Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 365 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Byłem lekarzem w okopach - Louis Maufrais

Wspomnienia francuskiego lekarza, który przez cztery lata służył w szpitalu wojskowym na froncie zachodnim pierwszej wojny światowej. Był na pierwszej linii między innymi podczas walk w Argonnach, w bitwie pod Verdun, w walkach nad Sommą i nad Aisne, usiłując nieść pomoc rannym żołnierzom.

Jego wspomnienia to zapis potworności wojny w różnej postaci: przygnębiającej i odrażającej codzienności w okopach, koszmaru trwania pod wielogodzinnym huraganowym ostrzałem artyleryjskim, bezsensownych ataków na stanowiska ogniowe nieprzyjaciela. Każda kolejna ofensywa oznaczała hekatomby ofiar oraz niezliczone pojedyncze ludzkie tragedie. Ale okresy walk przeplatały się z chwilami oddechu – w koszarach, na przepustce czy urlopie, gdzie opisywane autentyczne sytuacje i zdarzenia przywodzą niekiedy na myśl powieść Haška.

Książkę, wydaną po raz pierwszy we Francji w 2008 roku, ilustrują archiwalne fotografie wykonane przez autora w trakcie pierwszej wojny światowej, wcześniej niepublikowane.

Opinie o ebooku Byłem lekarzem w okopach - Louis Maufrais

Fragment ebooka Byłem lekarzem w okopach - Louis Maufrais

Louis Maufrais

Byłem lekarzem w okopach

2 sierpnia 1914 – 14 lipca 1919

Opracowanie Martine Veillet

Przedmowa Marc Ferro

Przekład Andrzej Wiśniewski

Czytelnik

Warszawa 2014

Przedmowa

Oto tekst ze wszech miar niezwykły.

Autorem jest lekarz, który wszystkie lata Wielkiej Wojny, od samego początku w roku 1914, aż po rok 1918, spędził w okopach. Jego dziennik, do dzisiaj nieznany, teraz dopiero, w dziewięćdziesiątą rocznicę zawieszenia broni, zostaje opublikowany po raz pierwszy1.

Nie znajdziemy w nim ideologicznych rozważań, osądów czy analizy wydarzeń. Louis Maufrais opisuje wojnę na swój własny sposób, tak jak ją przeżywał na co dzień. Horror w punktach pomocy medycznej, wszechobecne, głębokie błoto, krew, krzyki rannych, huk wystrzałów, deszcz spadających pocisków… Tak wyglądała jego wojna.

Studiował medycynę, kiedy przebywając na wakacjach u rodziny w Dol-de-Bretagne, otrzymał powołanie do wojska. Wysłano go początkowo do Normandii, gdzie oczekiwał na właściwy przydział. Nie miał tam, jak na razie, zbyt wiele do roboty. Nudził się, przyglądał zwykłemu życiu koszarowemu, pomagał w sortowni mundurów, prowadził wstępne badania świeżo wcielonych rekrutów, którzy bez najmniejszego entuzjazmu przyjmowali do wiadomości, że oto przyjdzie im przelewać krew za matkę-ojczyznę. Później zaczęło się szkolenie: nauka oddawania honorów wojskowych, musztra, krok defiladowy, zwroty, w końcu ćwiczenia z bronią. Najpierw z karabinem typu Gras, pochodzącym jeszcze z wojny 1870 roku, z ćwiczebnymi, drewnianymi nabojami.

„Kazano nam wspinać się po skalistym klifie nad rzeką Vire. Musieliśmy zachować całkowitą ciszę, nie wolno było palić ani używać ręcznych latarek. Niewiele brakowało, a czulibyśmy się jak na prawdziwej wojnie!” Sobotnie popołudnia przeznaczono na higienę osobistą, od której zwolnieni byli „studenci, prawnicy, urzędnicy magistraccy i inne osoby z dyplomem”, z czego Maufrais wysnuł wniosek, że dowództwo koszar najwidoczniej uważało, iż „inteligencja pracująca z zasady ma czyste nogi!”.

Któregoś razu postawiono go na warcie na peronie jakiegoś maleńkiego dworca, gdzie od dziewiątej rano do południa miał z bronią w ręku pilnować drzwi do składziku. Kiedy już skończył służbę, zapytał jednego z pracowników, czego ważnego musiał pilnować. W odpowiedzi usłyszał:

„– Ach, na początku wojny postawiono tam baryłkę z wódką dla rannych. Do tej pory żadnego rannego tutaj nie mieliśmy, a i tak wódki coraz to ubywało. Dlatego stawiają tam teraz wartownika.

– I co? Podziałało?

– No wiesz, ta baryłka już od dawna jest całkiem pusta!”

Nadchodzi dzień, kiedy Louis Maufrais wyjeżdża z Normandii na front… i bardzo szybko zabawne wspomnienia ustępują miejsca powadze.

Maufrais był wszędzie: najpierw, w roku 1915, w Argonnach i w Szampanii, w 1916 pod Verdun i nad Sommą, w 1917 znowu pod Verdun, a w końcu od kwietnia 1918 do stycznia 1919 służył jako chirurg w wojskowym ambulansie. Był nie tylko na wielu odcinkach frontu pierwszej wojny światowej we Francji, ale przeżył te cztery lata na pierwszej linii, pod nieustannym ostrzałem. I w tym właśnie tkwi cała niezwykłość jego świadectwa. Jako lekarz pomocniczy miał obowiązek prowadzenia swoistej księgowości – pisania notatek o swoich frontowych pacjentach. Dzięki tym starannie zachowanym zapiskom mógł sześćdziesiąt lat później podyktować, z niezwykłą precyzją, swe wspomnienia: nic nie uległo zatarciu, przeoczeniu, zapomnieniu.

Notatka spod Quatre-Cheminées (pod Verdun): „Na tej niewygodnej pozycji mamy spędzić dwa dni. Nie możemy nawet rozbić namiotu, gdyż Niemcy natychmiast by go zlokalizowali. Widzimy, jak obok nas przechodzi z pół tuzina lekko rannych, na ogół w stopy lub w nogi. Nie chcą zostać z nami, w naszej jamie; wolą iść gdzieś indziej, dalej, nasze miejsce jest zbyt nieodpowiednie. Nic nie mówimy. Myślę, że nigdy w życiu nie było mi tak zimno, jak podczas tamtych dwóch dni. Nie mogliśmy się nawet ruszać”.

Na reducie Thiaumont w pobliżu fortu Douaumont: „Co najmniej dwa razy w ciągu minuty posadami reduty wstrząsają wybuchy spadających pocisków. Siedzimy w całkowitych ciemnościach, wszystko się trzęsie, a ponadto nie mamy zaprowiantowania i najzwyczajniej jesteśmy głodni. Nie mogę powiedzieć, że o nas zapomniano, o nie. Trzeba było widzieć tych biednych kuchcików, objuczonych niczym muły bochenkami chleba, przeróżnymi torbami z żywnością, menażkami itp., jak przeskakują z jednego leja do drugiego, jak dzielnie wspinają się po zboczu, jak z tymi wszystkimi tobołami przypadają twarzą do ziemi, próbując uniknąć lecących zewsząd odłamków. W nocy czasami gubili drogę, często dostawali się w sam środek ognia zaporowego. Ci nieliczni, którzy w końcu zdołali dotrzeć do reduty, przypominali błotne potwory. […] W niektóre dni spośród dziesięciu kuchcików wysłanych na pozycje do celu docierało ledwie pięciu”.

Tak właśnie wygląda wojna pozycyjna.

Nad Sommą, we wrześniu 1916 roku: „Przy stole siedzi nas, starych oficerów, tylko pięciu, a wraz z dwoma nowymi – siedmiu. I pomyśleć, że przed atakiem było nas piętnastu!”. Nadchodzi jeden z dowódców, generał Debeney. „Z pełnymi ustami zrywamy się z miejsc i stajemy w szeregu. Widzimy, jak ten wielki generał, przygarbiony, z głęboką bruzdą w poprzek czoła, chodzi tam i z powrotem, wyraźnie zmartwiony. Wreszcie bez większych wstępów oświadcza:

– Panowie, atak przeprowadzony 25 września nie pozwolił nam osiągnąć wszystkich zamierzonych celów. Zdobyliśmy Rancourt i Combles, ale zostaliśmy zatrzymani na skraju Saint-Pierre-Waast. Wkrótce ruszycie do nowego ataku. […]

Nie padło ani jedno słowo współczucia względem towarzyszy poległych niedawno na froncie. Można powiedzieć, że ukształtowani w szkole wojskowej dowódcy nie grzeszą nadmierną znajomością psychologii. To krótkie wystąpienie ścięło nas dosłownie z nóg”.

O zakończeniu wojny Maufrais dowiedział się w Guise: „Lokujemy się jako tako w szpitalu, w którym głównie opiekujemy się pozostawionymi tam rannymi żołnierzami niemieckimi. Sala operacyjna jest równie uboga, jak nasz przenośny barak w Ham. Szwankuje zaopatrzenie w żywność, brakuje leków, opatrunków… Czuje się, że cały system zaczyna się sypać. Coraz częściej mówimy o tym, że wojna wkrótce się skończy”. Wreszcie 9 listopada 1918 roku pada rozkaz przerwania ognia. Po południu przychodzi wiadomość, że drogą między Guise a La Capelle ma przejeżdżać minister pełnomocny. Wzdłuż drogi stoi tłum żołnierzy. Czekają. Pada deszcz, wszyscy brodzą w błocie – po raz ostatni… Czekają długo; jest już noc, kiedy przychodzą pod dach ogrzać się trochę.

Dzień później wciąż nic. Wreszcie 11 listopada dowiadują się, że minister przejechał w nocy i że w końcu zawieszenie broni ma zostać zawarte.

Żołnierze wylegają na ulice miasta: „Wieczorem na ulicach i głównym placu w Guise panuje nieopisany ścisk. Żeby przejść parę kroków, trzeba rozpychać się łokciami. Ciemności nocy rozświetlają jedynie ogniki papierosów. W pewnej chwili powstaje jakieś poruszenie, słyszymy donośny głos komendanta:

– No, chłopcy, możemy zacząć się cieszyć! Wygraliśmy, do diaska!

I komendant rusza przed siebie, intonując La Madelon. To doprawdy przykry widok. Końcowe słowo należy do jednego ze stojących obok mnie żołnierzy, który krzyczy:

– Gadasz o rozejmie, a nawet wina nie ma!”.

Rozczarowani, pozostawieni samym sobie, żołnierze z Guise wrócili na kwatery…

Akt zawieszenia broni został podpisany, ale Maufrais pracował nadal. Wśród rannych, którymi się opiekował, był pewien niemiecki oficer mówiący po francusku – 12 listopada zapytał on lekarza o warunki zawieszenia broni. A kiedy się o nich dowiedział, skomentował je następująco: „Z przykrością muszę panom powiedzieć, że to my wygraliśmy tę wojnę. Nie w chwili obecnej, ma się rozumieć, ale przyszłość wskaże właściwego zwycięzcę”.

Dla Louisa Maufrais, lekarza, który przeżył wojnę w okopach, konfrontacja z Historią była niczym oślepiający błysk.

Albowiem Maufrais przez te wszystkie cztery lata żył niejako poza Historią. Jeśli się o coś bił, to nie w imię jakiejś idei czy przeciwko nieprzyjacielowi – walczył przeciwko śmierci swoich towarzyszy broni, przeciwko spadającym pociskom, szrapnelom, wszechobecnemu błotu, trującym gazom, przeciwko trupom, po których musiał deptać, transportując umierających rannych do punktów medycznych.

Nie, Louis Maufrais nie mówi, co odczuwał w chwili otrzymania powołania do wojska. Nie wiemy, czy czuł się zmuszony, czy może szedł na tę wojnę z ochotą. Nie dowiadujemy się także, czy kogoś obarcza odpowiedzialnością za cały ten koszmar. Nie wiemy, jakie miał przekonania: czy w roku 1914 był pacyfistą, czy może nacjonalistą. Dowiadujemy się jedynie, że musiał przerwać studia medyczne. A potem, kiedy już wojna rozgorzała na dobre, pod Verdun, także nie poznajemy jego prywatnych opinii na temat głównych dowódców, nie wiemy, czy lepszym mu się zdawał Joffre czy Pétain, czy może Nivelle. Maufrais nie osądza również kolejnych operacji wojskowych, nie wypowiada się, czy były właściwe, czy nie, nie zastanawia się nad morale żołnierzy – za to wielokrotnie zwierza się ze swych przeczuć, że wojna nieprędko się skończy. W jego wspomnieniach ani razu nie przeczytamy o rządzie czy o sojusznikach, chyba że czasami przyjdzie się autorowi spotkać z nimi w okopach. W roku 1915 zanotował jednak, że jeden z jego towarzyszy, trzymając w dłoni rewolwer, powiedział, iż jeśli w czasie ataku otrzyma rozkaz strzelania do dezerterów, to raczej sam sobie strzeli w głowę.

Louis Maufrais nie mówi, kim byli jego przełożeni, opowiada za to o tych, których ratował, którymi się opiekował, o tych, którzy przy nim umierali. Widzimy go, kiedy codziennie, godzina za godziną, myśli o tym, by znaleźć jak najlepsze schronienie dla swoich rannych, by jak najlepiej ulokować swój punkt opatrunkowy. Te wspomnienia to zapis nieustającej gonitwy poprzez okopy i transzeje:

„Około godziny szesnastej zaczęliśmy opatrywać. O pierwszej w nocy wciąż pracowaliśmy. Ani chwili nie odpoczywaliśmy, nic nie jedliśmy. […] Zachowałem do dziś notes mojego kaprala, który zapisał nazwiska opatrywanych tego dnia żołnierzy:

– Dauville, otwarte złamanie prawej nogi, liczne odłamki, poważny krwotok;

– sierżant Baron, Gustave, rana twarzy;

– Barthélemy, Jean-Baptiste, złamanie żuchwy;

– porucznik Didier, René, odłamki w prawej łopatce;

– Fournier, Francis, odłamki w lewej pachwinie;

– sierżant Becker, rana postrzałowa piersi…

W sumie: trzydziestu pięciu rannych. Skończyliśmy o czwartej rano”.

„9 maja, około szóstej rano. Zbudził nas straszny huk i wstrząs tak potężny, że aż podskoczyliśmy na naszych legowiskach. Zdawało się, że cały punkt medyczny wyleciał w powietrze. Do ust i płuc wdziera się pył i kurz. Dobrze, że jeszcze trochę widać zarys otworu wejściowego, inaczej bym pomyślał, że zasypało nas żywcem. Wszyscy krzyczą. Zgadujemy, że w pobliżu musiała wybuchnąć wielka mina”.

„Tego samego dnia porucznik wojsk inżynieryjnych wysłał do nas dwóch swoich ludzi – są tylko lekko ranni, ale ulegli też zatruciu gazem. Przyprowadzili ich zdrowi koledzy. Jeden z poszkodowanych, bez widocznych ran, wydaje się być bardziej zatruty niż drugi. Tłumaczę porucznikowi, że nie jestem w stanie im pomóc:

– Być może w La Harazée mają namioty tlenowe, ale szczerze powiedziawszy, wcale nie mam pewności.

– Tylko że ja mam jeszcze pół tuzina ludzi zasypanych w podkopie – odpowiada. – Udusili się w chwili wybuchu”.

W czasie wojny Louis Maufrais poznał wszystkie rodzaje krzyków, jęków, narzekań, spotkał się ze wszystkimi możliwymi zapachami, wszystkimi rodzajami hałasu…

Dzięki czemu przetrwał to wszystko? Co go podtrzymywało na duchu? Nie walczył za Alzację i Lotaryngię, nie opowiadał się za jedną ze stron. Zajmował się ratowaniem istnień ludzkich, robił po prostu to, czego po lekarzu oczekiwano. Za wszelką cenę.

Podobnie jak jego kolega Émile, jak Bitsch, jego sanitariusz, służący wraz z nim od samego początku wojny. I jak noszowy Richard. Temu ostatniemu, kiedy był chory i leżał z czterdziestostopniową gorączką, zaproponowano ewakuację. Odpowiedział: „Nie, wolę zostać z wami”.

Żołnierska solidarność, jedyna zaleta okopów.

Marc Ferro

Pierwsze francuskie wydanie wspomnień Louisa Maufrais ukazało się w 2008 r. (przyp. red. pol.). [wróć]

Głos mojego dziadka

Na krótko przed śmiercią mój dziadek, Louis Maufrais, dał każdemu z trójki swoich dzieci zestaw szesnastu dziewięćdziesięciominutowych kaset magnetofonowych. Ten nieco dziwny legat był owocem pracy, do której dziadek przystąpił trzy lata wcześniej, mając lat osiemdziesiąt cztery. Już od dłuższego czasu nosił się z zamiarem napisania wspomnieniowej książki, w której chciał zawrzeć swoje przeżycia z okresu pierwszej wojny światowej, Wielkiej Wojny. Kiedy pracował jako lekarz ogólny, nie znalazł dość czasu na zrealizowanie swego marzenia, a gdy w końcu mógł poświęcić się wymarzonej książce, stanęła temu na przeszkodzie choroba oczu, która sprawiła, że niemal całkowicie stracił wzrok.

Nie poddał się jednak.

Jako że nie mógł pisać, postanowił opowiedzieć o swoich przeżyciach – a każde wspomnienie, mimo upływu wielu lat, niczym rozżarzonym żelazem na trwale wpisało się w jego pamięć. To, co chciał opowiedzieć, nagrywał zatem na taśmę magnetofonową. W pracy pomagała mu żona. Odczytywała jego frontowe zapiski, przypominała listy wysłane przezeń do rodziców, opisywała zachowane fotografie, prowadziła jego dłoń po mapach wzdłuż zaznaczonych szlaków z lat 1914–1918, które zresztą dziadek doskonale pamiętał. I tak powstawała nagrywana opowieść. Trwało to trzy lata. Po czym dziadek zmarł.

Dzieci Louisa Maufrais nic z otrzymanym legatem nie uczyniły, ale nie dlatego, że jego wspomnienia ich nie zainteresowały. Wręcz przeciwnie, po prostu trudno im było słuchać głosu kochanego człowieka, który niedawno odszedł na zawsze. Głos z taśm był zbyt żywy, nazbyt obecny, wzruszenie zbyt wielkie. Każde z dzieci schowało zatem ów cenny skarb na dno szuflady.

Dobrze znałam mojego dziadka. Zapamiętałam go jako człowieka kochającego muzykę klasyczną i malarstwo, zwłaszcza akwarelowe, i jako pasjonata zawodu lekarza. Do życia podchodził z chłodną ironią i często mówił o swojej wojnie – z pewnością za dużo, co zapewne stało się jednym z powodów, dla jakich jego kasety wylądowały na dnie szuflad.

Pamięć przywróciła nam moja kuzynka. Głos Louisa, którego prawie nie znała, nie robił na niej takiego wrażenia, jak na nas. Kierowana ciekawością wysłuchała kilku kaset i spisała ich zawartość. Pokazała mi swoją pracę i… minęło kolejne dwadzieścia pięć lat, zanim ja zapragnęłam posłuchać dziadka. Znalazłam u mamy stare pudełko po butach, w których ułożone starannie, z zachowaniem chronologii, czekały na mnie ponumerowane kasety, opatrzone wspólnym tytułem: Wojna – taka, jaką przeżyłem.

Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że ja także poświęcę cztery lata życia na tę przygodę. I wcale tego nie żałuję.

Uruchomiłam magnetofon, czas przestał istnieć. Najpierw usłyszałam pochodzący z oddali znajomy głos starego człowieka, którego, jak mi się wydawało, dobrze znałam, a tak naprawdę niewiele o nim wiedziałam. Zaczął mi opowiadać o czterech jakże bulwersujących latach ze swej młodości.

Kiedy zamilkła ostatnia z szesnastu kaset, cisza zdała się ogłuszać. Natychmiast poczułam absolutną konieczność przekazania innym wspomnień tego frontowego lekarza, świadka krwawej męczarni całego pokolenia. Postanowiłam zrealizować marzenie dziadka – nadać życie książce, której on nie zdołał napisać.

Wysłuchałam najpierw całej epopei. Następnie nocami przepisywałam usłyszane słowa, częstokroć wiele razy wracając do jednego zdania, chcąc być ostatecznie pewna, że właściwie je zrozumiałam. Opowieść dziadka rozpoczyna się od opisu mobilizacji i pełnego niedorzecznych absurdów oczekiwania na wysłanie na front, a kończy na wspomnieniu ostatnich ofiar wojny – tych najbardziej ze wszystkich zapomnianych: śmiertelnego żniwa grypy hiszpanki, która zabrała także młodszą siostrę Louisa Maufrais. Historia zaczyna się 2 sierpnia 1914, a kończy 14 lipca 1919 roku: to pięć lat życia pewnego człowieka i pięć lat tragedii narodów. Kręciło się w głowie.

Nie poprzestałam na prostym zanotowaniu nagranego głosu. Wspomnienia wymagały dodatkowych badań. Musiałam odnaleźć właściwe miejsca, ich oryginalną pisownię. Musiałam sprawdzić ponad sześćset zdjęć pozostawionych przez dziadka i dopasować je do odpowiednich fragmentów podyktowanego tekstu. Niemal wszystkie były opisane, opatrzone legendą. Mnóstwo uśmiechniętych twarzy młodych mężczyzn… Młodych, wesołych, często przystojnych. Na fotografiach odnajdywałam nazwiska, które napotkałam, wertując Journaux des marches et d’opérations du 94e régiment d’infanterie (Dzienniki przemarszów i operacji 94 Pułku Piechoty). Powracali do życia dziewięćdziesiąt lat po wojnie. Wybrałam się do biblioteki wojsk lądowych mieszczącej się na zamku w Vincennes, przejrzałam mikrofilmy z czasów tamtej wojny. Jakież było moje zdumienie, kiedy znalazłam tam niemal wszystkich kolegów dziadka uwiecznionych na jego fotografiach. Wszyscy, z paroma wyjątkami, zginęli w latach 1915–1917.

Do tych nielicznych, którzy przeżyli, należał Louis Maufrais. W lipcu 1914 roku przygotowywał się do egzaminu z medycyny ogólnej, pracując jednocześnie jako lekarz na oddziale położniczym szpitala Saint-Louis w Paryżu. Miał wtedy dwadzieścia cztery lata. Niezwykle bogate życie kulturalne ówczesnego Paryża oferowało młodemu studentowi medycyny mnóstwo różnorakich atrakcji: odkrywał muzykę kompozytorów rosyjskich, balet Siergieja Diagilewa, pasjonował się fotografiką. Nie chciał wierzyć w możliwość wybuchu wojny. Ale od pewnego czasu, przechodząc obok Gare de l’Est, z niepokojem obserwował coraz częstsze przemarsze rezerwistów odprowadzanych na dworzec w rytm wojskowej orkiestry. Wakacje postanowił spędzić u rodziny w Dol-de-Bretagne. Tam, 2 sierpnia 1914 roku, otrzymał wezwanie do wojska.

Cztery kolejne lata przeżył na pierwszej linii frontu, służąc w okopach jako lekarz. Wyjątkowość jego świadectwa wynika między innymi właśnie z tak długiego okresu mobilizacji. Ponadto przydzielano go do służby w wielu różnych miejscach, dzięki czemu jego spojrzenie na Wielką Wojnę jest szerokie, bardziej ogólne.

Od sierpnia 1914 roku Louis Maufrais prowadził pamiętnik. Notował spostrzeżenia, nazwiska kolegów, opisywał zdarzenia, fotografował. Pisanie podyktowane było prozaiczną chęcią zachowania w pamięci tego, co przeżył. Z czasem jednak jego czysto pamiętnikarska pasja uległa transformacji. Maufrais zaczynał rozumieć, że jest świadkiem szczególnie ważnych wydarzeń Historii. A gromadzony przezeń materiał ikonograficzny stał się nieodłącznym tłem spisywanych na żywo tekstów1. Wywoływał swe zdjęcia w rzadkich chwilach oddechu pomiędzy kolejnymi akcjami. „Ciemnią był mój namiot, a wywoływacz i utrwalacz wlałem do dwóch wykombinowanych od kucharzy kwaterek. Kieszonkową latarkę okręciłem czerwonym papierem i mogłem się zabrać do pracy”. Jako lekarz pomocniczy 94 Pułku Piechoty przez trzy lata towarzyszył swemu batalionowi w czasie walk w Argonnach, w Szampanii, pod Verdun i nad Sommą. W lutym 1917 roku, w czasie drugiej bitwy nad Aisne, znalazł się – jako lekarz drugiej grupy 40 Pułku Lekkiej Artylerii – w Berry-au-Bac, na wschód od Chemin des Dames. Następnie widzimy go pod Verdun. W marcu 1918 roku był asystentem chirurga wojskowego ambulansu numer 1/10 należącego do 42 Dywizji Piechoty. Kolejnym jego przydziałem stał się szpital wojskowy w Amiens, po czym otrzymał zadanie zorganizowania lazaretu w zniszczonym działaniami wojennymi Ham nad górną Sommą. Po podpisaniu zawieszenia broni przydzielono go do misji francuskiej działającej przy brytyjskiej 3 Armii, rozlokowanej na wyzwolonych terenach departamentu Nord (Północy).

W lipcu 1919 roku Louis Maufrais, kończąc służbę wojskową, był człowiekiem naznaczonym piętnem wojny. Miał prawie trzydzieści lat, pięciokrotnie jego nazwisko wymieniono w rozkazach, został udekorowany Krzyżem Wojennym, ale nie radował się ze zwycięstwa. Nosił w sercu żałobę po poległych towarzyszach, żal mu było utraconej młodości, pogrzebanych ambicji. Z wielkim trudem próbował wrócić do życia w cywilu. Na wydziale medycyny, gdzie na nowo podjął przerwane wybuchem wojny studia, w porównaniu z nową generacją studentów czuł się nie najlepiej, po prostu „staro”. Z rozczarowaniem musiał stwierdzić, że poziom jego wiedzy, w porównaniu do roku 1914, znacznie się obniżył. Zrezygnował zatem z wcześniejszych zamiarów zdobywania kolejnego stopnia specjalizacji i zaczął praktykować jako lekarz ogólny w Saint-Mandé.

Prześladowały go wspomnienia wojenne. Był świadkiem zbyt wielu cierpień, widział zbyt wiele śmierci. I paradoksalnie, pomimo złych snów oraz okropnych wspomnień, nie bez pewnej nostalgii myślał o „tym wyjątkowo intensywnym okresie życia, pełnym niebezpieczeństw, napięć, rzadkich chwil odprężenia, nieprzewidzianych wydarzeń, nadzwyczajnych kontrastów”. Wracał pamięcią do tamtych czasów, przeglądał zdjęcia, porządkował notatki.

Dowództwo armii francuskiej, uznając zasługi Louisa Maufrais jako „lekarza wykazującego się szczególną odwagą na polu walki”, wystąpiło z wnioskiem o przyznanie mu Legii Honorowej, której kawalerem został 16 kwietnia 1920 roku.

Przez cały okres międzywojenny powątpiewał w możliwość utrzymania trwałego pokoju. W roku 1922, kiedy został mianowany kapitanem rezerwy, zgłosił – w razie konieczności wojennej – gotowość powrotu do czynnej służby. Nie zapomniał o przestrodze usłyszanej od niemieckiego oficera, którego leczył w listopadzie 1918 roku w szpitalu w Guise w departamencie Nord. Kiedy na życzenie rannego Louis Maufrais przeczytał mu najważniejsze klauzule zawieszenia broni, Niemiec odpowiedział w nienagannej francuszczyźnie: „Z przykrością muszę panom powiedzieć, że to my wygraliśmy tę wojnę. Nie w chwili obecnej, ma się rozumieć, ale przyszłość wskaże właściwego zwycięzcę. Otóż niemal całkowicie zlikwidowaliście Austrię, odrywając od niej prawie wszystkie jej prowincje i rozdzielając je pomiędzy kraje o drugorzędnym znaczeniu, ledwie ukonstytuowane i już teraz zagrożone w swoim istnieniu. Austrii nie pozostanie nic innego, jak tylko sprzymierzyć się z nami. My to nazywamy Anschluss”.

Dwadzieścia lat później, 18 września 1939 roku, Louis Maufrais z powrotem trafił do wojska. Miał pięćdziesiąt lat, żonę i trójkę dzieci, z których najmłodsze liczyło sobie lat sześć. Został zmobilizowany w stopniu kapitana i objął służbę jako naczelny lekarz 52 sektora wojsk powietrznych, z kwaterą w Reims. Pozostał na tym stanowisku aż do demobilizacji w sierpniu roku 1940.

Po drugiej wojnie światowej, w roku 1957, otrzymał dystynkcje oficerskie Legii Honorowej. Przytłoczony ogromem pracy lekarza ogólnego, dzieląc czas pomiędzy wizyty u chorych i konsultacje, wciąż nie znajdował wolnej chwili na właściwą redakcję wspomnień. Ale kiedy tylko mógł, wracał myślą do najbardziej czynnego okresu swego życia, do lat wojennej młodości. Słuchając wojskowych marszów, przeglądał notesy i stare listy, oglądał fotografie, wpatrywał się w mapy – układał plan dzieła swojego życia: książki o Wielkiej Wojnie.

Miał osiemdziesiąt cztery lata, kiedy poczuł, że nadszedł w końcu moment, aby nadać ostateczny kształt dziełu, o którym nieprzerwanie myślał od lat pięćdziesięciu pięciu. Katarakta oka praktycznie pozbawiła go wzroku, ale nawet ona nie powstrzymała jego zapału. I ponieważ nie mógł już ani czytać, ani pisać, opowiadał swoją książkę. „Takie lata jak tamte na zawsze pozostają w pamięci, podobnie jak lata dziecięce. Zapamiętałem je bardzo dokładnie”.

Kombatanci pierwszej wojny światowej pozostawili po sobie dwa rodzaje świadectw: zapiski wojenne przeznaczone wyłącznie do użytku prywatnego oraz teksty pochodzące z takich notesów, jak dziennik Louisa Maufrais, pisanych z myślą o ich późniejszym rozpowszechnieniu. Ich autorom zależało na przekazaniu innym swojej wizji wojny, takiej jaką przyszło im przeżyć, odmiennej od oficjalnych przekazów. Rzecz jasna, tego typu książki nie mogły ukazać się w czasie trwania konfliktu. Wojenna cenzura i dezinformacja wpływały na kształt wiedzy społeczeństwa o toczących się działaniach. Także później oficjalna wizja historii, spisywana przez specjalistów, którzy nigdy nie zaznali codzienności okopów, raczej nie ukazywała całej prawdy o życiu na pierwszej linii walk.

Wspomnień kombatantów Wielkiej Wojny ukazało się do tej pory wiele, jednakże dzieło Louisa Maufrais jest w tej mierze wyjątkowe. Autor należał bowiem do tej grupy aktywnych uczestników działań wojennych, która pozostawiła po sobie niewiele pamiętników. W latach 1914–1918 zmobilizowano ponad sześć tysięcy lekarzy – ale tylko dwudziestu z nich zdecydowało się na spisanie wspomnień. Sądzę, że to bardzo wymowne milczenie można uznać za swego rodzaju protest przeciwko niewypowiedzianym cierpieniom, jakie kazano ponosić walczącym żołnierzom. Ci frontowi lekarze jako pierwsi zetknęli się z efektami najnowszych technik wojennych, na nieznaną dotąd skalę okaleczających i rozrywających w strzępy ciała walczących.

O jednym z takich żołnierzy, którym zajął się 25 września 1915 roku w punkcie opatrunkowym na froncie w Szampanii, Louis Maufrais pisał: „kula roztrzaskała [mu] dolną szczękę, jego twarz to istna krwawa miazga. Nie może mówić, wydaje nieartykułowane dźwięki. Oczyściliśmy ranę z ziemi i z odprysków wapiennej skały, po czym udało mi się wpuścić mu do przełyku sondę, przez którą, za pomocą gumowej gruszki, wstrzyknęliśmy trochę wody, a następnie kawy”.

Na wysuniętych placówkach Louis przeżywał straszne dla lekarza dylematy. Zawsze musiał działać w pośpiechu, szybko podejmować ważne dla zdrowia rannych decyzje, a przede wszystkim sprawować opiekę lekarską w okropnych warunkach, niemających nic wspólnego z elementarną higieną. „Ta odrobina wody, którą dysponujemy, starcza nam zaledwie do przemycia ubłoconych palców. Rany zalewamy jodyną, która oprócz tego, że ma własności odkażające, powoduje szybsze krzepnięcie krwi. Wszyscy nasi ranni znajdują się w stanie silnego szoku. Wtedy, w roku 1915, nie mogliśmy temu w żaden sposób przeciwdziałać. […] O transfuzjach krwi nawet nie marzyliśmy […]”. Opis punktu medycznego Bagatelle, z czasu walk w Argonnach w maju 1915 roku, daje nam pewne wyobrażenie o warunkach pracy służb medycznych: „Na lewo od wejścia leżą przykryte brezentem trupy dwóch żołnierzy. Za nimi widać wielki stos przeróżnego sprzętu wojskowego, bagnetów, karabinów itp. Do tego mnóstwo pokrwawionej odzieży, bandaży i płócien. […] W środku widzę najpierw kilka płonących świeczek oraz dwie zapalone lampy acetylenowe. Kiedy oczy przywykły do tego kiepskiego oświetlenia, dostrzegam na ziemi ciała rannych, tak stłoczone, że leżą niemal jedno na drugim. W głębi kilku rannych siedzi… Cuchnie krwią, wymiocinami, jątrzącymi się ranami. Słychać nieustające jęki. Dojście do rannych znajdujących się dalej wiąże się z niezwykłym trudem. Trzeba najpierw znaleźć miejsce na postawienie stopy między nogami jednego z leżących, potem przyklęknąć między udami drugiego, żeby móc jako tako zająć się trzecim z kolei”.

Louis Maufrais zajmował się nie tylko ranami odniesionymi w czasie bezpośrednich starć. Miał także do czynienia z innymi przypadkami: nierzadko zdarzały się napady szaleństwa. Jak na przykład w czasie walk o Mort-Homme w trakcie bitwy pod Verdun, kiedy to jego młody wiekiem lekarz pomocniczy, przerażony nawałą spadających pocisków artyleryjskich, stracił rozum i trzeba było przywiązać go do noszy i zaaplikować zastrzyk z morfiny. Maufrais często musiał także zajmować się odmrożeniami, otarciami czy uszkodzeniami stóp, będącymi skutkiem przestrzegania rozkazu zabraniającego żołnierzom przez wiele tygodni zdejmowania obuwia.

Któregoś razu u jednego ze swoich noszowych zdiagnozował zapalenie opon mózgowych. Zgodnie z zaleceniem naczelnego lekarza cały oddział medyczny Louisa Maufrais został poddany dwudziestodniowej kwarantannie, z wyjątkiem jego samego, którego z racji wcześniejszych praktyk w szpitalach uznano za wystarczająco uodpornionego. I tak, przez niemal trzy tygodnie Maufrais musiał pracować sam w powierzonym mu punkcie medycznym Marie-Thérèse w Argonnach. W tym czasie do jego najważniejszych zadań należała ewakuacja rannych. Bywało, że miał do dwudziestu rannych naraz i… ani jednego noszowego. Jak mógł, starał się o posiłki, zwracał się o pomoc do muzyków orkiestry dywizyjnej, w końcu uzyskał pomoc ze strony noszowych dywizyjnych, których zadaniem było odtransportowywanie rannych, przy wykorzystaniu sprzętu zmechanizowanego, z medycznych stanowisk frontowych do szpitali położonych na zapleczu.

Lekarz frontowy miał także obowiązek zajmowania się zmarłymi. W sektorze Beaumanoir w Argonnach Louis pomagał jednemu z kapitanów sztabu brygady w pochówku dziesięciu zmarłych żołnierzy, których zwłoki znajdowały się już w stanie daleko posuniętego rozkładu. W tym przykrym zadaniu wsparli go dywizyjni noszowi wraz z kilkoma żołnierzami obrony terytorialnej. Maufrais tak opisał to wydarzenie: „Powietrze było przesycone intensywnym odorem rozkładających się, sczerniałych, opuchniętych ciał. Roiło się w nich przeróżne robactwo, a my musieliśmy te zwłoki rozbierać, wyjmować z kieszeni dokumenty, portfele… Okropna robota, straszna”. W Argonnach Louis jeszcze kilkakrotnie otrzyma rozkaz zabrania z pola walki ciał poległych oficerów. Najwyraźniej nie przejmując się ogromnymi stratami, naczelny lekarz placówki w La Harazée wyda mu polecenie na piśmie: „Proszę nie dostarczać nam ciał zabitych oficerów poniżej stopnia kapitana”.

Louis Maufrais był głęboko przekonany, że „lekarz ma być w punkcie medycznym. […] gdzie indziej jego osoba nie jest pożądana”. Mając na ramieniu opaskę Czerwonego Krzyża, uważał, że jego misją jest niesienie pomocy wszystkim rannym, niezależnie od tego, po której stronie walczą. Jako lekarz nie nosił broni. W żadnym wypadku nie czuł, by była to swego rodzaju ujma na jego honorze. To, że nie walczy bronią, nie stało w sprzeczności z jego patriotycznymi uczuciami. Już na samym początku wojny, w trakcie szkolenia w Saint-Lô w 1914 roku, zwrócił się do członka komisji uzupełniającej z pisemną prośbą o jak najszybsze przeniesienie na front.

Bardzo mu odpowiadała hierarchia oficerskiego korpusu medycznego. Przydało się w tym względzie dziewięć lat spędzonych w dyscyplinie internatu gimnazjum w Saint-Malo. Miał poczucie, z jednej strony obowiązku, z drugiej posłuchu wobec przełożonych, przy zachowaniu jednakże zdrowego rozsądku. Zauważył, że sztabowcy, planując kolejne posunięcia wojskowe, często nie przywiązywali wagi do właściwego rozmieszczenia stanowisk pomocy medycznej. Louis nie starał się zrozumieć przyczyn takiego podejścia, widział jednak i komentował jego skutki. Na przykład w pobliżu sektora Marie-Thérèse w Argonnach wskazano mu punkt medyczny, ale było to w istocie „miejsce, które się zupełnie do tego celu nie nadaje – to zwykła, niewielka jama wydrążona w zboczu, tak mała, że można w niej ukryć tylko tułów, podczas gdy nogi wystają na zewnątrz”. Pod Verdun w marcu 1916 roku, w czasie gdy pracował we Froideterre, Louis otrzymał pismo podpisane przez lekarza głównego, nakazujące mu przeniesienie swojej wysuniętej placówki w bezpośrednie pobliże urwiska la Mort, gdzie miało nań czekać stanowisko prawie już ukończone. Kiedy przybył na wskazane miejsce, okazało się, że schronienie, o jakim mówił rozkaz, w istocie nie istniało. Kiedy indziej, pod Mort-Homme, okazało się, że wyznaczony mu punkt jest nazbyt niebezpiecznie wysunięty do przodu i w sposób oczywisty narażony na ostrzał przeciwnika. Kiedy Louis zapytał przełożonego, czy może go przenieść w miejsce bardziej osłonięte, spotkał się z kategoryczną odmową. Wobec tego sam podjął decyzję o tymczasowym ulokowaniu rannych gdzie indziej, co okazało się posunięciem zbawiennym, gdyż wyznaczony mu przez sztabowców punkt medyczny stał się celem ostrzału i został całkowicie zniszczony. Zdarzało się czasami, że sztabowcy, nie znając wystarczająco dobrze terenu, na jakim przyszło im wojować, wyznaczali na punkty medyczne miejsca, które absolutnie się do tego nie nadawały.

Louis Maufrais przetrwał niekończącą się wojnę dzięki swemu poczuciu obowiązku, zaangażowaniu, a także bystrości umysłu. Interesowało go wszystko i wszyscy. W jego notesach nie brak drobiazgowych wręcz opisów najważniejszych lub może raczej najbarwniejszych w danym okresie sylwetek, od zwykłego ordynansa, poprzez dyrygenta orkiestry wojskowej czy kucharza, aż po lekarza naczelnego. Odsłania kulisy życia w okopach, pozwala czytelnikowi zrozumieć, jak się rodzi i na czym polega prawdziwe braterstwo broni.

W książce, w której zabawne anegdoty sąsiadują z opisami dramatycznych wydarzeń, Louis przybliża nam frontową rzeczywistość. Pokazuje, że humor może być ważnym mechanizmem obronnym w walce z rozpaczą, bólem i brakiem nadziei. Oto w najtrudniejszej chwili kontrataku w Argonnach żołnierze francuscy biorą jeńców. W czasie przesłuchania jednego z nich Louis z przerażeniem przygląda się, jak kompanijny kucharz podchodzi z nożem do jeńca i… obcina mu wszystkie guziki przy kurtce. Z kolei w Souain jesienią 1915 roku kompania Louisa zaprosiła do siebie oficera ze stacjonującej w pobliżu brygady rosyjskiej; oficer ten, po obficie zakrapianym obiedzie, wrócił do swej kwatery… niesiony przez swego ordynansa na barana! Podczas krótkiego urlopu w okresie bitwy pod Verdun jeden z przyjaciół Louisa przyznał mu się, że kąpał się nocą w lodowatej rzece Ornain, w nadziei zachorowania na zapalenie płuc, dzięki czemu miałby szansę na odesłanie na tyły. A rezultat tej ryzykownej operacji? „Nawet zwykłego przeziębienia nie złapałem!”

Pisze także o niespodziewanych przyjaźniach. W lutym 1915 roku w Croix-Gentin w Argonnach Louis Maufrais usłyszał, jak ktoś niedaleko pogwizduje sobie fragment Szeherezady, na co odpowiedział, gwiżdżąc ciąg dalszy utworu. Ten drugi, niewidoczny, spytał zdziwiony, kto gwizdał. Kiedy wyszedł z ciemności, Louis zobaczył wysokiego, młodego chłopaka o ciemnych włosach. Był to Marcel Bitsch2, pielęgniarz z 94 Pułku Piechoty. Usiedli obok siebie przy drodze i przegadali kilka godzin, aż do wieczora, zapominając zupełnie o toczącej się wokół wojnie.

Trzeba na koniec powiedzieć, że wspomnienia Louisa Maufrais wpisują się w swoistą perspektywę historyczną3. Pokoleniom, które nie znały wojny lat 1914–1918, Maufrais wyjaśnia przyczyny tego światowego konfliktu. Tłumaczy, że od dziecka był „karmiony mlekiem pełnym patriotycznych witamin”. Pokazywano mu mapy, na których Alzacja i Lotaryngia, zaznaczone czarną, żałobną obwódką, pozostawały tymi regionami Francji, które czekały na wyzwolenie. Kiedy miał osiem lat, śpiewał chórem wraz z kolegami szkolnymi w Dol-de-Bretagne: „Zgermanizowaliście nasze ziemie, ale naszych serc nigdy nie zdobędziecie!”. W dniu 2 sierpnia 1914 roku nienawiść do szkopów i żądza rewanżu ożywiały uczucia niemal wszystkich Francuzów. W marcu 1915 roku francuskie i niemieckie transzeje w lesie Gruerie dzieliło ledwie kilka metrów. Żołnierze obu stron bili się straceńczo z desperacką odwagą. „A kiedy naszym żołnierzom brak amunicji, sikają do puszek czy butelek… i rzucają nimi w niemieckie okopy! Nie można tego powstrzymać, żadne zakazy nie pomagają” – opowiadał Louisowi dowódca ósmej kompanii. Ale z biegiem czasu, kiedy szeregi obu wojujących stron zaczęły się przerzedzać, wyszedł na jaw cały absurd tej wojny. Opis sceny spod Mort-Homme przypomina relacje innych kombatantów – i francuskich, i tych pochodzących z drugiej strony Renu. Oto umęczeni wieloletnią wojną żołnierze wyszli z okopów naprzeciw siebie, z opuszczoną bronią. Zaczęli się bratać. Dla nich wojna się skończyła. Pragnęli pokoju.

Martine Veillet

Korzystanie ze sprzętu fotograficznego nie zawsze było możliwe, decydowały o tym warunki, jakie aktualnie panowały na odcinku, gdzie przyszło autorowi działać. Tłumaczy to nierównomierny rozkład dokumentów fotograficznych towarzyszących poszczególnym fragmentom opowieści. (Przypisy w książce, jeśli nie zaznaczono inaczej, są autorstwa Martine Veillet). [wróć]

Zob. „Posłowie”. [wróć]

Opinie, jakie Louis Maufrais wyraża na temat osób, z którymi się zetknął, oraz opisywanych wydarzeń, pozostają jego prywatnymi osądami (przyp. wyd. franc.). [wróć]

Dzwon na trwogę

2 sierpnia 1914

Pod koniec pięknego, letniego popołudnia usłyszałem dźwięki małego dzwonu katedry. Dzwonił nietypowo, w nierównym rytmie, pospiesznie. Wszyscy się zatrzymali i jak skamieniali spoglądali po sobie. Zrozumieliśmy. Kobiety zaczęły płakać, mężczyźni stali sztywno na chodnikach, w milczeniu spoglądając na wieżę katedry. Dzwoniło na trwogę. Kiedy dzwon zamilkł, zapanowała straszna cisza. Ale z oddali, niczym echo, wciąż rozbrzmiewały słabe odgłosy dzwonów z Vivier, Mont-Dol, Carfentin czy z odległego Baguer-Morvan. Chwila była podniosła, wszystkich ogarnęło wielkie wzruszenie.

Przyjechałem właśnie z Paryża do rodziców mieszkających w Dol-de-Bretagne. Po 14 lipca 1914 roku zacząłem się poważnie martwić. Każdego ranka, kiedy szedłem do szpitala Saint-Louis, gdzie pracowałem jako lekarz, spotykałem grupki rezerwistów, udających się na dworzec kolejowy, wzywanych do wojska, jeszcze zanim oficjalnie ogłoszono powszechną mobilizację. Pełni entuzjazmu, z Marsylianką na ustach i okrzykami „Niech żyje Poincaré!” rezerwiści szli ulicami Paryża, odprowadzani na dworzec przez wiwatujących kolegów. A ja wiedziałem, że nadchodzą ciężkie czasy. Poprosiłem dyrektora szpitala o przysługujący mi dwutygodniowy urlop. Wtedy jeszcze nie myślałem, że wojna okaże się aż tak fatalna, ale mówiłem sobie: „Wobec tego, co się tutaj szykuje, lepiej od razu wykorzystać wolne dni, bo nie wiadomo, kiedy znajdziesz się w koszarach…”.

Nasze pojęcie o wojnie było wtedy bardzo uproszczone, nieco naiwne, z pewnością dziecinne. Wszyscy mieliśmy w pamięci wojnę z roku 1870. Niestety, szybko miało się okazać, jak bardzo się myliliśmy.

Nazajutrz, 3 sierpnia, otrzymałem wezwanie do wojska.

Dwa dni później miałem się stawić przed siódmą rano na dworcu, tam wsiąść do specjalnie podstawionego pociągu i dołączyć do 136 Pułku Piechoty stacjonującego w Saint-Lô.

W tamte dni ulice Dol-de-Bretagne oferowały dwojakiego rodzaju atrakcje. Po pierwsze, wojsko rekwirowało konie i wszelkie pojazdy zaprzęgowe, po czym i konie, i wozy odstawiano do Fougères; po drugie, podziwialiśmy dragonów1 z Dinan, którzy, szwadron za szwadronem, zjeżdżali na dworzec kolejowy w Dol, skąd pociągi rozwoziły ich do koszar. Pięknie się prezentowali w swych mundurach, uwagę przyciągały ich strojne w pióropusze kaski. Obsypywano ich kwiatami, mieli kieszenie wypchane papierosami i cygarami, wielu było nieźle podchmielonych. Bez przerwy czymś ich częstowano, stale coś popijali. Pamiętam, jak jeden kapral stał dumnie w strzemionach i potrząsając lancą, powiedział buńczucznie do jakiegoś zapatrzonego weń chłopaka:

– Widzisz to? Na takie coś nabija się szkopa. Jak gówno.

Moi rodzice i siostra z przykrością przyjęli wiadomość, że dostałem przydział do piechoty. Próbowałem ich uspokajać, tłumaczyłem, że jestem przecież lekarzem, a jeśli nawet czasowo mam być w piechocie, to przecież istniała możliwość, iż za jakiś czas znajdę się w jakiejś innej formacji, względnie będę pracował gdzieś na tyłach, niekoniecznie na pierwszej linii. W końcu: że w Saint-Lô raczej nie będę miał do czynienia z Niemcami.

W dniu wyjazdu, zgodnie z wcześniejszą rodzinną umową, która zresztą kosztowała mnie sporo zachodu, ani rodzice, ani siostra nie odprowadzali mnie na dworzec. Zresztą, do 15 sierpnia wejście na dworzec było zastrzeżone wyłącznie dla rezerwistów i innych wojskowych udających się do koszar. Wyszedłem zatem szybko z domu, trzymając w jednej ręce małą walizkę, a w drugiej płaszcz przeciwdeszczowy. Ten wyjazd przynosił mi swego rodzaju wyzwolenie. Było mi oczywiście żal z powodu rozstania z rodziną, ale czułem się tak samo, jak inni młodzi ludzie. Mogłem w końcu powiedzieć wszystkim na głos, dokąd szedłem!

Wzdłuż całego, prowadzącego na dworzec bulwaru unosiły się wyziewy alkoholu, głównie cydru i calvadosu. Na chodnikach i w rynsztoku walało się mnóstwo pustych butelek, w większości porozbijanych. Wraz z innymi powołanymi do wojska szedłem w stronę dworca. Wielu wyraźnie się zataczało. Kiedy dotarłem już do celu, nie bez trudu udało mi się przejść na peron: w poprzek wejścia leżał na plecach jakiś pijany, ogromnych rozmiarów poborowy, który najwidoczniej nie miał jeszcze dość, gdyż raczył się łapczywie z trzymanego oburącz bukłaka z koziej skóry. Dostrzegłem jednego z kolegów z gimnazjum, Josepha Michela, a także kilku innych znanych mi z widzenia mieszkańców Saint-Malo. Przywitaliśmy się serdecznie i zaczęliśmy rozmawiać, a żaden z nas tak naprawdę nie myślał o wojnie. Jedni udawali się do Granville, inni mieli wezwanie do Cherbourga, a Joseph Michel, tak jak ja, jechał do Saint-Lô.

Dokładnie o siódmej pociąg wjechał na stację. Podstawiono nam typowe slipingi: słynne 36–40, to znaczy… wagony bydlęce. Trzeba było widzieć te bazgroły na ścianach. Wszędzie, w którąkolwiek stronę spojrzeć, można było przeczytać: „Na Berlin, śmierć szkopom!”. W naszym wagonie ktoś wyrysował portret Wilhelma II w charakterystycznym hełmie oraz z nastroszonymi wąsiskami, sterczącymi w górę niczym rogi, i opatrzył swe dzieło zaskakującym podpisem: „Wilhelm rogacz”.

Ulokowaliśmy się razem z Josephem w kącie wagonu. Było nas wszystkich razem ze dwudziestu.

Nasza ciuchcia wlokła się nieprawdopodobnie powoli, tak że dopiero pod wieczór dojechaliśmy na dworzec w Saint-Lô. Następnie szybkim, dwie godziny trwającym marszem doszliśmy do koszar Bellevue, gdzie usłyszeliśmy: „Dzisiaj przyjmuje dwudziesta siódma kompania. Budynek A, ósme drzwi”. Znaleźliśmy odpowiedni budynek i właściwe drzwi. Zapukaliśmy w wielkie, masywne wrota i dopiero po jakimś czasie usłyszeliśmy, że możemy wejść. Gruby, o nieco przekrwionej twarzy kapral służb kwatermistrzowskich popatrzył na nas, po czym wymownie wskazał wzrokiem na wiszący na ścianie zegar:

– Ho, ho! Jest już późno, zajmę się wami jutro rano, o ósmej.

Dragoni – wówczas rodzaj kawalerii (pierwotnie dragonami nazywano oddziały dokonujące przemarszów konno, a walczące jako piechota). W okresie pierwszej wojny światowej szwadrony dragonów włączano do dywizji piechoty; spieszeni dragoni często brali udział w walkach w okopach. [wróć]

Oczekiwanie

Saint-Lô, sierpień 1914 – grudzień 1914

Nazajutrz o ósmej rano znowu stanęliśmy pod znanymi już drzwiami.

Kapral kwatermistrz1, odbierając nasze karty powołania, uważnie nam się przyjrzał. Kiedy dowiedział się, że w naszej grupie jest trzech studentów medycyny, natychmiast zmienił ton i postanowił żyć z nami w zgodzie. Towarzyszył nam osobiście do magazynu kompanii i wydał polecenie, aby nas tam „przyzwoicie”, jak się wyraził, przyodziano. Przy okazji wyznał, że w cywilu jest rzeźnikiem z La Hay-du-Puits.

Magazynier starał się, jak mógł, ale mógł niewiele: pułki 136 i 336 pobrały większość znajdującego się pod jego pieczą żołnierskiego wyposażenia. Tym niemniej udało mu się wynaleźć dla mnie parę czerwonych spodni, wojskową kapotę i furażerkę. Już zaczynałem wyglądać jak wojak, musiałem jeszcze przystrzyc zbyt długie włosy, pozbyć się kołnierzyka z krawatem oraz zmienić moje zwykłe, miejskie obuwie na wojskowe kamasze. Joseph Michel, który wyfasował wojskową kurtkę, wyglądał bardziej wojowniczo.

Kwatermistrz wyjaśnił nowo przybyłym, że przyjdzie im spać na rozłożonych na ziemi siennikach, łóżka bowiem wraz z innymi meblami wywieziono do szpitali polowych. Wobec tego wszyscy ci, którzy mogą udowodnić, że mają krewnych w miasteczku i mogliby u nich spać, mają prawo tak uczynić. Tego samego jeszcze wieczora, dzięki kuzynowi Josepha Michela, wynajęliśmy dla nas obu wygodny pokój, którego okna wychodziły na główną ulicę miasta, rue Tarteron.

Wszyscy powołani zgromadzili się na wielkim koszarowym placu, otoczonym z trzech stron budynkami. Za nami, z czwartej strony, siatka odgradzała teren koszar od ulicy. Już pierwszego ranka poznałem wielu nowych kolegów. Wśród nich byli: Jean de Rougé, członek Jockey-Clubu, mer gminy Saint-Symphorien leżącej w pobliżu Saint-Hillare-du-Harcouët, Faïvre Croué, aktor Comédie-Française, Levy, kupiec skórzany z place de la République, Touroude, operator walca parowego, i jeszcze paru innych… Z wielką przyjemnością gawędziłem z ludźmi, z którymi nigdy bym się w cywilu nie zetknął. Kwatermistrz poinformował nas, że odpowiada również za intendenturę i w związku z tym czekają na nas dobre befsztyki. Początkowo rzeczywiście stołowaliśmy się w koszarowej kantynie, ale później zaczęliśmy jadać na mieście.

Każdego ranka musieliśmy wstawać o piątej, aby być w koszarach w porze pobudki, czyli o szóstej. A kiedy już tam byliśmy, to co? Nic. Nie mieliśmy absolutnie nic do roboty, nikt od nas niczego nie chciał!

Kantyny, było ich tam kilka, otwierały swe podwoje o jedenastej, o tej porze wydawano zupę. Czekaliśmy zatem na jedenastą, siadaliśmy, a w zasadzie kuliliśmy się pod niewysokim murkiem, który rano, zanim słońce nie wzeszło zbyt wysoko, dawał nieco cienia.

Pewnego dnia, kiedy nudziliśmy się setnie, podszedł do nas sierżant Couraye du Parc, sympatyczny, wysoki Normandczyk, w cywilu zastępca prokuratora okręgowego w Caen, i powiedział:

– Nie macie nic do roboty? No to chodźcie zobaczyć pisuar, ten za pralnią…

Szczęśliwi, że w końcu ktoś ma dla nas jakieś zajęcie, pełni entuzjazmu przyjęliśmy zaproszenie. Kiedy doszliśmy w pobliże latryn, skąd dobiegał charakterystyczny zapach chlorku wapna, ujrzeliśmy ciekawe widowisko: ceremonię czyszczenia wychodków. To delikatne zajęcie wojsko powierzało wyspecjalizowanej, cywilnej firmie. Oddawało mu się z namaszczeniem dwóch facetów, z których wyższy był chyba szefem ekipy. Trzymał się wyjątkowo sztywno. Niestety, z jego pełną godności postawą kontrastowało idiotyczne spojrzenie małych, okrągłych oczek, umieszczonych w czerwonawej twarzy opatrzonej dodatkowo nosem w kolorze dojrzałej maliny.

Przyglądaliśmy się, jak uroczystym gestem nałożył pokrywę na wiadomy otwór, po czym wyciągnął pełny zbiornik. W przystosowanych do tego celu uchwytach, po obu stronach pojemnika, umieścił dwa drągi, a następnie wespół z pomocnikiem ponieśli cenny ładunek w stronę pojazdu, którym przyjechali. Wyglądało to tak, jakby nieśli lektykę albo tron papieski. Kiedy opróżnili już pojemnik i wracali, by umieścić go z powrotem w wychodku, jeden z nas zwrócił się do szefa czyścicieli:

– Chciałbym pana poprosić o przysługę. Przydarzyła mi się wczoraj przykra przygoda. Byłem tu za potrzebą i niechcący upuściłem moją ślubną obrączkę. Wpadła właśnie do tego pojemnika, który pan teraz wyciąga. Kiedy będzie go pan opróżniał, niech pan dobrze spojrzy na dno, może się znajdzie, co? Dam panu za to dwa franki.

– Trzy franki – z punktu odpowiedział czyściciel.

I natychmiast, podwinąwszy rękaw koszuli, zanurzył rękę do wewnątrz i zaczął przeszukiwać dno, z prawa na lewo, z lewa na prawo, we wszystkie strony… Po chwili przestał i oświadczył:

– Obrączki nie ma, ale za to znalazłem coś innego.

Tym czymś była moneta dwudziestopięciocentymowa. Poszedł z nią zaraz do pobliskiej pompy, obmył rękę, wytarł starannie swój skarb i schował do kieszeni.

Brak jakichkolwiek zajęć zaczynał nam ciążyć, a przy okazji osłabiał nasze patriotyczne porywy, i tak już nieco nadszarpnięte nieregulaminowym przyjęciem pierwszego dnia.

Pewnego ranka, kiedy przechodziłem obok magazynu z odzieżą, zobaczyłem wywieszoną na drzwiach kartkę z napisem: „Szukamy pracowników”. Weszliśmy do środka, Joseph Michel i ja. Magazynier wyjaśnił nam, że chodzi o sortowanie ubrań. Bardzo się ucieszył, kiedy zgodziliśmy się popracować z nim jakiś czas.

Nasze zadanie polegało na sortowaniu kalesonów, a przy okazji mieliśmy pomagać w dobieraniu strojów dla nowo przybyłych. Jeśli chodzi o kalesony, to trzeba było na jedną kupkę odkładać nowe, na drugą używane, ale nadające się jeszcze do pocerowania czy połatania, a na trzecią odrzucać te, które już nie nadawały się do niczego. Ubieranie nowych rekrutów nie było łatwe, gdyż zapasy magazynowe znacznie stopniały od czasu naszego przybycia. Zostały tylko rozmiary wielkie oraz całkiem małe, no i wszystko było w opłakanym stanie.

Moim pierwszym „klientem” był wielki facet z małą główką. Przekopałem się przez cały stos ubrań, tych wielkich, coś mu znalazłem, dałem i pytam się:

– Co o tym sądzisz? Będzie pasowało?

Facet włożył spodnie, kończyły mu się nad kostkami.

– Za krótkie – odpowiedział.

– Ale nie ma dłuższych, stary. Są co prawda takie jak dla ciebie, ale nowiutkie, nieużywane, taki specjalny zapas. Muszę cię jednak ostrzec, że nowe rzeczy zarezerwowane są wyłącznie dla tych, którzy od razu jadą na front. Jak chcesz, mogę ci takie dać, ale żebyś wiedział, co cię potem czeka.

Pomyślał chwilę, podumał, po czym odpowiedział:

– Wezmę jednak te stare, nie są takie złe.

Wszystkie kepi były dla niego za duże, opadały mu na oczy, dobrze jeszcze, jeśli zatrzymywały się na uszach. Poradziłem mu, aby wypchał otok papierem. Odchodząc, mruczał zadowolony:

– Och! W porządku, może być.

Następnego dnia zjawił się człowiek mierzący nie więcej jak metr sześćdziesiąt. Wybrałem dla niego najmniejsze spodnie, które i tak sięgały mu do pach.

– Ach – powiedział – te są o wiele za duże!

– Jak ci dam nowe spodnie, takie na twój rozmiar, to od razu pojedziesz na front.

– Już dobrze, biorę te stare! Jakoś sobie poradzę.

Takim sposobem, trochę wbrew sobie, odstawiliśmy kilka scenek godnych całkiem niezłego kabaretu.

Po godzinie pracy w magazynie zrobiliśmy przerwę. Nasz szef dał nam przykład, co należy czynić: wlazł na jedną z wielkich półek, rozciągnął się wygodnie na posegregowanych ciuchach i najspokojniej w świecie zasnął. Poszliśmy w jego ślady, ale ja zasnąć nie mogłem. Myślałem gorzko: „Chyba nie po to zostawiłem rodziców i porzuciłem studia, żeby robić coś tak beznadziejnie głupiego. Jeśli to jest służba dla Ojczyzny…”. Kiedy zatem dwa dni później ogłoszono nam, że osiągnięty został pełny skład kompanii i w związku z tym zacznie się szkolenie, odetchnąłem z ulgą, podobnie zresztą jak moi koledzy.

Opuściłem zatem magazyn, tak nasycony naftaliną, że miałem od tego czerwone oczy. Nie bez pewnego jednak żalu. Pozostawiłem za sobą do dziś nierozwiązaną zagadkę: Dlaczego wszystkie kawałki tkanin, przyszykowane do łatania podniszczonych części wojskowej garderoby, wszystko jedno, czy kieszeni, czy rozporków, miały zawsze kształt serca?

Zaczęło się szkolenie: oddawanie honorów wyższym rangom, formowanie szyku podczas zbiórek, różne rodzaju marszu, zwroty, nawet posługiwanie się bronią!

Moja dwudziesta siódma kompania liczyła czterystu ludzi. Dowodził nią porucznik Platard, w cywilu fabrykant czapek z dzielnicy Temple w Paryżu. Był to człowiek szczupły, raczej elegancki, który troszczył się głównie o to, by należycie prezentować się wobec mieszkańców Saint-Lô.

A w rzeczywistości prawdziwym komendantem był jego adiutant nazwiskiem Mellier, w cywilu rolnik pochodzący z najbliższych okolic, wysoki, nadzwyczaj dobroduszny, obdarzony za to wyjątkowo potężnym głosem.

O godzinie pierwszej po południu cała kompania miała przebywać w pomieszczeniach koszar (pozbawionych umeblowania, jak już mówiłem). Z podwórza słyszeliśmy najpierw przeciągły gwizdek, a następnie donośny głos adiutanta:

– Dwudziesta siódma! Na dół!

Nikomu z nas się nie spieszyło. W związku z tym słyszeliśmy po chwili:

– Dwudziesta siódma! Na dół! Zejdziecie, czy nie, do jasnej cholery!? Czekajcie, zaraz sam po was przyjdę!

W końcu wszyscy jakoś zbieraliśmy się na podwórzu. I zaczynała się musztra:

– W szeregu zbiórka! Równaj do lewego! Do czterech odlicz! Czwórkami naprzód marsz! Lewa, lewa, lewa…

I dobrą część popołudnia spędzaliśmy… na chodzeniu wokół placu.

Po dwóch takich dniach, wierzcie mi, poczułem, że i ja jestem cząstką tej uderzeniowej, dobrze przeszkolonej jednostki, jaką stała się dwudziesta siódma, na razie rezerwowa, kompania.

Przyszedł w końcu czas szkolenia w zakresie użycia broni. Kilku ludzi otrzymało karabiny Lebel2. Inni, a wśród nich i ja, dostali do rąk karabiny Gras, pochodzące jeszcze z wojny 1870 roku, załadowane… drewnianymi, ćwiczebnymi nabojami. Po ośmiu dniach intensywnych ćwiczeń stwierdzono, że jesteśmy wystarczająco wyszkoleni, aby móc wyjść poza teren koszar. I tak pewnego pięknego ranka, o szóstej, kolumna ruszyła w kierunku Pont-Hebert, uformowana w następującym szyku: na czele szli ci, którzy byli kompletnie umundurowani, z karabinami Lebel na ramionach, za nimi szli chłopcy uzbrojeni w fuzje Gras, mając u pasa ładownice pełne drewnianych naboi. Na samym końcu maszerowali rekruci w drelichach. Przeszliśmy kilka kilometrów i zmęczenie zaczęło dawać nam się we znaki. Zaczęliśmy śpiewać. Ci z przodu wykrzykiwali na całe gardło:

Idziemy przez Paryż, z butli popijamy, wino nas usypia, ale budzą damy.

Kwatermistrzem był zazwyczaj kapral lub sierżant. Podlegał starszemu sierżantowi i pełnił także m.in. rolę pisarza kompanijnego. [wróć]

Karabin Lebel wzór 1886 – karabin na wyposażeniu armii francuskiej, skonstruowany przez Nicolasa Lebela w 1886 r., kalibru 8 mm. Długość karabinu, 1,80 m, sprawi, że okaże się on mało przydatny w walce pozycyjnej w okopach. [wróć]

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Strona redakcyjna

TYTUŁ ORYGINAŁU: J’étais médecin dans les tranchées

2 août 1914 – 14 juillet 1919

© Éditions Robert Laffont, Paris, 2008

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Lijklema Design, Karolina i Hans Lijklema

REDAKCJA: Mariusz Zwoliński

Cet ouvrage a bénéficié du soutien des Programmes d’aide à la publication de l’Institut français, dans le cadre des commémorations du centenaire de la première guerre mondiale.

Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Institut français w ramach programów wsparcia wydawniczego z okazji setnej rocznicy pierwszej wojny światowej.

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważania wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl

© Copyright for the Polish translation by Andrzej Wiśniewski, 2014

© Copyright for the Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, 2014

ISBN 978-83-07-03336-5