Wydawca: Rebis Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 226 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Calcio! - Juan Esteban Constaín

Powieść o pierwszym w dziejach meczu piłkarskim!

Kiedy i gdzie rozegrano pierwszy mecz piłki nożnej? 

Profesor Arnaldo Momigliano, historyk i znawca świata starożytnego, który uciekł przed faszyzmem w bezpieczne zacisze Oksfordu, wysuwa hipotezę, że pierwszy raz piłka, której zawodnicy nie mogli dotykać rękoma, potoczyła się na placu Santa Croce we Florencji, w roku 1530.

Dotknięty do żywego angielski światek akademicki odpowiada: Cóż za insynuacje włoskiego imigranta! Futbol, tak jak herbatka o piątej po południu, to nasz narodowy wynalazek!

Wtedy to Momigliano – zatrzymując się przy okazji  przy kamieniach milowych historii Europy - odtwarza niezwykłą historię oblężenia Florencji przez wojska cesarza Karola V i meczu, w którym florentczycy grali z Hiszpanami o… wolność. Mistrzowsko niczym Diego Maradona (powieść jest hołdem złożonym największemu piłkarzowi XX wieku) dryblując narracją, autor tworzy wspaniały pejzaż z nieco egzotyczną, nostalgiczną Italią i komicznym Oksfordem. Znakomite scherzo nie tylko o piłce nożnej!

Juan Esteban Constain (ur. 1979) – kolumbijski pisarz, historyk, tłumacz z łaciny i greki, wykładowca stosunków międzynarodowych na Universidad del Rosario (Bogota), felietonista gazety „El Tiempo”, muzyk i gorący entuzjasta futbolu. Powieść Calcio! została wyróżniona nagrodą Espartaco przyznawaną za najlepszą powieść historyczną opublikowaną w języku hiszpańskim.

Opinie o ebooku Calcio! - Juan Esteban Constaín

Fragment ebooka Calcio! - Juan Esteban Constaín

Dla Enrique’a Serrano i Eduarda Barajas Temu argentyńskiemu D10S, który kopał lewą

SONET NA FLORENCKIE CALCIO Z 1680 ROKU

Bitwa, co rozgorzała przed twymi oczami pod niebem tak ciężkim, że aż przytłacza ziemię, tak wiele w sobie nosi ze sztuki wojennej, że choć to gra jedynie, drżysz nad ofi arami.

Oto wojownik, za jedyną broń dał mu Bóg mistrzostwo, z jakim wrogom twardo stawia czoło, a tyś zaledwie świadkiem, jakich wielu wkoło, piękna jego sylwetki, maestrii jego nóg.

Odwaga, przebiegłość – tylko tyle tu widzisz, gdy boiskiem piłka jak ziemski glob się toczy podawana przez wojowników fantastycznych.

A mimo że zwyczajną grą są takie bitwy, tak wiele mają w sobie z prawdy oraz wojny, że udane, podobne są do rzeczywistych.

VINCENZO DE FILICAJA

1 KTO PRZECZYTA, TEN ZOBACZY

Pozwolą państwo, że w tekście poświęconym pamięci Arnalda Momigliana skupię się na wspomnieniach jedynie szczęśliwych chwil naszej przyjaźni. Spoczywały one na dnie mego serca, spętane i nieruchome, znacznie więcej lat, niż w młodości spodziewaliśmy się przeżyć, a teraz tylko te chwile, ten żar ożywiony powiewami czasu potrafię dostrzec z pełną jasnością; reszta jest dla mnie zaledwie półmrokiem. Ponadto proszę wybaczyć pewne niezdecydowanie i niejaką opieszałość, niestety znużenie dopada mnie bardzo szybko, nawet w piśmie, mojej prozie zaś brak już prężnych muskułów i zręczności podpatrzonej u klasyków; winien im jestem także przyjaźń z Arnaldem, wszelako nie chcę niewcześnie uprzedzać kolejnych słów, przecież i tak muszą tutaj zostać przytoczone – zresztą jestem przekonany, że w sprawach istotnych wypowiedzą się jeszcze inni, znacznie młodsi i mądrzejsi ode mnie, a ja dodam tylko to, co należy powiedzieć w takich chwilach o człowieku takim jak on: mianowicie że był geniuszem, że był Żydem; a bywało, że jedno i drugie sprowadzało na niego nieszczęście. Że nie był nieszczęśliwy (był też Włochem, a to wyjaśnia ten fenomen) i że w wieku dwunastu, może trzynastu lat, w zasadzie nie ma to większego znaczenia, tłumaczył już Tacyta i Ammiana Marcellina, poprawiając nawet nauczycieli oraz ojca, początkowo wpadających w osłupienie, lecz później kapitulujących wobec największego w naszych czasach talentu pojmowania starożytnych. A nie potrafię znaleźć w myślach talentu piękniejszego niż ten, choć zamyka on w sobie paradoks, o którym tutaj ośmielam się wspomnieć po raz pierwszy w życiu, zachęcony splendorem uroczystości i powodowany nostalgią: Arnaldo Momigliano posiadał absolutnie olśniewającą wrażliwość, pozwalającą mu rozumieć klasyków do tego stopnia, że pojmował ich lepiej niż oni sami siebie, i za sprawą takiej oto klątwy biedak w końcu mówił o Grekach i Rzymianach rzeczy tak odkrywcze, iż pośród mu współczesnych wiecznie krążyła pogłoska, jakoby oszalał. Wspomniałem już, że był Włochem.

Położeniu kresu jego niesławie nie pomagały i takie zdarzenia jak te – zachodzące nader często – kiedy przybywał do jadalni Balliol College w Oksfordzie, z uśmiechem na ustach jak dziecko albo sycylijski biskup, w zbyt obszernej koszuli, która zawsze miała o jeden guzik za dużo, niemożliwe to do wyjaśnienia. Odkładał książki na stół (zapamiętałem go raz z greckim wydaniem Nocy attyckich Gelliusza; „Mają rację te hieny, czytam tylko historie w brukowcach i romansidła dla pensjonarek”, odezwał się, starając się puścić do mnie oko, czego nigdy nie potrafił robić, a następnie pocałował mnie w czoło i dał mi jabłko), wycierał okulary, bez względu na to, czy miały szkła czy nie, z makabryczną pasją wybierając sobie przy tym ofiarę – nie było na uniwersytecie kolegi, który by się uchował przed tym siejącym grozę rytuałem, a im poważniejsza i bardziej zasadnicza była ofiara, tym chętniej Arnaldo bawił się swoim okrucieństwem. Gadał na całe gardło w kilku językach naraz, złorzecząc na wszelkie sposoby systemowi i tradycji, Szekspirowi („Tak, tak, Dante z pewnością wysoko by go cenił jako służącego”), Anglii i jej kuchni, i jej łacinie, anglojęzycznej prozie oraz słońcu, które ta chciwie ukrywa. Nagle zwracał się do wybranego przez siebie człowieka, może przypadkiem już przy deserze, rzucając mu prosto w twarz: „Czyż nie mam w tym wszystkim racji, doktorze Allen? Seneka to błazen, a Cyceron – tchórz bijący żonę; stoi to w listach do Attyka, nie mógłbym kłamać w sprawie równie delikatnej jak ta”. I cóż na to mógł odpowiedzieć biedny doktor Allen z tym wiecznie uciekającym okiem. Niech pan nie przesadza, doktorze Momigliano, bo nawet u Włocha podobna arogancja jest nie do pomyślenia i być może po dokładniejszej lekturze wyimków L’Homonda albo antologii angielskiej Greena znajdzie pan powody, żeby zrewidować swoje poglądy, które choć błyskotliwe, bo „po panu niczego innego bym się nie spodziewał, panie Arnaldzie”, godne są raczej uczniaka lub jakiegoś impertynenta aniżeli mistrza o pańskim niepodważalnym autorytecie, nawet w obliczu polemiki nad przekładem apokryficznej ewangelii padre putativo, w którym krzyż Pański jest cedrowy i jego woń aż do końca niczym kat prześladuje domniemanego ojca Chrystusa. Do tego czasu stół już był pełen ludzi – profesorowie z tabakierkami i kieliszkami wina, studenci w niebieskich płaszczach i z egzemplarzem Eneidy czytanej podczas obiadu – a Arnaldo Momigliano wyrzucał z siebie rubaszny rechot, odbijający się od kieliszków w barze po drugiej stronie jadalni. Całował doktora Allena, dwa lata młodszego od siebie, po czym wykrzykiwał urażonym głosem, po części z włoskim akcentem z Piemontu, po części angielskim z synagogi: „Uwielbiam tego szalonego starca!”.

Dom Arnalda na obrzeżach Oksfordu prezentował się nie mniej malowniczo i w jakiś cudowny sposób był podtrzymywany stosami książek, zawalających nawet łazienki i kuchnię, gdzie nierzadko można było zobaczyć panią Meedler, jego pomoc domową i niemal dobroczyńcę, przeganiającą krety jednym z tomów Encyklopedii Britannica – traktującym o budowie okrętów i typach żagli, jeszcze dzisiaj go przechowuję – który dokładnie punkt piąta służył również do tego, żeby na jego skórzane okładki wylewała się herbata i jakiś wiersz Katullusa, być może najlepszego poety życia rodzinnego. Nie wiem, ile tam było książek (dziesięć tysięcy, dwadzieścia tysięcy), ale wszystkie miały na grzbietach niepokojącą przestrogę po włosku: Chi legge ci si accorge („Kto przeczyta, ten zobaczy”). Nakleił je faszyzm, kiedy wygnał Arnalda z kraju, chcąc sprawić, żeby na drogach wygnania ktoś, a może i on sam, nie ośmielił się zajrzeć do tych przeklętych przedmiotów, być może skrywających w swoich wnętrznościach wspomnienie świata sprzed horroru; wspomnienie i nadzieję. Pewnego razu wziąłem na chybił trafił jedną z tych książek, a na okładce znajdowała się pieczątka, którą Momigliano przystawił na wszystkich tomach, kiedy w końcu dotarł do Anglii w roku 1939: Poi me ne son’ accorto („Tak, zobaczyłem”). Ja poznałem go kilka miesięcy później, na wiosnę 1940. W pewne deszczowe popołudnie, jak wszystkie w Oksfordzie. Posadzono nas obok siebie przy stole na okoliczność przyjęcia na cześć lorda Ellingtona, mającego nazajutrz na zawsze wyjechać do Ameryki – przynajmniej tak obiecywał, ale powrócił zaraz po wojnie, co było jeszcze gorsze, bo przyjechał znacznie bogatszy i z całą władzą w rękach – a jako wielki mentor naszego college’u musiał zostać pożegnany z honorami i żałobnym lamentem oraz wymaganymi przez tradycję nieuniknionymi przemówieniami. Jedno wygłosił rektor i wypełnił je łacińskimi sentencjami i błahostkami, drugie zaś było znacznie lepsze, rzecz jasna, Arnaldo więc wysyczał mi to przez zęby, co jednak w wypadku Włocha oznaczało krzyk przez zęby: „Gdyby chodziło o przemówienia, chłopak powinien zostać rektorem”. Spojrzałem na niego ubawiony, nie tylko dlatego, że całkowicie się z nim zgadzałem, ale też dlatego, że w jego minie było coś, co natychmiast zapraszało do szczęścia, a przecież był Żydem, którego właśnie przepędzono z własnego miasta jak psa, obnosił więc po świecie cierpiętniczą, pełną żalu minę, jak to wszyscy Żydzi. Tak, było w nim jednak coś, nie wiem co, co czyniło nas szczęśliwymi, może to jego zielone, płomienne oczy, które nigdy nie nieruchomiały, albo jego uśmiech, który nigdy nie pojawiał się na widok cudzego nieszczęścia, albo jego ręce stareńkiej Włoszki, którymi w kilka sekund był w stanie zrobić papierowe koguciki i statuetki gladiatorów. Podczas bankietu dla lorda Ellingtona, gdy wszedł chór, Arnaldo Momigliano wykonał swastykę z serwetki i podał mi ją, wskazując na honorowego gościa: „Wszędzie pełno nazistów”, powiedział, po czym spróbował puścić do mnie oko. I tamtego dnia zostaliśmy przyjaciółmi.

Przybyliśmy obaj do Oksfordu, żeby poświęcić się studiom klasycznym, on ze stypendium Funduszu na rzecz Ocalenia Uchodźców Politycznych – w przeważającej większości Żydów z Niemiec i po części z Włoch, jak to było w jego przypadku – a ja jako lektor: w katedrze epigrafiki łacińskiej i chrześcijańskiej miałem prowadzić zajęcia dla pierwszego roku sztuk wyzwolonych. On poprzedzony sławą geniusza, mimo że taki młody, i z pełnym zachwytów listem od Benedetta Crocego, na oścież otwierającym mu wrota angielskiej akademii, która po kilku miesiącach legła u jego stóp, kiedy stało się oczywiste, że na całym świecie nie ma nikogo (takie były słowa Rogera Collingwooda), kto by lepiej przetłumaczył i objaśnił Kasjusza Diona i Apollodora. Ja dla odmiany byłem świeżo upieczonym doktorem z Cambridge, a udałem się do Oksfordu w poszukiwaniu fortuny, niejako w ramach zemsty na swoich mistrzach, aby dowieść im, że wiele stracili, skazując mnie na egzystencję zaledwie nauczyciela łaciny i prozodii. Jednak w Oksfordzie posiadanie rodowodu z Cambridge oznaczało tyle samo co być Żydem, albo jeszcze gorzej, dlatego też świetnie się rozumiałem z Arnaldem: obaj spędzaliśmy wieczory, dzieląc ze sobą samotność i troski obcokrajowców, i skarżyliśmy się w sekrecie, z humorem, bo nic nam więcej nie zostało, na absurdalność i pyszałkowatość tego całego oksfordzkiego światka, pełnego baronów i zniewieściałych erudytów, bezwstydnie kąpiących się ze sobą, gdy w potokach deszczu odbijały się echem od murów miasta bicie dzwonów i robaczywe myśli.

Poznając się, nie wiedzieliśmy, że spędzimy w tamtym miejscu znakomitą część naszego żywota, który jeszcze mieliśmy przed sobą – bardzo wiele – i że wraz z upływem czasu my sami staniemy się tym wszystkim, co początkowo tak bardzo nas oburzało w Oksfordzie i w jego mieszkańcach. Tak jednak się stało: mijały dni, deszcze, lata, a wraz z nimi jęliśmy się wtapiać w ten świat i nie zdając sobie z tego sprawy, staliśmy się jego częścią i nauczyliśmy się jego tradycji, jego humoru, jego pułapek. Niepostrzeżenie my także zostaliśmy oksfordczykami i rzekłbym, że byliśmy z tego dumni, tak jak być powinno. Nic lepszego w życiu nie mogło się nam przytrafić, zresztą jak wszystkim w Oksfordzie oraz w całej Anglii – minęła wojna i świat żwawo podnosił się z ruin miast, wcześniej, podczas tych gorzkich lat, skrzętnie ukrywanych być może w przekonaniu, może nawet z wiarą, że nic z tego nie da się już uratować. Jednak wielu z nas się uratowało, kiedy więc horror dobiegł końca – wydaje mi się, że już kiedyś gdzieś to powiedziałem; zaczynam się robić nostalgiczny – pękły pąki od tak dawna skrywanych w naszych sercach kwiatów, będące zapowiedzią zaskakującej wiosny przystającej na zgliszczach. Zostały tylko osty w pyle, żeby nigdy nie zapomniano, do czego byliśmy zdolni; wszyscy, człowiek.

Paradoksalnie to wielkie nieszczęście miało i swoją dobrą stronę – przypadek sprawił, że pośród nas znalazły się wszystkie jego ofiary, nagromadzenie umysłów, które, jak to znakomicie ktoś zauważył, wcześniej zdarzyło się na soborze florenckim w roku 1439. Pomiędzy rokiem 1936 a 1944 do Anglii zjechali najmądrzejsi ludzie Europy i żyli tutaj, nie zaprzeczając swojej egzystencji: Ernst Gombrich, Ernst Cassirer, Roberto Weiss i tak wielu innych, piszących na naszej ziemi najznamienitsze ze swoich dzieł. Po nich wszystkich, wiem to po sobie, pozostały nam najlepsze wspomnienia. Jednak żadna z tych osób nie była taka jak Arnaldo Momigliano, a mówię to z pełnym przekonaniem, bo stałem u jego boku z górą trzydzieści lat i wielokrotnie, nie jestem już w stanie powiedzieć, jak wiele razy, widziałem go w jego świecie, poświęcającego się pisaniu lub uczeniu, z wiedzą o ludzkiej naturze tak głęboką, że słuchanie go było zawsze swego rodzaju objawieniem. Potrafił recytować z pamięci obszerne passusy z dowolnego autora greckiego czy rzymskiego, a oprócz tego natychmiast wszystko dokładnie wyjaśniał, dzieląc się wnioskami tak przenikliwymi, że nawet samym autorom nie przyszłyby one do głowy. A przy tym ciągle się uśmiechał, wiecznie kpił ze świata. Był tak inteligentny i tak dobry, że jego przyjaciele posądzali go o szaleństwo, i to właśnie ta sława goniła za nim po jadalni Balliol College, podczas gdy szedł zadręczać wszystkich swoimi podróżami na manowce. „O, idzie Szalony Momiglian”, mawiali oksfordzcy mędrcy, a on nigdy ich nie rozczarował – krzyczał wniebogłosy, że Owidiusz sypiał z siostrą Augusta i z dziesięcioma innymi kochankami i że zanim Cezar go za to skazał na wygnanie, musiał go obdarować całą prowincją, gdyż ta siostra była „mniej apetyczna i trudniejsza do przełknięcia niż tutejsze jedzenie, a należy nadmienić, doktorze Allen, że w Anglii jada się w taki sposób od czasów króla Alfreda”.

Ostrzegłem was, że zaczynam się robić nostalgiczny, a teraz wątpię, by moje wspomnienia o Arnaldzie Momiglianie mogły zostać opublikowane w tym akcie czci, jaką dzisiaj mu składamy na Uniwersytecie w Pizie, w jego rodzinnej Italii1. Poproszono mnie o kilka stron tekstu na temat życia mistrza w Anglii i jego błądzenia w tym kraju, ale okazuje się, że to też moje życie i że w nim znajdują się popioły mojego dawnego serca, i że kilka stron to zdecydowanie za mało, aby roztoczyć wizję moich czasów oraz odmalować tych, którzy je u mego boku przeżyli. Być może to, co mówię, nigdy nie ujrzy światła dziennego, ale nie potrafię się już powstrzymać i podjąłem decyzję – tutaj ją podejmuję, jakże rozkoszna to tyrania – by skreślić w końcu kilka czułych linii na temat tego, czym było moje życie, i ku czci Arnalda zdradzić także szczególną tajemnicę, która przypieczętowała naszą przyjaźń, aby pewnego dnia, gdy ktoś postanowi dowiedzieć się innej historii utkanej przez moje pokolenie, mógł odnaleźć tutaj delikatny i wątły głos, niczym lampę oliwną i terpentynową, która będzie mu mogła użyczyć więcej światła.

2 WEEKEND W ZOO

Dostępne w wersji pełnej

3 TAK ZABAWNA SZTUKA

Dostępne w wersji pełnej

4 KLUB PICKWICKA

Dostępne w wersji pełnej

5 POJEDYNEK NA PIŁKI

Dostępne w wersji pełnej

6 SERENDIPITY

Dostępne w wersji pełnej

7 Z OPRACOWANIA NA TEMAT FLORENCKIEGO CALCIO – HISTORIA ZARAZY

Dostępne w wersji pełnej

8 Z OPRACOWANIA O FLORENCKIM CALCIO – CO NAJBARDZIEJ CIESZY

Dostępne w wersji pełnej

9 Z OPRACOWANIA O FLORENCKIM CALCIO – GRA W PIŁKĘ

Dostępne w wersji pełnej

10 Z OPRACOWANIA O FLORENCKIM CALCIO – PO DRUGIEJ STRONIE MURÓW

Dostępne w wersji pełnej

11 Z OPRACOWANIA O FLORENCKIM CALCIO – PIĘKNA PUŁAPKA

Dostępne w wersji pełnej

12 Z OPRACOWANIA O FLORENCKIM CALCIO – NA ARENIE

Dostępne w wersji pełnej

13 Z OPRACOWANIA O FLORENCKIM CALCIO – BÓG GRA RĘKĄ

Dostępne w wersji pełnej

14 POWAŻNI LUDZIE

Dostępne w wersji pełnej

1 Ten pierwszy rozdział Wspomnień na temat florenckiego calcio i erudycji moich czasów Richarda Sutcliffe’a został w końcu opublikowany (także) w książce ku czci wielkiego Arnalda Momigliana, nakładem Uniwersytetu w Pizie: Omaggio ad Arnaldo Momigliano e il suo sapere, Servizio Editoriale Universitario, Centro Stampa, Universita degli studi di Pisa, 1996. Obecna wersja została przez mistrza Sutcliffe’a poprawiona co do niektórych drobiazgów, i poza językiem czytelnik obu tekstów, które w zasadniczych sprawach są tym samym tekstem, odnajdzie tę czy inną drobną wariację, przede wszystkim w odniesieniu do ostatniego akapitu. W tekście włoskim brzmi on następująco: „Przestrzegałem, że zacznę się robić nostalgiczny, i teraz wątpię w to, że moje wspomnienia o Arnaldzie Momiglianie będą mogły zostać opublikowane w tym zasłużonym akcie czci, dzisiaj składanej mu przez Uniwersytet w Pizie, w jego rodzinnej Italii. Poproszono mnie o kilka stron na temat życia mistrza w Anglii i jego błądzenia w tym kraju, a ja mam nadzieję, że sam tutaj nie błądzę”.

Tytuł oryginału: ¡Calcio!

Originally published by Editorial Seix Barral

© 2010, Juan Esteban ConstaínAll rights reserved This edition by agreement with SalmaiaLit

Copyright © for the Polish e-book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2014

Informacja o zabezpieczeniach W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.

Redaktor: Małgorzata Chwałek

Projekt i opracowanie graficzne okładki: Zbigniew Mielnik

Fotografia na okładce © Roger Viollet / East News

Wydanie I e-book  (opracowane na podstawie wydania książkowego:Calcio!, wyd. I, Poznań 2014) 

ISBN 978-83-7818-267-2

Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań

tel. 61-867-47-08, 61-867-81-40; fax 61-867-37-74

e-mail: rebis@rebis.com.pl

www.rebis.com.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com