Wydawca: Buchmann Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2013

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Był sobie szpieg... - Keith Thomson

 

 

Drummond Clark był niegdyś legendarnym szpiegiem. Niestety choroba Alzheimera zebrała swoje żniwo, czyniąc z niego skołowanego starca, który pewnego dnia oddala się od domu i tylko jego syn może sprowadzić go z powrotem.

Gdy Charlie Clark opuszcza tor wyścigowy, na którym ostatnio prześladowała go zła passa, i wraca z ojcem do domu, budynek wylatuje w powietrze – a zaraz potem wokoło zaczynają świstać kule. Początkowo Charlie przypuszcza, że to sprawka jego rosyjskich „wierzycieli”, uciekających się do agresywnych metod windykacyjnych. Jednak widząc, z jaką łatwością Drummond odpala samochód, którym ratują się z opresji, Charlie zaczyna podejrzewać, że kryje się za tym coś więcej. Wkrótce odkrywa, że niepozorna kariera Drummonda jako sprzedawcy sprzętu domowego w rzeczywistości była szczwaną przykrywką dla zmyślnej operacji polegającej na sprzedaży wadliwych zapalników jądrowych potencjalnym terrorystom. Tajne informacje na temat „urządzeń”, kołaczące się w umyśle Drummonda, którym zawładnęła choroba, mogą być wyjątkowo niebezpieczne. CIA chce go „pojmać” – podobnie jak kilku innych podejrzanych osobników udających się w dziki pościg za Drummondem i Charliem, który ich luźne relacje zacieśnia jak nigdy dotąd.

Powieść Keitha Thomsona to udany debiut z gatunku thrillerów szpiegowskich, trzymający w napięciu, tryskający dowcipem i wyróżniający się błyskotliwym stylem.

 

Keith Thomson – były baseballista, grający w półprofesjonalnej lidze francuskiej, karykaturzysta współpracujący z „Newsday”, filmowiec, którego krótkometrażowy film zadebiutował na Festiwalu Filmowym w Sundance, i scenarzysta, obecnie mieszkający w Alabamie. Pisze o wywiadzie i wielu innych zagadnieniach dla „Huffington Post”.

Potrzeba wielkiego talentu pisarskiego, by wykrzesać iskrę ze współczesnego, nieco przykurzonego gatunku thrillera. Keith Thomson ma go w bród.

– Lincoln Child, autor „Głębii”

„Był sobie szpieg” to najbardziej wciągający thriller, jaki czytałem w tym roku. To książka na wskroś oryginalna, serwująca podnoszącą ciśnienie dawkę dobrego humoru i prawdziwego suspensu. Cóż za debiut! Tej powieści nie da się nie lubić.

– Christopher Reich, autor „Kodeksu zdrady”

Wspaniale wykreowane postaci, wartka akcja i czarny humor, a wszystko opisane świeżym, dynamicznym językiem. Debiut Keitha Thomsona to najbardziej porywający thriller, jaki czytałem od lat.

– Chuck Hogan, autor „Miasta złodziei”

Opinie o ebooku Był sobie szpieg... - Keith Thomson

Fragment ebooka Był sobie szpieg... - Keith Thomson

BYŁ SO­BIE SZPIEG

KE­ITH THOM­SON

z an­giel­skie­go prze­ło­ży­ła

Da­nu­ta Fry­zow­ska

Warszawa 2013

Ty­tuł ory­gi­na­łu Once a Spy

Prze­kład Da­nu­ta Fry­zow­ska

Re­dak­cja Ja­cek Ring

Ko­rek­ta Bo­gu­sła­wa Ję­dra­sik, Pau­li­na Mar­te­la

Pro­jekt okład­ki Ma­riusz Ba­na­cho­wicz

Skład TYPO

Co­py­ri­ght © 2010 by Ke­tih Thom­son

This trans­la­tion pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Do­uble­day, an im­print of The Knopf Do­uble­day Pu­bli­shing Gro­up, di­vi­sion of Ran­dom Ho­use, Inc.

All ri­ghts re­se­rved

© Co­py­ri­ght by GWF sp. z o.o., War­sza­wa 2013

ISBN 978-83-7881-839-7

Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal Sp. z o.o.

00-372 War­sza­wa, ul. Fok­sal 17

tel. 22 828 98 08, 22 894 60 54

biu­ro@gwfok­sal.pl

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej Mi­chał Olew­nik / Wy­daw­nic­two W.A.B.i Mag­da­le­na Woj­tas / Vir­tu­alo Sp. z o.o.

Dla M.S.T.

Ceną wol­no­ści jest wiecz­na czuj­ność.

Tho­mas Jef­fer­son

Część pierwszaUzasadniona paranoja

1

Bro­oklyn pro­spe­ro­wał. Wszę­dzie tyl­ko nie tu. Osie­dle, na któ­rym miesz­kał Drum­mond Clark, wciąż two­rzy­ły po­kry­te sa­dzą, kan­cia­ste domy, nie­któ­re ster­czą­ce pod dziw­ny­mi ką­ta­mi, a wszyst­kie upa­ko­wa­ne tak bli­sko sie­bie, że wy­glą­da­ły jak je­den dłu­gi, po­sza­rza­ły od sa­dzy bu­dy­nek. W okre­sie świą­tecz­nym wy­wie­szo­ne tu i ów­dzie ko­lo­ro­we lamp­ki jesz­cze bar­dziej pod­kre­śla­ły pęk­nię­cia w sta­rych mu­rach.

W ten po­nu­ry wi­gi­lij­ny wie­czór Drum­mond stał zgar­bio­ny w swo­jej ma­łej kuch­ni w bla­sku mi­ga­ją­cych po są­siedz­ku czer­wo­nych i zie­lo­nych świa­te­łek cho­in­ko­wych, si­łu­jąc się z pusz­ką zupy. Za­sta­na­wiał się, jak mo­gło do tego dojść. Nie miał przy­ja­ciół ani ro­dzi­ny. Nie pa­mię­tał na­wet, kie­dy ostat­nio któ­ryś z są­sia­dów za­pro­sił go do sie­bie.

Cóż, jako wdo­wiec od wie­lu lat nie pa­so­wał za bar­dzo do są­siedz­twa, za­miesz­ka­ne­go głów­nie przez mło­de ro­dzi­ny. Po­nad­to świat sta­wał się co­raz bar­dziej eli­tar­ny i ma­te­ria­li­stycz­ny, a jego pra­ca była nie­cie­ka­wa: przez trzy­dzie­ści lat ha­ro­wał w dzia­le sprze­da­ży prze­cięt­nej kla­sy pro­du­cen­ta sprzę­tu do­mo­we­go. Sam rów­nież był nie­cie­ka­wy – po sześć­dzie­się­ciu czte­rech la­tach nie miał już żad­nych złu­dzeń. Jed­nak to nie tłu­ma­czy­ło, dla­cze­go ten wie­czór spę­dzał w sa­mot­no­ści.

Wie­dział, że musi cho­dzić o coś in­ne­go. I to o coś dość oczy­wi­ste­go.

Co to może być? – za­py­tał sam sie­bie.

Miał w gło­wie kom­plet­ną pust­kę. Li­czył na to, że wal­ka ze skrzy­pią­cym otwie­ra­czem do pu­szek od­świe­ży mu pa­mięć.

Nie­ste­ty, na próż­no. Ale przy­najm­niej uda­ło mu się otwo­rzyć pusz­kę. Z cy­lin­drycz­ne­go wnę­trza wy­pły­nął gę­sty ro­sół z ma­ka­ro­no­wy­mi gwiazd­ka­mi i wpadł z plu­skiem do garn­ka.

Głod­ny i nie­cier­pli­wy Drum­mond stał przy ku­chen­ce. Gdy zupa się za­go­to­wa­ła, zdjął gar­nek z pal­ni­ka i po­śpie­szył w stro­nę pod­nisz­czo­ne­go sto­łu rzeź­nic­kie­go. Mi­ska, ser­wet­ka i łyż­ka cze­ka­ły już w rów­nym rząd­ku.

Omi­nął stół i wy­lał za­war­tość garn­ka do do­nicz­ki z się­ga­ją­cą pasa pla­sti­ko­wą pa­prot­ką, któ­ra sta­ła przy bocz­nych drzwiach.

Elek­tro­nicz­ny trzask roz­brzmiał w mi­nia­tu­ro­wych gło­śni­kach gdzieś na pod­da­szu trzy domy da­lej. Lo­kum to wy­naj­mo­wa­ło czte­rech schlud­nych, mło­dych męż­czyzn, któ­rzy po­da­wa­li się za dok­to­ran­tów Po­li­tech­ni­ki Bro­okliń­skiej. Ten, na któ­re­go wo­ła­no Pit­man, nie miał po­ję­cia, co to za ha­łas. De­wart sie­dzą­cy po dru­giej stro­nie sto­łu do ping-pon­ga, któ­ry słu­żył „dok­to­ran­tom” za biur­ko, był rów­nie zdu­mio­ny. „De­wart”, po­dob­nie jak „Pit­man”, był pseu­do­ni­mem, za­pew­ne wy­bra­nym lo­so­wo. Pit­man po­dej­rze­wał jed­nak, że mia­ło to zwią­zek z po­do­bień­stwem De­war­ta do ak­to­ra Jim­my’ego Ste­war­ta.

– Co­kol­wiek to było, do­bie­gło z szóst­ki. Któ­ry to szóst­ka? – rzu­cił wpa­trzo­ny w mo­ni­tor De­wart.

– Spraw­dzam – od­parł Pit­man, wpro­wa­dza­jąc ha­sło do pa­ne­lu ste­ru­ją­ce­go elek­tro­nicz­ny­mi urzą­dze­nia­mi mo­ni­to­ru­ją­cy­mi. – Praw­do­po­dob­nie któ­ryś z tych cho­ler­nych świa­tło­wo­do­wych.

Mi­kro­fo­ny świa­tło­wo­do­we dzia­ła­ły na za­sa­dzie wiąz­ki świa­tła prze­sy­ła­nej po ka­blu cień­szym niż ludz­ki włos i były nie do wy­kry­cia przez de­tek­to­ry złącz nie­li­nio­wych oraz me­ta­lu. Nie­ste­ty sły­nę­ły z tego, że lu­bi­ły się psuć, a za­si­la­ją­ce je ba­te­rie li­to­wo-po­li­me­ro­we trze­ba było wy­mie­niać co dzie­więć dni – w naj­lep­szym ra­zie. To na­kła­da­ło ko­niecz­ność za­krad­nię­cia się do domu Drum­mon­da pod jego nie­obec­ność, co zda­rza­ło się na­der rzad­ko, od­kąd prze­by­wał na zwol­nie­niu.

Nor­mal­nie Pit­man prze­my­cił­by te urzą­dze­nia przez szyb wen­ty­la­cyj­ny, przy­cze­pia­jąc je do peł­za­czy, ro­bo­tów wiel­ko­ści po­spo­li­te­go ka­ra­lu­cha. Mógł­by rów­nież użyć mi­kro­fo­nów, któ­re czer­pią ener­gię z do­mo­wej in­sta­la­cji elek­trycz­nej, pod­łą­czo­ne od tyłu do włącz­ni­ka świa­tła. Rów­nie do­brze spraw­dzi­ła­by się ka­me­ra otwor­ko­wa ukry­ta za lu­strem. Nie­ste­ty te „pro­ste” urzą­dze­nia mają to do sie­bie, że dość ła­two je wy­kryć.

– Zga­dza się, świa­tło­wo­do­wy – rzu­cił do De­war­ta. – Ten w do­nicz­ce w kuch­ni.

– Masz po­mysł, co z nim nie tak?

– Może spię­cie?

– Ja­kim cu­dem?

– Chy­ba wy­da­wa­ło mu się, że pod­le­wa kwiat­ki.

– Prze­cież wszyst­kie jego ro­śli­ny są sztucz­ne.

– Ra­cja. – Pró­bu­jąc zi­gno­ro­wać na­ra­sta­ją­cy nie­po­kój, Pit­man wrzu­cił na kom­pu­ter ob­raz z 20-N i 20-S, dwóch mi­nia­tu­ro­wych ka­mer otwor­ko­wych, któ­re po­ma­lo­wał na sza­ro i przy­mo­co­wał do rów­nie sza­rych la­tar­ni na obu krań­cach prze­czni­cy.

Na mo­ni­to­rze wy­świe­tlił się wi­dok oko­li­cy, w któ­rej nie wy­kry­to żad­ne­go ru­chu, z wy­jąt­kiem mru­ga­ją­cych lam­pek cho­in­ko­wych i tek­tu­ro­wej pod­staw­ki tań­czą­cej na wie­trze, z któ­rej Pit­man od­czy­tał logo Schlit­za. Do­strzegł tak­że, że drzwi do domu Drum­mon­da dyn­da­ły na za­wia­sach. Za­zwy­czaj Drum­mond za­my­kał je na trzy spu­sty, chy­ba że wy­cho­dził ze śmie­cia­mi. Poza kil­ko­ma po­jem­ni­ka­mi na od­pad­ki alej­ka była pu­sta.

Pit­man po­czuł się tak, jak­by do­stał kop­nia­ka w brzuch.

– Po­trzeb­ni nam re­zer­wi­ści – stwier­dził. Wo­lał nie my­śleć o ewen­tu­al­nych kon­se­kwen­cjach zgu­bie­nia Drum­mon­da, jed­no­cze­śnie two­rzył róż­ne sce­na­riu­sze, w któ­rych je­den z „re­zer­wo­wych gra­czy” wspi­nał się na pod­da­sze i na roz­kaz z góry wy­cią­gał broń – ko­niec aktu.

Zga­dza się, jed­nost­ki śle­dzą­ce na­gmin­nie tra­ci­ły cel z oczu, na­wet te znacz­nie licz­niej­sze i bar­dziej wy­spe­cja­li­zo­wa­ne. Pit­man sły­szał kie­dyś o osiem­dzie­się­cio­oso­bo­wym ze­spo­le pro­wa­dzą­cym ru­cho­mą ob­ser­wa­cję, któ­ry zgu­bił obiekt, gdy grup­ka przed­szko­la­ków, prze­pro­wa­dza­nych przez uli­cę przez za­wzię­te­go straż­ni­ka, od­cię­ła dro­gę kie­row­cy po­jaz­du pi­lo­tu­ją­ce­go.

Jed­nak Drum­mond Clark nie był ja­kimś tam obiek­tem.

2

O szó­stej na­stęp­ne­go dnia, w nie­zno­śnie mroź­ny świą­tecz­ny po­ra­nek, Char­lie Clark był je­dy­nym pa­sa­że­rem w ter­ko­czą­cym au­to­bu­sie li­nii Q11, któ­ry prze­jeż­dżał obok do­mów to­wa­ro­wych, ba­rów szyb­kiej ob­słu­gi i pod­upa­da­ją­cych bądź prze­zna­czo­nych do wy­bu­rze­nia biu­row­ców na wy­lud­nio­nym Qu­eens Bo­ule­vard. Za­uwa­żył, że kie­row­ca, męż­czy­zna o mi­łej apa­ry­cji i mło­dzień­czym wy­glą­dzie, mniej wię­cej w jego wie­ku, czy­li trzy­dzie­sto­la­tek, przy­glą­dał mu się w lu­ster­ku wstecz­nym. Na­wet gdy Char­lie miał na so­bie sta­re te­ni­sów­ki i dżin­sy po­dar­te na ko­la­nach, tak jak te­raz, nie­zna­jo­mi za­wsze bra­li go za ja­pi­szo­na.

– Je­dzie pan na wy­spę spo­tkać się z ro­dzi­ną?! – krzyk­nął do tyłu kie­row­ca.

Char­lie za­wa­hał się, czy zdra­dzić mu praw­dę. Rzecz w tym, że po­mi­mo dud­nie­nia sil­ni­ka i stu­ko­tu opon pod­ska­ku­ją­cych na wy­bo­jach w gło­sie kie­row­cy usły­szał jak­by smu­tek. Po­nad­to, gdy wsia­dał do au­to­bu­su, na pal­cu kie­row­cy do­strzegł gru­bą ob­rącz­kę i zdję­cie dwóch ma­łych dziew­czy­nek, przy­kle­jo­ne do pu­deł­ka na drob­ne za bi­le­ty. Uznał, że ko­leś zo­stał za­pew­ne zmu­szo­ny do opusz­cze­nia cie­płe­go łona ro­dzi­ny, i to o bez­li­to­śnie wcze­snej po­rze, by spę­dzić świę­ta Bo­że­go Na­ro­dze­nia, wdy­cha­jąc lo­do­wa­te po­wie­trze peł­ne spa­lin, uni­ka­jąc zde­rze­nia z pod­chmie­lo­ny­mi, nie­dziel­ny­mi kie­row­ca­mi i zno­sząc iry­tu­ją­cy głos z na­gra­nia, któ­ry upra­szał o ostroż­ność przy wy­sia­da­niu na każ­dym przy­stan­ku, na­wet gdy nikt wów­czas nie wy­sia­dał. Z pew­no­ścią nie ucie­szył­by się za­tem na wieść, że tego dnia przy­szło mu wo­zić ha­zar­dzi­stę gra­ją­ce­go na­ło­go­wo na wy­ści­gach.

– Jadę od­wie­dzić Cio­tu­nię Edith.

Cio­tu­nia Edith była mło­dą kla­czą.

Twarz kie­row­cy pło­nę­ła, zu­peł­nie jak­by z pu­deł­ka na drob­ne bu­chał ogień. Char­lie­mu rów­nież zro­bi­ło się cie­pło. Nie chcąc roz­cza­ro­wać bie­da­czy­ska, wy­siadł przy­sta­nek przed To­rem Akwe­dukt, w są­siedz­twie zdo­mi­no­wa­nym przez uro­cze, lecz pod­nisz­czo­ne ce­gla­ne dom­ki kry­te gon­tem, w któ­rych rów­nie do­brze mo­gły miesz­kać same cio­tu­nie.

To ozna­cza­ło, że mu­siał przejść jesz­cze kil­ka prze­cznic. Za­drżał, lecz nie z zim­na.

Wzdry­gnął się na myśl o dłu­gu.

3

Tor Akwe­dukt, czy­li „Wiel­kie A”, zo­stał otwar­ty w 1894 roku. Wie­lu gra­czy na­zy­wa­ło go „Wiel­kim N” – od nie­ba, zwłasz­cza w sło­necz­ne dni, kie­dy bry­za owie­wa­ła im­po­nu­ją­ce, dwu­po­zio­mo­we try­bu­ny aro­ma­tycz­ną mie­szan­ką sia­na, świe­żo sko­szo­nej tra­wy i koni.

Na tych­że try­bu­nach przez ostat­nie dzie­sięć lat Char­lie spę­dził więk­szość swo­je­go cza­su, jed­nak nie pod­cho­dził do tego zbyt sen­ty­men­tal­nie. Je­śli już za­przą­tał so­bie czymś gło­wę, to je­dy­nie my­ślą o tym, że ten za­byt­ko­wy ko­los prę­dzej by się za­wa­lił, niź­li wy­trzy­mał cię­żar jesz­cze jed­ne­go za­ro­śnię­te­go ko­le­sia w po­pla­mio­nej ko­szu­li. Na ogół sku­piał się nie­mal wy­łącz­nie na go­ni­twach oraz na tym, co dzia­ło się przed każ­dą z nich i po niej: ra­do­snym par­ska­niu, po­włó­cze­niu ko­py­ta­mi, do­dat­ko­wych kro­kach koni. Gdy nie­ogo­lo­ne typ­ki wo­kół nie­go gnio­tły w dło­niach ku­po­ny z za­kła­da­mi za­war­ty­mi na go­ni­twę, któ­ra wła­śnie do­bie­gła koń­ca, prze­kli­na­jąc swo­je par­szy­we szczę­ście, on chło­nął cen­ne wska­zów­ki.

Kil­ka mie­się­cy temu jego wzrok przy­cią­gnę­ła pew­na klacz, któ­ra w dro­dze do staj­ni po­sta­wi­ła do­dat­ko­wy krok, omi­ja­jąc ka­łu­żę. Uznał, że koń ma awer­sję do wody i za­pa­mię­tał to so­bie, jed­nak sześć ty­go­dni póź­niej, gdy w Lo­uisvil­le pa­da­ło, a tor Do­wns to­nął w bło­cie, ten sam koń oka­zał się fa­wo­ry­tem – z na­dzie­ją na taki wła­śnie sce­na­riusz Char­lie bu­dził się każ­de­go dnia przez ostat­nie sześć ty­go­dni. Ob­sta­wia­jąc po­pu­lar­ne­go wi­ce­fa­wo­ry­ta, za­ro­bił na nowe spor­to­we vo­lvo, co było rów­nie emo­cjo­nu­ją­ce jak jed­na dwu­dzie­sta se­kun­dy, w cią­gu któ­rej koń prze­kro­czył li­nię mety.

Nie­ste­ty w ze­szło­ty­go­dnio­wej go­ni­twie na to­rze Gul­fstre­am Cio­tu­nia Edith czła­pa­ła ocię­ża­le za pię­cio­ma koń­mi, któ­re już daw­no ukoń­czy­ły wy­ścig, wy­prze­dza­jąc ją o tyle dłu­go­ści, że trud­no było zli­czyć. Char­lie stra­cił już stów­kę, sta­wia­jąc na gnia­do­sza, któ­ry fi­ni­szo­wał jako czwar­ty. Po­zo­sta­li by­wal­cy „Wiel­kie­go A”, śle­dzą­cy go­ni­twę na mo­ni­to­rze z bez­war­to­ścio­wy­mi – jak moż­na by są­dzić – ku­po­na­mi w dło­niach, za­czę­li je gnieść i na­rze­kać pod no­sem. Char­lie jak zwy­kle wy­trwał do koń­ca.

Na ostat­niej pro­stej zo­stał na­gro­dzo­ny wi­do­kiem Cio­tu­ni Edith, któ­ra na­gle i nie­spo­dzie­wa­nie zmie­ni­ła się w pę­dzą­cą lo­ko­mo­ty­wę. Wy­czuł w tym rzad­ki for­tel, po­wszech­nie zna­ny jako „ciem­nie­nie”, o któ­rym moż­na mó­wić w sy­tu­acji, gdy koń wy­ści­go­wy ma­ją­cy opi­nię guz­dra­ły mknie jak ra­kie­ta na tre­nin­gach od­by­wa­ją­cych się wy­łącz­nie w obec­no­ści wła­ści­cie­la i tre­ne­ra. Ci ce­lo­wo ukry­wa­ją rze­czy­wi­ste moż­li­wo­ści ko­nia w po­mniej­szych wy­ści­gach, li­cząc na za­kła­do­wą bo­nan­zę w póź­niej­szym ter­mi­nie, kie­dy wresz­cie po­ka­żą, na co go stać.

Nie było lep­sze­go mo­men­tu, aby wyjść z ukry­cia niż dru­gi dzień świąt Bo­że­go Na­ro­dze­nia, gdy pulę za­kła­dów pod­bi­ja­ły żół­to­dzio­by i inne płot­ki wy­peł­nia­ją­ce try­bu­ny i za­wsze ob­sta­wia­ją­ce fa­wo­ry­ta. Je­śli eki­pa Cio­tu­ni Edith przy­mie­rza­ła­by się do tego, dżo­kej, któ­ry jej do­sia­dał, ujaw­nił­by to na dzi­siej­szym tre­nin­gu, i to bez stan­dar­do­wych środ­ków bez­pie­czeń­stwa, po­nie­waż w świę­ta Akwe­dukt był nie­czyn­ny.

Char­lie nie­cier­pli­wie ude­rzył w dzwo­nek do drzwi biu­ra Akwe­duk­tu. W pro­gu po­ja­wił się jego przy­ja­ciel Mic­key Ra­mi­rez. Mic­key był tu ochro­nia­rzem, po­nie­waż jak każ­dy, kto pra­co­wał na to­rze, za­nad­to lu­bił ko­nie. Gdy­by nie to, pew­nie nadal świę­cił­by suk­ce­sy jako pry­wat­ny de­tek­tyw na Man­hat­ta­nie. Mic­key miał czter­dzie­ści dwa lata, był prze­cięt­ne­go wzro­stu i, dzię­ki sto­isku z na­po­ja­mi orzeź­wia­ją­cy­mi, któ­re po­zwa­la­ły prze­łknąć go­rycz prze­gra­nej, wa­żył oko­ło stu czter­dzie­stu kilo. Dłu­gie, gę­ste, lśnią­co czar­ne wło­sy do­dat­ko­wo uwy­dat­nia­ły owe wady. Te­raz jego z re­gu­ły po­sęp­ne ob­li­cze spo­chmur­nia­ło jesz­cze bar­dziej na wi­dok Char­lie­go.

– Nie mo­żesz wejść – rzu­cił zza prze­szklo­nych drzwi.

– To­bie rów­nież ży­czę we­so­łych świąt – od­parł Char­lie, zu­peł­nie nie­wzru­szo­ny.

– Za­tem, czy masz świa­do­mość że są świę­ta?

– Nie, wi­tam się tak każ­de­go dnia, na wszel­ki wy­pa­dek.

– Do­brze wiesz, że to je­dy­ny dzień, kie­dy tor jest za­mknię­ty.

– Chcia­łem do­trzy­mać ci to­wa­rzy­stwa, bra­chu. A przy oka­zji chcia­łem przyj­rzeć się tre­nin­go­wi.

– Wy­le­cę, je­śli cię wpusz­czę.

– Wiem, wiem, ale ostat­nio mia­łem cho­ler­ny nie­fart…

– Tyl­ko nie uża­laj mi się te­raz na swój los – wpadł mu w sło­wo Mic­key.

– …i za­dłu­ży­łem się u Gru­dze­wa na dwa­dzie­ścia trzy pa­ty­ki.

Mic­key spu­ścił z tonu.

– Niech to szlag.

Char­lie chuch­nął w dło­nie.

– Za­kła­da­jąc, że Phi­lo­wi z lom­bar­du udzie­li się świą­tecz­ny na­strój, bra­ku­je mi jesz­cze po­nad pięt­na­stu ka­fli. Je­śli nie zdo­bę­dę ich do ju­tra wie­czór, Gru­dzew spre­zen­tu­je mi nowe but­ki.

– Z be­to­nu?

– Nie, z kro­ko­dy­lo­wej skó­ry.

– Do li­cha… Co ci strze­li­ło do gło­wy, żeby po­ży­czać od ta­kie­go typa?

Char­lie­mu zro­bi­ło się głu­pio.

– My­śla­łem, że mój koń wy­gra – od­rzekł. Mógł­by przy­to­czyć przy­najm­niej kil­ka przy­kła­dów, kie­dy Mic­key znaj­do­wał się w po­dob­nym po­ło­że­niu. Któ­re­goś razu nie tyl­ko wy­cią­gnął go z ta­ra­pa­tów, ale jesz­cze po­ży­czył mu na czynsz. A sko­ro już o tym mowa, po­życz­ki tej nig­dy nie od­zy­skał.

– Ro­zu­miem, sta­ry – ode­zwał się Mic­key. Uchy­lił nie­co sze­rzej drzwi, jed­nak nadal stał w przej­ściu. – Ale dasz mi w ra­zie cze­go cynk?

To ozna­cza­ło, że Mic­key wpu­ści Char­lie­go do środ­ka, je­śli ten zre­wan­żu­je się, in­for­mu­jąc go, gdy­by spo­strzegł co­kol­wiek, co mo­gło­by za­wa­żyć na wy­ni­ku go­ni­twy. Char­lie zje­żył się na myśl o tym. Czer­pał przy­jem­ność z wy­gra­nej tyl­ko wte­dy, gdy jako je­dy­ny miał ra­cję, pod­czas gdy cała resz­ta się my­li­ła. Ta­kie­go uczu­cia nie moż­na do­świad­czyć nig­dzie in­dziej poza to­rem. Emo­cje opa­da­ły jed­nak, gdy inni han­di­ca­pe­rzy ko­pio­wa­li jego pra­cę; z tej sa­mej przy­czy­ny nie­chęt­nie ob­sta­wiał za­kła­dy, ko­rzy­sta­jąc z ty­po­wań po­zo­sta­łych gra­czy, na­wet je­śli po­cho­dzi­ły z pierw­szej ręki.

„Da­wa­nie cyn­ku” też mia­ło swo­ją cenę. Na wy­ści­gach no­to­wa­nia nie za­le­żą od or­ga­ni­za­to­rów, tak jak w ka­sy­nach, lecz od licz­by za­kła­dów przy­ję­tych na da­ne­go ko­nia – im wię­cej za­kła­dów, tym niż­sze no­to­wa­nia. Da­jąc ko­muś cynk, Char­lie ob­ni­żał no­to­wa­nia swo­je­go fa­wo­ry­ta, co rów­na­ło się roz­da­wa­niu wła­snych pie­nię­dzy, a to z ko­lei było czy­stym sza­leń­stwem.

Po­trak­to­wał to za­tem jako koszt dzi­siej­sze­go wstę­pu na tor. Na­wet gdy­by Mic­key pu­ścił far­bę każ­de­mu z sze­ro­kie­go krę­gu han­dla­rzy in­for­ma­cja­mi, za wy­gra­ną Cio­tu­ni Edith i tak pła­ci­li­by dzie­sięć do jed­ne­go, czy­li znacz­nie wię­cej, niż Char­lie po­trze­bo­wał, aby spła­cić dług u Gru­dze­wa, a na­wet do­rzu­cić mu świą­tecz­ną pre­mię.

––––––––––

Nie­któ­re prze­dzia­ły w po­cią­gach były więk­sze od ga­bi­ne­tu Mic­keya. Char­lie przy­cup­nął wraz z nim przed mo­ni­to­rem, któ­ry wy­świe­tlał prze­krzy­wio­ny, sza­ro­zie­lo­ny ob­raz z ka­me­ry mo­ni­to­rin­gu, przed­sta­wia­ją­cy po­noć pry­wat­ny tre­ning Cio­tu­ni Edith. Klacz bie­gła jesz­cze wol­niej niż zwy­kle, zu­peł­nie jak­by od­ma­wia­ła pra­cy w świę­ta. Char­lie do­szedł do przy­pra­wia­ją­ce­go o mdło­ści wnio­sku, że wy­gra­na na to­rze Gul­fstre­am była po pro­stu szczę­śli­wym tra­fem.

Mic­key spoj­rzał na nie­go.

– Cze­mu tak ci za­le­ży na Edith? – spy­tał. – Nie po­sta­wił­bym na nią cen­ta, na­wet je­śli by­ła­by je­dy­nym ko­niem bio­rą­cym udział w go­ni­twie.

Na­gły przy­pływ pod­nie­ce­nia ode­brał Char­lie­mu mowę. Klacz na­bra­ła ta­kiej pręd­ko­ści, że na­wet pę­dzą­cy po­cisk nie zdo­łał­by jej do­go­nić.

4

– Nazy­wam się John Le­wis – od­parł pew­nie męż­czy­zna. Jesz­cze przed mi­nu­tą był rów­nie pew­ny, że na­zy­wa się Bill Pe­ter­son.

– Czy pa­mię­ta pan, gdzie pan miesz­ka? – spy­ta­ła He­len.

Męż­czy­zna wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Wie pan, gdzie się pan te­raz znaj­du­je?

– W Ge­ne­wie?

– Ma pan na my­śli mia­stecz­ko na pół­no­cy sta­nu Nowy Jork?

– Nie wiem.

Po­mi­mo dwóch swe­trów pra­cow­ni­ca spo­łecz­na He­len May­field ku­li­ła się z zim­na za ma­leń­kim biur­kiem w bro­oklyń­skim Cen­trum Se­nio­ra Pro­spect Park; stos pli­ków z prze­gra­ny­mi spra­wa­mi za­pew­niał mi­zer­ną osło­nę przed prze­cią­giem. Prze­ciąg był jed­nak ma­łym zmar­twie­niem w po­rów­na­niu ze szko­łą tań­ca lu­do­we­go. Ścia­na od­gra­dza­ją­ca jej ga­bi­net od sali prób była na tyle cien­ka, że He­len czu­ła się tak, jak­by pro­wa­dzą­cy za­ję­cia krzy­czał jej wprost do ucha.

Wra­że­nie to po­tę­go­wał nie­zno­śny ból gło­wy, któ­ry ni­czym gwóźdź do przy­bi­ja­nia pod­kła­dów ko­le­jo­wych prze­szy­wał jej czasz­kę od pod­sta­wy aż do le­we­go oka. Trzy prze­czni­ce da­lej znaj­do­wa­ła się ap­te­ka, w któ­rej He­len mo­gła do­stać ja­kieś le­kar­stwo. Nie­czyn­na dwu­dzie­ste­go pią­te­go grud­nia, no ja­sne. Ale też dziś, dwu­dzie­ste­go szó­ste­go grud­nia.

Na świę­te­go Szcze­pa­na!

Waż­niej­sze jed­nak było to, by po­móc męż­czyź­nie, któ­ry sie­dział na­prze­ciw­ko. Dla­te­go wszyst­ko inne zba­ga­te­li­zo­wa­ła.

Męż­czy­zna wy­glą­dał na sześć­dzie­się­cio­lat­ka. Mniej wię­cej metr osiem­dzie­siąt wzro­stu, wła­ści­wa waga i nie­po­zor­na apa­ry­cja. Miał tro­chę si­wych wło­sów, a na twa­rzy nie­co pie­gów i pla­mek. Był dość umię­śnio­ny, choć na pierw­szy rzut oka nie spra­wiał ta­kie­go wra­że­nia. Spę­dził tu ubie­głą noc, po tym, gdy kil­ku wo­lon­ta­riu­szy roz­wo­żą­cych cie­płe po­sił­ki za­uwa­ży­ło, jak błą­ka się po Bro­okly­nie we fla­ne­lo­wej pi­dża­mie i kap­ciach, któ­re wciąż miał na so­bie. Nie miał port­fe­la, ze­gar­ka ani bi­żu­te­rii, nie miał też zna­ków szcze­gól­nych. No i ten ak­cent, a w za­sa­dzie brak ak­cen­tu. Tak na­praw­dę mógł po­cho­dzić skąd­kol­wiek.

He­len mia­ła jed­nak pe­wien trop. Każ­de­go roku do ośrod­ka tra­fia­ło tylu se­nio­rów z po­stę­pu­ją­cą cho­ro­bą neu­ro­de­ge­ne­ra­cyj­ną, ilu prze­cięt­ny neu­ro­log nie wi­dział w ca­łej swo­jej ka­rie­rze. Choć jej NN był oso­bą sto­sun­ko­wo mło­dą, po­dej­rze­wa­ła u nie­go cho­ro­bę Al­zhe­ime­ra, któ­rą zdra­dza­ły za­bu­rze­nia pa­mię­ci ma­ni­fe­stu­ją­ce się tym, że to, co prze­szłe i te­raź­niej­sze, roz­wie­wa­ło się ni­czym mgła. Cho­ro­ba ta ob­ja­wia­ła się rów­nież po­przez bu­cze­nie i bez­wied­ne ki­wa­nie się na boki. U NN wy­stę­po­wa­ły wszyst­kie z wy­żej wy­mie­nio­nych ob­ja­wów.

A błą­ka­nie się to kla­sycz­na ozna­ka, cho­ro­ba ta bo­wiem po­wo­du­je je­dy­nie nie­znacz­ne upo­śle­dze­nie mo­to­ry­ki. Po dzie­się­ciu la­tach od wy­stą­pie­nia ob­ja­wów pa­cjen­ci nadal po­tra­fią za­wią­zać kra­wat, upiec cia­sto, a na­wet stwo­rzyć wi­try­nę in­ter­ne­to­wą. Pro­wa­dze­nie sa­mo­cho­du to dla nich małe piwo. Jed­nak od cza­su do cza­su zda­rza­ło się, że gdy wy­cho­dzi­li do skle­pu na rogu, znaj­do­wa­no ich w po­ło­wie dro­gi na dru­gi ko­niec kra­ju. Sta­ny dez­orien­ta­cji na ogół wy­wo­ły­wa­ło nie­zna­jo­me oto­cze­nie. Ta­ki­mi NN czę­sto oka­zy­wa­li się za­miej­sco­wi od­wie­dza­ją­cy krew­nych.

– Czy ma pan ro­dzi­nę w No­wym Jor­ku?

Bu­cze­nie usta­ło.

– Tak, pro­szę pani. Syna, Char­le­sa. Miesz­ka na Man­hat­ta­nie przy Wschod­niej Dzie­sią­tej, nu­mer trzy­sta pięć, chy­ba że znów za­bra­kło mu na czynsz.

He­len na­ci­snę­ła kil­ka kla­wi­szy ak­ty­wu­ją­cych wy­szu­ki­wa­nie w ba­zie da­nych i po chwi­li na ekra­nie mo­ni­to­ra wy­świe­tli­ło się pra­wo jaz­dy oraz zdję­cie Char­le­sa Jef­fer­so­na Clar­ka, za­miesz­ka­łe­go przy Wschod­niej Dzie­sią­tej uli­cy, pod nu­me­rem trzy­sta pięć. Róż­ni­ca wie­ku mię­dzy nim a pra­cow­ni­cą spo­łecz­ną wy­no­si­ła tyl­ko rok i je­den dzień. Męż­czy­zna miał metr osiem­dzie­siąt wzro­stu i wa­żył sie­dem­dzie­siąt sie­dem ki­lo­gra­mów. Miał wy­ra­zi­ste rysy twa­rzy i błę­kit­ne oczy. W tej sfa­ty­go­wa­nej ko­szul­ce z logo Toru Yon­kers mógł ucho­dzić za gwiaz­do­ra roc­ko­we­go, któ­ry ubie­rał się znacz­nie go­rzej, niż po­zwa­lał na to stan jego kon­ta.

5

Czu­jąc już smak wy­gra­nej, Char­lie po­je­chał do Akwe­duk­tu tak­sów­ką. Po dro­dze wstą­pił do od­dzia­łu „Bły­ska­wicz­nej go­tów­ki”. Do ry­nien­ki przy okien­ku B wsu­nął pra­wo jaz­dy i klu­czo­wy kom­po­nent za­kła­du na Cio­tu­nię Edith: trzy cze­ki z za­sił­kiem, wy­sta­wio­ne na jego mat­kę, Isa­do­rę Van­Deu­er­sen Clark, każ­dy opie­wa­ją­cy na kwo­tę ty­sią­ca sied­miu­set dwu­na­stu do­la­rów. Nie­wy­raź­nym, po­chy­łym pi­smem, któ­re mo­gło ucho­dzić za pi­smo star­szej ko­bie­ty, pod­pi­sał je wła­sno­ręcz­nie jako „Isa­do­ra V. Clark”.

Pierw­szy czek zna­lazł w skrzyn­ce w paź­dzier­ni­ku, w sześć­dzie­sią­tą pią­tą rocz­ni­cę jej uro­dzin, choć nie żyła już od dwu­dzie­stu sze­ściu lat. Jego kum­ple z toru byli zgod­ni co do tego, że da­ro­wa­ne­mu ko­nio­wi nie za­glą­da się w zęby. On jed­nak skła­niał się ku temu, by po­wia­do­mić o tej po­mył­ce Urząd Ubez­pie­czeń Spo­łecz­nych. Aż do dziś.

Od­dział „Bły­ska­wicz­nej go­tów­ki” wy­glą­dał i pach­niał tak, jak­by nig­dy nie był i nie miał być myty. Miał jed­nak tę za­le­tę, że ak­cep­to­wa­no tu każ­dy czek wy­sta­wio­ny przez rząd Sta­nów Zjed­no­czo­nych bez ja­kiej­kol­wiek we­ry­fi­ka­cji; ka­sje­rzy z ko­lei przy­wią­zy­wa­li tak małą wagę do szcze­gó­łów, że pew­nie zre­ali­zo­wa­li­by na­wet czek Skon­fe­de­ro­wa­nych Sta­nów Ame­ry­ki. Z re­gu­ły.

Te­raz jed­nak prze­mknę­ło Char­lie­mu przez myśl, że przy jego kiep­skiej pas­sie w tym­że dniu ka­sje­rów za­pew­ne za­stą­pi­li taj­ni agen­ci po­lu­ją­cy na cwa­niacz­ków usi­łu­ją­cych spie­nię­żyć cze­ki z za­sił­kiem dla ich zmar­łych ma­tek.

Fak­tycz­nie, ka­sjer – za­dba­ny męż­czy­zna w śred­nim wie­ku, spra­wia­ją­cy wra­że­nie pew­ne­go sie­bie – po­li­zał kciuk i pa­lec wska­zu­ją­cy, by zwięk­szyć ich przy­lep­ność, zbli­żył je­den z cze­ków do oku­la­rów i za­czął go lu­stro­wać.

Char­lie sta­rał się ukryć prze­ra­że­nie.

– Moja mama in­do­so­wa­ła je na mnie.

Męż­czy­zna wy­mam­ro­tał krót­kie „Ja­sne”, ale tak nie­wy­raź­nie, że mo­gło to ozna­czać za­rów­no po­twier­dze­nie, jak i po­wąt­pie­wa­nie.

Żrą­ca żółć za­la­ła Char­lie­go.

To trwa­ło wiecz­ność.

Wresz­cie ka­sjer otwo­rzył szu­fla­dę z pie­niędz­mi i wy­do­był z niej pięć ty­się­cy pięć­dzie­siąt osiem do­la­rów i dzie­więć­dzie­siąt sześć cen­tów, czy­li rów­no­war­tość cze­ków mi­nus pół­to­ra pro­cent opła­ty trans­ak­cyj­nej. Fala żół­ci ustą­pi­ła, przy­no­sząc chłód ulgi. Uczu­cie to osła­bi­ła wia­ra w ra­chu­nek praw­do­po­do­bień­stwa oraz prze­sąd­ność ty­po­wą dla ha­zar­dzi­stów. Le­piej, żeby szczę­ście nie do­pi­sy­wa­ło ci przed otwar­ciem bok­sów star­to­wych, bo za­brak­nie ci go w naj­waż­niej­szym mo­men­cie.

Nie­bo nad try­bu­na­mi „Wiel­kie­go A” przy­bra­ło zło­wiesz­czy od­cień po­sęp­nej sza­ro­ści. Trze­ba by jed­nak desz­czu me­te­ory­tów, żeby od­wró­cić uwa­gę Char­lie­go od hi­po­dro­mu. Gdy tyl­ko drzwi bok­sów otwo­rzy­ły się z trza­skiem, Cio­tu­nia Edith wy­strze­li­ła jak z pro­cy. Ukoń­czy­ła wy­ścig, wy­prze­dza­jąc fa­wo­ry­ta o pięć dłu­go­ści, jed­nak dwie dłu­go­ści za nie­li­czą­cym się kasz­ta­nem Hay Did­dle, któ­ry ot tak wy­grał go­ni­twę.

– Nie bez po­wo­du nie sły­szy się o szczę­ścia­rzach, któ­rzy zbi­li for­tu­nę na wy­ści­gach – rzu­cił od nie­chce­nia Char­lie, gnio­tąc ku­pon w pię­ści. Opu­ścił tor cięż­szy o tonę, dźwi­ga­jąc na ple­cach cię­żar przy­gnę­bie­nia i złe­go prze­czu­cia. Na scho­dach mu­siał się przy­trzy­mać po­rę­czy – po raz pierw­szy, od­kąd się­gał pa­mię­cią – aby nie stra­cić rów­no­wa­gi.

Gdy wra­cał na Man­hat­tan au­to­bu­sem Q11 pod­ska­ku­ją­cym na wy­bo­jach, skrzy­pią­ce za­wie­sze­nie zda­wa­ło się po­wta­rzać nie­ustan­nie: Co te­raz? Sam też za­da­wał so­bie to py­ta­nie.

Wy­obra­żał so­bie, że do­jeż­dża aż do dwor­ca Port Au­tho­ri­ty Bus Ter­mi­nal i stam­tąd pierw­szy lep­szym da­le­ko­bież­nym au­to­bu­sem ucie­ka do Mon­ta­ny lub Da­ko­ty Po­łu­dnio­wej lub też gdzie­kol­wiek in­dziej. Raz na za­wsze wy­ma­zał­by z pa­mię­ci te prze­klę­te ko­nie, zna­la­zł­by ja­kieś sta­łe za­trud­nie­nie, być może po­szedł­by do szko­ły wie­czo­ro­wej i skoń­czył­by col­le­ge. Póź­niej spo­tkał­by „tę je­dy­ną” i ku­pił­by dwu­pię­tro­wy ce­gla­ny dom w sty­lu ko­lo­nial­nym z przy­strzy­żo­nym traw­ni­kiem, na któ­rym zmie­ści­ły­by się huś­taw­ka i pia­skow­ni­ca. I zna­la­zł­by ja­kieś hob­by mniej ry­zy­kow­ne niż gra na wy­ści­gach. Na przy­kład sko­ki spa­do­chro­no­we.

Nie­ste­ty w chwi­li obec­nej uciecz­ka mo­gła­by tyl­ko po­gor­szyć sy­tu­ację. Lu­dzie Gru­dze­wa za­ję­li­by się któ­rymś z jego przy­ja­ciół.

Poza tym Char­lie nie­raz pró­bo­wał za­cząć wszyst­ko od nowa. Kil­ka­krot­nie po wiel­kiej wy­gra­nej wska­ki­wał do tak­sów­ki, kie­ru­jąc się pro­sto na lot­ni­sko La­Gu­ar­dia. Jed­nak nie było ta­kie­go miej­sca, w któ­rym nie na­tknął­by się na pro­gram go­nitw „Da­ily Ra­cing Form” – kie­dyś wy­pa­trzył go na­wet na sto­isku pla­żo­wym z ga­ze­ta­mi, wy­ko­na­nym ze skrzyn­ki na mle­ko przy­bi­tej do pal­my ko­ko­so­wej. Wy­snuł teo­rię, że pie­nią­dze wy­gra­ne na wy­ści­gach, po­dob­nie jak woda spły­wa­ją­ca do oce­anu, za­wsze znaj­du­ją dro­gę po­wrot­ną na tor. In­ny­mi sło­wy, ha­zar­dzi­sta nig­dy nie po­peł­nia dwa razy tego sa­me­go błę­du. Na ogół po­wta­rza go dzie­więć lub dzie­sięć razy.

Dzwo­nek jego ko­mór­ki wy­rwał go z za­my­śle­nia. Na wy­świe­tla­czu po­ja­wił się nie­zna­ny mu nu­mer o kie­run­ko­wym sie­dem­set osiem­na­ście.

Był nie­mal­że pew­ny, że to te­le­fon z ży­cze­nia­mi świą­tecz­ny­mi.

Jak by tego było mało.

Boże Na­ro­dze­nie było wczo­raj, jed­nak oj­ciec Char­lie­go z re­gu­ły za­po­mi­nał na­wet o jego uro­dzi­nach i przy­po­mi­nał so­bie do­pie­ro kil­ka dni po ter­mi­nie. Je­śli w ogó­le. Kie­dyś Char­lie spo­ty­kał się z nim we wszyst­kie waż­niej­sze świę­ta, za­zwy­czaj w miej­scach, w któ­rych mo­gli coś zjeść i od­bęb­nić swo­je w cią­gu nie­ca­łej go­dzi­ny, i w któ­rych trans­mi­to­wa­no me­cze fut­bo­lo­we po­zwa­la­ją­ce skró­cić roz­mo­wę do mi­ni­mum. Przez kil­ka ostat­nich lat ogra­ni­cza­li się za­le­d­wie do oka­zjo­nal­nych te­le­fo­nów.

Sta­ru­szek dys­po­no­wał pew­ną go­tów­ką; mógł lek­ką ręką spła­cić dług Char­lie­go za­cią­gnię­ty u Gru­dze­wa.

Char­lie uznał jed­nak, że po­pro­sze­nie o po­moc Świę­te­go Mi­ko­ła­ja by­ło­by znacz­nie lep­szym po­my­słem.

W oknie po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza do­strzegł od­bi­cie twa­rzy tak za­gnie­wa­nej, że do­pie­ro po chwi­li roz­po­znał w niej sie­bie.

Nie ode­brał po­łą­cze­nia.

W dro­dze do miesz­ka­nia, za któ­re od ty­go­dnia za­le­gał z czyn­szem, Char­lie spo­strzegł ca­dil­la­ca el­do­ra­do, wta­cza­ją­ce­go się na miej­sce par­kin­go­we dla nie­peł­no­spraw­nych. Za kół­kiem sie­dział Kar­pien­ko. Wy­cho­wa­ny w tej czę­ści Ro­sji, gdzie za­bi­ja się za krzy­we spoj­rze­nie, Kar­pien­ko miał trzy­dzie­ści pięć lat i do­świad­cze­nie ży­cio­we god­ne wie­lo­krot­ne­go re­cy­dy­wi­sty. Po­dob­no kie­dyś strze­lił do fa­ce­ta tyl­ko po to, żeby spraw­dzić, czy broń jest spraw­na. Wy­star­czy­ło jed­no spoj­rze­nie na nie­go, na jego mu­sku­ły i czar­ną, ko­zią bród­kę, by dojść do wnio­sku, że to wcie­le­nie dia­bła na ste­ry­dach. Kar­pien­ko miał na so­bie czar­ny, skó­rza­ny płaszcz z wy­so­kim koł­nie­rzem, dzię­ki któ­re­mu wy­glą­dał mniej zło­wiesz­czo; Char­lie wi­dy­wał go przed­tem w nie­co cie­plej­sze dni, kie­dy ubra­ny był w bez­rę­kaw­nik, eks­po­nu­ją­cy pry­mi­tyw­ne po­do­bi­zny smo­ków i ko­ścio­tru­pów oraz inne ta­tu­aże wy­ko­na­ne w gu­ła­gu.

Kar­pien­ko był mię­śnia­kiem na usłu­gach sie­dzą­ce­go obok Leo Gru­dze­wa, maj­stra każ­de­go prze­stęp­cze­go fa­chu, któ­re­go ulu­bio­nym za­ję­ciem były han­del bro­nią pal­ną, prze­myt nar­ko­ty­ków oraz li­chwa, jak słusz­nie na­zy­wał in­te­res po­le­ga­ją­cy na udzie­la­niu wy­so­ko opro­cen­to­wa­nych po­ży­czek. Nie żeby Gru­dzew po­trze­bo­wał po­mo­cy osił­ka. Becz­ko­wa­ty tors czter­dzie­sto­lat­ka z pro­por­cjo­nal­nie dużą gło­wą łą­czy­ła szy­ja, któ­rą trud­no by­ło­by do­strzec, gdy­by nie zło­ty łań­cuch i zwi­sa­ją­cy na nim krzyż wiel­ko­ści gwoź­dzia do mo­co­wa­nia pod­kła­dów ko­le­jo­wych. Miał zgorzk­nia­ły wy­raz twa­rzy, któ­ra kształ­tem przy­po­mi­na­ła stok nar­ciar­ski. We­dług Char­lie­go Gru­dzew był jaw­nym do­wo­dem na to, że an­tro­po­lo­dzy się my­li­li – kro­ma­nioń­czyk wca­le nie wy­gi­nął. Gdy­by Char­lie po­wie­dział to na głos, Gru­dzew za­pew­ne by go za­strze­lił. O ile nie uprze­dził­by go Kar­pien­ko.

Char­lie po­sta­no­wił się wy­ka­zać sta­lo­wy­mi ner­wa­mi, gdy zo­ba­czył nad­jeż­dża­ją­cy po­jazd, ale i tak strach za­mie­nił mu wnętrz­no­ści w ga­la­re­tę. Gru­dzew opu­ścił szy­bę. W twarz Char­lie­go buch­nął piż­mo­wy za­pach wody ko­loń­skiej i czosn­ku.

– Spóź­nio­ne ży­cze­nia świą­tecz­ne – rzu­cił Char­lie.

– We­so­łych – od­parł Gru­dzew z sil­nym ro­syj­skim ak­cen­tem – je­śli…

Kar­pien­ko się­gnął do we­wnętrz­nej kie­sze­ni płasz­cza, za­pew­ne po broń. Sam błysk w jego oku spra­wił, że ser­ce pod­sko­czy­ło Char­lie­mu do gar­dła.

Na­gle przy­szło mu do gło­wy cał­kiem sen­sow­ne roz­wią­za­nie.

– Mam plan, dzię­ki któ­re­mu spła­cę cię do ju­tra i do­rzu­cę jesz­cze pięć ty­sia­ków – oznaj­mił Gru­dze­wo­wi. – Je­śli się nie po­wie­dzie, to za­mó­wię u cie­bie całą sza­fę but­ków.

Gru­dzew wy­mie­nił spoj­rze­nia z Kar­pien­ką, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi, po czym po­pa­trzył na Char­lie­go.

– Le­piej, żeby ten plan nie wią­zał się z żad­nym pie­przo­nym ko­niem.

6

Cen­trum Se­nio­ra Pro­spect Park po­ma­lo­wa­no na tyle ra­do­snych pa­ste­lo­wych ko­lo­rów, że efekt ogól­ny był tak przy­gnę­bia­ją­cy jak wi­dok cyr­ko­we­go klau­na. Wra­że­nia nie po­pra­wiał uno­szą­cy się w po­wie­trzu odór ma­ści lecz­ni­czych. Za­nim Char­lie wy­brał się do Gru­dze­wa z proś­bą o jed­no­dnio­we od­ro­cze­nie spła­ty dłu­gu, od­słu­chał wia­do­mość od He­len na­gra­ną na au­to­ma­tycz­nej se­kre­tar­ce. Od­dzwo­nił do niej, otrzy­mu­jąc skrót in­for­ma­cji. Gdy­by nie wspo­mnia­ła o „peł­no­moc­nic­twie bez­ter­mi­no­wym” – któ­re upo­waż­nia­ło go do za­rzą­dza­nia fi­nan­sa­mi ojca – z pew­no­ścią nie by­ło­by go tu te­raz.

O mało co nie po­znał­by męż­czy­zny sku­lo­ne­go na ka­na­pie w koń­cu ko­ry­ta­rza. Za­zwy­czaj Drum­mond sie­dział bar­dziej wy­pro­sto­wa­ny niż nie­je­den maszt, co wy­ni­ka­ło za­rów­no z jego na­tu­ral­nej po­stu­ry, jak i cha­rak­te­ru. Ko­lej­nym za­sko­cze­niem były jego wło­sy. Char­lie słusz­nie za­ło­żył, że od­kąd wi­dzie­li się po raz ostat­ni, zdą­ży­ły po­si­wieć. Ale ude­rzył go nie­ład, w ja­kim się znaj­do­wa­ły; oj­ciec na ogół no­sił je krót­ko przy­cię­te i sta­ran­nie uło­żo­ne, co za­wdzię­czał co­ty­go­dnio­wym wi­zy­tom u go­li­bro­dy.

Pi­dża­ma rów­nież była nie­co­dzien­nym wi­do­kiem – nie z uwa­gi na nie­sto­sow­ność ta­kie­go ubio­ru w miej­scu pu­blicz­nym, lecz dla­te­go że nie pa­mię­tał, aby kie­dy­kol­wiek wi­dział swo­je­go ojca w bie­liź­nie noc­nej. Ile­kroć Char­lie szy­ko­wał się do szko­ły, bez wzglę­du na to, jak wcze­śnie, Drum­mon­da nie było już w domu. Nie­rzad­ko je­dy­nym do­wo­dem na to, że po­przed­nie­go wie­czo­ru wró­cił z pra­cy, był sła­by za­pach tal­ku. Czę­ściej jed­nak Drum­mond prze­by­wał poza mia­stem, wy­gła­sza­jąc pe­any na cześć swo­ich uko­cha­nych pra­lek i su­sza­rek.

– Hej! – rzu­cił Char­lie.

Drum­mond pod­niósł wzrok, a wów­czas Char­lie za­uwa­żył naj­więk­szą zmia­nę, jaka w nim za­szła. Jego spoj­rze­nie za­wsze było kla­row­ne, trzeź­we i prze­ni­kli­we. Tym ra­zem jed­nak przy­po­mi­na­ło spoj­rze­nie czło­wie­ka pa­trzą­ce­go w pust­kę, jak­by nie­obec­ne­go.

– Tato, to ja – oznaj­mił.

– Ach – od­parł Drum­mond przy­jaź­nie, lecz jak­by obo­jęt­nie. – Wi­taj.

Char­lie po­czuł ciar­ki na ple­cach.

– Char­les – spró­bo­wał po­now­nie.

Drum­mond spoj­rzał na nie­go, za­wie­sza­jąc wzrok na logo Toru Me­adow­lands, wy­zie­ra­ją­cym zza kurt­ki syna. Char­lie­mu przy­szło do gło­wy, że może pod­świa­do­mie wło­żył tę blu­zę, by spro­wo­ko­wać sta­rusz­ka. Choć oj­ciec nig­dy nie pod­cho­dził po­waż­nie do gry na wy­ści­gach, to wła­śnie one ich po­grą­ży­ły, zwłasz­cza gdy Char­lie zo­stał sta­łym by­wal­cem „Wiel­kie­go A”, re­zy­gnu­jąc po pierw­szym roku ze stu­diów na Uni­wer­sy­te­cie Brow­na. Dez­apro­ba­tę Drum­mon­da do­brze pod­su­mo­wy­wa­ło pew­ne przy­sło­wie, do­brze zna­ne Char­lie­mu z krę­gów ko­nia­rzy: „Ha­zard zwa­ny biz­ne­sem pa­trzy z wiel­kim po­tę­pie­niem na biz­nes zwa­ny ha­zar­dem”.

Char­lie uznał w koń­cu, że wy­bór tej blu­zy to zwy­kły zbieg oko­licz­no­ści – jed­na trze­cia jego gar­de­ro­by skła­da­ła się z ga­dże­tów re­kla­mo­wych roz­da­wa­nych na to­rach wy­ści­go­wych.

– Char­les! – wy­krzyk­nął Drum­mond, zu­peł­nie jak­by do­pie­ro te­raz go za­uwa­żył. – Co ty tu ro­bisz?

– He­len do mnie za­dzwo­ni­ła…

– Ta ko­bie­ta z opie­ki?

– Po­wie­dzia­ła, że po­wi­nie­nem po cie­bie przy­je­chać…

– Ro­zu­miem. Zbęd­na fa­ty­ga.

– Mó­wi­ła, że ty…

– Nie, nie, ze mną wszyst­ko w po­rząd­ku. Wszyst­ko gra.

– Nie to mia­ła…

– Nie za­przą­taj so­bie tym gło­wy. Nie po­wi­nie­neś być te­raz w szko­le?

Char­lie za­wa­hał się przez chwi­lę.

– Cho­dzi ci o Uni­wer­sy­tet Brow­na?

– O li­ceum imie­nia Cla­ry Bar­ton – od­parł Drum­mond, dzi­wiąc się ab­sur­dal­no­ści jego py­ta­nia.

– Ależ tato, li­ceum ukoń­czy­łem dwa­na­ście lat temu.

Drum­mond prze­tarł oczy. Pust­ka w gło­wie po­zo­sta­ła.

– Aha – od­rzekł.

7

Helen May­field na­le­ża­ła do atrak­cyj­nych ko­biet, tak przy­najm­niej uwa­żał Char­lie. Jed­nak było w niej coś nie­ty­po­we­go. Mia­ła blond wło­sy w ar­ty­stycz­nym nie­ła­dzie. Była ubra­na w ele­ganc­ki ko­stium, choć naj­wy­raź­niej ku­pio­ny pro­sto z wie­sza­ka i w ża­den spo­sób nie­pod­kre­śla­ją­cy jej fi­gu­ry. Jej bla­da twarz no­si­ła tyl­ko nie­znacz­ne śla­dy ma­ki­ja­żu. Char­lie za­ło­żył, że w peł­ni po­świę­ca­ła się po­mo­cy in­nym i, jako czło­wiek zu­peł­nie się na tym nie­zna­ją­cy, wła­śnie to w niej po­dzi­wiał. Nie­ste­ty mu­siał tak­że przy­znać, że nie miał u niej naj­mniej­szych szans.

Pod­czas gdy Drum­mond drze­mał na krze­śle w ko­ry­ta­rzu, Char­lie i He­len sie­dzie­li przy biur­ku, usi­łu­jąc prze­krzy­czeć ha­łas do­bie­ga­ją­cy z sali obok, w któ­rej od­by­wa­ły się za­ję­cia ae­ro­bi­ku dla se­nio­rów.

– Pa­cjen­ci z al­zhe­ime­rem w wie­ku pań­skie­go ojca to rzad­kość – po­wie­dzia­ła He­len to­nem pro­fe­sjo­nal­nym, lecz tak­że peł­nym współ­czu­cia. – W sta­ty­sty­kach w ogó­le nie wy­stę­pu­ją oso­by w tym wie­ku o tym sa­mym wa­chla­rzu ob­ja­wów. To po pro­stu nie fair.

Zda­wa­ła się son­do­wać Char­lie­go, pró­bu­jąc do­ciec, czy nie po­trze­bu­je po­krze­pie­nia bądź uści­sku. On z ko­lei czuł się tak, jak­by Drum­mond był dla nie­go kimś zu­peł­nie ob­cym – owszem, coś ści­snę­ło go za ser­ce, lecz ju­tro już prze­sta­nie się tym przej­mo­wać. Być może to za­prze­cze­nie albo coś było z nim nie tak. Naj­pew­niej jed­nak tak po pro­stu mia­ły się spra­wy. Spu­ścił wzrok tyl­ko dla­te­go, że uznał to za sto­sow­ne.

– Czy­li garść ta­ble­tek prze­ciw­bó­lo­wych nie za­ła­twi pro­ble­mu – rzekł.

He­len uśmiech­nę­ła się.

– Ist­nie­je wie­le le­ków po­da­wa­nych w cho­ro­bie Al­zhe­ime­ra. Nie­ste­ty, te naj­lep­sze, je­śli już dzia­ła­ją, to je­dy­nie spo­wal­nia­ją pro­ces de­gra­da­cji umy­sło­wej. Neu­ro­log przy­bli­ży panu szcze­gó­ły.

– A jaka jest wer­sja opty­mi­stycz­na, je­śli taka w ogó­le ist­nie­je?

– Naj­lep­sze efek­ty daje de­ne­pe­zil lub ga­lan­ta­mi­na. Moż­na wów­czas li­czyć na prze­bły­ski świa­do­mo­ści trwa­ją­ce od pię­ciu do dzie­się­ciu mi­nut, a nie­kie­dy utrzy­mu­ją­ce się na­wet przez kil­ka go­dzin. Ogól­nie rzecz bio­rąc, to tak, jak­by pa­trzeć na roz­wój dziec­ka, tyl­ko w od­wrot­nej ko­lej­no­ści. Pań­ski oj­ciec bę­dzie po­trze­bo­wał ca­ło­do­bo­wej opie­ki. Za­kła­dam, że pan jest zbyt za­ję­ty wła­sny­mi spra­wa­mi, by się nim za­jąć.

– Moż­na tak po­wie­dzieć.

– A inni człon­ko­wie ro­dzi­ny?

– Na nich ra­czej nie moż­na li­czyć. Wszy­scy nie żyją.

Za­śmia­ła się na głos, na po­zór wbrew so­bie.

– W ta­kim ra­zie naj­lep­szym roz­wią­za­niem bę­dzie dom spo­koj­nej sta­ro­ści. Nie­ła­two jest zna­leźć od­po­wied­nią in­sty­tu­cję, zwłasz­cza pod wzglę­dem ja­ko­ści świad­czo­nych usług oraz licz­by per­so­ne­lu. Z chę­cią panu w tym po­mo­gę.

– Będę wdzięcz­ny – od­parł, jed­no­cze­śnie cie­sząc się na myśl o tym, ile cza­su z nią spę­dzi. Uznał, że dom opie­ki to wca­le nie jest zły po­mysł, a kosz­ty mógł­by po­kryć jego oj­ciec. Po od­pa­le­niu dział­ki Gru­dze­wo­wi.

– Pije pan piwo? – spy­ta­ła He­len.

Char­lie za­wa­hał się nad od­po­wie­dzią. Czyż­by wy­czu­ła bi­ją­cy od nie­go odór „Wiel­kie­go A”? Czyż­by zdra­dzi­ły go prze­krwio­ne spo­jów­ki? Czyż­by wzię­ła go za pi­ja­ka z mar­gi­ne­su spo­łecz­ne­go i za­mie­rza­ła za­dzwo­nić do wy­dzia­łu peł­no­moc­nictw, z su­ge­stią żeby przy­go­to­wa­li wiel­ką, gu­mo­wą pie­częć z na­pi­sem „Za cho­le­rę”?

– Spo­ra­dycz­nie – od­parł.

– To tak jak ja. Może przyj­rzy­my się ofer­cie po­szcze­gól­nych pla­có­wek przy pi­wie?

Char­lie nie spo­dzie­wał się ta­kie­go ob­ro­tu spraw. Po­wstrzy­mał się od głup­ko­wa­te­go uśmie­chu, żeby jej do sie­bie nie zra­zić.

– Wca­le nie musi się skoń­czyć na jed­nym – od­rzekł.

Z chod­ni­ka po dru­giej stro­nie uli­cy De­wart ce­lo­wał lu­ne­tą ni­we­la­to­ra w bu­dy­nek Cen­trum Se­nio­ra Pro­spect Park. Znacz­ną część jego twa­rzy za­sła­niał unie­sio­ny koł­nierz par­ki pra­cow­ni­ka Za­kła­du Go­spo­dar­ki Miesz­ka­nio­wej, a ca­ło­ści prze­bra­nia do­peł­nia­ły oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne, czap­ka i na­usz­ni­ki. W ra­zie gdy­by ktoś roz­po­znał w nim jed­ne­go z dok­to­ran­tów szwen­da­ją­cych się po oko­li­cy, miał na po­do­rę­dziu zgrab­ną ba­jecz­kę: do­ra­biał na boku jako geo­de­ta, żeby móc opła­cić cze­sne.

We­wnątrz przy­rzą­du po­mia­ro­we­go ukry­ty był mi­kro­fon la­se­ro­wy. Skie­ro­wa­ny w stro­nę okna na dru­gim pię­trze, wy­chwy­ty­wał drga­nia szy­by, prze­twa­rza­jąc je elek­tro­nicz­nie na kon­wer­sa­cję męż­czy­zny z pra­cow­ni­cą opie­ki. Do­bre wie­ści: Drum­mond zo­stał na­mie­rzo­ny.

Chcąc upew­nić się, że znik­nię­cie Drum­mon­da nie ozna­cza­ło pro­ble­mów, De­wart przy­słu­chi­wał się roz­mo­wie przez słu­chaw­ki ukry­te pod na­usz­ni­ka­mi – a przy­najm­niej usi­ło­wał to ro­bić. Po­mi­mo opro­gra­mo­wa­nia fil­tru­ją­ce­go, któ­re re­du­ko­wa­ło ha­łas oto­cze­nia, nie był w sta­nie wy­chwy­cić słów gi­ną­cych w dźwię­kach mu­zy­ki do­bie­ga­ją­cej z są­sied­nie­go po­miesz­cze­nia.

8

Chyba naj­bar­dziej błęd­nym wy­obra­że­niem na te­mat Bro­okly­nu jest to, że nie ro­sną tu drze­wa. W sa­mym środ­ku mia­sta roz­po­ście­ra się dwu­stu­akro­wy las – a to za­le­d­wie skra­wek zie­lo­nej po­ła­ci Pro­spect Par­ku, ar­cy­dzie­ła dwóch ar­chi­tek­tów kra­jo­bra­zu, Olm­ste­da i Vau­xa, sły­ną­cych głów­nie z jed­ne­go ze swo­ich mniej cza­so­chłon­nych pro­jek­tów, ja­kim jest Cen­tral Park na Man­hat­ta­nie. Wy­pro­wa­dza­jąc Drum­mon­da z cen­trum se­nio­ra, Char­lie spo­strzegł wierz­choł­ki drzew wy­ła­nia­ją­ce się po­nad i mię­dzy bu­dyn­ka­mi.

– In­te­re­su­ją­cą cie­ka­wost­ką jest to, że w Pro­spect Par­ku wy­stę­pu­je sto pięć­dzie­siąt ga­tun­ków drzew – po­in­for­mo­wał go Drum­mond. Swe­go cza­su Drum­mond sy­pał jak z rę­ka­wa „in­te­re­su­ją­cy­mi cie­ka­wost­ka­mi”, któ­re, we­dług Char­lie­go, za­słu­gi­wa­ły za­le­d­wie na mia­no „cie­ka­wo­stek”.

Drum­mond był już tyl­ko cie­niem daw­ne­go sie­bie, wra­kiem czło­wie­ka, jed­nak go­dzin­na drzem­ka, jaką uciął so­bie przed ga­bi­ne­tem He­len, naj­wy­raź­niej do­da­ła mu wi­go­ru. Jego spoj­rze­nie sta­ło się bar­dziej prze­ni­kli­we, a kro­ki żwaw­sze – i to w bu­tach o pół nu­me­ru za du­żych, któ­re zdo­by­ła dla nie­go He­len wraz z weł­nia­nym płasz­czem.

– Co ty na to, żeby nie brać tak­sów­ki i prze­spa­ce­ro­wać się do domu przez park? – za­pro­po­no­wał. – Mamy ta­kie pięk­ne po­po­łu­dnie.

Było po­nu­ro i naj­wy­żej czte­ry stop­nie na plu­sie.

– Wspa­nia­ły po­mysł! – od­parł Char­lie. Zgo­dził­by się nie­mal na wszyst­ko, by­le­by wy­ko­rzy­stać ten mo­ment względ­nej i za­pew­ne prze­lot­nej przy­tom­no­ści Drum­mon­da. Za­le­ża­ło mu na tym, by pod­pi­sał go­to­wy for­mu­larz peł­no­moc­nic­twa wy­ję­ty pro­sto z dru­kar­ki la­se­ro­wej He­len.

Oj­ciec od­wró­cił się rap­tow­nie, wle­pia­jąc wzrok w pra­cow­ni­ka Za­kła­du Go­spo­dar­ki Miesz­ka­nio­wej, pół prze­czni­cy za nimi. Męż­czy­zna za­glą­dał do wnę­trza piz­ze­rii.

– Synu, czy nie masz cza­sa­mi wra­że­nia, że ktoś za tobą wę­szy? – wy­szep­tał do Char­lie­go.

He­len wy­ja­śni­ła Char­lie­mu, że sta­ny pa­ra­no­icz­ne u cho­rych na al­zhe­ime­ra są rów­nie ty­po­wym ob­ja­wem jak ka­tar pod­czas prze­zię­bie­nia.

– Ile­kroć wsia­dam do au­to­bu­su – od­po­wie­dział.

Zu­peł­nie jak­by za­po­mniał o po­dej­rza­nym męż­czyź­nie, Drum­mond od­wró­cił się i po­now­nie ru­szył w kie­run­ku par­ku.

– Ach, ja­wor! – rzekł, jed­no­cze­śnie wska­zu­jąc na ga­łę­zie spły­wa­ją­ce na bra­mę.

La­tem, przy tłu­mie od­wie­dza­ją­cych, na któ­rych że­ru­ją mu­zy­cy, żon­gle­rzy oraz sprze­daw­cy ba­lo­nów, każ­dy, kto wcho­dził na te­ren Pro­spect Par­ku od stro­ny Flat­bush i Em­pi­re, od­no­sił wra­że­nie, jak­by brał udział w pa­ra­dzie. Tego dnia, gdy Char­lie ku­pił dwa hot dogi i za­siadł wraz z oj­cem na ła­wecz­ce, by je zjeść, w par­ku prze­by­wał tyl­ko sa­mot­ny han­dlarz ulicz­ny, bez­dom­ny sie­dzą­cy na mur­ku i chu­cha­ją­cy w dło­nie, okry­te rę­ka­wicz­ka­mi bez pal­ców, oraz trzech ro­bot­ni­ków bu­dow­la­nych, po­cią­ga­ją­cych piwo z pu­szek za­pa­ko­wa­nych w pa­pie­ro­we tor­by.

Obok prze­szedł mło­dy oj­ciec, trzy­ma­jąc za rękę roz­pro­mie­nio­ne­go chłop­czy­ka, z któ­rym praw­do­po­dob­nie zmie­rzał na plac za­baw, do zoo lub na ka­ru­ze­lę. Ten wi­dok przy­po­mniał Char­lie­mu, jak bar­dzo jako dziec­ko pra­gnął wy­brać się w te miej­sca. Drum­mond za­brał go je­dy­nie do hi­sto­rycz­ne­go domu, gdzie naj­więk­szą atrak­cją był po­kaz wy­ra­bia­nia ma­sła.

Char­lie po­czuł falę wzbie­ra­ją­ce­go żalu, przez co roz­mo­wa na te­mat umiesz­cze­nia ojca w za­kła­dzie przy­szła mu z taką ła­two­ścią, jak­by pro­sił go o po­da­nie ke­czu­pu.

– Tato, my­ślę, że by­ło­by do­brze, gdy­byś za­miesz­kał gdzieś z ludź­mi, któ­rzy się tobą za­opie­ku­ją.

Drum­mond z nie­ukry­wa­ną ra­do­ścią ro­ze­rwał trze­cią sa­szet­kę z ke­czu­pem.

– A cze­muż to?

– Ko­ja­rzysz ob­jaz­do­wą gar­kuch­nię opie­ki spo­łecz­nej, praw­da?

Oj­ciec był po­chło­nię­ty wy­ci­ska­niem ke­czu­pu na hot doga. Char­lie miał wra­że­nie, jak­by od­by­wał z nim roz­mo­wę mię­dzy­mia­sto­wą, tyle że na li­nii wciąż do­cho­dzi­ło do za­kłó­ceń.

– Tato, ob­jaz­do­wa gar­kuch­nia?

– A, ra­cja. Za­kła­dam, że w in­nej kul­tu­rze ze­pchnię­to by mnie te­raz na krze na peł­ne mo­rze, praw­da?

Char­lie nie spo­dzie­wał się po nim aż ta­kiej prze­ni­kli­wo­ści. Po­spiesz­nie wy­jął do­ku­men­ty z kie­sze­ni.

– Gdy to pod­pi­szesz, zo­sta­nę two­im peł­no­moc­ni­kiem.

– To chy­ba roz­sąd­ne. Masz dla mnie ja­kąś pro­po­zy­cję?

– He­len po­le­ci­ła kil­ka do­mów spo­koj­nej sta­ro­ści.

– Ech. Ta­kie miej­sca to cmen­tar­ne po­cze­kal­nie.

– No, nie wiem. – Char­lie otwo­rzył sza­rą ko­per­tę, któ­rą do­stał od He­len. – Był­bym za­chwy­co­ny moż­li­wo­ścią za­miesz­ka­nia w któ­rymś z nich. – Wrę­czył czte­ry bro­szur­ki Drum­mon­do­wi, któ­ry nie­chęt­nie je przy­jął.

Bro­szur­ki przy­po­mi­na­ły luk­su­so­wo wy­da­ne pro­spek­ty re­kla­mu­ją­ce ku­ror­ty wy­po­czyn­ko­we, a ich na­głów­ki zda­wa­ły się to po­twier­dzać – „Skwer pod Czte­re­ma Dę­ba­mi”, „Gór­skie Za­ci­sze”, „Eden”, „Sło­necz­ne Ran­czo”. W każ­dej bro­szur­ce peł­no było pięk­nych, ko­lo­ro­wych zdjęć uka­zu­ją­cych wschód słoń­ca, któ­re­go pro­mie­nia­mi iskrzy­ły się zro­szo­ne ale­je, szla­ki wę­drow­ne po­śród la­sów No­wej An­glii, ską­pa­nych w bar­wach pło­mien­nej je­sie­ni, oraz je­zio­ra, przy­ćmie­wa­ją­ce swym pięk­nem więk­szość klej­no­tów. Z nich wszyst­kich je­dy­nie okład­ka bro­szur­ki „Sło­necz­ne­go Ran­cza” su­ge­ro­wa­ła, że cho­dzi o dom spo­koj­nej sta­ro­ści, re­kla­mo­wa­ny jako „Re­zy­den­cja dla ak­tyw­nych eme­ry­tów!”.

– Zda­niem He­len „Sło­necz­ne Ran­czo” jest wy­jąt­ko­we pod każ­dym wzglę­dem – rzekł Char­lie. – Naj­bar­dziej nie­sa­mo­wi­te jest to, że do­pie­ro je otwar­to, co rzad­ko…

– Chciał­bym po­je­chać do Szwaj­ca­rii – wtrą­cił Drum­mond. Ode­pchnął bro­szur­ki, jak­by to były śmie­ci.

– Do Szwaj­ca­rii? – He­len wspo­mi­na­ła, że Drum­mond po­cząt­ko­wo my­ślał, że jest w Ge­ne­wie. Z tego, co Char­lie wie­dział, oj­ciec nig­dy nie był w Szwaj­ca­rii. Po­nad­to nie przy­po­mi­nał so­bie, żeby cho­ciaż kie­dy­kol­wiek wspo­mi­nał o tym kra­ju, chy­ba że wy­gła­szał „in­te­re­su­ją­cą cie­ka­wost­kę” o se­rze szwaj­car­skim. – O co cho­dzi z tą Szwaj­ca­rią?

– Skąd mogę wie­dzieć?

– Wła­śnie po­wie­dzia­łeś, że chcesz tam po­je­chać.

– Ach, tak. Mam na my­śli pla­ców­kę, któ­ra mie­ści się w Ge­ne­wie.

– Brzmi nie­źle, tyl­ko oba­wiam się, że przy two­jej sy­tu­acji fi­nan­so­wej Ge­ne­wa nie wcho­dzi w grę. Chy­ba że mowa o Ge­ne­wie na pół­no­cy sta­nu.

– Stać mnie na to, by po­je­chać, do­kąd tyl­ko ze­chcę – sprze­ci­wił się Drum­mond, co było do nie­go nie­po­dob­ne.

He­len uprze­dza­ła o uro­je­niach.

– Pew­nie bę­dzie­my zmu­sze­ni wy­ci­snąć każ­de­go cen­ta z opie­ki me­dycz­nej, by za­ła­twić ci po­byt w któ­rym­kol­wiek z tych miejsc – po­wie­dział Char­lie – i to jesz­cze nie wli­cza­jąc opłat za świe­tli­cę i inne atrak­cje. A tak­że za­kła­da­jąc, że za­kła­dy Per­ri­man Ap­plian­ces mają przy­zwo­ity pro­gram eme­ry­tal­ny i że do­sta­niesz spo­rą kwo­tę za dom.

Drum­mond zbył go mach­nię­ciem dło­ni.

– Na kon­cie eme­ry­tal­nym mam osiem mi­lio­nów do­la­rów.

– Czyż­by? Nie przy­po­mi­nam so­bie, że­bym wi­dział w ga­ze­cie two­je zdję­cie z gi­gan­tycz­nym cze­kiem z wy­gra­ną w Lot­to.

– Daj mi to peł­no­moc­nic­two.

Char­lie z ra­do­ścią wrę­czył mu je i dłu­go­pis, otwie­ra­jąc do­ku­ment na stro­nie z miej­scem na pod­pis. Drum­mond zje­chał po­ni­żej kre­ski i w pu­stym polu za­czął szki­co­wać coś, co przy­po­mi­na­ło pral­kę – przez to urzęd­nik od­po­wie­dzial­ny za ak­cep­ta­cję do­ku­men­tów mógł za­kwe­stio­no­wać zdro­wie psy­chicz­ne sy­gna­ta­riu­sza.

– Chy­ba bar­dziej za­le­ży im na two­im au­to­gra­fie – za­uwa­żył Char­lie, si­ląc się na dow­cip­ny ton.

– Naj­pierw mu­szę ci coś po­ka­zać – od­parł Drum­mond.

Po­ło­żył peł­no­moc­nic­two na ław­ce i zjadł reszt­kę hot doga, od­wi­ja­jąc go z fo­lio­we­go pa­pier­ka. Na­stęp­nie wy­gła­dził opa­ko­wa­nie na udzie, od­wró­cił bia­łą, pa­pie­ro­wą stro­ną do góry i po­now­nie za­brał się do szki­co­wa­nia.

Ko­lej­na pral­ka. Tym ra­zem jed­nak tam, gdzie nor­mal­nie wkła­da­ło się ubra­nia, Drum­mond do­ry­so­wał ja­kieś zyg­za­ki, kwa­dra­ty i kół­ka.

– To jed­na z two­ich pra­lek – stwier­dził Char­lie. – Ro­zu­miem.

– Do­praw­dy?

– Ja­sne, za­ro­bi­łeś osiem mi­lio­nów do­la­rów, sprze­da­jąc pral­ki.

– Ja­kim cu­dem na to wpa­dłeś?

– Sam mi to po­wie­dzia­łeś, ja­kąś mi­nu­tę temu.

– Ach!

Drum­mond spoj­rzał pu­stym wzro­kiem na szkic. Char­lie nie­omal wi­dział, jak jego umysł po­now­nie za­ćmie­wa mgła.

– Robi się strasz­nie cie­pło – rzekł Drum­mond, wzdry­ga­jąc się.

– Pod­pisz ten pa­pier, a ja przy­nio­sę ci coś zim­ne­go do pi­cia.

Drum­mond pod­niósł do­ku­ment i zło­żył na nim schlud­ny pod­pis, któ­ry Char­lie do­brze pa­mię­tał – wszyst­kie li­ter­ki w rów­nym rząd­ku ni­czym masz­ty na stat­ku.

Gdy tyl­ko ode­szli, bez­dom­ny zszedł z mur­ka. Za­nu­rzył usmo­lo­ny rę­kaw w ku­ble na śmie­ci sto­ją­cym obok ław­ki, na któ­rej sie­dział Drum­mond Clark wraz z sy­nem.

Ro­bot­ni­cy bu­dow­la­ni, wi­dząc to, uśmiech­nę­li się. Za­pew­ne są­dzi­li, że włó­czę­ga szu­ka su­row­ców wtór­nych. Gdy­by przyj­rze­li mu się do­kład­niej, za­uwa­ży­li­by, że omi­nął błysz­czą­ce pusz­ki po coca-coli, wy­grze­bu­jąc ze śmie­ci dwa zgnie­cio­ne w kul­kę pa­pier­ki po hot do­gach. Przy bliż­szej ob­ser­wa­cji do­strze­gli­by też, że jest w nad­zwy­czaj do­brej kon­dy­cji. Jed­nak po­mi­mo nie­wiel­kiej od­le­gło­ści Pit­ma­na nie roz­po­zna­ła­by pew­nie na­wet wła­sna mat­ka.

Męż­czyź­nie wy­star­czy­ło krót­kie spoj­rze­nie na we­wnętrz­ną stro­nę pa­pier­ka, wy­rzu­co­ne­go przez Drum­mon­da. Szki­cu­jąc owo „urzą­dze­nie”, jak­kol­wiek nie­zdar­nie, Drum­mond pod­pi­sał na sie­bie wy­rok śmier­ci, i praw­do­po­dob­nie tak­że na swo­je­go syna.

Pit­man zbli­żył do ust po­strzę­pio­ną kla­pę płasz­cza i wy­szep­tał do mi­kro­fo­nu, ukry­te­go pod uma­za­nym bru­dem gu­zi­kiem:

– Oba­wiam się, że nasz dach prze­cie­ka.

9

Char­lie z oj­cem prze­cię­li ru­chli­wą Bed­ford Ave­nue, zmie­rza­jąc w kie­run­ku Pro­spect Pla­ce, gdzie miesz­kał Drum­mond. W słab­ną­cym świe­tle dzien­nym otyn­ko­wa­ne domy wy­glą­da­ły jak ob­le­pio­ne bło­tem. Pew­nie dla­te­go miesz­kań­cy Man­hat­ta­nu uzna­li całą dziel­ni­cę za przy­gnę­bia­ją­cą. Iry­tu­ją­ce bu­cze­nie Drum­mon­da two­rzy­ło pa­su­ją­cy do sce­ne­rii pod­kład mu­zycz­ny.

– Mamy jesz­cze kil­ka mi­nut, za­nim za­mkną bank – oświad­czył Char­lie, my­śląc o Gru­dze­wie. – Mo­gli­by­śmy już te­raz zre­ali­zo­wać czek, żeby wpła­cić za­licz­kę na „Sło­necz­ne Ran­czo”.

Drum­mond za­trzy­mał się rap­tow­nie po­środ­ku przej­ścia dla pie­szych.

– Tak na wszel­ki wy­pa­dek, jak­by Ge­ne­wa nie wy­pa­li­ła – do­dał szyb­ko Char­lie.

Jego sta­ry ro­zej­rzał się po Pro­spect Pla­ce. Lada mo­ment zmie­nią się świa­tła na Bed­ford, wy­pusz­cza­jąc sta­do pę­dzą­cych w po­pło­chu aut i cię­ża­ró­wek.

Char­lie za­uwa­żył, że oj­ciec nie mógł ode­rwać wzro­ku od pra­cow­ni­ka ga­zow­ni, któ­ry wy­to­czył się wła­śnie z bu­dyn­ku w po­ło­wie dro­gi mię­dzy prze­czni­ca­mi. Z uwa­gi na od­le­głość i pa­nu­ją­cy pół­mrok Drum­mond nie umiał po­wie­dzieć, czy był to jego dom, czy dom są­sia­da.

– Cze­mu ten ga­zow­nik się tam krę­ci? – spy­tał Drum­mond.

– Pew­nie robi coś zwią­za­ne­go z ga­zem.

– O tej po­rze?

Drum­mond wsko­czył na chod­nik i po­biegł w kie­run­ku ga­zow­ni­ka.

Zno­wu ma uro­je­nia, po­my­ślał Char­lie. Ru­szył w po­goń za oj­cem, w oba­wie że ten za­trzy­ma się do­pie­ro w Cle­ve­land.

Pra­cow­nik ga­zow­ni spoj­rzał na Drum­mon­da i ni z tego, ni z owe­go za­wró­cił i ru­szył żwa­wo w prze­ciw­nym kie­run­ku.

– Za­cze­kaj! – krzyk­nął Drum­mond.

Męż­czy­zna nie obej­rzał się za sie­bie. Albo nie sły­szał wo­ła­nia, albo – jak po­dej­rze­wał Char­lie – miał dość skle­ro­tycz­nych sta­rusz­ków pra­wią­cych mu ka­za­nia na te­mat ro­sną­cych ra­chun­ków. Znik­nął za ro­giem na No­strand Ave­nue.

Char­lie do­biegł do alei tuż za oj­cem. O dzi­wo tyl­ko Char­lie był zdy­sza­ny.

– Chy­ba za­po­mnia­łeś, że pa­no­wie w two­im wie­ku nie po­tra­fią tak bie­gać – rzu­cił.

Za­miast od­po­wie­dzieć, Drum­mond za­czął wę­szyć po oko­li­cy jak pies goń­czy. Była to w za­sa­dzie dziel­ni­ca re­zy­den­cji. O tej po­rze za­mie­rał tu ruch ko­ło­wy. Char­lie do­strzegł je­dy­nie pół tu­zi­na prze­chod­niów, z któ­rych ża­den nie no­sił cha­rak­te­ry­stycz­ne­go, wor­ko­wa­te­go, bia­łe­go kom­bi­ne­zo­nu. Drum­mond za­glą­dał w każ­dą za­cie­nio­ną bra­mę, mię­dzy za­par­ko­wa­ne sa­mo­cho­dy, a na­wet za sto­ją­ce je­den przy dru­gim ku­bły na śmie­ci.

– Pew­nie wszedł do któ­re­goś z bu­dyn­ków – po­wie­dział Char­lie, w na­dziei że na tym się skoń­czy.

– Nie­trud­no tu o miej­sce par­kin­go­we – za­uwa­żył Drum­mond.

Char­lie nie wi­dział związ­ku.

– I co z tego?

– Dziw­ne, że nie miał wozu.

To cał­kiem traf­ne spo­strze­że­nie, po­my­ślał Char­lie, zwłasz­cza bio­rąc pod uwa­gę obec­ny stan Drum­mon­da. Pra­cow­ni­cy ga­zow­ni wszę­dzie po­ru­sza­li się wo­za­mi, a gdy nie mo­gli zna­leźć wol­ne­go miej­sca w po­bli­żu do­ce­lo­wej lo­ka­li­za­cji, par­ko­wa­li na dru­gie­go. Gdy ktoś zo­stał przy­blo­ko­wa­ny na kil­ka mi­nut, po pro­stu mó­wił so­bie ze sto­ic­kim spo­ko­jem – trud­no. Jed­nak na Pro­spect Pla­ce nie par­ko­wał ża­den wóz ga­zow­ni i ża­den stąd nie od­jeż­dżał.

– Może być masa po­wo­dów, dla któ­rych nie przy­je­chał sa­mo­cho­dem – oświad­czył Char­lie. – Na przy­kład na ostat­nim po­sto­ju mógł go za­blo­ko­wać ko­leś z te­le­ko­mu­ni­ka­cji.

– Co mógł za­blo­ko­wać ko­leś z te­le­ko­mu­ni­ka­cji?

– Wóz ga­zow­ni­ka.

– Ach. – Drum­mond wes­tchnął. – Mam na­dzie­ję, że ju­tro bę­dzie ład­ny dzień. – Od­wró­cił się i po­ma­sze­ro­wał w kie­run­ku domu.

W mo­men­cie gdy Drum­mond wpadł sztur­mem na No­strand Ave­nue, ga­zow­nik – w rze­czy­wi­sto­ści De­wart – szedł chod­ni­kiem, ja­kieś pięt­na­ście me­trów od nie­go, w grup­ce sze­ściu pie­szych. Za ro­giem ze­rwał z sie­bie prze­bra­nie i wrzu­cił je do po­jem­ni­ka na śmie­ci. Pod spodem miał czar­ny dres, ide­al­nie do­pa­so­wa­ny do jego szczu­płej syl­wet­ki. Cia­sna czap­ka, któ­rą wy­cią­gnął z kie­sze­ni, spłasz­czy­ła jego buj­ną czu­pry­nę, dra­stycz­nie zmie­nia­jąc kształt gło­wy, zwłasz­cza gdy pa­trzy­ło się na nią z tyłu – a wła­śnie tak wi­dzie­li ją Drum­mond i Char­lie. Chciał zmy­lić ich i wszyst­kich in­nych, uda­jąc wy­spor­to­wa­ne­go ja­pi­szo­na, któ­ry zmie­rza do Pro­spect Par­ku, by tam po­bie­gać.

De­wart rze­czy­wi­ście wpadł z wi­zy­tą do domu Drum­mon­da w spra­wach zwią­za­nych z ga­zem. Za­nim go opu­ścił, usta­wił ter­mo­stat na trzy­na­ście stop­ni. Do­my­ślał się, że Drum­mond po po­wro­cie prze­sta­wi go na wyż­szą tem­pe­ra­tu­rę, a wte­dy, po we­wnętrz­nej stro­nie czyt­ni­ka cew­ka ter­mo­me­tru i włącz­nik rtę­cio­wy ob­ró­cą się, ini­cju­jąc prze­pływ prą­du przez rtęć i tym sa­mym za­si­la­jąc elek­trycz­ny prze­kaź­nik uru­cha­mia­ją­cy piec, któ­ry znaj­do­wał się dwa pię­tra ni­żej. Pal­nik pod­pa­li małą ilość pa­li­wa, ge­ne­ru­jąc cie­pły gaz ogrze­wa­ją­cy po­wie­trze w domu. Jed­no­cze­śnie od pło­mie­nia pal­ni­ka za­pa­li się knot, osa­dzo­ny w ny­lo­no­wej tu­lej­ce wiel­ko­ści pa­pie­ro­sa, któ­ry pod­pa­li spo­rą ilość ulat­nia­ją­ce­go się gazu. In­spek­to­rzy stwier­dzą, że przy­czy­ną wy­bu­chu był wy­ciek gazu spo­wo­do­wa­ny nor­mal­nym zu­ży­ciem pod­czas eks­plo­ata­cji. Jak to ma­wia­ją: nie sztu­ką jest ko­goś za­bić; sztu­ką jest upo­zo­ro­wać to na wy­pa­dek.

10

Dom spo­wi­jał ten sam za­pach, któ­ry Char­lie znał z dzie­ciń­stwa – za­pach sil­ne­go de­ter­gen­tu. Jak zwy­kle miej­sce to wy­glą­da­ło rów­nie przy­tul­nie jak sie­cio­we ho­te­le – bez opra­wio­nych zdjęć, bez tro­fe­ów z tur­nie­jów krę­glar­skich, bez bi­be­lo­tów, któ­re na ogół moż­na zna­leźć w do­mach. Sta­ru­szek ogra­ni­czył się do ude­ko­ro­wa­nia go pół­ka­mi, na któ­rych sta­ły książ­ki, uło­żo­ne w po­rząd­ku al­fa­be­tycz­nym we­dług au­to­rów.

Je­dy­ną no­wo­ścią była nie­otwar­ta pocz­ta, całe jej sto­sy, roz­rzu­co­ne gdzie po­pa­dło. Gdy Drum­mond po­szedł do łóż­ka, Char­lie za­czął w niej szpe­rać. Zna­lazł licz­ne no­tat­ki służ­bo­we z Per­ri­man Ap­plian­ces, skąd wy­sła­no ojca na dłu­go­ter­mi­no­we zwol­nie­nie le­kar­skie. Po­nad­to zna­lazł trzy nie­za­pła­co­ne ra­chun­ki za usłu­gi ko­mu­nal­ne. To od­kry­cie oraz na­głe spo­strze­że­nie, że w domu pa­nu­je ziąb, po­zwo­li­ło mu są­dzić, że roz­wią­zał za­gad­kę pra­cow­ni­ka ga­zow­ni: za­pew­ne przy­szedł tu, by odłą­czyć sta­rusz­ko­wi gaz.

Char­lie wszedł na pię­tro. Prze­mknąw­szy na pal­cach obok sy­pial­ni Drum­mon­da na sam ko­niec wą­skie­go ko­ry­ta­rza, spraw­dził ter­mo­stat.

Trzy­na­ście stop­ni.

Teo­ria o ga­zow­ni­ku wzię­ła w łeb. W tę i tak zim­ną noc oj­ciec pew­nie nie­chcą­cy zmniej­szył tem­pe­ra­tu­rę. Char­lie usta­wił ter­mo­stat na dwa­dzie­ścia czte­ry stop­nie.

Kie­ru­jąc się w stro­nę scho­dów, za­trzy­mał się przy drzwiach do swo­je­go daw­ne­go po­ko­ju. Je­dy­ną pa­miąt­ką, jaka za­cho­wa­ła się z cza­sów jego dzie­ciń­stwa, były mi­nia­tu­ro­we fi­gur­ki, któ­re oj­ciec przy­wo­ził z po­dró­ży służ­bo­wych do Wa­szyng­to­nu. Osia­dły na nich kurz spra­wił, iż mi­nia­tur­ki po­mni­ków Lin­col­na i Jef­fer­so­na wy­glą­da­ły na opró­szo­ne śnie­giem. Char­lie po­now­nie po­czuł roz­cza­ro­wa­nie, ja­kie prze­żył w dniu uro­dzin, gdy zdarł­szy opa­ko­wa­nie pre­zen­tu, za­miast joy­stic­ka do Play­Sta­tion uj­rzał mi­nia­tu­ro­wy po­mnik Wa­szyng­to­na.

Wspo­mnie­nie to prze­rwał huk przy­po­mi­na­ją­cy wy­strzał z bro­ni, któ­ry roz­darł ci­szę nocy, wpra­wia­jąc w wi­bra­cje wszyst­kie lu­stra i okna na pię­trze. Męż­czy­zna za­marł w bez­ru­chu, do­pó­ki nie usły­szał skrzy­pie­nia po­sadz­ki w sy­pial­ni ojca.

Drum­mond pew­nie wstał z łóż­ka z po­wo­du zim­na, do­szedł do wnio­sku Char­lie, a na­stęp­nie dźwi­gnął cięż­kie, sprę­ży­no­we okno, któ­re wy­da­ło od­głos po­dob­ny do strza­łu.

Char­lie wszedł do sy­pial­ni ojca, któ­ry w szla­fro­ku, pi­dża­mie i kap­ciach, stał przy roz­war­tym oknie, wpa­trzo­ny w ciem­ną spła­cheć pię­tro ni­żej. Char­lie do­łą­czył do nie­go. Nie do­strzegł tam nic god­ne­go uwa­gi oprócz sta­rej huś­taw­ki, bę­dą­cej pre­zen­tem od mat­ki – ot, trzy za­rdze­wia­łe pod­po­ry i po­kry­ta rdzą rama.

– Le­piej za­mknij­my… – rzekł wresz­cie.

Wy­buch, któ­ry z pew­no­ścią było sły­chać na kil­ka ki­lo­me­trów, spra­wił, że cały dom za­trząsł się w po­sa­dach. Szaf­ki roz­war­ły się na oścież. Drzwi wy­sko­czy­ły z za­wia­sów. Szu­fla­dy wy­pa­dły na pod­ło­gę. Szkło roz­trza­ska­ło się w drob­ny mak.

Fala nie­bie­ska­wo­czer­wo­nych pło­mie­ni wzbi­ła się w górę, na pię­tro, bu­cha­jąc przez drzwi pro­sto w twarz Char­lie­go, któ­re­mu zro­bi­ło się go­rą­co, za­nim jesz­cze do­się­gnął go ogień. Są­dził, że spło­nie żyw­cem.

Drum­mond rzu­cił się w kie­run­ku syna, ob­jął go i wraz z nim wy­sko­czył przez okno.

11

Eksplo­zja osma­li­ła ścia­ny blo­ków są­sia­du­ją­cych z do­mem Drum­mon­da. Reszt­ki tyn­ku, drew­na i me­ta­lu za­śmie­ci­ły cały te­ren. Pło­ną­ce drew­nia­ne bel­ki, któ­re spa­dły z da­chu, ża­rzy­ły się w alej­kach. Fale ognia stra­wi­ły z trza­skiem to, co zo­sta­ło z jego domu. Są­sie­dzi w płasz­czach na­rzu­co­nych na pi­dża­my wy­le­gli na chod­ni­ki i pa­trzy­li przez opa­ry dymu, jak ochot­ni­cy z dwie­ście czwar­tej jed­nost­ki stra­żac­kiej po­le­wa­li pło­mie­nie stru­ga­mi wody.

Wśród ga­piów znaj­do­wa­li się tak­że Char­lie i jego oj­ciec, cali, z wy­jąt­kiem kil­ku si­nia­ków po zde­rze­niu z po­przecz­ką huś­taw­ki – bądź co bądź for­tun­nym, po­nie­waż spo­wol­ni­ło upa­dek – i prze­mar­z­nię­ci na kość.

Char­lie był je­dy­ną oso­bą w tłu­mie, któ­rej nie po­chło­nę­ła cał­ko­wi­cie ak­cja stra­ża­ków.

– Chy­ba jed­nak ga­zow­nik miał z tym coś wspól­ne­go! – rzu­cił, pró­bu­jąc prze­krzy­czeć har­mi­der.

– Ach tak – od­parł Drum­mond.

Stra­ża­cy zdo­ła­li po­skro­mić pło­mie­nie do kil­ku upar­tych iskier, któ­re osta­tecz­nie wy­pa­ro­wa­ły. Po bu­dyn­ku po­zo­stał je­dy­nie zwę­glo­ny szkie­let.

Gdy są­sie­dzi prze­ka­zy­wa­li Drum­mon­do­wi wy­ra­zy współ­czu­cia, kie­ru­jąc się z po­wro­tem do swo­ich do­mów, a umo­ru­sa­ni sa­dzą stra­ża­cy zwi­ja­li węże, Char­lie po­sta­no­wił po­dzie­lić się swo­imi po­dej­rze­nia­mi z ka­pi­ta­nem dwie­ście czwar­tej jed­nost­ki, ży­la­stym męż­czy­zną z mio­tla­stym wą­sem, jaki nie­gdyś no­si­li jego ko­le­dzy po fa­chu.

– Ja­kieś pół prze­czni­cy da­lej zna­leź­li­śmy czę­ści ko­tła grzew­cze­go – po­wie­dział ka­pi­tan. – Nie­mal za­wsze ozna­cza to, że przy­czy­ną wy­bu­chu był wy­ciek pa­li­wa. Zda­rza się to na­gmin­nie w sta­rych mo­de­lach elek­trycz­nych urzą­dzeń grzew­czych, zwłasz­cza w do­mach osób star­szych, któ­re za­po­mi­na­ją o kon­tro­li za­wo­ru.

– Może to ga­zow­nik maj­stro­wał przy za­wo­rze? – spy­tał Char­lie.

– Spraw­dzi­li­śmy to. W tym mie­sią­cu ga­zow­nia nie wy­sy­ła­ła tu żad­ne­go pra­cow­ni­ka. Dziś je­dy­ną awa­rię naj­bli­żej tego ad­re­su zgło­szo­no do­pie­ro na Ber­gen, i to o dzie­sią­tej rano.

Char­lie za­wrzał z fru­stra­cji.

– Czy w związ­ku z tym nie wy­da­je się panu tym bar­dziej po­dej­rza­ne, że ktoś z ga­zow­ni szwen­dał się tu po po­łu­dniu?

Stra­żak wy­gła­dził koń­ców­kę wąsa w szpic.

– Z ca­łym sza­cun­kiem, ale nie tyl­ko ga­zow­ni­cy no­szą bia­łe kom­bi­ne­zo­ny.

Char­lie od­wró­cił się do Drum­mon­da, szu­ka­jąc w nim wspar­cia. Oj­ciec sie­dział zgar­bio­ny na gan­ku, opa­tu­lo­ny o wie­le za dużą kurt­ką w ko­lo­rze li­met­ki, na­le­żą­cą do są­sia­dów, któ­rym naj­praw­do­po­dob­niej nie za­le­ża­ło na jej szyb­kim zwro­cie. Przy­glą­dał się, jak wstę­gi pary wta­pia­ją się w tło pur­pu­ro­we­go nie­ba. Gdy­by był przy zdro­wych zmy­słach, sza­lał­by te­raz z roz­pa­czy. Jed­nak jego oczy zdra­dza­ły tyl­ko dzie­cię­ce zdu­mie­nie.

– Na­wet je­śli ten fa­cet był ma­la­rzem lub lo­dzia­rzem, czy kim­kol­wiek in­nym w bia­łym kom­bi­ne­zo­nie, to nadal wy­da­je się to dziw­ne – tłu­ma­czył Char­lie ka­pi­ta­no­wi. – Naj­pierw roz­glą­dał się po oko­li­cy, a po­tem ru­szył pę­dem – gdy­by się tak za­sta­no­wić, to spra­wiał wra­że­nie, jak­by wy­pa­try­wał mo­je­go ojca. I na­gle znik­nął na No­strand, a tam jest tyl­ko sku­pi­sko za­mknię­tych ka­mie­nic, mię­dzy któ­ry­mi nie ma przej­ścia. Nie miał cza­su, żeby ukryć się we­wnątrz któ­re­goś z bu­dyn­ków. Spraw­dzi­li­śmy wszyst­kie inne miej­sca; na­wet gdy­by za­szył się w stu­dzien­ce ka­na­li­za­cyj­nej i tak by­śmy go zna­leź­li. Dla­te­go na­le­ży za­ło­żyć, że miał opra­co­wa­ną tra­sę uciecz­ki.

Ka­pi­tan zer­k­nął w kie­run­ku wozu stra­żac­kie­go. Jego lu­dzie cze­ka­li w nim nie­cier­pli­wie na od­jazd. Po­now­nie sku­pia­jąc się na oso­bie Char­lie­go, za­ci­snął usta.

– Pro­szę pana, oczy­wi­ście cza­sa­mi zda­rza­ją się pod­pa­le­nia. Ale do tego po­trze­ba fa­chow­ca, i to dia­bel­nie do­bre­go. Dla­cze­go ktoś tego for­ma­tu miał­by krę­cić się po Bro­okly­nie i za­sa­dzać na ja­kie­goś sta­rusz­ka?

Char­lie roz­wa­żył, ja­kie były szan­se na to, że ktoś tak nie­po­zor­ny jak jego oj­ciec stał się ce­lem pro­fe­sjo­nal­ne­go za­bój­cy.

– Chy­ba ma pan ra­cję – przy­znał.

Wozy stra­żac­kie po­mknę­ły w mrocz­ną dal, a osie­dle przy Pro­spect Pla­ce po­wró­ci­ło do sta­nu ty­po­we­go dla je­de­na­stej wie­czo­rem – tu i ów­dzie tak­sów­ka, przy­pad­ko­wy pi­ja­czek w dro­dze do domu, mi­go­ta­nie od­bior­ni­ków te­le­wi­zyj­nych prze­bi­ja­ją­ce przez ro­le­ty. Char­lie z oj­cem po­win­ni już je­chać tak­sów­ką do miesz­ka­nia Char­lie­go. Jed­nak myśl o ga­zow­ni­ku nie da­wa­ła mu spo­ko­ju.

Usiadł­szy na gan­ku obok Drum­mon­da, spy­tał:

– Tato, czy przy­pad­kiem ostat­nio nie gra­łeś na wy­ści­gach?

– Masz na my­śli wy­ści­gi kon­ne?

– Tak.

– Nig­dy tego nie ro­bi­łem.

– Je­steś pe­wien?

– Tak mi się wy­da­je.

– Po domu za­wsze wa­la­ły się pro­gra­my go­nitw.

– Co ta­kie­go?

– Ta­kie ga­zet­ki z opi­sa­mi wy­ści­gów. Cho­ciaż­by „Da­ily Ra­cing Form” – wy­da­wa­ne przez Ame­ry­kań­ski Klub Wy­ści­gów Kon­nych dzia­ła­ją­cy od ty­siąc osiem­set dzie­więć­dzie­sią­te­go czwar­te­go roku. Przy­no­si­łeś je z kio­sku lub ze sto­iska w me­trze, w za­sa­dzie co­dzien­nie. Prze­cież nie czy­ta­łeś ich dla po­sze­rze­nia ho­ry­zon­tów.

– Ra­czej nie.

– Po­my­śla­łem, że może źle ob­sta­wi­łeś, a póź­niej z ja­kie­goś po­wo­du za­po­mnia­łeś za­pła­cić buk­ma­che­ro­wi. Ko­le­sie z tej bran­ży nie lu­bią, gdy za­le­ga się z płat­no­ścia­mi – tak przy­najm­niej sły­sza­łem.

– Prze­pra­szam, że się wtrą­cam – ich uszu do­biegł obcy głos.

Char­lie pod­niósł wzrok i uj­rzał tycz­ko­wa­te­go, dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nie­go męż­czy­znę w kla­sycz­nym, gra­na­to­wym gar­ni­tu­rze i sza­rym pro­chow­cu. Był cał­kiem przy­stoj­ny; miał sta­ran­nie uło­żo­ne, fa­li­ste wło­sy i pre­zen­cję prze­wod­ni­czą­ce­go sa­mo­rzą­du stu­denc­kie­go. Char­lie do­strzegł go już wcze­śniej wśród in­nych ga­piów.

– Na­zy­wam się Ker­mit Smith – wy­ja­śnił mło­dzik, mó­wiąc z lek­ki­mi na­le­cia­ło­ścia­mi wiej­skie­go ak­cen­tu. – Je­stem ad­wo­ka­tem…

– Wy­rzu­ci­li go z baru! – krzyk­nął dru­gi męż­czy­zna, nie­udol­nie ba­lan­su­ją­cy na kra­węż­ni­ku, na co nie­wąt­pli­wie wpływ mia­ła sza­ra, pa­pie­ro­wa tor­ba, któ­rą ści­skał w dło­ni, skry­wa­ją­ca za­pew­ne bu­tel­kę al­ko­ho­lu. Był mniej wię­cej w tym sa­mym wie­ku co Smith, lecz nie­co niż­szy i bar­dziej kor­pu­lent­ny. Rów­nież miał na so­bie gra­na­to­wy gar­ni­tur i sza­ry płaszcz. Jego ko­szu­la była roz­pię­ta przy koł­nie­rzy­ku, a wę­zeł kra­wa­ta się­gał mu do po­ło­wy klat­ki pier­sio­wej.

– To jest mój – jak by to po­wie­dzieć – przy­ja­ciel, Mac­Ken­zie – zwró­cił się Smith do Char­lie­go. – A bar, o któ­rym wspo­mniał, to Blar­ney Sto­ne przy Flat­bush Ave­nue. Za­pew­ne zdą­ży­li­ście się już do­my­ślić, któ­ry z nas spra­wiał pro­ble­my.

Ten Ker­mit Smith to spryt­ny gość, po­my­ślał Char­lie. Nie­chyb­nie je­den z tych, któ­rzy na siłę szu­ka­ją klien­tów wśród ofiar wy­pad­ków. W tej czę­ści Bro­okly­nu i o tej po­rze nie było co li­czyć na do­brych sa­ma­ry­tan.

Jak­by wy­czu­wa­jąc zde­ner­wo­wa­nie Char­lie­go, Smith rzekł:

– Prze­cho­dząc do sed­na, mi­mo­cho­dem usły­sza­łem pań­ską po­ga­węd­kę z ka­pi­ta­nem stra­ży po­żar­nej. Pra­cu­ję w fir­mie Con­nel­ly, Dum­bar­ton i Rho­des, szczy­cą­cej się dwu­dzie­sto­ma czte­ro­ma wy­gra­ny­mi w dwu­dzie­stu czte­rech spra­wach o za­nie­dba­nie ze stro­ny pro­du­cen­ta ko­tłów. Suk­ces ten osią­gnę­li­śmy, prze­ko­nu­jąc ław­ni­ków, że ofia­ry te­goż za­nie­dba­nia mu­sia­ły­by być ge­niu­sza­mi, aby na­le­ży­cie ob­słu­gi­wać tu­zin, je­śli nie wię­cej, za­wo­rów w star­szych mo­de­lach urzą­dzeń grzew­czych. Je­śli jest pan za­in­te­re­so­wa­ny…

W ob­li­czu po­ża­ru sprze­daż domu Drum­mon­da sta­nę­ła pod zna­kiem za­py­ta­nia. Kto wie, ile cza­su i wy­sił­ku bę­dzie ich kosz­to­wa­ło od­zy­ska­nie pie­nię­dzy z ubez­pie­cze­nia – za­kła­da­jąc, że Drum­mond pa­mię­tał o opła­ca­niu skła­dek?

– Chy­ba nie za­szko­dzi za­się­gnąć in­for­ma­cji w imie­niu mo­je­go ojca – od­parł Char­lie, uda­jąc, że zie­wa, aby nie wyjść na nad­gor­liw­ca. Na ta­kiej spra­wie spryt­ny ad­wo­ka­ci­na mógł­by spo­ro za­ro­bić.

– Po­śpiesz się, spóź­ni­my się na ostat­nią ko­lej­kę w ba­rze Fla­na­ga­na – bia­do­lił Mac­Ken­zie.

Od­wró­ciw­szy się ple­ca­mi do ko­le­gi, Smith rzekł do Char­lie­go:

– Może wstą­pi pan na chwi­lę do mo­je­go biu­ra? – Zro­bił kil­ka kro­ków na­przód.

– Po pro­stu zo­staw mu swo­ją wi­zy­tów­kę – po­na­glał Mac­Ken­zie, jed­nak Smith jesz­cze bar­dziej się od­da­lił.

– Tato, nie ru­szaj się stąd przez chwi­lę, do­brze? – po­pro­sił Char­lie.

Drum­mond przy­tak­nął, jed­nak to nie roz­wia­ło do koń­ca obaw jego syna.

Do­go­niw­szy Smi­tha, Char­lie za­uwa­żył nowe, błysz­czą­ce bmw Z4 sto­ją­ce czte­ry miej­sca par­kin­go­we da­lej.

– Za­wsze chcia­łem wy­grać ja­kiś po­zew o od­szko­do­wa­nie i ku­pić so­bie ta­kie cac­ko – po­wie­dział Char­lie.

Smith pod­szedł do nie­go, by le­piej przyj­rzeć się autu.

– Cóż, być może dziś szczę­ście się wresz­cie do pana uśmiech­nie. – Sta­nął w cie­niu po­mię­dzy la­tar­nia­mi i się­gnął do kie­sze­ni pal­ta, za­pew­ne po wi­zy­tów­kę lub black­ber­ry.

Wów­czas jego krtań za­chrzę­ści­ła pod pię­ścią Drum­mon­da, któ­ry do­sko­czył do nie­go znie­nac­ka.