Bystry potok - Przemysław Chojecki - ebook
Opis

"Bystry potok" to zapis wielu rozmów przeprowadzonych w kawiarniach Paryża, Londynu i Warszawy. Niezwykle wciągające i erudycyjne dysputy, w których poważne tematy mieszają się z lekkimi uszczypliwościami i żartami, dotykają zarówno rzeczy błahych, jak i poważnych, takich jak śmierć, Bóg, filozofia czy polityka. To tutaj humor Woody’ego Allena spotyka się z idealizmem Platona. Ta znakomita intelektualna przygoda przyniesie wiele satysfakcji czytelnikom, zwłaszcza tym poszukującym sensu życia.

"Chcę, by ta powieść, te kilka słów, były pomnikiem, który wystawię swojej młodości. Oto byłem ja, tym się zajmowałem, o tym myślałem. W swojej codzienności pragnąłem być szlachetny i wzniosły. (...) Ta powieść ma być jak moja młodość – nieskończona i wieczna. Jeśli nie jestem w stanie zatrzymać czasu, zatrzymam choć słowa. Będę się na starość wpatrywał w ukryte znaczenia, które zostawiłem. Wiele z tych zdań wypełni się sensem, który obecnie pozostaje ukryty, skryty przyszłością. Życie przyniesie mi zdarzenia, które zapełnią te strony dodatkowymi znaczeniami. Na równi z moją przeszłością i teraźniejszością te strony zawierają moją przyszłość. I mimo że chodzi wyłącznie o mnie – moje ja, moją duszę, moje serce – to przekaz tej powieści jest uniwersalny".

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 501

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Strona tytułowa

Projekt okładki i ilustracja: Łukasz Różyński

Korekta: Natalia Tarka

Skład: Izabella Król

Copyright © Przemysław Chojecki, 2016

Copyright © Wydawnictwo Papierowy Motyl, 2016

Wydanie pierwsze • Kręczki 2016

Wydawnictwo Papierowy Motyl

ul. Lucerny 1a • lok. 24 • 05-850 Kręczki

www.papierowymotyl.pl

[email protected]

ISBN 978-83-62222-92-6

Publikacja elektroniczna

WIKTOR I

Powieść powinno zaczynać się od prostych zdań. Świeciło słońce w piękny letni poranek. Krótko czekałem na Wiktora. Dosiadł się do mnie tuż po tym, jak usiadłem przy jednym ze stolików w Charlotte w Warszawie na placu Zbawiciela. Byliśmy umówieni na śniadanie.

— Jak leci? Jak Warszawa? — zaczął.

— Znakomicie — odpowiedziałem. — Uwielbiam Warszawę. Ostatnio głównie spotykam się ze znajomymi, chodzę po wystawach, a także do kina, do teatru. Prócz tego myślę o projektach, chcę działać.

— Coś konkretnego?

— Aplikacje mobilne. Wynająłem już grafika i programistę. Pomysł banalny, użytkownicy wrzucają własną treść. Robię to z czystej ciekawości, czy wyjdzie.

— Na początku pewnie będziesz musiał większość wrzucać sam.

— Jasne, jestem na to przygotowany. Mogę też zawsze kogoś wynająć do tego. Chcę spróbować.

— To świetnie, powodzenia — popatrzyliśmy w tym samym momencie na instalację tęczy stojącą na placu Zbawiciela i Wiktor zmienił temat. — Ale to skandal, że ją odbudowują za każdym razem. Na dodatek postawili tu straż miejską, która cały czas jej pilnuje. A z drugiej strony prezydent miasta zasłania się, że nie ma pieniędzy na stałą ekspozycję dzieł Beksińskiego — irytował się.

— Uważam, że powinno być święto w Warszawie. Doroczne palenie tęczy — roześmiałem się. — Na przykład: każdego roku tęczę podpala najlepsza uczennica warszawskich podstawówek.

— Zabawne — roześmiał się. — Ale to jednak jest skandal. Jakby mało było do zrobienia w Warszawie.

— Ale mimo wszystko to się zmienia. Coraz sensowniejsze projekty powstają.

— Powoli. Ze znajomymi stwierdziliśmy ostatnio, że wszyscy za dwadzieścia lat spotkamy się w polityce.

— Chętnie do was dołączę — uśmiechnąłem się. — Mam potrzebę działania. Ale wpierw chcę spróbować sił w biznesie i zdobyć kapitał, bo do polityki nie chcę iść dla pieniędzy. Lubię niezależność, a nie będę jej miał, jeśli wcześniej nie osiągnę ekonomicznej niezależności.

— Dobry plan.

— Widzę politykę jako służbę.

— To tak jak ja. Mój tata był w polityce jakiś czas temu.

— Jest jeszcze aktywny?

— Nie, już nie. Ale widuje się z kolegami z tego grona. Mówiłem ci, ze chodził do Staszica?

— Tak, tak, jak się widzieliśmy w Paryżu. Uwielbiam swoje byłe liceum.

— Ja swoje też — roześmiał się.

— A swoją drogą, wiesz, że ostatnio poznałem Marysię, która chodziła z tobą do klasy?

— To moja dobra znajoma. Gdzie ją poznałeś?

— Na urodzinach koleżanki, przez wspólnych znajomych. Nawet często się widujemy. Mijamy się na uniwersytecie.

— A tak, przecież ona studiuje matematykę. To naprawdę zabawne.

— Świat jest mały.

— A jak twoja matematyka? Kiedy bronisz doktorat?

— Jeszcze nie wiem. To już nie zależy ode mnie. Doktorat złożyłem i czekam na recenzje. Komisja ma wybrać dwóch recenzentów. Cały proces na moim francuskim uniwersytecie jest tajny.

— Jak to?

— Mój promotor proponuje listę potencjalnych recenzentów, a komisja sama dokonuje wyboru, nie powiadamiając o nim, dopóki recenzenci nie dostarczą recenzji.

— Ciekawe. I co, myślisz, że obronisz? — roześmiał się.

— Pewnie, to formalność. Najtrudniejsze jest napisanie samej pracy. Po trzech latach trudów w końcu się udało.

— To i tak szybko.

— W miarę szybko, ale francuski system jest trochę inny.

— Ty robiłeś też magisterkę we Francji?

— Tak, zacząłem od Erasmusa, a potem zostałem w Paryżu w ramach umowy o podwójny dyplom z Uniwersytetem Warszawskim.

— Nieźle.

— A ty zamierzasz zostać we Francji?

— Nie wiem. Na razie tak. Myślę, że skończę studia, a potem chciałbym wyjechać do Stanów.

— Nie dziwię się, idealne miejsce dla kinematografii.

— Tak, dlatego chcę tam spróbować. Ale zobaczymy, co wyjdzie. A ty co zamierzasz po Francji?

— Oksford!

— A tak, mówiłeś. Kiedy jedziesz?

— Oczekują mnie tam właściwie od teraz, odkąd tylko złożyłem prace doktorską, ale chcę dopiero pojechać po wakacjach w sierpniu. Chcę jeszcze nacieszyć się Polską.

— Masz jakieś plany?

— Nic konkretnego, oprócz tego, że chcę mieszkać dalej w Warszawie, spotykać się ze znajomymi i korzystać z tutejszych atrakcji. Uwielbiam Warszawę!

— To tak jak ja!

— Swoją drogą, potem możemy pójść Mokotowską. Widziałeś kamienicę, którą odnawiają naprzeciwko Teatru Współczesnego?

— Jeszcze nie.

— Jest piękna! Chętnie ci ją pokażę później. Idealne miejsce do mieszkania. Chciałbym docelowo mieszkać w okolicach placu Zbawiciela — uśmiechnąłem się.

— Inną kamienicę odnawiają na Hożej blisko mnie. Widziałeś?

— Tak, kojarzę. Też jest fantastyczna.

— W tamtych okolicach jest jeszcze sporo takich projektów. Warszawa się zmienia.

— Zgadzam się. Myślę, że za dwadzieścia-trzydzieści lat, będzie śmiało mogła konkurować z Paryżem pod względem piękna architektury.

— Na pewno, patrząc na tempo rozwoju. Za każdym razem jak przyjeżdżam, siostra mi mówi o nowych restauracjach i barach. Ostatnio byliśmy w restauracji Mąka i Woda. Znasz?

— Tak, ale jeszcze nie byłem. Też mnie zachwyca ilość nowości w Warszawie.

— Jeszcze tylko gdybyśmy mieli polityków na odpowiednim poziomie. Socjalizm uczynił swoje.

— To jest miejsce dla nas. My musimy działać — roześmiałem się.

— Pewnie. Trochę moich znajomych już się zaangażowało w lokalną politykę. Życzę im jak najlepiej. Ja na razie zostaję przy filmach.

— Jasne, skończ studia, zostań reżyserem światowej klasy, a dopiero potem baw się w politykę. Kultura jest równie ważna. Film to przecież jeden z elementów miękkiej siły. Bardzo dobrze wpływa na wizerunek kraju za granicą.

— Tak, my akurat mamy szczęście do filmów. W historii mieliśmy wielu dobrych reżyserów. Cała łódzka szkoła filmowa. Mógłbym ci wiele nazwisk wymienić.

— Wierzę.

— Ostatnio choćby Smarzowski.

— Kojarzę nazwisko, ale jeszcze nic nie widziałem.

— To koniecznie zobacz. Jest znakomity.

— Swoją drogą, jaki jest twój ulubiony reżyser?

— Tarantino. Jest niesamowity. W tym momencie ma zupełnie nieograniczone możliwości twórcze. Może igrać z konwencją bez obaw. Django, Bękarty wojny. Widziałeś?

— Tak, tak.

— Genialny jest. To, co robi, ma duży wydźwięk.

— Ja ostatnio nadrabiam klasyki.

— Co obejrzałeś?

— Choćby całą trylogię Ojca chrzestnego.

— I jak?

— Trzecia część była słaba, ale poza tym — film znakomity! Widziałem też Scarface.

— A Goodfellas?

— Chyba tak, ale już dawno i nie pamiętam. Zbyt szybko zapominam.

— To obejrzyj jeszcze raz, też jest dobry. Co jeszcze widziałeś?

— Wiridianę.

— Bunuela?

— Tak, bardzo mi się podobał. Swoją drogą widziałem też polską Idę i zaskoczyły mnie podobieństwa między oboma filmami. Ogólny kadr jest podobny: zakonnica, która przed złożeniem ślubów wieczystych udaje się do jedynego członka swej rodziny, po czym rezygnuje ze złożenia ślubów. Oba filmy są utrzymane w czarno-białej konwencji.

— Dobra uwaga. Ja Idy jeszcze nie widziałem. Jest teraz kilka filmów w kinie, na które chcę iść.

— Często oglądasz filmy?

— Tak, staram się obejrzeć przynajmniej jeden dziennie.

— To rzeczywiście dużo. Ale to w końcu jest twoja praca.

— Tak, tak. To mi dużo daje. Niektóre filmy oglądam po kilka razy. Większość dobrych filmów obejrzałem przynajmniej dwukrotnie.

— Chętnie bym sam oglądał więcej. A co ostatnio czytasz?

— Filmowe teksty, na przykład książkę Bergmana.

— Laterna magica?

— Tak, znasz?

— Znam, ale nie czytałem. Bergman to jeden z moich ulubionych reżyserów. Obejrzałem ponad dwadzieścia jego filmów. Jak ci się podoba jego książka?

— Dobra, ale trudna w lekturze.

— Muszę w końcu spróbować ją przeczytać. Jest na mojej liście od dawna. Mam nieustanne wrażenie, że lista książek, które powinienem przeczytać, wydłuża się. Kiedyś byłem przekonany, że da się poznać klasykę.

— Pytanie: czym jest klasyka?

— Tak, to jest dobre pytanie i odpowiedź na to nie może zależeć od czasu i miejsca. Ale wierzę, że są rzeczy absolutnie klasyczne. Jeśli książka przetrwała w ludzkiej świadomości ponad dwieście lat jako wartościowe dzieło, to i przetrwa dwa tysiące.

— To może być i dobre kryterium, ale w ten sposób wyłączasz całą współczesną literaturę.

— Z literaturą współczesną mam problem. Niezbyt ją cenię. Zdarzają się wyjątki, ale większość jest bezwartościowa.

— A z co ze starszymi autorami, na przykład z dwudziestego wieku? Proust? Czy z naszych: Gombrowicz, Herbert, Miłosz?

— To jest właśnie dla mnie problematyczne. Oni wszyscy są klasyką, wierzę, że trzeba ich znać, ale nie jestem przekonany, czy to samo stwierdzenie będzie prawdziwe za dwieście lat. Na ile nasza ocena ich dorobku zależy od okoliczności, w których żyjemy?

— Wiesz, na pewno zależy, ale też będzie zależała w przyszłości.

— Dokładnie to mam na myśli. Tak, w przyszłości też będzie zależała, ale w inny sposób, bo i okoliczności będą inne. Dopiero będąc wypróbowanym w różnych czasach, dane dzieło może pretendować do uniwersalizmu, a więc do bycia klasycznym.

— Rozumiem i zgadzam się. Ja obecnie też czytam głównie klasykę. Planuję sięgnąć po Conrada w najbliższym czasie.

— Dobry wybór. Żałuję, że znam go stanowczo zbyt słabo.

— Mi udało się znaleźć na Kole kompletne wydanie wszystkich dzieł Conrada.

— Znakomicie! Powinienem wybrać się na Koło, dawno tam nie byłem. Ostatnio kupuję w dużych ilościach książki na serwisach aukcyjnych. Można znaleźć naprawdę dobre okazje. Zresztą kupuję też inne stare przedmioty. Niedawno znalazłem piękną, srebrną tabakierę z dziewiętnastego wieku zrobioną w Prusach.

— Świetnie. Ja takie rzeczy znajduję właśnie na Kole. Moja rodzina często kupuje tam różne przedmioty. Ale najlepsze i tak jest marché aux puces w Paryżu. Byłeś?

— Tak, ale tylko raz. Duże wrażenie na mnie zrobiło.

— To największy targ staroci w Europie. Mój tata stamtąd wielokrotnie przywoził różne przedmioty.

— Chętnie wybiorę się ponownie. A ty tam bywasz?

— Tak, byłem kilka razy. Ostatnim razem kupiłem właśnie kilka książek o reżyserach filmowych. Uwielbiam klimat tego miejsca.

— Nie dziwię się. Ja większość antyków kupuję przez serwisy aukcyjne w internecie.

— To jest bardzo wygodne, ale niektóre przedmioty warto zobaczyć przed kupnem.

— Pewnie, zresztą to jest zupełnie inaczej, gdy możesz porozmawiać na żywo ze sprzedawcą.

Zdumiewające jest, jak działa ludzka pamięć. Pamiętam tę rozmowę. Pamiętam Wiktora i dokładne okoliczności. Uciekają mi jednak pojedyncze zdania. Mam przed sobą wrażenie, które to spotkanie na mnie wywarło. Pamiętam powyższy dialog, ale reszta jest jedynie mgliście zarysowana.

W pewnym momencie zapłaciliśmy rachunek i wyszliśmy. Zaczęliśmy spacerować po okolicy. Poszliśmy na początek Mokotowskiej, by zobaczyć, jak została odnowiona kamienica naprzeciwko Teatru Współczesnego. Weszliśmy na podwórze. To był piękny widok. Spacerowaliśmy Mokotowską aż do placu Trzech Krzyży, podziwiając okoliczne kamienice. Mimo wojennych zniszczeń, zachowało się trochę pięknej architektury. Lubię tę część miasta. Podoba mi się Piękna i okoliczne ambasady oraz parki. Lubię plac Trzech Krzyży i plac Zbawiciela. Zdarza mi się spacerować po Łazienkach.

Gdy zastanawiam się nad tym, zdaję sobie sprawę z mej miłości do Warszawy. Kocham to miasto! Im dalej od niego jestem, tym bardziej za nim tęsknię. Pięć lat spędziłem w Paryżu, od pewnego czasu mieszkam w Oksfordzie w Anglii, lecz w Warszawie jest moje serce. Tutaj chcę nieustannie wracać. Liczne podróże i wieloletnia emigracja pozwoliły mi zrozumieć wyjątkowość stolicy, a także unikalność Polski i Polaków.

Nawet na obczyźnie najczęściej spotykam się z kompatriotami. Uwielbiam polską mowę i kulturę. Emigracja oddaliła ode mnie naiwność spojrzenia. Myślę częściej o moich powinnościach wobec kraju. Początek wykształcenia odebrałem w Polsce. Następne dopełniłem studia we Francji. Teraz jestem w Anglii, gdzie uzupełniam swoją znajomość kultury. Po dwóch latach spędzonych tutaj chcę wrócić, by swoje doświadczenie i nabytą wiedzę oddać Polsce. Czuję wewnętrzną potrzebę, by działać i spłacić zaciągnięty dług.

Powraca do mnie nieustannie pytanie, jak mogę najlepiej wykorzystać swoje talenty. Zajmuję się z powodzeniem pracą naukową. Pragnę rozwijać matematykę w Polsce, podejmując dawne tradycje — lwowskie i warszawskie. Czy mi się to uda? Nie wiem, wciąż wątpię w swoje umiejętności. Niełatwo się jednak poddaję. Mam wiele samozaparcia, które pozwala mi działać. Wierzę w słuszność podejmowanych wysiłków. Cierpliwość przyniesie owoce. Czy tak duże, jak tego oczekuję? Tego też nie wiem. Nie znam przyszłości. Jestem młody, a to znaczy, że mam w sobie wiele idealizmu, mimo że moja młodość jest już nie pierwsza. Mam też energię do działania. Rozmowy ze znajomymi motywują mnie, by znaleźć ujście dla tej energii. Piszę, by dać odpowiedź i zostawić świadectwo. Żyłem!

MICHAŁ I

Z Michałem spotkałem się nad Sekwaną w Paryżu. Było ciepło, zapadł już zmrok. Wzięliśmy ze sobą butelkę wina i usiedliśmy na brzegu w okolicach Jussieu. Paryż błyszczał światłami. Michał robił w Paryżu doktorat z matematyki — tak jak i ja. Znaliśmy się już od kilku lat. Wyjechaliśmy do Francji w tym samym czasie i taką samą drogę przeszliśmy. Dobrze się znaliśmy. Lubiłem z nim rozmawiać. Nasze spojrzenie na rzeczywistość było podobne ogólnie, choć różniło się — nieraz znacząco — w szczegółach. Dyskutowaliśmy o wszystkim. Jedynie z Michałem byłem w stanie rozmawiać zarówno o sztuce, kulturze, świecie, młodości, jak i matematyce i samym życiu matematyka. Obaj zgadzaliśmy się, że to są dwa różne życia.

Nasze rozmowy były satysfakcjonujące dzięki różnorodności. Z Michałem mogłem pozwolić sobie na zupełną szczerość i dowolne porównania. Nie miało znaczenia, czy rozmawialiśmy o sztuce, nauce czy kobietach. Tematy płynnie się zmieniały. Jestem przekonany, że to Michał miał najpełniejszy obraz mnie. Zastanawiam się, jakim mnie widział. Pamiętam wyraźnie jego twarz i sposób mówienia. Pamiętam zapalane przez niego papierosy — najczęściej z komentarzem, że to już ostatni.

— Powinienem ciężej pracować — zacząłem — wciąż mam wrażenie, że robię zbyt mało. Obijam się i marnuję czas na rzeczy bezwartościowe.

— Ale masz już te kilka artykułów.

— To nic nie znaczy. Wciąż się porównuję z Peterem. Geniusz jego prac matematycznych za każdym razem wzbudza we mnie motywację i ambicję działania. Jest we mnie zadra chęci bycia najlepszym. Chciałbym go dogonić, więc myślę o biegu. Lecz nie staram się należycie. Zbyt wiele rzeczy sprawia, że tracę koncentrację. Czy nie rozmieniam się na drobne w tych wszystkich aktywnościach?

— Pewnie się rozmieniasz — roześmiał się. — Ale czy to źle? Przecież jesteś szczęśliwy.

— Jasne, jestem. Cieszę się z każdego dnia, jest we mnie radość, której nie potrafię się pozbyć. Ale towarzyszy mi też nieustannie uczucie bycia „nie dość”. To nie jest kompleks niższości. Nie czuję się gorszy. Jeśli już, to wręcz przeciwnie. Tu raczej chodzi o poczucie marnowania własnych talentów. Muszę dokonać wyboru i wybrać drogę dla siebie. Nie mogę trzymać wszystkich srok za ogon, a chyba to próbuję robić w tej chwili. Czy pisanie tej powieści tego nie przypomina? Z perspektywy mojej pracy naukowej to jest najzwyklejsza strata czasu. To właśnie czyni praca naukowa i w tym jestem zupełnie matematykiem — rozumiem potrzebę kompletnego oddania się jednej rzeczy. Z drugiej zaś strony moja część społeczna wyrywa się i krzyczy, bym tego nie robił, bo zmarnuję życie.

— To dlaczego piszesz? — zapytał.

— Bo chcę oddać słowami niesamowitą młodość, którą przeżywam.

— Po co? Nie sądzisz, że wcześniej to już zostało zrobione i może znacznie lepiej niż ty to robisz obecnie? Nie zrozum mnie źle, nie wiem nic o twoim talencie i może się okaże, że to, co piszesz, jest naprawdę niezwykłe bez względu na to, z czym porównywać. Ale jeśli nie?

— Też sobie zadaję te pytania. Ale piszę, bo muszę. To jest także niezwykłe. Już wielokrotnie myślałem, żeby przestać to robić. Sam siebie pytałem, po co to robię. Przecież niczego mi nie brakuje. Mam materialnie zapewniony byt na satysfakcjonującym poziomie. Matematyka zapewnia mi intelektualne wyzwania. Różnorodni znajomi sprawiają, że wiodę bogate życie towarzyskie. Dlaczego więc jeszcze chcę cokolwiek pisać? Czy pisanie nie powinno się brać z niezgody na coś, by było autentyczne? Na te pytania często nie znajdowałem odpowiedzi. Odkładałem pisanie na później albo w ogóle stwierdzałem, że nie ma sensu tego kończyć. Spójrz, przecież to, co piszę, nie jest nawet powieścią w znaczeniu, jakie funkcjonowało jeszcze sto lat temu. Łączę nieporadne dialogi z rozważaniami filozoficznymi. Staram się zawrzeć coś, co mnie tworzy, co jest moją młodością, a to nieustannie mi się wymyka. Gonię to, a to ucieka. Ale nie potrafię przestać. Widzisz, wczoraj w nocy nie mogłem zasnąć. Do głowy przychodziły mi sceny, postaci, dialogi, myśli. To wszystko wymagało odpowiedniej formy. Oto jest forma, której potrzebuję.

— Rozumiem. Zdaje mi się to uczciwym wytłumaczeniem. A co z poczuciem marnowania czasu?

— Jest stale przy mnie. Nawet gdy teraz rozmawiamy, zastanawiam się, czy może nie lepiej byłoby czynić co innego. Tak też mam z pisaniem. Gdy piszę, myślę, czy warto, abym pisał. Pisanie jest tylko przykładem. Tak wygląda każda aktywność.

— Zawsze zastanawiasz się, czy to, co robisz, ma sens?

— Zawsze nie, na szczęście udaje mi się od czasu do czasu zapomnieć o tym — uśmiechnąłem się. — Potrzeba ciągłego skutecznego wykorzystywania czasu byłaby nieznośna. To, co odczuwam, to i tak często zbyt dużo. Myślę, że na razie jestem we względnej równowadze. Czas, który tracę, tracę w kulturalny sposób.

— Co to znaczy? — roześmiał się.

— Czytam artykuły o zupełnie nieistotnych kwestiach — odpowiedziałem śmiechem. — Wiem, mógłbym lepiej i mam taki zamiar. Choćby czytanie książek było lepsze. Albo oglądanie filmów.

— Starasz się wykorzystywać czas jak Terence Tao? — uśmiechnął się.

— O tak! Nawet lepiej, o ile to możliwe. Żartuję oczywiście. Nie wiem, czy będę w stanie wykorzystać czas lepiej niż on. Na pewno nie w tym samym sensie. Dla mnie kluczowa jest dywersyfikacja podejmowanych czynności. Nie mógłbym na przykład cały dzień zajmować się jedną rzeczą, a na pewno nie każdego dnia od rana do wieczora.

— Ale przecież zajmowałeś się tak matematyką.

— Tak, gdy byłem kilka lat młodszy. Wtedy jeszcze mogłem to robić. Zauważyłem, że ostatnio mogę to powtarzać coraz rzadziej. Coraz rzadziej zdarza mi się być czymś zafascynowanym na tyle, by zapomnieć o reszcie świata. W dodatku mam wrażenie, że pogorszyła mi się ostatnio koncentracja. Ot, wina współczesnego świata. To jest też związane z wykonywaniem wielu czynności. Mój umysł przeskakuje pomiędzy czynnościami, chce zrobić niektóre rzeczy z wyprzedzeniem. Straciłem sporo z cierpliwości i koncentracji, którą miałem dawniej.

— Ale to można ćwiczyć.

— Oczywiście, staram się to robić. Ale to mozolna praca.

— Jak każda praca nad sobą.

— Masz rację. Może to jest klucz do powieści, którą piszę. Potrzebuję cierpliwości i koncentracji, aby prawdziwie wniknąć w życie i je opisać. Nie mogę zapomnieć o natchnieniu.

— No, w końcu mówisz jak pisarz! — roześmiał się.

— Staram się, staram — także zacząłem się śmiać. — Wciąż się obawiam, że wyjdzie z tego jedna wielka blaga.

— Nie martw się. Debiut zawsze jest trudny. To jest jak z pierwszym artykułem naukowym. Przypomnij sobie, jakie z tym wiązały się emocje. A teraz? Naturalnie przychodzi ci pisanie kolejnych artykułów. Sam niedawno mi mówiłeś, że kończysz obecnie dwa teksty matematyczne. Świetny wynik!

— Tak, tu być może będzie podobnie. Pierwszy raz jest zawsze najtrudniejszy i z nim wiąże się najwięcej lęku. Z drugiej strony, pierwsze razy pamięta się najlepiej. Wszystko inne rozpływa się szybko w odmętach pamięci.

— Nie przypominaj mi nawet, czuję się stary.

— Ja też — roześmiałem się.

— Przestań, jesteś dwa lata młodszy.

— To niewielka różnica.

— Obecnie już niewielka. Jak chcesz. Obaj jesteśmy starzy. Dużo to nie zmienia.

— Skąd taka refleksja? Nie masz nawet trzydziestki.

— Pamięć — sam o tym wspomniałeś — coraz więcej zapominam, coraz więcej przeszłości wydaje mi się nieistotna, mimo że jeszcze niedawno ówczesne zdarzenia były tak ważne. Zmieniają mi się priorytety w życiu. Zmieniam plany. Dużo jest tego. Ale wiesz, co jest najgorsze?

— Co?

— Młodsi. Najgorsze jest widzieć i spotykać dwudziestolatków, którzy jeszcze mają wszystko przed sobą. Biała karta. Mogą wszystko! Mają nieskończone możliwości!

— Ty też masz.

— Tak, ale to nie to samo. Oni naprawdę mogą wszystko. Zazdroszczę im tego wieku, patrząc ze swojej perspektywy. Chętnie bym się z nimi zamienił.

— Zachowując obecną wiedzę o życiu?

— Niekoniecznie. Sama młodość jest piękna.

— Jest. Ale nie jest wartością absolutną. To jest jeden z problemów naszego świata. Ludzie nieustannie gonią za młodością. Hołdują ciału i głupocie. Modę i trendy dyktują nastolatki.

— Tak, to prawda, ale nie chodzi mi o młodość w tym sensie — sensie cielesnym. Mnie naprawdę chodzi o te możliwości, których my już nie mamy w takim stopniu.

— Zgadzam się. To jest piękno młodości. Lecz późniejsze lata przynoszą nowe możliwości. Wierzę w to, że każdy wiek jest piękny. Albo przynajmniej może być, bo z upływającym czasem jest to coraz bardziej zależne od nas.

— Tak, wiele zależy od nas — dieta, sport, życie towarzyskie. Myślę, że ty dobrze robisz.

— Dość dobrze, ale jest sporo do poprawy — uśmiechnąłem się.

— Ale mówiłeś o hołdowaniu głupocie.

— Tak, sam to przecież zauważasz. Widać to na każdym kroku w internecie, choćby po komentarzach na różnych portalach. Widać to także po ogólnym spadku poziomu kultury. Oczywiście brzmię teraz jak tysiące oburzonych moralistów przede mną. Od zawsze ludzie narzekali na młodsze pokolenia. Cóż, w ostatecznym rozrachunku najwyżej historia mnie także zaliczy do tego gatunku. Sądzę jednak, że nasze czasy są naprawdę głupsze niż jeszcze sto lat temu. Zasługują na termin „drugie średniowiecze”.

— Ha! — roześmiał się. — Zabawne, ale może masz rację. Ludziom, szczególnie w Europie Zachodniej, było zbyt dobrze w ostatnich kilku dziesięcioleciach. Żadnych katastrof, wojen, wielkich kryzysów. Ot, stabilizacja, która powoduje śmierć.

— O tym właśnie myślałem. I nie sądzę, by z tej śmierci łatwo się było wyrwać.

— Potrzeba zapewne zupełnego upadku, by ta tendencja się odwróciła. Historia kołem się toczy. Ludzkość jeszcze nie raz upadnie i nie raz przeżyje złoty wiek.

— Racja, pytanie tylko, co my możemy zrobić, aby przyczynić się do złotego wieku tu i teraz.

— A możemy? Jednostki mało mogą.

— Tak, ale możemy się zjednoczyć we wspólnym działaniu. Małe kroki, kilka osób. To działa jak lawina.

— O ile idea i jej przedstawienie jest odpowiednio dobre.

— Jasne. Trzeba pamiętać, że początki są najtrudniejsze. Zaczynasz od zera.

— Dlatego moja pesymistyczna natura wątpi, czy to może się udać. Myślisz o złotym okresie, a zaczynasz od ruin. Wątpię, by dało się przeprowadzić konieczne zmiany tak szybko. Zbyt wiele zależy od innych ludzi, a mentalność najtrudniej zmienić.

— Masz rację, ale wciąż wierzę, że warto próbować. Miałbym poczucie straty życia, gdybym nie próbował wprowadzać zmian. To jest najgłębsze we mnie — nieustanne pragnienie życia pełnią. Nie da się żyć pełnią, nie żyjąc z innymi i dla innych w działaniu.

— O sobie też nie możesz zapomnieć. Wewnętrzny rozwój jest równie ważny.

— Oczywiście. Mój ideał życia jest grecko-rzymski: doskonalenie ciała i ducha, pragmatyzm połączony z ideałami i dalekosiężnymi planami, rozwaga, spokój, opanowanie, ale i ambicja.

— Nie wiem, czy to nie jest zbyt dużo jak na dzisiejsze czasy.

— Każde czasy są dobre. Uwielbiam także nasze za możliwości, które dają.

Siedzieliśmy w milczeniu przez chwilę, patrząc na przejeżdżające samochody, spacerujących ludzi, Sekwanę. To zabawne — te dialogi naprawdę tak wyglądały. Wielokrotnie, szczególnie w lato, siadywaliśmy nad rzeką. Brzeg Sekwany był tłoczny, gwarny. Wiele osób przychodziło z butelkami wina i rozmawiało do późnych godzin nocnych.

— Nie wierzę w naukę — powiedziałem.

— Co to znaczy?

— Nie wierzę w kult nauki, który obecnie panuje.

— Czy nie paradoksalnie? — zapytał.

— Bo sam jestem naukowcem?

— Tak.

— Nie, to dzięki temu jeszcze bardziej nie wierzę. Gdybym nie wiedział, czym są badania naukowe — intensywne, trudne, głębokie — może i byłbym skłonny sądzić, że nauka jest lekiem na wszystko. Może myślałbym, że wystarczy zacytować „amerykańskich naukowców”, którzy opublikowali wyniki swoich badań w periodyku naukowym, by ostatecznie rozstrzygnąć daną kwestię. Nie jestem naiwny. Poza matematyką żadna z nauk nie daje dostępu do ostatecznej prawdy. Zwłaszcza dzisiaj, na każde stwierdzenie znajdzie się naukowiec, który je potwierdzi. Nie wierzę w naukę.

— Masz rację. Obecna nauka, szczególnie w humanistyce, bardziej przypomina zabobon niż rzetelne dochodzenie prawdy. Nie znaczy to, że wszystkie wysiłki w tych dziedzinach są błędem.

— Oczywiście, ale duża część jest.

— Tak. Poza tym, już od dłuższego czasu zniknął dawny model profesora jako osoby oczytanej i kulturalnej. Większość dzisiejszych naukowców to specjaliści w wąskich dziedzinach, o tym samym statusie, co ludzie pracujący w korporacjach. Ich praca zaczyna być coraz bardziej korporacyjna — pisanie grantów, szybkie pisanie kolejnych artykułów naukowych, sprawy administracyjne.

— Dobrze widać to na przykładzie Stanów Zjednoczonych z ich systemem tenure track — odpowiedziałem. — Tęsknię za przedwojennym modelem.

— Chyba nie masz za czym. Wygląda, że realizujesz go dość dobrze. Z jednej strony piszesz artykuły, jeździsz na konferencje po całym świecie, z drugiej zaś dbasz o swoją erudycję i życie towarzyskie.

— Masz rację — roześmiałem się. — Żałuję, że ludzie nie wiedzą, czym jest matematyka obecnie.

— Chciałbyś, by programu Langlandsa uczyli w liceum? — zaśmiał się.

— Czemu nie? — powiedziałem z uśmiechem. — Ale wystarczyłoby mi, gdyby ludzi udało się przekonać, że matematyka abstrakcyjna jest sztuką. Chciałbym, by w końcu zyskała ten sam status, co malarstwo — by nie wypadało nie znać niektórych matematycznych faktów czy biogramów niektórych matematyków. Już fizyce jest bliżej do tego.

— Teoria strun, mechanika kwantowa... — wymienił.

— Tak. Z matematyką zaś wciąż jest problem. Sam wiesz jak często ludzie po usłyszeniu, czym się zajmujesz, odpowiadają, że nigdy nie byli dobrzy z matematyki w szkole. Przecież to jest idiotyczne. Czy ktoś mówi sportowcom, że nigdy nie był dobry z lekcji wychowania fizycznego w szkole, albo malarzom, że słaby był z lekcji rysunku?

— Nie — roześmiał się.

— Sam widzisz, że jest to głupie.

— I jak chcesz to zmienić?

— Cierpliwie tłumacząc, popularyzując. W ostatnich lata powstało kilka dobrych książek tłumaczących różne współczesne działy matematyki. Uważam, że jest to dobry kierunek. To, co robię obecnie w swojej powieści, ma także zadziałać w tym kierunku. Chcę, by matematyką weszła do kultury, by stała się jej częścią, i to częścią piękną i dumną.

— Zgadzam się, choć to wciąż nie jest satysfakcjonujące. Powinniśmy starać się przebić do głównego nurtu. Myślę, że zwłaszcza filmy o matematyce i matematykach mogłyby wnieść dużo pozytywnego.

— Definitywnie, jest wiele biografii, które aż proszą się o zekranizowanie — zaczynając od Galois czy Grothendiecka. W dodatku warto pisać książki fabularne na kanwie ich życiorysów.

— Prawdziwy sukces udałoby się osiągnąć, gdyby matematyka i matematycy weszli do kultury popularnej. Pytanie tylko, czy rzeczywiście nam tego potrzeba.

— Dlaczego nie? Popularyzując matematykę, pokazujemy jak bardzo jest ona istotna. Mamy również większe szanse na uzyskanie dofinansowania na naukę, która nie ma natychmiastowych zastosowań.

— To prawda, to jest dobry powód. Ale z drugiej strony matematyka zdaje się odległa od popkultury — zastanowił się. — Chociaż nie, cofam to. To jest możliwe.

— Też tak myślę, choć nie jest to proste.

— Piękny umysł jest znakomitym przykładem.

— Na dobry film o matematyku — tak. Nie pomógł on jednak wyobrażeniu o matematykach — tylko utwierdził pogląd, że są to ludzie opętani ideą, a najlepsi są na pograniczu choroby psychicznej.

— A to nieprawda? — roześmiał się. — Żartuję oczywiście, ale przyznasz, że matematycy są dziwni. Niewątpliwie w większości są społecznie upośledzeni, ale na własne życzenie. Nie zawsze tak było i nie musi tak być w przyszłości. Jestem zwolennikiem równowagi.

— Dobre — śmiał się dalej. — Na czym by ona miała polegać?

— Na równowadze między czasem pracy a aktywnościami poza nią. Problem polega na tym, że badania matematyczne są bardzo intensywne. Myślisz nad problemem nieprzerwanie — w dzień i w nocy — notujesz pomysły, sprawdzasz różne możliwości, nic nie działa, myślisz dalej, czytasz. Trudno to ograniczyć, bo jest to jednocześnie twoja praca i przyjemność.

— Tak, robimy matematykę dla przyjemności — uśmiechnął się.

— Właśnie, dlatego tak trudno o zdrowy stosunek do niej. Jeśli starasz się rozwiązać szczególnie piękny problem, a innych przecież nie warto próbować rozwiązywać, to nie jest łatwo przestać o nim myśleć nawet po wyjściu z biura.

— W ogóle nie można mówić o pracy w biurze czy poza nim. Możesz pracować gdziekolwiek: uniwersytet, dom, biblioteki, plaża w Brazylii.

— Jak zrobił to jeden medalista Fieldsa — roześmialiśmy się. — To właśnie chciałbym przekazać — wolność prowadzenia badań matematycznych, ich konieczność, przyjemność z tego płynącą. Jednocześnie mogłoby to posłużyć jako zachęta dla przyszłych pokoleń.

— To też jest ważne. Matematyka obecnie jest wszędzie, mimo że nie widać jej na pierwszy rzut oka. Komputery, internet, telewizja, karty płatnicze.

— Tak, matematyka, mimo wszechobecności, stoi w cieniu. Ludzie nie czują potrzeby jej zgłębiania.

— Wymagasz, by chcieli poznawać najnowsze teorie? Nie da się ich zrozumieć bez wielu lat lektur i rozmyślań. Zobacz, że nawet osoby po studiach matematycznych wiedzą o współczesnej matematyce bardzo mało.

— Masz rację, nie wymagam tego. Chcę jedynie, by ludzie mieli ogólne pojęcie, czym jest współczesna matematyka. Chcę, by znali choć kilku najwybitniejszych matematyków i by mieli wyobrażenie o ich życiu. Uważam, że taka wiedza poszerzyłaby znacznie horyzonty i przyczyniła się do ogólnego rozwoju ludzkości.

— Rozumiem.

Jednym z tematów, który często powracał w naszych rozmowach, były kobiety. Rozmawialiśmy o wspólnych koleżankach, o związkach, o chęci stabilizacji i założeniu rodziny, o tym, czego oczekujemy od kobiety w związku. Każda z tych rozmów była okraszana bieżącymi anegdotami. Ten temat nigdy mi się nie nudził.

— Dla mnie miłość to wybór, nagięcie woli — kontynuowałem. — Miłość to nie jest zakochanie.

— Jasne, tego nie kwestionuję — odpowiedział. — Mówię tylko, że uczucia są niezmiernie ważne. Nie możesz zaczynać związku bez uczuć. Przynajmniej ja tego nie mogę, nie wiem jak ty.

Roześmialiśmy się.

— Ja też bym nie mógł. To jest właśnie mój problem. Zbyt wolno się zakochuję, a bez zakochania to jest zupełnie bez sensu.

— Zgadzam się.

— Mam wiele koleżanek, które zdają się sensownymi kandydatkami. Mimo licznych spotkań nie czuję absolutnie nic. Jest tylko delikatna ciekawość.

— Zbyt dużo o tym myślisz. Też miałem ten problem.

— Może masz rację. Mam postanowienie noworoczne — umawiać się na randki!

— Ładnie! — roześmiał się. — I jak ci idzie?

— Powoli.

— Próbuj. Dobre postanowienie.

— Też tak myślę. Z drugiej strony, to również jest bez sensu.

— Mówiłeś, życie nie ma sensu — roześmiał się.

— Tak, nie ma! — śmiałem się. — I to jest właśnie najpiękniejsze! Życie nie ma sensu, więc sam mogę nadać sens swoim działaniom.

— A Bóg? A zbawienie?

— Jasne, jeśli mówimy o sensie, to jedyny globalny, który możesz powziąć, jest właśnie zbawieniem duszy. Ale to jest cel, a nie sens. Staram się odróżniać jedno od drugiego.

— Dobrze, to jaka jest różnica?

— Cel jest konkretnym osiągnięciem. Sens jest właściwością, którą możesz co najwyżej odkryć.

— Czyli zbawienie nie jest właściwością życia?

— Nie jest. Życie nie ma ustalonych właściwości. Sam możesz wybrać, jak twoje życie będzie wyglądało, i od ciebie zależy, co z nim uczynisz — oczywiście do pewnego stopnia. Zdaję sobie sprawę, że okoliczności mają znaczenie. Choć podoba mi się ta naiwna, amerykańska wiara, że człowiek może wszystko, jeśli tylko chce. Jest mi to bliskie i sam staram się tak postępować, mimo świadomości licznych ograniczeń, które wynikają z samego życia.

— Ja wyzbyłem się tej naiwności. Widzę jak duży wpływ ma dzieciństwo, pierwsze lata w szkole i cała młodość.

— Oczywiście, ale później — na przykład po studiach — wciąż jeszcze możesz się zmienić. Zgadzam się, że przychodzi to trudniej, bo jesteś już przyzwyczajony do pewnych zachowań. Masz swoje nawyki, ale każdy nawyk można zastąpić innym. Kwestia cierpliwości.

— Czasem potrzeba jej zbyt dużo. To są niekiedy tygodnie ćwiczeń. Nie jest łatwo znaleźć motywację. Zobacz, że w przypadku dzieci zmiany następują szybko. Wychowanie ma bardzo duży wpływ. Potem jesteś w stanie niewiele zmienić. Naprawdę mało w porównaniu z tym, jak się zmieniałeś w dzieciństwie.

— Cóż, może masz rację. Obawiam się jednak, że niełatwo przełamię swoją wiarę w możliwości człowieka. Widzę to po sobie. Zmieniałem się w przeszłości wielokrotnie i wciąż się zmieniam i doskonalę. Chcę zmian. Przychodzą one do mnie coraz rzadziej i z większym wysiłkiem, ale przychodzą.

— Do mnie już nie — roześmiał się.

— Akurat, po prostu nie chcesz się przyznać przed samym sobą. Nawet zakochanie przychodzi do późnego wieku. Pamiętaj, co Wokulski odrzekł na pytanie Ochockiego.

— Co?

— Dokładnie to! On jako czterdziestolatek się zakochał!

— Ale w dwudziestokilkulatce! I zobacz, jak marnie skończył — roześmiał się.

— Liczy się, że się zakochał — roześmiałem się. — O skutkach nie mówimy. Jeżeli on mógł się zakochać, to i my możemy.

— Nigdy temu nie przeczyłem. Wątpię tylko co do możliwości zmiany w każdym wieku.

— Sądzę, że zmiana i zakochanie idą ze sobą w parze. Zmiany wynikają z zakochania. Nie mam tu na myśli tylko zakochania w kobiecie, ale także w przedmiotach, w nauce, w konkretnej działalności. To wszystko nas zmienia i może nas zmienić w każdym wieku.

— Niech ci będzie, ale nie jestem przekonany. Mam bardziej pragmatyczną wizję życia. Uważam, że w pewnym momencie jesteśmy już zamknięci na zmiany. Ten moment następuje w większości jeszcze przed trzydziestką.

— To co potem?

— Potem tylko trwasz w formach, które przyswoiłeś w młodości. Nie wychodzisz poza to, co znasz, a jeśli wychodzisz, to nieznacznie. Nie mam tu na myśli niepodejmowania nieoczekiwanych zajęć. Jasne, możesz się w nie zaangażować, ale twój sposób myślenia się nie zmieni. To jest jak z późnymi emigrantami. Jeśli wyjedziesz z własnego kraju po czterdziestce, to będziesz żył, jak żyłeś dotychczas, pomimo nowego miejsca i innej kultury, która cię otacza.

— Zgodzę się z tobą. Emigracja w pewnym wieku jest już tylko fizyczna, a nie duchowa. Nie przyswajasz nowych zwyczajów tak łatwo, jak robiłeś to wcześniej. Nie masz na to ochoty. Starych drzew się nie przesadza. Dlatego uważam, że zakochanie się w późniejszym wieku, mimo że możliwe, jest zupełnie inne. Nie zmienia twoich nawyków aż tak. Ale w sumie — co nam do tego? Jesteśmy młodzi.

— Tak, cieszmy się — roześmiałem się. — I zakochujmy!

— Oby, oby — roześmiał się. — Choć ja w tym momencie nie mam na to czasu właściwie. Muszę skończyć ten doktorat.

— Rozumiem cię, ale wiesz — zawsze znajdą się wymówki. Potem będziesz musiał napisać kolejną pracę matematyczną, złożyć wniosek o grant, habilitować się. Powodów jest dużo.

— Masz rację — roześmiał się. — Ale to nade mną wyjątkowo ciąży. Jest to już końcówka. Złożę doktorat i mogę się zakochiwać.

— A co potem? Składałeś już podania o pracę?

— Tak, rozesłałem je już do kilkunastu uczelni w Stanach. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

— Znakomicie, trzymam kciuki. Złóż też podania do Europy — Niemcy, Francja, Anglia. Warto mieć plan B.

— Wiem, wiem, zrobię to później, jak już dostanę odpowiedzi z Ameryki. A ty co planujesz?

— Jeśli chodzi o pracę? Na razie nic. Mój kontrakt na Oksfordzie trwa dwa lata, zostało mi jeszcze półtora roku. W dodatku istnieje możliwość przedłużenia mojego pobytu. To sprawia, że nie muszę się tym obecnie martwić. Myślę jednak o powrocie do Warszawy. Zobaczymy.

— Masz to ładnie ułożone teraz.

— Tak, cieszy mnie to. Jestem też otwarty na Paryż. Przyjemnie byłoby móc połączyć pracę w Warszawie z kilkutygodniowymi pobytami nad Sekwaną. O to będę się już starał być może za pół roku. Czas szybko płynie.

— Pamiętam jak rozmawialiśmy na dwa miesiące przed twoim wylotem do Oksfordu. Minęło już pół roku, odkąd tam jesteś.

— Dokładnie. Im jestem starszy, tym dotkliwiej czuję upływ czasu. Pół roku, które mnie dzieli od kolejnych podań o pracę, nie wydaje mi się długim czasem.

— Ale jest to mimo wszystko pół roku spokoju.

— Tak, patrząc z innej perspektywy — to jest bardzo dużo. Szczególnie jak uświadomię sobie, że przez półtora roku mam zagwarantowaną pracę, która sprawia mi przyjemność, daje satysfakcję i stawia przede mną wyzwania. Tę życiową łatwość traktuję jak zobowiązanie. Mam warunki ku temu, by prawdziwie wydobyć z siebie piękno.

— Obrałeś dobry kierunek.

— Dziękuję. Staram się. Kluczowe dla mnie jest to, by nie angażować się w zbyt wiele czynności naraz i oczywiście, by nie marnować czasu.

— Trochę straty czasu ci nie zaszkodzi — uśmiechnął się. — Wino nad Sekwaną na przykład!

— Tu się zgodzę — roześmiałem się. — Oby nie za wiele. A jeżeli już, to choć niezbyt często.

— Dobra filozofia — roześmiał się. — Ja w kategoriach straty czasu w ogóle nie myślę. Staram się skończyć pewne naukowe projekty, a resztę czasu poświęcić na znajomych i kulturę.

— Popieram. A co czytasz obecnie?

— Wciąż Braci Karamazow.

— Są genialni.

— Tak, bardzo mi się ta książka podoba. Żałuję, że nie czytałem wcześniej. Dostojewski jest niesamowity, jeśli chodzi o poruszanie problemów sumienia, ukazywanie rosyjskiej duszy — jeśli takowa istnieje — a także rozważanie dobra i zła. Jego historie są bardzo plastyczne. Te kilkaset stron Braci Karamazow czyta się bardzo szybko.

— Dostojewskiego uwielbiam. Właśnie Braci, ale także Biesy i Idiotę.

— Biesy były o rewolucji? Tam pojawiał się Stawrogin?

— Tak.

— To też czytałem. Fabułę pamiętam jak przez mgłę.

— Mam ten sam problem — bardzo szybko zapominam. Czytam coraz więcej i coraz więcej zapominam.

— Ja dlatego zacząłem wracać do niektórych książek.

— Również powinienem zacząć to robić. Na razie wracam do niektórych filmów po kilka razy.

— I co ostatnio widziałeś?

— Skazani na Shawshank.

— Dopiero teraz?

— Niestety nie miałem wcześniej okazji. Film jest wybitny.

— Mi też się bardzo podobał.

— A zmieniając temat, lecisz na jakieś konferencje w najbliższym czasie? Pytam, bo ja w tym roku nie widziałem, by coś ciekawego się działo.

— Tak, będę w Korei.

— A to świetnie, w Seulu?

— Nie, w Pohang. To taka mała miejscowość, w której zupełnie nic nie ma — uśmiechnął się.

— Kojarzę, Giovanni tam był i mi opowiadał, jak widzieliśmy się w Paryżu.

— Właśnie. Ale i tak się cieszę — powiedział.

— Pewnie, Korea Południowa jest fantastyczna. Ja byłem pod dużym wrażeniem Seulu. Historia miasta jest urzekająca, bo jest tak podobna do historii Warszawy. Seul został niemal zupełnie zniszczony na początku lat pięćdziesiątych podczas wojen między Koreą Północną a Południową.

— To w ogóle jest tragiczna historia.

— Wojna koreańska?

— Tak. Wracając do Seulu, przez ostatnie pięćdziesiąt lat miasto zostało całkowicie odbudowane i stało się nowoczesną metropolią z fantastyczną architekturą. Skyline miasta zachwyca. Porównując to do Warszawy, widzę, czym moje miasto mogło się stać i żałuję niewykorzystanych możliwości.

— Tylko musisz pamiętać, że Koreańczycy w Seulu mogli cieszyć się wolnością ekonomiczną. Mieli wprawdzie dyktaturę wojskową, ale rząd dbał o rozwój ekonomiczny kraju i skutki tego widać. U nas komunizm skutecznie zabił prywatną przedsiębiorczość, więc nasza stolica nie mogła rozwijać się w takim tempie.

— Masz słuszność. Dopiero teraz się to zmienia, choć powoli.

— Nie jest tak źle. Jest już w Warszawie kilka czy nawet kilkanaście wieżowców. W planach są kolejne. Są dwie linie metra. Miasto jest dobrze skomunikowane autobusami i tramwajami. W dodatku jest bardzo dynamiczne.

— Tak, jego dynamika mnie zachwyca. Za każdym razem, gdy wracam po dłuższej nieobecności, zdumiewa mnie liczba nowo otwartych barów, restauracji, sklepów, a także liczne nowe aktywności miejskie. Warszawa ma olbrzymi potencjał i wierzę w to, że dojdziemy do poziomu Seulu. Z zachowaniem oczywiście charakteru miasta.

— Ten charakter i tak został zniszczony w trakcie wojny.

— W dużej mierze tak. Zginął wraz ze zrujnowanymi kamienicami i wąskimi ulicami. Ale to, co zostało, jest coraz częściej odnawiane. Wielu inwestorów skupia się na renowacji dawnych budynków i ich rozbudowaniem z zachowaniem starego charakteru.

— Świetna inicjatywa! — powiedział.

— Tak, sam bym się chętnie tym zajął w przyszłości.

— Jak już porzucisz karierę naukową? — zapytał się z uśmiechem.

— Być może wcześniej — odpowiedziałem. — Nie sądzę, bym musiał rezygnować z nauki w tym celu. Co najwyżej powinienem odpowiednio podzielić czas na różne obowiązki. Zresztą zgodnie ze słowami Hardy’ego, matematyka to gra dla młodych. Powyżej wieku czterdziestu-pięćdziesięciu lat zaczynasz przegrywać z młodszymi od siebie. Nie jesteś już tak bystry, jak dawniej, a doświadczenie wiele nie pomaga. Wciąż możesz tworzyć, ale statystycznie masz małe szanse na dokonanie przełomu.

— Jestem skłonny się zgodzić. Ale najlepsze jest wciąż przed nami, bo najlepsze osiągnięcia ma się w okolicach trzydziestego drugiego roku życia.

— Statystycznie — dopowiedziałem.

— Oczywiście, że statystycznie. Matematyka trochę przypomina sport. Z innymi naukami jest inaczej, bo doświadczenie daje bardzo wiele. W naukach ścisłych liczy się bardziej twoja bystrość niż oczytanie, które dość szybko można nadrobić.

— Przynajmniej mając już podłoże. Bo jest przecież ten pierwszy okres robienia doktoratu, w którym głównie się czyta, czyta i czyta. Dopiero potem jesteś w stanie podjąć pracę twórczą.

— Tak, na szczęście obaj mamy już ten etap za sobą — uśmiechnął się.

— O tak, choć doczytywanie nigdy się nie kończy, bo wciąż pojawiają się nowe prace i nowe odkrycia.

— Taką drogę wybraliśmy.

— Czasami miewam wątpliwości. Jest tyle prostszych zajęć. Biznes jawi mi się jako aktywność zupełnie niewymagająca w porównaniu do trudów zajmowania się badawczo matematyką.

— Pewnie, łatwiej jest inwestować, tworzyć firmy, zarządzać, niż zajmować się formułą śladu — roześmiał się.

— Ty takich myśli nie miałeś?

— Miałem, ale chcę skończyć to, co zacząłem — doktorat. Niewiele mi zostało. Potem będę myślał na nowo. Wątpliwości przychodzą do mnie również co jakiś czas, bo widzę znajomych, którzy zrezygnowali — poszli do korporacji lub pootwierali własne firmy — i na dobre im to wychodzi.

— A może sprawiają tylko takie wrażenie? — zapytałem.

— Może, ale trudno jest to ocenić. To był tylko przykład. Sam powinienem zdecydować, czym zajmować się w życiu, co sprawi mi największą radość i mnie najbardziej rozwinie. Praca powinna być przyjemna. Mogę zrezygnować z gratyfikacji finansowej, ale nie chcę tkwić po wiele godzin w pracy, której nie lubię.

— Tu znowu się zgadzamy. Moim problemem jest to, że interesuje mnie zbyt dużo. Świat jest naprawdę niemożliwie piękny i oferuje nieskończenie wiele możliwości. Chcę wszystkiego.

— A nie możesz.

— Nie mogę. Muszę wybrać. Jest to trudne, ale jakże fascynujące! Zastanawiam się nad własnym życiem w perspektywie wieczności. Kim chciałbym się stać w wieczności? Jak tego dokonać? Odpowiadając na to pytanie, stawiam sobie pytania o bliższe cele. Wyznaję metodę małych kroków. Duży sukces to lawina małych sukcesów. Liczy się regularność i nieustanna wola działania.

— Te cechy zdaje się, że masz.

— Tak sądzę.

— Ale skromności ci brakuje — roześmiał się.

— Tylko czasami — uśmiechnąłem się. — Nie lubię się chwalić i w większości milczę. Czasem tylko wspominam o swoich osiągnięciach. Z tobą jednak jestem szczery i cieszę się, że mogę być.

— Jest mi miło.

— Wracając do tematu, planuję jednocześnie na tydzień, miesiąc, rok do przodu. Im odleglejsza data, tym plany są mniej wyraźne. Dopuszczam spontaniczność i nieoczekiwane zdarzenia.

— To dobrze, bez tego życie byłoby przeraźliwie nudne.

— W ten sposób życie jest pełniejsze i bogatsze w doświadczenia.

— Na pewno. Zamykając kolejne pudełka tej szkatułkowej rozmowy, chciałem ci doradzić, byś na razie nie rezygnował z matematyki. Zrobisz jak uważasz, ale do tych trzydziestu paru lat powinieneś wytrzymać. Zdążysz jeszcze zbić majątek, dokonać wielkich rzeczy także, ale matematyka jest wybredna. Bardzo trudno ci będzie wrócić, jeśli teraz się z nią rozstaniesz.

— Zdaję sobie z tego sprawę i dziękuję za radę. Nie zamierzam rezygnować z matematyki. Naprawdę ją kocham i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Najważniejszym pytaniem jest, jakie obrać proporcje. Na co poświęcać gros czasu? Na razie mam odpowiedź. Większość czasu będę poświęcał matematyce — do wspomnianego przez ciebie wieku. Potem zdecyduję na nowo, gdy zobaczę, dokąd ta droga mnie doprowadziła.

— Słusznie, myślę, że to doprowadzi cię do najlepszych rezultatów. Nie warto przerywać w połowie. Poświęciłeś dużo czasu na karierę naukową — spojrzał na zegarek. — Słuchaj, będę już musiał uciekać.

— Dobrze, masz czas w przyszłym tygodniu?

— Tak, jeszcze się domówimy, ale możemy wstępnie ustalić spotkanie na taką samą porę jak dzisiaj.

— Idealnie. Do zobaczenia.

— Cześć.

Podaliśmy sobie dłonie na pożegnanie i poszliśmy — każdy w swoją stronę.

JA I

Uwielbiam spotkania z ludźmi. To uwielbienie zrodziło się we mnie dopiero kilka lat temu. Jako dziecko preferowałem samotność, bawiąc się najlepiej we własnym towarzystwie — z wyjątkiem dla piłki nożnej. Ale poza sportem czas spędzałem czytając bądź grając na komputerze. Ostatnia aktywność pomogła mi rozwinąć znakomitą wyobraźnię, dzięki której widzę plastycznie opisywane sceny. Jak szybko rozpierzchło się dzieciństwo w mrokach niepamięci! Z tamtych chwil nic mi nie zostało. Jestem dojrzały pierwszą młodością. Mam dwadzieścia siedem lat.

Wciąż za mało wykorzystuję dany mi czas. Chcę pełni! Chcę czuć intensywność, chcę żyć całkowicie i do ostatka. Myślę o możliwościach, jakie stoją przede mną. Jest ich nieskończenie wiele — które mam wybrać?

Jak mam pisać powieść? Czym chcę, żeby była? Strumieniem, który ze mnie wypływa, uzupełnieniem mojego dziennika, który prowadzę już od kilku lat i zamierzam prowadzić do śmierci? Chcę, by była tym wszystkim, czym nie są moje wiersze, dziennik, matematyka. Chcę, by ta powieść, te kilka słów, były pomnikiem, który wystawię swojej młodości. Oto byłem ja, tym się zajmowałem, o tym myślałem. W swojej codzienności pragnąłem być szlachetny i wzniosły. Miałem ambitne plany. Młodość przypominała wznoszenie katedry. Kolejne rusztowania, kolejne piętra, wciąż wyżej i wyżej. Nie chcę kończyć tych starań. Chcę wciąż więcej i bardziej. Bardziej żyć, prawdziwiej, do ostatka. Chcę poznać wszystko, co życie może mi dać. Chcę moją młodość zmęczyć doświadczeniami, chcę patrzyć, jak ledwo nadąża za moją duszą. Pragnę absolutnie wszystkiego. Nie mogę się zatrzymać w pół drogi. Oto jest moja wędrówka. Za każdym szczytem czeka kolejny szczyt. Wspinaczka nie ma końca. Ta powieść ma być jak moja młodość — nieskończona i wieczna. Jeśli nie jestem w stanie zatrzymać czasu, zatrzymam choć słowa. Będę się na starość wpatrywał w ukryte znaczenia, które zostawiłem. Wiele z tych zdań wypełni się sensem, który obecnie pozostaje ukryty, skryty przyszłością. Życie przyniesie mi zdarzenia, które zapełnią te strony dodatkowymi znaczeniami. Na równi z moją przeszłością i teraźniejszością te strony zawierają moją przyszłość. I mimo że chodzi wyłącznie o mnie — moje „ja”, moją duszę, moje serce — to przekaz tej powieści jest uniwersalny. Jestem prefiguracją każdego ludzkiego losu, każdej młodości. Jestem każdym człowiekiem, który istniał i który dopiero zaistnieje. Moje „ja” to wszechświat, moje człowieczeństwo to człowieczeństwo ogółu.

Piszę powieść, by zostawić swój głos. Jestem młody, a więc pyszny, dumny, pewny siebie. Jestem młody, a więc chcę nieustannie nowego, staram się, upadam i powstaję. Chcę to wszystko schwytać i zamknąć w słowa na zawsze. Ta powieść jest świadkiem moich zmagań. Oddać to, co mnie tworzy, czym żyję, czego pragnę. Życie jest najwspanialszą przygodą, najpiękniejszą opowieścią.

Jestem obecnie w Oksfordzie, wśród blisko tysiącletnich murów. Jest dzień moich dwudziestych siódmych urodzin. Zastanawiam się nad przeszłością i przyszłością. Myślę o tym, kim się stałem, co osiągnąłem, do czego dążę. Jestem zadowolony, bo moje działania spotykają się z aprobatą. Spełniam się. Mam wielu znajomych i kilku przyjaciół. Mam z kim rozmawiać na każdy temat. Jestem zanurzony w kulturę, sztukę i życie towarzyskie. Mimo to nieustannie słyszę podszepty duszy: „Możesz więcej! Mylisz się, myśląc, że wykorzystujesz swoje talenty. Możesz więcej! To, do czego doszedłeś, to nic. Jesteś w stanie pójść znacznie dalej. Jesteś w stanie osiągnąć rzeczy, o których nawet nie śnisz, że są możliwe. Spójrz na to, gdzie jesteś. To nic, które masz i którym jesteś, to nic jest jednak czymś godnym pozazdroszczenia. Ty wiesz, że to jest prawdziwie nic. Inni mogą cię podziwiać, lecz ty wiesz, że to nie kosztowało cię wiele. Wielokrotnie się przede mną przyznawałeś wszak — jestem niczym. Tak, jesteś! Jesteś niczym, ale możesz być wszystkim. Twój potencjał nie ma granic. Pójdź za mną, zanurz się w życie, które ci pokazuję, pracuj, a to nic, które osiągnąłeś, stanie się wszystkim. Popatrz na swoją przeszłość. Czy doszedłbyś tu, gdzie jesteś, bez pracy? Wiesz, że nie. Mimo to zmieniłeś się w ostatnich latach. Te pierwszych kilka sukcesów zabiło w tobie głód pełni. Już nie chcesz nic udowadniać. Masz rację — inni ludzie nie są istotni. Ale ja jestem! Przede mną odpowiadasz i mi musisz udowodnić, że jesteś mnie warty. Tylko mi! Widzę każdy twój krok, znam każdy twój plan. Widzę twoje możliwości i dlatego wymagam. Nie jesteś jak inni. Jesteś wyjątkowy. Ja jestem wyjątkowa. Otrzymując mnie, otrzymałeś wieczność, której sobie nie wyobrażałeś. Przyjmując mnie z pierwszym tchnieniem, dostałeś płomień, który nigdy nie gaśnie. Mylisz się, twierdząc, że to twoja młodość rozpala cię. Ja jestem ogniem, który w tobie płonie. Ja jestem pragnieniem świata. Ja jestem w tobie tą esencją nieskończoności i nieśmiertelności, którą czujesz w sobie tak wyraźnie. Teraz, gdy jesteśmy szczerzy, nie pozostaje ci nic innego, jak mnie posłuchać. Pójdź za mną, a znajdziesz skarby, o których nie marzył żaden z dawnych królów. Chyba rozumiesz już teraz, że ja jestem wszystkim. Nie odniesiesz żadnej korzyści, choćbyś cały świat zdobył, a mnie zostawił obojętnie. Lecz ze mną zdobędziesz każdy ze światów. Nikt i nic cię nie powstrzyma. Pójdź za mną, a poznasz prawdziwą władzę i potęgę”. Słyszę ją codziennie. Mówi do mnie, gdy jesteśmy sami. Snuje przede mną plany, nim usnę. Opowiada mi o dawnych czasach. Mówi o tym, czym była, gdy jeszcze się nie narodziłem. Słucham uważnie.

Za moją pierwszą powieścią będę tęsknił jak za pierwszą młodością. Jej pisanie będzie mi niczym pierwsze pocałunki. Czas płynie. Tempus fugit. Gdy czytam Horacego czy Tacyta, zdaję sobie sprawę, jak szybko odejdę. To życie, które mam obecnie przed sobą, jest jak podmuch wiatru. Jestem jak trawa, jak wiosenne kwiaty, jak liście na drzewach. Chcę być kometą na nieboskłonie ludzkości. Przeminę, lecz zostawię za sobą piękny ślad. Istniałem. Miałem piękne, bogate życie. Oto chwila, która jest wiecznością.

FRANEK I

Zaprosiłem Franka do siebie. Uwielbiam go. Jest moim przyjacielem od czasów licealnych i od tamtego okresu widujemy się regularnie. „Regularnie” to może zbyt duże słowo wobec moich ciągłych wyjazdów, ale z pewnością spotykamy się często. Rozmawiamy o wszystkim. Zresztą czy nie ze wszystkimi rozmawiam o wszystkim? Ale z Frankiem to wszystko bardziej się uosabia.

Usiadł na kanapie i poczęstowałem go herbatą.

— To jak tam biznesy? — powiedział z przekąsem i uśmiechem.

— W porządku — roześmiałem się. — Będzie dobrze, grafik i programista już są. Myślę, że w przeciągu miesiąca będą już pierwsze efekty.

— A to świetnie, powodzenia! — uśmiechnął się.

— A co, Franku, u ciebie? Jak warsztaty, które prowadzisz z dziećmi?

— Dziękuję, dobrze.

— A warsztaty? — uśmiechnąłem się.

— Już się skończyły. Może poprowadzę kolejne, ale jeszcze nie teraz.

— To co teraz robisz?

— Śpiewam, pomagam tacie.

— Rozwijasz się?

— Można tak to nazwać. Mam kilka pomysłów na zarabianie pieniędzy i chcę je wypróbować.

— Świetnie! A co u Kingi?

— A w porządku, dziękuję — roześmiał się.

Franek jest lakoniczny w mowie i nim przejdziemy do głębszego dialogu, dokonujemy wymiany prostych zdań, ślizgających się po powierzchni. Nie lubi opowiadać o sobie i długo go muszę nakłaniać do tego, by powiedział mi w końcu, czym zajmował się, odkąd ostatni raz się widzieliśmy. Choć właściwie nigdy nie udało mi się tego do końca ustalić. Rozmowy nasze z początku często oscylują wobec zdrowia i pogody. Często wymieniamy się spostrzeżeniami o kulturze — ja mówię Frankowi o ostatnio przeczytanych przeze mnie książkach, on opowiada mi o operach i filmach. Od słowa do słowa, dialog w końcu zaczyna skupiać się na głębszych treściach. Nie znaczy to oczywiście, że zdrowie czy pogoda nie są istotnymi kwestiami!

— Ostatnio chodzi mi po głowie inny pomysł — zacząłem.

— Jaki?

— Chcę napisać powieść. Coraz częściej przychodzą do mnie sceny, aktorzy, dialogi.

— O czym będziesz pisał?

— O życiu, o tym, czego doświadczam, i w jaki sposób świat staje się we mnie.

— Masz na to czas?

— Zamierzam pisać w czasie wolnym, wykorzystać te trzydzieści minut, które zdarza się w czasie pomiędzy, kiedy nie masz już siły na nic. Albo nie, zamierzam wstawać rano każdego dnia i pisać — Franek się uśmiechnął. — No dobrze, prawie każdego.

— Życzę powodzenia — odpowiedział.

— A dziękuję! Przyda się. Nie tylko dlatego, że jestem dyletantem. Także dlatego, że nie wiem, na co się porywam. Nie wiem, co z tego wyjdzie, jaki będzie efekt, jaki odbiór, czy napiszę cokolwiek wartościowego. Wiesz, lubię prowadzić dziennik, ale to co innego. Dziennik to krótkie zdania, błyskotliwe sformułowania raz dziennie. Tutaj zaś muszę się starać cały czas. Powieść będzie rozgrywała się w dialogach. Dialogach, które nie mogą być sztuczne, bo, widzisz, pragnę oddać to, kim jesteśmy. Ten unikalny punkt w czasoprzestrzeni, który zajmowaliśmy. Dla mnie sztuka jest uzupełnieniem mojej osobowości i jej naturalną ekspresją. Odnajduję się w literaturze, w pisaniu, bo chcę oddawać swoje myśli — tak w rozmowie, jak i na papierze. Chcę się dzielić i móc o tym dyskutować. W tym znajduję piękno człowieczeństwa.

— Więc głównie zajmujesz się sobą?

— Tak, czy mogę poznać cokolwiek innego lepiej? — uśmiechnąłem się.

— Nie — odpowiedział Franek. — Masz rację. Dla mnie, gdybym nie został nauczony inaczej, nie istniałoby nic poza tym, co tu i teraz. Czas przeszły niemalże nie istnieje, przyszły tym bardziej. Stąd to, że próbujesz określić to nasze obecne „teraz” jest chlubnym zadaniem. Ciekaw jestem, co z tego wyjdzie. Podjąłeś już pierwsze kroki?

— Tak jak ci już wspomniałem, przychodzą do mnie różne sceny. Wyrzekam się fabuły, która wiedzie czytelnika od wydarzenia do wydarzenia. Chcę życia. Życia, które każdy z nas odczuwa głęboko przez swoją młodość. Jak zapisać inaczej ten gąszcz doświadczeń, jak nie w formie dialogu? To cały czas czynimy — spotykamy się i rozmawiamy. Ja opowiadam ci o sobie, ty mówisz mi o sobie. Konstruujemy wspólną przestrzeń. Do tego dochodzą proste rzeczy — idziemy na piwo, spacerujemy po Warszawie. To wszystko tworzy naszą codzienność, która jest unikalna, a jednocześnie dokładnie taka, jak codzienność wszystkich innych ludzi. Czy da się odmalować życie pisaniem? Jaki styl obrać? Wiesz, czuję się trochę jak malarz przed płótnem. Mając za sobą całą wspaniałą historię malarstwa, mogę wybrać styl, który mi odpowiada. Jednocześnie chcę stanąć w opozycji do sztuki współczesnej, do tego wielkiego „nic”. Marzę o powrocie do czasów bardziej oświeconych, w których ceniono dobry gust.

— To może stać się twoim problemem w przyszłości, gdy już skończysz powieść. Myślisz, że ludzie będą chcieli ją czytać? Czy nie wybiorą raczej kolejnego „bestsellerowego pisarza”? Bo wątpię, byś celował w podobne „dzieła”. Czytelnik masowy cię nie interesuje.

— Masz rację, Franku. Chcę się raczej zwrócić do ludzi podobnych nam. Nie wiem, ilu ich jest. Jasne, że chcę być czytany. Po cóż innego pisać? Uderzasz w dobry punkt. Chciałbym być dobrze odbierany i oceniany. Chciałbym być literacko rozpoznawalny. Oto paradoks. Jak być masowym inteligentnie? Wracając do malarzy, to trochę jak próba namalowania tysięcy obrazów przy zachowaniu najwyższego poziomu. Bardzo rzadko się udaje, ale się jednak udaje, co pokazuje przykład Rubensa.

— Nie uważasz, że problemem w odbiorze może być twój język? Gdy mówisz, używasz miejscami języka podniosłego, więc wyobrażam sobie, że twój styl pisania będzie jeszcze wyższy. Czy to nie będzie suche, zniechęcające?

— Zależy. Zgadzam się z tobą, że mam na sobie wiele językowych gorsetów. Nie mogę się rozluźnić. Nie potrafię na przykład zapisywać przekleństw z czystym sumieniem. Szkopuł więc w tym, by uczynić mój podniosły, „napuszony” język znośnym przez inne zabiegi.

— Jakie? — przerwał mi Franek.

— Przez dynamizm na przykład. Stąd dialogi, urywane zdania. Rozmowy, które zaczynają się powoli, by dopiero przejść do tego, co mnie najbardziej interesuje, do samej rzeczywistości w jej głębi. Jak u Platona. Uczta zaczyna się od tego, jak bohaterowie wspominają, że zbyt dużo wypili ubiegłej nocy i dzisiaj nie chcą tego powtarzać. To jest punkt wyjścia do ich filozofowania. To samo chcę zrobić w swojej powieści. Wychodząc od prostych sytuacji, tego, jak żyjemy, od kawiarnianych spotkań, od wyjść na miasto, spacerów, obiadów do rozmów głębokich.

— Ale będziesz poetyzował?

— Pewnie. Uwielbiam młodość i życie, które otrzymałem. Radość jest dla mnie naturalna. Nie potrzebuję się o nią starać. Wystarczy, że zacznę ją wyrażać tak, jak do mnie przychodzi. Ale jeśli pytasz o to, czy będę wymyślał sytuacje i bohaterów, to odpowiedź jest podwójna. Bohaterami będziecie wy, przyjaciele i znajomi. Ludzie, z którymi rozmawiam bądź rozmawiałem. Dialogi będą wymyślone, choć punktem wyjścia będą prawdziwe dialogi, które odbyliśmy.

— Tak jak teraz rozmawiamy, nie rozmawialiśmy wtedy u ciebie.

— Masz rację, ale zarys tej rozmowy był podobny. Starałem się przedstawić ci to, co myślę o mojej powieści i dlaczego chcę ją napisać. To też oddaję tutaj. Papier ma to do siebie, że mogę wracać do raz napisanych słów, poprawiając zdania, skreślając niepotrzebne wyrażenia. Stąd się będzie brała idealizacja życia w mojej prozie. Jednocześnie chciałbym oddać to życie prawdziwe. Wiesz, te spojrzenia, uśmiechy, które wymieniamy, spontaniczne żarty, z których wspólnie się śmiejemy. Albo to, że teraz patrzysz za okno czy w kubek z herbatą, który jest przed tobą. To wszystko składa się na piękno życia, na codzienność, która w swojej pełni wymyka się słowom. To jest piękne — nie mogę oddać życia takim, jakim jest naprawdę, ale mogę odmalować obraz tego, jak sam odbieram życie. Choć i to tylko w zarysie. Pisanie jest jak malarstwo, a zdania jak kładzione impasty. Rzucam farby, patrzę na otrzymany kształt i poprawiam, cyzeluję aż do otrzymania zadowalającego efektu. Styl pisania jest zgodny z moim charakterem, ale nie jest mną. Dlatego nie oddaję rzeczywistości takiej, jaką jest naprawdę. Oto staję się sam dla siebie na nowo na kartach powieści, tak samo jak stwarzam na nowo każdego z was.

— Pięknie, pięknie, mam nadzieję, że dobrze wyjdę — zaśmiał się.

— Pewnie — zmrużyłem oczy w uśmiechu.

— Skoro chcesz oddać życie, to co z nudą? — zapytał ironicznie.

— I ona znajdzie swoje miejsce. Widzisz, rozmowy, które odbywamy, czasem są porywające, a czasem nas nudzą i męczą. To zależy od konkretnego dnia, od poruszanych tematów. Moja powieść będzie taka sama. Czasami będziesz miał jej dość, bo znużą cię powtórzenia, płytki small talk, zbyt częste zmiany. Wątpię, bym w powieści mógł osiągnąć doskonałość każdego zdania. Nastawiam się na efekt całości, choć oczywiście będą również znakomite fragmenty. Rzecz w tym, że nie jestem tego w stanie teraz przewidzieć ani nawet z góry napisać. Piszę, bo czuję wewnętrzny imperatyw. Również tematy są mi narzucone. Nie mam wyboru. Decyduję dopiero po fakcie, widząc słowa na papierze. Wtedy mogę skreślać i zmieniać to, co mi się nie podoba.

— To i tak wiele. W prawdziwym życiu nie możesz tego zrobić. Konsekwencje twoich czynów są wieczne.

— Brzmi jak predestynacja i brak możliwości uzyskania przebaczenia — roześmiałem się.

— Nie, nie — mam na myśli to, że nie jesteś w stanie niczego wykreślić.

— Wiem, wiem. Droczę się tylko z tobą. Dlatego dobrze pisać jest łatwiej, niż dobrze żyć. W życiu masz tylko jedną szansę.

— Nic dwa razy się nie zdarza — uśmiechnął się.

— Dlatego każda chwila jest wyjątkowa — powiedziałem. — Ale jedno jest podobne w życiu i pisaniu.

— Tak?

— Trud. Jeżeli chcesz tworzyć, wcześniej czy później odczujesz znój pracy. Będziesz miał dość, choć jednocześnie będzie ci towarzyszyła świadomość, że jeśli teraz się wycofasz, wszystko przepadnie.

— Jedna szansa.

— Tak, możesz skreślać słowa do woli, ale nie możesz ich do woli stawiać na papierze. Musisz czekać na natchnienie i jeżeli ono w końcu przyjdzie, musisz usiąść i do końca go użyć, pisząc zdanie po zdaniu. To jest chyba właśnie mozół pracy pisarza. Czasem bywa to bolesne.

— Cóż, jak z każdą pracą, którą lubisz. Tak samo działają spotkania z ludźmi. Popatrz na nas. Uwielbiamy ze sobą rozmawiać, ale nie wytrzymalibyśmy ze sobą bez przerw. Przychodzi moment, kiedy mamy siebie dość i rozstajemy się, by umówić się na kolejne spotkanie w innym czasie.

— Czasem są takie rozmowy, których masz dość, są bolesne, ale masz świadomość, że powinieneś doprowadzić je do końca. One także budują prawdziwe relacje. Gdy pojawia się problem między dwiema osobami, nie warto go zbywać milczeniem.

— Nie warto też analizować go do końca.

— Tak, mam tendencję do tego drugiego właśnie. Cóż, złoty środek. Wierzę, że gdy podejdzie się z życzliwością i szczerością do drugiej osoby, osiągnie się kompromis. Jeśli oboje macie taką postawę i jesteście odpowiednio otwarci — powiedział. — Lecz czasem warto przemyśleć, czy nie lepiej przemilczeć problem. Jeśli na przykład zajmujecie skrajne stanowiska polityczne, to jestem przekonany, że lepiej powiedzieć mniej niż więcej.

— Rozumiem twój punkt widzenia, ale ja bym dalej próbował dialogu. Delikatnego i subtelnego. Warto rozmawiać. Warto się mierzyć z innością, aby poznać lepiej świat i siebie. Nie jesteśmy od siebie aż tak różni. Mówię tu o ogóle ludzkości. Pewne rzeczy są globalnie uznawane za wartość — życie, pokój, miłość.

— Interpretacja się różni.

— Tak, i o tej interpretacji warto dyskutować. Dialog jest podstawą dobrze działającego społeczeństwa obywatelskiego. Polityka także powinna opierać się na dialogu. Obecnie w polityce jest go za mało. Te podziały na prawicę i lewicę tylko ograniczają możliwość porozumienia i wypracowania linii wspólnego działania. To błąd moim zdaniem. Wracając do samego pisania...

— Tak?

— Chcę oddać czasy, w których żyjemy.

— Dlaczego? Wydają ci się wyjątkowe?

— Tak. Nie tylko dlatego, że technologicznie dokonał się w ostatnich pięćdziesięciu latach przełom, który zmienił funkcjonowanie ludzi w społeczeństwie. Pomyśl, są media społecznościowe, telefony komórkowe, internet i możliwość bycia w kontakcie cały czas z każdym człowiekiem na ziemi.

— Zgadzam się, że to jest zdumiewające.

— Żyjemy w czasach olbrzymiej zmiany. Nie mamy absolutnie pojęcia, co stanie się dalej. Co będzie za kolejne pięćdziesiąt lat? Nikt nawet nie stawia hipotez. Najbliżej prawdy zdają się być pisarze science fiction. Chcę popatrzyć na ten czas jak kronikarz. Opisać, ale poprzez samych ludzi, przez sposób rozmowy, przez zainteresowania. Chcę oddać absolutnie wszystko: społeczeństwo, politykę, literaturę, naukę, technologię, kwestie materialne i duchowe, psychologię. Chcę dać obraz świata, który istniał i który był naszym udziałem, a który już być może nigdy nie będzie taki.

— Nic dwa razy się nie zdarza — uśmiechnął się.

— Właśnie, więc i szansę mam tylko jedną. Teraz albo nigdy. To jest doskonały moment. Ta powieść nie była możliwa wcześniej i nie będzie możliwa później. Ona tkwi w Teraz, a jednocześnie jest uniwersalna; uniwersalna w mowie o wartościach, które nie zależą od konkretnych czasów.

— Natura ludzka jest stała.