Był sobie pies 2 - W. Bruce Cameron - ebook + audiobook

Był sobie pies 2 ebook i audiobook

W. Bruce Cameron

4,7

Opis

Wszystkie psy doskonale wiedzą, że życie ma sens tylko u boku ukochanego człowieka

Bailey – bohater bestsellera "Był sobie pies" – powraca z nową misją!

Mała Clarity June opuszcza ukochaną babcię oraz jej psa i wyjeżdża z matką do wielkiego miasta. Psiak przeżył już wiele wcieleń i sporo się o ludziach nauczył. Miał różne imiona: Bailey, Toby, Ellie, Koleżka…

Tym razem powraca, aby wypełnić nowe zadanie. Spotyka dorastającą Clarity, wnuczkę ukochanego przyjaciela Ethana. Dziewczynka ma talent do pakowania się w kłopoty, więc Bailey w swoim nowym wcieleniu musi jej strzec i zrobić wszystko, żeby była szczęśliwa. Razem czeka ich mnóstwo przygód pełnych wzruszeń i radości!

Ten oddany i kochany pies pomoże swojej pani zrealizować jej marzenia i odnaleźć prawdziwą miłość. Czasami będzie musiał odejść, by zaraz znów powrócić jako inny czworonożny przyjaciel. Jednak nie zamierza się poddawać – musi być dzielnym psem! Jedno wie na pewno: życie jest na tyle pomerdane, że zawsze warto trzymać się razem.

Oto zabawna i wzruszająca opowieść o przyjaźni, oddaniu i poświęceniu, która wielokrotnie cię zaskoczy. Odkryj świat widziany oczami psa i przekonaj się, że psia miłość jest wieczna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 368

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 9 godz. 10 min

Lektor: W. Bruce Cameron

Sortuj według:
annkacz

Nie oderwiesz się od lektury

Bailey tym razem powraca żeby pomóc Cj. Czy psy myślą tylko o zabawie? Raczej nie. AbbyDog 💖.
00

Popularność




Rozdział 1

Grzejąc się w słońcu na drewnianym pomoście wychodzącym na staw, wiedziałem tyle: miałem na imię Koleżka i byłem grzecznym pieskiem.

Sierść na moich łapach była czarna jak wszędzie indziej, ale w miarę upływu czasu na samym dole lekko zbielała. Przeżyłem wiele szczęśliwych lat na Farmie u boku chłopca o imieniu Ethan, spędzając mnóstwo leniwych popołudni na tym właśnie pomoście, pływając w stawie i szczekając na kaczki.

To było drugie lato bez Ethana. Kiedy umarł, w środku poczułem ból silniejszy od jakiegokolwiek, którego przyszło mi w życiu doświadczyć. Teraz już osłabł i bardziej przypominał ból brzucha, ale wciąż mi towarzyszył. Tylko śpiąc, znajdowałem ukojenie – w snach znowu biegałem z Ethanem.

Byłem już starszym pieskiem i wiedziałem, że niedługo zapadnę w dużo głębszy sen, tak jak we wszystkich moich poprzednich życiach. Przyszedł po mnie, kiedy byłem Tobym i nie miałem prawdziwego celu oprócz wesołej zabawy z innymi pieskami; przyszedł po mnie, kiedy miałem na imię Bailey i poznałem mojego chłopca, a miłość do niego stała się dla mnie całym światem. Przyszedł po mnie, kiedy byłem pracującą suczką Ellie i miałem za zadanie odnajdywać i ratować ludzi. Byłem więc pewien, że gdy przyjdzie po mnie teraz, we wcieleniu Koleżki, już więcej nie wrócę, że dopełnił się sens mojego życia i że to ostatnie z moich psich wcieleń. A to, czy przyjdzie tego lata, czy następnego, nie miało znaczenia. Ethan, miłość do niego, był największym sensem mojego życia i kochałem go ze wszystkich sił. Byłem grzecznym pieskiem.

A mimo to…

A mimo to siedziałem na tym pomoście, obserwując jedno z wielu dzieci w rodzinie Ethana, jak człapie niepewnie w stronę krawędzi. To była dziewczynka i dopiero niedawno nauczyła się chodzić, więc chwiała się przy każdym kroku. Miała na sobie białe pękate spodenki i cienką koszulkę. Wyobraziłem sobie, jak skaczę do wody i wyciągam ją za tę koszulkę na powierzchnię, i cicho zaskomlałem.

Matka dziecka miała na imię Gloria. Ona też była na pomoście; leżała nieruchomo na rozkładanym krześle z kawałkami warzyw na oczach. W ręku trzymała smycz, której drugi koniec był obwiązany wokół pasa dziewczynki, ale teraz ta smycz wysunęła się z jej dłoni i zaczęła ciągnąć się za małą, która niebezpiecznie zbliżała się do krawędzi pomostu i tafli stawu.

Za szczeniaka luźna smycz zawsze była dla mnie sygnałem do wyprawy – najwidoczniej dla tej dziewczynki również.

To były drugie odwiedziny Glorii na Farmie. Poprzednie przypadły zimą. Ethan jeszcze żył, a Gloria podała mu dziecko, nazywając go „Dziadkiem”. Po jej odjeździe Ethan i jego towarzyszka życia Hannah wieczorami wiele razy powtarzali imię „Gloria” z nutą smutku w głosie.

Powtarzali też „Clarity”. Tak miała na imię mała, choć Gloria często nazywała ją „Clarity June”.

Byłem pewien, że Ethan chciałby, abym czuwał nad Clarity, która dziwnym trafem zawsze pakowała się w tarapaty. Niedawno siedziałem smutny nieopodal karmnika dla ptaków, pod który w pewnym momencie się wczołgała i wepchnęła sobie do ust garść ziaren. Do moich głównych obowiązków należało terroryzowanie wiewiórek, kiedy się tego dopuszczały, ale nie bardzo wiedziałem, jak zareagować, gdy przyłapałem na tym Clarity, choć podejrzewałem, że ludzkie dziecko też ma zakaz jedzenia ptasiej karmy. I okazało się, że mam rację – gdy w końcu parę razy zaszczekałem, Gloria, która dotąd leżała brzuchem na ręczniku, usiadła na nim i bardzo się rozgniewała.

Zerknąłem na nią i teraz. Mam zaszczekać? Dzieci często wskakiwały do stawu, ale nigdy w tak młodym wieku, a sądząc z rozwoju sytuacji, ta mała zaraz się zmoczy. Takie maluchy jak ona mogły mieć kontakt z wodą tylko w ramionach dorosłych. Odwróciłem się w stronę domu. Hannah była na zewnątrz, ale klęczała i bawiła się kwiatkami daleko przy podjeździe, więc nie zdążyłaby nic zrobić, gdyby Clarity wpadła do stawu. Wiedziałem, że i ona chciałaby, abym pilnował tej małej. To był mój nowy sens życia.

Clarity coraz bardziej zbliżała się do krawędzi. Zaskomlałem znowu, tym razem głośniej.

– Cicho – odezwała się Gloria, nie otwierając oczu. Nie rozumiałem tego słowa, ale jej ostry ton już tak.

Clarity nawet się nie odwróciła. Dotarła do końca pomostu, zakołysała się na krawędzi i wpadła prosto do stawu.

Wbijając pazury w drewniane deski, odbiłem się i skoczyłem za nią do ciepłej wody. Clarity podskakiwała lekko na tafli, machając rozpaczliwie krótkimi rączkami, ale główkę miała już prawie pod wodą. Dotarłem do niej w kilka sekund i delikatnie chwyciłem zębami za koszulkę. Wyciągnąłem jej głowę na powierzchnię i ruszyłem do brzegu.

Gloria zaczęła krzyczeć.

– O Boże! Clarity!

Poderwała się i wbiegła do wody dokładnie w chwili, gdy odnalazłem łapami błotniste dno stawu.

– Zły pies! – krzyknęła i wyrwała mi Clarity. – Jesteś bardzo złym psem!

Zwiesiłem głowę ze wstydu.

– Gloria! Co się stało? – zawołała nadbiegająca Hannah.

– Twój pies właśnie strącił małą do wody! Mogła utonąć! Musiałam wskoczyć, żeby ją ratować, i teraz jestem cała mokra!

Wszyscy mieli bardzo zdenerwowane głosy.

– Koleżka? – powiedziała Hannah.

Nie miałem odwagi na nią spojrzeć. Zamerdałem ogonem, rozbryzgując wodę. Nie wiedziałem, co złego zrobiłem, ale najwyraźniej wszystkich zdenerwowałem.

To znaczy wszystkich oprócz Clarity. Ośmieliłem się zerknąć na nią, bo wyczułem, że wyrywa się z ramion matki i wyciąga do mnie rączki.

– Kolele – zagruchała. Z jej przemoczonych spodenek spływały strużki wody. Znowu spuściłem wzrok.

Gloria westchnęła ciężko.

– Hannah, czy mogłabyś wziąć małą? Ma mokrą pieluchę, a ja muszę się położyć na brzuchu, żeby się równo opalić.

– Jasne – odparła Hannah. – Koleżka, do nogi.

Szczęśliwy, że mamy to już za sobą, wyskoczyłem z wody, merdając ogonem.

– Tylko się nie trząchaj! – zawołała Gloria, odskakując ode mnie na pomoście. Słyszałem jej ostrzegawczy ton, ale nie wiedziałem, co chce mi powiedzieć. Otrząsnąłem się, pozbywając się wody z sierści.

– Fuj, nie! – pisnęła Gloria i zaczęła mnie besztać, wymachując mi palcem przed nosem i wypowiadając cały łańcuszek słów, których nie rozumiałem, oprócz powtórzonego parę razy „niegrzecznego psa”. Pochyliłem głowę, mrugając szybko oczami.

– Koleżka, do nogi! – zawołała Hannah łagodnym tonem. Posłusznie potruchtałem za nią do domu.

– Kolele – powtarzała Clarity. – Kolele.

Przystanąłem na schodkach przed drzwiami, bo poczułem w pyszczku dziwny posmak. Już kiedyś go czułem – przypomniało mi się, jak wyciągnąłem ze śmieci cienką metalową patelnię, a po wylizaniu jej ze słodkich delicji w ramach eksperymentu pogryzłem i metal. Był niesmaczny, więc go wyplułem, ale teraz nie byłem w stanie pozbyć się tego posmaku – siedział mi na języku i wiercił w nosie.

– Koleżka? – Hannah przystanęła na werandzie i zaczęła mi się przyglądać. – Co się stało?

Zamerdałem ogonem i wskoczyłem na werandę, a gdy otworzyła drzwi, wkroczyłem do domu na czele pochodu.

Zawsze fajnie było przechodzić przez te drzwi, czy to do środka, czy na zewnątrz, bo to oznaczało, że będziemy robili coś nowego.

Potem trzymałem straż, podczas gdy Hannah i Clarity wymyśliły sobie nową zabawę.

Hannah zanosiła Clarity na szczyt schodów i patrzyła, jak mała spełza z nich tyłem. Hannah mówiła zazwyczaj „grzeczna dziewczynka”, a ja merdałem ogonem. Gdy Clarity docierała do ostatniego stopnia, lizałem ją po twarzy, na co chichotała, a potem wyciągała rączki do Hannah.

– Jesce – prosiła. – Jesce, babciu. Jesce. – Gdy tak mówiła, Hannah podnosiła ją, całowała i znowu wchodziła po schodach na powtórkę zabawy.

Gdy już się upewniłem, że są bezpieczne, poszedłem na swoje ulubione miejsce w salonie, pokręciłem się i położyłem z westchnieniem. Parę minut później przydreptała do mnie Clarity, ciągnąc za sobą swój kocyk. W buzi miała takie coś, co zawsze gryzła, ale nigdy nie połykała.

– Kolele – powiedziała i ostatnie metry pokonała na czworaka. Przytuliła się do mnie i przykryła kocykiem. Powąchałem jej główkę – nikt na świecie nie pachniał tak jak Clarity. Jej zapach wypełnił mnie ciepłem i ukołysał do snu.

Wciąż drzemaliśmy, gdy nagle usłyszałem trzaśnięcie siatkowych drzwi i do pokoju weszła Gloria.

– Och, Clarity! – powiedziała. Otworzyłem sennie oczy, gdy pochylała się, by oderwać ode mnie śpiącą dziewczynkę. Miejsce po niej zrobiło się dziwnie puste i zimne.

Z kuchni wyszła Hannah.

– Piekę ciasteczka – powiedziała.

To słowo znałem, więc poderwałem się na równe łapy. Merdając ogonem, potuptałem do niej, żeby powąchać jej pachnące słodkością dłonie.

– Mała spała przytulona do psa – powiedziała Gloria. Usłyszałem słowo „psa”, które w jej ustach jak zwykle zabrzmiało tak, jakbym ją czymś rozzłościł. Zastanawiałem się, czy to oznacza zero ciasteczek dla pieska.

– Tak – odparła Hannah. – Clarity przyszła i wtuliła się w niego.

– Wolałabym jednak, żeby moje dziecko nie spało z psem. Gdyby Koleżka przekręcił się na bok, mógłby ją zgnieść.

Zerknąłem na Hannah pytająco, zastanawiając się, czemu w rozmowie padło moje imię. Zasłoniła usta ręką.

– Ja… dobrze, oczywiście. Dopilnuję, żeby to się nie powtórzyło.

Clarity wciąż spała, opierając główkę o ramię Glorii, która oddała małą Hannah i z westchnieniem usiadła przy kuchennym stole.

– Mamy mrożoną herbatę? – zapytała.

– Przyniosę ci. – Przytulając dziecko, Hannah podeszła do blatu i zaczęła wyjmować różne rzeczy, ale żadnych ciasteczek nie widziałem. Mógłbym jednak przysiąc, że w powietrzu unosił się ich ciepły, słodki zapach. Usiadłem grzecznie i czekałem.

– Po prostu uważam, że byłoby lepiej, gdyby podczas naszych odwiedzin pies zostawał na podwórku – powiedziała Gloria. Hannah usiadła przy stole obok niej i upiła łyk napoju. Clarity zaczęła się wiercić w ramionach Hannah, więc ta poklepała ją lekko po pleckach.

– Och, nie mogłabym mu tego zrobić.

Położyłem się z jękiem, zastanawiając się, czemu ludzie zawsze tacy są: rozmawiają o ciasteczkach, a potem nie dają ich zasługującemu na nie pieskowi.

– Koleżka należy do rodziny – powiedziała Hannah. Uniosłem sennie głowę i spojrzałem na nią, ale ciasteczka wciąż się nie pojawiały. – Opowiadałam ci, jak połączył mnie i Ethana?

Znieruchomiałem na dźwięk słowa „Ethan”. Coraz rzadziej wspominano jego imię, ale za każdym razem, gdy je słyszałem, czułem jego zapach i dotyk dłoni na sierści.

– Pies was połączył? – powtórzyła z niedowierzaniem Gloria.

– Znaliśmy się z Ethanem od małego. W liceum chodziliśmy ze sobą, ale po pożarze… wiesz o pożarze, przez który został kaleką?

– Twój syn może i o tym wspominał, nie pamiętam. Henry mówił głównie o sobie. Wiesz, jacy są mężczyźni.

– No więc po pożarze Ethan… pojawiło się w nim coś mrocznego, a ja byłam za młoda, to znaczy za bardzo niedojrzała, żeby pomóc mu się z tym uporać.

Wyczułem w Hannah jakiś smutek i wiedziałem, że mnie potrzebuje. Nie wychodząc spod stołu, podczołgałem się do niej i położyłem jej głowę na kolanach. Głaskała mnie delikatnie, a nade mną zwisały bose stópki śpiącej Clarity.

– Ethan miał wtedy psa, cudownego golden retrievera o imieniu Bailey. To był jego pies głuptasek.

Zamerdałem ogonem, słysząc te imiona. Za każdym razem, gdy Ethan nazywał mnie psem głuptaskiem, jego serce przepełniała miłość. Przytulał mnie wtedy i całował w pyszczek. Teraz zatęskniłem za nim bardziej niż wcześniej – i czułem, że Hannah też za nim tęskni. Polizałem głaszczącą mnie dłoń, a Hannah spojrzała na mnie i uśmiechnęła się.

– Ty też jesteś grzecznym pieskiem, Koleżko.

Słysząc te słowa, znowu zamerdałem ogonem. Wyglądało na to, że rozmowa może jednak zmierza do ciasteczek.

– Tak czy siak, nasze drogi się rozeszły. Poznałam Matthew, wyszłam za niego i urodziłam Rachel, Cindy, no i oczywiście Henry’ego.

Gloria cicho chrząknęła, ale nie spojrzałem na nią. Hannah wciąż głaskała mnie po głowie, a ja nie chciałem, żeby przestała.

– Po śmierci Matthew zatęskniłam za dziećmi i sprowadziłam się z powrotem do miasteczka. Aż tu pewnego dnia w parku dla psów pojawił się Koleżka – miał wtedy jakiś rok – i poszedł za Rachel do domu. Miał przy obroży adresówkę, a ja ze zdziwieniem przeczytałam na niej nazwisko Ethana. Ale jeszcze bardziej zdziwiony był Ethan, kiedy do niego zadzwoniłam! Od pewnego czasu zastanawiałam się, czyby go nie odwiedzić, ale pewnie nic by z tego nie wyszło. To głupie, lecz nie rozstaliśmy się w zgodzie i choć minęło tyle czasu, nie miałam tak jakby… odwagi się z nim spotkać.

– Nic mi nie mów o okropnych rozstaniach. Znam je aż za dobrze z autopsji. – Gloria prychnęła.

– Tak, na pewno – odparła Hannah. Spojrzała na kolana i uśmiechnęła się do mnie. – Gdy zobaczyłam Ethana po tych wszystkich latach, miałam wrażenie, jakbyśmy się nigdy nie rozstali. Byliśmy sobie pisani. Oczywiście nie powiem tego dzieciom, ale Ethan był tym jedynym, moją bratnią duszą. A gdyby nie Koleżka, być może nigdy więcej byśmy się nie spotkali.

Uwielbiałem słyszeć swoje imię i imię Ethana, a gdy Hannah tak na mnie patrzyła, czułem bijące od niej miłość i smutek.

– Och, która to już godzina! – powiedziała nagle. Wstała i oddała Clarity Glorii. Mała się poruszyła, ziewając i bijąc w powietrzu piąstką. Hannah zaczęła się krzątać przy nagrzanym piekarniku, z którego popłynęła cudowna woń, a za nią pojawiły się ciasteczka, ale Hannah mnie nimi nie poczęstowała.

Największą tragedią tego dnia był dla mnie fakt, że miałem pod nosem kuszące pyszności, a nie dostałem ani okruszyny.

– Wrócę za jakieś półtorej godziny – powiedziała Hannah do Glorii. Sięgnęła do miejsca, gdzie trzymała zabawki o nazwie „klucze”, i usłyszałem brzęknięcie metalu, które kojarzyło mi się z przejażdżką autem. Obserwowałem czujnie sytuację, rozdarty między ochotą na wycieczkę a koniecznością pilnowania ciasteczek.

– Koleżka, ty zostajesz – oznajmiła Hannah. – A, Glorio, i nie otwieraj drzwi do piwnicy. Clarity lubi wędrować w dół po każdych schodach, jakie tylko znajdzie, a ja rozłożyłam tam trutkę na szczury.

– Szczury? Tu są szczury? – pisnęła Gloria. Clarity zdążyła się już obudzić i teraz wyrywała się z ramion matki.

– Tak. To farma, czasami nas nawiedzają. Nie ma powodów do obaw, po prostu nie otwieraj drzwi. – Wyłapałem nutkę gniewu w tonie Hannah i czujnie na nią spojrzałem, żeby rozeznać się w sytuacji. Ale jak zawsze w podobnych przypadkach nie otrzymałem wyjaśnienia, skąd te silne emocje – ludzie już tacy są, targają nimi skomplikowane uczucia, które są po prostu za trudne, by pojął je psi rozumek.

Hannah wyszła, a ja podreptałem za nią do auta.

– Nie, ty zostajesz, Koleżko – powiedziała. Jej słów nie dało się nie zrozumieć, zwłaszcza że po wejściu do samochodu zatrzasnęła mi drzwi przed nosem i usłyszałem brzęk kluczy. Zamerdałem ogonem w nadziei, że może zmieni zdanie, ale gdy auto ruszyło podjazdem, wiedziałem już, że dziś nici z przejażdżki.

Wślizgnąłem się z powrotem do środka przez klapkę dla zwierzaków. Clarity siedziała w swoim specjalnym krzesełku z tacką na przodzie. Gloria nachylała się nad nią z łyżeczką, usiłując ją nakarmić, ale Clarity wypluwała większość jedzenia. Spróbowałem tej karmy i w ogóle się dziewczynce nie dziwiłem. Czasami pozwalano jej wkładać sobie samej do buzi małe kawałki jedzenia, ale gdy było naprawdę okropne, to Gloria i Hannah i tak w nią je wmuszały za pomocą łyżeczki.

– Kolele! – zagruchała Clarity, z radości uderzając rączkami o tackę i rozbryzgując odrobinę karmy, która wylądowała na twarzy Glorii. Karmicielka gwałtownie się wyprostowała i wydała z siebie ostry dźwięk. Wytarła twarz ręcznikiem, rzucając mi gniewne spojrzenie. Spuściłem wzrok.

– Nie do wiary, że pozwala ci się tu szwendać, jakby cały dom należał do ciebie – mruknęła pod nosem.

Nie było co marzyć, że Gloria da mi kiedyś ciasteczko.

– No cóż, na pewno nie na mojej warcie – powiedziała. Przez chwilę patrzyła na mnie w milczeniu, po czym pociągnęła nosem. – Okej. Do nogi! – nakazała.

Posłusznie poszedłem za nią do drzwi piwnicy. Otworzyła je.

– No już, jazda!

Zrozumiałem, co każe mi zrobić, i przeszedłem przez drzwi. Niewielki, pokryty chodnikiem podest u szczytu schodów był na tyle duży, że mogłem się obrócić, żeby na nią spojrzeć.

– Zostań – powiedziała, zatrzaskując drzwi. Nagle zrobiło się dużo ciemniej.

Drewniane schody prowadzące w dół trzeszczały, gdy po nich schodziłem. Nieczęsto zaglądałem do piwnicy, a teraz wyczuwałem tu nowe i interesujące aromaty, które zapragnąłem zbadać. Zbadać i może wrzucić coś na ząb.

Rozdział 2

Choć w piwnicy panował półmrok, ściany były przesiąknięte mocnymi, wilgotnymi zapachami. Na drewnianych półkach stały zmurszałe butelki, a rozmiękłe tekturowe pudło pełne było ubrań i mieszaniny woni wielu dzieci, które przez lata przewinęły się przez Farmę. Zaciągnąłem się nimi, przypominając sobie letnie gonitwy przez trawy i zimowe harce w śniegu.

Zapachy były cudowne, ale nie znalazłem nic ciekawego do jedzenia.

Po pewnym czasie usłyszałem auto Hannah na podjeździe. Drzwi do piwnicy otworzyły się ze skrzypnięciem.

– Koleżka! Do nogi, natychmiast! – warknęła Gloria.

Pobiegłem do schodów, ale potknąłem się w ciemności i w tylnej lewej łapie poczułem ostre ukłucie bólu. Zatrzymałem się i uniosłem głowę, spoglądając na stojącą w plamie światła Glorię. Chciałem jej powiedzieć, żeby się nie martwiła, że to nic takiego.

– Powiedziałam do nogi! – zawołała głośniej.

Zaskomlałem cicho, stawiając pierwszy krok, ale wiedziałem, że muszę robić, co każe. Odciążyłem bolącą łapę i to trochę pomogło.

– Przyjdziesz wreszcie? – Gloria zeszła o dwa stopnie, wyciągając do mnie ręce.

Nie marzyłem o dotyku jej dłoni na sierści i czułem, że jest na mnie o coś zła, więc próbowałem zrobić unik.

– Halo, halo! – usłyszałem z góry głos Hannah. Nabrałem trochę prędkości i łapa już mnie tak nie bolała. Gloria odwróciła się, po czym razem weszliśmy do kuchni.

– Gloria? – zawołała Hannah. Postawiła na podłodze papierowe torby, które miała w rękach, a ja podbiegłem do niej z merdającym ogonem. – Gdzie jest Clarity?

– Wreszcie udało mi się ją uśpić.

– Co robiłaś w piwnicy?

– Szukałam… szukałam wina.

– Wina? Na dole? – Hannah wyciągnęła do mnie dłoń, a ja ją obwąchałem, wyczuwając coś słodkiego. Tak się cieszyłem, że już wróciła!

– No cóż, pomyślałam, że wino musi być w piwnicy.

– Och. Nie, ale chyba mamy butelkę w szafce pod tosterem. – Hannah patrzyła na mnie, a ja merdałem ogonem. – Koleżko, czy ty kulejesz?

Usiadłem.

Hannah cofnęła się o parę kroków i mnie zawołała, a ja do niej podreptałem.

– Nie wydaje ci się, że on kuleje? – zapytała Hannah.

– A skąd mam wiedzieć? – odparła Gloria. – Znam się na dzieciach, nie na psach.

– Koleżka? Zraniłeś się w łapę? – Zamerdałem z radości, że znalazłem się w centrum jej uwagi. Hannah pochyliła się i pocałowała mnie między oczami, a ja ją polizałem. Podeszła do blatu.

– O, nie poczęstowałaś się ciasteczkami?

– Nie mogę jeść ciasteczek – odparła pogardliwie Gloria.

Jeszcze nigdy nie słyszałem słowa „ciasteczka” wypowiedzianego takim negatywnym tonem. Hannah nic nie powiedziała, ale słyszałem, jak cichutko wzdycha, gdy zaczęła rozpakowywać papierowe torby, które przyniosła. Czasami miała ze sobą kość, ale dziś nie wyczuwałem jej zapachu, więc najwidoczniej nie udało się jej żadnej znaleźć. Choć na wszelki wypadek i tak czujnie ją obserwowałem.

– I nie chcę, żeby Clarity je dostawała – odezwała się po minucie Gloria. – Już jest zbyt pulchna.

Hannah się roześmiała, ale zaraz umilkła.

– Mówisz poważnie?

– Jasne, że poważnie.

Po chwili Hannah odwróciła się z powrotem do toreb z jedzeniem.

– Jak sobie życzysz, Glorio – odparła cicho.

Kilka dni później Gloria siedziała przed domem na słońcu z podciągniętymi pod brodę kolanami. Między palcami u stóp miała małe puchowe kłębki i dotykała koniuszków palców maleńkim patyczkiem pokrytym czymś chemicznym, od czego łzawiły oczy. Gdy kończyła ich dotykać, każdy palec był ciemniejszy.

Chemiczny zapach był tak intensywny, że tłumił ten dziwny posmak w moim pyszczku, który z dnia na dzień stawał się coraz silniejszy.

Clarity bawiła się jakąś zabawką, ale teraz dźwignęła się na nóżki i zaczęła iść. Spojrzałem na Glorię, która wpatrywała się w swoje palce u stóp, mrużąc oczy i wystawiając koniuszek języka.

– Clarity, nie oddalaj się – powiedziała z roztargnieniem.

W ciągu tych kilkunastu dni od przyjazdu na Farmę chód Clarity przeszedł od wolniutkiego, chwiejnego spacerku, który co parę kroków kończył się na czworakach, do niemal sprintu. Teraz ruszyła prosto do stodoły, a ja dreptałem jej po piętach, zastanawiając się, co robić.

W stodole był koń o imieniu Troy. Kiedy żył Ethan, czasami go dosiadał, co niezbyt pochwalałem, gdyż konie nie są tak godne zaufania jak psy. Kiedyś w dzieciństwie Ethan spadł z konia – a z pieska jeszcze nikt nie spadł. Hannah nigdy nie jeździła na Troyu.

Weszliśmy do stodoły, Clarity i ja, i usłyszałem, jak Troy na nas parska. Powietrze było przesycone zapachem siana i konia. Clarity pomaszerowała prosto do boksu, w którym stał Troy, kiedy nie hasał w zagrodzie. Koń gwałtownie pokiwał głową i znowu parsknął. Dziewczynka wyciągnęła rączki do prętów boksu i zacisnęła na nich dłonie.

– Konik! – zawołała, podskakując radośnie.

Wyczułem rosnące napięcie Troya. Niezbyt mnie lubił, a podczas wcześniejszych wizyt w stodole zauważyłem, że moja obecność go denerwowała. Clarity włożyła rączkę między pręty, żeby go pogłaskać, ale się odsunął.

Podszedłem do niej i trąciłem ją nosem, aby wiedziała, że jeśli chce kogoś pogłaskać, to nie znajdzie nikogo lepszego od pieska. Wpatrywała się w konia wielkimi, świecącymi oczami i aż otworzyła usta, dysząc z podekscytowania.

Bramka boksu była opleciona łańcuchem, ale gdy Clarity oparła się o pręty, luźna pętla napięła się, robiąc małe przejście. I już wiedziałem, co będzie. Wydając radosne dźwięki, dziewczynka przesunęła się do dziury i prześlizgnęła przez nią.

Wprost do boksu Troya.

Troy zaczął się nerwowo przechadzać, podrzucając łbem i parskając. Miał szeroko otwarte oczy i zdawało się, że coraz mocniej uderza kopytami o ziemię. Wyczuwałem jego niepokój; pojawił się na jego skórze niczym warstwa potu.

– Konik – powiedziała Clarity.

Włożyłem głowę w dziurę i próbowałem przecisnąć się do środka. Znowu poczułem ból w tylnej łapie, ale nie zwracałem na niego uwagi, koncentrując się na wsunięciu w szczelinę łopatek, a potem bioder. Dysząc, dostałem się do boksu w chwili, gdy Clarity ruszyła z wyciągniętymi rączkami do Troya, który parskał i bił kopytami. Wiedziałem, że zaraz nastąpi na małą.

Bałem się go. Był duży i silny – czułem, że jeśli mnie kopnie, to zrobi mi krzywdę. Instynkt kazał mi się wycofać, uciekać stamtąd, ale Clarity była w niebezpieczeństwie i musiałem coś zrobić, natychmiast.

Przełknąłem strach i zaszczekałem na konia tak zajadle, jak tylko umiałem. Obnażyłem zęby i skoczyłem między małą a konia. Troy wrzasnął ostro, na chwilę odrywając przednie kopyta od ziemi. Szczekałem dalej, cofając się i wpychając Clarity w kąt boksu. Troy dyszał szybko, uderzając kopytami o ziemię coraz bliżej mojego pyszczka, ale nie przestawałem kłapać na niego zębami.

– Koleżka? Koleżka! – usłyszałem z zewnątrz spanikowany głos Hannah. Poczułem, jak maleńkie palce Clarity ściskają moją sierść, żebym jej nie przewrócił. Koń może mnie uderzyć, ale nie ruszę się z miejsca. Obok ucha świsnęło mi kopyto, za którym kłapnąłem zębami.

Nagle do stodoły wbiegła Hannah.

– Troy! – Odwiązała łańcuch i otworzyła bramkę, a koń śmignął obok niej i wypadł przez podwójne drzwi stodoły na podwórko.

Czułem teraz bijące od niej strach i gniew. Pochyliła się i porwała Clarity w ramiona.

– Och, kochanie, już dobrze, już dobrze – powiedziała.

Clarity klasnęła w dłonie, cała w uśmiechach.

– Konik! – zawołała radośnie.

Hannah wyciągnęła rękę, żeby mnie dotknąć, i z ulgą stwierdziłem, że nie wpadłem w tarapaty.

– Tak, masz rację, maleńka, duży konik! Ale nie powinno cię tu być.

Gdy wyszliśmy, podeszła do nas Gloria. Miała dziwny chód, jakby bolały ją stopy.

– Co się stało? – zapytała.

– Clarity weszła do boksu Troya. Mogła zostać… nawet nie chcę o tym myśleć.

– O nie! Clarity, to było bardzo niegrzeczne! – Gloria zabrała ją od Hannah i przytuliła do piersi. – Nie wolno więcej tak straszyć mamusi, rozumiesz?

Hannah skrzyżowała ręce na piersi.

– Nie wiem, jak udało jej się tak wymknąć spod twojego oka.

– Musiała pójść za psem.

– Rozumiem. – Hannah wciąż sprawiała wrażenie złej, więc lekko spuściłem głowę z instynktownym poczuciem winy.

– Weźmiesz ją ode mnie? – zapytała Gloria, podając małą Hannah.

Po tym zajściu ból w biodrze już mnie nie opuścił; nie był tak ostry, żebym kuśtykał, ale tępy i nieustający. To dziwne, bo na łapie nie miałem żadnej rany do wylizania.

Przy kolacji lubiłem siedzieć pod stołem i sprzątać to, co spadło na podłogę. Kiedy było dużo dzieci, zazwyczaj mogłem liczyć na parę ładnych kąsków, ale teraz była tylko Clarity, a jak już wspominałem, jej karma smakowała paskudnie, choć naturalnie zjadałem i ją, jeśli spadła. Od incydentu z koniem minęło parę dni i leżałem właśnie pod stołem gotowy do sprzątania, gdy nagle wyczułem u Hannah lekki niepokój wymieszany z podenerwowaniem. Usiadłem i trąciłem ją nosem, ale tylko pogłaskała mnie roztargniona.

– Czy dzwonił ten doktor, Bill? – zapytała Gloria.

– Nie. Mówiłam, że dam ci znać.

– Nie rozumiem, czemu mężczyźni tak robią. Proszą dziewczynę o numer, a potem nie dzwonią.

– Gloria, tak się zastanawiam…

– Nad czym?

– Przede wszystkim chcę, żebyś wiedziała, że choć ty i Henry nie jesteście już razem i nigdy nie wzięliście ślubu, jesteś matką mojej wnuczki, uważam cię za członka rodziny i będziesz tu zawsze mile widziana.

– Dziękuję – odparła Gloria. – I nawzajem.

– I przykro mi, że Henry musiał wyjechać służbowo za granicę. Mówił mi, że rozgląda się za czymś w kraju, żeby spędzać więcej czasu z Clarity.

Gdy usłyszałem jej imię, spojrzałem na stópki Clarity – z całej postaci dziewczynki tylko je widziałem pod stołem. Kopała nimi jak zawsze, gdy sama się karmiła swoją okropną karmą. Kiedy to Gloria ją karmiła, Clarity wiła się i wykręcała w krzesełku.

– Wiem, że chcesz pchnąć do przodu swoją karierę piosenkarską – ciągnęła Hannah.

– No cóż, urodzenie dziecka nie bardzo mi w tym pomogło. Jeszcze nie wróciłam do swojej wagi.

– I właśnie dlatego zastanawiałam się, czy może nie zostawiłabyś tu Clarity?

Zapadła długa cisza. Gdy Gloria w końcu znowu się odezwała, mówiła bardzo cicho.

– Co chcesz przez to powiedzieć?

– Rachel wraca do miasteczka w przyszłym tygodniu, a kiedy zacznie się rok szkolny, Cindy będzie wolna codziennie od szesnastej. Przy nas i wszystkich swoich kuzynach Clarity będzie miała mnóstwo uwagi, a ty zajmiesz się swoją karierą. I jak mówiłam, gdy tylko będziesz miała ochotę do mnie przyjechać, moje drzwi staną przed tobą otworem. Miałabyś mnóstwo swobody.

– A więc o to chodzi – odparła Gloria.

– Słucham?

– Dziwiłam się, skąd te zaproszenia i zapewnienia, że mogę zostać tak długo, jak zechcę. Teraz już wiem. Żeby Clarity z tobą zamieszkała. A potem co?

– Chyba nie rozumiem, do czego zmierzasz, Glorio.

– A potem Henry złoży pozew o zdjęcie z niego alimentów i zostanę z niczym.

– Co? Nie, to ostatnia rzecz, jaką…

– Dobrze wiem, co wszyscy w waszej rodzinie myślą: że chciałam złapać Henry’ego na dziecko, zmusić, żeby się ze mną ożenił, ale zapewniam, że i bez tego mam powodzenie. Nie muszę nikogo na nic łapać.

– Glorio, nikt tak nie twierdzi.

Gloria poderwała się z krzesła.

– Wiedziałam. Wiedziałam, że coś tu się święci. Wszyscy byli tacy mili!

Czułem bijący od niej gniew, więc trzymałem się jak najdalej od jej stóp. Nagle krzesełko Clarity zachybotało się, a jej nóżki zniknęły spod stołu.

– Pakuję się. Wyjeżdżamy.

– Gloria!

Gloria wbiegła po schodach, a ja usłyszałem płacz Clarity. Ta dziewczynka prawie nigdy nie płakała – ostatnim razem słyszałem jej płacz, gdy wpełzła na czworaka do ogrodu i wyrwała zielone warzywo, które ma tak gryzący zapach, że piecze w oczy bardziej niż chemikalia na palcach stóp Glorii. Choć widać było, że tej rośliny się nie je, Clarity wepchnęła ją sobie do buzi i zaczęła żuć. Nagle zrobiła zdziwioną minę i wybuchnęła płaczem tak jak teraz – po części z szoku, po części z bólu i złości.

Po odjeździe Glorii i Clarity Hannah też płakała. Próbowałem pocieszyć ją najlepiej, jak umiałem – usiadłem przy niej i położyłem jej głowę na kolanach. Trochę pomogło, ale zasypiając w swoim łóżku, wciąż była bardzo smutna.

Nie bardzo rozumiałem, co takiego się stało oprócz wyjazdu Glorii i Clarity, ale pomyślałem, że wkrótce znowu się zobaczymy. Ludzie zawsze wracali na Farmę.

Niedługo po śmierci Ethana zacząłem sypiać na łóżku Hannah. Przez pewien czasu tuliła mnie w nocy i popłakiwała. Wiedziałem, dlaczego płacze: tęskniła za Ethanem. Wszyscy za nim tęskniliśmy.

Następnego ranka, gdy zeskakiwałem na podłogę, chyba złamałem sobie coś w lewym biodrze. Nie mogąc się powstrzymać, zaskomlałem z bólu.

– Koleżko, co się stało? Coś z łapą?

Wyczułem jej strach i polizałem ją przepraszająco po dłoni, ale nie byłem w stanie postawić lewej tylnej łapy na podłodze – ból był zbyt silny.

– Jedziemy do weterynarza, Koleżko. Wszystko będzie dobrze – powiedziała Hannah.

Bardzo powoli i ostrożnie poszliśmy do auta – ja skacząc na trzech łapach i udając, że wcale mnie tak bardzo nie boli, aby nie zasmucać Hannah. Choć moje miejsce było na przednim siedzeniu, tym razem posadziła mnie z tyłu, za co czułem wdzięczność, bo łatwiej było się tam wgramolić, niż wskakiwać na trzech łapach na fotel obok kierowcy.

Gdy Hannah odpaliła silnik i ruszyła, znowu poczułem w pyszczku ten okropny metaliczny posmak.

Rozdział 3

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści:
Okładka
Karta tytułowa
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23

TYTUŁ ORYGINAŁU:

A Dog’s Journey

>Redaktor prowadząca: Ewelina Sokalska

Redakcja: Adrian Kyć

Korekta: Ewa Popielarz

Opracowanie graficzne okładki: Łukasz Werpachowski

Okładka: © 2019 STORYTELLER DISTRIBUTION CO., LLC

>Copyright © 2012 by W. Bruce Cameron

All rights reserved.

Copyright © 2019 for the Polish edition by Wydawnictwo Kobiece Łukasz Kierus

Copyright © for the Polish translation by Edyta Świerczyńska, 2019

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2019

ISBN 978-83-66436-31-2

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: [email protected]

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek