Wydawca: Wydawnictwo Agape Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 305 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Byłem człowiekiem Arafata - Tass Saada, Dean Merrill

 Jak mogło dojść do tego, iż Palestyńczyk wychowywany od młodości we wrogości do państwa Izrael pokochał "pewnego Żyda"? Jak bojownik Fatahu, mordujący izraelitów z zimną krwią może przyczynić się do pojednania żydowsko-arabskiego i do zaniechania krwawego konfliktu? Niezwykła książka o nienawiści, nawróceniu i działalności misyjnej Tassa Saady, który po spotkaniu Chrystusa stał się odważnym budowniczym pokoju.

 „Nagle do mnie dotarło, że obecność trzech mężczyzn oznaczała, że teraz, tutaj zostanie dokonane zabójstwo honorowe. Mieli być świadkami, zgodnie z wymaganiami muzułmańskiego prawa szaria. Za chwilę brat wyceluje mi w głowę i zada mi standardowe pytanie: »Czy powrócisz do islamu?«. Kiedy odpowiem odmownie, powtórzy to pytanie. Jeśli znowu odpowiem odmownie, pytanie zostanie powtórzone po raz trzeci. Po usłyszeniu trzeciej odmowy zastrzeli mnie na miejscu, przy wejściu na lotnisko”

(fragment książki)

Opinie o ebooku Byłem człowiekiem Arafata - Tass Saada, Dean Merrill

Cytaty z ebooka Byłem człowiekiem Arafata - Tass Saada, Dean Merrill

„Większość z nas myśli o bożku jako o rzeźbie z drewna, kamienia lub metalu, której poganie oddają cześć. Jednak pojęcie to jest o wiele szersze i bardziej osobiste. Bożkiem jest cokolwiek innego niż Bóg, od czego uzależniamy nasze szczęście, poczucie bezpieczeństwa czy spełnienia” [ 21 ] . Gdy tylko zaczynamy myśleć, że do szczęścia, spełnienia lub bezpieczeństwa musimy mieć określoną rzecz, stajemy się zdolni do walki z każdym, kto stanie na naszej drodze. Tymczasem Bóg zajmuje się tym, że niszczy bożki. On jest jedyny, komu należy się chwała i cześć.
Zaufanie to delikatna roślinka, która rośnie bardzo powoli. Jeśli o nią dbać, potrafi wyrosnąć na wielką i potężną, ale na samym początku może ja zniszczyć byle wiatr lub podeptać nieuważna noga.

Fragment ebooka Byłem człowiekiem Arafata - Tass Saada, Dean Merrill

Poznań 2013

Tytuł oryginału

Once an Arafat Man: The True Story of How

a PLO Sniper Found a New Life

Poznań, 14.03.2012 r.

© 2008 by Taysir Abu Saada.

Pierwsze wydanie: Ich kämpfte für Arafat,

Brunnen Verlag Basel, z numerem ISBN-13: 978-3-7655-1408-1.

Wydanie polskie:

© Wydawnictwo Agape sp. z o.o., Poznań 2013

ISBN ePUB: 978-83-63759-51-3

ISBN MOBI: 978-83-63759-50-6

Seria "Rok Wiary"

ISBN serii: 978-83-63759-01-8

Redaktor serii: ks. Mieczysław Piotrowski TChr

Redaktor: Mirosław Rucki

Projekt okładki: Paweł Fiszer

Korekta: Iveta Rucka, Katarzyna Góra

Wydawnictwo Agape

ul. Panny Marii 4; 60-962 Poznań

e-mail: wydawnictwo@agape.org.pl

tel./fax (+48) 61 852 32 82

www.agape.org.pl; www.milujciesie.org.pl

Dział handlowy

tel./fax (+48) 61 852 32 80

e-mail: sklep@milujciesie.org.pl

Księgarnia internetowa:

Czy spotkałeś kiedyś Palestyńczyka? Przyznam się, że i ja nie spotkałem, zanim zacząłem pracować nad tą książką. Podobnie jak wielu Amerykanów, po prostu wyciągałem wnioski (przeważnie negatywne) z tego, co czytałem lub oglądałem w wiadomościach telewizyjnych. Myślałem: „To są ludzie, którzy nie lubią Izraela i są ciągle rozdrażnieni z jego powodu”.

I wtedy spotkałem Tassa Saadę. Zetknąłem się ze spokojem ducha tego człowieka i jego miłej żony Karen. Usłyszałem historię o tym, jak urodził się on w namiocie uchodźców, dorastał wypędzany z miejsca na miejsce i jak w końcu chwycił za broń, by walczyć przeciwko temu, co uważał za niesprawiedliwe. W myślach postawiłem siebie na jego miejscu. Nie wątpiłem, że czułbym się tak samo i podjąłbym jakieś działania.

Ale to był dopiero początek. Z zainteresowaniem słuchałem o tym, jak w wieku 23 lat przyjechał on do USA, ożenił się i osiągnął sukces w biznesie. Zafascynowało mnie odkrycie, jakiego ten człowiek dokonał w połowie swojego życia – odkrycie, dotyczące sposobu ugaszenia ognia nienawiści w swoim sercu. Im dalej on opowiadał, tym lepiej widziałem niesamowity cel jego życia.

Tass Saada, którego znam dzisiaj, nie ma w sobie nienawiści. Bardziej przypomina dużego pluszowego misia, który wie, jaką drogą może przyjść pokój na Bliski Wschód. Wie, że polityczne kłamstwa do niczego dobrego nie doprowadzają. Ponad krzykiem i wybuchami bomb widzi źródła prawdziwej harmonii, która ukoi ból i doprowadzi do trwałego pokoju.

W swoim życiu widzi on analogię do życia każdego człowieka. Wielu z nas, podobnie jak strony walczące w Ziemi Świętej, trafia w swoim życiu na osoby, które wolałby po prostu z niego wypędzić. Ale, oczywiście, te osoby nie chcą ot tak sobie pójść. Co zrobić w tej sytuacji? Czytaj dalej...

Dean Merrill, współautor

Wstęp do wydania angielskiego

Książki nie powstają z powietrza. Są wynikiem refleksji nad życiem. A życie podobne do mojego w dużym stopniu kształtują ludzie, którzy znaleźli się obok.

Moje życie nie byłoby warte opisywania w książce, gdyby nie Charlie Sharpe, który od ponad trzydziestu lat wywiera na mnie wpływ. Poznałem go, będąc nowoprzybyłym imigrantem, i on został ze mną, i prowadził mnie przez najważniejsze życiowe skrzyżowania. Od tego czasu pozostaje moim mentorem, duchowym doradcą i dobrym przyjacielem. Zawsze będę szanował go i jego żonę Laurie za ich oddziaływanie na moje życie i pracę.

Moja opowieść po raz pierwszy ukazała się w języku niemieckim pod tytułem Ich kämpfte für Arafat (2007), wydana przez szwajcarskie wydawnictwo Brunnen Verlag. Jestem wdzięczny za to Christianowi Meyerowi oraz Verze Hahn, jak również współautorowi Danielowi Gerberowi.

Wówczas Cindy Riggins nawiązała kontakt z wydawnictwem amerykańskim Tyndale House i tak powstała wersja angielska, którą właśnie trzymasz w rękach. John Farrar i jego koledzy byli zachwyceni tym pomysłem; jestem im za to bardzo wdzięczny.

Tłumaczenie na język angielski nie było łatwe i właściwie książka została napisana na nowo, poszerzona i zaktualizowana. Stało się to dzięki Deanowi Merrillowi, który wspaniale wykorzystał swoje umiejętności dziennikarskie. W trakcie pracy został moim drogim przyjacielem i bratem.

Oczywiście, język niemiecki i angielski nie są moimi językami ojczystymi. Z tego powodu odczuwam jeszcze większą wdzięczność dla tych, którzy pomogli mi opowiedzieć moja historię w tych językach.

Tass Saada

Jak nauczyłem się nienawidzić

Druga walka o Jerycho

Poranne słońce grzało mnie w plecy, gdy leżałem przyczajony za dużą kupą chrustu, którą wcześniej ułożyłem, i obserwowałem dolinę Jordanu. W oddali, za rzeką, było położone Jerycho, chyba najstarsze miasto świata. Tutaj, po wschodniej stronie, razem z towarzyszami spędziliśmy noc w zimnej jaskini, ukrytej w górach. Obudziliśmy się wcześnie rano i, podekscytowani, czekaliśmy na nadejście Armii Obrony Izraela (AOI), której zamierzaliśmy zrobić niespodziankę. Obok mnie leżał na ziemi wspaniały, błyszczący karabin Simonowa z celownikiem teleskopowym. Obserwowałem położoną w dole spokojną wieś al-Karame.

Brudne drogi, wijące się między skromnymi domkami z glinianej cegły, były puste tego poranka 28 marca 1968 roku. Większość z około 40 tysięcy mieszkańców uciekła – nie z powodu ulotek ostrzegawczych, rozrzuconych z izraelskich samolotów dzień wcześniej, ale dlatego, że powiedzieliśmy im, co planowaliśmy uczynić. Teraz wieś była przerażająco cicha. Nie słychać było krzyków osłów w stajniach ani dzieci wołających do matek. Nikt nie mógł widzieć około siedmiu tysięcy wojowników Fatahu, czyli nas, którzy się chowali za kamiennymi murami, pod wiatami, między drzewami daktylowymi i w ogródkach oliwnych. To był nasz komitet powitalny, który miał rozwinąć dla najeźdźców czerwony dywan krwi.

Mając siedemnaście lat, byłem dobrze wyćwiczonym snajperem i teraz czekałem na odpowiedni moment. Byłem gotowy zastrzelić każdego żołnierza izraelskiego, który śmiałby wysunąć głowę z czołgu lub samochodu. Lekki wiaterek poruszał trawą. Bacznie obserwowałem most Allenby – najważniejsze przejście pomiędzy Zachodnim Brzegiem Jordanu, kontrolowanym przez Izrael, a terytorium Jordanii, na której się znajdowaliśmy.

Z pewnością, pierwsze pojazdy konwoju, które znalazły się w polu widzenia, były trudne do zauważenia z powodu koloru ochronnego. Było to wojsko, które dziewięć miesięcy wcześniej upokorzyło Arabów w niesławnej Wojnie Sześciodniowej. Od tego czasu my, Palestyńczycy, nie dawaliśmy im spokoju drobnymi wypadami: tu granat, tam kilkuminutowa strzelanina. A teraz oni postanowili zaatakować nasz obóz ćwiczeniowy w al-Karame. Chcieli jednym zamachem zniszczyć nasz opór, a przy okazji mieli nadzieję schwytać naszego przywódcę, Abu Ammara – Jasera Arafata.

Oni przypuszczali, że większość naszych partyzantów wycofała się, jak wiele razy przedtem, i nie chce stawić im czoła. Nie mieli pojęcia, że przebiegły Arafat tym razem zmienił strategię. Powiedział do nas: „Zrobimy tutaj zasadzkę. Będziemy walczyć z honorem. Cały naród arabski patrzy na nas. Rozbijemy mit o niezwyciężonej AOI!”.

I rzeczywiście, oni nie spodziewali się, że dzisiaj po raz pierwszy zastosujemy nową taktykę: wybuchy samobójcze. Znaleźliśmy ochotników, pragnących w ten sposób stoczyć swoją ostatnią walkę o sprawiedliwość dla Palestyny. Teraz siedzieli oni na dachach, ubrani w masywne kamizelki naładowane materiałami wybuchowymi, czekając na odpowiednią chwilę, by zeskoczyć w dół na ulicę.

Śmiertelna niespodzianka

Warkot silników AOI stawał się coraz bardziej wyraźny. Moje serce zaczęło mocno uderzać. Miałem zadanie, które wymagało ciągłej aktywności. Konwój wrogów dotarł do obrzeży wioski. Wybrałem sobie najbliższy cel, wycelowałem w jego głowę i delikatnie nacisnąłem spust.

Prawie w tej samej chwili zaczęli strzelać nasi towarzysze, ukryci we wsi. Walka wybuchła w jednym momencie, a jej huk był ogłuszający. W tamtych czasach izraelscy żołnierze nie mieli kamizelek kuloodpornych, więc mogliśmy ich ranić i zabijać bez trudu. Prawdziwe piekło rozpętało się tego ranka w al-Karame.

Oczywiście, my również zaczęliśmy ponosić straty. Każdy wojownik Fatahu wie, że to się może zdarzyć. Nikt z nas nie mógł być pewny, że dożyje końca dnia. Byliśmy w pełni gotowi, by ponieść śmierć. Uważaliśmy, że lepiej już nie zobaczyć księżyca, lecz odzyskać honor. Właściwie, takie też jest znaczenie nazwy tej wsi – Karame. Po arabsku słowo to oznacza „honor”, „godność”.

Walka na ulicach wsi szalała w najlepsze, a ja przez cały czas eliminowałem „cele” z mojego wzgórza. Mijały minuty, być może, minęła nawet godzina. Nie mieliśmy żadnych skrupułów: robiliśmy wszystko, by zadać Żydom śmiertelny cios. Nagle potężny wybuch wstrząsnął doliną: to nasze oddziały wysadziły w powietrze most Allenby, odcinając żołnierzom izraelskim możliwość wycofania się. Zostali oni złapani w pułapkę na wschodnim brzegu Jordanu – na naszym brzegu – i musieli walczyć, aż zginą. Uratować ich mógł tylko cud podobny do tego, jaki zdarzył się w czasie zdobycia Jerycha przez Jozuego.

Kilka minut po wybuchu usłyszałem zaniepokojony głos mojego dowódcy, który krzyczał do mnie: „Słyszysz to? Nadlatują helikoptery wojskowe!”. Byłem zbyt zajęty moimi „celami”, by to zauważyć. „Uciekaj z tego wzgórza!” – rozkazał. „Jeśli zostaniesz tu, rozniosą cię w kawałki z powietrza! Zejdź w dół do wsi, gdzie są wszyscy!”.

Zczołgałem się w dół, by dołączyć do walczących towarzyszy. Potyczka zamieniła się w prawdziwą bójkę. Nie było już możliwości użycia broni i wszyscy się tłukli na pięści, noże i nawet kamienie. Zastosowaliśmy techniki karate i judo. Walczące strony tak się wymieszały, że ich helikoptery nie były w stanie odróżnić, do kogo trzeba strzelać. Biłem się, wiedziony wyłącznie instynktem samozachowawczym. Nie było czasu na obmyślenie strategii. Musiałem po prostu uderzyć Izraelczyka, zanim on uderzy mnie.

Mogę twierdzić, że wróg był rozwścieczony z powodu naszej brawury. Oni oczekiwali, że będziemy działać raczej po partyzancku, wycofując się tuż po ataku. Zamiast tego walczyliśmy na śmierć i życie. Wszędzie słyszało się krzyki, tryskała krew, jęczeli ranni i wszyscy potykaliśmy się o wciąż rosnące zwaliska martwych ciał, nie przerywając walki. Spojrzałem na kilka ran na moim ramieniu, ale nie przejąłem się nimi. Adrenalina podskoczyła tak, że nie zwracało się uwagi na jakieś tam rany.

My, bojówkarze Fatahu, byliśmy bardziej mobilni niż żołnierze izraelscy, ponieważ mieliśmy mniej ekwipunku i mogliśmy biec szybciej. Poza tym mieliśmy już zamocowane na karabinach bagnety, gotowe do walki, a Izraelczycy musieli najpierw odpiąć je od pasa, potem przymocować, i dopiero potem podjąć walkę. Czasami oni dosłownie wpadali na nasze bagnety.

Gdy Izraelczycy próbowali zgromadzić się pod osłoną jednego ze swoich czołgów, samobójca obładowany materiałami wybuchowymi, gwoźdźmi i kawałkami metalu skakał z dachu. Następował potężny wybuch, rozrzucający dookoła strzępy ludzkich ciał.

Czasami, kiedy Izraelczykom udawało się zabarykadować w jakimś domu, w ciągu popołudnia zdarzały się chwile przerw w walce. Wtedy szybko zajmowaliśmy dom naprzeciw i zaczynaliśmy ostrzał. Braliśmy szturmem dom za domem.

Mogliśmy się chwalić

Jakoś tak sie stało, że po siedmiu godzinach krwawej walki ogłoszono zawieszenie ognia. Dotychczas nie wiem, kto to zarządził i jak to zostało wykonane. AOI wycofała się i podążała w dół rzeki ku następnemu mostowi, by powrócić na Zachodni Brzeg. Dym unoszący się nad al-Karame zaczął powoli opadać. „Zwyciężyliśmy! Zwyciężyliśmy!” – wołaliśmy, poklepując się nawzajem po plecach. „Przeciwstawiliśmy się Żydom i pobiliśmy ich!”. Tańczyliśmy wokół czterech czołgów AOI, które zniszczyliśmy. Poza tym naszą zdobyczą były trzy półciężarówki, dwa uzbrojone jeepy, a nawet jeden samolot.

To zwycięstwo miało dla nas ogromne symboliczne znaczenie. Udało się nam to, czego nie osiągnęły regularne wojska arabskie już trzykrotnie: w 1948 roku, w 1956 oraz w roku ubiegłym. Jutro napiszą o nas w gazetach! Pokazaliśmy wszystkim, że Palestyńczycy to nie jakiś zaszczuty tłum uchodźców. To odważni ludzie o własnej godności, którym zabrano ich ziemię i którą oni zamierzają odebrać z powrotem.

Ale ja najbardziej byłem przejęty tym, że dowódca przekazał mi zdobyty na Izraelczykach Willys Jeep. Mój własny samochód! Zaprosiłem kilku moich towarzyszy do auta i przejechaliśmy się po wsi.

Nadszedł wieczór, zaczęliśmy liczyć nasze straty. Z mojej ośmioosobowej grupy zostało nas trzech. Chodziliśmy po wsi, zbierając ciała, by je pochować. Opłakiwaliśmy przyjaciół, którzy odeszli na zawsze. Ból głęboko przenikał nasze dusze i przysięgaliśmy, że ich pomścimy.

Im dłużej wykonywaliśmy naszą pracę, tym bardziej docierało do nas, że tego dnia zapłaciliśmy niezwykle wysoką cenę. Naliczyliśmy 128 zabitych, kilkudziesięciu rannych oraz 150 zaginionych. Musieliśmy przyznać, że prawdopodobnie ponieśliśmy większe straty niż AOI. Ale powtarzaliśmy sobie, że było warto. Izraelczycy przybyli z Jerycha, by z nami walczyć, i daliśmy im popalić. W jednej chwili nasza sprawa została przeniesiona na o wiele wyższy poziom niż dotąd.

Nade wszystko jednak ważne było to, iż mogliśmy stanąć z wysoko podniesioną głową przed człowiekiem z kraciastą chustą na głowie, obserwującym całą bitwę ze wzgórza niedaleko miejsca, gdzie byłem wczesnym rankiem. On widział naszą odwagę, naszą determinację, naszą ofiarę. Izraelczycy desperacko pragnęli znaleźć i zabić go tego dnia, ale im się to nie udało. Jaser Arafat był żywy i czuł się dobrze, i szanowaliśmy go bardziej niż kiedykolwiek. Był naszym niekwestionowanym przywódcą.

Wychowanie terrorysty

Być może jestem pierwszym, który się przyznaje do tego, że my, Palestyńczycy, – przynajmniej w USA – nie zdobyliśmy uznania. Tutaj postrzega się nas jako ludzi, którzy wszędzie na świecie wprowadzają zamęt. Jesteśmy znani z tego, że ostrzeliwujemy rakietami spokojne osiedla izraelskie, rekrutujemy samobójców-ochotników, by wysadzali w powietrze autobusy i restauracje, niwecząc proces pokojowy, i że przy tym ciągle narzekamy na restrykcje nakładane na nas w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu. Pewna szanowana firma przeprowadziła w Ameryce sondaż w 2006 roku, który wykazał, że 52% ludzi żywi sympatię wobec Izraela, i tylko 11% – wobec Palestyńczyków. Te liczby prawie się nie zmieniły w ciągu czterdziestu lat, licząc od Wojny Sześciodniowej[1]

Żaden pojedynczy człowiek nie może mówić za wszystkich, a przecież po całym świecie jest rozrzuconych jedenaście milionów Palestyńczyków. Co do mnie, to rzeczywiście robiłem sporo zamieszania na tym etapie mojego życia. Poczucie krzywdy, które powstało w moim sercu w dzieciństwie, znajdowało upust w bójkach szkolnych, kłótniach rodzinnych, starciach z policją – aż w końcu, kiedy miałem niecałe 17 lat, uciekłem z domu, by przyłączyć się do Fatahu, nacjonalistycznej partii Palestyńczyków, a później do wielopartyjnej Organizacji Wyzwolenia Palestyny (OWP). Tam zostałem wyszkolony jako snajper, który miał czekać w ukryciu i zabijać znienacka. Nawet kiedy wyjechałem do Stanów w wieku 23 lat, nienawiść wciąż pałała w moim sercu. Ta książka opowie, jak ten pożar został w końcu ugaszony.

Urodziłem się w namiocie na terenie ohydnego obozu dla uchodźców al-Breidż w Gazie na początku roku 1951. Moi rodzice mieli wcześniej ogród pomarańczowy w Jaffie. Trzy lata przed moimi narodzinami, kiedy ogłoszono niepodległość państwa Izrael, ich wygodne życie przewróciło się do góry nogami. Otrzymali rozkaz opuszczenia swego domu. Arabskie rządy Jordanii, Syrii i Egiptu ogłosiły: „Odsuńcie się! Zejdźcie nam z drogi, by nasze wojska mogły przejść i zepchnąć tych zwariowanych syjonistów do morza”.

Partner handlowy mojego ojca, Żyd, zaproponował mu schronienie i doradzał, by nie działał w pośpiechu. Zapewniał, że nie ma potrzeby uciekać i że będą mogli dalej prowadzić wspólny interes. Ale moi rodzice sądzili, że bezpieczniej będzie usunąć się na bok i odczekać, aż wojna się skończy i można będzie powrócić.

Jednak wojna w roku 1948 przebiegała wbrew przewidywaniom polityków z Kairu, Ammanu i Damaszku. W rzeczywistości, majowy dzień, który Izraelczycy dziś świętują jako Dzień Niepodległości, stał się dla nas tym, co mój naród dotychczas nazywa al-Nakba (po arabsku „katastrofa”). Około 700 tys. Palestyńczyków zostało wysiedlonych, ponad 400 miejscowości zamieszkałych w większości przez Arabów zniszczono. Słowa słynnej Deklaracji Balfoura, ogłoszonej w Wielkiej Brytanii w 1917 roku, która opowiadała się za utworzeniem ojczystego kraju dla narodu żydowskiego pod warunkiem, „że nie zostaną naruszone obywatelskie i religijne prawa mieszkających w Palestynie nie-żydowskich społeczności”, poszły w niepamięć.

Zanim nadszedł rok 1951, rodzina Saada trzy zimy spędziła w namiocie. Zdarzało się, że temperatura w nocy spadała poniżej 4°C. Czy kiedyś będziemy mogli wrócić do domu? Nie było nawet cienia nadziei. Pewnego dnia mój ojciec patrzył na zabłocony krajobraz i nagle zrozumiał, że spadł na niego najbardziej haniebny dla Araba los: brak ziemi. W kulturze arabskiej utrata ziemi oznacza utratę honoru. Wszystkie jego marzenia runęły.

Droga do dalekiego kraju

Miałem zaledwie dwa miesiące, a moja matka dopiero doszła do siebie po porodzie, gdy władze ONZ wcisnęły nas do przepełnionego statku, który miał zawieźć uchodźców do nowego, obcego miejsca, gdzie miało się zacząć nasze nowe życie. Płynęliśmy przez Kanał Sueski, potem Morzem Czerwonym, ponad 1400 kilometrów, aż do położonego na skraju pustyni miasta portowego Dżudda w Arabii Saudyjskiej. Moje najwcześniejsze wspomnienia tego miejsca są związane z wszechobecnym piaskiem, prądem elektrycznym włączanym tylko od czasu do czasu i dotkliwym gorącem, zmuszającym nas do spania na dachu. Ale tutaj mieliśmy przynajmniej skromny dom, a nie namiot. Był zbudowany z cegły i miał trzy pokoje. Tu nauczyłem się chodzić i mówić; podobno dotychczas w mojej mowie pobrzmiewa akcent saudyjski.

Moja babcia, wujowie i inni krewni przybyli tym samym statkiem. Z czasem mężczyźni wspólnie otworzyli niewielki warsztat samochodowy, ponieważ mój ojciec potrafił wykonywać prace blacharskie, a wujowie byli dobrymi mechanikami. W przeszłości, w lepszych czasach, ojciec pracował dla lotnictwa brytyjskiego, naprawiając kadłuby legendarnych myśliwców Spitfire. Teraz mógł wykorzystać swoje umiejętności do naprawy błotników i zderzaków, otrzymywał nawet zlecenia od króla Sauda, który posiadał całą kolekcję luksusowych aut. W tamtych czasach Dżudda była ośrodkiem dyplomatycznym kraju, znajdowało się tu sporo ambasad i urzędów państwowych.

Mimo że nasza rodzina zarabiała w nowym miejscu większe pieniądze, nie czuliśmy się dobrze, ponieważ Saudyjczycy nas nie lubili. Byli nieuprzejmi i prosto w oczy nazywali nas uchodźcami i imigrantami. Szybko – jeszcze zanim poszedłem do szkoły – zrozumiałem, że nas tu nie chcą. W naszych spodniach i koszulach uszytych na zachodnią modłę wyglądaliśmy obco wśród Saudyjczyków noszących tradycyjne długie ubrania. Słyszeliśmy przykre, mijające się z prawdą oskarżenia o to, że sprzedaliśmy Żydom naszą ziemię, czyli nasz honor, by zarobić pieniądze, a teraz przyjechaliśmy tu, by zagarnąć Saudyjczykom ich ziemię. Trudno wymyśleć coś równie fałszywego i nieprawdziwego!

Miejscowa odmiana islamu, nazywana wahabizmem, dla nas również była szokująca. Uważaliśmy siebie za muzułmanów, ale daleko nam było do surowych zwyczajów, przestrzeganych przez miejscowych wyznawców islamu.

Pewnego razu mój ojciec usiłował dokończyć naprawę samochodu króla, któremu zależało na czasie. Aby zdążyć, ojciec pracował w piątek, który jest świętym dniem muzułmanów. Na nieszczęście drzwi garażu były uchylone. Byłem z nim, obserwując, jak pracuje. Nadeszło południe. Z minaretu pobliskiego meczetu rozległo się śpiewne nawoływanie do modlitwy. Ojciec kontynuował pracę.

Nagle cały oddział muttawa (policji religijnej) wpadł z hałasem do warsztatu. Krzyczeli: „Niewierny!”. Zaczęli bić ojca biczami, wykrzykując: „Dlaczego pracujesz zamiast się modlić? Wy, uchodźcy, nie okazujecie żadnego szacunku dla wiary! W tej chwili marsz do meczetu!”. Wypchnęli go na ulice i pędzili do meczetu, uderzając boleśnie biczem. Słyszałem, jak krzyczał z bólu, biegnąc ulicą.

Nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Miałem zaledwie 7 lat, ale próbowałem się wtrącić. Pociągnąłem za ubrania człowieka atakującego mojego ojca. „Nie bij go! Przestań!” – krzyczałem, jednak to nic nie dało.

Do dziś pamiętam, jak wyczerpany i zgnębiony był ojciec, kiedy wrócił do domu z tamtej modlitwy w meczecie. Matka opatrzyła jego rany. Cały czas płakałem. Jak oni mogli zrobić coś takiego uczciwemu pracownikowi, jakim jest mój tata? Czy nic nie znaczy nawet to, że on to robił dla króla?

Przybyliśmy do tego kraju przekonani, że jesteśmy dobrymi muzułmanami. Kilkakrotnie w piątki moja babcia nawet zabierała mnie do Mekki, znajdującej się w odległości zaledwie 80 kilometrów stąd. Jeden z naszych krewnych, taksówkarz, budził nas o trzeciej w nocy, byśmy mogli zdążyć na modlitwę o 4:40, która odbywała się w Wielkim Meczecie, gdzie wokół świętego kamienia Kaaba zbierały się tłumy wiernych. Uwielbiałem te wyjazdy.

Nasza rodzina świętowała wszystkie muzułmańskie święta. Nasi rodzice pościli podczas świętego miesiąca Ramadan. A teraz ci ludzie bili mojego ojca w imię zasad islamu. Nie mogłem tego zrozumieć.

Król bójek

Gdy zdarzało mi się pokłócić z chłopakami w moim wieku, szybko nauczyłem się używać pięści. Wielu miejscowych chłopców było Beduinami i oni w ogóle nie chodzili do szkoły, dlatego że często przenosili się z miejsca na miejsce ze swoimi wielbłądami. Z kolei niektórzy szkolni koledzy należeli do rozległej rodziny królewskiej i w klasie siedziałem obok całej grupy książąt. Nie zagrażali mi, jednak chciało mi się wszcząć bójkę z księciem tak samo, jak z każdym innym chłopcem.

Poczucie zagrożenia stwarzali przede wszystkim sami nauczyciele, ciągle okazując, że my jako dzieci imigrantów nie jesteśmy tutaj mile widziani. Przyznaję się, że byłem trudnym dzieckiem: ściągałem i nawet zmuszałem innych do odrabiania za mnie zadań domowych. Często musiałem kłaść rękę na biurko nauczyciela, by uderzył mnie linijką za karę. Jednak niesprawiedliwość i nierówność w wymierzaniu kar tylko potęgowały moją złość.

Byłem uczniem drugiej klasy, kiedy pewnego dnia razem z palestyńskimi przyjaciółmi kopaliśmy kamień, ponieważ nie mieliśmy piłki. Wtedy nadszedł pewien książę ze swoimi kolegami z Libanu i Syrii – zamierzali nas pobić. Zanim zorientowałem się, co się dzieje, książę przewrócił mnie na ziemię. Ale moi przyjaciele skoczyli mi na ratunek i wkrótce mieliśmy przewagę nad napastnikami. Uderzyłem księcia w twarz i w brzuch.

Oczywiście, krzyki przyciągnęły uwagę nauczyciela i po chwili wszyscy siedzieliśmy w pokoju dyrektora. Udzielił nam wszystkim reprymendy, po czym my, Palestyńczycy, musieliśmy się położyć na podłogę, by otrzymać chłostę na bose stopy. Saudyjskie dzieciaki odeszły bez chłosty. Dyrekcja szkoły bała się ich rodzinnych powiązań.

Tego dnia książę wrócił do domu ze śladami pobicia na twarzy i jego ojciec chciał się dowiedzieć, kto to zrobił. Po usłyszeniu całej historii w wersji swojego syna rozzłoszczony wezwał mojego ojca, by udzielił mu wyjaśnień. W przypływie złości zdjął z głowy opaskę przytrzymującą chustę i zaczął nią bić mojego ojca z krzykiem; „Jeśli twój syn jeszcze raz uderzy księcia, cała twoja rodzina zginie!”.

Mój ojciec wrócił do domu zdenerwowany. Używając mojego oficjalnego imienia, powiedział: „Tajsirze, musisz przestać sprowadzać na nas kłopoty! Przestań się bić! Przez ciebie wszyscy zginiemy!”. Gdy w końcu się uspokoił, dodał: „Nalegam, byś z respektem traktował mieszkańców tego kraju. Oni przyjęli nas. Nawet gdy nas biją, musimy to znosić bez buntu. Musimy być cicho”.

Nie zgadzałem się z tym, zwłaszcza że my, Palestyńczycy, dużo dobrego robiliśmy dla Arabii Saudyjskiej. Byliśmy bardziej wykształceni i lepiej wykwalifikowani niż większość Saudyjczyków w tamtych czasach. Pomagaliśmy budować kraj. Byliśmy lepiej zorganizowani i w większym stopniu dbaliśmy o czystość i porządek. Prawie każdy minister miał w swoim otoczeniu Palestyńczyka, który dbał o wizerunek całego ministerstwa. Dlaczego więc mieliśmy znosić poniżenia i ataki?

Ale milczałem. Gdybyśmy tylko mogli powrócić do Palestyny... Gdyby tylko Żydzi nie ukradli naszej ziemi...

Imamowie, którzy uczyli nas religii w szkole, podburzali nas: „Żydzi odrzucili Allaha. Oni są małpami i świniami – dokładnie tak mówi o nich Koran. Allah nawołuje, byśmy ich zgładzili. Jeśli tego nie zrobimy, oni przyjdą również do Arabii Saudyjskiej i zajmą ten kraj”. Nienawiść wzbierała w moim młodym sercu.

Muszę jednak przyznać, że mój ojciec nie podzielał moich nastrojów. Opowiadał nam o relacjach z Żydami w przeszłości, przed 1948 rokiem, kiedy wszyscy żyli w jeszcze w zgodzie. On nie skarżył się na trudności codziennego życia uchodźcy. Nie narzekał, mimo że wielokrotnie trafiał do więzienia za drobne wykroczenia. Wydawało się, że mu nie przeszkadza to, że nawet zamiatacz ulicy może go obrażać, a jemu nie wolno nic odpowiedzieć. Mnie natomiast to wszystko przyprawiało o gniew.

Opowieści o bin Ladenie

Niesamowite było i to, że mój ojciec potrafił czasami znaleźć nawet coś wesołego wśród wydarzeń swojego życia. Opowiadał nam też o bogatym biznesmenie, który, jak się wydaje, kontrolował większość inwestycji budowlanych w tym kraju. Przybył on z Jemenu, z najbardziej wysuniętego na południe regionu Półwyspu Arabskiego i, zaczynając jako pracownik pomocniczy w porcie, zrobił zawrotną karierę, osiągając obecną potęgę. Często zostawiał w naszym warsztacie samochód do naprawy. Nazywał się Muhammad bin Laden.

„Chcecie usłyszeć, dlaczego on jest taki bogaty?” – zapytał pewnego wieczoru mój ojciec, chichocząc. Pamiętam jego wyjaśnienie: „Parę lat temu Ministerstwo do Spraw Religii dało mu duże zlecenie na wachlarze dla pielgrzymów”. Dżudda jest portem, do którego przybywają setki tysięcy muzułmanów rocznie, odbywając hadż, świętą pielgrzymkę do Mekki.

„Zamówili 50 tysięcy wachlarzy. Bin Laden sprowadził je z fabryki w Sudanie i zażądał od rządu 5 kirszów za sztukę. Ale faktura gdzieś się zagubiła i wówczas nie została zapłacona. Muhammad bin Laden nie naciskał z tym na rząd. Ale niedawno to samo Ministerstwo zamówiło 5 tysięcy elektrycznych wentylatorów w cenie pięć riali każdy (w tamtych czasach rial stanowił 22 kirsze). Kiedy już mieli zapłacić mu ten rachunek, przypadkowo odnalazł się również rachunek poprzedni, lecz był nieco rozmazany z powodu wylanej na niego wody. Więc urzędnicy nie mogli dokładnie przeczytać ceny na tym pierwszym rachunku i stwierdzili, że cena była taka sama, jak na tym drugim. I zapłacili za wachlarze po pięć riali za każdy! A on nic nie powiedział o pomyłce. Pewnie stwierdził, że taka była wola Allaha”.

Inna opowieść dotyczyła budowy nowego pałacu dla króla Sauda. Zespół inżynierów brytyjskich ostrzegł króla, że konstrukcja bin Ladena jest niestabilna i dach może się zawalić. Król wezwał kontrahenta na rozmowę. Powiedział mu: „Tak mówią inżynierowie. Czy to prawda, że twój budynek runie mi na głowę?”. Bin Laden, krzepki, niewysoki człowiek, tylko się uśmiechnął: „Wasza wysokość, proszę dać mi trzy dni. Wtedy coś ci pokażę”.

Po trzech dniach król ze swoimi ludźmi, wraz z zespołem inżynierów, przybył na budowę, przybywszy ze zdumieniem zobaczyli masywną rampę usypaną z ziemi, prowadzącą na dach pałacu. Wtedy pojawił się Muhammad bin Laden nadjeżdżający dużą ciężarówką, naładowaną kamieniami. Pokiwał królowi, wjechał ciężarówką na rampę i dalej aż na dach. Tam wyszedł z kabiny i podskoczył kilka razy na dachu.

„Czy wasza wysokość naprawdę wierzy, że to się zawali?” – krzyknął z góry. Obserwujący go tłum wybuchnął śmiechem – wszyscy z wyjątkiem inżynierów. Król był najwyraźniej zadowolony. Kiedy bin Laden zjechał z dachu, król skinął na swojego skarbnika mówiąc: „Weźcie tę ciężarówkę i napełnijcie srebrnymi rialami dla niego”. A brytyjscy inżynierowie zostali wyrzuceni z kraju.

Mój ojciec podsumował: „Wszyscy słyszeliśmy powiedzenie, że człowiek może być wart tyle złota, ile sam waży. Wydaje się, że król stwierdził, że ten człowiek jest wart tyle srebra, ile mieści jego ciężarówka!”.

Pamiętam, jak pewnego dnia byłem z ojcem w warsztacie, kiedy Muhammad bin Laden przywiózł do naprawy swój samochód. Z nim był mały chłopiec, jeden z wielu jego synów, młodszy ode mnie o pięć, może sześć lat. On nie chodził do mojej szkoły. Wyglądał na bardzo nieśmiałego i stał sam, póki nasi ojcowie załatwiali interes.

Usłyszałem jednak jego imię. Po wielu latach cały świat miał usłyszeć to imię. To był Osama.

Książę i jego auto

Miałem dziesięć lat, kiedy mój ojciec otrzymał chyba najtrudniejsze zadanie w historii istnienia warsztatu. Był to czas hadżu i siostrzeniec szejka rządzącego Katarem postanowił odbyć podróż przez Zatokę Perską. Zamiast polecieć samolotem wpadł na pomysł przejechać Pustynię Arabską swoim sportowym Oldsmobile Cutlass Supreme. Po drodze miał poważny wypadek, ale na szczęście przeżył.

Służący księcia przywieźli go do Dżuddy i on oczywiście opowiedział o swoim nieszczęściu królowi Saudowi. „Kocham ten samochód!” – narzekał. „Nie wiem, co teraz robić”.

„Nie martw się” – powiedział król. „Mam tutaj warsztat, w którym naprawy blacharskie wykonują po prostu świetnie. Jestem pewien, że oni będę w stanie naprawić twoje auto, i będzie jak nowe”.

Mój ojciec otrzymał wskazówki, jak znaleźć porzucony na pustyni samochód. Jak tylko go zobaczył, od razu zrozumiał, że koszty naprawy będą wyższe niż warte było to auto. Prawdę mówiąc, naprawa mogła się okazać niewykonalna.

„Wasza wysokość, – powiedział królowi Saudowi – samochód jest całkowicie zniszczony. Byłoby o wiele lepiej kupić nowy. Ten nadaje się tylko do kasacji”. Jednak książę Kataru nie dawał nic sobie powiedzieć. „Nie, nie! Kocham ten samochód! Napraw go! Mnie nie obchodzi, ile to będzie kosztować!”

Król spojrzał tylko w kierunku mojego ojca i powiedział: „Spróbuj. Zobacz, co się da zrobić”. Mój ojciec westchnął, a następnie zabrał się do roboty. Przez dziesięć dni próbował naprawić szkody, a kiedy odprowadził samochód z powrotem do pałacu, książę był zachwycony. „Wspaniała robota!” – zawołał. „Gdyby nie ślad od papierosa na przednim siedzeniu, nie uwierzyłbym, że to ten sam samochód! Coś niesamowitego!”.

I wtedy padły słowa, których nikt się nie spodziewał: „Chcę, byś pojechał ze mną do Kataru i zajął się wszystkimi moimi samochodami!”.

„Ależ nie, my jesteśmy szczęśliwi tutaj” – odpowiedział mój ojciec. „Król Saud jest dla nas bardzo dobry. Mam dziewięcioro dzieci, mamy tutaj dobre życie”.

Król spojrzał na ojca i wypowiedział zwyczajne zdanie: „Masz moje pozwolenie na wyjazd z nim”.

To oznaczało, że ojciec nie miał wyboru. „Pozwolenie” w rzeczywistości było rozkazem. W ten sposób kilka sekund, w ciągu których monarcha wypowiedział swoje słowa, po raz kolejny przewróciły całe życie naszej rodziny.

Usłyszawszy o tym, wpadłem we wściekłość. Za kogo oni nas mają – za jakieś pionki na szachownicy, które można ot tak sobie popychać, przestawiać? Dlaczego król Saud robi takie okropne rzeczy? Interes mojego ojca kwitł. Wprawdzie nie czułem się w Arabii Saudyjskiej jak w domu, ale w końcu miałem kilku przyjaciół. Wydawało mi się, że moje życie zostanie zniszczone.

„Najpierw poniżają nas, nazywając uchodźcami, – myślałem sobie – a teraz chcą z nas zrobić włóczęgów. Dlaczego nie zostawią nas w spokoju?”.

Kilka dni później mój ojciec ładował nasze rzeczy na ciężarówkę, która miała je zawieźć na nowe miejsce – 1300 km stąd na wschód. Płakałem, nawet szlochałem na głos. Za plecami ojca zacząłem wyjmować bagaże i skrzynki z ciężarówki. Poczucie krzywdy kłębiło się w mojej piersi.

Ojciec popatrzył na mnie smutnymi, pustymi oczami. Nie mówiąc ani słowa, odsunął mnie na bok i zaczął ładować rzeczy z powrotem na ciężarówkę. Ponieważ znowu chciałem je wyjmować, powiedział: „Tajsirze, przestań! Nikt z nas nie chce jechać. Ale musimy być posłuszni”. Był zrezygnowany i uległ zrządzeniom losu. Poddałem się i ja, nie chcąc zadawać temu wspaniałemu człowiekowi jeszcze większego bólu.

[1] R. Ruby, A Six-Day War: Its Aftermath in American Public Opinion, “Pew Forum on Religion & Public Life”, 30 maja 2007, http://pewforum.org/docs/?DocID=218. Ciekawe, że w krajach Europy i Azji wyniki sondaży są zupełnie inne. Na przykład (pierwsza cyfra dotyczy odsetek ludzi o sympatii względem Izraelczyków, a druga względem Palestyńczyków), Wielka Brytania 24/29, Francja 38/38, Hiszpania 9/32, Indie 20/22.