Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 384

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Całe lato bez Facebooka - Romain Puértolas

Korpulentna, czarnoskóra porucznik policji Agatha Crispies zostaje dyscyplinarnie przeniesiona do Nowego Jorku w stanie Kolorado. Małe miasteczko w odległym zakątku Ameryki, wszechobecny rasizm, brak zasięgu sieci komórkowych. Nic się tu nigdy nie dzieje. Porucznik Crispies walczy z nudą, prowadząc klub czytelniczy w miejscowym komisariacie i żyje nadzieją, że pewnego dnia dostanie w końcu śledztwo dotyczące czegoś ciekawszego niż wiewiórki. Jej życzenia zostają wysłuchane: spokojnym miasteczkiem wstrząsa (wreszcie) seria gwałtownych zbrodni. Morderstwa i tajemnicze zaginięcia okazują się prawdziwym sprawdzianem wiedzy literackiej bohaterki. Puértolas proponuje czytelnikowi osobliwy, zwariowany thriller. Oto nowy gatunek: komedia detektywistyczna. Romain Puértolas z właściwą sobie błyskotliwością i charyzmą odwiedza uniwersum amerykańskiej powieści kryminalnej, przenosząc czytelnika do małej mieściny w stanie Kolorado, odciętej od świata i od zasięgu sieci komórkowych. „LaCroix”

Opinie o ebooku Całe lato bez Facebooka - Romain Puértolas

Fragment ebooka Całe lato bez Facebooka - Romain Puértolas

Tytuł oryginału:

Tout un ete sans Facebook

Copyright © Editions Le Dilettante - Paris 2017

Published by arrangement with Lester Literary Agency

Copyright © 2018 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2018 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Maria Zając

Korekta: Marta Chmarzyńska, Magdalena Bargłowska

ISBN: 978-83-8110-609-2

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

ul. Fitelberga 1, 40-588 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2018

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Dla Mamy i Taty, mojej przeszłości.

Dla Léo i Évy, mojej przyszłości.

Dla Patricii, mojej wieczności.

My loneliness is killing me,

I must confess I still believe.

BRITNEY SPEARS, Baby One More Time

Samotność mnie zabija,

ale przyznaję, że wciąż wierzę.

ALEKSANDER DUMAS, Hrabia Monte Christo

O pożytkach płynących z istnienia klubu czytelniczego w małym komisariacie w odległym zakątku Ameryki

Na skraju polany, w odległym zakątku Ameryki, na końcu krętej drogi, wijącej się całymi kilometrami wzdłuż Gór Skalistych, w miejscu, w którym rósł dawniej tysiącletni świerk, znajduje się niewielka, prostokątna tablica informacyjna o długości sześćdziesięciu i szerokości czterdziestu centymetrów.

Za sprawą subtelnej gry kątów i perspektyw skrywa się za nią miasteczko zamieszkane przez zaledwie sto pięćdziesiąt dusz. Pozostaje ono niewidoczne, odcięte od świata i cały czas wstrzymuje oddech. Znajduje się na końcu drogi, co sprawia, że ludzie udają się tam w ściśle określonym celu albo – i to zdarza się znacznie częściej – trafiają tam przez przypadek, kiedy się zgubią. Burmistrz, przeciwny jakimkolwiek formom turystyki, kazał zbudować w miasteczku sto dziewięćdziesiąt osiem rond, tak by nieszczęśnicy docierający tam przez pomyłkę mogli w każdej chwili zawrócić. Ale kiedy zbyt wiele czasu poświęca się obcym, zapomina się o własnych wyborcach. Przeprowadzone niedawno badanie wykazało, że przejechanie przez całe miasteczko, z jednego jego krańca na drugi, powoduje u zdrowego człowieka zawroty głowy podobne do tych, jakich doświadcza się po wypiciu dwóch i pół butelki francuskiego szampana. Przy tej okazji wyszło na jaw, że połowa mieszkańców miasteczka cierpi na chroniczny kręcz karku.

Mówi się, że Remington Brown odkrył ten zaciszny port w 1863 roku, podczas gry w golfa. Dotarł tu w poszukiwaniu zagubionej piłeczki, po dwudniowym marszu przez straszliwą pustynię Gibson i trzech dniach podróży pirogą po North River. Nikt nie wie, czy szukał swojej zguby wiedziony wrodzonym uporem, czy raczej motywowany skąpstwem, ale wszyscy eksperci sportowi są zgodni co do jednego: miał świetny swing.

Chcąc oszczędzić sobie drogi powrotnej, Remington Brown postanowił osiedlić się dokładnie w tym miejscu, w którym znalazł swoją piłeczkę golfową z naturalnego kauczuku pozyskanego z liści kauczukowca brazylijskiego. A znalazł ją w paszczy krokodyla, z którego skóry kazał sobie zresztą zrobić piękne buty z cholewami, do dziś eksponowane w lokalnym muzeum. Legenda nie tłumaczy, z jakiego właściwie powodu dzielny Remington Brown grał w golfa w czasie wojny secesyjnej, ponad pięć wieków po wymyśleniu tego sportu w Holandii, ale dwadzieścia trzy lata przed tym, jak zaczęto go uprawiać w Stanach Zjednoczonych. Nie mówi też, co w samym środku Kolorado robił ogromny gad, którego rozmiary ewoluowały za każdym razem, gdy zmieniał się narrator tej historii. Stwierdzono jednak ponad wszelką wątpliwość, że skrawek ziemi wciśnięty między jezioro, las i górę awanturnik ten nazwał Nowym Jorkiem, na cześć swojej rodzimej metropolii. Miasteczko należałoby raczej nazwać Nowym Nowym Jorkiem, żeby odróżnić je od miejsca, które angielscy koloniści nazwali już na cześć właściwego Yorku (tego od szynki). Ale czyż można było spodziewać się choćby grama logiki po człowieku przebywającym pieszo setki kilometrów w poszukiwaniu maleńkiej piłeczki golfowej?

Tak czy inaczej, od tego czasu istniały już dwa Nowe Jorki – jeden słynny, drugi mniej. Zdecydowanie mniej. Chyba że pośród miejscowych. Starsi mieszkańcy miasteczka utrzymują wręcz, że piosenka, która zyskała nieśmiertelność za sprawą Lizy Minelli i Franka Sinatry, została napisana na cześć tego właśnie Nowego Jorku – ich Nowego Jorku w stanie Kolorado.

Zacznę na nowo

w starym Nowym Jorku,

jeśli uda mi się tam,

uda mi się wszędzie,

to zależy od ciebie,

Nowy Jorku, Nowy Jorku.

Wierzą w to tak mocno, że piosenka stała się niepisanym hymnem miasteczka.

Tak naprawdę powstała dla mnie: Agathy Crispies, czarnoskórej (nawet zimą) porucznik policji, przeniesionej – z powodów, które pominę na razie w tym pierwszym rozdziale, żebyście nie oceniali mnie zbyt pochopnie (i trafnie) – z mojego rodzinnego Nowego Jorku (tego, w którym grasują dilerzy koki) do Nowego Jorku rodem z pocztówek (tego, w którym grasują dilerzy Guronsanu). Musiałam tu wszystko zacząć od nowa. Jak śpiewa Sinatra: jeśli uda mi się tu, uda mi się wszęęęędzie! Bo życie w tym miejscu przyprawia mnie o mdłości. I nie chodzi tu o tony czekoladowych donutów, które pochłaniam każdego dnia (mój żołądek cechuje doskonała przepustowość, zapytajcie Rosity, filigranowej Meksykanki odpowiedzialnej za toalety na komisariacie). Chodzi raczej o to, że pracowałam wcześniej w jednym z najbardziej prestiżowych, a zarazem wymagających gigantycznych nakładów pracy oddziałów kryminalnych w Stanach Zjednoczonych.

W Nowym Jorku w stanie Kolorado gigantyczne są tylko ilości przelewanego mleka.

Komisariat, w którym pracuję, jest najmniejszy na świecie i na domiar złego powstał w miasteczku, w którym nic się nigdy nie dzieje. Mamy świetne statystyki – 100% wykrywalności – jako że w ogóle nie trzeba pracować. Kłopot z głowy dla komisarza Goodwina, który chcąc zapobiec bezczynności podwładnych, udzielił ostatecznie zgody na oddawanie się pozasłużbowym zajęciom w godzinach pracy. Kolejny problem: nie ma tu Facebooka. Co więcej, w ogóle nie ma Internetu. Po prostu brak tu zasięgu, tak jakby inżynierowie zapomnieli o tej części globu albo jeszcze jej nawet nie odkryli. Tak jakby Bill Gates, Steve Jobs albo Mark Zuckerberg1 jeszcze się na tym świecie nie pojawili albo wciąż pozostawali na etapie eksperymentów w garażu.

Walczymy więc z nudą, jak tylko się da. Każdy na swój sposób.

Sposobem szefa jest wędkarstwo. Produktywność jego pracy mierzy się w tęczowych pstrągach, golcach o płaskich głowach i innych z rodzaju Prosopium2. Nie sądzę, żeby przekazywał te statystyki swoim zwierzchnikom na szczeblu federalnym.

Recepcjoniści chodzą na warsztaty szydełkowania (uczestniczą w nich wyłącznie kobiety oraz Kevin), pracownicy administracyjni rozwiązują sudoku, grupy operacyjne preferują typowo męskie zajęcia, które nie mogłyby się odbyć bez odpowiedniej dawki testosteronu (rzutki, picie piwa oraz bekanie). I wreszcie niesamowity, wspaniały i niezastąpiony klub czytelniczy, którego jestem przewodniczącą. Trafiają do niego wszyscy ci, którzy nie umieją ani szydełkować, ani wypełniać sudoku, ani trafiać rzutkami w tarczę, pić piwa i bekać… czyli dokładnie nikt. Społeczność Facebooka ma około dwóch miliardów członków. Dla porównania klub czytelniczy działający na posterunku policji w Nowym Jorku w stanie Kolorado liczy ich około 1 999 999 999 (mniej).

Mimo to klub odgrywa bardzo istotną rolę. Literatura pomaga rozwiązywać wielkie zagadki kryminalne. Mój ojciec miał co do tego pewność. Literatura jest bowiem życiem, a zbrodnie to jego nieodłączna część. Szkoda, że w Nowym Jorku w stanie Kolorado jedyną zbrodnią popełnioną w ciągu ostatnich dwudziestu lat było spalenie sygnalizacji świetlnej, jedynej w miasteczku (wszystkie inne skrzyżowania zastąpiono rondami). Winnym okazał się zresztą troskliwy mąż, który wiózł ciężarną żonę do szpitala po tym, jak odeszły jej wody. Kilkukrotnie dopuścił się tego samego wykroczenia – przy narodzinach Stana, Petera i wreszcie Lisy. Jednym słowem, ilekroć Sylvii odchodziły wody, Seth Harrison zmieniał się w oszalałego przestępcę, recydywistę, który z furią atakował sygnalizację świetlną w naszym miasteczku.

Zapewne tak wyglądałoby dalej nudne, monotonne życie w Nowym Jorku w stanie Kolorado, gdyby tajemnicza i przerażająca zbrodnia nie wstrząsnęła tamtego lata małym komisariatem w odległym zakątku Ameryki. I właśnie tę niewiarygodną historię zamierzam dzisiaj opowiedzieć.

CZĘŚĆ PIERWSZAUTWORZENIE GRUPY(czytelniczej dla policjantów z Nowego Jorku)

Jak zaczyna się ta historia (nie najlepiej)

Woodville

Pierwsze słowo, które wyrzuciła z siebie porucznik policji Agatha Crispies na widok bezkształtnej, karminowej masy unoszącej się w wannie niczym gigantyczna musaka, właściwie nim nie było.

– Fuuuuu – wymamrotała, wypluwając duże kawałki czekoladowego donuta, które wylądowały w krwawej kąpieli i połączyły się ze strzępami rozkładającego się ciała.

– Kim pani jest? – zapytał mężczyzna, który na czworakach badał posadzkę i którego kark został właśnie obryzgany czekoladowym deszczem.

W dłoni trzymał małą gumkę. Znalazł ją między dwiema płytkami i podejrzliwie jej się przyglądał. Ponieważ przeszkodzono mu podczas inspekcji, schował gumkę do kieszeni płaszcza przeciwdeszczowego, a następnie przyjrzał się nowo przybyłej.

Agatha była młodą, trzydziestopięcioletnią kobietą, która skupiała na sobie uwagę, ilekroć pojawiała się w jakimś pomieszczeniu. Przede wszystkim wyróżniała się „krągłościami”, którymi wypełniała większość przestrzeni wokół siebie. Miała piersi i pośladki równie wybujałe, co obietnice kandydata na prezydenta. Po drugie zwracała na siebie uwagę kolorem skóry, czarnej jak smoła i mocno egzotycznej w tym odległym – wręcz bardzo odległym – zakątku Ameryki. I wreszcie wyróżniała się stylem. Burza kręconych włosów wznosząca się nad jej głową niczym bocianie gniazdo (które od czasu do czasu przyozdabiała grzebieniem do afro… czego akurat tego dnia nie zrobiła), kolczyki w kształcie ananasów, hiperobcisłe dżinsy i koszulka, które miały podkreślać wyżej opisane krągłości i wiecznie sprawiały wrażenie, jakby miały lada chwila pęknąć. Jednym słowem, Agatha Crispies wyglądała jak Whitney Houston na diecie wysokobiałkowej i po drastycznej zmianie stylu inspirowanej zespołem Bananarama.

– To raczej ja powinnam pana o to zapytać! – zawołała.

– Szeryf McDonald – przedstawił się policjant, wstając z kolan. – Tak jak hamburgery.

Szeryf. Na sam dźwięk tego słowa w umyśle młodej policjantki ukazał się obraz muskularnego mężczyzny z kapeluszem i gwiazdą. Był nieogolony, przeżuwał tytoń, z wdziękiem wypluwając go co jakiś czas, jego kark lśnił od potu, a rozchylona koszula odsłaniała klatkę piersiową pokrytą bujnym owłosieniem. Stojący przed nią człowiek należał tymczasem do gatunku ludzi noszących bermudy i białe skarpetki (idealnie dobrane do jego ziemistej cery) podciągnięte pod same kolana. Na to wszystko postanowił jednak narzucić pelerynę. Wyglądało na to, że wbrew swojemu nazwisku rzadko jadał hamburgery – był bowiem chudy jak szczapa.

Mężczyzna stanął przed lustrem, otrzepał płaszcz, wytarł okulary, włożył je ponownie i uśmiechnął się na widok kawałków czekolady pokrywających jego głowę niczym włosy, które dawno już stracił.

Agatha wyciągnęła w jego stronę odznakę policyjną.

– To karta Ikea Family – zauważył nieznajomy.

– Ojej, przepraszam. Porucznik Agatha Crispies. Jak…

– Płatki śniadaniowe? – zapytał.

– Zamierzałam powiedzieć: jak Agatha Christie. Ale niech będzie.

Utkwił w niej na chwilę maleńkie, drapieżne oczka.

– Nie przypominam pewnie szeryfa rodem z westernów – oznajmił, tak jakby czytał jej w myślach – ale pani z kolei nie wygląda jak inspektor Columbo, pani porucznik…

Wzięła to za komplement.

Mężczyzna znowu zdjął okulary i wytarł je w pelerynę.

„Maniak” – oceniła Agatha.

– Nie wiedziałem, że policja zatrudnia…

Szeryf nie dokończył, pozwalając rozmówczyni odgadnąć, co miał na myśli. Wydawało się to oczywiste.

– Kobiety? – zapytała. – Owszem, policja zatrudnia kobiety od tysiąc dziewięćset dziesiątego roku. Ktoś w końcu musi parzyć kawę, prawda? – dodała sarkastycznie.

– Ależ nie! Na pewno wie pani, co mam na myśli! Nie zatrudnia…

Notoryczny rasizm mieszkańców tej okolicy bardziej bawił Agathę, niż irytował. Czuła się tu jak obcy Camusa, Gurb Mendozy, Jean–Baptiste Grenouille Süskinda. Patrzono na nią z obrzydzeniem podobnym temu, które budził w ludziach Gregor Samsa, zamieniony w ogromnego czarnego karalucha w Przemianie. Stała się Inną. Na tym odludziu czarnoskóra kobieta jawiła się jako podwójna zniewaga, ale Agatha nie zamierzała całymi dniami tłumaczyć się z tego powodu. Poza tym co oni wszyscy wiedzieli o rasizmie, mniejszościach i imigracji? Jedyną czarnoskórą osobą, którą oprócz swojego szefa spotkała w tej okolicy w ciągu ostatnich pięciu lat, było jej własne odbicie w witrynach sklepów. Jakich zresztą sklepów? W tej dziurze nie mieli nawet Zary.

– Nie zatrudnia czarnych? – podsunęła.

Mężczyzna odpowiedział uśmiechem.

Agatha była, jak to określano, kolorową kobietą. Świetnie się składało, bo właśnie w ten sposób postrzegała życie: jawiło się jej ono w wielu barwach.

– To po to, żeby skuteczniej przenikać do środowisk przestępczych – wyjaśniła. – W końcu według naszego sympatycznego prezydenta ksenofoba wszyscy kryminaliści to czarnoskórzy albo Latynosi, prawda?

Policjant pokiwał głową, najwyraźniej nie wychwyciwszy nuty ironii w jej głosie.

– Ma pani rację – odpowiedział zrezygnowany. – Jeśli się nie mylę, to odznaka z Nowego Jorku – dodał, usiłując zmienić temat. – Zgubiła pani coś w tej okolicy?

– Pochodzę z Nowego Jorku, ale od pięciu lat pracuję na komisariacie policji w Nowym Jorku w stanie Kolorado.

Mężczyzna zastanawiał się przez kilka sekund.

– To w stanie Kolorado jest jakiś inny Nowy Jork? – zapytał po chwili.

– A jest jakiś inny Nowy Jork na wschodnim wybrzeżu? – odpowiedziała policjantka.

Szeryf zmarszczył krzaczaste brwi.

– To taki żart popularny w naszej okolicy – wyjaśniła Agatha. – Nie pan jeden nie zna tego miasteczka. Jest nieduże, mieszka w nim sto pięćdziesiąt osób uwięzionych między lasem a górami na północy, przy granicy z Wyoming. Dwie godziny drogi stąd. Nie mamy tam nawet zasięgu ani Internetu, a kuchenki mikrofalowe to dla tych ludzi czyste science fiction. – Uśmiechnęła się. Przypomniawszy sobie nagle, po co tu przyszła, zanurzyła palce w wannie pełnej krwi, a następnie wyjęła z niej kilka okruchów, którym uważnie się przyjrzała. – Wygląda na to, że właśnie odkryłam pierwszy trop – oznajmiła z satysfakcją, wyciągając przed siebie otwartą dłoń. – Morderca lubi czekoladowe donuty. To jakieś szaleństwo, ilu przestępców jada donuty! Nie uwierzylibyście, ale w Nowym Jorku, tym właściwym Nowym Jorku, wielokrotnie znajdowałam okruchy czekoladowych donutów na miejscu zbrodni.

Nagle przyszła jej do głowy myśl, że zbrodniarz mógł być jej kolegą z pracy. W amerykańskich serialach kryminalnych wszyscy policjanci jadają czekoladowe donuty. Szybko zmieniła jednak zdanie. „Może to tylko stereotyp” – pomyślała, zatapiając zęby we własnym pączku.

– Nie chciałbym obalać pani teorii, Crispies, ale czy nie pomyślała pani, że okruchy mogły się tu znaleźć z pani winy? – zapytał zirytowany mężczyzna.

Wypowiadając te słowa, przypomniał sobie przypowieść z Ewangelii św. Łukasza – w formie nieco zaktualizowanej w kontekście kawiarni Dunkin’ Donuts. Porucznik Crispies widziała okruch w oku swego brata i nie dostrzegała ogromnego donuta we własnym.

– Skoro już o tym mowa, to czy (źle) zaparkowany przed budynkiem samochód z dwumetrowym plastikowym pączkiem na dachu należy do pani? – zapytał.

– To służbowe auto. W zamian za tę drobną reklamę Niebiańska Dziurka udostępnia samochody całemu komisariatowi.

– Drobną reklamę? – zawołał policjant. – Nie wiem nawet, gdzie mieści się tam kogut!

– Nie potrzebuję go, bo donuta widać z daleka. A w nocy świeci.

Mężczyzna pokiwał głową.

– Rozumiem, rozumiem. No cóż, nie wiem, jakie macie metody w Nowym Jorku w stanie Kolorado, ale tutaj, w Woodville, nie jemy podczas pracy. Prosiłbym zatem, żeby przestała pani zanieczyszczać moje miejsce zbrodni.

– Chodzi panu o moje miejsce zbrodni? – poprawiła go Agatha, szeroko się uśmiechając.

– Tak jak mówiłem: moje miejsce zbrodni – powtórzył.

Ten cyrk trwałby jeszcze długo, gdyby policjantka nie postanowiła rozstrzygnąć wątpliwości, podsuwając mężczyźnie pod nos oficjalne pismo.

– Według tego dokumentu, sporządzonego przez prokuratora generalnego stanu Kolorado, Lawrence’a Wargrave’a – oznajmiła, machając pogniecioną kartką, którą wyjęła z tylnej kieszeni dżinsów – prowadzenie śledztwa powierzono szefowej Wydziału Zabójstw z komisariatu w Nowym Jorku w stanie Kolorado. Czyli mnie. Został pan odsunięty od sprawy, szeryfie McDrive. Może się pan oddalić.

„Oddalić się?” – pomyślał rozmówca Agathy. „Ja? Dobre sobie. Jak byle agent drogówki, posłuszny niewolnik, służący? Z nas dwojga to ja jestem przecież biały, do cholery!”

– McDonald – poprawił, starając się nie okazywać wściekłości. Ledwo nad sobą panował. – Bez urazy, ale dlaczego sędziemu miałoby zależeć na tym, żeby jakiś maleńki komisariat z odległego zakątka Ameryki zajął się tak ważną sprawą? I do tego podlegającą mojej jurysdykcji?

Ruchem, który zdradzał zdenerwowanie, zdjął okulary, żeby raz jeszcze wytrzeć je w pelerynę.

– Bez urazy, ale może po prostu uważa, że gliny z Nowego Jorku w stanie Kolorado, a ja w szczególności, radzą sobie lepiej od tych z Woodville i mają większe szanse rozwiązać tę, jak pan to określił, „ważną sprawę”…

McDonald zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów. Nie należał do osób, które pozwoliłyby, żeby śledztwo odebrała im kobieta. Czarnoskóra. Z dupą jak szafa czterodrzwiowa. Z nazwiskiem brzmiącym jak nazwa popularnych płatków śniadaniowych. Nosząca różowe conversy. Nie miał jednak wyboru. Jeżeli tak zdecydował prokurator generalny stanu Kolorado, McDonald musiał przełknąć to upokorzenie i podporządkować się woli przełożonych. Starał się nie dać po sobie poznać, że ten świstek zranił jego miłość własną z siłą pocisku o kalibrze 38.

– Nie będę się z panią kłócił o trupa – oznajmił, robiąc taką minę, jakby wręczał policjantce prezent. – To nie mnie czekają teraz cztery godziny papierkowej roboty.

W normalnych okolicznościach Agatha przyznałaby szeryfowi rację. W Nowym Jorku w stanie Nowy Jork nigdy nie biła się o trupy. Wręcz przeciwnie. Rzucanie się w wir spektakularnych, złożonych śledztw (o ile takie istnieją) oznaczało przygotowywanie drobiazgowych raportów. Trzeba było opisać okoliczności odnalezienia ciała, wstępne ustalenia lekarza sądowego, szczegóły dotyczące transportu zwłok, miejsca, w którym je znaleziono, materiału dowodowego oraz kolejnych etapów dochodzenia. Należało dopełnić mnóstwa zbędnych formalności. O takich sprawach nigdy nie wspominano w książkach Agathy Christie czy w opowieściach o Sherlocku Holmesie. Dotarcie z biura na miejsce zbrodni, zbadanie sprawy i powrót do biura – to wszystko trwało przynajmniej godzinę albo dwie. Napisanie sprawozdania z tych czynności zajmowało cały dzień. Podczas swojej krótkiej kariery Agatha zapisała już więcej stron niż te składające się na Stary i Nowy Testament. A jednak nie została nigdy uznana za prorokinię. Oto głęboka niesprawiedliwość biurokracji. Tej niezbyt wdzięcznej strony pracy policjanta nie pokazywano w serialach takich jak Kości, Mentalista czyAgenci NCIS. W rzeczywistości gliniarze większość czasu spędzali nad klawiaturą komputera i wcale nie poświęcali go aż tyle na śledzenie kolumbijskich stręczycieli czy prowadzenie szaleńczych pościgów samochodowych rodem z Bullitta. Gdyby to któregoś dnia wyszło na jaw, szkoły policyjne całkowicie by opustoszały.

Na razie jednak ten okaleczony trup pozostawał szczytem jej marzeń przez ostatnich pięć lat spędzonych w Nowym Jorku w stanie Kolorado. Solidna zbrodnia. Praca. Nareszcie. Śledztwo dotyczące czegoś innego niż rozjechane radioaktywne wiewiórki.

– Policjanci wykłócają się o trupy tylko w filmach – mówił dalej szeryf. – W prawdziwym życiu nikt tych trupów nie chce. Któregoś dnia widziałem nawet dwóch mundurowych, którzy stali na przeciwległych brzegach rzeki i gałęziami odpychali ciało, tak żeby znalazło się ono pod obcą jurysdykcją!

Agatha przechyliła głowę.

– Ja w każdym razie biorę tego trupa! Zresztą wiem, że mówi pan to tylko dlatego, że czuje się pan upokorzony. To straszny cios zadany samczej godności…

Policjant wzruszył ramionami.

– No już, McDrive, proszę powiedzieć mi wszystko, co pan wie – nakazała Agatha, wgryzając się w ostatni kawałek czekoladowego pączka.

– MCDONALD! – wrzasnął szeryf. Po chwili, wyraźnie znużony, otworzył czarny notatnik Moleskine’a i zaczął odczytywać swoje zapiski. Przedtem oczywiście po raz czwarty wytarł okulary.

Rozdział, w którym poznamy kilka sztuczek pozwalających gospodyni domowej w skuteczny i sprawny sposób wywabić plamy krwi

Prasując jedną z białych koszul swojego męża, zawsze starannie ubranego sprzedawcy samochodów w Spanish Fork, sąsiadka z dołu, pani Grzegorczyk, dostrzegła małą czerwoną plamkę na przedniej kieszeni. Natychmiast pomyślała o tuszu z długopisu, który jej mąż lubił nosić na podobieństwo inżyniera z NASA (o takiej karierze marzył, zanim został sprzedawcą samochodów). Czym prędzej ruszyła do kuchennego zlewu, żeby uporać się z plamą.

– Swoją drogą, ta kobieta jest gospodynią idealną! – zawołał McDonald, przerywając opowieść po raz piąty. – Zdążyła nauczyć mnie parunastu sztuczek, które pozwalają wywabić plamy krwi. Można użyć amoniaku, wody chlorowanej, nadtlenku wodoru, mąki, talku, kostki lodu, czarnego mydła, płynu fizjologicznego… a nawet przyłożyć do plamy żelazny klucz! A przede wszystkim nie należy trzeć materiału, tylko delikatnie go wycierać, od zewnątrz do wewnątrz, tak żeby plama się nie powiększyła. Imponujące, prawda?

– Nazywa ją pan gospodynią idealną? Mnie kojarzy się raczej z psychopatką i seryjną morderczynią! – żachnęła się policjantka.

– Proszę tak nie mówić. Ta nieszczęsna kobieta przeżyła straszliwy szok.

– Nie doszłoby do tego, gdyby pozwalała mężowi samodzielnie prasować koszule… Jak ona się nazywa?

– Grzegorczyk.

– Grrrrzzz…

– Grze–gor–czyk.

Zachowywał się jak nauczyciel filozofii z Mieszczanina szlachcicem Moliera, starający się nauczyć pana Jourdaina właściwej wymowy samogłosek i spółgłosek.

– Skąd ona niby pochodzi? Z innej planety?

– Z Polski.

Policjantka nabazgrała kilka liter w notesie, skreśliła je i zaczęła od nowa.

– I nie mogłaby mieć na nazwisko Smith, tak jak wszyscy? – rzuciła poirytowana. – Jak to się pisze?

– Tak, jak się czyta. G–r–z–e–g–o–r–c–z–y–k.

– Czy gdy w Polsce wymyślają nazwiska, każą kotom chodzić po klawiaturach? – Agatha przypomniała sobie, że Georges Simenon, autor serii kryminałów o komisarzu Maigrecie, znajdował nazwiska swoich postaci w książce telefonicznej. Była pewna, że belgijski powieściopisarz nigdy nie wybrałby nazwiska takiego jak Grzegorczyk. – Doskonale, proszę kontynuować, szeryfie McDrive – dodała, podczas gdy jej rozmówca rozważał hipotezę o polskich kotach.

– Zabierając się za drugą koszulę, pani Grzegorczyk odkryła kolejną plamę tuszu, tym razem na rękawie. Kiedy przyjrzała jej się z bliska, następna czerwona kropla skapnęła z góry i wylądowała kilka centymetrów od tej pierwszej. A potem kolejna. Po chwili z nieba spadł szkarłatny deszcz. Pani Grzegorczyk podniosła wzrok i zobaczyła na suficie ogromną purpurową plamę w kształcie mapy Stanów Zjednoczonych. Dalej sprawy potoczyły się tak, jak można by się spodziewać. Kobieta poszła poinformować o tym zdarzeniu sąsiada z góry. Nikt nie otworzył. Wezwała policję. Dotarłem na miejsce jako pierwszy. Przestrzeliłem zamek, żeby dostać się do środka, a potem wyważyłem barkiem drzwi łazienki. Były zamknięte od środka. Na klucz…

– Bez przesady, Starsky! Nie próbuje pan czasem zrobić na mnie wrażenia?

– Nie, skąd… po prostu…

– No dobrze, ale twierdzi pan, że to była plama w kształcie Stanów Zjednoczonych?

– To tylko takie określenie, nie sądzę, żeby ten szczegół miał zna…

– Dziękuję – przerwała mu Agatha.

Pokiwała głową, przeglądając swoje zapiski. Może łatwiej byłoby wyrwać kartkę z moleskine’a policjanta i przełożyć ją do własnego notatnika? Ta sama marka, ten sam format – różniły się tylko kolorem. Szeryf używał notesu w czarnej skórzanej oprawie. Ona wolała czerwień o odcieniu zbliżonym do jej różowych conversów, które po spędzeniu kilku chwil w kałuży krwi wylewającej się z wanny zmieniły kolor niczym kameleon. Co on powiedział? Amoniak, mąka, kostka lodu, płyn fizjologiczny, woda chlorowana, żelazny klucz. Agatha zamierzała wyczyścić trampki, gdy tylko wróci do domu.

– Ma pan już jakieś tropy? – zapytała szeryfa.

Podniosła wzrok i spojrzała na niego wyczekująco. W tym swoim idiotycznym płaszczu przeciwdeszczowym wyglądał naprawdę groteskowo. Zastanawiała się, czemu nosili je wszyscy policjanci. Ona sama nigdy nie lubiła tego elementu garderoby. Poza tym, że peleryny kamuflowały jej krągłości, mogły też skrywać pokaźnych rozmiarów strzelbę. Albo, co gorsza, bermudy i białe skarpetki podciągnięte do kolan… Freud uważał, że ludzie, którzy noszą brodę, w rzeczywistości usiłują się za tą brodą ukryć. Co w takim razie powiedziałby o ludziach w pelerynach?

– O czym pani tak rozmyśla? – spytał szeryf, wyrywając ją z tych rozważań.

– Zastanawiałam się, czy pod tą peleryną nosi pan bermudy i białe skarpetki.

Te słowa wyraźnie go zirytowały.

– Noszenie peleryny w środku lata przy czterdziestu stopniach w cieniu tylko po to, żeby upodobnić się do postaci z seriali kryminalnych, wydaje mi się dość idiotyczne – dodała.

– I mówi to policjantka, która pochłania donuty jak maszyna! Niech żyją stereotypy, brawo! Proszę posłuchać, Crispies, nie sądzę, żeby te spory posunęły śledztwo naprzód. Spróbujmy się jakoś dogadać, dobrze?

– Może mi pan mówić po imieniu. Agatha, jak…

– Jak salon meblowy?

– Zamierzałam powiedzieć: jak Agatha Christie. Ale niech będzie.

Odwróciła się i spojrzała na ciało pływające w wannie. Wyglądało tak, jakby podziurawiono je kulami albo nożem tylko po to, żeby jak najbardziej upodobnić je do musaki albo do jednego z obrazów Picassa (czyżby morderca był Grekiem? A może Hiszpanem?). Agatha nie widziała takiej jatki od czasu sprawy z listem pułapką. Paczkę otworzył sprawca: wysłał ją wcześniej do swojego szefa, ale poczta ją zwróciła, ponieważ brakowało znaczka.

– Samobójstwo? – zapytała Agatha jakby nigdy nic.

Szeryf wybałuszył oczy.

– Żartuje pani? Proszę spojrzeć na tę krwawą łaźnię!

Sprawdzała go? A może z niego kpiła?

Niezrażona Agatha wpatrywała się w swoje paznokcie, pomalowane tanią podróbką bordowego lakieru Chanel 346, kupioną na promocji w lokalnej drogerii (w Nowym Jorku w stanie Kolorado istniały nadal takie przybytki). Jak na podróbkę prezentował się całkiem nieźle.

– Czy wyglądam, jakbym żartowała?

– Obawiam się, że nie… – Mówiąc to, szeryf zdjął okulary, starannie wytarł je w koszulę i znowu umieścił na nosie. – Ci, którzy to zrobili, chcieli mieć pewność, że ofiara nie przeżyje – zauważył, wskazując bezkształtną masę ciała i krwi. Ten cały Peter Foster musiał mieć prawdziwych wrogów.

– Pe–ter Fos–ter – powtórzyła Agatha, zapisując dane ofiary w notatniku. – Miał przynajmniej normalne nazwisko.

– Znalazłem je w jego dokumentach.

– Tak czy inaczej, choć pańskim zdaniem, cytuję, „ci, którzy to zrobili, chcieli mieć pewność, że ofiara nie przeżyje”, uważam, że najprawdopodobniej chodziło jednak o samobójstwo. Wbrew temu, co pan myśli, istnieje możliwość, że Peter Foster odebrał sobie życie, i zaraz panu wytłumaczę, jak mogło do tego dojść.

Opowiedziała szeryfowi o zawiłym śledztwie, w którym uczestniczyła kilka lat wcześniej w Nowym Jorku (tym drugim). Miejsce zbrodni wyglądało bardzo podobnie: mężczyzna leżący w wannie, w łazience zamkniętej od środka na klucz. Różnica polegała na tym, że tamta ofiara miała tylko jedną ranę na brzuchu, czystą i wyraźną, zadaną ostrym przedmiotem. Nie znaleziono broni, ale krwi było całe mnóstwo. Po trwającym wiele tygodni śledztwie i długich rozważaniach zdołali wreszcie rozwiązać zagadkę: mordercą okazała się sama ofiara. I choć wszystko wskazywało na zabójstwo, musieli oprzeć się na materiale dowodowym. Wydawało się to niemożliwe, ale rzeczywiście popełnione zostało samobójstwo. Człowiek ten przebił sobie żołądek ostrym soplem lodu. W zetknięciu z gorącą wodą w wannie broń roztopiła się i zniknęła. Jednym słowem: zbrodnia doskonała. Agatha nigdy nie zdołała zrozumieć, po co samobójca zadał sobie tyle trudu, żeby upozorować morderstwo.

– To rzeczywiście bardzo sprytne – przyznał McDonald, z podziwem kiwając głową. – Samodzielnie rozwikłała pani tę zagadkę?

– Zrobił to mój partner, kiedy wpatrywał się w kostkę lodu roztapiającą się w czternastej z rzędu whisky. Miał skłonność do depresji i był alkoholikiem.

– Rozumiem – odpowiedział szeryf.

Pomyślał, że Agacie Crispies zapewne nieobce są objawy depresji.

– To piękna historia, ale w jaki sposób nasza ofiara mogłaby zadać sobie tyle ciosów soplem lodu?

– Im dłużej na to patrzę, tym silniejsze mam wrażenie, że Peter Foster brał właśnie spokojną kąpiel, kiedy trzynaście postaci z Morderstwa w Orient Expressie zjawiło się nagle w łazience i pokłuło go nożem. Ojej, mam nadzieję, że czytał pan tę książkę i że nie zepsułam panu niespodzianki – powiedziała Agatha z uśmiechem, który sugerował, że liczy na coś dokładnie odwrotnego.

– Musiałem ją czytać w dzieciństwie. Ale co do Petera Fostera, trzeba było więcej niż trzynastu ciosów, żeby zrobić z niego lazanie.

„Czyli oprócz Greka i Hiszpana wchodzi jeszcze w grę morderca z Włoch” – pomyślała Agatha.

– Skłaniam się ku hipotezie samobójstwa nie z wrodzonej przekory, której mi nie brakuje, ale dlatego, że kilka minut temu wspomniał pan o, cytuję, „drzwiach łazienki zamkniętych od środka na klucz”.

– Notuje pani każde słowo? Tego typu skrupulatność trochę mnie przeraża. Czuję się tak, jakby każdy mój ruch był śledzony i – co gorsza – rejestrowany.

– Boję się, że umknie mi jakiś szczegół, więc zapisuję absolutnie wszystko, nawet sprawy, które wydają się bez znaczenia w kontekście śledztwa. – Przewróciła kilka kartek w swoim moleskinie. – Numer telefonu seksownego faceta z mojej klasy w podstawówce (nie odważyłam się nigdy zadzwonić), cytat z Nietzschego o połowie tuńczyka, skład chemiczny mosiądzu, wiersz miłosny Howarda Phillipsa Lovecrafta, lista zakupów na cały tydzień…

– Ach tak, rzeczywiście – powiedział szeryf, robiąc taką minę, jakby po raz kolejny zamierzał przetrzeć nieskazitelnie czyste okulary.

– A zatem drzwi łazienki były zamknięte od środka – stwierdziła Agatha.

– Zamknięte od środka. Owszem – potwierdził szeryf, tak jakby właśnie wskazał kluczowy trop w śledztwie. – Zgadza się, były zamknięte od środka – powtórzył, marszcząc brwi. I tak jak zawsze, kiedy nie potrafił czegoś wyjaśnić i nie chciał wyjść na idiotę, postanowił zmienić temat. – À propos, co takiego mówił Nietzsche o połowie tuńczyka?

Rozdział, w którym do tej pasjonującej rozmowy w łazience dołącza trzeci uczestnik

– Zanim go brutalnie zamordowano, jadł soczewicę! – rzucił na powitanie lekarz sądowy, wkraczając do łazienki.

Policjanci wymienili zaskoczone spojrzenia. Stali bez ruchu, podczas gdy mężczyzna pochylił się nad wanną z grymasem obrzydzenia na twarzy.

– To imponujące, panie doktorze! – zawołała Agatha. – Jak zdołał pan to ustalić na pierwszy rzut oka?

– Stół w kuchni nie jest posprzątany – wyjaśnił koroner – a w garnku została soczewica. Spróbowałem łyżeczkę. Przepyszna. Powinniście tam iść i się przekonać, zanim pracownicy domu pogrzebowego się tu zjawią i wszystko wyczyszczą. Straszne z nich sępy. Scholl. – Podał im piękną dłoń o zadbanych paznokciach. – Doktor Scholl, jak sandały na odciski.

– Crispies – przedstawiła się Agatha.

Szeryf milczał. Znali się z Schollem i nie raz mieli okazję współpracować. W Woodville był tylko jeden szeryf i tylko jeden lekarz sądowy.

Scholl przyjrzał im się z rozbawieniem.

– Crispies i McDonald, nieźle się dobraliście. Można by was wziąć za dietę bogatą w tłuszcze – dodał z nutą ironii. – Chociaż osoba, która żywiłaby się w taki sposób, nie przeżyłaby nawet trzech miesięcy.

– Ja żywię się czekoladowymi donutami od ponad trzydziestu lat! – zaprotestowała Agatha.

Koroner przyjrzał jej się, zatrzymał na chwilę wzrok na potężnych biodrach i przylegających do nich jeszcze potężniejszych pośladkach. Zamierzał już powiedzieć: „To widać”, ale postanowił poprzestać na uśmiechu. Nadwaga, a może wręcz otyłość, podwyższony poziom cholesterolu, płaskostopie, cukrzyca typu 2: ta kobieta o nazwisku brzmiącym jak nazwa popularnych płatków śniadaniowych była żywym dowodem na prawdziwość słów lekarzy. Otyłość stanowiła główną przyczynę chorób i zgonów w Stanach Zjednoczonych – ale niektórzy robili wszystko, by sobie zaszkodzić.

– Moje kondolencje – zażartował.

– Och, nie znaliśmy ofiary – wyjaśniła Agatha.

– Chodziło mi o panią – dodał stanowczym tonem.

Zapadła cisza.

– Mam wrażenie, że już się gdzieś widzieliśmy – powiedział po chwili Scholl.

– Nie wydaje mi się – odparła urażona Agatha, posyłając mu jedno ze swoich nienawistnych spojrzeń, zdolnych obrócić w pył nawet hartowaną stal. – Jestem w tej okolicy po raz pierwszy, a nie sądzę, żeby często odwiedzał pan Nowy Jork w stanie Kolorado.

– W stanie Kolorado jest jakiś Nowy Jork?

– A jest jakiś Nowy Jork na wschodnim wybrzeżu? – zapytał McDonald, przywołując żart mieszkańców miasteczka.

– Często słyszę, że przypominam Rihannę, może to dlatego – zasugerowała Agatha.

Mężczyźni byli dla niej jak otwarta księga albo raczej kolorowy magazyn. Umiała ich przejrzeć na wylot, dokładnie tak jak „Cosmopolitana”. Choć koroner zachowywał się wobec niej nieuprzejmie, najwyraźniej mu się podobała. Zresztą właśnie dlatego postępował w ten sposób – nie miała co do tego wątpliwości. Znała się na męskiej psychice. Poza tym nie od dziś wiadomo, że faceci lubią duże pupy. Może i fantazjowali o rosyjskich anorektycznych modelkach, ale ostatecznie żenili się ze zwykłymi kobietami i ich zbędnymi kilogramami. Jeśli chodzi o pupę, to Agatha mogła się poszczycić pośladkami godnymi Beyoncé i Jennifer Lopez razem wziętych.

– Już wiem! – zawołał lekarz. – Jest pani podobna do tej aktorki z Ducha! Jak dwie krople wody!

– Demi Moore? – zapytała Agatha, jednocześnie zaintrygowana i zadowolona.

Lekarz okazał się mniej niegrzeczny, niż pierwotnie sądziła. A może chciał po prostu odkupić winy? Po raz pierwszy porównano ją do tej pięknej amerykańskiej aktorki. Chociaż jeśli się nad tym zastanowić, te kocie oczy, ta cudowna twarz o harmonijnych rysach, to ciało jak marzenie, te…

– Nie, nie chodzi mi o Demi Moore, tylko o tę drugą. Tę, która grała medium.

– Whoopi Goldberg? – zawołała Agatha z przerażeniem.

Zrobiło jej się słabo. Szybko wyjęła z torebki czekoladowego donuta i wbiła w niego zęby, próbując się uspokoić.

– O właśnie, Whoopi Goldberg!

– No cóż, nie chciałbym wam przeszkadzać, ale kiedy już skończycie tę zabawę, dobrze byłoby zająć się naszą ofiarą – zauważył z powagą McDonald.

– Słusznie, lepiej porozmawiajmy o tym nieszczęśniku – zgodziła się urażona Agatha.

Lekarz sądowy odwrócił się w stronę wanny, spojrzał na unoszącą się w niej bezkształtną górę mięsa i kości i po raz kolejny skrzywił się z obrzydzeniem.

– „Zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem” – zaczął recytować. – „Tak jakby morderca wiedział, że w przypadku tego człowieka nie trzeba unicestwić ciała, tylko duszę, wszystko, co kryje się w jego wnętrzu…”

– Czyje to słowa? – zapytała zaintrygowana Agatha. Nie znała tego cytatu.

– Nie pamiętam. Musiałem to przeczytać w jakimś kryminale. Niczego innego nie czytam.

– Czyli uważa pan, że to morderstwo?

– A co innego? – zapytał lekarz ze zdziwieniem, odwracając się w stronę grubej policjantki. – Chyba nie bierze pani pod uwagę śmierci z przyczyn naturalnych!

Szeryf parsknął śmiechem.

– Gorzej – oznajmił. – Bierze pod uwagę samobójstwo…

Koroner spojrzał na nią niepewnie i podrapał się po brodzie.

– Samobójstwo? To mało prawdopodobne. Chyba że to miał być samobójczy zamach bombowy… Takie rzeczy są ostatnio w modzie.

Agatha szeroko otworzyła oczy. Przez kilka sekund widziała siebie na czele śledztwa na szczeblu krajowym, a może nawet międzynarodowym. Ona jedna przeciwko terrorystom. Uratowałaby Amerykę i ocaliłaby świat niczym Bruce Willis. Prezydent Stanów Zjednoczonych przypiąłby jej na piersi medal. „Muszę pamiętać, żeby włożyć na tę okazję swój najlepszy stanik” – pomyślała. „I jakąś ładną koszulę”.

– Ale czego dżihadysta mógłby szukać w Woodville? – zastanawiał się na głos szeryf. – I po co miałby dokonywać zamachu we własnej wannie?

Marzenie policjantki prysnęło jak bańka mydlana. Trzeba zapomnieć o najlepszym staniku i ładnej koszuli.

– To morderstwo – orzekł koroner, chcąc uciąć wszelkie spekulacje i obalić absurdalne hipotezy. – Ostatni raz widziałem taką rzeź w Waszyngtonie. Jakiś facet w przypływie szału zabił żonę, a potem pociął ją na kawałeczki tym, co akurat miał pod ręką: nożem do masła.

– Nożem do masła? – powtórzył z niedowierzaniem policjant w pelerynie.

– Wpadł w furię przy śniadaniu. Paradoksalnie nóż do mięsa albo nóż rzeźniczy czyni mniejsze spustoszenie. Cięcia są czystsze, mniej chaotyczne. W przypadku noża do masła trzeba się naprawdę napracować, żeby pociąć skórę. Nie mówiąc o kościach! Posiekał ją na kawałki. Ale zajmijmy się tym, co mamy przed sobą. Niesamowite! Prawdziwy bekon. – Wskazał na kawałki ciała zanurzone we krwi.

– Mówi pan o malarzu Baconie? – zapytała Agatha.

– Nie, o wędlinie.

– Och, rozumiem. Chodziło mi o to, że postaci malowane przez Francisa Bacona wyglądają jak bezkształtne, przerażające obiekty – wyjaśniła policjantka.

– Studiowała pani na Akademii Sztuk Pięknych, porucznik Crispies?

– Nie.

– No cóż, bierzmy się do roboty!

Lekarz podwinął rękawy koszuli, dał policjantom znak, żeby się cofnęli, a następnie na zalanej wodą i krwią podłodze położył walizkę, z której wyjął stetoskop.

– Jest pan pewien, że to się przyda na tym etapie? – zapytała Agatha.

– Nigdy nie pomijam żadnego etapu pracy. Boję się, że umknie mi jakiś ważny szczegół, więc robię nawet rzeczy, które wydają się zbędne.

– Dwoje neurotyków. Powinniście się dogadać – oznajmił McDonald, przecierając okulary po raz czterdziesty szósty w ciągu dziesięciu minut.

Koroner włożył rękawiczki i przytknął stetoskop do bezkształtnej masy leżącej w wannie. Powtórzył tę czynność wiele razy. Następnie zbadał palcami kilka strzępów, chcąc określić, gdzie znajdowały się dawniej głowa oraz inne części ciała. Strzepnął wierzchem dłoni parę okruchów czekoladowego donuta, wykonał kilka pomiarów – między innymi zmierzył temperaturę dziwacznym termometrem – a następnie odwrócił się do policjantów.

– Nie żyje – oznajmił z powagą.

Jak rozpoznać rasistę dzięki zwykłemu iPhone’owi?

Kiedy zadajemy to pytanie ludziom w naszym otoczeniu, zdecydowana większość nie uważa się za rasistów. To szaleństwo, przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie jest rasistą. A jednak wybraliśmy prezydenta ksenofoba (ponieważ premiera wyłania się w wyborach powszechnych i pośrednich, oznacza to, że głosujący Amerykanie są powszechnie i pośrednio ksenofobami…). W 1997 roku Ministerstwo Rolnictwa odmawiało pożyczek dziesiątkom tysięcy czarnoskórych, podczas gdy chętnie udzielano ich białym farmerom. Z kolei 89% czarnoskórych kobiet gra w filmach wulgarne postaci, podczas gdy takie role dostaje tylko 17% białych aktorek. Rasiści są wszędzie. W polityce, w rolnictwie, w kinie, a także na rogu waszej ulicy. Może sami nimi jesteście, choć nie zdajecie sobie z tego sprawy.

Już tłumaczę. Dwaj amerykańscy ekonomiści postanowili dokładniej zbadać ten problem. Zaczęli zadawać pytania ludziom ze swojego otoczenia. Czy odpowiedziałbyś na zamieszczone w Internecie ogłoszenie w taki sam sposób, niezależnie od koloru skóry sprzedającego? Jednogłośna odpowiedź: „Ależ tak, oczywiście, jeszcze tego by brakowało!”. Ale rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Czyny zawsze różnią się od słów. Badacze zdecydowali się to sprawdzić. Przez rok publikowali ogłoszenia na rozmaitych darmowych portalach. Sprzedawano zawsze ten sam przedmiot: iPhone’a. Wszystko było identyczne, z wyjątkiem jednego szczegółu. Na niektórych ogłoszeniach iPhone’a trzymała biała dłoń, na innych zaś czarna. Wyniki tego eksperymentu nie pozostawiały cienia wątpliwości. Czarnoskóry sprzedawca otrzymywał 10% mniej odpowiedzi i 20% mniej ofert niż biały. Potencjalni kupujący po nawiązaniu kontaktu z czarnoskórym sprzedawcą zachowywali się bardziej podejrzliwie. O 20% mniej osób podawało mu swoje nazwisko, a ponad połowę niepokoiła kwestia płatności z góry. Jednym słowem, choć ci ludzie nie przyznawali się do tego sami przed sobą, kierowali się uprzedzeniami: zakładali, że czarnoskóry sprzedawca zapuka pewnego dnia do ich drzwi i ich okradnie. Bali się, że oferuje kradziony telefon albo że po przyjęciu płatności nie wyśle im towaru. Że przywłaszczy sobie pieniądze i pójdzie za nie kupić najnowszą płytę Willa Smitha.

Jakie wnioski płyną z tego badania?

1. Jeśli chcecie sprzedać iPhone’a, a jesteście czarni, lepiej nie prezentujcie ręki przed obiektywem albo wypożyczcie rękę kolegi…

2. W żadnym wypadku nie przenoście się do Nowego Jorku w stanie Kolorado. Nie ma znaczenia, czy jesteście czarnoskórym, czy telefonem komórkowym – nikt was tutaj nie chce.

3. Powinniście zrobić sobie powtórkę z muzyki współczesnej. Ostatnia płyta Willa Smitha ukazała się w 2005 roku!

Rozdział, w którym nieobeznany z tą materią czytelnik dowie się, jak prowadzi się śledztwo w sprawie zabójstwa

– No dobrze, więc od czego pani zacznie? Przeszuka pani mieszkanie? A może lepiej najpierw przesłuchać sąsiadów?

Człowiek w pelerynie stał oparty o umywalkę i przyglądał się Agacie z lekkim uśmieszkiem.

– Na początek zamierzam to porządnie oblać! Otworzę butelkę najlepszego szampana.

– Co oblać?

– Morderstwo, cóż by innego!

– Wydawałoby się, że sprawia to pani przyjemność.

– Czekałam na to od pięciu lat! Nie liczyłam na zbrodnię stulecia, byłam gotowa zadowolić się jakimkolwiek trupem. Pięć lat! Przestałam już w to wierzyć. Zastanawiałam się nawet nad wykupieniem drobnego ogłoszenia w lokalnej gazecie, rozklejaniem plakatów na słupach wysokiego napięcia, zamieszczaniem reklam na opakowaniach pizzy i kartonach mleka… – Narysowała w powietrzu plakat i wyrecytowała: – ZDESPEROWANA POLICJANTKA SZUKA (ATRAKCYJNEJ) ZBRODNI. Proszę o zgłaszanie się do klubu czytelniczego na komisariacie policji, ostatnie drzwi w głębi korytarza, obok fotokopiarki. Zbrodnia w tej okolicy jest jak kometa Halleya. Widzi się ją tylko raz w życiu. A i do tego trzeba mieć szczęście.

Mężczyzna spojrzał niepewnie na Agathę, a następnie po raz kolejny przetarł okulary. Policjantka wzruszyła ramionami.

– Zastanawiałam się, jak zdołam przetrwać kolejne lato bez Facebooka…

Lato dopiero się zaczęło i Agatha nie musiała się już głowić, jak wypełnić sobie dni. Kochała tę porę roku i uważała ją za idealny czas na pochłanianie książek. Czytała jedno arcydzieło za drugim. Witaj, smutku Françoise Sagan, Zabić drozda Harper Lee, Sen nocy letniej Williama Shakespeare’a. No i oczywiście Letnią przeprawę Trumana Capote’a.

– Letnia przeprawa bez Facebooka… – mruknęła pod nosem, lekko się uśmiechając.

Szeryf nie zareagował. Ciekawe, czy w ogóle miał pojęcie, o czym mówiła.

– Co to takiego? – zapytał.

– Co? Facebook czy Truman Capote?

Tym razem to on wzruszył ramionami.

Agatha była w stanie sobie wyobrazić, że jej rozmówca nie zna autora dzieł takich jak Z zimną krwią czy Śniadanie u Tiffany’ego. Nie potrafiła mu jednak wybaczyć nieznajomości Facebooka. Ta mieścina przypominała trochę Wehikuł czasu H. G. Wellsa. W XXI wieku każdy szanujący się policjant powinien opanować obsługę portali społecznościowych. Stanowią one przecież cenne źródło informacji o przestępcach. Bo przestępcy, podobnie jak wszyscy inni śmiertelnicy, zakładają konta na Facebooku. Ludzie wychodzą na ulice i manifestują przeciwko kartotekom policyjnym, walcząc o rzekomą wolność jednostki i prawo do prywatności, a następnie dzielą się każdym szczegółem swojego życia prywatnego w sieciach społecznościowych. Niektórzy pozują nawet z bronią i łupami zdobytymi podczas ostatnich występków. Nie trzeba już szukać dowodów, przestępcy sami ich dostarczają, dokonują samooskarżenia i dołączają do niego materiał dowodowy w postaci zdjęć i nagrań wideo. Każdy, kto chce zostać twoim znajomym na portalu społecznościowym, może być policjantem. O tak, Facebook jest czymś więcej niż zwykłą teczką z bezużytecznymi informacjami. Dowiemy się z niego, co ludzie jadają (choć wydaje się to niezrozumiałe, wiele osób robi zdjęcia spożywanych potraw), dokąd i z kim wyjeżdżają na wakacje, a przede wszystkim – kiedy wracają (odpowiada to zarówno policjantom, którzy cierpliwie czekają, by zjawić się u nich w domu o szóstej rano, wiedząc, że o tej porze na pewno ich zastaną, jak i złodziejom, którzy rozgaszczają się w ich domach podczas urlopów).

– Dokonaliśmy wstępnych oględzin ciała w obecności lekarza sądowego – powiedziała Agatha. – Teraz trzeba rozejrzeć się po mieszkaniu, zebrać dowody, o ile jakieś się znajdą, przesłuchać ewentualnych świadków, członków rodziny i znajomych nieboszczyka, poszukać informacji na temat ofiary i tak dalej.

– Można by powiedzieć, że bez pracy nie ma donutów – odezwał się szeryf.

– „W takim razie zabierajmy się do poszukiwań. Każda minuta opóźnienia wyda mi się wiecznością”3 – oznajmiła Agatha, przywołując słowa Alberta de Morcerfa z Hrabiego Monte Christo.

Lubiła cytować klasykę, to był jej sposób na włączenie literackich arcydzieł w nurt życia codziennego. Albo na włączenie tego marnego życia w wartki potok wspaniałej literatury.

Agatha opuściła łazienkę z mocnym postanowieniem, że zaraz znajdzie jakąś cenną wskazówkę i udowodni McDonaldowi, że jest warta tyle samo co mężczyzna – a może jeszcze więcej. I to biały mężczyzna.

W mieszkaniu panował ład, zbyt duży jak na samotnika. Wnętrza były staroświecko urządzone, ale czyste. Agatha dobrze znała samotników i wiedziała, że musi za tym stać jakaś kobieta. A dokładniej kobieta z odkurzaczem w jednej ręce i sprejem do drewna w drugiej. By ją znaleźć, należało dotrzeć do sprzątaczki. Gdyby z nią porozmawiała, niewykluczone, że dorwałaby mordercę. W przypadku zabójstw czasem nie warto szukać za daleko.

W kryminałach Agathy Christie i w amerykańskich serialach przedstawiane są wielkie zbrodnie okryte aurą tajemnicy, fascynujące zagadki, które rozwikłuje się przez długie miesiące. Do tego dochodzi mnóstwo barwnych postaci, ludzi pełnych charyzmy i budzących podejrzenia. Rzeczywistość okazuje się jednak zupełnie inna. Kiedy ginie mężczyzna, w 90% przypadków okazuje się, że dźgnęła go nożem żona, a kiedy ofiarą jest kobieta, winę ponosi zwykle mąż. Jeśli znalezione zostaje dziecko uduszone poduszką, w 80% spraw stoi za tym ktoś z rodziny. Jeśli dzieje się to po rozwodzie, za zabójstwo odpowiada najczęściej ojczym lub macocha. Trudno uwierzyć, jak wiele dzieci ginie z ręki narzeczonego matki. Jeszcze trudniej pojąć to, że wiele matek daje się omamić narzeczonym i pomaga im w morderstwie. W Stanach Zjednoczonych proporcja ludzi zabitych przez kogoś znajomego do tych, którzy giną z ręki obcego, wynosi 3 do 1. Nie zabija się nieznajomych. A w każdym razie zdarza się to niezwykle rzadko.

Zatem w prawdziwym życiu, oprócz pewnych wyjątków, nieczęsto prowadzi się spektakularne śledztwa. Zazwyczaj są to sprawy, które rozwiązuje się w ciągu kilku godzin. To czysta matematyka. Statystyka. Logika. W prawdziwym życiu mordercy nie są błyskotliwymi i eleganckimi zbrodniarzami rodem z seriali telewizyjnych. Rzadko mamy pod ręką zespół złożony z dziesięciu scenarzystów, którzy pomogliby nam dopracować plan zabicia żony. Z reguły takiego czynu dokonują nieszczęśnicy działający w afekcie. Zwykła kłótnia w kuchni i w ruch idzie nóż, byle awantura w salonie, w którym stoi puchar z zawodów sportowych, i bum, wymierzony zostaje cios. Kiedy już emocje opadną, wielu sprawców dzwoni na policję i z płaczem przyznaje się do winy. Takie osoby ława przysięgłych traktuje pobłażliwie, a ich wyroki często są skrócone. Inni, głupsi, wymyślają naprędce jakąś historię, kręcą i zmyślają, żeby oczyścić się z zarzutów – ale ostatecznie gubią się we własnych kłamstwach i zostają zdemaskowani. Bardzo niewiele osób potrafi kłamać. Skutecznie kłamać. Pod presją. Nie każdy posiada ten dar.

Zbrodnia doskonała istnieje, to nie ulega wątpliwości. Ktoś, kto nie ma kartoteki policyjnej i postanowiłby zabić osobę mieszkającą na drugim krańcu Stanów Zjednoczonych, ktoś w żaden sposób niepowiązany z ofiarą, niezauważony przez nikogo (dotyczy to zarówno twarzy, jak i samochodu oraz tablic rejestracyjnych), popełniłby morderstwo doskonałe. Nawet gdyby na miejscu zbrodni znaleziono ślady DNA albo odciski palców, nie doprowadziłyby one do zabójcy, bo nie posiadałby on kartoteki. Wbrew temu, co pokazuje się w serialach, policja nie jest w stanie dokonać identyfikacji nienotowanego wcześniej sprawcy. Brak jakiegokolwiek związku z ofiarą gwarantuje względne bezpieczeństwo. Taki wątek pojawia się zresztą w pierwszym kryminale Patricii Highsmith, w Znajomych z pociągu: dwie osoby spotykają się przypadkiem w pociągu i zawierają obopólnie korzystne porozumienie: wymienią się morderstwami. Pierwszy zabije żonę drugiego, ten zaś zamorduje ojca pierwszego.

Zbrodnia doskonała, owszem – ale po co ktoś miałby jechać na drugi koniec Ameryki, żeby zamordować nieznajomego? Lepiej zostać w domu, obejrzeć dobry film i zjeść pizzę.

Agatha przeszła do salonu – najpierw wkroczyły do niego jej wydatne piersi, później zaś obfite pośladki. Pokój o powierzchni około dwudziestu metrów kwadratowych był czysty, ale dziwacznie urządzony. Trzy fotele stały tam jeden obok drugiego, wciśnięte w kanapę w taki sposób, że nie dało się na niej usiąść. Z kolei stolik kawowy ściśle przylegał do oparć trzech foteli, zwróconych w stronę kanapy tak, że i na nich nie sposób było zająć miejsce. W gruncie rzeczy usiąść można było jedynie na stoliku, tyle że znajdował się na nim akurat koszyk z motkami wełny i szydełkami, które nieszczególnie zachęcały do siadania.

– Tego pokoju nie urządzono chyba w myśl zasad feng shui – zauważył szeryf, szkicując w notatniku plan pomieszczenia widzianego z góry.

– Tetris zaszkodził całemu pokoleniu – dodała policjantka.

– To wygląda jak odwrócona piramida, ale wątpię, żeby istniał jakikolwiek związek z naszą sprawą. Ludzie mają w końcu prawo do złego gustu, prawda?

Mężczyzna odwrócił się do Agathy i utkwił wzrok w jej kolczykach w kształcie ananasów.

Po bezowocnym przeszukiwaniu toalety policjantka przeszła do sypialni. Podczas rewizji Agatha nie opierała się na metodach opisywanych w Podręczniku amerykańskich technik policyjnych (PATP), prawdziwej biblii mundurowych. Wolała wzorować się na Auguście Dupinie, sławnym francuskim detektywie powołanym do życia przez Edgara Allana Poego w Opowieściach niesamowitych, bohaterze, który stał się dla Doyle’a źródłem inspiracji podczas kreowania postaci Sherlocka Holmesa. W Skradzionym liście Poe przez siedemnaście stron utrzymywał czytelnika w napięciu, opisując poszukiwania kompromitującego listu ukrytego w mieszkaniu pewnego ministra. Ostatecznie okazało się, że list przez cały czas leżał na widoku. To najlepsza strategia.