Byłaś moja - Abbi Glines - ebook
Opis

Miłość silniejsza niż rozstanie i śmierć!

W Rosemary Beach plotki rozchodzą się szybko, ale Bethy i Tripp zdołali zachować dla siebie pewną tajemnicę. Osiem lat temu życie Trippa Newarka zostało dokładnie zaplanowane – dziewczyna, studia, praca. Wszystko zgodnie z wolą rodziców. Tylko w jeden sposób mógł tego uniknąć – wyrzec się ich pieniędzy i uciec jak najdalej stąd. Tak planował, dopóki nie poznał Bethy Lowry…

To miał być tylko wakacyjny flirt. Nikt nawet nie wiedział, że są znajomymi, a co dopiero kochankami. A przecież tamtego lata stali się dla siebie całym światem. Tripp jednak wyjechał, a kiedy wrócił, było już za późno. Serce Bethy należało już do kogoś innego…

• Czy miłość Bethy i Trippa ma jeszcze jakieś szanse?

• A może ich uczucie nigdy nie wygasło?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 297

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © Abbi Glines 2014

Copyright for the Polish edition © Wydawnictwo Pascal. All rights reserved.

Ta książka jest fikcją literacką. Jakiekolwiek podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, autentycznych miejsc, wydarzeń lub zjawisk jest czysto przypadkowe. Postaci i wydarzenia opisane w tej książce są tworem wyobraźni autorki bądź zostały znacząco przetworzone pod kątem wykorzystania w powieści.

Tytuł oryginalny: You Were Mine

Tytuł: Byłaś moja

Tłumaczenie: Katarzyna Bieńkowska

Redakcja: Pracownia Cogito

Korekta: Aleksandra Tykarska

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Borkowska

Zdjęcie na okładce: Vincent Besnault/GettyImages

Redaktor prowadząca: Agnieszka Górecka

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2016

ISBN 978-83-7642-849-9

eBook maîtrisé par Atelier Du Châteaux

Dla wszystkich tych Czytelniczek i Czytelników, którzy stracili ukochaną osobę. Oby wasze serca zostały uleczone dzięki bezwarunkowej miłości.

Prolog

Tripp

Każ­dy ma w ży­ciu prze­ło­mo­wy mo­ment, kie­dy musi do­ko­nać wy­bo­ru. Ja też mia­łem taki mo­ment i do dziś nie daje mi to spo­ko­ju. W ta­kiej prze­ło­mo­wej chwi­li czło­wiek albo to­ru­je so­bie dro­gę do szczę­ścia, albo ża­łu­je każ­de­go kro­ku, jaki po­sta­wił od tam­tej pory. Je­śli o mnie cho­dzi, nie po­tra­fię po­wie­dzieć, któ­ra dro­ga by­ła­by naj­lep­sza, po­nie­waż żad­na z tych dwóch, któ­re mia­łem do wy­bo­ru, nie uwzględ­nia­ła jej. By­łem mło­dy i tak cho­ler­nie się ba­łem. Tego, że ro­dzi­ce chcą mnie zmu­sić, bym stał się kimś, kim nie chcia­łem być. Że do­ko­nam złe­go wy­bo­ru. Ba­łem się ją zo­sta­wić. Przede wszyst­kim jed­nak ba­łem się, że ją stra­cę.

Cier­pia­łem z po­wo­du na­sze­go roz­sta­nia. Wy­jazd z Ro­se­ma­ry Be­ach na Flo­ry­dzie zmie­nił mnie.

Z chwi­lą, gdy wsia­dłem na mo­to­cykl i ru­szy­łem w dro­gę, wy­rze­kłem się praw­dzi­wej ra­do­ści. Spę­dzi­łem z nią tyl­ko jed­no lato, trzy mie­sią­ce, któ­re na­zna­czy­ły mnie na za­wsze. Ni­g­dy na­to­miast nie wy­ba­czę so­bie tego, że ona zo­sta­ła na­zna­czo­na jesz­cze do­tkli­wiej. I te­raz była zdru­zgo­ta­na. Nie mo­głem do niej do­trzeć.

Pa­trze­nie na jej ból roz­dzie­ra­ło mi du­szę. Utra­ta mo­je­go ku­zy­na Jace’a do­tknę­ła głę­bo­ko nas obo­je. Nie chciał­bym już ni­g­dy prze­ży­wać po­dob­nej tra­ge­dii. Jace na za­wsze po­zo­sta­nie w moim ser­cu. Ni­g­dy nie za­po­mnę jego śmie­chu i na­tu­ral­no­ści, z jaką ko­chał i żył. On, w prze­ci­wień­stwie do mnie, nie żył w świe­cie stra­chu. Wy­brał wła­sną dro­gę i po­dą­żał nią śmia­ło. Był lep­szym czło­wie­kiem. A ja zdo­ła­łem się wy­co­fać i po­zwo­li­łem, żeby ją miał. Za­słu­gi­wa­ła na ko­goś lep­sze­go ode mnie.

A te­raz Jace od­szedł i za­rów­no mój świat, jak i jej uległ za­chwia­niu. Bo te­raz nie mo­głem już trzy­mać się z da­le­ka. Nie mia­ła ni­ko­go, kto by ją chro­nił. Nikt jej nie przy­tu­lał, ale ona nie do­pusz­cza­ła mnie, kur­de, do sie­bie. Nie chcia­ła mi po­zwo­lić, że­bym na­pra­wił prze­szłość. Znisz­czy­łem wszel­kie swo­je na­dzie­je, kie­dy wy­je­cha­łem i zo­sta­wi­łem ją, nie po­zo­sta­wia­jąc jej in­ne­go wy­bo­ru, niż być z Jace’em.

Gdy­bym tyl­ko mógł się po­go­dzić z tą pust­ką. Ale nie mo­głem. Nie, kie­dy wi­dzia­łem wy­raz za­gu­bie­nia na jej pięk­nej twa­rzy. Po­trze­bo­wa­ła mnie tak samo, jak ja jej. Na­sza hi­sto­ria jesz­cze się nie skoń­czy­ła. Ni­g­dy się nie skoń­czy. Je­śli będę mu­siał tu zo­stać i czu­wać nad nią, mimo że ona nie po­zwa­la­ła mi się do sie­bie zbli­żyć, tak wła­śnie zro­bię. I będę tak ro­bić do koń­ca mo­je­go pie­przo­ne­go ży­cia. Zo­sta­nę tu­taj. I będę pil­no­wać, czy mo­jej Be­thy nic nie gro­zi.

Tripp

Osiem lat wcześniej

To nie było zwy­czaj­ne lato. To było moje ostat­nie lato w Ro­se­ma­ry Be­ach. Już czu­łem du­szą­cą obec­ność mo­je­go ojca i jego pla­nów wo­bec mnie. Był taki pew­ny, że je­sie­nią wy­ja­dę do Yale. Do­sta­łem się tam dzię­ki jego ko­nek­sjom. Ka­zał mi zwie­dzić cały kam­pus, a kie­dy już się do­sta­łem, zmu­sił mnie, że­bym zde­cy­do­wał się na ten wła­śnie uni­wer­sy­tet. „Nikt nie od­rzu­ca Yale”. Nie mó­wił już o ni­czym in­nym. Yale to, Yale tam­to. Cho­ler­ne Yale.

Chcia­łem jeź­dzić moim har­ley­em. Mia­łem, kur­de, ocho­tę na ko­lej­ny ta­tu­aż. Pra­gną­łem czuć wiatr we wło­sach i mieć świa­do­mość, że nic nie mu­szę. Ta­kie ży­cie ozna­cza­ło wol­ność. By­łem wol­ny. Za­nim to lato się skoń­czy, za­mie­rza­łem wy­je­chać bez sło­wa. Zo­sta­wić pie­nią­dze i wła­dzę zwią­za­ne z przy­na­leż­no­ścią do ro­dzi­ny Ne­war­ków i od­na­leźć wła­sną dro­gę. To nie był mój świat. Ni­g­dy nie będę do nie­go pa­so­wał.

– Cześć, kot­ku, nie za­uwa­ży­łam, jak wcho­dzisz – po­wie­dzia­ła Lon­don Win­che­ster, chwy­ta­jąc mnie obie­ma rę­ka­mi za ło­kieć i uwie­sza­jąc się na mnie.

To był ko­lej­ny po­wód, dla któ­re­go mu­sia­łem stąd spa­dać. Lon­don. Moja mat­ka już pla­no­wa­ła nasz ślub. I fakt, że ze­rwa­łem z nią w ze­szłym mie­sią­cu, ni­cze­go nie zmie­niał. Lon­don, jej mat­ka i moja mat­ka, wszyst­kie trzy były prze­ko­na­ne, że po pro­stu mam taki ka­pry­śny okres albo coś. Mat­ka oznaj­mi­ła mi, że je­śli będę chciał się wy­szu­mieć tego lata, to nie ma spra­wy. Lon­don cier­pli­wie po­cze­ka. – Gdzie Rush? – spy­ta­łem, roz­glą­da­jąc się po domu peł­nym lu­dzi.

Sko­ro Rush Fin­lay zno­wu urzą­dzał im­pre­zy, w ta­kim ra­zie jego mat­ka i młod­sza sio­stra, Nan, mu­sia­ły wy­je­chać z mia­sta. Rush miał cały dom dla sie­bie. Jego oj­ciec był per­ku­si­stą le­gen­dar­ne­go ze­spo­łu roc­ko­we­go Slac­ker De­mon. Mat­ka i sio­stra ko­rzy­sta­ły z pie­nię­dzy Ru­sha, któ­re miał dzię­ki ojcu. Mat­ka Ru­sha była kie­dyś gro­upie i cho­ciaż ta­cie Ru­sha, De­ano­wi Fin­lay­owi, wy­raź­nie za­le­ża­ło na synu, to jego mat­ka nie­wie­le go ob­cho­dzi­ła. Ni­g­dy nie wzię­li ślu­bu. Nan mia­ła in­ne­go ojca, któ­ry tak­że nie miesz­kał z nimi.

– Na ze­wnątrz, przy ba­se­nie. Za­pro­wa­dzić cię do nie­go? – za­py­ta­ła Lon­don słod­ko. Ta sło­dycz w jej gło­sie była tak fał­szy­wa, że chcia­ło mi się śmiać. Ta dziew­czy­na była wred­na. Wi­dzia­łem ją w ak­cji.

– Sam go znaj­dę – od­par­łem. Wy­rwa­łem rękę z jej uści­sku i od­sze­dłem, nie oglą­da­jąc się na nią.

– Na­praw­dę? A więc taki te­raz bę­dziesz? Nie będę cze­kać na cie­bie w nie­skoń­czo­ność, Trip­pie Ne­war­ku! – za­wo­ła­ła za mną.

– I do­brze – rzu­ci­łem spo­koj­nie przez ra­mię, po czym wmie­sza­łem się w tłum, w na­dziei, że w ten spo­sób się od niej uwol­nię. Spo­ty­ka­łem się z nią przez dwa lata. Była na­praw­dę do­bra w łóż­ku i przez pe­wien czas my­śla­łem na­wet, że to dziew­czy­na dla mnie. Ale nie mógł­bym jed­nak po­wie­dzieć, że kie­dy­kol­wiek by­łem w niej za­ko­cha­ny. W cią­gu mi­nio­ne­go roku uświa­do­mi­łem so­bie, że wła­ści­wie z tru­dem ją zno­szę. Na myśl o ko­lej­nej rand­ce ogar­nia­ło mnie prze­ra­że­nie, aż w koń­cu do­tar­ło do mnie, że uma­wiam się z nią wy­łącz­nie po to, żeby uszczę­śli­wić ro­dzi­ców. Ale te­raz mia­łem już tego dość. Ko­niec z uszczę­śli­wia­niem ro­dzi­ców. Czas po­my­śleć o moim szczę­ściu.

– Tripp! – za­wo­łał Wo­ods Ker­ring­ton, jak zwy­kle oto­czo­ny wia­nusz­kiem dziew­cząt. Pie­przo­ny Ro­meo. Da­wał im wszyst­kim do zro­zu­mie­nia, że mają u nie­go szan­se.

Po­wstrzy­mu­jąc chi­chot, kiw­ną­łem gło­wą w jego stro­nę.

– Co tam?

– Miej­my na­dzie­ję, że dużo róż­nych rze­czy i to już wkrót­ce – od­parł. Te­raz mu­sia­łem się już ro­ze­śmiać. – Jace jest na ze­wnątrz z Ru­shem i Gran­tem, je­śli go szu­kasz.

– Dzię­ki.

Jace był moim młod­szym ku­zy­nem i naj­lep­szym kum­plem Wo­od­sa. Obaj byli w moim ży­ciu, od­kąd się­ga­łem pa­mię­cią.

Prze­py­cha­jąc się przez tłum, skie­ro­wa­łem się w stro­nę tyl­nych drzwi.

– Prze­stań! Po­wie­dzia­łam: nie, Jo­na­thon. Nie je­stem za­in­te­re­so­wa­na.

Za­trzy­ma­łem się w pół kro­ku. To nie brzmia­ło do­brze.

– Przy­wio­złem cię tu­taj i nie do­sta­nę za to po­dzię­ko­wa­nia? – Ko­leś wy­da­wał się wście­kły i na moje ucho był kom­plet­nym pa­lan­tem.

Dziew­czy­na nie od­po­wie­dzia­ła od razu. Ru­szy­łem w stro­nę ich gło­sów i za­trzy­ma­łem się przed wej­ściem do kuch­ni. Roz­po­zna­łem tego Jo­na­tho­na, do któ­re­go zwra­ca­ła się dziew­czy­na. Był in­struk­to­rem te­ni­sa w Ker­ring­ton Co­un­try Club, na­le­żą­cym do ro­dzi­ny Wo­od­sa. Był tak­że zna­nym dup­kiem i prze­le­ciał więk­szość star­szych od sie­bie by­wal­czyń klu­bu. Je­śli za­mie­rzał te­raz wy­ko­rzy­stać tę dziew­czy­nę, to wy­rzu­cę go stąd na zbi­ty pysk.

– Ja tyl­ko… Nie wie­dzia­łam… Chcę już wra­cać… – Dziew­czy­nie ła­mał się głos, była wy­raź­nie prze­ra­żo­na.

– Ja pier­do­lę. Ty dziw­ko! Nie dbam o to, jak sek­sow­ne masz cyc­ki, nie za­mie­rzam się z tobą cac­kać. Chy­ba sama tra­fisz do drzwi – wark­nął Jo­na­thon.

Zro­bi­łem krok w stro­nę drzwi, przez któ­re wła­śnie wy­cho­dził Jo­na­thon. Głu­pi skur­wiel.

Jed­nym moc­nym pchnię­ciem cof­ną­łem go do kuch­ni. Bę­dzie mu­siał prze­pro­sić za swo­je za­cho­wa­nie, za­nim go stąd wy­rzu­cę. Nie są­dzi­łem, że Rush w ogó­le wie, że on tu jest. Jo­na­thon nie na­le­żał do krę­gu na­szych zna­jo­mych. Wśród star­szych by­wal­czyń klu­bu, z któ­ry­mi spał, było parę na­szych ma­tek. Nie mie­li­śmy po­wo­dów, żeby go lu­bić.

Do­brze mu zro­bi, jak go zmu­szę do prze­pro­sin. Swo­ją dro­gą ta bied­na dziew­czy­na po­win­na wie­dzieć, że za­da­wa­nie się z pra­cow­ni­ka­mi klu­bu to nie naj­lep­szy po­mysł. Może wy­cią­gnie wnio­ski z tej dzi­siej­szej przy­go­dy.

– Co jest, kur­wa!? – wy­krzyk­nął, po czym otwo­rzył sze­ro­ko oczy, kie­dy uświa­do­mił so­bie, kim je­stem. Mój oj­ciec był w za­rzą­dzie Ker­ring­ton Club i wy­star­czy­ło­by jed­no moje sło­wo, żeby Jo­na­thon stra­cił pra­cę. Do­brze o tym wie­dział.

– Też się nad tym za­sta­na­wiam, Jo­na­thon. Co jest, kur­wa? Co ty, kur­wa, ro­bisz w domu Fin­laya i dla­cze­go tak źle trak­tu­jesz swo­ją to­wa­rzysz­kę? Jest chy­ba dla cie­bie dużo za mło­da. Wiem, że wo­lisz bab­ki po czter­dzie­st­ce – wy­ce­dzi­łem drwią­co. Chcia­łem, żeby stąd spa­dał. Wy­star­czy je­den nie­wła­ści­wy ruch z jego stro­ny, a do­pil­nu­ję, żeby wy­le­ciał z ro­bo­ty i nie będę miał z tego po­wo­du żad­nych wy­rzu­tów su­mie­nia.

– Ja nie… to zna­czy, zo­sta­łem za­pro­szo­ny. Mam za­pro­sze­nie. To tyl­ko dziew­czy­na, któ­rej ciot­ka pra­cu­je w klu­bie. Ona nie jest ni­kim waż­nym.

Zer­k­ną­łem na dziew­czy­nę i na­tych­miast ją roz­po­zna­łem po tych wiel­kich brą­zo­wych oczy­skach. To była bra­ta­ni­ca Dar­li, Be­thy. Nie­raz ją już wi­dzia­łem. Cho­le­ra, trud­no było jej nie za­uwa­żyć. Jo­na­thon miał ra­cję co do jej cyc­ków. Rzu­ca­ły się w oczy. Ale jej słod­ka buź­ka i nie­win­ne spoj­rze­nie po­wstrzy­my­wa­ły mnie od zro­bie­nia z tego użyt­ku. Poza tym Dar­la bu­dzi­ła strach. Od lat była ka­dro­wą w klu­bie.

– Be­thy, zga­dza się? – zwró­ci­łem się do dziew­czy­ny.

Jej oczy zro­bi­ły się jesz­cze więk­sze, po czym kiw­nę­ła gło­wą.

– Ten ko­leś to łaj­za, słon­ko. Nie po­win­naś mu ufać. Mu­sisz bar­dziej uwa­żać, komu po­zwa­lasz się gdzieś za­pra­szać.

– Znasz ją? – spy­tał Jo­na­thon z nie­do­wie­rza­niem, jak­by uwa­żał, że Be­thy nie jest god­na mo­jej uwa­gi.

Głu­pi gno­jek co­raz bar­dziej dzia­łał mi na ner­wy. Od­wró­ci­łem się do nie­go.

– Tak. Znam jej ciot­kę. Ko­bie­tę, któ­ra dała ci pra­cę. Cie­ka­we, co by so­bie po­my­śla­ła, gdy­by wie­dzia­ła, jak pod­le po­trak­to­wa­łeś jej bra­ta­ni­cę?

Strach Jo­na­tho­na był te­raz wy­raź­ny. Miał do­brą po­sad­kę w klu­bie i nie chciał jej stra­cić.

– Spa­daj. I nie po­ka­zuj się tu wię­cej. Jak Fin­lay się o tym do­wie, nie ogra­ni­czy się do ostrze­że­nia. Sko­pie ci ty­łek. On lubi Dar­lę. Jak my wszy­scy. Więc trzy­maj się, kur­wa, z da­le­ka od jej bra­ta­ni­cy.

Jo­na­thon prze­niósł wzrok na Be­thy i wbił w nią wście­kłe spoj­rze­nie. Be­thy sku­li­ła się i wy­co­fa­ła pod samą ścia­nę. Stra­sze­nie jej raj­co­wa­ło tego pa­lan­ta.

Sta­ną­łem mię­dzy nimi i zmie­rzy­łem Jo­na­tho­na wzro­kiem.

– Spa­daj. Ale już.

Wi­dzia­łem, że po­wstrzy­mu­je się ze wszyst­kich sił, żeby mi nie od­py­sko­wać. Nie zro­bił tego jed­nak. Wy­mam­ro­tał tyl­ko pod no­sem ja­kieś prze­kleń­stwo, po czym od­wró­cił się do wyj­ścia.

– Nie za­trzy­muj się, do­pó­ki nie znik­niesz z po­sia­dło­ści Ru­sha – krzyk­ną­łem jesz­cze za nim.

Po jego wyj­ściu od­wró­ci­łem się do Be­thy. Wy­krę­ca­ła ręce i wy­glą­da­ła na zde­ner­wo­wa­ną. Po­zby­łem się tego fiu­ta. Czym jesz­cze się mar­twi­ła?

– Już wszyst­ko do­brze? – spy­ta­łem ją.

Przy­gry­zła dol­ną war­gę, po czym wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Ja… mhm… sama nie wiem.

Sama nie wie­dzia­ła? Nie mo­głem po­wstrzy­mać uśmie­chu. Była, cho­le­ra, słod­ka. Ale też mło­da.

– Jak to nie wiesz? – spy­ta­łem. Po­do­bał mi się jej spo­sób mó­wie­nia. Głos mia­ła schryp­nię­ty, a przy tym słod­ki.

Wes­tchnę­ła ci­cho i wbi­ła wzrok w pod­ło­gę.

– On mnie tu przy­wiózł. Nie miesz­kam w po­bli­żu.

Jak­bym po tym wszyst­kim mógł jej po­zwo­lić wsiąść do sa­mo­cho­du z tym skur­wie­lem. Mu­siał być ze czte­ry lata star­szy od niej. Był star­szy ode mnie.

– Od­wio­zę cię. Ze mną bę­dziesz bez­piecz­na. Z Jo­na­tho­nem nie. Poza tym on jest dla cie­bie dużo za sta­ry. Ko­leś tra­fił­by za krat­ki, gdy­by cię tknął.

Pod­nio­sła wzrok, żeby na mnie spoj­rzeć.

– Mam pra­wie sie­dem­na­ście lat – po­wie­dzia­ła, jak­by to czy­ni­ło ją peł­no­let­nią. Cho­ciaż oka­za­ła się tro­chę star­sza, niż są­dzi­łem. Była taka eks­pre­syj­na. Po­do­ba­ło mi się to. Nie usi­ło­wa­ła trze­po­tać rzę­sa­mi ani wy­dy­mać ust, żeby wy­glą­dać sek­sow­nie. Była au­ten­tycz­na. Kie­dy ostat­nio spo­tka­łem taką dziew­czy­nę? Ale też Be­thy była mło­da i wy­cho­wy­wa­ła się w śro­do­wi­sku zu­peł­nie in­nym od mo­je­go.

– Tak, słon­ko. Ale on ma pra­wie dwa­dzie­ścia. Nie po­wi­nien się do cie­bie zbli­żać.

Nie­pew­nie kiw­nę­ła gło­wą. Chy­ba nie chcia­ła z nim cho­dzić? Ja­sna cho­le­ra, cze­go Dar­la uczy­ła tę dziew­czy­nę?

– Prze­pra­szam, że go prze­go­ni­łem, ale nie trak­to­wał cię jak na­le­ży.

Jej oczy znów się roz­sze­rzy­ły, a w po­licz­ku po­ja­wił się do­łe­czek.

– Och, nie prze­pra­szaj. On chciał, że­bym po­szła z nim do sy­pial­ni i… – urwa­ła. Nie mu­sia­ła mi ni­cze­go tłu­ma­czyć. Do­brze wie­dzia­łem, co on chciał z nią ro­bić w tej sy­pial­ni.

– Chodź. Od­wio­zę cię do domu – po­wie­dzia­łem, ru­chem gło­wy wska­zu­jąc drzwi.

Bethy

O Boże, o Boże, o Boże, Tripp Mont­go­me­ry, czy też Ne­wark – nie by­łam pew­na; sły­sza­łam, jak na­zy­wa­no go obo­ma tymi na­zwi­ska­mi – roz­ma­wiał ze mną. Pa­trzył na mnie i roz­ma­wiał ze mną. Nie mo­głam od­dy­chać. Kie­dy pchnął Jo­na­tho­na z po­wro­tem do kuch­ni, wy­glą­da­jąc przy tym ni­czym anioł ze­msty, moje ser­ce zu­peł­nie osza­la­ło.

Był naj­pięk­niej­szym chło­pa­kiem, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łam. Mia­łam dzie­sięć lat, kie­dy po raz pierw­szy zo­ba­czy­łam go w klu­bie. Usi­ło­wa­łam za­ła­do­wać wó­zek z drin­ka­mi dla cio­ci Dar­li, bo była na mnie wście­kła za to, że bie­ga­łam na ze­wnątrz przed człon­ka­mi klu­bu, za­miast sie­dzieć w jej biu­rze i cze­kać, aż skoń­czy spo­tka­nie. Więc po­my­śla­łam, że je­śli jej po­mo­gę, zno­wu bę­dzie ze mnie za­do­wo­lo­na.

Pro­blem po­le­gał na tym, że skrzyn­ki z drin­ka­mi były dla mnie za cięż­kie, więc no­si­łam z lo­dów­ki do wóz­ka po czte­ry na­po­je na­raz. Na ze­wnątrz było po­nad trzy­dzie­ści stop­ni i po pię­ciu ta­kich kur­sach za­czy­na­łam czuć się zmę­czo­na. Na chwi­lę prze­sta­łam uwa­żać i po­tknę­łam się o scho­dek, upusz­cza­jąc wszyst­kie bu­tel­ki piwa, któ­re trzy­ma­łam w ob­ję­ciach. Szkło roz­pry­sło się wszę­dzie wo­kół mnie.

By­łam pew­na, że cio­cia Dar­la ni­g­dy nie po­zwo­li mi już przy­je­chać do niej do klu­bu. Będę mu­sia­ła sie­dzieć u wstręt­nej sta­ru­chy z miesz­ka­nia obok, któ­ra cały czas na mnie wrzesz­cza­ła, kie­dy tata pra­co­wał. A on bez prze­rwy pra­co­wał.

Tripp pod­szedł i zo­ba­czył, co się sta­ło. Bez sło­wa za­czął zbie­rać po­tłu­czo­ne szkło. Sta­łam i wpa­try­wa­łam się w nie­go z za­chwy­tem; w szor­tach kha­ki i bia­łej ko­szul­ce polo wy­glą­dał jak na­sto­let­ni mo­del z ja­kie­goś ilu­stro­wa­ne­go ma­ga­zy­nu. Kie­dy pod­niósł na mnie wzrok i mru­gnął, moje dzie­się­cio­let­nie ser­ce było stra­co­ne na wie­ki.

Wte­dy po raz ostat­ni mie­li­śmy bez­po­śred­ni kon­takt, cho­ciaż przez te wszyst­kie lata ob­ser­wo­wa­łam go z da­le­ka. Był ulu­bio­nym bo­ha­te­rem mo­ich snów na ja­wie. A te­raz stał tu przy mnie i znów mnie ra­to­wał.

Kie­dy wy­szedł z kuch­ni, ru­szy­łam za nim. Wi­dząc tłum lu­dzi kłę­bią­cy się w sa­lo­nie, wy­cią­gnął za sie­bie rękę i chwy­cił moją dłoń. Utra­ci­łam zdol­ność od­dy­cha­nia. Tripp Mont­go­me­ry Ne­wark trzy­mał mnie za rękę. Do­ty­kał mnie. Nie mia­ła­bym nic prze­ciw­ko temu, gdy­bym tam­te­go dnia umar­ła. Dzię­ki tej jed­nej chwi­li moje ży­cie sta­ło się speł­nio­ne.

Prze­ci­skał się przez tłum, trzy­ma­jąc mnie cały czas za rękę. Lu­dzie wo­ła­li go po imie­niu, a wie­le osób spo­glą­da­ło na mnie z cie­ka­wo­ścią, wi­dząc, że cią­gnie mnie za sobą. Nie wie­dzia­łam, jak mam się za­cho­wać. Przez całe ży­cie przy­glą­da­łam się tym lu­dziom, ale oni ni­g­dy nie zwra­ca­li na mnie uwa­gi.

– Co ty wy­pra­wiasz? – spy­ta­ła Lon­don z obu­rze­niem w gło­sie, kie­dy wresz­cie wy­do­sta­li­śmy się z tłu­mu go­ści. To nie wró­ży­ło do­brze. Tripp i Lon­don byli parą od lat. Wszy­scy o tym wie­dzie­li. Kie­dy usły­sza­łam, że z nią ze­rwał, by­łam taka szczę­śli­wa, że przez ty­dzień uśmie­cha­łam się jak idiot­ka. Co tak na­praw­dę było głu­pie. Sam fakt, że Tripp nie cho­dził już z Lon­don, nie ozna­czał prze­cież jesz­cze, że na­gle przy­po­mni so­bie o moim ist­nie­niu.

– Wy­cho­dzę – od­parł Tripp, nie pa­trząc na nią.

– Wy­cho­dzisz? Z nią? – spy­ta­ła z jesz­cze więk­szym obu­rze­niem.

Tripp pu­ścił moją rękę i otwo­rzył fron­to­we drzwi. „Tak” – od­po­wie­dział.

– Kim ona jest? – za­py­ta­ła Lon­don ze wście­kłą miną.

– Nie two­ja spra­wa – od­parł, po czym spoj­rzał na mnie. – Chodź, słon­ko.

Już trze­ci raz tak mnie na­zwał. By­łam na­praw­dę bli­ska ze­mdle­nia. Jesz­cze chwi­la, a osu­nę się na tę mar­mu­ro­wą po­sadz­kę.

– Tripp, nie waż się wyjść przez te drzwi! – za­gro­zi­ła Lon­don, a Tripp od­su­nął się, pusz­cza­jąc mnie przo­dem. Szyb­ko wy­szłam na ze­wnątrz, za­nim Lon­don po­sta­no­wi rzu­cić się na mnie.

– Nie zwra­caj na nią uwa­gi – szep­nął Tripp, kie­dy go mi­ja­łam.

Zu­peł­nie jak­by­śmy mie­li wspól­ną ta­jem­ni­cę. Prze­szedł mnie dreszcz.

Za­mknął za nami drzwi, zo­sta­wia­jąc po dru­giej stro­nie Lon­don, któ­ra cały czas nada­wa­ła, i wes­tchnął z ulgą.

– Cho­le­ra, mę­czą­ca bab­ka.

Nie wy­glą­da­ło na to, że spe­cjal­nie prze­ży­wa ich roz­sta­nie. I do­brze. Nie przy­cho­dzi­ło mi do gło­wy nic, co mo­gła­bym mu po­wie­dzieć, a co nie za­brzmia­ło­by głu­pio. Ża­ło­wa­łam, że nie stać mnie na ja­kąś bły­sko­tli­wą uwa­gę, dzię­ki któ­rej chciał­by ze mną prze­by­wać.

– Je­cha­łaś kie­dyś mo­to­rem? – za­py­tał, za­trzy­mu­jąc się przy swo­im har­leyu. Wie­dzia­łam, że jeź­dzi har­ley­em. Wszy­scy to wie­dzie­li. Ale ni­g­dy nie my­śla­łam, że mo­gła­bym je­chać ra­zem z nim. Ten wie­czór sta­wał się co­raz bar­dziej pod­nie­ca­ją­cy.

– Mmm, nie – od­par­łam, sta­ra­jąc się nie oka­zy­wać mo­je­go oszo­ło­mie­nia.

– Więc będę two­im pierw­szym. Słod­kie – stwier­dził i pu­ścił do mnie oko.

Moje ser­ce za­mar­ło. Tripp pu­ścił do mnie oko. Tak się de­ner­wo­wa­łam tym dzi­siej­szym wie­czo­rem. Nie by­łam pew­na co do Jo­na­tho­na, ale chcia­łam zo­ba­czyć, jak bawi się lep­sza po­ło­wa mia­sta. Wie­le o tym sły­sza­łam, ale ni­g­dy nie mia­łam oka­zji prze­ko­nać się oso­bi­ście. Ni­g­dy bym nie po­my­śla­ła, że Tripp bę­dzie trzy­mać mnie za rękę, pusz­czać do mnie oko i wo­zić mnie swo­im har­ley­em. To bę­dzie naj­bar­dziej nie­sa­mo­wi­ty wie­czór w moim ży­ciu. By­łam tego pew­na.

– Aha – tyl­ko tyle zdo­ła­łam wy­krztu­sić.

Uśmiech­nął się sze­ro­ko. Miał pięk­ny uśmiech. Uwiel­bia­łam go. Po­dał mi kask.

– Włóż go – po­le­cił.

Ni­g­dy nie wkła­da­łam ka­sku mo­to­cy­klo­we­go, więc wzię­łam go i przy­glą­da­łam mu się przez chwi­lę. Nie chcia­łam cze­goś skno­cić. By­łam pra­wie pew­na, że na­le­ża­ło za­cią­gnąć pod bro­dą wi­szą­cy pa­sek.

Na­gle Tripp wy­cią­gnął rękę i ode­brał mi kask. Pod­nio­słam wzrok, prze­stra­szo­na, że za dłu­go się za­sta­na­wia­łam i Tripp zmie­nił zda­nie.

– Wy­bacz. To było nie­grzecz­ne. Po­wi­nie­nem sam ci go wło­żyć. Ni­g­dy wcze­śniej nie jeź­dzi­łaś mo­to­rem – po­wie­dział po pro­stu, po czym wło­żył mi kask na gło­wę i wy­re­gu­lo­wał pa­ski.

Stał tak bli­sko, że czu­łam jego za­pach. Uży­wał ja­kiejś cu­dow­nej wody ko­loń­skiej, któ­rej woń mie­sza­ła się z mor­ską bry­zą. Wzię­łam głę­bo­ki wdech, pod­czas gdy on za­pi­nał mi kask.

– Go­to­we. Te­raz ta two­ja ślicz­na głów­ka bę­dzie w peł­ni bez­piecz­na – oznaj­mił, po czym od­su­nął się ode mnie i prze­rzu­cił nogę nad mo­to­rem. – Złap mnie za ra­mio­na i usiądź za mną. Trzy­maj się mnie tak moc­no, jak tyl­ko chcesz.

Po­wie­dział, że mam ślicz­ną głów­kę. W tej chwi­li nie mo­głam my­śleć o ni­czym in­nym. By­łam zbyt sku­pio­na na tym. Czy ja śni­łam? Czy to był jesz­cze je­den z tych mo­ich snów? Je­śli tak, był na­praw­dę cu­dow­ny. Tyle że jesz­cze się nie ca­ło­wa­li­śmy. Naj­bar­dziej lu­bi­łam te sny, w któ­rych się ca­ło­wa­li­śmy.

Po­de­szłam do mo­to­ru, po­ło­ży­łam Trip­po­wi ręce na ra­mio­nach tak, jak mi ka­zał, po czym prze­ło­ży­łam nogę nad sie­dzi­skiem i usa­do­wi­łam się za nim. Po­wie­dział, że mam się go moc­no trzy­mać, ale czy cho­dzi­ło mu o to, że za ra­mio­na? Wi­dy­wa­łam lu­dzi na mo­to­rach na tyle czę­sto, by wie­dzieć, że pa­sa­że­ro­wie na ogół obej­mu­ją kie­row­ców w pa­sie, nie wie­dzia­łam jed­nak, czy Tripp chce, że­bym też tak zro­bi­ła. Ale nie mo­głam za­sta­na­wiać się nad tym zbyt dłu­go, bo Tripp zła­pał mnie za ręce i oto­czył się nimi w pa­sie.

– Moc­no, słon­ko. Trzy­maj się moc­no – po­wtó­rzył, i tak wła­śnie zro­bi­łam.

Cu­dow­nie było przy­ci­skać pier­si do ple­ców Trip­pa. Przy każ­dym od­de­chu czu­łam jego za­pach. Od cie­pła bi­ją­ce­go z jego twar­dych ple­ców prze­cho­dzi­ły mnie ciar­ki. Cie­szy­łam się, że jest ciem­no i Tripp nie może zo­ba­czyć, jak bar­dzo moje cia­ło upa­ja się jego do­ty­kiem.

Har­ley ożył pod nami i ru­szy­li­śmy. Gdy pę­dzi­li­śmy w stro­nę głów­nej dro­gi, od­ru­cho­wo ob­ję­łam Trip­pa moc­niej. Ser­ce wa­li­ło mi tak szyb­ko – by­łam pew­na, że on to czu­je. To było upa­ja­ją­ce. Ni­g­dy nie ro­bi­łam nic nie­bez­piecz­ne­go. By­łam od­po­wie­dzial­na. Mu­sia­łam. Oj­ciec rzad­ko by­wał w domu, a na­wet kie­dy był, nie chciał mnie wi­dzieć. Przy­po­mi­na­łam mu moją mat­kę, któ­ra zo­sta­wi­ła go z dziec­kiem, a sama ucie­kła z in­nym fa­ce­tem. Nie­na­wi­dził jej za to, że go po­rzu­ci­ła. Nie nas. Tyl­ko jego. My­ślał wy­łącz­nie o so­bie, ale moja mat­ka była jesz­cze więk­szą ego­ist­ką. Więc ro­bi­łam, co mo­głam, by mu udo­wod­nić, że nie je­stem taka jak ona.

Cio­cia Dar­la by­ła­by roz­cza­ro­wa­na moim dzi­siej­szym za­cho­wa­niem, ale nie mo­głam nic na to po­ra­dzić. Taka przy­go­da tra­fia się raz w ży­ciu. Dziew­czy­ny mo­je­go po­kro­ju nie jeź­dzi­ły mo­to­rem Trip­pa. On był poza za­się­giem. Ale dzi­siaj zo­ba­czył mnie. I ura­to­wał. Zno­wu.

By­łam pew­na, że ża­den męż­czy­zna ni­g­dy nie bę­dzie mógł się rów­nać z Trip­pem. On był cho­dzą­cym ide­ałem. A ja tyl­ko zwy­kłą dziew­czy­ną z osie­dla do­mów na kół­kach. Kimś, kogo on by w ogó­le nie za­uwa­żył, gdy­by nie cio­cia Dar­la. Lu­bił ją. Ro­bił to dla niej.

Cho­ciaż po­win­nam to so­bie cały czas przy­po­mi­nać, to w tej chwi­li wo­la­łam o tym nie my­śleć. Wo­la­łam upa­jać się do­ty­kiem jego cia­ła. Twar­de mię­śnie jego brzu­cha na­pię­ły się, kie­dy skrę­cił w uli­cę pro­wa­dzą­cą do klu­bu i oka­la­ją­cą bo­gat­szą część mia­sta. Do mnie je­cha­ło się w prze­ciw­nym kie­run­ku. W ca­łym tym pod­nie­ce­niu, że Tripp mnie od­wo­zi, za­po­mnia­łam mu po­wie­dzieć, gdzie miesz­kam. Moja przy­cze­pa nie znaj­do­wa­ła się w Ro­se­ma­ry Be­ach. Tu­taj w ogó­le nie było osie­dli do­mów na kół­kach. Prze­cięt­ny dom w Ro­se­ma­ry Be­ach kosz­to­wał co naj­mniej pięć mi­lio­nów do­la­rów. Miesz­ka­li­śmy z tatą trzy­dzie­ści mi­nut na pół­noc od mia­sta.

Tripp mógł mnie za­wieźć do klu­bu. Cio­cia Dar­la na pew­no jesz­cze pra­co­wa­ła. Miesz­ka­ła bli­żej, bo pan Ker­ring­ton za­pew­nił jej miesz­ka­nie na te­re­nie na­le­żą­cym do klu­bu. Bę­dzie na mnie zła, kie­dy wy­ja­śnię, co się sta­ło, ale nie mo­głam pro­sić Trip­pa, żeby od­wiózł mnie aż do domu. To było za da­le­ko.

– Za­wieź mnie po pro­stu do biu­ra cio­ci Dar­li – po­wie­dzia­łam, na­chy­la­jąc się do jego ucha, żeby mnie usły­szał przez świst wia­tru.

Ob­ró­cił lek­ko gło­wę w pra­wo.

– Wiem, gdzie jest jej miesz­ka­nie. My­śla­łem, że tam wła­śnie miesz­kasz.

Chcia­ła­bym. Ży­cie by­ło­by dużo prost­sze, gdy­bym miesz­ka­ła z cio­cią. Ona jako je­dy­na zna­na mi oso­ba ko­cha­ła mnie bez­wa­run­ko­wo.

– Nie, ale to nie szko­dzi. Miesz­kam zbyt da­le­ko za mia­stem. Prze­no­cu­ję dziś u niej.

Tripp nie od­po­wie­dział od razu, a po chwi­li zwol­nił i skrę­cił na sta­cję ben­zy­no­wą. Kie­dy się za­trzy­mał, prze­ży­łam mo­ment pa­ni­ki, bo nie wie­dzia­łam, co po­win­nam zro­bić z no­ga­mi. Nie chcia­łam, żeby prze­ze mnie mo­tor się prze­wró­cił. To by­ło­by strasz­ne.

Tripp po­sta­wił obie nogi na zie­mi. Jego umię­śnio­na syl­wet­ka oświe­tlo­na skle­po­wym neo­nem, gdy tak sie­dział okra­kiem na har­leyu, to był ko­lej­ny ob­raz, któ­ry za­cho­wam w pa­mię­ci.

– Czy Dar­la bę­dzie na cie­bie zła za tę wy­pra­wę do Ru­sha? – za­py­tał Tripp, od­wra­ca­jąc się do mnie.

Mo­głam go okła­mać, ale w jego spoj­rze­niu było coś ta­kie­go, że czło­wiek miał ocho­tę wy­znać mu wszyst­ko. Wzru­szy­łam więc tyl­ko ra­mio­na­mi i mil­cza­łam.

Na jego ide­al­nie wy­rzeź­bio­nych war­gach po­ja­wił się zło­śli­wy uśmie­szek, a ja całą uwa­gę sku­pi­łam na jego ustach. Dol­na war­ga była nie­co bar­dziej wy­dat­na niż gór­na, jed­nak róż­ni­ca była na tyle nie­wiel­ka, że więk­szość osób nie za­uwa­ży­ła­by tego. Mia­łam na jego punk­cie ob­se­sję, więc do­strze­ga­łam wszyst­ko. W nie­któ­rych mo­ich fan­ta­zjach ssa­łam tę jego dol­ną war­gę. Wy­da­wa­ła się wprost do tego stwo­rzo­na.

– Be­thy? – Jego głos wy­rwał mnie z tych ro­jeń i unio­słam wzrok ku jego oczom. Już się nie uśmie­chał, choć na­dal wy­da­wał się roz­ba­wio­ny.

– Hm? – mruk­nę­łam jak idiot­ka. Przy­ła­pał mnie na wpa­try­wa­niu się w jego usta.

– Py­ta­łem, czy wo­la­ła­byś, że­bym od­wiózł cię do domu. Od­le­głość nie gra roli. Mia­łaś cięż­ki wie­czór. Nie chcę, że­byś mu­sia­ła jesz­cze sta­wiać czo­ła wście­kłej Dar­li.

Bę­dzie wście­kła. Nie by­łam pew­na, z któ­re­go po­wo­du bar­dziej: tego, że wy­bra­łam się na im­pre­zę w domu Ru­sha Fin­laya z Jo­na­tho­nem, czy tego, że je­cha­łam na mo­to­rze z Trip­pem. Czu­łam, że bę­dzie rów­nie wku­rzo­na z obu tych po­wo­dów.

– Miesz­kam pół go­dzi­ny dro­gi stąd – wy­ja­śni­łam, opusz­cza­jąc wzrok na po­pla­mio­ną ole­jem na­wierzch­nię sta­cji. Wo­la­łam nie pa­trzeć mu w oczy, ba­łam się, że od­pły­nę w ko­lej­ny sen na ja­wie.

– Z ro­dzi­ca­mi? – spy­tał.

– Z tatą.

Gwizd­nął ci­cho.

– Tata czy Dar­la? Kto z nich dwoj­ga bę­dzie bar­dziej wku­rzo­ny?

Wes­tchnę­łam. Taty nie bę­dzie dzi­siaj w domu. W więk­szość piąt­ków i so­bót nie wra­cał do domu, sko­ro nie mu­siał na­stęp­ne­go dnia wsta­wać do pra­cy.

– Dar­la. Taty nie bę­dzie w domu.

Tripp nie od­po­wie­dział od razu, więc wpa­try­wa­łam się w zie­mię, cze­ka­jąc, aż po­dej­mie de­cy­zję. Po­wrót do na­szej przy­cze­py był­by dla mnie naj­lep­szym roz­wią­za­niem, ale mia­ła­bym wy­rzu­ty su­mie­nia, że Tripp zmar­nu­je tyle cza­su i pa­li­wa, od­wo­żąc mnie tam.

– Czę­sto je­steś sama w domu wie­czo­rem? – spy­tał. Tro­ska w jego gło­sie za­sko­czy­ła mnie. Pod­nio­słam wzrok i oczy­wi­ście zo­ba­czy­łam, że marsz­czy brwi.

– Tyl­ko w week­en­dy – od­par­łam, a mars na jego czo­le jesz­cze się po­głę­bił.

– To nie­bez­piecz­ne – wes­tchnął i po­trzą­snął gło­wą. – Za­wio­zę cię do Dar­li. Z tym będę czuł się le­piej. Nie po­win­naś zo­sta­wać sama w domu w week­en­dy.

Mia­łam pra­wie sie­dem­na­ście lat! Dla­cze­go trak­to­wał mnie tak, jak­bym mia­ła dzie­sięć? Czy wy­glą­da­łam jak dziec­ko?

– We wrze­śniu skoń­czę sie­dem­na­ście lat. Nie je­stem dziec­kiem. Przez więk­szość ży­cia w week­en­dy zo­sta­wa­łam sama w domu. – Tro­chę mnie te­raz ze­zło­ścił. Nie chcia­łam, żeby wi­dział we mnie dziec­ko. Je­sie­nią pój­dę do trze­ciej kla­sy li­ceum.

Na jego ustach po­ja­wił się uśmie­szek, któ­ry wy­raź­nie usi­ło­wał po­wstrzy­mać. Gdy­by nie był taki cho­ler­nie pięk­ny, zla­zła­bym z jego mo­to­ru i wró­ci­ła do domu sto­pem. Ro­bi­łam to już zresz­tą wcze­śniej.

– Nie po­wie­dzia­łem, że je­steś dziec­kiem, Be­thy. Wca­le nie to mia­łem na my­śli, mó­wiąc, że to nie­bez­piecz­ne.

Wy­star­czy­ło jed­no jego sek­sow­ne spoj­rze­nie i dźwięk cie­płe­go głę­bo­kie­go gło­su, że­bym znów po­czu­ła, że je­stem zda­na na jego ła­skę i nie­ła­skę, kom­plet­nie ocza­ro­wa­na. Po­je­cha­ła­bym z nim wszę­dzie, gdzie tyl­ko chciał­by mnie za­brać.

– W po­rząd­ku – po­wie­dzia­łam.

Tym ra­zem się ro­ze­śmiał, po czym od­wró­cił, żeby znów uru­cho­mić mo­tor.

– Trzy­maj się moc­no – przy­po­mniał mi.

Kie­dy już ob­ję­łam go w pa­sie, śmi­gnę­li­śmy da­lej ciem­ną dro­gą pro­wa­dzą­cą do klu­bu. Będę jed­nak mu­sia­ła sta­wić czo­ła zło­ści Dar­li. Ale było war­to bez dwóch zdań.

Tripp

Czasy obecne

Sie­dzia­łem na har­leyu i cze­ka­łem, aż Be­thy wyj­dzie z bu­dyn­ku klu­bu. Wo­ods co dwa ty­go­dnie prze­sy­łał mi ese­me­sem go­dzi­ny pra­cy Be­thy, a ja czu­wa­łem, żeby co wie­czór bez­piecz­nie do­tar­ła do domu. Nie śle­dzi­łem jej w ści­słym sen­sie tego sło­wa. Po pro­stu tyl­ko w ten spo­sób mo­głem po­zo­stać przy zdro­wych zmy­słach.

Nie mo­głem zro­bić nic wię­cej, jak tyl­ko czu­wać nad nią z da­le­ka. Je­śli za bar­dzo się zbli­ża­łem, do­sta­wa­ła sza­łu. Ostat­nim ra­zem, gdy pró­bo­wa­łem z nią po­roz­ma­wiać, za­czę­ła wrzesz­czeć. Nie by­łem w sta­nie jej uspo­ko­ić. Pa­trzy­łem, jak stop­nio­wo za­tra­ca swo­ją oso­bo­wość. I drę­czy­ło mnie to okrop­nie.

Każ­de­go dnia rano jeź­dzi­łem więc za nią do pra­cy, a wie­czo­rem do domu. Kie­dy była już bez­piecz­na w swo­im miesz­ka­niu, czę­sto par­ko­wa­łem mo­tor po dru­giej stro­nie dro­gi i ob­ser­wo­wa­łem jej okno, do­pó­ki nie zga­si­ła świa­tła. Ni­g­dy na mnie nie pa­trzy­ła, cho­ciaż wca­le nie ukry­wa­łem, że za nią jeż­dżę. Nie było sen­su ukry­wać tego przed nią.

Ostat­nio ode­zwa­ła się do mnie – w od­róż­nie­niu od wrzesz­cze­nia na mnie, bo to zda­rza­ło się czę­sto – pół­to­ra roku temu na pla­ży, kie­dy stra­ci­li­śmy Jace’a. Mo­je­go ku­zy­na, naj­bliż­sze­go przy­ja­cie­la, a dla Be­thy – mi­łość ży­cia. Uto­nął, ra­tu­jąc jej ży­cie, kie­dy pi­ja­na wy­pły­nę­ła za da­le­ko na oce­an i za­gar­nę­ły ją fale przy­bo­ju. Wraz z Jace’em utra­ci­łem część wła­snej du­szy. Był dla mnie jak młod­szy brat. To on był god­nym dzie­dzi­cem Ne­war­ków. Był tym wszyst­kim, czym ja po­wi­nie­nem być, ale nie by­łem.

No i ko­cha­li­śmy tę samą dziew­czy­nę. Cho­ciaż on ni­g­dy się o tym nie do­wie­dział.

Ob­ser­wo­wa­nie, jak Be­thy z każ­dym dniem co­raz bar­dziej wy­co­fu­je się z ży­cia, było dla mnie po­twor­nie trud­ne. Jace nie chciał­by tego. Ko­chał Be­thy bar­dziej niż sa­me­go sie­bie. Był­by zdru­zgo­ta­ny, wi­dząc ją w ta­kim sta­nie.

Wy­cho­dząc z bu­dyn­ku klu­bu, Be­thy od­rzu­ci­ła na ple­cy swo­je dłu­gie ciem­ne wło­sy. Szor­ty, któ­re mia­ła na so­bie, kie­dyś były ob­ci­słe i opi­na­ły jej ide­al­ny krą­gły ty­łe­czek. Ale wraz z utra­tą woli ży­cia tra­ci­ła tak­że ko­lej­ne ki­lo­gra­my. A już i tak schu­dła za bar­dzo.

Ogrom­nie pra­gną­łem ją przy­tu­lić i po­móc jej się po­zbie­rać, ale ona mnie nie chcia­ła. Nie zda­wa­łem so­bie spra­wy, jak bar­dzo mnie nie­na­wi­dzi, do­pó­ki nie wró­ci­łem do Ro­se­ma­ry Be­ach tro­chę po­nad dwa lata temu. Przed ośmiu laty ucie­kłem stąd w po­pło­chu od ży­cia, któ­re mnie przy­tła­cza­ło. Oj­ciec za­pla­no­wał dla mnie przy­szłość, któ­rej nie chcia­łem, i nie wi­dzia­łem in­ne­go roz­wią­za­nia.

Mia­łem osiem­na­ście lat i by­łem prze­ra­żo­ny, po­nie­waż przez trzy krót­kie mie­sią­ce pew­na szes­na­sto­let­nia dziew­czy­na sta­ła się ca­łym moim świa­tem. Tam­te­go lata, kie­dy spo­tka­łem ją na im­pre­zie u Ru­sha, Be­thy skra­dła moje ser­ce. I gdy już by­łem go­tów od­rzu­cić ży­cie, któ­re pla­no­wa­łem w cią­gu mi­nio­ne­go roku, po to, by móc z nią być, oj­ciec przy­po­mniał mi, w ja­kim stop­niu ma nade mną kon­tro­lę.

Gdy­bym zo­stał, nie mógł­bym za­trzy­mać Be­thy. On nie po­zwo­lił­by mi na ta­kie ży­cie. Więc ucie­kłem, ma­jąc na­dzie­ję, że kie­dy wró­cę za dwa lata, gdy Be­thy osią­gnie peł­no­let­niość, będę mógł za­brać ją ze sobą. Naj­pierw jed­nak mu­sia­łem uciec.

Pa­trzy­łem, jak Be­thy otwie­ra drzwicz­ki swo­je­go sta­re­go po­obi­ja­ne­go for­da tau­ru­sa i wsia­da do środ­ka. Jej sztyw­ny spo­sób po­ru­sza­nia i wzrok od­wró­co­ny ode mnie ja­sno uzmy­sła­wia­ły mi, że wie, że tu je­stem. Spo­dzie­wa­ła się mnie.

Swe­go cza­su na jej twa­rzy po­ja­wił­by się naj­szer­szy i naj­pięk­niej­szy uśmiech na świe­cie, a ona sama rzu­ci­ła­by się w moje ra­mio­na. To jed­nak na­le­ża­ło do prze­szło­ści. Znisz­czy­łem to. Znisz­czy­łem tam­tą Be­thy, cho­ciaż wte­dy nie zda­wa­łem so­bie z tego spra­wy.

Za­pa­li­łem sil­nik mo­to­ru i wy­pchną­łem go na dro­gę, zo­sta­jąc tro­chę w tyle za Be­thy, gdy je­cha­łem za nią do domu. Rzad­ko wy­bie­ra­ła się te­raz gdzie­kol­wiek in­dziej. Cza­sa­mi od­wie­dza­ła Gran­ta i Har­low oraz ich małą có­recz­kę. Zda­rza­ło jej się też skła­dać wi­zy­tę Bla­ire i Ru­sho­wi. Ale poza tymi nie­licz­ny­mi wi­zy­ta­mi wra­ca­ła po pro­stu do domu.

Ten jej dom był ko­lej­ną spra­wą, któ­ra zże­ra­ła mnie żyw­cem. Nie­na­wi­dzi­łem tego miej­sca. Nie zno­si­łem zo­sta­wiać jej na noc w miesz­ka­niu od­da­lo­nym pięt­na­ście mil od mia­sta i po­ło­żo­nym w szem­ra­nej oko­li­cy. Swe­go cza­su mia­ła przy­jem­ny apar­ta­ment na te­re­nie na­le­żą­cym do klu­bu, cał­ko­wi­cie opła­co­ny, ale po śmier­ci Jace’a wy­pro­wa­dzi­ła się stam­tąd. Bla­ire twier­dzi­ła, że Be­thy chcia­ła uciec od wspo­mnień, wi­dok pla­ży był dla niej zbyt bo­le­sny.

Ale, Boże, nie­na­wi­dzi­łem tego. Be­thy za­słu­gi­wa­ła na lep­sze ży­cie. Ta mło­da dziew­czy­na o wiel­kich ja­sno­brą­zo­wych oczach, tak uf­nych i nie­win­nych, nie da­wa­ła mi spo­ko­ju. Prze­ze mnie ta dziew­czy­na prze­sta­ła ist­nieć. Znisz­czy­łem tę uf­ność i nie­win­ność.

Sa­mo­chód Be­thy skrę­cił na sta­cję ben­zy­no­wą na skra­ju mia­sta. Nie po­trze­bo­wa­ła jesz­cze pa­li­wa. By­łem tego pe­wien, bo wie­dzia­łem, kie­dy ostat­nio tan­ko­wa­ła. To było dwa dni temu. Pa­li­wa wy­star­czy jej więc jesz­cze na kil­ka ko­lej­nych dni. Za­par­ko­wa­łem po dru­giej stro­nie dro­gi i ob­ser­wo­wa­łem ją.

Pa­trzy­łem, jak par­ku­je sa­mo­chód i wy­sia­da. Trzy­ma­jąc drzwicz­ki, od­wró­ci­ła się i spoj­rza­ła w moją stro­nę pio­ru­nu­ją­cym wzro­kiem, po czym za­trza­snę­ła je. Przy­naj­mniej tym ra­zem na mnie po­pa­trzy­ła. Spo­dzie­wa­łem się jed­nak, że na tym ko­niec, te­raz na­dal bę­dzie mnie igno­ro­wa­ła i wej­dzie po pro­stu do skle­pu, ale tak się nie sta­ło.

Na­dal wbi­ja­ła we mnie wście­kłe spoj­rze­nie i sztyw­nym kro­kiem ru­szy­ła przez par­king w moją stro­nę. O, cho­le­ra. Spra­wia­ła wra­że­nie wku­rzo­nej, a w po­bli­żu nie było ni­ko­go, kto by ją uspo­ko­ił, kie­dy na mnie na­pad­nie. Może to i do­brze. Kie­dy ostat­nim ra­zem na­sko­czy­ła na mnie, Grant i Wo­ods od­cią­gnę­li ją ode mnie i za­wieź­li do domu. Kie­dy pró­bo­wa­łem coś do niej po­wie­dzieć, tyl­ko wrzesz­cza­ła gło­śniej. Samo brzmie­nie mo­je­go gło­su dzia­ła­ło jej na ner­wy.

Aż do tam­te­go dnia na pla­ży nie zda­wa­łem so­bie spra­wy z po­gar­dy, jaką do mnie czu­ła. Ukry­wa­ła ją przed Jace’em i oka­zy­wa­ła mi tyl­ko wte­dy, kie­dy nikt nie wi­dział. Wspo­mnie­nie jej słów prze­szy­ło mnie ni­czym szty­let i aż się wzdry­gną­łem. Za­wsze będą mnie prze­śla­do­wać. Ni­g­dy nie zdo­łam ich za­po­mnieć.

Zsia­dłem z mo­to­ru i cze­ka­łem na to, czym dziś za­mie­rza­ła mnie ugo­dzić. W każ­dym ra­zie ja­koś za­re­ago­wa­ła na moją obec­ność. Sta­ra­łem się brać to za do­brą mo­ne­tę.

Sta­nę­ła na­prze­ciw­ko mnie i opar­ła ręce na bio­drach. Mimo utra­ty wagi Be­thy na­dal mia­ła bio­dra. Chud­sze, ale jed­nak. Za­wsze mia­ła fan­ta­stycz­ne bio­dra.

– Prze­stań mnie śle­dzić – wy­ce­dzi­ła, a oczy roz­bły­sły jej gnie­wem. – Jesz­cze mi tego bra­ko­wa­ło, że­byś jeź­dził za mną jak psy­chol!

Mu­sia­łem po­stę­po­wać z nią ostroż­nie. Za­le­ża­ło mi na roz­mo­wie, nie chcia­łem od razu jej wku­rzyć.

– Upew­niam się tyl­ko, czy je­steś bez­piecz­na – od­par­łem naj­ła­god­niej­szym to­nem, na jaki mo­głem się zdo­być.

– To prze­stań! – wark­nę­ła Be­thy. – Nie chcę, że­byś mnie pil­no­wał. Co cię ob­cho­dzi moje bez­pie­czeń­stwo? Nie przej­mo­wa­łeś się moim lo­sem przez wie­le lat. – Sta­ra­ła się nad sobą za­pa­no­wać. Mia­ła ocho­tę mnie ude­rzyć. Wrzesz­czeć na mnie. Chcia­ła ob­wi­niać ko­goś in­ne­go za śmierć Jace’a, a mnie naj­ła­twiej było jej znie­na­wi­dzić.

– Ob­cho­dzi mnie two­je bez­pie­czeń­stwo – od­par­łem po pro­stu.

Za­mknę­ła oczy i wzię­ła głę­bo­ki wdech. Opar­te na bio­drach ręce za­ci­snę­ła w pię­ści.

– Nie mam ocho­ty cię oglą­dać. Nie po­do­ba mi się, że mnie pil­nu­jesz. Chcę, żeby mnie zo­sta­wio­no w spo­ko­ju. Przy­się­gam na Boga, Tripp, wy­stą­pię prze­ciw­ko to­bie do sądu o za­kaz zbli­ża­nia się do mnie – za­gro­zi­ła.

Obo­je wie­dzie­li­śmy, że nic jej nie zro­bi­łem i nie uda­ło­by jej się zdo­być ta­kie­go za­ka­zu. Ale gdy­bym to po­wie­dział, jesz­cze bar­dziej wy­trą­cił­bym ją z rów­no­wa­gi.

– Wiem, że mnie nie­na­wi­dzisz. Bar­dzo dłu­go nie mo­głem zro­zu­mieć dla­cze­go. Ale te­raz ro­zu­miem. Cho­le­ra, Be­thy, sam sie­bie nie­na­wi­dzę – przy­zna­łem. – To jed­nak nie zna­czy, że nie za­le­ży mi na to­bie. Mar­twię się o cie­bie. Ro­zu­miem, że nie chcesz, że­bym się do cie­bie zbli­żał. Mimo to za­mie­rzam choć z da­le­ka czu­wać nad two­im bez­pie­czeń­stwem. Przy­kro mi, je­śli to cię de­ner­wu­je.

Be­thy wy­buch­nę­ła hi­ste­rycz­nym śmie­chem, któ­ry tak na­praw­dę wca­le nie był śmie­chem. Uwiel­bia­łem śmiech Be­thy. Ten jej ra­do­sny śmiech. Swe­go cza­su to on mnie wła­śnie w niej urzekł. Zro­bił­bym wszyst­ko, żeby usły­szeć, jak się śmie­je, i zo­ba­czyć, jak się uśmie­cha. A te­raz ten jej pu­sty ha­ła­śli­wy re­chot po­głę­biał je­dy­nie dzie­lą­ce nas cier­pie­nie.

– Dla­cze­go wró­ci­łeś? Świet­nie so­bie ra­dzi­łam. Mię­dzy mną a Jace’em, ukła­da­ło się wspa­nia­le. By­łam szczę­śli­wa, Tripp. By­łam taka cho­ler­nie szczę­śli­wa. – Głos jej się za­ła­mał, a ja mia­łem ocho­tę ją przy­tu­lić. Ta twar­da, ochron­na sko­ru­pa zło­ści, w któ­rą Be­thy się przy­oble­kła, za­czy­na­ła pę­kać. – Two­je po­ja­wie­nie się wszyst­ko ze­psu­ło. Wszyst­ko! A po­tem… ty… – na­gle krzyk­nę­ła prze­raź­li­wie i za­kry­ła oczy dłoń­mi. – Sta­ra­łam się ja­koś nad tym za­pa­no­wać. Pró­bo­wa­łam cię po­lu­bić. Usi­ło­wa­łam po­go­dzić się z tym, że Jace cię ko­chał, i chcia­łam za­po­mnieć o prze­szło­ści. Chcia­łam za­po­mnieć tam­to lato. Mia­łam Jace’a. Dla­cze­go mu­sia­łeś mi o wszyst­kim przy­po­mnieć? Dla­cze­go mu­sia­łeś…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej