Byłem gangsterem. Prawdziwa historia - pseudonim Grek - ebook

Byłem gangsterem. Prawdziwa historia ebook

pseudonim Grek

4,2

Opis

Kim jest Grek?

Grek to pseudonim Autora wymyślony na potrzeby tej książki. Kryjący się pod nim gangster kradł, oszukiwał, porywał ludzi, zlecał zabójstwa – każdy czuł przed nim respekt. Początek jego przestępczej kariery przypadł na lata dziewięćdziesiąte – czas drapieżnego polskiego kapitalizmu. Grek wspinał się po szczeblach gangsterskiej hierarchii, aż doszedł na szczyt. Pewne wydarzenia sprawiły jednak, że postanowił skończyć z dotychczasowym fachem i zacząć wszystko od nowa. Uczciwie.

Teraz swoimi doświadczeniami, także tymi z więzienia, dzieli się z czytelnikiem. Twierdzi, że napisał tę książkę ku przestrodze. W jego relacji nie ma imion i nazwisk, jednak opowiedziana przez niego historia jest prawdziwa.

"Twardziel, jeden z groźniejszych bandytów w Polsce. Wytatuowany kark. Zaczynał jako bitny mięśniak na bramce w dyskotece. Potem szybki awans, łatwe pieniądze i jeszcze łatwiejsze panienki. I prestiż ulicy.

Kim jest Grek – bohater tej książki? Czytelnik nie dostanie jasnej odpowiedzi na to, kim był, kim jest. Otrzyma za to pełnokrwistą gangsterską opowieść pełną postaci z najtwardszego kruszcu, porywających historii i schematu działania grupy przestępczej. To podróż w zakamarki mrocznej duszy, dla jednych fascynująca, dla innych niezrozumiała i moralnie nie do przyjęcia. Dla jednych i drugich – warta odkrycia."

Gabriela Jatkowska, dziennkarka, autorka, była redaktor naczelna magazynu POCISK

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 304

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Projekt okładki
www.designpartners.pl
Fotografie na okładce
© DeKiR/depositphotos.com
© fotoplanner/depositphotos.com
© ibrak/depositphotos.com
© [email protected]/depositphotos.com
© PPicasso/depositphotos.com
© marcinm111/depositphotos.com
© piotr_marcinski/depositphotos.com
© michaklootwijk/depositphotos.com
© khunaspix/depositphotos.com
Koordynacja projektu
PATRYK MŁYNEK
Redakcja
JACEK RING
Korekta
ANNA KURZYCA
Skład
KRZYSZTOF CHODOROWSKI
Polish edition © Publicat S.A., Grek, MMXVIII (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora,
w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
Wydanie elektroniczne 2018
ISBN 978-83-245-8345-4

jest znakiem towarowym Publicat S.A.

Publicat S.A.

61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24

tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00

e-mail: [email protected], www.publicat.pl

Oddział we Wrocławiu

50-010 Wrocław, ul. Podwale 62

tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66

e-mail: [email protected]

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Wstęp

Wiosna 2017. Biuro wydawnictwa.

Za stołem siada dobrze zbudowany krępy mężczyzna cały w tatuażach.

– Cześć. Napisałem książkę o swoim gangsterskim życiu. Mówią na mnie Grek.

– Nadal jest pan gangsterem?

– Gdybym nim nadal był, nie przyszedłbym do was.

***

Kilkanaście lat temu. Też biuro. Szafa, biurko, lampa. Siedzę na krześle. Naprzeciwko mnie Człowiek, Który Dużo Wie. Rozmawiamy o Greku. Jednej z legend półświatka w naszym mieście. Gdyby ktoś mi wtedy powiedział, że kiedyś będę pisał wstęp do jego książki...

– Wie pan, dziwna rzecz. – Mój rozmówca otworzył leżącą przed nim teczkę. Wyciągnął małą kartkę. – Prokurator wziął Greka na przesłuchanie.

– No i?

– Ma zeznawać jako świadek w jakimś śledztwie. Niech pan spojrzy, tu jest sygnatura tej sprawy.

Spojrzałem. Taka sygnatura składa się z liter i cyfr. Dwie ostatnie oznaczają rok, w którym sprawę wszczęto. Grek miał zeznawać w śledztwie sprzed jakichś pięciu, może sześciu lat.

Uchodził za wzór twardziela. Nic nigdy nie mówił, nikogo nie sypnął. Wszystkim oskarżeniom zaprzeczał. W tym czasie siedział w areszcie, bo przed sądem toczył się jego proces o udział w morderstwie Kwadrata.

Dziwna to była sprawa. Toczyła się jakieś pięć, sześć lat. To nie Grek zabił. Kto? Tego nie wiedziano. Wątek śledztwa dotyczący mordercy umorzono. Można było wznowić sprawę w każdej chwili, gdy tylko pojawią się nowe tropy. Grek – dowodziło oskarżenie – zwabił Kwadrata w miejsce zbrodni, gdzie czekał zabójca. Oskarżony się nie przyznawał.

I nagle prokuratura przesłała do sądu wniosek o wydanie jej Greka z aresztu, tłumacząc, że trzeba go przesłuchać. Nie napisała, o co chce pytać. Podała tylko sygnaturę śledztwa, którego będzie dotyczyć to przesłuchanie. Dwie ostatnie cyfry oznaczały rok, w którym je wszczęto.

To był rok zabójstwa Kwadrata!

Zmroziło mnie. Powoli podniosłem oczy znad kartki z sygnaturą. Spojrzałem na Człowieka Który Dużo Wie.

– Prokuratura wznowiła śledztwo w sprawie morderstwa Kwadrata. Grek poszedł na współpracę. To jedyne wytłumaczenie.

„Grek poszedł na współpracę”. Dla ludzi z półświatka w naszym mieście to zdanie brzmiało prawie jak wyrok śmierci.

***

Kilka miesięcy później. Wcześnie rano pod dom gdzieś w Polsce podjechał niepozornie wyglądający samochód dostawczy. Człowiek siedzący na miejscu pasażera spojrzał na zegarek. Punkt szósta podniósł do ust krótkofalówkę.

– Wjazd!

Boczne drzwi auta otworzyły się z hukiem. Na chodnik jeden po drugim wyskakiwali uzbrojeni po zęby policjanci. Grupa realizacyjna Centralnego Biura Śledczego ruszyła do szturmu. Po chwili mieszkaniec jednego z domów leżał na ziemi skuty kajdankami.

To był straszny gangster. Polowała na niego cała polska policja. Wpadł dzięki zeznaniom Greka. Tego samego dnia o tej samej godzinie podobne grupy realizacyjne zatrzymały jeszcze kilka osób. Wszyscy byli zamieszani w morderstwo Kwadrata.

– Dużo wam Grek opowiedział? – zapytałem jakiś czas potem prokuratora.

– Bardzo. Ujawnił tyle przestępstw, że nie wiemy, w co najpierw ręce włożyć.

***

Takich jak on nazywają „skruszony”. Traktując ich z mieszaniną obojętności, pogardy i podejrzliwości. Niby pomaga wymiarowi sprawiedliwości. Sypie kumpli – mawiają. Niby okej, ale... Nikt nie lubi kapusiów. No i przecież nie robi tego za darmo. Ma interes. Bo liczy na złagodzenie kary. Poza tym ... kto go tam wie, czy mówi całą prawdę? Czy prowadzi jakąś własną grę. Z byłymi kumplami z jednej i wymiarem sprawiedliwości z drugiej strony.

Autor tej książki wkurzyłby się, gdybyście powiedzieli o nim „skruszony” i że sypał. To nie tak. Bardziej kojarzy się z jakąś bandycką wersją Anonimowych Alkoholików. „Ksywka Grek, jestem gangsterem, nie napadam już piętnaście lat”. Tak by się przedstawił.

Dlaczego to zrobił? Dlaczego złamał zasadę, że należy milczeć? Przyszedł w jego życiu taki moment, kiedy został sam. Dużo czasu musiało minąć, by zdał sobie sprawę, że opuścili go wszyscy poza matką. Dużo czasu musiało minąć, by zrozumiał, że historie o gangsterskim honorze, zmowie milczenia i mafijnych zasadach to bajki. Dużo czasu musiało minąć, by zrozumiał, że stracił najlepsze lata życia. Przeleciały mu jak sen. O wielkich pieniądzach, szybkich samochodach, pięknych dziewczynach. Na koniec Grek obudził się w więziennej celi z upokarzającym statusem „niebezpieczny”. Taki ktoś traktowany jest jak wściekła bestia.

To musiało być wtedy.

***

Grek to nie jest jego prawdziwy pseudonim. Jego imię i nazwisko nie zostaną ujawnione. Nie dowiecie się, w jakim mieście dzieje się ta historia. Pseudonimy opisywanych postaci zostały pozmieniane.

Ciekawe jak sobie – Drogi Czytelniku – wyobrażasz tę opowieść. Jeśli myślisz, że jest okrutna, straszna i krwawa, to się mylisz. Ona jest jeszcze straszniejsza. Jeszcze bardziej okrutna i krwawa. Zaczyna się w dzieciństwie od bójek z ojcem sadystą. W obronie matki. Jest dużo o rodzinie, dzieciach Greka. Chyba głównie dlatego nasz Autor chce pozostać anonimowy i ukryć prawdziwe miejsce wydarzeń.

Cała historia dzieje się w „naszym” mieście. Ale mogłaby się wydarzyć w dowolnym polskim mieście przełomu lat 80. i 90., przełomu XX i XXI wieku. Każde większe miasto miało jakichś Greków, Bokserów, Kwadratów i innych.

Na pewno nie boi się swoich bohaterów. To oni się go boją. I szanują. Niedawno w „naszym mieście” przestępcy z różnych gangów rzucili się sobie do gardeł. Pojawili się u Greka emisariusze. Chcieli, żeby wrócił „na miasto”. O tym, że sypał nikt już nie pamiętał.

– Po której jesteś stronie? – zapytał go wysłannik jednego z gangsterskich hersztów.

– Zawsze po stronie policji – odpowiedział Grek.

A może kiedyś jednak wróci?

– Nigdy! Przysięgam na grób matki! – powiedział mi kiedyś.

Trzymam kciuki.

Dziennikarz

Rozdział 1
Początki: smutne dzieciństwo i szukanie szczęścia

Pewnego jesiennego dnia poszedłem na policję zgłosić przestępstwo. No właśnie, padłem ofiarą przestępstwa i poszedłem to zgłosić na policję, z którą kiedyś walczyłem wszelkimi sposobami.

W dyżurce zobaczyłem znudzonego funkcjonariusza, któremu przerwałem drzemkę i którego tym samym rozzłościłem, co zaraz dał mi odczuć. Przedstawiłem się i powiedziałem, że chcę zgłosić popełnienie przestępstwa. Konkretnie chodzi o oszustwo i groźby pod moim adresem.

Znudzony pies zapytał, na czym miało polegać to oszustwo i o jakie groźby chodzi.

Wyjaśniłem, że zapłaciłem za budowę domu, którego nie ma, bo nie został postawiony, a gdy zwróciłem się do szefa firmy, z którą podpisałem umowę, to usłyszałem, żebym wypierdalał i dupy mu nie zawracał. Ma kolegów i może mnie załatwić. Powoływał się przy tym na jednego ze sławniejszych w Polsce gangsterów, którego dobrze znałem, ale o tym gliniarzowi nie wspomniałem. Baranowi, który mnie straszył, też nie powiedziałem, kim kiedyś byłem i co robiłem z takimi jak on.

Bardzo bym chciał kilka lat wcześniej go spotkać... na pewno bym mu za dom nie zapłacił, choć dom by stał.

Policjant moją opowieść skwitował następująco:

– Kogo dzisiaj stać na budowę domu i kto z góry za niego płaci?

Powiedział, żebym przyszedł jutro, bo dzisiaj wszyscy jego koledzy, którzy mogliby mnie przesłuchać, poszli już do domu. Poprosiłem grzecznie, aby przyjął moje zgłoszenie. W odpowiedzi usłyszałem jakiś bluzg. To był gówniarz, nie mógł mnie znać, ale na pewno o mnie słyszał, każdy policjant w tym mieście o mnie słyszał, każdy...

Na drugi dzień, gdy przyszedłem rano do komisariatu, czekało już na mnie kilku policjantów, młodych i starych, paru znałem z dawnych lat. Nie byli kiedyś dla mnie partnerami do rozmowy, to był zwykły komisariat policji w dzielnicy, gdzie się wychowałem i dorastałem, i gdzie zacząłem się piąć po szczeblach kariery gangsterskiej.

Przywitał mnie naczelnik posterunku.

– Cześć, Grek! (Taką ksywę miałem w środowisku przestępczym.) Co cię do nas sprowadza?

Próbowałem coś powiedzieć, ale mi szybko przerwał:

– Wiem, wiem, ktoś cię oszukał. – I zaczął się śmiać, jego koledzy też, choć widziałem, że nie wszyscy wiedzieli, z czego rechoczą. – Podobno jeszcze cię straszył. – Znowu śmiech.

Stałem i patrzyłem na nich lekko zażenowany, i powoli traciłem cierpliwość. Gliniarz zobaczył mój wyraz twarzy i zaczął już normalnie ze mną rozmawiać, widząc, że nie bawią mnie jego żarty. Wiedział, że psów się nie boję i wielu z nich połamałem szczęki. Ale to było kiedyś, ten czas minął bezpowrotnie, choć czasami budził się we mnie diabeł, którego ukrywałem i który co jakiś czas dochodził do głosu. Walczyłem z nim i jak na razie byłem górą.

Już bez głupich żartów naczelnik zapytał mnie, z czym przychodzę, choć wstępnie znał sprawę z notatki służbowej. Powiedziałem mu to samo co wczoraj tamtemu gówniarzowi przy zgłoszeniu przestępstwa i pokazałem umowy zawarte z firmą, która mnie oszukała.

Przydzielił mi policjanta, który miał mnie przesłuchać, i powiedział na odchodne:

– Grek, po tobie bym się tego nie spodziewał. Przychodzisz na policję zgłosić przestępstwo, a czy ten gość w ogóle jeszcze żyje? – Roześmiał się. – Czy on w ogóle wiedział, z kim zadziera... Samobójca. Gdybym tutaj nie stał i nie widział cię, to nigdy bym w to nie uwierzył.

***

Dobrze, więc zacznę od początku.

Moje dawne życie było pełne łez, smutku, zazdrości, ale również zabawy, dużych pieniędzy, szybkich, dobrych samochodów, mnóstwa kobiet i przyjaciół, przynajmniej tak ich kiedyś nazywałem... ale również była krew i śmierć.

Jestem ateistą, ale często nazywałem się bogiem, ponieważ uważałem, że skoro daję życie i je odbieram, to jestem bogiem. I tak się kiedyś czułem.

Wychowałem się w rodzinie robotniczej jak większość moich kolegów gangsterów. Chodzenie do szkoły w tamtych czasach, w tamtym środowisku nie było modne. Nie uczyłem się źle, w szkole dawałem sobie radę, ale raczej dzięki sprytowi i podobno inteligencji niż ślęczeniu nad podręcznikami. Stary mnie nie rozpieszczał, ani brata i siostry. Pił jak wielu ojców moich kolegów w tamtym czasie. Był robolem i zwykłym frajerem, któremu niczego nie zawdzięczamy. Znęcał się nad nami fizycznie i psychicznie... często bił mamę w naszej obecności. Nie, może mu coś jednak zawdzięczam. Tak go nienawidziłem, że w wieku dziesięciu lat zapisałem się na dżudo, chciałem być silny i bronić rodziny przed ojcem tyranem, prawdziwym psychopatą. Chciałem bronić mamy przed nim.

Bardzo ją kochałem... bardzo. Mieszanka mojej krwi jest podobno wybuchowa.

Mama była z pochodzenia Żydówką, co często ojciec jej wypominał, nam zresztą też.

Sam był bękartem niemieckiego żołnierza. Tylko tyle wiedział o swoim ojcu. Ojciec był katolikiem, który nigdy nie chodził do kościoła, bo tam wódki za darmo nie rozdawali. Mama była świadkiem Jehowy i w takiej wierze mnie i moje rodzeństwo wychowywała. Mój brat nawet za odmowę służby wojskowej trafił za komuny do więzienia na trzy lata. Za wiarę... po dziesięciu miesiącach wyszedł, objęła go amnestia. Odechciało mu się wiary w Boga. Wtedy nie wiedziałem, czemu tak bardzo się zmienił po wyjściu z puszki. Nie chciał nigdy rozmawiać ze mną o kryminale. Po wielu latach sam trafiłem do więzienia i domyśliłem się, że jemu nie było tam lekko. Tacy jak on nie mieli łatwego życia po tamtej stronie murów. Ja to co innego, byłem znanym gangsterem, grypsowałem, byłem silny i miałem pieniądze, to bardzo ważne za murami... no i poszedłem siedzieć za łeb. To był kozacki zarzut. Mówili o mnie w telewizji, byłem dumny, choć tylko na pokaz. Bałem się, jednak nie mogłem tego pokazać, ale o tym później.

Tak jak pisałem wcześniej, jako dziesięciolatek zapisałem się na dżudo, po obejrzeniu Wejścia smoka z Bruce’em Lee zapisałem się na karate, całą młodość trenowałem sztukę walki, byłem dobrym zawodnikiem w każdej dyscyplinie, którą się zajmowałem. Kiedy miałem piętnaście lat, doszła jeszcze kulturystyka. Wychodziłem o 7.00 do szkoły, przeważnie głodny, i wracałem do domu po szkole, po treningach dopiero około 22.00. Sport pochłaniał mnie całkowicie. Sport pozwalał zapomnieć mi o głodzie, biedzie, smutku, ciągłych awanturach wszczynanych przez ojca. Kiedyś po powrocie do domu wieczorem zastałem w kuchni płaczącą mamę, zapytałem, co się stało.

Nic mi nie odpowiedziała, nie musiała, wiedziałem, że chodziło o ojca. Pobił ją...

Nienawidziłem go z całego serca. Pragnąłem jego śmierci. Zacisnąłem pięści i nawet nie zdążyłem pomyśleć, bo już czas było coś z tym zrobić, miałem tego dosyć. Awantury były częścią naszego życia, brat i siostra już się do nich przyzwyczaili, ja nie. Miałem dość cierpienia mamy.

Otworzyły się drzwi od pokoju i wszedł ojciec. Nawet nie spojrzał na mnie. Na mamę też nie, dla niego byliśmy nikim. Wyciągnął coś do picia z lodówki i zaczął pić.

– Dlaczego uderzyłeś mamę? – zapytałem.

– Chuj ci do tego – odpowiedział. – Ty też możesz dostać w ryja...

Czułem, jak krew napływa mi do głowy, ręce zaczęły mi drżeć i z nerwów, i ze strachu. Ojciec to był kawał chłopa, w młodości trenował boks. Na ulicy się go bali. Też się go bałem, ale nie mogłem kolejny raz odpuścić, wiedziałem, że prędzej czy później muszę się z nim sprawdzić, nawet gdyby to miała być walka na śmierć i życie, nie mogłem dalej patrzeć na łzy mamy i rodzeństwa, sam też często przez niego płakałem. Miałem już siedemnaście lat, byłem silny, dobrze zbudowany. Na macie w sali niewielu chłopaków chciało się ze mną zmierzyć. Na podwórku też chętnych nie było. Bałem się tylko jego, mojego znienawidzonego ojca, któremu życzyłem jak najgorzej. Marzyłem o tym, żebyśmy się od niego uwolnili, nawet gdybym musiał go zabić. Marzyłem o tym...

Stanąłem przed nim i z całej siły walnąłem go w ryj. Klasyczny prawy prosty. Wyrwało go z butów, jak się mówiło w moim środowisku o typie, który dostał w dziób i wywinął orła. To wystarczyło, zwalił się na podłogę jak kłoda. Mama nawet nie zdążyła zareagować. Poderwała się po chwili z krzesła i powiedziała:

– Co zrobiłeś... zabiłeś go, uciekaj.

W milczeniu stałem i patrzyłem na niego, powoli docierało do mnie, że może faktycznie go zabiłem i zamkną mnie przez tego śmiecia... Mama zaczęła mnie szarpać.

– Uciekaj synu, uciekaj...

Po chwili jednak ojciec zaczął dochodzić do siebie po silnym nokaucie, ale wcale się z tego nie ucieszyłem, bo dotarło do mnie, co będzie za chwilę. Stary tymczasem wstał, jakby nigdy nic umył twarz i poszedł do pokoju. Nie odzywał się do nikogo kilka dni, aż do następnego razu, kiedy znowu skoczył z pięściami do mamy.

Zbombardowałem go ciężko i tak było jeszcze kilka razy, wreszcie zrozumiał, że jego czas minął i na mamę nie podniesie więcej ręki.

Po raz pierwszy w życiu zrozumiałem, że pięściami mogę udowodnić innym, że trzeba mnie szanować, no i uwierzyłem w siebie, bo naprawdę mój ojciec nie był ułomkiem, choć pisząc „ojciec”, ciśnie mi się na usta całkiem inne słowo. Zmarł kilka lat później na raka, gdy siedziałem pierwszy raz w więzieniu. Nie zasmuciło mnie to, na pogrzeb nie poszedłem, zresztą i tak prokurator by mnie nie puścił, ponieważ dla policjantów i prokuratorów byłem niebezpiecznym bandytą, który zabił człowieka. Siedziałem za zabójstwo swojego byłego żołnierza, kolegi, który wlazł mi w butach do rodziny i – co dla niego było gwoździem do trumny – próbował odebrać mi syna, którego kochałem i kocham ponad wszystko. Traktował go przy tym źle. Był jego kartą przetargową w konflikcie ze mną. Wiedział, że gdy ma go przy sobie, nic nie mogę mu zrobić. Bałem się o syna.

***

Karierę w środowisku przestępczym zaczynałem jak większość gangsterów od stania na bramce w dyskotece. Kiedy skończyłem dziewiętnaście lat, po ukończeniu szkoły zasadniczej, szukałem jakiegoś zajęcia. Wiedziałem, że nie będę pracował w swoim zawodzie, bo był kulawy... Nie dla mnie. Cały czas trenowałem sporty walki i potem regularnie chodziłem na siłownię, żeby być większy i silniejszy. Bardzo szybko nabierałem masy mięśniowej, ponieważ jak wszyscy moi koledzy, z którymi wtedy trenowałem, brałem sterydy, tyle że mało. Byłem bardzo sprawny fizycznie, silny, świetnie rozciągnięty, robiłem szpagat. Miałem talent do walki, który z czasem przynosił mi niezłe dochody i szacunek w środowisku przestępców. Naturalnie nie chodziło o walki na zawodach sportowych, tylko na ulicy. Lubiłem się bić i co najważniejsze, nigdy nie przegrywałem. Ci, którzy próbowali mi podskoczyć, szybko trafiali do szpitala z ciężkimi obrażeniami.

Mój były trener powiedział mi kiedyś, że jak już mam się z kimś bić, to tak, żeby mój przeciwnik nie chciał rewanżu. Rzecz jasna chodziło mu o walkę na ringu. Ja to przełożyłem na ulicę. Ale rady posłuchałem.

W tym czasie poznałem dziewczynę, która była kelnerką w dyskotece, spotykaliśmy się i wprowadziła mnie w świat dyskotek. Jak się później okazało, byłem jej maskotką i chłopcem do bzykania. Później się okazało, że dorabiała jako cichodajka z cinkciarzami. Była kurwą i do tego perfidną. Imponowało mi, że mnie zabiera do dyskotek, płaci za mnie i jeszcze kupuje mi fajne ciuchy. Szczególnie jeden lokal sobie upodobaliśmy, to był nowy hotel z dyskoteką na obrzeżach miasta. Tam poznałem kelnerów, didżejów, bramkarzy i wielu ludzi z tak zwanego miasta, którzy przyjeżdżali się tam zabawić, wyrwać jakąś dziewczynę i pójść z nią do hotelu.

[...]