Wydawca: Czerwone i Czarne Kategoria: Humanistyka Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 135 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Byliśmy głupi - Marcin Król

Gorzki obrachunek wielkiego intelektualisty z 25 latami polskiej demokracji. Marcin Król wraca do pierwszych lat po 1989 roku, aby uznać, że wszystko można było zrobić lepiej. Nie trochę lepiej, lecz dużo lepiej. „Byliśmy głupi” pisze Król. Zaślepieni, niedoświadczeni, niewrażliwi.

Opinie o ebooku Byliśmy głupi - Marcin Król

Cytaty z ebooka Byliśmy głupi - Marcin Król

Antysemityzm przypomniany w trakcie ówczesnej kampanii już pozostał w polskim życiu politycznym. I chociaż oficjalnie jest na marginesie, to wystarczy spojrzeć do komentarzy w internecie, by się przekonać, jak jest blisko, jak jest ledwie skrywany pod powłoką przyzwoitości. Oto grupa internetowa przekazująca sobie zdjęcia i informacje o przyrodzie nagle zaczyna rozważać film Ida . Natychmiast ci sami ludzie, którzy niemal obsesyjnie ciekawią się ptaszkami, piszą nieskładną i paskudną polszczyzną o winach Żydów za stalinizmu, o tym, jak AK broniło Żydów, jak Żydzi nami rządzą, jak wszyscy w gruncie rzeczy są Żydami, oczywiście poza nimi, poza wielbicielami ptaszków.
W latach 1988–1990 takich ludzi były miliony. Po reformie Balcerowicza zostały także miliony. Od tamtego czasu zapewne nieco ta liczba się zmniejszyła, ale drastyczny charakter biedy się zwiększył, bo wokół są ludzie zamożni i wiele rzeczy do kupienia. Co bieda myślała o wolności? Olbrzymia większość biedy – nic. Ta zdumiewająco niska frekwencja 4 czerwca i zawsze potem – to bieda, która nie wie, nie ciekawi się lub wie, ale nie głosuje, bo po co? To nie jest podklasa – grupa osobna – ani lumpenproletariat. To najczęściej mieszkańcy średnich i małych prowincjonalnych miast. To ludzie znośnie wykształceni, często kulturalni, ale bez żadnej nadziei. Ich dzieci najczęściej też. To kultura bez nadziei. Warstwa bez nadziei.
To ludzie należący do innej warstwy niż ci sprytni, którzy zarobili na bałaganie 1988–1990. To ludzie, którzy nie strajkują, bo ich zawody się do tego nie nadają, nie protestują, bo się boją stracić tę jedyną pracę. Jedyna pomoc to była kiedyś rodzina na wsi. Ale oni odeszli od tej wsi. Na tej samej prowincji doszło do rewolucji kulturalnej. W Warszawie młodzi szefowie korporacji chodzą do teatru. We Włodawie na przykład nowe pieniądze jeżdżą na wycieczki zagraniczne, budują domy z kolumnami oraz spotykają się w spa. Żadnej książki pod żadnym pozorem. To by dopiero był wstyd.
Bieda pamięta przeszłość, nowi niczego nie pamiętają, bo lepiej nie pamiętać. Dla nowych nie ma żadnych autorytetów, żadnej wspólnoty. Kto nie ma pieniędzy – ten głupi. Ja też. Pieniądze bowiem tworzą człowieka. Czy oni w ogóle są Polakami? Zależy, co to znaczy. Z obywatelstwa tak, z przynależności są nikim. I to właśnie sobie cenią. Na nich żadna „polityka historyczna” nie zadziała. Nawet kiedy bawią się w odtwarzanie historycznych potyczek, to nie jest to wyraz pamięci, lecz mody.
Nie mieliśmy w 1989 roku nawet pojęcia o tym. Z jednej strony była Polska inteligencka, z drugiej komunistyczna, a w środku? Nie wiadomo, co było w środku. Ludzie, którzy trwali. Kto mógł przypuścić, że właśnie ten środek zostanie najgorzej potraktowany? Otóż można było mieć dość wiedzy i ten akurat fakt przewidzieć. Trzeba by jednak było o tych ludziach myśleć. A kto myślał? Ja na pewno nie i nikt mi znany. Kiedyś mówiło się, że rozbiorcy i okupanci chcą Polskę wynarodowić. Nie dali rady, co nas napawa dumą. Bezpodstawną. Bo teraz wynarodowiliśmy się sami.
W takim świecie wykluczenia nie żyje się najgorzej. Każdy ma samochód, często za trzy tysiące, ale jeździ. Tylko życiu trochę brak sensu. Bo nawet jak przyjdą dzieci i się dla tych dzieci poświęca niemal wszystko, to czy to jest dostateczna odpowiedź na pytanie o sens życia? A może ktoś sądzi, że wykluczeni sobie takich pytań nie zadają? Że to ciemnota, głupota i pijactwo. Ale skąd. Wykluczeni są ludźmi, a ludzie bez pytań o sens życia – żyć nie mogą. Przez setki lat odpowiedzi dostarczał Kościół. Już nie. A co najmniej nie jest to odpowiedź jedyna i dostateczna. Sensu życia trzeba szukać w samym życiu. Ale gdzie go znaleźć w takim życiu, jakie opisałem?
Niektórzy udają, że rozumieją, o co chodziło i chodzi Jarosławowi Kaczyńskiemu. Ja jestem głupi. Po prostu nie rozumiem. Nieco rozumiem teraz, ale nic nie rozumiem, kiedy chodzi o lata 1989–2005. Kaczyński od 1989 roku jest nieustannie obecny w polskim życiu politycznym. Ponosi wyłącznie porażki. Najczęściej na własne życzenie. Jest stale popularny w niewielkiej lub nieco większej grupie obywateli. Czasem zyskuje sporo władzy, jak w kancelarii Wałęsy, by ją szybko stracić. Nieznany jest jego program polityczny. Nieznane są cele, do jakich dąży. Czy tylko władza? Zawsze stwarzał aurę tajemniczości, która coś przykrywała, ale co? Może nic. Był od początku wolności zręcznym manipulatorem politycznym. Nie miał wielkich zasług w opozycji.
Wiem, że polityka nie jest sztuką racjonalnego myślenia. Wiem, że doświadczenie, wyczucie chwili i intuicji odgrywają w niej co najmniej równie ważną rolę. Normalni ludzie jednak oczekują od innych, w tym polityków, elementarnie racjonalnych wypowiedzi i działań. Jeżeli ich brak, to indywidualna decyzja polityczna polega, jak obecnie w Polsce, tylko na wyborze negatywnym i oparta jest na motywacjach pozaracjonalnych, a w najlepszym razie – estetycznych.
Zaś prawo do wolności gospodarczej wprowadzili już w 1988 roku Zbigniew Messner, a w praktyce Mieczysław Wilczek. Od 1990 roku zaczyna się konieczna reglamentacja wolności gospodarczej, a nie jej poszerzenie. Było to konieczne, ale nie mogło być popularne.

Fragment ebooka Byliśmy głupi - Marcin Król

Copyright © Marcin Król, Czerwone i Czarne

Projekt okładki FRYCZ I WICHA

Zdjęcie na okładce Krzysztof Miller/Agencja Gazeta

Redaktor prowadząca Katarzyna Litwińczuk

Korekta Katarzyna Szol

Skład Tomasz Erbel

Wydawca Czerwone i Czarne Sp. z o.o. S.K.A.Rynek Starego Miasta 5/7 m. 5 00-272 Warszawa

Wyłączny dystrybutor Firma Księgarska Olesiejuk Sp. z o.o. S.K.A. ul. Poznańska 91 05-850 Ożarów Mazowiecki

ISBN 978-83-7700-193-6

Warszawa 2015

Zacznę od początku. Tylko gdzie jest początek? Początek Polski wolnej i niepodległej, rozwijającej się i dumnej. Od początku przecież bardzo wiele zależy. Na początku można uczynić i pomyśleć znacznie więcej niż później, kiedy ruszy się szlakiem przez siebie wyznaczonym. Cofnąć się trudno. Zawrócić się nie da. A jednak warto wiedzieć, co się na początku zrobiło źle, bo może przyjdzie okazja, by to naprawić.

Dla mnie początek to 4 czerwca 1989 roku. Wtedy przecież okazało się, że komunizm się skończył. Podobnie jak wielu innych sądzę, że powinien to być dzień święta narodowego. Dzień mitu założycielskiego wolnej Polski. Dzień na zawsze radosny. Dzień chwały i dumy. Dzień dumnej pamięci. Dzień przełomu i entuzjazmu. Dlaczego tak się nie stało? Dlaczego tak nie jest?

4 czerwca 1989 roku frekwencja wyborcza wyniosła 62,7 procent. Wygraliśmy wszystko, co było do wygrania, ale ponad jedna trzecia obywateli nie poszła głosować. Zwycięstwo to kwestionowano z punktu widzenia politycznej sensowności i moralnej przyzwoitości. Nie zastanawiano się jednak, dlaczego w wyborach wzięła udział tylko nieco więcej niż połowa Polaków. Na pytanie to i na pytania o rację moralną i polityczną mitu założycielskiego 4 czerwca jest wiele odpowiedzi, które dopiero razem składają się na całość. Zrobiono bardzo wiele, by święto zepsuć, by zepsuć je raz na zawsze. Jak to się stało? Dlaczego byliśmy tacy głupi i sami sobie popsuliśmy największą historyczną okazję do dumy? Opowiem więc, jakie ja dostrzegam powody i zaniechania, gdzie była mądrość, a gdzie głupota. Byłem tam i wtedy. Patrzę teraz na świat sprzed ponad 25 lat i się dziwię. Wtedy się nie dziwiłem lub zdziwiłem się za późno. Więc może teraz.

Święto zostało ostatecznie zepsute, kiedy do wyborów na prezydenta stanęli naprzeciwko siebie Tadeusz Mazowiecki i Lech Wałęsa. Było to najgłupsze wydarzenie w historii III Rzeczypospolitej. Od tego momentu wszystko uległo zmianie i już nigdy do Polski nie wróciła „normalna” polityka. Prezydentem został Lech Wałęsa, a Tadeusz Mazowiecki ustąpił z urzędu premiera i już nigdy ten najwybitniejszy i najlepszy dla Polaków polityk nie pełnił funkcji rządowych. Wałęsa okazał się marnym prezydentem, a dla Mazowieckiego działalność w Sejmie i w partii politycznej była tylko utrapieniem.

Jak to się stało? Teraz wiem, że namawiając usilnie Mazowieckiego do kandydowania przeciwko Wałęsie, popełniliśmy kardynalny błąd. Mogę pisać w pierwszej osobie, bo w tym uczestniczyłem i byłem członkiem sztabu wyborczego Mazowieckiego. Popełniliśmy nie jeden błąd, lecz pięć.

Po pierwsze, daliśmy się ponieść inteligenckim emocjom przeciwko Wałęsie, który dawał do takiej reakcji liczne powody. Po drugie, przeceniliśmy szanse wyborcze Mazowieckiego. Po trzecie, zniszczyliśmy w ten sposób jedynego (poza Bronisławem Geremkiem) człowieka, który spośród dawnej opozycji miał zdolności i umiejętności polityczne, a był przy tym umiarkowany, spokojny i rozumny. Po czwarte, rozpoczęła się wojna polsko-polska, której końca nie widać. I po piąte, pośrednio umożliwiliśmy postkomunistom dojście do władzy. Sprowokował to Wałęsa, ale my daliśmy się wciągnąć.

Więc najpierw: na czym polegały inteligenckie emocje?

Kiedy w latach 60. zaczynałem myśleć o sprawach politycznych, miałem nadzieję, że kiedyś będzie w Polsce normalnie. Normalnie, czyli tak jak w Europie Zachodniej. Przez następne dwadzieścia lat czytaliśmy książki, spotykaliśmy się z ludźmi Zachodu czy emigracji, oglądaliśmy wspaniałe zachodnie stolice (jak dali paszport) i marzyliśmy, że może u nas będzie tak samo. W latach 1988–1989, kiedy marzenia te stały się realne, także chcieliśmy, żeby było tak samo jak w Wiedniu, Paryżu, Berlinie. Tylko że tam już nie było tak samo, a my nie chcieliśmy i zapewne nie mogliśmy tego zrozumieć.

Żyłem jako już dorosły człowiek dwadzieścia pięć lat w ustroju, który był okrutny, krwawy, podły, a potem głównie niewiarygodnie głupi. Głupota komunistów, głupota działaczy partyjnych, głupota ich poglądów i działań, głupota dnia codziennego, głupota cenzury, głupota wszystkiego. Kiedy więc reagowałem na rzeczywistość, od 1966 roku w rozmaitych formach opozycji, wiedziałem, że jest głupia. Mądrość i normalność, urodę i podziw odnajdowałem w lekturach i spotkaniach z ludźmi na świecie. Te lektury to był Orwell i Arendt, ale także Proust, Dostojewski i pisarze angielscy, ale także polscy konserwatyści i francuscy rewolucjoniści. Byle nie ta głupota. Walczyliśmy z reżimem, ale duchem byłem gdzie indziej. Myślałem o polskiej tradycji romantycznej oraz o zachodniej tradycji liberalnej. Nie myślałem o Polsce, jaka wówczas była, bo jak można było myśleć o głupocie.

Nie myślałem i nie znałem. Wiedziałem, że za koniak kupuje się dyplom kwalifikowanego rolnika, że można miesiące wakacji spędzić w górach lub w domu ZAiKS-u w Zakopanem, że w pewexie jest whisky. I tyle. Znałem z domu wspomnienia żołnierzy walczących po 1945 roku przeciwko komunistom, wychowałem się w kulcie AK i WiN-u, przez dziesięciolecia nie przyjaźniłem się z nikim, kto należał do partii. Byłem uprzywilejowany, jak byli wszyscy moi koledzy z opozycji. Prześladowano mnie, ale umiarkowanie. Gnębiono, ale dało się żyć i pisać do „Tygodnika Powszechnego”. I czytać lub słuchać, jak Stefan Kisielewski szydzi z głupoty, czytać, jak Janusz Głowacki z szydzenia z głupoty uczynił arcydzieło felietonu. Chodzić do teatru, gdzie panowała atmosfera nieustającej aluzji.

Nikt nie planował zmiany, bo to byłoby nonsensowne. Poza tym wiadomo było, czego chcemy. Nikt też nie myślał, że można inaczej myśleć. Albo w ogóle nie myśleć o przyszłości wolnej Polski. Przed „Solidarnością” w takim świecie jak ja żyło najwyżej kilka, może kilkanaście tysięcy ludzi. Po „Solidarności” kilkaset tysięcy. A reszta? Nie wiem, czym żyła reszta. Zapewne strachem przed utratą pracy. Zapewne biedą, bylejakością, kolejkami i awansem społecznym, którego zasad nie pojmowałem. Zapewne tak samo jak zawsze. Nikt ich nie znał. Nikt nie wiedział.

Czy sądziłem, że będą szczęśliwi, gdy minie komunizm, gdy przyjdzie wolność? Nie wiem, nic o nich nie sądziłem. Ani dobrze, ani źle. Nie wiedziałem. Nikt nic nie mówił. A ja nie pytałem, bo jak miałem zadać pytanie i jakie pytanie? Tak naprawdę dowiedziałem się więcej w końcu lat 80. Bo dotkliwy brak wszystkiego znużył wszystkich. Komunizm stał się nie tylko głupi, ale i nędzny – i to był gwóźdź do jego trumny. Ja tego jednak nie wiedziałem. Dlaczego? Czy dlatego, że my, te kilkanaście czy kilkadziesiąt tysięcy, byliśmy głupi? Tak, dlatego. Inaczej niż komuniści, ale żyliśmy we własnym świecie. Ale w świecie wyobraźni, świecie urojonym, świecie wspaniałym.

Kiedy jechałem co tydzień do Krakowa, radość nie miała granic. Na Wiślnej, w „Tygodniku Powszechnym”, był wolny kraj. Tajne rozmowy u księdza Bardeckiego były wolne. Sami mądrzy ludzie. Nikt się nie kłócił. Ale też nikogo poza przyjaciółmi nie znaliśmy. Owszem, jeździliśmy na spotkania do kilku Klubów Inteligencji Katolickiej na prowincji, ale tam też przychodzili ci sami ludzie, ci z kilkudziesięciu tysięcy. Gdzie była reszta? Co robiła reszta? Nie wiedziałem. I chyba się nie interesowałem. Bo dlaczego miałbym się interesować?

W drugiej połowie lat 80. z wielu powodów, przede wszystkim załamania gospodarki, władze komunistyczne zaczęły tolerować spotkania opozycji, których celem było doprowadzenie do wypracowania stanowiska politycznego. Jedynym gronem, które miało wówczas znaczenie, był Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie. Powstał w maju 1987 roku i po kilku spotkaniach przygotował strategię dalszego działania: przywrócenie związku zawodowego „Solidarność” oraz „Tygodnika Solidarność”. Jeszcze przed rozmowami Okrągłego Stołu część liczącego kilkadziesiąt osób Komitetu Obywatelskiego (Tadeusz Mazowiecki, Aleksander Hall, Jan Maria Rokita, Jan Olszewski, ale i ja) proponowała, by poszerzyć grono o przedstawicieli innych ugrupowań. Chodziło o opozycjonistów spoza świata inteligencko-solidarnościowego, na przykład o Leszka Moczulskiego i jego Konfederację Polski Niepodległej czy ugrupowania bardziej radykalnie socjalistyczne. Tak się nie stało. Podziemne i półlegalne spotkania Komitetu Obywatelskiego odbywały się w gronie znajomych oraz kilkunastu przedstawicieli świata robotniczego, którzy od 1980 roku zdążyli już zostać inteligentami.

To Komitet Obywatelski wyznaczył rozmówców ze strony opozycji do Okrągłego Stołu i to Komitet Obywatelski wyznaczył potem kandydatów na posłów w wyborach 4 czerwca. Na wszystkie liczne zarzuty monopolizacji odpowiem krótko: inaczej być nie mogło w odniesieniu do Okrągłego Stołu. Mogło być inaczej w kwestii kandydatów na posłów. Sam Tadeusz Mazowiecki nie chciał kandydować, gdyż uważał reprezentację za jednostronną. Ale zdecydowali intelektualiści czy inteligenci o podobnym jak ja rodowodzie. Jedni nieco bardziej socjalistyczni, inni nieco bliżsi „Tygodnika Powszechnego”, ale wszyscy liberalni.

Byli to ludzie kulturalni, wykształceni, wychowani w głupim ustroju i głęboko go nienawidzący, nawet jeżeli niektórzy z nich byli przedtem członkami partii. Jak pokazały obrady Okrągłego Stołu, potrafili zachować się politycznie i zaskakująco sprawnie uzyskali, uzyskaliśmy, znacznie więcej, niż można się było spodziewać. Do momentu zakończenia rozmów Okrągłego Stołu grupa ta (chwalę także samego siebie), mimo wszelkich zupełnie nonsensownych wątpliwości i podejrzeń (Magdalenka), odegrała swoją rolę znakomicie.

Czy byliśmy jednak przygotowani do objęcia władzy i do walki politycznej? Nie, bowiem byliśmy zbyt kulturalni, zbyt liberalni i przyszłość wydawała się nam zbyt oczywista. Przecież nadejdzie wolność i państwo prawa, a zatem będzie jak wszędzie. Przecież Polacy, którzy doceniają lub docenią wreszcie osiągniętą niepodległość, nie będą zajmowali się bratobójczymi swarami albo będzie to tylko margines. Przecież przyszedł czas budowania, a nie spierania się. Przecież – była to postawa bliska myśleniu Józefa Piłsudskiego, który nie rozumiał zasady demokracji, a oczekiwał poparcia dla wolnej Polski. Wydawało się, że nie ma powodu, by powstawały natychmiast partie polityczne, a może w ogóle nie były potrzebne. Więc powstał Obywatelski Klub Parlamentarny.

Czy był to błąd? Nie wiem. W jedności siła, a komuniści jeszcze do połowy 1990 roku mieli dużo władzy. Na jakich zasadach ideowych miałoby dojść do podziału? Takiego podziału chciał Lech Wałęsa, ale za bardzo nie wiedział, o co mu chodzi. I dlaczego inteligencka opozycja miała oddać władzę czy też część władzy. Komu? Oczywiście, były ciche podjazdy i jawne ambicje, ale był „nasz” rząd, „nasz” premier. Od jesieni 1989 roku wszystko szło powoli, ale szło dobrze. Świat się zachwycał. Potem jeszcze reforma Balcerowicza. Znowu zachwyty.

Dominacja inteligenckiej aktywności politycznej, siła spokoju i jedności nie wszystkim jednak się podobały. Więc, za poduszczeniem między innymi Jarosława Kaczyńskiego, Lech Wałęsa rozwiązał Komitet Obywatelski i komitety obywatelskie funkcjonujące w licznych miastach w Polsce. Po okropnym ostatnim zebraniu Komitetu Obywatelskiego, kiedy Wałęsa poniżał intelektualistów łącznie z Jerzym Turowiczem, nastąpił koniec jedności. Wałęsa tego chciał i potrafił być chamem, ale jak potraktowano Wałęsę po wyborach 4 czerwca? Przecież nagle ten przywódca, ten symbol, ten wzór stał się tylko i wyłącznie przewodniczącym związku zawodowego. Nie wiem, jak można było wówczas zapewnić Wałęsie odpowiednią rolę, ale wiem, że nie wolno było go tak po prostu zostawić. Zignorować. Nikt z rządu ani z przywództwa sejmowego z nim nie rozmawiał, nie konsultował się nawet dla pozoru. Czyżby sądzono, że minął czas użyteczności Wałęsy, że sami intelektualiści i inteligenci świetnie sobie poradzą? Czy nie była to forma reakcji na tyloletnią dominację bezwzględnego i brutalnego przywódcy? A jednocześnie symbolu polskich przemian i niezwykle utalentowanego polityka. Rozpoczęła się próba przekształcenia Wałęsy w żywy symbol, ale on nie chciał na tym poprzestać. Czy była to próba świadoma? Nie. Wynikała z bezmyślności i niezdolności poradzenia sobie z „chamem” Wałęsą w kulturalnym i liberalnym świecie. Nikt nie chciał odsunąć Wałęsy. Ale nikt nie chciał go też przysunąć. Pojawiły się wyjątki, ludzie, którzy dostrzegli, że na sprzyjaniu Wałęsie przeciwko ludziom inteligenckiej władzy można zrobić karierę polityczną. Oni, między innymi przyszłe Porozumienie Centrum, nie mieli jednak wtedy żadnej władzy. Pozwolono im wykorzystać Wałęsę. To już nie był błąd, to była głupota. I nie da się powiedzieć czyja. Nas wszystkich.

I wreszcie inteligenckie emocje – tak to pamiętam – polegały na przeświadczeniu, że w polityce można zachowywać się przyzwoicie. Wiedziałem, jak przyzwoitym człowiekiem był Tadeusz Mazowiecki, czy jak nienagannym mój wielki przyjaciel, pierwszy niekomunistyczny minister spraw wewnętrznych – Krzysztof Kozłowski. Można tu powtórzyć za Miłoszem – „szlachetność niestety”.

Jako historyk idei bronię zasady przyzwoitości w polityce. Jako obserwator mam wątpliwości nie co do samej zasady, tylko co do tego, jak postępować, kiedy mamy do czynienia z polityką masową. Tadeusz Mazowiecki był dobrym premierem korzystającym z rad niewielkiego grona współpracowników. Ale już nie był dobrym kandydatem na prezydenta, gdyż nie chciał, nie umiał przyjąć na siebie roli przywódcy, który bez chwili wahania jest gotów powiedzieć nie to, co myśli, ale to, czego oczekują wyborcy.

Wałęsa na początku 1990 roku bez żadnych konsultacji mianował Zdzisława Najdera przewodniczącym Komitetu Obywatelskiego. Sekretarz KO Henryk Wujec dowiedział się o tym z prasy. Najder, którego dobrze znałem, to kulturalny i elegancki pan, znakomity znawca Josepha Conrada, o wielkich wówczas ambicjach politycznych i – jak się okazało – niewielkich talentach, chyba że do szkodzenia. Sam zapewne jednak nie wiedział, że Wałęsa powołał go po to, żeby komitety obywatelskie zamknąć, gdyż obawiał się, że staną się organem politycznym inteligencji. Obawy te wzrosły po spotkaniach tak zwanej inicjatywy krakowskiej, czyli próby odbudowania jedności ruchu postsolidarnościowego. Nie była to inicjatywa skierowana przeciw Wałęsie, ale była wyraźnie za rządem Mazowieckiego. Wałęsa jednak rozumiał to jako atak na jego koncepcje polityczne, a przede wszystkim na ideę „przyspieszenia”. Nie była to idea mądra. Nie bardzo wiadomo, jakie miały być jej praktyczne konsekwencje. Wałęsa proponował wydawanie dekretów rządowi Mazowieckiego. Nie mógł gorzej trafić. Mazowiecki był w tej mierze stanowczy. Demokrację można budować tylko demokratycznie. Do dekretów namawiał Lecha Wałęsę uroczy człowiek i dobry prawnik – Lech Falandysz. Falandysz znał naturalnie ideę „decyzjonizmu” Carla Schmitta. Próbował ją zastosować w polskiej sytuacji. Jednak był to nonsens, gdyż Schmitt chciał szczególnych uprawnień dla prezydenta wtedy, kiedy zagrożona jest demokracja. Wałęsa chciał szczególnych uprawnień zamiast demokracji lub żeby ją szybciej zbudować. Ani teoretycznie, ani praktycznie nie było to możliwe.

Oto obszerne fragmenty wypowiedzi na ostatnim zebraniu Komitetu Obywatelskiego, które odbyło się 24 czerwca 1990 roku. Fundacja „Karta”, niesłychanie zasłużona dla dokumentowania najnowszej historii Polski, wydała niedawno nagranie całości obrad (numer 82). Ja cytuję tylko niektóre wypowiedzi:

„Lech Wałęsa: Oto słyszę, że moi nauczyciele, do których zaliczam pana Turowicza, który mnie uczył polskości, patriotyzmu, mają wątpliwości co do intencji naszych działań. […] Jak mogło do tego dojść? [...] Proponowałbym spowiedź powszechną. [...] Zostałem pokazany światu jako człowiek, który robi zamach na demokrację. A kontekst jest taki: kiedy zmieniamy system, pojawia się wiele luk, za którymi nie zdąży żadne prawo, żaden najlepszy parlament nie nadąży w takim momencie. Dlatego specjalne pełnomocnictwa były potrzebne wtedy i dziś [są] potrzebne, nie przeciwko demokracji, nie przeciwko rządowi, a potrzebne dla blokowania zjawisk niekorzystnych, które przeszkadzają demokracji [...]. Gdyby te pełnomocnictwa były wykorzystane […] – ile byśmy zaoszczędzili kłopotów. Jako pierwszemu chciałbym oddać głos panu Turowiczowi […]. Chciałbym usłyszeć pańskie pretensje, problemy, jak mamy iść z Polską. Niech Polska usłyszy, gdzie są problemy Turowicza, gdzie są problemy Wałęsy […]. Pan powiedział: trzeba chronić rząd Tadeusza Mazowieckiego. […] Niech pan się teraz wyspowiada, dlaczego chce pan utrzymać polityczny monopol?

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.