Był sobie szczeniak. Ellie - W. Bruce Cameron - ebook
lub
Opis

Autor bestsellerowych książek „był sobie pies” oraz „psiego najlepszego” oddaje głos szczeniakom!

Seria Był sobie szczeniak to opowiedziane na nowo i ilustrowane historie psiaków, znanych z książki „Był sobie pies”.

Ellie to bardzo mądra suczka, z bardzo odpowiedzialnym zadaniem. Od szczeniaka była trenowana na psa ratownika i potrafi teraz odszukać zagubione w lesie dziecko albo wskazać zasypanego przez gruzy człowieka. Ta psina ma nosa! Znajduje ludzi. Ratuje ich. To jej misja.

Jednak Ellie ma też bardzo ważne zadanie w domu. Jej opiekunowie — Jakob, który stracił żonę i bardzo samotna Maya — również są zagubieni. Jednak w zupełnie inny sposób niż ktoś, kto chciał sprawdzić, co jest po drugiej stronie placu zabaw. Teraz Ellie musi wykorzystać wszystkie swoje sztuczki, aby dotrzeć do swoich opiekunów i ich uratować.

Historia Ellie to piękna opowieść dla młodych miłośników zwierząt, a urocze czarno-białe ilustracje, sprawiają, że jej przygody ożywiają na Twoich oczach!

___

O autorze:

W. Bruce Cameron– autor bestsellerowej książki "Był sobie pies". Dwukrotnie został wybrany najlepszym felietonistą przez National Society of Newspaper Columnist. Obecnie mieszka w Kalifornii. Bardzo bliska relacja z ukochaną suczką Cammie spowodowała, że pisarz zafascynował się najbardziej przyjaznymi czworonogami. Jest autorem licznych powieści o uroczych wyszczekanych bohaterach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 174

Popularność


Okładka

Karta tytułowa

Eloise ‌i Gordonowi

1

Jako pierwsze ‌poznałam zapach mamy ‌i smak jej ‌mleka.

By się ‌do niej dostać ‌i napełnić ‌pusty ‌brzuszek, musiałam się tarabanić ‌ponad ‌głowami ‌moich braci ‌i sióstr ‌i przeciskać między ich ‌miękkimi, puchatymi ciałkami. Zwijałam ‌się i odpychałam swoimi słabymi ‌łapkami centymetr za ‌centymetrem, dopóki nie ‌poczułam, jak na moim ‌języku rozlewa się ciepła ‌słodycz.

Po kilku ‌dniach moje ‌oczka się otworzyły i zobaczyłam ‌ciemnobrązowy pyszczek mamy i bladoniebieski ‌kocyk, na którym ‌leżała, choć ‌z początku wszystko było bardzo ‌niewyraźne.

Czasami gdy było mi ‌zimno ‌albo ‌czułam ‌się samotna czy ‌zagubiona, skamlałam i przytulałam się ‌do niej. ‌Moje ‌zdezorientowane rodzeństwo brało ‌wówczas ‌to skomlenie ‌za oznakę ‌słabości i wskakiwało na mnie. ‌Było ich ‌siedmioro, wszyscy mieli brązową ‌sierść w czarne łaty. Nie ‌mogłam ‌pojąć, dlaczego tak trudno ‌było im zrozumieć, ‌kto tu ‌będzie rządził.

Bo po ‌mamie szefową zostanę ‌ja. Uważałam, ‌że jestem najmądrzejsza ze ‌szczeniaków.

Często schodziła do nas ‌po schodach kobieta ‌o delikatnych dłoniach ‌i jeszcze delikatniejszym ‌głosie. Pierwszego ‌dnia ‌mama warczała na nią, ‌ale tylko ‌troszkę, a kobieta z przezorności nie ‌podchodziła ‌bliżej. Ale ‌potem mama ‌chyba ‌zmieniła ‌zdanie i stwierdziła, że kobieta ‌może ‌nas podnosić, przytulać ‌i trzymać przy piersi.

Ta ‌kobieta miała ‌interesujący zapach. Pachniała ‌czymś czystym (jakby ‌mydłem), ‌czymś pysznym ‌(to było ‌jedzenie) i po prostu sobą. ‌Nie przeszkadzało mi, że ‌mnie podnosi – w każdym razie nie tak bardzo – ale czułam ulgę za każdym razem, gdy odkładała mnie delikatnie na kocyk obok mamy.

Czasami po schodach schodził też mężczyzna, żeby na nas popatrzeć i przynieść mamie jedzenie i miskę wody. Ta woda! Za pierwszym razem, gdy podeszłam, żeby ją poniuchać, jeden z moich braci wpadł na mnie przypadkiem i wylądowałam mordką w misce.

Zimno! Woda dostała mi się do nosa i szczypała w oczy, a gdy próbowałam zaskomleć, by zawołać na pomoc mamę, wdarła mi się też do pyszczka. Dźwignięcie się z tej śliskiej miski i otrzepanie futerka z wilgoci kosztowało mnie wszystkie siły. Po tym doświadczeniu trzymałam się jak najdalej od miski z wodą.

Mój brat zachowywał się, jakby nic się nie stało, choć bez wątpienia to on był wszystkiemu winny.

Po kilku tygodniach, gdy moje łapki stały się silniejsze, po schodach zszedł mężczyzna, niosąc coś dużego i brązowego. Postawił to na podłodze, po czym delikatnie podniósł jednego z moich braci i włożył go do środka.

– Wskakuj do pudełka, koleżko – powiedział mężczyzna. – Nie martw się, to tylko na chwilę.

Mój brat zaskomlał. Słyszałam go, ale nie widziałam! Wszyscy zaczęliśmy skowyczeć i szczekać, gdy po kolei podnosił nas i wkładał tam, gdzie naszego brata – do pudełka.

Środek przypominał maleńki pokój z podłogą i ścianami z czegoś gładkiego i śliskiego. Moje malutkie łapki ślizgały się i rozjeżdżały, a gdy mężczyzna poniósł pudełko, zaczęły się ślizgać i rozjeżdżać jeszcze bardziej.

Moi bracia i siostry zaczęli się na siebie wspinać, próbując się zorientować, co się dzieje. Stanęłam na dwóch siostrach, zahaczyłam łapkami o brzeg pudełka i wyjrzałam na zewnątrz. Mężczyzna szedł po schodach na górę, a za nim dreptała mama. To mi dodało otuchy. Skoro była z nami, na pewno nie zabierano nas w jakieś niebezpieczne miejsce.

– Ups, wracaj do środka, maleńka – powiedział mężczyzna. – Nie wypadnij.

Delikatnie zsunął moje łapki z brzegów pudełka i wylądowałam na tym samym głupim braciszku, który wepchnął mnie do miski z wodą. Zaczął podgryzać moją łapkę, więc musiałam mu ją wyszarpnąć z pyszczka.

Mężczyzna niósł nas jeszcze trochę, a potem postawił pudełko. On i kobieta po kolei nas z niego powyjmowali.

Znaleźliśmy się w niesamowitym miejscu o nazwie Na Dworze.

Pierwszy raz zobaczyłam światło. Tak jasne, że przez kilka minut prawie nic nie widziałam. Potem pod łapkami poczułam coś dziwnego – miękkiego i giętkiego jak kocyk, ale kłującego. Trawa! Dziabnęłam ją, żeby pokazać jej, kto tu rządzi. Nie odgryzła się, więc uznałam, że mamy to ustalone. To ja byłam jej szefową.

A te zapachy! Znałam zapach mamy, rodzeństwa, kocyka, na którym leżeliśmy, i kobiety oraz mężczyzny, którzy nas odwiedzali. Ale teraz powietrze się poruszało, owiewając mnie i łaskocząc w nosek milionem obcych mi woni. Moi bracia i siostry śmignęli obok mnie, skomląc, potykając się, turlając i upadając na pyszczki. Ja stałam nieruchomo z noskiem w górze, starając się zorientować, gdzie jestem.

Trawa pod moimi łapkami pachniała ostro i świeżo. Spod niej wydobywał się jeszcze inny zapach, mocny, gęsty i bogaty. Zapach czegoś, w czym fajnie byłoby pokopać.

Ruszające się powietrze przynosiło też zapachy z większej oddali – czegoś dymiącego i smakowitego z wnętrza domu, czegoś słodkiego z rosnących przy nim krzewów, czegoś ostrego, kwaśnego i cuchnącego, co przemknęło, rycząc, po drugiej stronie wysokiego drewnianego płotu.

I czegoś tajemniczego, puchatego i żywego jak ja.

To był zapach dorosłego psa w zagrodzie. Mama potruchtała do niego i trącili się nosami przez drucianą siatkę. Wiedziałam, że ten pies to samiec, jak moi bracia, i wyczułam, że jest ważny dla mamy. Nie miałam pojęcia, jak to się stało, ale byłam przekonana, że to mój ojciec.

– Chyba zaakceptuje szczeniaki – powiedział mężczyzna do kobiety.

– Będzie w porządku, Bernie? Chcesz wyjść? – Nasz tata miał na imię Bernie. Kobieta otworzyła jego kojec. Wyskoczył z niego, obwąchał nas, po czym pobiegł oznaczyć płot.

Wszyscy popędziliśmy za nim, co i rusz się przewracając i natychmiast wstając na równe łapy. Bernie zniżył łeb, a jeden z moich braci podskoczył i dziabnął go w ucho. To było bardzo niegrzeczne! Ale Berniemu zdawało się to nie przeszkadzać. Potrząsnął tylko łbem, uwalniając się od mojego brata, który pokoziołkował na ziemię.

Niektóre szczeniaki uznały to za zaproszenie i rzuciły się na Berniego. Kilka delikatnie przewrócił na bok, resztę powąchał i podszedł do mnie.

Nie zaczęłam go podgryzać ani na niego skakać, więc pozwolił mi stać bez ruchu. Ale zniżył łeb i całą mnie obwąchał, a potem położył na mnie łapę, ot tak, dla kaprysu.

Wiedziałam, że nie powinnam stawiać oporu. Może i rządziłam rodzeństwem, mimo że niektórzy, nie wiedzieć czemu, mieli co do tego pewne wątpliwości, ale mną rządził ten pies-ojciec, tak jak mama. Pozwoliłam mu się przycisnąć do miękkiej, giętkiej trawy i przytrzymać przez kilka sekund. Następnie tata podszedł do mężczyzny, który go pogłaskał i podrapał za uszami.

Potem już codziennie chodziliśmy Na Dwór. Dowiedziałam się, że to ciemne fascynujące coś pod trawą nazywało się ziemia. Nauczyłam się również, jak dać rodzeństwu do zrozumienia, kto tu rządzi. Skradali się od tyłu i wskakiwali na mnie albo wpadali na mnie, przybiegłszy z drugiego końca podwórka, więc musiałam warczeć i obnażać kły albo turlać się i turlać, dopóki to ja nie byłam na górze. Potem odchodziłam i czekałam na okazję, żeby sama się do nich podkraść.

Śmieszyło mnie to – wciąż nie mogli się pogodzić z faktem, że ja tu jestem szefową. Mocowali się ze mną, wili i usiłowali przygnieść mnie do ziemi swoimi maleńkimi łapkami, tak jak Bernie wcześniej swoją wielką łapą, ale oni nie byli ani mamą, ani tatą, więc nie puszczałam im tego płazem. Mimo to nie przestawali próbować.

Bernie czasami też trochę się z nami bawił, a kobieta przynosiła nam pachnące zabawą rzeczy do gryzienia.

– Macie swoje zabawki, szczeniorki – mówiła.

Pewnego dnia na podwórku pojawił się obcy mężczyzna. Miał zupełnie inne pomysły na harce. Najpierw głośno zaklaskał w dłonie. Jeden z moich braci zaskomlał i pobiegł do mamy. Kilkoro innych szczeniaków odskoczyło na parę kroków, a jeden zachlipał. Ja też się wystraszyłam, ale coś mówiło mi, że nie ma niebezpieczeństwa. Mężczyzna podniósł tych z nas, którzy nie wyglądali na przestraszonych, włożył do pudełka i zaniósł do innej części podwórka.

Powyjmował nas z kartonu jedno za drugim. Gdy przyszła kolej na mnie, postawił mnie na trawie, a potem odwrócił się i zaczął odchodzić, jakby zupełnie o mnie zapomniał. Potruchtałam za nim, ciekawa, co dalej zrobi.

– Grzeczny piesek! – pochwalił mnie. „Grzeczny piesek” tylko za to, że za nim poszłam? Ten facet był jakimś popychadłem.

Nagle wyjął coś z kieszeni i rozłożył to, przykrywając mnie miękkimi fałdami materiału.

– Hej, mała, dasz radę sama się wygrzebać z tej koszulki? – zapytał mnie.

Nie miałam pojęcia, co się dzieje, ale to mi się nie podobało. Bawełniany biały materiał był wszędzie, zupełnie jakbym była owinięta kocykiem. Próbowałam z nim walczyć i pokazać mu, kto tu rządzi, tak jak robiłam z rodzeństwem, lecz nie zadziałało. Mogłam gryźć i drapać bez końca, ale materiał nie ustępował. Przywierał do mnie, do mojego pyszczka i całego ciała.

Próbowałam iść, myśląc, że może uda mi się uciec. Ale podkoszulek szedł ze mną. Warknęłam i mocno potrząsnęłam łebkiem. To trochę pomogło. Materiał zsunął mi się z pyszczka, a obok ogonka mignął mi kawałek zielonej trawy. Ogon! Właśnie! Żeby wydostać się z tej pułapki, trzeba się cofnąć. Tak zrobiłam, jeszcze raz potrząsając głową, żeby ściągnąć z siebie koszulkę. Kilka sekund później stałam już wolna na trawce. Mężczyzna stał nieopodal, więc pobiegłam do niego po więcej pochwał.

Kobieta wyszła z domu, żeby popatrzeć.

– Większości zajmuje to jakąś minutę albo dwie, ale ta mała jest całkiem bystra – zauważył mężczyzna. Przyklęknął, złapał mnie i przekręcił na grzbiet na trawie. Zaczęłam się wić. To nie fair, on był dużo większy ode mnie!

– Jej się to nie podoba, Jakob – powiedziała kobieta.

– Żadnemu się nie podoba. Pytanie brzmi, czy przestanie walczyć i pozwoli mi być szefem. Muszę mieć psa, który wie, że ja tu rządzę – odpowiedział mężczyzna.

Usłyszałam słowo „pies”, które wypowiedział bez gniewu. A więc to nie była kara. Ale i tak leżałam przygwożdżona do ziemi. Było trochę jak wtedy, gdy pierwszego dnia Bernie przycisnął mnie łapą do trawy. Mężczyzna był ode mnie większy, tak jak Bernie. Może to miało mi pokazać, że on tu rządzi – jak tata.

Tak czy siak, nie wiedziałam, co to za nowa gra, więc po prostu się rozluźniłam. I przestałam walczyć.

– Grzeczna sunia! – pochwalił mnie mężczyzna. Zgadywałam, że ma na imię Jakob. I dziwne pomysły na zabawę ze szczeniakami.

Potem wyjął z kieszeni coś białego i płaskiego, po czym to zmiął. Gdy to robił, tajemnicza rzecz wydawała z siebie niesamowicie fascynujące odgłosy! Miałam straszną ochotę przyjrzeć jej się bliżej – nie tylko przyjrzeć, ale i skosztować. Co to za nowy przedmiot?

– Chcesz, mała? Chcesz papierek? – zapytał Jakob.

Chciałam! Przesuwał mi go przed pyszczkiem, a ja za nim goniłam, kłapiąc zębami i próbując go pochwycić. Na próżno! Miałam za mały pyszczek, a mój łebek poruszał się zbyt wolno. Potem mężczyzna podrzucił to coś, a ja puściłam się w pościg. Jeden sus i wylądowałam na zdobyczy przednimi łapkami, i zaczęłam ją gryźć. „Ha! Spróbuj mi ją teraz odebrać!”

Smakowała interesująco, ale nie tak dobrze, jak myślałam. W ogóle było fajniej, gdy się ruszała. Podniosłam ją i wróciwszy do mężczyzny, upuściłam mu ją u stóp. Potem przysiadłam na trawce i zaczęłam merdać ogonkiem z nadzieją, że się skapnie, o co chodzi, i jeszcze raz ją rzuci.

– Ten – powiedział Jakob. – Biorę tego.

2

Jakob wziął mnie na ręce i wyniósł z podwórka. Nie wierzyłam własnym oczom. Na Zewnątrz było większe, niż mogłam to sobie wyobrazić. Ciągnęło się w nieskończoność!

Przed domem przemykały wielkie, głośne „cosie” pachnące metalem, dymem i innymi ostrymi i nieprzyjemnymi zapachami. Nie miałam pojęcia, co to, ale byłam pewna, że są niebezpieczne. Jakob otworzył tył jednego z nich, a ja zwinęłam się w kłębek przy jego piersi i zakwiliłam.

– Wszystko w porządku, maleńka – powiedział. – To tylko mała przejażdżka furgonetką. Nie bój się, dobrze? To tylko furgonetka.

„Furgonetka”. Mówił kojącym tonem, ale i tak bardzo się bałam. Nie chciałam nigdzie jechać czymś, co tak pachniało.

W tyle furgonetki leżało coś podobnego do pudełka, tyle że z metalu. Jakob otworzył to jedną ręką, a drugą delikatnie włożył mnie do środka.

A potem mnie zostawił. Zostawił!

To nie było w porządku. Bez wątpienia. Oczywiście nie podobało mi się, że jestem zabierana od mamy i rodzeństwa, ale coś mówiło mi, że to naturalna kolej rzeczy. Psy miały być towarzyszami ludzi. Teraz moją rodziną był Jakob.

Ale to znaczyło, że powinien być przy mnie! Nie powinien za bardzo się oddalać i zostawiać mnie w zimnym metalowym pudełku z tyłu głośnej, cuchnącej furgonetki!

Szczekałam. Skamlałam. Robiłam wszystko, żeby tylko pokazać Jakobowi, że popełnił błąd i powinien wrócić. Widocznie mnie nie słyszał, bo nie pojawił się, żeby wyjąć mnie z pudełka. Usłyszałam głośne trzaśnięcie i metalowe pudło zaczęło się trząść, a furgonetka ruszyła. Kołysałam się tam i z powrotem, zupełnie jak wtedy, gdy wynoszono nas w pudełku na podwórko. Bardzo mi się to nie podobało! Furgonetka warczała i ryczała. Czułam, że zaraz mnie zje. Gdzie podziewał się Jakob?

Musiał w końcu usłyszeć moje szaleńcze szczekanie, bo gdy furgonetka wreszcie stanęła, wrócił i wyjął mnie z klatki.

– Nie było tak źle, co, mała? – zapytał.

Jak na to, przez co oboje właśnie przeszliśmy, wyglądał na naprawdę zanadto zadowolonego, jednak byłam mu tak wdzięczna, że wrócił, że nie miałam do niego o to pretensji. Wtuliłam się w jego pierś, gdy wnosił mnie po kilku kondygnacjach schodów do mojego nowego domu.

W środku było co zwiedzać. Kuchnia pełna zachwycających zapachów, z małymi drzwiczkami, których nie byłam w stanie otworzyć, nawet gdy uderzałam w nie łapkami. Salon z sofą pachnącą jak Jakob i pudełkiem, które czasami hałasowało. Balkon, na którym mogłam siedzieć z Jakobem i przyglądać się domom, podwórkom, drzewom i kolejnym pędzącym, głośnym „cosiom” podobnym do furgonetki.

Była i sypialnia z dużym łóżkiem, które też pachniało jak Jakob. Pierwszego dnia próbowałam się na nie wdrapać, ale kategorycznie mnie z niego przegonił.

– Nie, mała. Twoje łóżko jest tutaj – powiedział, pokazując mi miękkie, puchate kółko na podłodze. W dotyku przypominało trochę kocyk, na którym spałam z mamą i rodzeństwem, ale nie pachniało tak jak oni. Pachniało pustką i zimnem.

Najbardziej ze wszystkiego lubiłam park. Tamtego pierwszego dnia Jakob zabrał mnie do niego więcej niż raz. Było tam jeszcze więcej tej giętkiej trawy, po której tak fajnie się biegało. Jakob rzucił mi parę patyków, żebym przyniosła mu je z powrotem. Potem wyjął z kieszeni mały okrągły przedmiot i też go rzucił. Popędziłam za nim i próbowałam objąć go swoim niedużym pyszczkiem.

Nagle obok mnie przemknęło jakieś małe zwierzę, potrząsając dziwnym puchatym ogonem. Upuściłam piłeczkę i natychmiast ruszyłam w pościg za zwierzakiem. To była o wiele lepsza zabawa!

Bez dwóch zdań był stworzony, by za nim gonić. Śmignął zygzakiem przez trawę w stronę drzewa. Ku mojemu absolutnemu zaskoczeniu wspiął się po jego pniu! Spróbowałam tego samego, ale upadłam na grzbiet. Zwierzak przysiadł na wysokiej gałęzi i śmiał się ze mnie, gdy biegałam wokół pnia, ujadając z frustracją. Czemu moje łapki nie potrafiły się wspinać? Temu małemu stworowi udało się to bez trudu!

Przyszedł Jakob, usiadł obok i podrapał mnie za uszami.

– Nie poddawaj się, malutka – rzekł. – Nigdy się nie poddawaj. Hm, nie mogę ciągle nazywać cię malutką. Elleya. – Zastanawiałam się, o czym mówi. – To po szwedzku „łoś”, a ty jesteś teraz psem Gotów. – Wiedziałam, że mówi do mnie, więc zamerdałam ogonem, choć jego słowa tak naprawdę nie miały sensu. – Elleya, Elleya – powtórzył, oddalając się nieco ode mnie. – Do nogi, Ellie, do nogi.

Szybko zaczęłam rozpoznawać te słowa: Do Nogi. Należały do ulubionych słów Jakoba. Czasami gdy je wypowiadał, podchodziłam do niego, żeby zobaczyć, co się dzieje, a on głaskał mnie wtedy i dawał z ręki coś pysznego. Do Nogi oznaczało pochwałę, głaski i przysmak, więc już zawsze przychodziłam, gdy je usłyszałam. Ale najbardziej lubiłam, gdy Jakob mówił: „Grzeczna sunia!”. „Grzeczna sunia!” zawsze oznaczało głaskanie od stóp do głów, aż wiłam się z rozkoszy.

Dłonie Jakoba pachniały olejem, jego furgonetką, papierami i innymi ludźmi.

Zdawał się nigdy o nic nie gniewać, nawet wtedy, gdy mój mały pęcherz dawał znać, że jest pełny, i natychmiast się opróżniał. Kiedy udawało mi się powstrzymać go aż do wyjścia na dwór, Jakob tak bardzo mnie chwalił, że postanowiłam robić to jak najczęściej. Skoro tak go to cieszyło…

Chciałam uszczęśliwiać Jakoba. Tylko nie wiedziałam jak.

Zawsze okazywał mi cierpliwość. Głaskał mnie i nazywał Grzeczną Sunią, lubił mieć mnie obok siebie. Ale czułam, że nie jest szczęśliwy. Z wyjątkiem naszych spacerów większość czasu spędzał na sofie. Czasami włączał gadające pudełko, czasami tylko siedział albo leżał i wpatrywał się w sufit. Gdy podchodziłam i trącałam jego dłoń nosem, pocierał mi chwilę uszy, ale szybko przestawał.

Wzdychałam wtedy i kładłam się obok niego. Uważałam, że oboje poczulibyśmy się lepiej, gdyby tylko pozwolił mi położyć się przy sobie na sofie, ale zrozumiałam, że tak się nigdy nie stanie.

Naszego pierwszego wieczora Jakob popatrzył trochę w hałasujące pudełko, a potem ziewnął i przeniósł się do sypialni. Poszłam za nim. Rozebrał się i wsunął pod kołdrę. Pościelone łóżko wyglądało tak wygodnie, że od razu poszłam jego śladem i na nie wskoczyłam. Jeszcze nigdy nie udało mi się tak wysoko wskoczyć, więc myślałam, że w nagrodę należy mi się pochwała i może jakiś przysmak.

Zamiast tego Jakob wstał i posadził mnie z powrotem na puchatym kółku na podłodze.

– To jest twoje łóżko – powiedział. – Twoje, Ellie.

Wrócił do wielkiego łóżka. Widziałam, że nie chce, żebym położyła się razem z nim, ale nie rozumiałam dlaczego. Było tam tyle miejsca! Moje posłanie było wygodne, ale czułam się w nim samotnie. Przyzwyczaiłam się do spania z mamą i rodzeństwem. To już nie było to samo… Zaskomlałam, żeby dać Jakobowi znać, że coś jest nie tak.

– Przyzwyczaisz się, Ellie – usłyszałam jego głos dochodzący z wielkiego łóżka. – Oboje musimy przyzwyczaić się do samotności.

Po pewnym czasie rzeczywiście przywykłam do samotnego spania, co nie znaczy, że to polubiłam. Wciąż od czasu do czasu próbowałam wkraść się pod kołdrę Jakoba. Nigdy na mnie nie krzyczał ani mnie nie odpychał, ale nie pozwalał mi zostać. Po kilku minutach zawsze lądowałam z powrotem na swoim łóżeczku. Po pewnym czasie uznałam, że szkoda fatygi, i przestałam próbować.

Przez kilka pierwszych dni Jakob cały czas był ze mną w domu. Ale pewnego ranka włożył na siebie zupełnie inne ubranie. Całe było w ciemnym kolorze i zdobił je ciężki pas, z którego zwisały różne rzeczy.

– Muszę iść do pracy, Ellie – powiedział. – Nie martw się, niedługo wrócę.

A potem wyszedł.

Tak nie powinno być… Nie podobało mi się to, ale pocieszałam się, że przecież wrócił po tym, gdy zostawił mnie samą w furgonetce. Pamiętałam. Tym razem też wróci. Postanowiłam na niego zaczekać.

Czekanie było bardzo trudne.

Poleżałam chwilę w swoim łóżeczku, ale potem wślizgnęłam się pod kołdrę Jakoba. Pachniała nim, co dodawało mi otuchy. Po pewnym czasie jednak znudziło mi się leżenie, więc potruchtałam do salonu, żeby popatrzeć sobie przez szklane drzwi prowadzące na balkon. Może stąd zobaczę Jakoba.

Nie zobaczyłam.

Powąchałam poduszki na sofie. Pachniały jak Jakob. Pomemłałam trochę jedną z gumowych kości, które mi sprawił. Dziwnie było żuć coś, co prawie nie miało smaku, ale moje ząbki domagały się gryzienia, a gdy po raz pierwszy wzięłam do pyszczka tę kość, Jakob powiedział: „Grzeczna sunia!”. Tak więc gryzłam sobie i czekałam dalej.

Ale Jakob wciąż nie wracał i nie wracał.

Może tym razem naprawdę o mnie zapomniał. Albo coś mu się stało! Może był ranny i nie mógł po mnie wrócić! Może mnie potrzebował! Jak mogłam do niego dotrzeć, zamknięta w tym czymś?! Truchtałam tam i z powrotem przed drzwiami wejściowymi, popłakując.

Nagle w zamku coś kliknęło. Odskoczyłam do tyłu. Drzwi się otworzyły. Jakob! Wrócił!

– Och, witaj, mały słodziaku! – zagruchał jakiś głos.

To wcale nie był Jakob.

To była jakaś kobieta. Weszła jak do siebie i od razu usiadła na podłodze, wyciągając do mnie ręce.

– Już, już, nie bój się, kochanie. Jestem Georgia. Przyszłam, żeby zabrać cię na spacerek. Och, jakaś ty urocza! Najsłodszy maluch świata. Masz na imię Ellie, prawda? Ellie-śmieli, mała przytulanka. Do nogi, Ellie, słodziaku! Chodź do Georgii.

Znałam te słowa: „Do Nogi”. Czy tej kobiecie chodziło o to samo, co Jakobowi? Czy chciała, żebym podeszła bliżej? Posłuchałam, a ona pochwaliła mnie i pogłaskała.

– Ellie, grzeczna sunia. Grzeczna! – Przypięła mi smyczkę do obroży i zabrała mnie do parku.

Stwierdziłam, że bardzo lubię Georgię.

Śmiała się, gdy ganiałam za tymi małymi, puchatymi zwierzakami, i dużo mnie głaskała, przeczesując moją sierść dłonią i zalewając mnie potokiem słów. Żadne z nich nie miało sensu oprócz „Ellie” i „Do Nogi”, ale i tak lubiłam jej słuchać. Była szczęśliwa, że mnie widzi. Była szczęśliwa, że jest ze mną. Była szczęśliwa tak bardzo, jak Jakob nigdy nie był.

Ale potem i Georgia sobie poszła. Przyprowadziła mnie z powrotem do mieszkania, pogłaskała, upewniła się, czy mam wodę w miseczce, pocałowała mnie między uszami (Jakob nigdy, przenigdy tego nie robił!) i wyszła.

Co za ludzie! Czemu nie byli w stanie zrozumieć, że psy mają być przy nich? A nie same w mieszkaniu, gryząc mdłą gumową kość. Próbowałam zasnąć, próbowałam memłać swoją zabawkę, ale głównie truchtałam nerwowo tam i z powrotem, popłakując troszkę z całej tej frustracji, dopóki drzwi ponownie nie skrzypnęły i nie wróciła Georgia, żeby znowu mnie wyprowadzić. W końcu, gdy już myślałam, że dłużej tego nie zniosę, do domu wrócił Jakob.

Popędziłam do niego i z całej tej radości zaczęłam podskakiwać na tylnych łapkach.

– Zejdź! – powiedział surowo i zepchnął mnie z siebie na podłogę. Ze wszystkich słów, które zdążyłam poznać, „Zejdź” nie lubiłam najbardziej. Po chwili Jakob pogłaskał mnie i potarł za uszami, westchnął na widok kałuży na podłodze, zabrał mnie do parku, a po powrocie dał kolację. Potem położył się w dużym łóżku i zasnął, podczas gdy ja samotnie zwinęłam się w kłębek w swoim małym łóżeczku.

Tak wyglądało nasze życie, dopóki nie zaczęliśmy Pracy.

– Chodźmy do pracy – powiedział pewnego dnia Jakob. Byłam już wtedy troszkę starsza, a Georgia przychodziła już tylko raz dziennie, żeby wyprowadzić mnie na spacer, gdy Jakoba nie było w domu. Jakob był jak zawsze spokojny, ale pod warstwą tego spokoju wyczuwałam u niego coś jeszcze, jakieś podekscytowanie. Praca musiała być dla niego czymś ważnym.

Z początku Praca polegała tylko na nauce kolejnych słów. Umiałam już całkiem dobrze Do Nogi, a teraz Jakob zabrał mnie do parku i nauczył Leżeć, co znaczyło „połóż się”, i Waruj. To było trudne. Robiłam Leżeć, a Jakob odchodził ode mnie, jakby zapominał (znowu!), że moje zadanie to być przy nim. Musiałam tak zostać, z brzuszkiem przyciśniętym do trawy, dopóki nie usłyszałam Do Nogi! Wtedy zrywałam się na równe łapy i biegłam za nim. Trochę mi to zajęło, ale w końcu dobrze opanowałam Waruj. Widziałam, że Jakob jest zadowolony, więc i ja się cieszyłam.

Jakob nie kochał mnie w ten sam sposób, co Geor­gia. Sam mój widok go nie uszczęśliwiał, lecz zdawał się szczęśliwy, gdy robiliśmy razem Pracę. A więc z miejsca postanowiłam, że będę bardzo, bardzo dobra w Pracy.

Jeśli dzięki temu Jakob będzie choć odrobinę szczęśliwszy, właśnie to powinnam robić! Ale wciąż uwielbiałam, kiedy przychodziła Georgia i nazywała mnie małą przytulanką Ellie-śmieli.

Gdy już opanowałam słowa, Praca się zmieniła. Jakob zabrał mnie w nowe miejsce. Było tam mnóstwo drzew i jeszcze więcej tych rozpraszających małych futrzaków – teraz wiedziałam, że nazywają się „wiewiórki”. Mimo ich obecności, ze wszystkich sił starałam się trzymać przy Jakobie, cierpliwie czekając, by dowiedzieć się, jaką Pracę każe mi zrobić.

Kawałek od nas z samochodu wysiadł jakiś mężczyzna i ruszył w naszą stronę, machając.

– Cześć, Jakob! – zawołał radośnie.

– Wally – powiedział Jakob i skinął głową.

– To ten nowy pies?

– Tak, to Ellie.

Wally pochylił się, żeby mnie pogłaskać.

– Jesteś już dużą dziewczynką, co, Ellie? Dasz sobie radę?

– Myślę, że tak – odparł cicho Jakob. – Przekonajmy się.

I wtedy Wally zrobił coś dziwnego. Zaczął uciekać.

– Co on robi, Ellie? Dokąd biegnie? – pytał mnie Jakob.

Patrzyłam na Wally’ego, który spoglądał na mnie przez ramię.

– Szukaj go! Szukaj! – polecił mi Jakob.

Z tonu jego głosu poznałam, że to nowe słowo, którego chciał, bym się nauczyła. Ale ja nie byłam pewna, co mam robić. To miało coś wspólnego z Wallym. Wally był w oddali i zawzięcie machał. Popędziłam w jego stronę. Dobrze? Czy tego właśnie chciał ode mnie Jakob?

Wally zobaczył, jak nadbiegam, i upadł na czworaka. Klaskał i uśmiechał się, a gdy do niego dopadłam, pokazał mi patyk. Uwielbiałam patyki! Od razu go pochwyciłam, a Wally trzymał jego drugi koniec, więc mieliśmy dużo zabawy, przeciągając go. To było super! O niebo lepsze od Leżeć i Waruj.

Potem Wally wstał i otrzepał sobie kolana.

– Patrz, Ellie. Co on robi? Szukaj go! – powiedział Wally.

Rozejrzałam się. Czy „Szukaj” nie znaczyło, że powinnam podbiec do Wally’ego? Ale przecież Wally stał tuż obok! Co miałam zrobić?

Jakob zaczął się oddalać, więc pobiegłam za nim. I tak zawsze wolałam być przy nim.

– Grzeczna sunia! – pochwalił mnie i też pobawił się ze mną patykiem. Ze szczęścia aż biłam ogonkiem o ziemię.

Jeśli mam być szczera, to zabawa w Szukaj była trochę nudna. Ale Wally’emy i Jakobowi chyba się podobała, więc tamtego popołudnia pobawiliśmy się w nią jeszcze kilka razy. Dla Jakoba chętnie brałam w niej udział, zwłaszcza że potem było przeciąganie patyka. Według mnie biło to na głowę Szukaj Wally’ego.

Byłam w Pracy i robiłam ją, jak należy. Jakob nazywał mnie grzeczną sunią. Ta cała zabawa w Szukaj była dla niego ważna, więc postanowiłam zrobić wszystko, żeby się jej nauczyć. Chciałam być grzeczną sunią – dla niego. Szukaj Wally’ego nawet mi się śniło. To były radosne sny.

Ale czasami miałam też zły sen o chłopcu o imieniu Ethan. W tym śnie Ethan pływał w zimnej zielonej wodzie i nagle znikał pod jej powierzchnią. Gdy patrzyłam, jak się zanurza, przejmował mnie strach, aż w końcu zniżałam łebek, wyjąc, i nurkowałam za nim z otwartymi oczami i pyszczkiem, starając się sięgnąć chłopca, który tonął, tonął, tonął, tuż poza moim zasięgiem.

Często budziłam się z tego snu, dysząc, a potem wędrowałam po domu i obwąchiwałam każdy kąt. Ten sen wydawał mi się dziwnie rzeczywisty, jakby to naprawdę kiedyś się zdarzyło.

Czemu wciąż mi się śnił?

3

Jakob zabierał mnie do parku niemal codziennie i zawsze spotykaliśmy tam Wally’ego. Czasami przychodziła też jego przyjaciółka Belinda.

Zabawa w Szukaj stawała się coraz trudniejsza. Wally biegał szybciej i dalej albo chował się za jakimś drzewem czy krzakiem. Ale i tak nie miał szans mnie nabrać. Zawsze go odnajdywałam. A to oznaczało pochwałę, głaski i porządną zabawę w przeciąganie patyka. Patyk wciąż był dla mnie najlepszą częścią Szukaj.

Pewnego dnia zasady się zmieniły i Szukaj Wally’ego stało się jeszcze trudniejsze.

Poszliśmy z Jakobem do parku, ale Wally’ego tam nie było. W porządku. Może Jakob rzuci mi patyk… Zazwyczaj nie robił tego podczas Pracy, ale gdy wieczorami zabierał mnie na zwykły spacer, patyk często był w użyciu, na przemian z piłeczką, którą nosił w kieszeni.

Ale tym razem tego nie zrobił. Zamiast tego spojrzał na mnie i powiedział: „Szukaj!”.

Hę? Szukaj czego? Przecież Wally’ego nie ma.

A tak w ogóle to gdzie jest Wally?

Zaczęłam obwąchiwać ziemię. Czy mój nos natknie się na zapach Wally’ego? Woń jego potu, skóry, mydła, którego używał, ostry aromat gumy, którą często żuł – wszystko to składało się na jego zapach. Czy Wally był gdzieś w pobliżu? Ciekawiło mnie to. Może miał patyk, skoro Jakob najwidoczniej nie zamierzał mi go rzucać…?

– Grzeczna sunia, Ellie, grzeczna. Szukaj!

Naprawdę byłam grzeczną sunią? Czyżby Jakob nazwał mnie grzeczną sunią za samo obwąchiwanie? Zaczęłam niuchać jeszcze energiczniej i zrobiłam kilka kroków. Jest! Zapach Wally’ego! Mocny i świeży. Niedawno tu był.

Co on sobie myślał, uciekając, zanim zacznę Szukaj? Nie wiedział, że nie tak się w to bawi?

Podążyłam tropem, który zostawił. Jakob szedł za mną. Nie powtórzył, że jestem grzeczną sunią. Milczał, jakby nie chciał mnie rozpraszać. Ale czułam, że jest zadowolony. Musiałam robić, co trzeba.

Nieopodal tropu Wally’ego zwęszyłam przepyszny zapach. Przypominał aromat kanapki, którą Jakob czasami jadł – chleb, pieczeń wołowa, dziwny ostry sos (jak ludziom mogą smakować takie rzeczy?) i takie zielone roślinki, które Jakob też czasami jadał.

Uniosłam wzrok. W trawie leżał papierek od kanapki. Pachniał tak smakowicie, że aż ślinka napłynęła mi do pyszczka.

– Szukaj, Ellie. Szukaj! – nalegał Jakob.

Odwróciłam nos od papierka. Teraz byliśmy w Pracy. Absolutnie nie mogę się rozpraszać. Zasady się zmieniły, ale zabawa wciąż polegała na tym samym. Miałam znaleźć Wally’ego.

Tak więc nie przestawałam go szukać, nawet kiedy trop próbował się przede mną schować. Biegł wokół ławki, siedzących na niej dwoje ludzi uśmiechnęło się do mnie. Kobieta wyciągnęła do mnie rękę. Wyczułam na niej coś smakowitego – bajgiel posmarowany serkiem śmietankowym. Pychota! Jakob czasami wrzucał mi do miseczki kawałek swojego śniadaniowego bajgla. Łapy lizać. Teraz też by mi smakowało. Zrobiłam krok w stronę ławki…

– Proszę, nie – odezwał się za mną Jakob. – Ona pracuje.

– Och, przepraszam – odpowiedziała kobieta, zabierając rękę.

Już trzymałam nos z powrotem przy ziemi. Bajgle i serek śmietankowy to świetna sprawa, ale to nie one były celem Szukaj. Gdy inny pies, jakiś głupiutki szczeniak o długich łapach i szaleńczo merdającym ogonie, przyskoczył do mnie, kładąc przednie łapy płasko na ziemi i zapraszając do zabawy, zignorowałam go. To nie był dobry moment na figle.

To była Praca. Jakob i ja robiliśmy razem Pracę. Nie mieliśmy czasu na szczenięce gry.

Trop zaprowadził mnie w końcu za kilka drzew. Wyczułam zapach kilku psów, które były tu przede mną. Trzy albo cztery zaznaczyły dużą kępę trawy. Kusiło mnie, żeby przykucnąć i dodać własny wkład, żeby wiedziały, że ja też tu byłam i ten las nie należy wyłącznie do nich.

Ale Wally był gdzieś w pobliżu. Trop stawał się teraz coraz wyraźniejszy, a ja szukałam z coraz większą determinacją. Mój ogon sam zaczął się poruszać, a uszy stanęły na baczność i pochyliły się do przodu. Mój nos jeszcze nigdy nie pracował na tak wysokich obrotach. Wally? Wally? Już prawie go mam…

I jest! Trop zaprowadził mnie za drzewo o szerokim pniu, za którym na trawie siedział Wally, opierając się plecami o gruby korzeń.

Gdy tylko mnie zobaczył, skoczył na równe nogi.

– Udało ci się, Ellie! Znalazłaś mnie!

– Grzeczna sunia. Grzeczny piesek! – pochwalił mnie Jakob.

Potem była zabawa z patykiem, która bardzo mnie ucieszyła, ale jeszcze bardziej uszczęśliwił mnie ton głosu Jakoba.

– Dobra jest, nie? Nie czekałem tu nawet dziesięciu minut! – powiedział Wally.

– Jest świetna – przytaknął cicho Jakob.

– Naprawdę może być wyjątkowa.

Jakob podrapał mnie za uszami.

– Też tak uważam.

Po tym dniu Wally’ego już nigdy nie było w parku, gdy przychodziliśmy, i żeby go znaleźć, zawsze musiałam robić Szukaj.

Jakob przestał za mną podążać i nauczyłam się nowego słowa: „Pokaż!”. Znaczyło, że mam zaprowadzić Jakoba do drzewa, pod którym leży Wally, albo do krzaka, za którym się chowa. A niekiedy znaczyło nawet, że mam mu pokazać, gdzie znalazłam skarpetkę albo podkoszulek Wally’ego. (Ten facet był strasznym flejtuchem i ciągle gubił rzeczy, które musieliśmy po nim zbierać). W jakiś tajemniczy sposób Jakob zawsze wiedział, że coś znalazłam, kiedy do niego przybiegałam. „Pokaż!” – mówił, ale tylko wtedy, gdy rzeczywiście miałam co pokazać.

Zdążyłam już polubić Pracę, gdy Jakob zabrał mnie w kolejne nowe miejsce. Przypominało park z placem zabaw. Wiedziałam, co to plac zabaw – jeden był w parku, do którego chodziliśmy na wieczorne spacery. Mali ludzie biegali po nim jak szczeniaki, wspinając się na drabinki, śmigając po zjeżdżalniach, szybując wysoko na huśtawkach. To zdecydowanie wyglądało na dobrą zabawę. Ale na tym placu zabaw nie było dzieci, a ja nie miałam pojęcia, jak mam tu znaleźć Wally’ego – nie widziałam ani jednego drzewa czy krzaka, za którym mógł się schować.

Najpierw Jakob zaprowadził mnie do pochyłej deseczki, której jeden koniec leżał na ziemi, a drugi był wysoko w powietrzu. Obwąchałam ją, ale Wally’ego nie było w pobliżu. Nigdzie nie mogłam złapać jego tropu.