Byłaś serca biciem, czyli przypadki pewnego literata - Zbigniew Książek - ebook

Byłaś serca biciem, czyli przypadki pewnego literata ebook

Zbigniew Książek

0,0

Opis

Nie spodziewajcie się ani zwyczajnej autobiografii, ani fikcji literackiej. Zbigniew Książek, ale nie taki całkiem prawdziwy, bohater tej książki, to postać groteskowa i przerysowana.

Mamy opowieść autobiograficzną z kluczem do znanych postaci ze światka polskiego show-biznesu. Przewijają się w niej aktorzy, reżyserzy, muzycy, kompozytorzy. Bohater kursuje między rodzinnym Krakowem, niezbyt lubianą Warszawą i ukochaną Warmią, gdzie odpoczywa od świata. Jak wielu rodaków w latach 80. i na początku 90., jeździ na Zachód za chlebem. Odwiedził Anglię, spędził kilka miesięcy w Stanach Zjednoczonych, gdzie próbuje swoich sił jako robotnik budowlany, barman i literat w polonijnym czasopiśmie. Po przełomie próbuje odnaleźć się w nowej kapitalistycznej rzeczywistości.

Młodość i duża część dorosłego życia przypadła na lata PRL-u. Wtedy stawiał pierwsze kroki w artystycznym światku, zmagał się z cenzurą.  

Sukces w końcu przychodzi. Świadczy o tym dziewięć złotych płyt, które ma na koncie. Bohater stawia sobie jednak najważniejsze pytanie. Czym właściwie jest sukces? Jakie ma znaczenie? Pieniądze? Sława? Spełnione życie? Udane życie rodzinne? A może po prostu oglądanie pięknych krajobrazów Warmii z łódki na środku jeziora?


Opowieść rozgrywa się równolegle w kilku planach czasowych – czasy młodości (nastolatek, student), dorosłe życie w PRL-u, wyjazd do USA, lata 90. w Polsce, w końcu koncert galowy w Sali Kongresowej z okazji odebrania dziewiątej złotej płyty.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 302

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0

Popularność




Projekt okładki: Maciej Książek

Redakcja:Marek Władyka

Redaktor prowadzący: Małgorzata Burakiewicz

Redakcja techniczna: Robert Fritzkowski

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:zespół

Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i absolutnie przypadkowe.

© by Zbigniew Książek

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2016

ISBN 978-83-287-0475-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2016

Niedawno Warszawa, Sala Kongresowa Godz. 17.45

Płyta nazywała się Opisanie świata, a w rzeczywistości były to dwa krążki w jednej okładce. Tworzyliśmy ją z kompozytorem Piotrem przez pół roku, a po dwóch tygodniach od pojawienia się w sklepach uzyskała status złotej płyty. Była to już dziewiąta złota płyta w mojej kolekcji autora tekstów. Miała zostać nam wręczona po koncercie w Sali Kongresowej w Warszawie. Do stolicy pojechałem z żoną moją Wandą, synem Maciejem Kazimierzem Augustynem, studentem filozofii i jego koleżanką Pauliną, przypadkowo także studentką filozofii.

Niestety, moja czarna marynarka, mówiąc otwarcie, moja jedyna marynarka, w przedziwny sposób zmalała i nie dawała się nijak zapiąć. Moja czarna koszula najprawdopodobniej też skurczyła się w praniu, więc wygłosiłem zjadliwy wykład na temat tego, jak należy prać koszule, a żona moja Wanda wygłosiła jeszcze bardziej zjadliwy wykład na temat obżerania się po nocach chlebem i gulaszem angielskim z puszki. Obie przemowy sprawiły, że w samochodzie zapanował przenikliwy, bolesny wręcz ziąb, schładzany z każdą upływającą chwilą zaciętą ciszą.

Syn milczał. Wiedział, że lepiej się w takich sytuacjach nie odzywać, by nie ściągnąć na siebie burzy z gradobiciem.

Pola, jego koleżanka, wcisnęła swoje drobne ciałko w kąt siedzenia i też milczała, bo jak się potem okazało, wykombinowała sobie, że to z jej powodu nikt nic nie mówi.

W tej jakże miłej atmosferze podróż z Krakowa do Warszawy minęła dosyć szybko.

Nie lubię prowadzić samochodu, a w Warszawie to wręcz nienawidzę. Nienawidzę, bo przed dwudziestu laty jechałem na Mazury i w Warszawie trafiłem na rondo obok okrągłego banku i wysokiego hotelu. Po szóstym okrążeniu milicjant, który z nieukrywaną pogardą przyglądał się naszemu małemu fiacikowi, zatrzymał ruch na rondzie, podszedł do mnie spokojnym krokiem i grzecznie zapytał:

– Czy mógłbyś, ćwoku, wypierdalać z tego ronda, bo za chwilę zatrzymasz ruch w całej Warszawie?!

Ponieważ dziesiątki klaksonów potwierdzały dezaprobatę milicjanta, wyrwałem się z tego piekła jazdy w kółko i z gracją, otarłszy się drzwiami o autobus MZK, wypierdoliłem, za przeproszeniem, na Augustów. Było, minęło. Niechęć do jeżdżenia po Warszawie została.

Tym razem miałem wjechać na dziedziniec Pałacu Kultury i Nauki, „od tyłu”, jak mi wyjaśniła mama Piotrka. Nie powiedziała, gdzie jest tył pałacu, nie powiedziała, gdzie skręcić, nie powiedziała, że będą szlaban i wredny strażnik. Czułem powracający sprzed lat koszmar ronda. Trzykrotnie objechałem pałac i poddałem się. Wysiadłem z samochodu, wziąłem głęboki wdech, a potem drugi i trzeci. W tym czasie żona moja Wanda usiadła na miejscu kierowcy, a kiedy ja umościłem się w fotelu pasażera, wjechała na dziedziniec pałacu. Było to tak bolesne upokorzenie, że trzęsącymi się rękami wepchnąłem do ust dwie tabletki środków uspokajających i połknąłem je bez popicia.

– Nie ma państwa na liście – oznajmił strażnik, wertując listę.

– To naucz się, baranie, czytać! – ryknąłem.

Wyskoczyłem z samochodu, wyrwałem mu listę i pokazałem palcem moje nazwisko i numer rejestracyjny.

– Co za chamy z Krakowa! – usłyszałem jeszcze za sobą, ale syn wraz z łkającą koleżanką Pauliną zdołali wciągnąć mnie do samochodu i unieruchomić pasami bezpieczeństwa.

Dotarliśmy więc do Kongresowej na wręczenie złotej płyty.

Dosyć dawno temu Kraków–Warszawa–Nowy Jork Godz. 7.20

Szwagier mój Ryszard i żona moja Wanda wpadli na pomysł, by wysłać mnie do Stanów Zjednoczonych. Szwagier pracował w amerykańskiej linii lotniczej, więc załatwił bilet za trzysta dolarów, małżonka była zatrudniona w bibliotece, więc pożyczyła mi na drogę książkę o Ameryce, i tak wstąpiłem na szlak pogoni za chlebem i kolorowym telewizorem. Byłem ubogim, a do tego leniwym i nieodpowiedzialnym literatem. Wszyscy znajomi szwagra i żony mieli zwyczajne zawody, więc zarabiali dużo, dużo więcej ode mnie. Nie miałem ani swojego mieszkania, ani kolorowego telewizora, ani samochodu, ani wielu innych rzeczy, które miał szwagier mój Ryszard. Jedynym sposobem na to, by przestali mną pomiatać, było wyrażenie zgody na ten idiotyczny wyjazd. Spakowałem walizki, zakupiłem litr wódki i karton papierosów, zająłem miejsce w ekspresie z Krakowa do Warszawy i, jak mi przykazano, powtarzałem angielskie słówka. Najlepiej poszło ze słówkami, ponieważ znałem ich tak niewiele, że zanim pociąg minął rogatki Krakowa, zdołałem je powtórzyć ze trzy razy.

Na lotnisku Okęcie zjawiłem się na stanowisku linii lotniczej szwagra. Jako jeden z pierwszych pasażerów zameldowałem się u wyjątkowo niesympatycznego facecika, a ten z niekłamaną satysfakcją poinformował mnie, że mam bilet typu S9, czyli dla rodzin pracowników linii, i dopiero wtedy wejdę na pokład samolotu, kiedy już nikt inny nie będzie chciał lecieć. Powiedział jeszcze, że, jak na razie, to wszyscy chcą, ale mogę czekać. Z jednej strony ucieszyłem się, bo wyobraziłem sobie miny szwagra mojego Ryszarda i żony mojej Wandy. Poza tym miałem butelkę wódki, a dawno już nie byłem u moich znajomych w Warszawie. Z drugiej strony nie ucieszyłem się, bo wiedziałem, że prędzej czy później zmuszą mnie do tego lotu, więc lepiej lecieć prędzej, by szybciej wrócić.

Takie mniej więcej myśli kłębiły się w mojej niewyspanej głowie, a pasażerowie ze zwykłymi biletami, jeden po drugim, hopsa za barierkę. Ja wciąż przed nią i niesympatycznym, delikatnie mówiąc, facecikiem. Naraz go odwołali, a jego miejsce zajęła elegancka, sympatyczna babeczka.

– Pan na coś czeka? – spytała.

– Czekam na miejsce.

– A czy ma pan bilet? – uśmiechnęła się w taki sposób, że ewentualnie byłoby po co zostać w tej Warszawie.

– Mam bilet, ale to prezent od szwagra, więc on jest jakiś złośliwy – zażartowałem i uśmiechnąłem się najzalotniej, jak tylko potrafiłem.

Najwidoczniej źle to zrozumiała, bo obejrzała ten mój S9 i wyrwała z niego jedną kartkę.

– Życzymy miłego pobytu w Stanach Zjednoczonych.

Pomyślałem sobie, że choć z pozoru miła, to najprawdopodobniej jest znajomą szwagra mojego Ryszarda, że oto koniec spokoju, pisania, wódeczek z przyjaciółmi, chodzenia na ryby, a i niewykluczone, że życia. Szwagier podczas ostatniej rozmowy nie omieszkał mnie poinformować, jak często samoloty spadają, dlaczego spadają i jaki procent pasażerów uchodzi z życiem z katastrof lotniczych. Ani razu nie wygrałem w totolotka, ani razu nie wygrałem na loterii fantowej, ani razu nie znalazłem portfela z pieniędzmi, więc nie miałem najmniejszych wątpliwości, że w tym nikłym procencie ocalałych się nie zmieszczę. To ostatnie pomyślałem w chwili, kiedy samolot oderwał się od ziemi i uniósł mnie w nieznane.

Oczywiście nie dostałem miejsca przy oknie, siedziałem najbliżej toalety i do mnie pierwszego stewardesa zaczęła gadać coś po angielsku, więc natychmiast zamknąłem oczy i udałem, że śpię. W taki oto sposób nie dostałem soku, choć wszyscy inni dostali.

Po mojej lewej siedział jurny czterdziestolatek, dalej jego cycata i udziasta czterdziestka. Gadali. Ja odmawiałem różaniec. Usiłowałem sobie przypomnieć, ile lat temu pływałem w morzu. Układałem sobie w głowie zdanie po angielsku, które po polsku brzmiało: „Czy mogę dostać sok za darmo?”. Przypomniałem sobie, jak jest „sok” oraz jak jest „czy mogę”, ale nie mogłem ustalić, jak jest „za darmo”. Niewykluczone, że w ciągu tych dziewięciu czy dziesięciu godzin lotu w końcu odgrzebałbym te słówka w pamięci, gdyby nie ten jurny po lewej.

– Czy, za przeproszeniem, ksiądz by nie łyknął? – zaproponował, patrząc na mnie.

Ki diabeł?! – pomyślałem. Do kogo on gada? Zeza ma czy co?

– Pan do mnie, za przeproszeniem? – zapytałem.

– Przepraszam księdza, że się ośmieliłem…

– Nie ma pan za co przepraszać, bo ja nie jestem księdzem.

– No, bo ten różaniec.

– Codziennie odmawiam – skłamałem.

Co będę opowiadał facetowi o szwagrze i katastrofach lotniczych.

– To co? Po małym?

– Skoro pan tak uprzejmy, to chętnie – przełknąłem ślinę.

– Popitkę by trzeba – powiedział, schylając się i wyciągając z podręcznego bagażu butelkę żytniej.

– Tak, bez popitki się nie da – przytaknąłem, myśląc z przerażeniem o moim angielskim tłumaczeniu prośby o sok.

– To zagadaj pan – zarządził i podobał mi się już mniej niż przed chwilą.

– Jasne.

Ledwie się rozejrzałem, udając, że szukam stewardesy, ta stała już przy mnie i pytała po angielsku, w czym może pomóc.

Ja ją zrozumiałem. Wiedziałem, w czym ona mogła mi pomóc, ale ona nie wiedziała, że ja nie wiedziałem, jak to wyrazić.

– Trzy soki proszę – zagadałem po angielsku, udając, że się nie czerwienię.

– Z lodem? – zapytała po polsku.

– Z lodem – odpowiedziałem po polsku.

– Smyrasz pan po angielsku, że ho-ho! – stwierdził z niekłamanym podziwem jurny.

– A my ni w ząb! – oznajmiła jego partnerka.

– Ano, tego… Uczyło się trochę, ale nie wszystko jeszcze łapię – zabezpieczyłem się na wszelki wypadek.

– No to, żebyśmy dolecieli – powiedział, bo stewardesa przyniosła soki.

Żeby go pokręciło, bo już prawie zapomniałem o tych katastrofach.

Wypiliśmy. I na drugą nóżkę też. Po pierwszej flaszeczce poszła druga, a potem zaczęły się różne opowieści. Na koniec zjawił się sen. Ocknąłem się, gdy podali obiad. Znów zasnąłem. Lot był wspaniały i przez chwilę byłem nawet zadowolony, że mnie przymusili do wyjazdu.

Dosyć dawno temu Nowy Jork–Chicago 5 pm

Zapiąć pasy! Znów strach! Lądowanie! Kara musi być za tę chwilę błogości! To nie było CHICAGO, a NEW YORK! Szwagier nie wyjaśnił mi, że będzie przesiadka.

Lotnisko wielkie! Niczego nie zrozumiałem z tablic informacyjnych. Szedłem za wszystkimi. Stanąłem w kolejce. Czekałem. Usłyszałem, jak ktoś mówi po polsku, że bagaże trzeba zanieść na inną taśmę, że ludzie z obsługi zawiozą nas do samolotu. Ruszyłem za tymi obznajomionymi. Pociłem się z przerażenia. O szwagrze moim Ryszardzie myślałem słowami, których nie sposób przenieść na papier.

– Chicago? – spytała Murzynka stojąca przy właściwej taśmie.

– Chicago – odpowiedziałem, zastanawiając się, czy już mówię po angielsku, czy jeszcze po polsku, i biorąc kartki z numerami moich bagaży, pognałem za tymi zorientowanymi.

Wstydziłem się zapytać, gdzie tak pędziliśmy korytarzami, więc pozostało mi jedynie nie stracić ich z oczu i wierzyć, że wiedzieli, dokąd zmierzają. Wyhamowali przy stanowisku czterdziestym pierwszym, gdzie jak byk było napisane: „CHICAGO. Piąta trzydzieści”, po naszemu – siedemnasta trzydzieści. Miałem godzinę do wylotu. Wszyscy usiedli, więc i ja usiadłem. Ktoś zapalił papierosa, więc i ja zapaliłem. Rozluźniłem się. Podeszwą buta przyciskałem rączkę torby, czyli mojego bagażu podręcznego. Szwagier mówił, że kradną i żeby tak robić. Drugi papieros. Trzeci. Napiłbym się piwa, ale wolałem nie ryzykować. Czekałem. Inni też nie ryzykowali, czekali.

W Nowym Jorku się jest! Na samolot do Chicago się czeka! Wielki świat! – pomyślałem z satysfakcją i już nie taki nienawistny był mi szwagier mój Ryszard.

Elegancka babeczka z obsługi stanęła za ladą i powiedziała coś przez mikrofon. Usłyszałem „Chicago”, więc zerwałem się i pierwszy stanąłem przed tą ladą. Podałem jej bilet. Uśmiechałem się radośnie, po amerykańsku. Zgasł mi uśmiech na twarzy, kiedy ona na ten mój bilet patrzyła i patrzyła, i sprawdzała w komputerze, i kręciła przecząco głową, i mówiła coś, czego nie rozumiałem. Zagadałem po angielsku, że nie mówię po angielsku, a ona pokazała mi palcem S9 na bilecie i powiedziała, żeby czekać, co akurat zrozumiałem, bo słowo czekać miałem powtórzone.

Krew odpływała mi z mózgu i spływała najwyraźniej do nóg, bo uginały mi się kolana i ledwo udało mi się dojść do ławki i drżącą ręką zapalić papierosa.

Polecę czy nie polecę? Jak polecę, to nie uduszę szwagra Ryszarda po powrocie do kraju. Jak nie polecę, to zostanę na lotnisku. Nikogo w Nowym Jorku nie znałem. Moje bagaże były już w samolocie do Chicago. Jak jest po angielsku „bagaż”? Jak jest po angielsku „szwagier”? Help! I need somebody.

„Mam na imię Zbyszek. Obrazek wisi na ścianie. Czy twój pies jest żółty? Jaki jest twój ulubiony kolor?” – nic z tego, czego nauczyłem się na lektoracie z języka angielskiego na studiach, nie pasowało do sytuacji.

„Z jakiego kraju pochodzisz?”. Co ja tę babę z obsługi będę pytał, skąd ona pochodzi, jak ona pochodzi z Ameryki. „Czy twój ojciec pali papierosy? Parasol leży na stole…”. Jezu Chryste! Zamorduję tego szwagra!

Wszyscy, którzy mieli wsiąść, już wsiedli. Jeszcze raz pokazałem mój bilet. Powiedziała, że przepraszają, żebym spróbował jutro o tej samej porze. Z nerwów zacząłem co nieco rozumieć. Zapisała mi na kartce nazwę innego lotniska i godzinę odlotu samolotu do Chicago. LaGuardia. Ładna nazwa – pomyślałem, bo ze zdenerwowania zaczynało mi się już mieszać w głowie. American Airlines. Inna linia, znaczyło. Nieważne, byle dolecieć.

Usiłowałem znaleźć wyjście z lotniska. Zajęło mi to zaledwie czterdzieści minut. W jednej dłoni ściskałem rączkę torby, no bo kradną, w drugiej kartkę z nazwą lotniska. Pokazałem stojącemu przy wejściu bagażowemu, czy kim on tam był, moją kartkę i powtarzałem po angielsku, że nie mówię po angielsku. Chyba zrozumiał. Za to ja nie zrozumiałem nic. Powtarzałem, że nie mówię po angielsku. Widać, zacząłem łapać akcent amerykański, bo kiwnął na mnie ręką, doprowadził do stojącego autobusu, zaszwargotał do kierowcy, kierowca przytaknął, ja wsiadłem i ruszyliśmy. Jechaliśmy i jechaliśmy, a ja co jakiś czas zrywałem się, podchodziłem do kierowcy, a on kręcił przecząco głową. Wreszcie na którymś przystanku kręcił na mnie palcem i tym samym palcem pokazał napis „American Airlines”. Wysiadłem. Zapaliłem. Wypaliłem. Ruszyłem do pani w okienku. Była miła, ładna i grzeczna. Chyba grzeczna, bo nic nie rozumiałem z tego, co gadała. Jeszcze raz zaczęła od początku, wolno, tłumacząc bardziej gestami niż mową ludzką. Zrozumiałem więc, że, po pierwsze, to jest bilet na inną linię lotniczą i tylko tą linią mogę lecieć, po drugie, to jest S9, czyli oni nie mogą zrobić grzeczności linii lotniczej mojego szwagra i mnie zabrać, a po trzecie, mają wolne miejsca na lot o dziewiętnastej, pod warunkiem że mam pieniądze na bilet, który kosztuje trzysta czterdzieści dolarów. Pokazałem mój cały szmal, czyli szwagrowe dwieście dolarów, a ona powiedziała: „Przykro mi”. Mnie też było przykro.

Stałem przed budynkiem portu lotniczego i usiłowałem uporządkować to wszystko, co kłębiło mi się w mózgu. Po pierwsze, skończyły mi się papierosy. Po drugie, nie podobała mi się ta zabawa i chciałem do domu. Po trzecie, dlaczego mi to zrobił szwagier mój Ryszard. Po czwarte, nikt mi tu nie pomoże. Po piąte, trzeba wracać na lotnisko Kennedy’ego, bo tam była linia lotnicza szwagra i tylko stamtąd miałem szansę jutro polecieć. Po szóste, trzeba zadzwonić do Chicago do Zofii, przyjaciółki mojej żony, która ze szwagrem moim Ryszardem i z żoną moją Wandą uknuła spisek na moje życie.

Nagle spłynęło na mnie natchnienie, doznałem olśnienia! Wódkę wsadziłem do bagażu, ale karton papierosów, wbrew instrukcji szwagra, miałem w torbie, którą taszczyłem ze sobą. Były papierosy! Dwadzieścia pięć paczek caro! To już coś. Paliłem jednego za drugim. Po sześciu papierosach dojrzała we mnie decyzja, by pójść na przystanek autobusowy. Zagadałem do czekającego na transport Murzyna.

– Lotnisko Kennedy’ego, ja chcę. Czy tu? – wydukałem po angielsku.

– Nie. Tu lotnisko LaGuardia.

– Wiem – powiedziałem. – Ja szukać lotnisko Kennedy’ego. Autobus tutaj?

– Tutaj – spojrzał na mnie uważnie, bo tak bardzo chciałem, żeby mnie zrozumiał, że zacząłem krzyczeć.

– Dziękuję! – wydarłem się po polsku i zapaliłem następnego papierosa.

Wargi gorzkie od nikotyny, z oddechem coraz trudniej, ale kara musi być. Nadjechał autobus.

– Lotnisko Kennedy’ego? – spytałem kierowcy.

– Nie. LaGuardia.

– Wiem, że LaGuardia! – ryknąłem. – Szukam lotnisko Kennedy’ego. Autobus, tak?!

Kiwnął głową z wahaniem. Wsiadłem. Jechałem dosyć długo. Dojechałem. Wysiadłem. Byłem w punkcie wyjścia. Nowy Jork, lotnisko Kennedy’ego.

Teraz już wiedziałem, dlaczego szwagra mojego Ryszarda przyjęli do pracy w tej cholernej linii. Bo jest taki sam jak oni. I szwagier, i ta linia chcieli mnie wykończyć.

Znalazłem aparat telefoniczny. Wykręciłem kierunkowy trzysta dwanaście i numer Zofii. Odezwał się głos po angielsku, więc odwiesiłem słuchawkę. Przemyślnie nie wrzuciłem żadnych pieniędzy do automatu telefonicznego. Czułem, że coś jest nie tak. Za drugim razem to samo. Rozglądałem się, czy przypadkiem ktoś patrzy. Niestety. Policjant patrzył, i to na mnie. Teraz to już nie był wstyd, że nie umiałem posługiwać się telefonem, ale strach, że ten policjant o coś mnie podejrzewa. W Polsce miałem to samo. Wystarczyło, że uważniej popatrzył na mnie milicjant, a ja już czułem się winny. Policjant, Azjata, wciąż się przyglądał. Miał przy sobie broń. Udawałem, że nie patrzę na niego. Nie było dobrze. Powiedzmy, że odszedłbym, udając, że już zadzwoniłem, ale on widział, że nie zadzwoniłem, więc mógł pomyśleć, że coś kombinuję. A jak zapyta, co robię, to co mu odpowiem? I co ja z tego zrozumiem? Nie miałem innego wyjścia, jak tylko podejść do niego i powiedzieć, co i jak. Podszedłem. Dukałem. Wrócił ze mną do automatu. Pokazał. Napisał na kartce, jakie cyfry po kolei należy wykręcić, żeby dodzwonić się do Chicago. Wyciągnął z kieszeni monety i pokazał, ile mam wrzucić. Ludzka władza. Mimo że się nie uśmiechał, ogarnęło mnie nagle pragnienie, by rzucić się na szyję mojemu skośnookiemu bratu, wypić z nim flaszkę, pogadać o dalekim Krakowie, ale odezwała się jego radiostacja, znaczy był w robocie, i musiał już iść.

Mimo że była to dopiero moja czwarta godzina w Nowym Jorku, to wstydu najadłem się już tyle, co w Polsce w ciągu czterech najczarniejszych lat. Kara musi być.

Usiłowałem rozmienić pieniądze. W kiosku z gazetami nie chcieli. Nawet nie starałem się zrozumieć. Od razu dałem inny banknot jednodolarowy. Skoro to pieniądze od szwagra mojego Ryszarda, to niewykluczone, że były fałszywe. Innego banknotu też nie chcieli rozmienić. Zakładałem dwie możliwości – albo wszystkie moje pieniądze były fałszywe, albo czarna siostra sprzedająca gazety należała ze szwagrem do spisku. Przy następnym kiosku z gazetami biała amerykańska siostra sprzedająca gazety zachowała się identycznie, więc odczułem ulgę, bo jakże ja, humanista, przypuszczać mógłbym, że w najbardziej wolnym z krajów biali byli dyskryminowani.

Siedziałem na ławce, przy której stała popielniczka i ćmiłem caro. Nadeszła pora, by ruszyć głową. Wszak jestem Europejczykiem! Wszak jestem, jak mnie uczono, absolwentem jednego z najbardziej liczących się w świecie uniwersytetów! Siedząca obok kobieta pociągnęła nosem, raz i drugi, niuchnęła, rozejrzała się. Dlaczego się rozglądała? Może śmierdziałem? Ona czarna, ja biały. Czytałem, że czarnych drażni zapach białych. Spojrzała na mnie, na mojego papierosa, pokręciła głową z dezaprobatą, wstała, przesiadła się na sąsiednią ławkę. Pewnie niepaląca. Jednak nie to, bo swojego papierosa wyciągnęła i zapaliła, i znowu na mnie popatrzyła z dezaprobatą. Co jest? Facet siedzący za moimi plecami coś do mnie powiedział. Biały. Odwróciłem się i wyjaśniłem, że nie mówię po angielsku. A on znowu coś. I znowu powtarzał słowo drag i też się przesiadł. Co to jest drag? Na pewno to już słyszałem. Szlag z nimi, musiałem coś wymyślić, żeby rozmienić pieniądze. Tak! Teraz już miałem ich w saku! Musieli mi rozmienić!

Odnalazłem bar, wziąłem piwo, poszedłem do kasy. Piwo kosztowało trzy dolary, a ja kasjerce dałem dychę! Genialnie proste! Musieli mi wydać. Dostałem banknoty. Tłumaczyłem, że telefon, że rozmienić. Najprawdopodobniej nie po uniwersytecie, ale pojęła. Wypiłem piwo. Poczułem, że zaczynam rozumieć Amerykę. Trzeba myśleć i działać.

Szukałem ustronnego miejsca z automatem telefonicznym. Znalazłem. Obok schodów. Cztery kabiny z ławeczkami. To było to. Wcisnąłem torbę w kąt kabiny, żeby nogą nie musieć przyciskać i móc dzwonić na luzie. Wykręciłem numery po kolei, wrzucałem monety jedna za drugą, był sygnał. Odezwał się głos po angielsku. Powiedziałem, że to ja, że chcę rozmawiać z Zofią. Głos ucichł, pisnęło coś i cisza. Odwiesiłem słuchawkę. Jak to było na amerykańskich filmach? Maszyna rejestrująca rozmowy pod nieobecność właściciela! Oczywiście. Przecież Zofia czekała na mnie na lotnisku w Chicago! Przecież musiała mieć czas, żeby dojechać do domu. Przecież… Ciarki mi przebiegły po krzyżu… Przecież moje dwie walizki poleciały do Chicago! Przecież ja miałem karteczki z numerami bagaży! Przecież w tych walizkach były wszystkie ubrania, jakie w ogóle miałem, a nie było tego zbyt wiele. Trudno. Mosty spalone. Straciłem wszystko prócz tej torby podręcznej, w której wiozłem upominki dla Zofii, papierosy i przesyłki dla znajomych żony mojej Wandy i szwagra mojego Ryszarda.

Trudno. Miałem jeszcze sto dziewięćdziesiąt dolarów, trochę bilonu i przygasającą z każdą godziną wolę walki. Słyszałem o takich, którzy zaczynali życie w Ameryce z mniejszym kapitałem. Dochodziła dwudziesta druga. Chciałem zadzwonić jeszcze raz za pół godziny. Teraz szukałem toalety, o której marzyłem od pięciu godzin. Potem miałem zamiar gdzieś usiąść i poczytać książkę o Ameryce, i znów zadzwonić. Miałem plan. Wiedziałem, co robić.

Książka była o tym, jak przejechać całą Amerykę za sto dolarów. Albo pisał ją jakiś kretyn, albo był w innym kraju niż ten, w którym ja teraz się znalazłem. Zamiast mnie uspokoić, książka doprowadziła mnie do takiej pasji, że sięgnąłem po papierosa, i w tej samej chwili przypomniałem sobie, że słowo drag znaczy narkotyk. Czyli moje caro pachniały jak narkotyki! Niech pachną! Innych nie miałem, a pieniędzy wydawać nie mogłem, bo nie wiedziałem, co się jeszcze może przydarzyć. Najważniejsze, by tego portu lotniczego nie zamykali na noc. Ludzi było coraz mniej, ale nie wyglądało na to, by mieli zamykać.

Przyszło mi do głowy, że, teoretycznie, istniała szansa znalezienia tu kogoś, kto mówi po polsku. Przygotowałem sobie pytanie po angielsku, że szukam kogoś, kto mówi po polsku, i ruszyłem dziarsko do pani za ladą. Powiedziałem, co miałem powiedzieć, ona kiwnęła głową, że zrozumiała i gdzieś zadzwoniła. Dzwoniła pod różne numery, aż w końcu oznajmiła, że jest jej przykro. Zakładałem to, więc rozczarowanie było minimalne. Znów więc do telefonu. Na obudowie automatu zapisano numer, a na filmach widziałem, że tutaj można zadzwonić do budki telefonicznej. Wrzuciłem pieniądze, zaczekałem, aż skończy się tekst wygłaszany przez maszynę.

– Przy telefonie Zbyszek. Jestem na lotnisku w Nowym Jorku. Nie zabrali mnie. Numer automatu, przy którym jestem, jest taki a taki. Bagaże odfrunęły. Następny lot jutro o siedemnastej. Nie wiem, co mam robić. Moje papierosy to narkotyki…

Nie zdążyłem krzyknąć „Ratunku!”, bo głos po angielsku zaczął się domagać dalszych inwestycji dolarowych, a co ważnego miałem do powiedzenia, to powiedziałem.

Jak na złość, do telefonów utworzyła się kolejka. Wszystkie automaty były zajęte. Wyciągnąłem notes, w którym, oczywiście, jedynym amerykańskim adresem był ten Zofii. Udawałem, że szukam w nim czegoś. Ile można szukać czegoś, czego nie można znaleźć? Wziąłem torbę i zwolniłem kabinę. A potem przez dwadzieścia minut patrzyłem z nienawiścią na roześmianego młodziana, który najprawdopodobniej pieprzył o jakichś głupotach. Ledwie odłożył słuchawkę, a ja bezceremonialnie wpakowałem się do środka. Jak Ameryka to Ameryka. Żadnego bawienia się w grzeczności. Ja i ten automat to coś więcej niż człowiek i maszyna! Ten automat i ja to już prawie miłość, pełna niepewności, nadziei i oczekiwania. Boże, ja bredziłem! Najprawdopodobniej z głodu.

Mój automat zadzwonił, więc poderwałem się i w pierwszym odruchu chciałem wyskoczyć z tej kabiny i uciec. Zostałem. Podniosłem słuchawkę.

– Halo!

– Zbyszek?

– Zbyszek! Zofia?

– Nie. Krystyna.

– A gdzie Zofia?

– Zofia na lotnisku, a ja z nią mieszkam.

– Aha – powiedziałem. – Cieszę się, że do mnie zadzwoniłaś.

– No i co teraz? – spytała.

– No, nie wiem. Może trochę sobie porozmawiamy – powiedziałem i poczułem, że łzy wdzięczności napływają mi do oczu, że budzi się we mnie nieznane do tej pory wzruszenie, że rośnie we mnie miłość do tej Krystyny, większa jeszcze niż przed chwilą do automatu telefonicznego.

– Od dawna jesteś w Ameryce? – spytałem.

– Cztery lata – odpowiedziała.

– To długo.

– Tak, długo.

– Nie chcesz wracać do Polski? – dopytałem.

– Jeszcze nie – rzuciła.

– A wyobraź sobie, że ja już.

– Co już? – spytała.

– Już chcę wracać.

– To dosyć szybko – oświadczyła ta nieznana mi Krystyna, ten anioł mówiący językiem naszych przodków, ta nić moja łącząca mnie z życiem, ta nadzieja na powrót do ziemi Krzywoustego i Wałęsy, ta miłość telefoniczna w najczarniejszym dniu życia.

– Nie wiem, co mam ze sobą zrobić – powiedziałem do niej z jakimś dziecięcym oddaniem, bo już nie było we mnie ani krzty wstydu, tylko zagubienie na szlaku upokorzenia.

– Zadzwonię na lotnisko i poszukam Zofii. Ty nie odchodź od telefonu. Zadzwonię za kwadrans.

– A może jeszcze chwileczkę porozmawiamy? – spytałem.

Musiało być coś w moim głosie, bo Krystyna mnie uspokoiła.

– Nie bój się. Na pewno zadzwonię za piętnaście minut.

– To poczekam.

Wstąpiła we mnie bezrozumna radość, uniosłem się wręcz, uleciałem, doznałem ekstazy. Już nie byłem sam. Już ktoś o mnie myślał i mi pomagał.

Niedawno Warszawa, Sala Kongresowa Godz. 18.30

– Witaj, przyjacielu! – wydarł się na całą salę Tosiek, z którym nie cierpieliśmy się od dwudziestu lat.

Przepychał się między rzędami, by mnie dopaść, chwycić w ramiona i trzy razy cmoknąć w policzki. Miał bardzo nieprzyjemny oddech, nazywany niekiedy smoczym, co sprawiało, że takie obłapianie było wysoce niemiłe.

– Ależ ty monstrualnie przytyłeś, przyjacielu. No, musisz się wziąć za siebie – perorował, nie uwalniając mojej dłoni, tylko machając nią jednostajnie.

Ponieważ przytyki do mojego utycia zdarzały się często, wymyśliłem sobie odzywkę obronną, która zazwyczaj się sprawdzała i ucinała gadanie na temat mojej tuszy.

– Powiem ci, Tosiek… No nie wiem, czy powinienem – udawałem, że się krępowałem, że nie wypadało mi.

– No, mnie to możesz wszystko! Jak kamień w wodę – szepnął tym smrodliwym wyziewem do ucha.

Wszyscy wiedzieli, że dla rzeczonego Tośka, uwielbiającego plotki, każda nowinka to klejnocik służący do popisywania się w towarzystwie.

– Mam kolegę, górala. No i… bo wiesz, zaczęło się od cieni pod oczami, potem jakoś tak zapadły mu się policzki, zgarbił się, no, nie przymierzając, całkiem jak ty!

– Tak źle wyglądam? – przeraził się Tosiek.

– Właściwie to wyglądasz jeszcze gorzej niż ten góral.

– A co z tym góralem?

– W trumnie. Rak jelita grubego z potwornymi przerzutami. Zrób wszystkie badania, bo jak w porę się zdąży, to jakaś szansa jest.

– Coś ta przedostatnia płyta to wam się nie bardzo sprzedała, mimo że muzyka fajna.

– Dobrze, że przypominasz. Widziałem na wyprzedaży twoją płytę w zestawie z tomikiem tekstów.

– No i jak? Te o Krakowie fajne, co?

– Wiesz, nie kupiłem. Zawsze to sześć złotych.

– Jasne. Coś planujesz teraz?

– Kończę powieść.

– Współczesną?

– Jasne. O tobie też tam piszę.

– Dobrze?

– Prawdziwie.

– No to będę czekał z niecierpliwością.

– Miło, że wpadłeś na koncert.

– Za darmo wejściówka, to pomyślałem: trzeba posłuchać, co tam w Krakówku wypisują.

– Wpadniesz na kieliszek wina po koncercie, co?

– No, jeśli zapraszasz, to chętnie.

I znowu ten piekielny oddech, i znowu te całuski. Koszmar.

Dosyć dawno temu Nowy Jork–Chicago 9 pm

Wcześniej tylko raz tak się czułem w życiu. Miałem jedenaście lat, gdy tonąłem w rzece. Z topieli wyciągnęła mnie wtedy dziewczyna, której imię będę pamiętał do końca życia. Tak jak do końca życia imię Krystyna kojarzyć mi się pewnie będzie z moim amerykańskim szlakiem zawstydzenia.

Nie wychodziłem z kabiny. Czekałem. Nie wyjdę z niej, choćby nawet miał tu przyjść ten mój skośnooki policjant i błagać o możliwość zatelefonowania do ojczyzny swoich przodków. Znowu odezwał się dzwonek telefonu. To znowu była Krystyna.

– Zofia już wie. Jest na lotnisku i za pół godziny będzie w domu. Szukam teraz kogoś znajomego w Nowym Jorku, kto mógłby cię przenocować. Zadzwonię za kwadrans. Nie odchodź od aparatu.

– Dobrze, Krysiu – powiedziałem i odłożyłem słuchawkę.

W tej kabince zrobiło się jakoś swojsko, domowo, przytulnie. Jak na rybach, kiedy pada deszcz i kiedy schowa się człowiek pod peleryną, przykucnie, deszcz bębni o materiał, woda się uspokaja, spławik ani drgnie, wiatr cichnie, papierosek się od deszczu rozkleja, gaśnie…

Telefon!

– Znasz Liska? – spytała Krystyna.

– W jakim sensie?

– Lisek z Krakowa. Nie wiem, jak się nazywa. Mówią na niego Lisek.

– Oczywiście, że znam Liska z Krakowa.

– Masz coś do pisania?

– Mam.

– Podaję ci jego numer telefonu w Nowym Jorku.

– Lisek jest w Nowym Jorku?

– Tak. Ja go nie znam, ale moi znajomi tak. Zapisz ten numer. Podała namiary i obiecała, że odezwie się za kwadrans. Dobre dziewczynisko. Od razu widać było, że Polka i że nie ma nic wspólnego ze szwagrem moim Ryszardem.

Zadzwoniłem, jak przykazała. Po drugiej stronie maszyna. Czekałem, aż się wygada.

– Lisku, to ja, Zbyszek. Jestem na lotnisku w Nowym Jorku. Nie mam co ze sobą zrobić, bo mnie nie zabrali do Chicago. Ratuj!

Powiedziałem, co miałem powiedzieć. Skoro maszyna gadała, to mogło go nie być w domu. Mógł też być w domu, ale to nie Kraków, mógł się zmienić i nie chcieć odebrać. Mógł też gdzieś wyjechać. Mógł pracować nocą. Wiele było tych „mógł”. Rozejrzałem się wokół siebie w miarę już przytomnym okiem i zobaczyłem utkwiony we mnie wzrok siedzącej za ladą nieopodal urzędniczki, czy kim tam ona była, w każdym razie w uniformie obsługi lotniska. A co mnie ona?! Teraz to mogła patrzeć. Że do mnie tyle telefonów? Że ja dzwoniłem? Za swoje dzwoniłem. Że moje papierosy pachniały inaczej? Moje papierosy! To jest wolny kraj! No, proszę. Siedem godzin w Ameryce i już byłem innym człowiekiem. Twardo wbiłem się okiem w jej oko i przestała patrzeć.

Telefon znów dzwonił!

– Słucham! – powiedziałem gniewnie, po amerykańsku drapieżnie, choć po polsku.

– Tu Lisek.

– Lisku! – mówię. – Nadziejo jedyna ty moja w tym obcym świecie. Ratuj mnie, Lisku, bo ja tu jak rozbitek, jak Robinson bez Piętaszka.

– Gdzieś jest?

– Tu obok mnie wymalowany jest dużymi cyframi numer dwadzieścia cztery. Tyle wiem, Lisku, ale ty się nie zrażaj i mnie ratuj.

– Będę za pół godziny. Nie ruszaj się stamtąd.

– A gdzież ja, Lisku złoty, miałbym się ruszać?

Było coraz piękniej w tej Ameryce. Nie dał się człowiek zgnoić, przetrzymał najgorsze. Noc nie była już straszna. Jakoś to będzie.

Wycałowaliśmy się z Liskiem, wyściskaliśmy, wyklepaliśmy się po plecach. Miał kolegę, Zbyszka, taksówkarza. Taryfą dojechaliśmy do ich domu zaledwie w pół godziny. Dali kolację, piwo, pozwolili zadzwonić do Zofii, pościelili łóżko, następnego dnia kazali nie wychodzić z domu, ale czekać, aż wrócą z pracy. Wtedy obiecali odprowadzić na lotnisko.

Kiedy się obudziłem, już ich nie było, czekało za to na mnie śniadanie. Zjadłem i do szesnastej oglądałem telewizję. Bez żadnego stresu. Ameryka.

Kiedy wrócili, zjadłem obiad, który uwarzył Lisek i odwiózł mnie na lotnisko.

Zbyszek mówił po angielsku, jak ja po polsku, więc strachu nie było. Będzie trzeba, to się dogada.

Naszym celem było stanowisko numer czterdzieści jeden. Ja prowadziłem. Teraz mógłbym robić za przewodnika po tym lotnisku.

Podeszliśmy do babeczki za ladą. Zbyszek walił do niej po angielsku, że co to za porządki, żeby faceta z Polski nie zabrano do Chicago. Że co to za linia szwagra, że bilety dla rodzin swoich pracowników ma w poważaniu. Zbyszek mówił, a Lisek mi tłumaczył. A ja rosłem. Zbychu miał kartę stałego pobytu. Mógł sobie pozwolić na tyrady w moim imieniu.

Babeczka wysłuchała, wzięła do ręki bilet i zaczęła się mu przyglądać. Znowu to samo, pomyślałem i skóra mi ścierpła. Usłyszałem, jak mówiła do Zbycha, że to bilet z indeksem S9 i że polecę, kiedy już wszyscy inni polecą. Innej możliwości nie ma. Gadał coś jeszcze. Lisek wciąż tłumaczył. Szanse na to, żebym poleciał, były minimalne. Następnego dnia wypadał piątek i nie było już żadnych szans. W sobotę i niedzielę również. Może w poniedziałek albo we wtorek. Zbychu huczał na nią, a ona ciągle powtarzała, że jest jej przykro. To co ja miałem powiedzieć? Co miałem zrobić? Co z moimi bagażami. Co z Zofią? Po jaką cholerę zgodziłem się na to wszystko? Co teraz będzie?

Oczywiście polecieli wszyscy oprócz mnie.

– I co teraz? – zapytał mnie Lisek.

– Przekleństwo. Nic innego, tylko przekleństwo szwagra mojego Ryszarda. Wszystko musiał przewidzieć i ukartować razem z żoną moją Wandą, żeby zrobić ze mnie dorosłego. Bo niby mam swoje lata, a myślę jak dziecko, bo nie zakosztowałem prawdziwego życia. A po co takiego życia kosztować? Żeby się nająć do linii lotniczej szwagra?! Jestem literatem, mnie takich wrażeń nie potrzeba! Całe życie pisałem o miłości i o niczym innym pisać nie zamierzam! Hak im wszystkim w smak!

– Wracamy do domu – zarządził Zbyszek.

Wracaliśmy i milczeliśmy.

– Nie przejmuj się – powiedział Lisek.

– Łatwo ci powiedzieć.

– Trzeba mu załatwić szmal na inny bilet – zauważył Zbyszek.

– Mam sto dziewięćdziesiąt dolarów – dodałem.

– Ja nie mam szmalu w domu. Mam na koncie – stwierdził Lisek.

– Ja opłaciłem dzisiaj adwokata, więc też nie mam – przypomniał sobie Zbyszek.

– Trzeba pożyczyć – rzucił Lisek.

– Trzeba pożyczyć – odrzekł Zbyszek.

– Trzeba pożyczyć – potwierdziłem.

Siedzieliśmy z Liskiem w domu i czekaliśmy na Zbyszka, który pojechał zdobyć dwieście dolarów. Piliśmy piwo i wspominaliśmy nasz Kraków. A tak mi jakoś było, jakbym wyjechał z Krakowa nie dwie doby, a co najmniej kilka miesięcy temu. Nie minęło pół godziny, gdy Zbyszek był już z powrotem z pieniędzmi. Zadzwonił, zapytał, zapytał o cenę, zarezerwował miejsce. Lot był o dwudziestej pierwszej, czyli po tutejszemu o dziewiątej. Pieniądze obiecałem odesłać najszybciej, jak to będzie możliwe, czyli nie wiadomo kiedy, na co Zbyszek rzekł, że nie ma sprawy, że przecież musimy sobie pomagać. Nim zdążyłem podziękować, zapakowali mnie do samochodu, zawieźli na lotnisko LaGuardia, które poznałem dnia poprzedniego, kupili bilet, podprowadzili na stanowisko, z którego miałem odlecieć, wyściskali i już ich nie było.

W mózgu moim, w ciele moim, w duszy mojej czułem, jak wszystko to, co było pospinane, rozkurcza się, rozluźnia i łagodnieje. Ludzie wydawali mi się piękniejsi, miasto za oknami radośniejsze, samoloty mniej straszne, a i ja sam wydałem się sobie znowu człowiekiem, Europejczykiem, literatem, odkrywcą świata.

Nadal jednak jakaś cząstka mnie trwała w pogotowiu, w gotowości do odparcia kolejnych przeciwności losu. Chłopaki obiecali zadzwonić do Zofii, uprzedzić ją i nakazać, by czekała na lotnisku.

Podałem bilet facetowi stojącemu za ladą, ten wydarł jedną kartkę, kiwnął głową, coś powiedział, ja się uśmiechnąłem, przeprosiłem, że nie rozumiem, on się uśmiechnął i wskazał ręką na fotel. Usiadłem, sięgnąłem po książkę o podróży po Ameryce za sto dolarów, uśmiechnąłem się ze zrozumieniem, z wyrozumiałością, niech sobie jedzie za stówę, ja nie musiałem.

Oprócz mnie czekało jeszcze ze dwadzieścia osób. Samolot odlatywał o dziewiątej. Spojrzałem na zegarek. Dziewiąta! Rzuciłem okiem na elektroniczną tablicę z godziną odlotu, która była wywieszona za plecami faceta, a tam nie dziewiąta, a dziewiąta pięćdziesiąt. Nie! Już nie! Już dosyć! Przecież to nie linie szwagra! Znowu się zaczęło!

Pognałem do faceta. Niewykluczone, że pomyliłem stanowiska i że ten mój samolot, który miał być o dziewiątej, już odleciał! Usiłowałem przełknąć ślinę. Nie mogłem przełknąć, bo w gardle sucho. Dłonie za to miałem mokre od potu. Podałem bilet. On kiwnął głową. Uśmiechnął się, powiedział coś, z czego wyłapałem jedynie słowo deszcz. Pokazał na tę godzinę wywieszoną za nim. Że niby wszystko w porządku…

Czekałem. Boże, jak ja intensywnie czekałem. Tak czekałem, jak nigdy. Nie myślałem, nie paliłem, nie czytałem. Czekałem.

Pojawił się samolot. Wysiedli z niego pasażerowie. Przeszli obok mnie. Czekałem. Wpuścili nas do środka. Czekałem. Wystartowaliśmy. Lecieliśmy. Ja czekałem. Na to, co się jeszcze wydarzy. Bo już wiedziałem, że coś się musiało wydarzyć. Podawali soki. Nie wziąłem. Tu nie o soki chodziło, ale o przeżycie. Niby się modliłem, a nie modliłem. Czekałem.

Podchodziliśmy do lądowania, wylądowaliśmy. Ja się nie ruszałem. Czekałem. Ludzie wychodzili. Wyszedłem jako ostatni. Powoli, krok za krokiem, patrząc pod nogi. Zofia czekała. Przywitałem się z nią chłodno. Czekałem.

– Bagaże – rzuciłem.

– Już załatwiłam. Potrzebne tylko kwitki, które dostałeś w Nowym Jorku – powiedziała i przyjrzała mi się jakoś dziwnie. – Źle się czujesz?

– To nieważne, jak się czuję – powiedziałem, szukając kwitków.

Dziwnym trafem nie zgubiłem ich. Odebraliśmy bagaże. Poszliśmy do samochodu Zofii. Ja nic nie mówiłem. Co będę gadał, jak czekałem na to, co zaraz musiało się przydarzyć.

Jechaliśmy przez miasto. Nie wyglądałem przez okno. Nie interesował mnie ten Nowy Świat. Nie powiedziałem jej, żeby jechała wolniej, bo i tak wiedziałem, że to, co ma się wydarzyć, i tak się wydarzy.

Dojechaliśmy do domu. Weszliśmy do środka. Ja nic nie mówiłem. Z łazienki wyszła dziewczyna. Zofia powiedziała, że to Krystyna. W chwili, kiedy ją zobaczyłem, przez moją skołataną głowę przemknęła myśl, że może jednak nic się nie wydarzy, że może jednak przeżyję to wszystko.

– Czy zechciałabyś, Krystyno, napić się ze mną wódki? – zapytałem.

To zabawne. Pierwsze moje zdanie w ich domu brzmiało dokładnie tak samo jak moje ostatnie zdanie, które w Krakowie wypowiedziałem do żony.

Zechciała się napić. Wygrzebałem więc z bagaży flaszkę. Przełamawszy się, do spożywania zaprosiłem również Zofię. Dziewczyny podały sok, a ja wypiłem, jedną po drugiej, pięć pięćdziesiątek i troszeczkę, troszeczkę poluzowało.

Wypiliśmy więc mój litr czystej i ich flaszkę whisky. Wtedy dopiero naprawdę uwierzyłem, że doleciałem do miejsca przeznaczenia wybranego dla mnie przez szwagra mojego Ryszarda i żonę moją Wandę. A kiedy obudziłem się rano ze straszliwym kacem, bo to ja w dużej mierze wyżłopałem tę wódę, popijając wyjętym z lodówki sokiem pomarańczowym, uświadomiłem sobie nagle, że mój bilet powrotny do Polski również posiada sygnaturę S9… I wtedy właśnie, myśląc o całym moim dotychczasowym życiu, uświadomiłem sobie, że, prędzej czy później, kara musi być.

Niedawno Warszawa, Sala Kongresowa Godz. 18.35

– Dzień dobry. Telewizja JESTEM. Można kilka słów do kamery?

Blondynka wystrojona jak na jarmark w Jędrzejowie, oczka rozbiegane, wypatrujące kolejnych ofiar do wywiadu, dziewiętnaście, może dwadzieścia lat. Pieron wie, co to za telewizja, ale miło, że ktoś chce coś wiedzieć, a poza tym nigdy za dużo reklamy.

– Z przyjemnością witam widzów telewizji JESTEM – powiedziałem z najbardziej serdecznym uśmiechem, na jaki mnie było stać.

– Możemy, Jacuś? – spytała operatora kamery, a ten potwierdził skinieniem głowy.

– Jesteśmy na prapremierze oratorium Opisanie świata. Przed państwem twórca dzieła. Jak powszechnie wiadomo, jest pan wybitnym gitarzystą. Jak dużo gra pan dziennie na gitarze?

– Jestem gitarzystą, ale od pięciu lat nie gram na gitarze – odpowiedziałem zszokowany pytaniem.

– Jasne. Skąd, panie Piotrze, pomysł na ten utwór.

– Mam na imię Zbyszek – powiedziałem z głupawym uśmieszkiem.

– Jak Zbyszek, skoro autorem jest Piotr?! – zirytowała się blondyna.

– Piotr jest kompozytorem, a ja jestem autorem libretta.

– Wolałabym kompozytora, bo on bardziej znany.

– Nic na to nie poradzę, jestem literatem, a nie kompozytorem.

– A co pan napisał znanego? – spytała, tracąc mną zainteresowanie.

– Oratoria.

– Czyli napisał pan więcej niż to, co będzie dzisiaj.

– Napisałem siedem.

– Niestety, nie słyszałam. O panu Piotrze słyszałam. Może pan powie coś o nim?

– Napisaliśmy wspólnie trochę.

– To już pan mówił, ale coś o nim. Jakieś ciekawe rzeczy.

– Jeździ na motocyklu.

– To nie jest bardzo ciekawe. Ma dziewczynę?

– Ma żonę i dwoje dzieci.

– To już całkiem nieciekawe.

– Jak się nazywa ta pani telewizja?

– No widzi pan przecież na mikrofonie. JESTEM – powiedziała z wyraźną dezaprobatą.

– Pisałem dla Piwnicy Pod Baranami, dla Zauchy, dla Wodeckiego…

– Nie znam.

– Jak pani może nie znać?

– Co mi tu pan, panie, wyjeżdża z jakąś geriatrią?! Kogo jakieś tam Piwnice dzisiaj obchodzą.

– To pani mnie zaczepiła. Ja się o żaden wywiad nie prosiłem.

– To akurat prawda. Widzisz Jacuś tę rudą w złotym szalu? Poznajesz?

– Za cholerę – odpowiedział operator Jacuś.

– A pan poznaje? – spytała mnie.

– Tak, to jest żona kompozytora Piotra.

– Zasuwamy Jacuś! – wydała komendę blondyna i pokłusowała w stronę Agaty bez słowa pożegnania.

Grupka przyglądających się nam osób pognała za blondyną. Poczułem się wyjątkowo niekomfortowo.

Bardzo dawno temu Kielce Godz. 23.00

Mieliśmy po siedemnaście lat, chodziliśmy do różnych szkół średnich i wtedy taką grupę jak nasza nazywano paczką. Mówiło się – nasza paczka, nasza paka.

Olaf był synem boksera wagi ciężkiej i przed wejściem do mieszkania musiał w korytarzu sforsować podstarzałego ojca. W miarę upływu lat coraz rzadziej miał podbite oczy i krwawiący nos.

Guziu był chudy, ale nosił przy sobie nóż sprężynowy, marząc o tym, by nadarzyła się okazja wypróbowania majchra. Tak się kiedyś mówiło na nóż.

Sandał w podstawówce uczył się źle, a w szkole średniej i potem na politechnice dobrze. Z Sandałem przyjaźniłem się najbardziej. Z Sandałem ściągnęliśmy do naszego klubu w piwnicy starszą koleżankę Frankę, z którą na przemian całowaliśmy się po raz pierwszy w życiu z języczkiem. Potem długo dyskutowaliśmy, po co jest ten języczek, ale nie udało nam się tego zrozumieć.

Sokół chodził do średniej szkoły muzycznej, był w klasie waltorni, ale grał też na gitarze. Ja też grałem na gitarze, ale lepiej od niego. Sokół był niski, krępy i bardzo zadziorny.

No i był jeszcze Dżery, który grał na pianinie, dobrze się uczył, był sprawny fizycznie, świetnie pływał, był przystojnym niebieskookim blondynem i moim drugim po Sandale przyjacielem.

Olaf przynosił stare ciężkie rękawice bokserskie, ja w dużym pokoju ustawiałem miskę z wodą i tłukliśmy się niemiłosiernie. Ma się rozumieć – lał nas Olaf. Jednak z każdym następnym łomotaniem łapaliśmy coraz więcej techniki i w misce było coraz mniej juchy. Dwa razy w tygodniu chodziłem na kulturystykę. W piwnicy zmajstrowałem siłownię i zacząłem się rozrastać w barach.

Dziewictwo jako pierwszy stracił Sandał na rajdzie harcerskim pod Świętym Krzyżem w Górach Świętokrzyskich. Zmiażdżył nas tą pierwszą kopulacją.

Mieliśmy kabaret, zespół bigbitowy, a ja wygrywałem konkursy recytatorskie i zacząłem komponować muzykę do piosenek, i pisać teksty. Świat stał przed nami otworem. Zdawało się, że wszyscy mamy takie same szanse.

W lecie nasza grupa obierała na mapie jakiś punkt, a potem parami docieraliśmy tam autostopem. Ja byłem w parze z Sandałem. Sandał był i jest najbardziej upartym człowiekiem na świecie.

Któregoś lata