go do takiego zachowania. Nie moje jęczenie przez siedem lat i prośby, żeby zaczął mi prawić komplementy, tylko opowieść. On się stara zrobić coś, co nie jest w jego naturze, bo się przestraszył, że mnie kortyzol zje. A po niemiecku było łatwiej.

S.S.: Warto przyglądać się swojemu partnerowi?

Warto. Jest fajne ćwiczenie, które pozwala go poznawać na nowo po latach. Znajdź pięć nowych rzeczy każdego dnia w twoim partnerze – nowych zachowań, gestów, zainteresowań, i tak dalej.

R.G.: Rzeczy, które go interesują?

Chodzi o zachowanie, to ma dotyczyć jego. Patrzysz na niego nie z oceną, tylko z ciekawością: „Wow, nigdy nie widziałam, żeby tak robił, jadł, to mówił, tak patrzył”. Uważność na drugiego człowieka sprawia, że on się zupełnie inaczej czuje.

Najgorszą rzeczą, jakiej można doznać w związku, jest bycie niezauważonym. Tylko mówisz, wysyłasz SMS-y: „Zrobiłaś to? Byłeś tam? Odbierz dzieci”. I koniec, a potem pan telewizor zajmuje miejsce bliskości.

R.G.: Psycholożka powiedziała ci, że jeśli chodzi o podejście do dzieci, może masz tak jak mężczyzna. Jestem kobietą, ale uważam, że mam w sobie dużo mężczyzny. Mój mąż ma w sobie również energię kobiecą. Zdajemy sobie sprawę z tego, co to znaczy pełnia? Emancypacja, wszystkie te tematy, o których sobie opowiadamy, to nie jest nasza natura. Nasza natura zależy w dużej mierze od tego, jakim jesteś „zwierzęciem” w środku.

Mówisz o świecie idealnym. Bo gdyby nam pozwolono być tym „zwierzęciem”, którym jesteśmy w środku, to byłaby idylla.

R.G.: No właśnie.

Ale tej idylli nie mamy, bo nam mówią, kim mamy być.

S.S.: Ale zmieniamy to.

W każdym z nas jest pierwiastek męski i żeński. Mój przyjaciel psycholog mawia, że w związku się to wyrównuje. I jeżeli w tobie jest więcej pierwiastka męskiego, twój partner będzie miał lub okazywał go w mniejszym stopniu. To taka ciekawostka.

R.G.: Umiesz odpuścić, kiedy nie masz siły? Pozwalasz też tej drugiej stronie podejmować decyzje, kiedy sama jesteś słabsza?

Kiedyś nosiłam w sobie przekonanie, że to ja mam wszystko zrobić, nie prosić o pomoc. To podejście przekładało się na delegowanie obowiązków w pracy. Myślałam: „Po co będę traciła czas, żeby wytłumaczyć komuś, jak coś zrobić, skoro sama zrobię to szybciej?”. Ale to jest błędne koło. Dziś działam zupełnie inaczej.

R.G.: Obserwujesz kobiety i starasz się im pomóc. Mamy cały wachlarz możliwości rozwoju, mamy coraz większą świadomość, coraz więcej osób pracuje nad sobą. Powiedziałaś o swoich rytuałach. Ja mam podobnie, tworzę kompilację tego, co przez kilkanaście lat zdobywałam – wiedzy z warsztatów, ze spotkań z psychologami czy doświadczeń innych osób. Stwarzam własny podręcznik do pracy nad sobą, bo uważam, że trzeba mieć własne narzędzia.

To przypomina wybór: udawać kogoś innego albo zaakceptować siebie. Prowadzę szkolenia, daję mnóstwo przykładów narzędzi. Powtarzam dziewczynom: „Wypróbuj, który sposób działa na ciebie. Nie mów sobie, że wszystkie 10 będziesz stosowała, i nie biczuj się, kiedy coś nie wychodzi”. Można te narzędzia wypracowywać samemu, patrząc, co działa, a co nie działa.

R.G.: Porozmawiajmy o sile kobiecej – jesteśmy jej świadome albo nie, ale i tak ją mamy. Tematów, które musimy ogarniać każdego dnia, jeśli chcemy być spełnione i szczęśliwe, jest mnóstwo. Zdradziłaś swój sposób na to, żeby odnaleźć swoją silną stronę. Na mnie działa cały pęd, który uruchamiam, poczucie nieustającego procesu, w którym jestem. Im jestem silniejsza i bardziej świadoma, tym więcej potrzebuję dystansu. Jeśli z czymś sobie nie daję rady, najpierw muszę sobie to uświadomić i nie uciekać od problemu. Jeśli nie mam siły z czymś się skonfrontować, to nie robię tego od razu. Dystansuję się, sprawdzam poziom napięcia, szukam sposobu, żeby się wyciszyć. Ten rytuał mnie wzmacnia i pozwala wrócić, by stawić czoło problemom.

Zmęczone nie dojdziemy do żadnych prawd. Rozmowy o trudnych tematach to ważne rozmowy, nie mogą się odbywać w korytarzu, w bylejakości, między biegającymi dziećmi. Trzeba stworzyć przestrzeń na taką rozmowę i się do niej przygotować. Bo gdy w grę wchodzą emocje, skupiamy się tylko na sobie i na tym, co czujemy.

S.S.: Co robić z buzującymi w nas emocjami?

Jeżeli będziesz chciała podczas kłótni dojść do prawdy – ustalić, dlaczego się kłócisz – to się nie uda. Lepiej zrobić pauzę. Powiedzieć: „Nie rozmawiajmy teraz o tym”. Trudno, żebyś nagle powiedziała: „Czekaj, pooddycham parę razy i porozmawiajmy spokojnie”. Słowa „porozmawiajmy spokojnie” wcale nie uspokajają. Najlepszą rzeczą jest przerwanie kontaktu wzrokowego, wyjście, powiedzenie, że nie teraz. Trzeba na przykład postanowić, że porozmawiamy o tym w piątek o 17.

R.G.: Umówiliśmy się i znowu ten sam problem. Co wtedy?

Umawiamy się tyle razy, ile trzeba. Jeżeli nie ma efektu, to znaczy, że źle rozmawiamy. Trzeba odrobić lekcję, nauczyć się na swoich błędach. Jeżeli po raz kolejny nie zadziałało, to znaczy, że coś zrobiłam nie tak.

Jeżeli mam większą świadomość, to ode mnie i jakości tego, jak poprowadzę rozmowę, będzie zależał efekt. Jeżeli oczekujemy, że u drugiej strony świadomość „komunikatu ja” i psychologii będzie na tym samym poziomie co u nas, to znowu będzie fiasko.

S.S.: Co jest kluczem?

Kluczem jest zadawanie pytań. Ilekroć zadajemy pytanie: „Co tak naprawdę masz na myśli, żebym ja to zrozumiała?” – choć to boli, przybliżamy się do sedna. Ego trzeba ujarzmić. Nie jest najważniejsze to, że ja mam rację. Ostatnio mój starszy syn mówi do siostry: „Co tak wyjesz? Przestań wyć!”. Udowadniając jej, że ona nie ma prawa czuć się tak, jak się czuje. Tłumaczę, że nie można jej powiedzieć, że ma się czuć inaczej. Jest jej smutno, więc płacze.

Co robi dziecko, kiedy mówisz: „Nie dostaniesz czekolady przed obiadem”? Bardzo chce tę czekoladę, wyje, tupie, złości się. Na ogół rodzic skupia się na tłumaczeniu po raz setny, dlaczego czekolada przed obiadem jest zła i dlaczego dziecko powinno to wiedzieć. Bo 100 razy już ten temat był i w ogóle co to za bachor, głupi jeszcze do tego! Jeśli skupisz się na emocjach dziecka i je przytulisz, to dziecko też się skupi na swojej emocji, a nie na czekoladzie.

To emocjami powinniśmy się zajmować.