C.k. kuchnia - Robert Makłowicz - ebook
lub
Opis

C.k. kuchnia to nie tylko książka kucharska, lecz również opowieść o czasach, gdy Europa Środkowa stanowiła jedność pod berłem Habsburgów. Amatorzy kulinariów odnajdą na jej łamach 84 przepisy z tamtych czasów i tamtych ziem, od Adriatyku po Karpaty. Przepisy reprezentatywne dla dzisiejszych kuchni narodowych - węgierskiej, czeskiej, rumuńskiej, austriackiej, bośniackiej, słowackiej czy też północnowłoskiej - kiedyś zwanych po prostu c.k. kuchnią. Ci wszyscy, którzy nad gotowanie przedkładają historię, też nie powinni być zawiedzeni. Każdą kuchenną receptę poprzedzają bowiem krótkie historie, których bohaterami są monarchowie, arcyksiążęta, sławni wodzowie i herosi oręża, a także zwykli obywatele naddunajskiej monarchii. Niektóre z owych historii rzeczywiście miały miejsce, niektóre zrodziła jedynie wyobraźnia autora, choć trzeba z całą sumiennością zaznaczyć, że została ona zapłodniona przez lekturę memuarów i gazet sprzed pierwszej wojny światowej.

Najpochlebniejsi recenzenci przyrównują styl autora do niezpomnianej frazy Jaroslava Haška, przed czym autor się broni, a powoduje nim nie tylko wrodzone głębokie poczucie skromności, lecz również pamięć o ochotniczej służbie Haška w Armii Czerwonej w charakterze politruka. C.k. kuchnię niezrównanie ozdobił akwarelami Andrzej Zaręba, artysta od lat współpracujący z Robertem Makłowiczem i dzielący z nim gorące uczucia do Austro-Węgier.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 191


© Copyright by Robert Makłowicz, 2019

© Copyright for the pictures by Andrzej Zaręba, 2019

© Copyright for this edition by Wysoki Zamek, Kraków 2019

redakcja

Przemysław Gryc, Jacek Tokarski

korekta

Diana Osmęda

projekt okładki, opracowanie graficzne i skład

Wojtek Kwiecień-Janikowski

portret Roberta Makłowicza na I stronie okładki

Michał Lichtański

Wydawnictwo Wysoki Zamek

info@wysokizamek.com.pl

Zapraszamy do naszej księgarni internetowej:

www.wysokizamek.com.pl

ISBN 978-83-953999-4-7

www.maklowicz.pl

Zamiast wstępu – gulasz po triesteńsku

Mimo że trzeci już rok trwała Wielka Wojna, komandor Bogumił Nowotny miał powody do radości. Nie tylko osobiste, choć przecież owe lata znojne sprawiły, że stał się jednym z najsłynniejszych oficerów floty walczącej w służbie Najjaśniejszego Pana. Obraz olejny przedstawiający brawurowy rajd dowodzonego przez Nowotnego kontrtorpedowca na włoski Porto Corsini powielono na milionach kart pocztowych, które dźwigać musieli nie tylko austro-węgierscy listonosze, ale i służby pocztowe państw sojuszniczych, również Turcji, co było prawdziwym wyczynem, zważywszy na niski stopień alfabetyzacji mieszkańców imperium osmańskiego.

Ten chwalebny epizod przydarzył się w roku 1915, zaraz po tym jak Włochy, zdradziwszy Trójprzymierze, podstępnie zaatakowały Austro-Węgry, wytargowawszy wcześniej od Ententy ziemie Południowych Słowian, a Ententa im je przyznała, choć nikt się Południowych Słowian o zdanie nie pytał, a Ententa nie miała jakichkolwiek moralnych ni fizycznych praw przyznawać komukolwiek cokolwiek, czego właścicielem nie była. Nowotny pamiętał jeszcze fragmenty odezwy Do Moich ludów!, którą 23 maja, w dniu włoskiej napaści, wystosował do swoich ludów staruszek cesarz.

Nie zagrażaliśmy Włochom, nie uczyniliśmy ujmy ich powadze, nie narażaliśmy ich czci i ich interesów; spełnialiśmy wobec nich zawsze wiernie Nasz obowiązek sprzymierzeńców i udzielaliśmy im Naszej osłony, gdy wyruszali w bój.

Uczyniliśmy nawet więcej; gdy Włochy zwróciły swój pożądliwy wzrok na Nasze granice, byliśmy gotowi do wielkich i bolesnych ofiar, aby tylko utrzymać stosunek przymierza i pokój, do ofiar szczególnie dotkliwych dla Mego ojcowskiego serca.

Lecz pożądliwość Włoch, które sądziły, że należy wyzyskać chwilę, zaspokoić się nie dała. I tak musi się spełnić przeznaczenie.

Dla Nowotnego przeznaczenie było na razie łaskawe wielce. Dowodził szczęśliwie i z takimi sukcesami, jakby w wojennym zgiełku prowadzili go osobiście Alala, Polemos i Ares, albo nawet sam madziarski Hadur, groźniejszy jeszcze od swych znacznie starszych greckich koleżanek i kolegów, bo to przecież on, jedyny bóg wojny w historii świata, stworzył przerażający miecz Attyli.

Jednak to nie dźwięki oręża dochodziły tego dnia do uszu komandora, lecz jeszcze milsze uchu odgłosy ceremonialnej uczty.

Komandor siedział bowiem przy stole kasyna oficerskiego w adriatyckiej, cesarsko-królewskiej bazie morskiej Cattaro, zwanej przez Słowian Kotorem, na najdalszych południowych rubieżach monarchii, a stół wyjątkowo starannie nakryto i zastawiono, jak to mają w zwyczaju czynić chrześcijanie, obchodząc pierwszy dzień Bożego Narodzenia.

W ten wieczór w kryształowych kielichach nie mogło zabraknąć dubrownickiej malvasiji, nie tak słynnej jak jej istryjska krewniaczka, choć przecież równie zacnej, uprawianej w regionie Konavle, będącym od stuleci spichlerzem Raguzy, czyli Dubrownika właśnie. Nią to zgromadzeni wznieśli pierwszy toast, a później, kiedy na stół wniesiono półmiski z dalmatyńskimi ostrygami, czarnym risottem, zawdzięczającym swą żałobną barwę inkaustowi pozyskiwanemu z sepii, marynowanymi w oliwie sardelami, malutkimi rybkami, zwanymi nad Adriatykiem gavuni, które zawsze smaży się w całości we fryturze, nie patrosząc ich wcześniej ani nie pozbawiając główek, sałatką z ośmiornic gotowanych w winie, a potem krojonych na kawałki i mieszanych starannie z ugotowanymi w mundurkach, krojonymi w kostkę ziemniakami, najlepszą oliwą z dalmatyńskich oliwek odmiany oblica, domowym octem winnym i wiórkami słodkiej jak usta banackich Rumunek cebuli, otóż gdy wniesiono to wszystko, w kielichach pojawił bardziej intensywny biały pošip, ten najlepszy, powstający jedynie w winnicach wokół wioski Čara na wyspie Curzola, przez Słowian Korčulą zwanej.

Komandor Nowotny się cieszył, lecz nie tylko dlatego, że znowu było o nim głośno w całej flocie i monarchii, a relacje z jego wyczynów sprzed dni kilku zamieściły na pierwszych stronach tak poważne dzienniki, jak budapeszteński „Pester Lloyd” czy krakowski „Czas”. Raptem dwa dni przed Wigilią eskadra c.k. kontrtorpedowców pod jego dowództwem wdarła się bowiem brawurowo na wody cieśniny Otranto, by uwolnić ze śmiertelnej pułapki powracające z rajdu po Morzu Śródziemnym dwa niemieckie U-booty, na które u wrót Adrii zasadził się zespół bezlitosnych francuskich kontrtorpedowców.

Francuzów przegoniono bez strat własnych, dewastując dwie republikańskie jednostki, walczące tam dla pożytku i chwały włoskiego króla, a owo starcie nazwano wkrótce największą operacją wojenną na Adriatyku w mijającym roku.

Z tego też był rad wielce Nowotny, ale nade wszystko cieszył się z faktu, że obok siebie przy stole w Kotorze miał wszystkich kolegów, jacy wyruszyli z nim w ten rejs, który, jak każdy zresztą, mógł wszak być ich ostatnim. Komandor Virgil Sándor de Vist – Rumun, komandor Milan von Millinkovich – Słoweniec, komandor Method Koch – Czech, porucznicy hrabiowie Gaston degli Alberti oraz Camillio Busetti de Moltini – Włosi, czy też kapitan Aldár Sziklai i porucznik Árpád Mindszenty – Madziarzy; wszyscy oni dzierżyli w dłoniach kieliszki z korczulańskim winem, wszyscy pili zdrowie cesarza i austro-węgierskiej floty. Szczęście Nowotnego było ogromne – oto flota, słabsza nawet od włoskiej, a ta miała przecież znaczne brytyjskie i francuskie wsparcie, flota tak kosmopolityczna, jak wielonarodowe jest imperium Habsburgów, stawia dzielnie opór i potrafi zwyciężać. Komandor dzięki pracy wywiadu znał świetnie opinię, którą rok wcześniej wyraził brytyjski attaché morski w Rzymie komandor William Boyle: „Przez cztery miesiące flota austriacka uzyskała moralną przewagę na Adriatyku i mimo że słabsza odniosła znaczne sukcesy. Nie tylko udało jej się osłabić flotę włoską, ale też, pomimo znacznej przewagi przeciwnika, unieruchomiła go”.

– A więc, panowie, czegoś nas jednak nauczyli w tej Szkole Aspirantów Morskich w Fiume! – komandor wzniósł toast, po czym natychmiast dodał: – Pardon, południowosłowiańscy koledzy, w Rijece!

Nowotny głęboko wierzył, że zwycięstwo w tej wojnie pozwoli odrodzić się Polsce, która wejdzie w skład środkowoeuropejskiej konfederacji, zjednoczonej pod berłem Habsburgów. Ale właśnie wówczas przypomniał sobie słowa starego cesarza: „I tak musi się spełnić przeznaczenie”. Tylko Najwyższy wie wszakże, jak się ono wypełni.

A jeśli przegramy wojnę – pomyślał Nowotny – cóż wówczas z nami będzie? Czy to możliwe, by Europa Środkowa podzieliła się na państwa narodowe? Przecież od razu zaczęłyby się kłótnie o granice, te zwaśnione małe państwa byłyby bezbronne wobec Niemiec i Rosji, byłyby jak pisklaki w gnieździe, do którego zakradają się właśnie dwa głodne lisy. I czy wszystko da się podzielić wedle narodowych kryteriów? – pytał samego siebie, kładąc do ust soczysty kęs gulaszu wołowego, który akurat podano. A był to jego południowy wariant, różniący się od tych, jakie podawano w Budapeszcie, Wiedniu czy Krakowie. Madziarzy słowem gulyás nazywają gęstą, mocno paprykowaną zupę mięsną, gotowaną najchętniej w kociołku nad żywym ogniem. Na bazie tejże w Wiedniu stworzono Saftgulasch, długo duszone mięso wraz z cebulą i papryką w proszku, zaprawiane octem, majerankiem, kminkiem i koncentratem pomidorowym. Na południowych rubieżach monarchii włoscy poddani Najjaśniejszego Pana zmodyfikowali ów wiedeński wariant, zastępując smalec bądź olej – na którym wiedeńczycy, krakowianie czy budapeszteńczycy duszą mięso – tym, co zawsze nad Adrią jest pod ręką, oliwą mianowicie. Majeranku nie mieli, więc wzięli rozmaryn, poczęli obficie mięso podlewać czerwonym winem, nie rezygnując wszakże z kminku i węgierskiej papryki w proszku. A gotowe danie podawali nie z kluseczkami w rodzaju szpecli czy galuszek, lecz z polentą, zwaną przez rumuńskich i ukraińskich poddanych cesarza mamałygą.

Czy gulaszom w takim razie również wydawane będą narodowe paszporty – snuł w duchu dalsze niewesołe rozważania komandor – czy gulasz z Triestu dostanie zatem włoskie obywatelstwo, choć przecież nic wspólnego nie ma z Garibaldim, Neapolem ani dynastią sabaudzką?

To oczywisty nonsens – pocieszał się – jeśli nawet monarchia runie, pozostanie wspólna kuchnia. Ale nie runie, jakże ma runąć, skoro nasz cesarz jest również królem Jerozolimy.

– Panowie, zdrowie Jego Apostolskiego Majestatu! – wzniósł kolejny toast, a w pucharze miał tym razem arcyczerwone, niemal purpurowe wino wytwarzane ze szczepu plavac mali na półwyspie Pelješac, zwanym przez włoskojęzycznych poddanych cesarza Sabbioncello, wino, które gdy pochodzi z najlepszych południowych stoków, schodzących stromo do morza w okolicach wioski Dingač, dingaczem właśnie jest zwane.

Wszyscy spełnili toast z ochotą, a już za dwa lata miało się spełnić przeznaczenie. Z wielkiego środkowoeuropejskiego gmachu pozostała jedynie kuchnia. C.k. kuchnia.

800 g wołowiny (pręga), 800 g cebuli, 4–5 łyżek oliwy, 2–3 ząbki czosnku, 1 łyżka słodkiej węgierskiej papryki w proszku, 1 łyżka koncentratu pomidorowego, 1 butelka czerwonego wytrawnego wina, 2 łyżeczki kminku (najlepiej mielonego), 1 suszona ostra papryczka czuszka lub dwie peperoncini, 2 gałązki świeżego rozmarynu, sól

●●●

W garnku o grubym dnie rozgrzać oliwę, dodać drobno posiekaną cebulę i dusić kilkanaście minut, często mieszając, aż cebula lekko się zrumieni, pod koniec dodając drobno posiekany czosnek. Zdjąć naczynie z ognia, wsypać paprykę w proszku i dokładnie wymieszać, postawić znów garnek na ogniu, dołożyć pokrojone w kostkę mięso i podlać odrobiną wrzącej wody, dusić na mocnym ogniu przez kilka minut, mieszając i w razie potrzeby podlewając jeszcze wrzątkiem. Stopniowo wlewać wino, by jak najszybciej poczęło się gotować, dodać kminek, koncentrat pomidorowy, rozmaryn i zgniecioną ostrą papryczkę, posolić, dusić częściowo przykryte na wolnym ogniu przez minimum dwie godziny, aż mięso zmięknie, wino prawie w całości wyparuje, a cebula rozpadnie się zupełnie, tworząc gładki, zawiesisty sos. Wyjąć gałązki rozmarynu, ewentualnie posolić do smaku, podawać z polentą i tym samym winem, którego użyliśmy do gotowania.

Sałatki

Sałatka Sachera

Ambasador brytyjski akredytowany w Wiedniu bardzo nie lubił, gdy wzywano go służbowo do Londynu. Tym razem pobyt w stolicy Albionu mocno się przedłużył, a ambasadorski żołądek odwykł już od jajek na bekonie, przeplatanych fasolką w sosie pomidorowym i smażonym dorszem. Lata spędzone nad Dunajem sprawiły, że Jego Ekscelencja bardzo przeżywał rozstania z dobrodziejstwami środkowoeuropejskiego stołu. Oczyma duszy widział już zawartość garnków i wnętrza wiedeńskiej restauracji Edwarda Sachera. Postanowił tam pójść od razu po powrocie. Wszak jego żona i córka nie kosztowały jeszcze słynnej sałatki, podawanej w tym boskim przybytku.

Tego ranka, gdy brytyjski ambasador wrócił do Wiednia, arcyksięcia Ottona – bratanka Najjaśniejszego Pana – dręczył potworny katzenjammer. W życiu arcyksięcia nie był to stan osobliwy. Tym razem jednak Otto wyglądał wyjątkowo mizernie. Od paru dni oddawał się bez reszty konsumpcji alkoholu, lecz miast pić zdrowotny jarzębiak izdebnicki czy choćby pálinkę, skusił się na jakieś francuskie koniaki. Teraz jęczał i obiecywał poprawę.

Ambasador brytyjski właśnie się przebierał, aby pójść do Sachera, gdy arcyksiążę wypijał drugą butelkę Gumpoldskirchen. Nagle Otto poczuł głód, ale był tak skruszony, że wyszedł z domu, zapomniawszy się ubrać. Nogi same zaprowadziły go do najlepszej w Wiedniu restauracji.

Nieszczęsnemu dyplomacie nie udało się tego dnia skosztować wymarzonej sałatki. Ledwo zasiadł z rodziną przy stole, na salę wtargnął nagusieńki arcyksiążę Otto. Pruderyjność wiktoriańskiego wychowania była przyczyną omdlenia żony i córki Anglika. Wybuchł międzynarodowy skandal, ale Najjaśniejszy Pan okazał Ottonowi daleko idącą wyrozumiałość. W końcu można zapomnieć o ubiorze, gdy się człowiek spieszy do Sachera. Zrozumiał to i ambasador, lecz sałatkę kazał sobie przynosić do domu.

125 g pieczonej piersi kurczaka, 125 g gotowanej szynki, 2 jabłka, ogórek konserwowy, 5 łyżek majonezu, łyżka pasty pomidorowej, 250 g ziemniaków ugotowanych w mundurkach, sól, biały pieprz

●●●

Wszystkie stałe składniki kroimy w kostkę (jabłka i ogórek uprzednio obieramy ze skórki), dodajemy majonez wymieszany z pastą pomidorową, całość doprawiamy solą i pieprzem i zostawiamy na 1 godz. w lodówce.

Sacher – nazwisko dynastii austriackich kucharzy, hotelarzy i cukierników. Jej założyciel, Franz, zaczynał karierę jako kuchcik u księcia Metternicha. Wynalazł nieśmiertelny Sachertorte. Usamodzielniwszy się, otworzył w Wiedniu słynne „Delikatesy”, w których podawano ciepłe pasztety, rosół z kluseczkami wątrobianymi, gulasz i naturalnie tort Sachera. Miał trzech synów: Franza, Carla i Edwarda. Pierwszy z nich zbudował hotel w Bukareszcie, zbankrutował i podupadł na zdrowiu. Drugi założył hotel i restaurację w Baden pod Wiedniem. Trzeci, Edward, któremu ojciec zdradził recepturę tortu, otworzył w 1876 roku. w Wiedniu „Hotel Sacher”, istniejący do dziś. Wsławił się też kąpielą po pijanemu w sadzawce na Praterze, w towarzystwie rozebranych do rosołu księcia Walii Edwarda, króla Serbii Milana i arcyksięcia Rudolfa.

Sałatka selerowa

Powiedzieć o hrabim Leopoldzie Berchtoldzie, że był człowiekiem temperamentnym, znaczyłoby tyle samo, co powiedzieć o słońcu, że jest gorące. Energią skumulowaną w osobie hrabiego można by było obdzielić paru mężczyzn i utworzyć z nich niezłą drużynę rugby. Berchtoldowi jednak byłyby obojętne jej sportowe losy, gdyż całą witalność i uwagę podporządkowywał on tylko jednej pasji – kobietom.

Rok 1912 przyniósł pewną zmianę w życiu hrabiego. Do ochoczo przezeń wykonywanych męskich obowiązków wobec dam doszły nowe, przez wielu uważane za ważniejsze, a przez Berchtolda – za trochę mniej ważne. Zresztą długo bronił się przed ich przyjęciem, ale w końcu wola Najjaśniejszego Pana przeważyła. Było nie było, gra szła o stanowisko niebagatelne, a mianowicie ministra spraw zagranicznych Austro-Węgier. Franciszek Józef dobrze znał jednokierunkowe zainteresowania Berchtolda, lecz nie sądził, aby była to zasadnicza przeszkoda w piastowaniu tak ważnego urzędu.

Wraz z objęciem funkcji ministra hrabia Leopold radykalnie zmienił rozkład dnia. Z kochankami spotykał się już tylko po południu i w nocy. Wczesnym rankiem musiał być do dyspozycji cesarza, a potem, aż do obiadu, zmagał się z zagraniczną polityką monarchii. A była to praca herkulesowa (obiektywnie trzeba przyznać, że hrabia trochę przecenił swe siły). Mijały miesiące znoju w ministerstwie oraz ciężkiej harówki w buduarach i doszło do tego, że liczba kochanek Berchtolda topniała niczym europejskie posiadłości Wielkiej Porty.

Cóż było robić? Przecież hrabia Leopold nie mógł odmówić cesarzowi i zrezygnować ze stanowiska, a na zmianę wieloletnich prywatnych przyzwyczajeń był po prostu za stary. Wpadł w panikę, lecz jedna z jego przyjaciółek, panna Kitty, zdradziła mu sekret niezwykły.

Podała przepis na sałatkę selerową, która działała lepiej niźli hiszpańska mucha wielkości słonia. To naprawdę skutkowało! Berchtold zaczynał dzień od sałatki, zjadał też sałatkę do obiadu. Liczba jego kochanek wzrosła imponująco, a i w pracy szalał niczym alpejski wiatr. Z selerem jednak nie ma żartów. Hrabia czuł się silny, więc dyplomatyczne noty kroił według własnej miary. W 1914 roku wykroił Serbom takie ultimatum, że do wojny dojść musiało. Niestety, c.k. żołnierzy nie karmiono tą samą sałatką…

250 g selera, 125 g majonezu, szklanka jogurtu, 2 łyżki octu winnego, łyżeczka miodu, 2 jabłka, strąk świeżej zielonej papryki, strąk czerwonej papryki konserwowej, łyżka posiekanej natki pietruszki, sól, biały pieprz

●●●

Seler obieramy, myjemy i kroimy w grubą kostkę. Dusimy do 10 minut w niewielkiej ilości osolonej wody, odcedzamy i studzimy. W salaterce mieszamy majonez, jogurt, ocet i miód. Jabłka obieramy, kroimy w kostkę i aby nie sczerniały natychmiast wkładamy do sosu w salaterce. Papryki czyścimy z nasion; zieloną kroimy w cienkie, poprzeczne paski, a czerwoną – w kostkę. Wraz z selerem dodajemy je do sosu. Sałatkę mieszamy, doprawiamy solą i pieprzem i wstawiamy na parę godzin do lodówki.

Franciszek Józef I – długowieczny władca; cesarz Austrii od 1848 roku, król Węgier od 1867 roku; zakończył panowanie w chwili śmierci w 1916 roku; zaczął rządy jako władca absolutny, a skończył jako monarcha konstytucyjny.

Sałatka z wątróbek drobiowych

Miasto kompletnie zwariowało. Od dwóch dni, od kiedy znany już był termin pojedynku, podniecenie przewyższało emocje towarzyszące pierwszemu pokazowi kinematografu. Czerniowce nigdy nie narzekały na brak kulturalnych rozrywek. Miejscowa trupa teatralna miała wprawdzie charakter równie amatorski, jak rumuńska armia, lecz w sezonie wywczasowym zjeżdżali tu przecie znamienici komedianci aż ze Lwowa. Za to właściciele cyrków, magicznych latarni i kobiet-syren, Murzyni zjadający szkło, wołoscy połykacze ognia oraz spółki pokazujące żywe wampiry z Siedmiogrodu, zupełnie malutkich Pigmejków, ludzi-pająki i karliczki tańczące kankana – o, ci wszyscy traktowali Czerniowce z należną atencją, bez względu na porę roku.

Mieszkańcy miasta nad Prutem z jednakową ciekawością przyjmowali przybyszów i nie szczędzili grajcarów, by obejrzeć aktualną prezentację. Nic nie mogło ich powstrzymać, nawet głośny skandal, gdy okazało się, że puchary zjadane przez ciemnoskórego męża zrobione były z lukru. Najbardziej poruszył widzów zapowiedziany na niedzielę „supersensacyjny, światowy, wyjątkowy i mrożący krew w żyłach pojedynek dwóch najsilniejszych ludzi żyjących pod rządami najłaskawiej nam panującego Najjaśniejszego Pana, a co wielce prawdopodobne – także i na świecie całym”. Jeden z nich, niejaki László, mienił się największym atletą Królestwa Węgier. Jego rywal, Oldŗich, wsławił się wypłynięciem z wełtawskiej głębi pod skałą wyszehradzką, mimo że korpus wraz z kończynami potężne oplatały mu łańcuchy. Oldŗich głosił zdecydowaną wyższość św. Wacława nad św. Stefanem. László ograniczał się do pogróżek o wyrwaniu odnóży czeskiemu atlecie. Świętych zostawiał w spokoju.

Pojedynek miał się odbyć późnym popołudniem, w łagodnych promieniach bukowińskiego słońca. Miasto podzieliło się na dwa obozy kibicujące mocarzom; poczyniono zakłady na ogromne kwoty – każda ze stron była absolutnie pewna swego. Od rana obu tytanom towarzyszyły tłumy. Podsuwano atletom cygara, by wonny tytoń wzmocnił ich siły, dawano rum i arak, obiecywano wreszcie rendez-vous tête-à-tête w chambre séparée z żonami i córkami – rzecz jasna, w razie wygranej.

Zapaśnicy zjedli obiad w dwóch oddzielnych salach hotelu „Bristol”, przedzielonych – by nie doszło do przedwczesnej walki – szpalerem pikolaków. Wszystkie stoliki wokół zajęli kibice. Czech zaczął od zasmażanej zupy ziemniaczanej, potem pochłonął pieczonego królika z knedlami i kapustę po morawsku. Jego oczy promieniały szczęściem, gdy wskazywał kelnerowi wszystkie dania z wieprzowiny widniejące w menu. Decyzję nagrodzono długo trwającą owacją.

W drugiej sali panował krańcowo odmienny nastrój. Węgier poprosił o przyrządzenie sałatki, której recepturę przywiózł ze sobą. Zjadł ją wolno, nic innego nie chciał. Było już za późno, by wycofać postawione na Węgra pieniądze, nieszczęśliwi rwali sobie włosy z głowy, a kobiety głośno szlochały.

Euforia z jednej, a wielka rozpacz z drugiej strony towarzyszyły rozpoczęciu pojedynku. W kilka sekund zmieniło się wszystko. Oto Węgier niespiesznie, ale i bez specjalnego wysiłku podniósł Czecha, trzymając go wpół w straszliwym uścisku, i cisnął potężne ciało wprost w czarnoziem. Efekt był potworny i ostateczny. We krwi Lászla krążyła bowiem moc z sałatki.

700 g wątróbek z drobiu, 2 jabłka, szklanka majonezu, szklanka śmietanki, 2 cytryny, 7 jajek przepiórczych, pół pęczka estragonu, natka pietruszki, cukier puder, pasta pomidorowa, sos worcestershire, białe wytrawne wino, sól, pieprz

●●●

Oczyszczone z błon wątróbki wrzucamy do osolonego wrzątku, zagotowujemy i studzimy w zimnej wodzie. Większe odkładamy, mniejsze przecieramy. Do osobnego naczynia wlewamy majonez, dodajemy przetarte wątróbki, ubitą śmietankę, drobno posiekaną natkę i estragon. Doprawiamy sokiem z jednej cytryny, cukrem pudrem i pieprzem. Ubijamy całość na gładki sos, doprawiając jeszcze kilkoma kroplami sosu worcestershire, odrobiną pasty pomidorowej i winem. Schładzamy. W kieliszkach koktajlowych układamy plastry jabłek oraz pokrojone w kostkę wątróbki i zalewamy je sosem. Ozdabiamy listkami estragonu, ugotowanymi na twardo jajkami przepiórczymi i plasterkami drugiej cytryny.

Sałatka à la Gundel

Biel bijącej z komina pary kontrastowała z ciemną morską tonią. „Balaton i Adriatyk mają kolor daleko przyjemniejszy” – zauważył w duchu Tŗíska i nie dał się namówić nawet na kieliszek szampana. Wkrótce na horyzoncie pojawił się nowy biały akcent. Skały Dover rosły w oczach; zbliżali się do Albionu.

Na nabrzeżu czekali już, paląc fajki, przedstawiciele Scotland Yardu. Gdy podchodził do nich, strzepywali z tweedów krople słonej bryzy.

– How do you do, Mr. Shishca, comment ça va – przeszli błyskawicznie na francuski, wiedząc, że inspektor nie zna języka wyspiarzy.

– Jestem bardzo głodny, panowie – wytwornie odparł Tŗíska w języku Racine’a. – Czy nie znajdziemy choć chwili, aby coś przekąsić?

Od opuszczenia Calais nie miał nic w ustach. Jeśli człowiek może przeklinać swą sławę, to właśnie robił to inspektor. Ze Scotland Yardu przyszła rozpaczliwa prośba o pomoc w rozwikłaniu skomplikowanej jak sytuacja na Bałkanach zagadki. Jechać nie chciał, nie jechać – nie wypadało. Wszak dyskretnie dano do zrozumienia, że na jego pomoc liczy sam minister spraw zagranicznych Edward Grey.

Och, gdybyż Tŗíska mógł przewidzieć, że mąż ten już wkrótce wynegocjuje trójporozumienie, a w 1914 roku skłoni ostrożny gabinet brytyjski do opowiedzenia się za wojną! Ale inspektor, mimo że był geniuszem, nie miał zdolności jasnowidzenia.

Sherlock Holmes, o czym wiedział nie tylko profesor Moriarty, od miesięcy wypróbowywał na sobie skutki działania malutkich dawek eteru. Tak więc jedynie on, skromny austro-węgierski policjant, mógł rozsupłać węzeł tajemnicy.

Szczegółów sprawy nie znał. Wiedział tylko, że rzecz dotyczy zniknięcia byłego brytyjskiego ambasadora w Wiedniu. Biedak zaginął podczas przyjęcia wydanego w Londynie przez maharadżę Pendżabu. Tam ślad się urywał, jak rozgotowane spaghetti.

Do odjazdu pociągu zostało jeszcze sporo czasu. Wstąpili do gospody „Wojna Stuletnia”, zachwalanej przez angielskich kolegów. Tŗíska wpierw poprosił o piwo. Do diaska! – tego się nie spodziewał. Otrzymał letni napój bez piany, w kolorze wody z rozpuszczoną pastylką przeciw cholerze.

„Ohyda” – inspektor splunął w duchu. Podano posiłek. Słońce z trudem przedzierało się przez gotyckie okna tawerny, oświetlając kawałek ciasta leżący na talerzu. Ciasto wypełniono płynną świniną, która następnie zastygła. Żuł to i już wiedział: pobyt w Anglii przyniesie wiele ponurych niespodzianek.

Pociąg powoli wtaczał się na brudne przedmieścia Londynu. Widok z okna nie zrobił na Tŗísce żadnego wrażenia. Nic nie byłoby teraz w stanie wywrzeć na nim jakiegokolwiek wrażenia, nawet Prusak z poczuciem humoru. W żołądku czuł potworny ucisk, jakby zjadł w Dover nie yorkshire pudding, lecz solidny kawał tamtejszych skał.

Myśli krążyły rozproszone, jak włoskie pułki pod Custozą. A przecież już za chwilę inspektor będzie musiał zmierzyć się z niezwykłą zagadką zniknięcia byłego ambasadora brytyjskiego w Wiedniu.

Kazał się wieźć do hotelu i podać sobie herbatę. Wysłannicy Scotland Yardu obiecali, że przyjdą za kilka godzin, aby zabrać go na miejsce domniemanej zbrodni, do pałacu maharadży.

Pił powoli ciemny, cierpki płyn, kryjąc w masywnych dłoniach misterny rosenthalowski wyrób. Dokuczliwe gniecenie ustąpiło. Był już gotów.

Dorożka z samotnym inspektorem mknęła w stronę parku św. Jakuba, w pobliżu którego mieścił się pałac Hindusa. Tŗíska intuicyjnie wiedział, że towarzystwo Anglików nie będzie mu potrzebne.

Chwilę stukał kołatką w masywne drzwi, aż uchyliły się, aby odsłonić lokaja.

– Jestem inspektor Tŗíska, czy mógłbym zobaczyć się z maharadżą?

– Jego wysokość je teraz obiad, proszę przyjść za godzinę… Co pan robi?!

Odtrącony lokaj krzyczał jeszcze, gdy Tŗíska był już u szczytu ogromnych schodów. Inspektor wtargnął do jakiegoś pomieszczenia. Za stołem siedział mężczyzna w turbanie i jadł obiad. Inspektor rzucił okiem na talerz.

– Pan jesteś z Austro-Węgier!!!

– Ciszej, na miły Bóg! Jestem oficerem austro-węgierskiego wywiadu, a pan zapewne jest słynny Tŗíska. Już wszystko wyjaśniam, myślałem, że pana w Wiedniu uprzedzili!

Fałszywy maharadża nalał inspektorowi budziejowickiego piwa i jął snuć swą historię. Był węgierskim Cyganem i jako taki świetnie mógł udawać Hindusa. Wywiad wysłał go do Londynu, by tam podszył się pod maharadżę i zdobywał cenne informacje u źródeł. Został wszechstronnie przeszkolony w indyjskich obyczajach. Nikt by się nie domyślił mistyfikacji, gdyby nie miłość szpiega do środkowoeuropejskiej kuchni. Curry wręcz nie znosił, za to kochał sałatkę à la Gundel, przy której zastał go inspektor. Co gorsza, zastał go też przy niej były ambasador brytyjski w Wiedniu, który znając Austro-Węgry oraz ich kuchnię, domyślił się prawdy. Musiał więc zniknąć.

– Proszę się nie martwić, człek ten żyje, został potajemnie przewieziony do Tyrolu i przebywa w luksusowym odosobnieniu.

To był pierwszy raz, kiedy ludzie mówili, że Tŗísce nie udało się rozwikłać jakiejś skomplikowanej kryminalnej historii…

300 g grzybów (tylko kapelusze), pół szklanki oliwy, 120 g fasolki szparagowej, 200 g szparagów, 150 g pomidorów, 150 g papryki, 150 g ogórków, główka sałaty, sok z cytryny, natka pietruszki, cukier, sól, pieprz

●●●

Grzyby kroimy w plasterki, solimy, pieprzymy i dusimy na oliwie do miękkości, z dodatkiem posiekanej natki pietruszki. Fasolkę i szparagi kroimy na kawałki jednakowej długości (około 1 cm) i gotujemy w osolonej wodzie z cukrem. Pomidory parzymy, obieramy ze skórki i kroimy w kostkę. Paprykę opiekamy na patelni bez tłuszczu, obieramy ze skórki, czyścimy z gniazd nasiennych i kroimy w kostkę. Obrane ogórki kroimy na bardzo cienkie plasterki, solimy. Z sałaty oddzielamy najładniejsze liście, a pozostałe kroimy w wąskie paski. Wszystkie składniki mieszamy, doprawiając sokiem z cytryny, solą i pieprzem. Sałatkę podajemy w salaterce wyłożonej liśćmi sałaty.

Karol Gundel – takie imię nosili dwaj genialni węgierscy kucharze, ojciec i syn; ich nazwiskiem ochrzczono wiele madziarskich potraw; obaj zmarli po drugiej wojnie światowej, na emigracji; Karol Gundel syn miał dziesięcioro dzieci, komunistyczne władze węgierskie nie zezwoliły mu na spotkanie się z nimi przed śmiercią.

Sałatka z melona

Inspektor Tŗíska pędził automobilem przez ruchliwe jak co rano ulice Wiednia. Tylko pneumatykom pasażerowie pojazdu zawdzięczali całe głowy przy takiej prędkości. Zatrzymali się przy małym sklepie jubilerskim niedaleko Ringu. Aspirant kryminalny von Jellinek musiał torować inspektorowi drogę w tłumie gapiów zgromadzonych na trotuarze. Posterunkowy Plusch ogromnym ciałem zasłaniał wejście do jubilera. Zameldował się przepisowo i dodał:

– Donnerwetter, ależ upał, panie komisarzu!

Weszli do środka. Rzut oka wystarczył doświadczonemu policjantowi, aby stwierdzić, co się stało. Stojąca w kącie ogromna kasa pancerna była otwarta. Mimo że pochodziła z firmy dostarczającej tego typu sprzęt na cesarski dwór, nie oparła się piekielnemu złodziejskiemu sprytowi.

– Fachowiec – rzucił Tŗíska przez zaciśnięte zęby. – Kto poinformował o włamaniu? – zapytał posterunkowego.

– Stróż, który zamiata co rano ulicę, dostrzegł, że wycięto kawałek szyby w drzwiach.

– Gdzie jest właściciel? – pytał dalej Tŗíska.

– W domu uciech, właśnie po niego posłaliśmy – Plusch nie dawał się zaskoczyć.

„Dzielny człowiek” – ocenił inspektor, sam nie wiedząc, kogo ma na myśli. Właśnie w tej chwili przyprowadzono właściciela. Zarost na twarzy, niedopięty kołnierzyk i zapach kminkówki, jaki wydobywał się z nozdrzy tego pięćdziesięcioletniego mężczyzny, wskazywały, jak jubiler spędził noc.

„Kminkówka” – Tŗíska w duchu analizował sytuację. – „Czy tego faceta nie stać na lepsze zamtuzy?”

– Musimy wiedzieć, co zginęło – rzekł do nieszczęśnika. Szerzej uchylili niedomknięte drzwi kasy.

– Mój Boże, jestem uratowany! – właściciel jęknął i osunął się na ziemię.

Rzeczywiście, widok okazał się niezwykły. Kasa była w połowie wypełniona złotymi precjozami.

– Cóż więc zginęło? – Tŗíska cucił jubilera, bijąc go po twarzy.

– Tylko srebro! – wykrztusił biedak.

To była niesamowita historia. Wszak złodziej zabrał przedmioty mało wartościowe, skarbów nie ruszając. Policja jednak zacieśniała krąg podejrzanych. Brakowało motywów, tylko wariat mógł ukraść srebro miast złota. Wariat albo… Tŗíska miał pewną teorię. Wstąpił na kawę do Sachera. Tam młody hrabia Brokułłowicz prezentował nienaganne maniery arystokraty. Jednak inspektor poufnymi kanałami dowiedział się, że młodzieniec w rzeczywistości nazywa się Zbigniew Mosiądz i niedawno skończył słynną złodziejską akademię we Lwowie.

– Co