Być kobietą i wreszcie zwariować - Katarzyna Miller - ebook
  • Wydawca: WAB
  • Kategoria: Poradniki
  • Język: polski
  • Rok wydania: 2014
Opis

Kontynuacja bestsellerowego poradnika dla kobiet!

Być kobietą i wreszcie zwariować” to nietypowy poradnik, w którym Katarzyna Miller, filozofka, psycholożka i psychoterapeutka z ponad trzydziestoletnim doświadczeniem, na podstawie rozmów przeprowadzonych podczas specjalnych warsztatów terapeutycznych, pokazuje kobietom jak żyć, by być kochaną, jak kochać, by być szczęśliwą, a także radzi, jak poradzić sobie z największą przeszkodą w osiągnięciu tego celu, czyli… samą sobą.

Problemy bliskie każdej kobiecie, szczere dialogi, pikantne zwierzenia, czyli życie w najczystszej postaci i recepta na jego polepszenie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Ka­ta­rzy­na Mil­ler

BYĆ KO­BIETĄ I WRESZ­CIE ZWA­RIO­WAĆ

Co­py­ri­ght © by Gru­pa Wy­daw­ni­cza Fok­sal, MMXIV

Wy­da­nie I

War­sza­wa

Bo­ha­ter­ki:

DO­RO­TA: Spo­koj­na, wyważona w emo­cjach, sub­tel­na. Poważna i po­god­na. Czter­dzieści lat. Wy­so­ka, smukła, de­li­kat­na, długie włosy blond. Ubra­na mod­nie, w beże, sza­rości, pu­dro­we róże. Sub­tel­na biżute­ria. Kie­dy się od­zy­wa, gru­pa słucha tego z uwagą i sza­cun­kiem. Daje się od­czuć, że za­wsze mówi to, co na­prawdę myśli. Mówi także rze­czy trud­ne dla in­nych. Raz roz­wie­dzio­na. Od lat w tym sa­mym związku, po po­zy­tyw­nie roz­wiąza­nych kry­zy­sach, z jed­nym dziec­kiem.

MO­NI­KA: Najmłod­sza w gru­pie: pod trzy­dziestkę. Ener­ge­tycz­na, roz­e­mo­cjo­no­wa­na. Zgrab­na, sek­sow­na, co pod­kreśla ubio­ra­mi w ko­lo­rach raj­skie­go pta­ka. Bu­rza płowych włosów, duże błyszczące kol­czy­ki. Roz­wiodła się w trak­cie pra­cy w gru­pie. Jest z tego bar­dzo za­do­wo­lo­na. Podjęła się by­cia ko­or­dy­na­torką zjazdów i kon­taktów gru­py. Pra­cu­je w agen­cji re­kla­mo­wej. Upra­wia ta­niec sce­nicz­ny. Miesz­ka sama, nie­daw­no przeżyła roz­sta­nie po gorącym ro­man­sie.

SO­NIA: Czter­dzieści parę lat. Loki w różnych ko­lo­rach. Nosi tyl­ko kwie­ci­ste su­kien­ki i do­bra­ne do nich ko­lo­rem raj­sto­py. Używa rze­czy w bar­dzo do­brym ga­tun­ku. Nie­ska­zi­tel­na cera, za­wsze zro­bio­ne długie pa­znok­cie, przedłużone rzęsy. Bran­so­let­ki. Bar­dzo to­wa­rzy­ska, a także po­moc­na. Kul­tu­ral­nie „ob­la­ta­na”. Od­da­na pra­cy nad sobą. Nie­daw­no burz­li­wie się roz­wiodła i bar­dzo to przeżywa. Jed­no dziec­ko.

KAJA: Trzy­dzieści parę lat. Wiot­ka, długie nogi. De­li­kat­na uro­da. Dzie­sięć lat życia spędziła w In­diach, gdzie pra­co­wał jej oj­ciec. Z trud­nością po­tem akli­ma­ty­zo­wała się w Pol­sce. Ci­cha, za­mknięta w so­bie, uważna… Biorąc udział w spo­tka­niach gru­py, nie­by­wa­le roz­kwitła. Kie­dy się po­ja­wiła po raz pierw­szy, była szarą myszką. Oka­zało się, że ma nie­sa­mo­wi­ty fe­eling do pięknych ciuchów i wygląda w nich jak mo­del­ka. Fi­nan­sist­ka. Dzie­wi­ca.

ANIE­LA: Koło pięćdzie­siątki. Żad­nej biżute­rii. Ciepła, ser­decz­na, kojąca dla in­nych. Ma na czym sie­dzieć i czym od­dy­chać. Nie­zwy­kle oczy­ta­na, ko­cha po­ezję, przy­syła gru­pie ma­ilo­wo cud­ne wier­sze z oka­zji różnych oko­licz­ności. Pięknie mówi, po­tra­fi wzru­szać, jest szcze­ra, otwar­ta i uczci­wa. Długo­let­nia mężatka, dwo­je dzie­ci.

MI­LE­NA: Przy­ja­ciółka Anie­li. Drob­na, płocha, wesoła. Szcze­bio­tli­wa, kie­dy jest w do­brym hu­mo­rze. Gdy smut­na, wygląda jak zmok­nięty pta­szek. Pełna wdzięku, szyb­ko się po­ru­sza. Nosi ob­cisłe swe­ter­ki i dżinsy. Już jako rozwódka zaszła w ciążę z ko­lej­nym part­ne­rem, który ją zawiódł. Sama wy­cho­wu­je dwo­je dzie­ci. Co jakiś czas wy­cho­dzi dziel­nie z kry­zysów psy­cho­fi­zycz­nych lub fi­nan­so­wych.

NINA: Nie­całe czter­dzieści lat. Zrówno­ważona. Nie­za­leżna w myśle­niu i za­cho­wa­niu. Od­por­na na opi­nie in­nych, ale uważna wo­bec lu­dzi. Za­dzi­wia grupę co­raz to in­nym ko­lo­rem włosów na ko­lej­nych spo­tka­niach. Tym ra­zem wygląda dużo łagod­niej niż zwy­kle, bo wróciła do swo­je­go własne­go ko­lo­ru ciem­no­blond i cho­dzi w sa­mych miękkich, lejących się su­kien­kach. Sin­giel­ka. Nie­daw­no założyła własną firmę.

SA­BI­NA: Ruda, o dziewczęcej uro­dzie, czter­dziest­ka. Otu­lo­na ko­lo­ro­wy­mi sza­la­mi, w ręcznie ro­bio­nej, orien­tal­nej biżute­rii. Jeździ na cie­ka­we warsz­ta­ty, czy­ta li­te­ra­turę psy­cho­lo­giczną, wie, co się dzie­je w branży „roz­wo­jo­wej” i w czym war­to uczest­ni­czyć. Łagod­na, ład­nie się dzi­wi i za­chwy­ca od­kry­cia­mi – swo­imi i cu­dzy­mi. Mężatka, jed­no dziec­ko.Ostat­nio weszła w okres od­kry­wa­nia swej sek­su­al­ności, co za­owo­co­wało ro­man­sem na pew­nym wyjeździe.

ROM­KA: Wiel­kie, ciem­ne oczy, za­wsze pełne wy­ra­zu. Ciem­ne, gęste włosy. Duże, so­czy­ste usta, lek­ko wygięte w podkówkę. Głęboko wszyst­ko przeżywająca, za­wsze po­szu­kująca i myśląca. Otwar­ta aż do bólu. Li­der­ka samoświa­do­mości. Pra­cu­je na­uko­wo. Dużo czy­ta. Mężatka, dwo­je dzie­ci.

JAN­KA: Około czter­dziest­ki. Gdy miała trzy lata, umarła jej mama. Oj­ciec ożenił się powtórnie. W trak­cie spo­tkań z grupą zewnętrznie zmie­niła się naj­bar­dziej ze wszyst­kich uczest­ni­czek. Przyszła do niej jako oschły i ostry pi­sto­let z kor­po­ra­cji. Mówiła głośno i tyl­ko o pra­cy. Miała krótkie, ciem­ne włosy. Te­raz jest ape­tyczną blon­dynką o miłym głosie, ciepłym uśmie­chu, w sek­sow­nych su­kien­kach. Co­raz częściej się śmie­je. Sin­giel­ka.

NIKA: Najmłod­sza stażem uczest­nicz­ka gru­py. Dużo w niej smut­ku. Jesz­cze w sie­bie nie wie­rzy. Ma ładną buzię skrzyw­dzo­ne­go dziec­ka. Sie­dzi prze­ważnie sku­lo­na. Często się dzi­wi. Rzu­ca nie­pew­ne spoj­rze­nia. Bar­dzo czy­sto, uczci­wie i ja­sno mówi. Przejęta, zmo­ty­wo­wa­na do pra­cys nad sobą. Dru­gi mąż, jed­no dziec­ko.

UR­SZU­LA: Wygląda i za­cho­wu­je się jak grzecz­na dziew­czyn­ka. Ładna, zgrab­na czter­dziest­ka. Naj­pierw mało, a te­raz co­raz bar­dziej prze­bo­jo­wa. Weszła w grupę trochę później od in­nych, dość długo się oswa­jała. Z dużym zapałem ćwi­czy wy­cho­dze­nie z to­tal­nej po­praw­ności, która nie po­zwa­lała jej po­znać sa­mej sie­bie. Jest co­raz bar­dziej ra­do­sna. Roz­wie­dzio­na, jed­no dziec­ko.

JU­LIA: Spor­to­wa piękność. Długie nogi, długie pro­ste włosy, spo­koj­ny styl ubio­ru, ale gdy­by na­wet założyła na sie­bie wo­rek i tak wyglądałaby świet­nie. Ra­czej poważna, lubi znać się na różnych zdro­wot­nych spra­wach. Z wiel­kim za­an­gażowa­niem w pracę nad sobą prze­kra­cza trud­ne pro­gi, szczególnie w ob­sza­rze po­ro­zu­mie­wa­nia się z in­ny­mi. Mężatka, jed­no dziec­ko.

KA­SIA: Te­ra­peut­ka. Ta sama co w to­mie Być ko­bietą i nie zwa­rio­wać. Star­sza o te parę lat. Wciąż gru­ba, ale już trochę na to na­rze­kająca. Resz­ta – bez zmian.

OD KASI: Spo­ty­kam się od czte­rech lat z tą samą grupą ko­biet. To one tak po­sta­no­wiły. Że chcą we własnym, spraw­dzo­nym, do­brze do­bra­nym gro­nie kon­ty­nu­ować pracę psy­cho­lo­giczną nad swo­im roz­wo­jem. Są bar­dzo zmo­ty­wo­wa­ne i nie chcą wciąż za­czy­nać od początku i z no­wy­mi ludźmi, jak to się dzie­je na większości warsz­tatów. Spełniło się w ten sposób i moje ma­rze­nie o pro­wa­dze­niu długo­tr­wałego kur­su roz­wo­ju osób świa­do­mych, za­awan­so­wa­nych w pracę nad sobą. Uczest­nic­two w tym pro­ce­sie jest fa­scy­nujące.

Gru­pa na­zwała się PI­JAL­NIĄ WODY. Od dow­ci­pu, który wydał nam się na­der „te­ra­peu­tycz­ny”:

Sie­dzi fa­cet w prze­dzia­le. Na sta­cji wsia­da dru­gi i po chwi­li, za­czy­na: „Ale mnie się chce pić! Je­zus Ma­ria, jak mnie się chce pić. O mat­ko, nie wy­trzy­mam, jak mnie się chce pić!”. Na ko­lej­nej sta­cji ten pierw­szy wy­sia­da i przy­no­si mu bu­telkę wody. Dru­gi wy­pi­ja, sa­pie z za­do­wo­le­nia, a po chwi­li: „No na­prawdę, jak mnie się chciało pić! Ale mnie się chciało pić!”.

Pra­ca nad sobą trwa wiecz­nie. Póki człowiek żyje, war­to, by w sie­bie in­we­sto­wał. Może to robić na przeróżne spo­so­by. Jed­nym z naj­cie­kaw­szych jest działać w gru­pie i z grupą. Tą, której się ufa, którą się co­raz le­piej ro­zu­mie, która ni­cze­go od nas nie ocze­ku­je, ni­cze­go nie oce­nia, po­wie uczci­wie trud­ne praw­dy, ale cie­szy się każdym na­szym zwy­cięstwem i wspie­ra w trud­nych chwi­lach. Która się ra­zem bawi, ale i zachęca do sta­wia­nia no­wych kroków w głąb sie­bie lub w kie­run­ku in­nych.

Gru­pa jest otwar­ta; jeśli ktoś chce się pożegnać, ktoś inny przy­cho­dzi na zwol­nio­ne w ten sposób miej­sce. Gru­pa spo­ty­ka się co kwar­tał przez parę dni w tym sa­mym miej­scu, poza co­dzien­nością. Pra­cu­je­my nad tym, co się działo, co się od­kryło, na­zwało lub co dało znać o so­bie w między­cza­sie. Jeśli któraś tego po­trze­bu­je, może się spo­tkać ze mną także na in­dy­wi­du­al­nej se­sji.

W tej książce mniej jest mo­ich wykładów, więcej po­ka­zują uczest­nicz­ki. One już bar­dzo często same wiedzą, cze­go chcą, i o to właśnie cho­dziło! Cie­szy mnie to, to moja wiel­ka na­gro­da!

Poza ob­sza­rem me­ry­to­rycz­nym dzieją się spra­wy to­wa­rzy­skie. Po­wstają przy­jaźnie, so­ju­sze, zda­rzają się spo­tka­nia, im­pre­zy, wy­jaz­dy, kon­tak­ty te­le­fo­nicz­ne i ma­ilo­we.

Radość i wdzięczność z tej bab­skiej wspólno­ty są ogrom­ne.

Do­pra­co­wałyśmy się no­wych firm, dok­to­ratów, no­wych wyglądów i no­wych związków, roz­pa­du sta­rych (broń Boże, nie wszyst­kich) i no­wych ma­luchów.

Kogóż in­ne­go mogłam więc po­pro­sić o bazę dla tej książki – jak nie dziew­czy­ny z Pi­jal­ni?

Zmie­niłam imio­na i dane.

Dziękuję Wam, Czy­tel­nicz­ki, i Wy­daw­nic­twu: że chcie­liście dal­sze­go ciągu!!

No to trze­ba wresz­cie zwa­rio­wać!

Nie spo­dzie­waj­cie się fa­jer­werków dia­bel­skie­go ognia!

Spo­tka­cie tu ludzką, ko­biecą prawdę, i choć prze­cież nie­całą, to ważną, bo NASZĄ.

Dzień 1

KAJA: Od­kry­wa od­wagę i złość.

MI­LE­NA: Cho­ru­je, zdro­wie­je, in­te­gru­je się wewnętrznie.

NINA: Od­naj­du­je do­bre w ni­czym.

MO­NI­KA: Ma prze­pełnio­ne emo­cja­mi życie wewnętrzne, ro­man­so­we i nowe pla­ny na przyszłość.

JAN­KA: Od­kry­wa ciało pod zbroją.

NIKA: Ujaw­nia lęki, to, jak sie­bie nisz­czy, śni o ojcu.

KA­SIA: Wysyła list do do­rosłych współple­mieńców.

DO­RO­TA: Pro­si o po­moc w oswo­je­niu lęku przed ope­racją raka tar­czy­cy.

KA­SIA: Wi­taj­cie, moje ko­cha­ne ko­bie­ty z Pi­jal­ni Wody!

GŁOSY Z SALI: Wi­taj, Ka­siu!

KA­SIA: Za­bie­ra­my się do pra­cy, pra­wie ta­kiej jak za­wsze. Będzie ona je­dy­nie trochę inna przez to, że wszyst­ko na­gry­wa­my. Jesz­cze raz wam dziękuję, że się na to zgo­dziłyście. Po­wiedz­cie, jak się te­raz z tym czu­je­cie i co wam się wstępnie ko­ja­rzy z te­ma­tem „i wresz­cie zwa­rio­wać”. Od razu nad­mie­niam, że nie po­trze­ba nic udziw­niać i zmie­niać w na­szej pra­cy. Kon­trakt mamy taki jak za­wsze, każda z was pra­cu­je nad tym, co jest dla niej istot­ne. I, jak za­wsze, opo­wiedz­my so­bie o tym, co u nas, i o tym, cze­go tu­taj dla sie­bie chce­my.

MO­NI­KA: Ja to kupiłam od razu. Na­gry­wa­nie mi nie prze­szka­dza. Jeśli cho­dzi o wa­ria­cje, to jest chy­ba do­bre słowo na stan, w ja­kim właśnie je­stem. Cho­le­ra! Roz­lazło się z Kac­prem i je­stem jak cho­ra.

Po­mru­ki współczu­cia z sali.

KA­SIA: Przy­kro mi. Widzę, jaka je­steś po­ru­szo­na i bied­na. Chcesz te­raz o tym opo­wie­dzieć?

MO­NI­KA: Nie, dzięki. Chciałam wam to tyl­ko od razu za­anon­so­wać. Już mi le­piej, że wie­cie. Niektóre prze­czy­tały o tym w ma­ilach. A Kai i Anie­li wi­siałam na słuchaw­ce i wyłam. Dzięki ko­cha­ne, nie wiem, jak bym bez was wyżyła.

Ruch w sali. Dziew­czy­ny idą przy­tu­lić Mo­nikę.

Po chwi­li.

KA­SIA: Więc po­cze­ka­my na cie­bie, Moni. Wróćmy do te­ma­tu – co z tym zwa­rio­wa­niem?

KAJA: Dla mnie to by było, jak­bym się wresz­cie puściła!

Sala w śmiech.

KAJA: Już tyle rze­czy puściłam, tak jak po­le­casz, Ka­siu. A tego jesz­cze nie mogę…

KA­SIA: Po­chwal się naj­pierw, co puściłaś. I nie po­ga­niaj się, bo mądrość lu­do­wa słusznie mówi: „Co na­gle, to po dia­ble”.

KAJA: No więc puściłam za­zdrość…

Gru­pa: (głośno) Oooo!

KA­SIA: Duża rzecz. Opo­wiedz.

KAJA: Pamięta­cie, ja­kim pro­ble­mem było dla mnie porówny­wa­nie się. Nie wie­działam, jaka je­stem ani kim je­stem, na­to­miast do­brze wie­działam, kim na pew­no nie je­stem. Nie je­stem taka jak Do­ro­ta, jak Ju­lia, jak So­nia, jak Mo­ni­ka, jak wszyst­kie w ogóle wspa­niałe ko­bie­ty, o nie­bo ode mnie lep­sze pod każdym względem. To było strasz­ne życie, ale ja nie ro­zu­miałam, dla­cze­go mi tak źle i że to z tego po­wo­du, że ja za­wsze je­stem ta gor­sza, z boku. To wy­da­wało się ta­kie praw­dzi­we i pew­ne, że w ogóle tego so­bie nie uświa­da­miałam…

MO­NI­KA: Świet­nie wiem, o czym mówisz! Ja się miałam za strasz­nie odważną, a tak na­prawdę byłam chodzącym lękiem…

KA­SIA: Trze­ba być odważną, żeby cho­dzić cały czas z lękiem.

MO­NI­KA: Dziękuję. Kaja, pamiętam, jesz­cze przed ostat­nią Pi­jal­nią mówiłaś, że zmie­niają ci się re­la­cje z twoją koleżanką z pra­cy, tą, która cię gnębiła.

KAJA: No, ona mnie gnębiła, bo ja jej na to po­zwa­lałam. Miałam się za gorszą, to się wy­czu­wa, praw­da?

Z SALI: Praw­da.

KAJA: Więc so­bie na mnie używała, jak chciała. Tyle razy mi mówiłyście: Kaja, zo­bacz, zno­wu so­bie po­zwo­liłaś prze­rwać, Kaja, nie po­wie­działaś, cze­go chcesz, Kaja, zo­stałaś na ko­niec, źle sie­bie trak­tu­jesz, smut­no nam na to pa­trzeć… A ja tyl­ko myślałam: I co ja mam z tym zro­bić?! Łatwo im mówić. I wie­cie, ja się raz po pro­stu na nią zeźliłam! Sama na początku nie wie­działam, co się dzie­je, ale na nią na­krzy­czałam, że mam tego dość i że ja świet­nie wiem, że w pra­cy je­stem lep­sza od niej!

Gru­pa klasz­cze i śmie­je się.

KA­SIA: Bra­wo, Kaja, na­resz­cie puściłaś swoją złość! Ro­zu­miem, na­zy­wasz to też za­zdrością z po­wo­du tego porówny­wa­nia i za­zdroszczenia in­nym swo­bo­dy by­cia sobą. Oba te aspek­ty są nie­zwy­kle ważne. Na­resz­cie wy­do­stała się z cie­bie two­ja daw­no zbie­ra­na złość. Cu­dow­nie. Jak się czułaś?

KAJA: Oszołomio­na. Zdzi­wio­na. A po­tem za­chwy­co­na. Ale i trochę wy­stra­szo­na.

KA­SIA: Ja­sne. To nor­mal­ne. I tak już bar­dzo dużo ze sobą zro­biłaś, sko­ro nie byłaś prze­rażona, że ci się ta­kie strasz­ne rze­czy wy­le­wają z ust.

KAJA: Po­wiem skrom­nie, jak ty, Ka­siu – lata pra­cy…

KA­SIA: Su­per!

GRU­PA: Bra­wo, Kaja! I co da­lej?

MO­NI­KA: Ja wam po­wiem. Ta małpa nie chciała do mnie przy­je­chać, bo chciała pobyć so­bie sama w week­end. Odmówiła mi!! Pierw­szy raz!

KA­SIA: To wiel­ki przełom w Bul­wie, Kaju. Gra­tu­luję. A już odmówić Mo­ni­ce…

MO­NI­KA: No, no…

SO­NIA: Kaja, a jak te­raz z tą koleżanką z pra­cy wyglądają wa­sze sto­sun­ki?

KAJA: O rany, znacz­nie le­piej. Ona wte­dy zdębiała, ob­ra­ziła się na ty­dzień, a po­tem jak­by nig­dy nic zaczęła być dla mnie dość chłodno uprzej­ma. Bar­dzo mi to od­po­wia­da. I resz­ta to­wa­rzy­stwa pa­trzy na mnie z większym sza­cun­kiem.

GRU­PA: My też!

KAJA: (kłania się z wdziękiem) Dziękuję wam. Bez was by to się nie stało. To ja na te­raz tyle. Te­raz so­bie od­pocznę. A co zro­bię z tym trud­nym pusz­cza­niem się, to jesz­cze nie wiem i daję so­bie pra­wo nie wie­dzieć.

KA­SIA: I tak trzy­maj. Kto te­raz?

MI­LE­NA: Ja po­wiem, bo nie chcę z tym dłużej sie­dzieć. Przy­jeżdżam po trud­nych wa­ka­cjach. Dużo mnie kosz­to­wały, ale i dużo na­uczyły. Spo­tkałam się z moim lękiem, tak wiel­kim, że mnie zalał to­tal­nie. Ta­kim, który uru­cho­mił na­wet te moje oba­wy, które były ob­ja­wem ner­wi­cy, gdy cho­dziłam jesz­cze do li­ceum. Zalał mnie do tego stop­nia, że nie byłam w sta­nie funk­cjo­no­wać nor­mal­nie, to zna­czy mu­siałam się wspomóc ta­bletką, hy­drok­sy­zyną na uspo­ko­je­nie. Moje do­tych­cza­so­we wa­riac­two to były lęki. Wy­ol­brzy­mia­nie tych lęków. Tak jak to kie­dyś na­zwałyśmy – dmu­cha­nie smo­ka.

Uczyłam się nie dmu­chać smo­ka w te wa­ka­cje. Wcześniej nadmu­chałam go do gi­gan­tycz­nych roz­miarów… A byłam w ta­kiej sy­tu­acji – za gra­nicą, z koleżanką. Wy­da­wało mi się, że je­steśmy ze sobą bli­sko, bo już dwa razy spędzałyśmy ra­zem urlop. Nie­ste­ty po­czułam, że to jest ko­niec tej re­la­cji… Zo­stałam tam sama i zma­gałam się z lękami. Uru­cho­miła się cała moja stra­te­gia obron­na, którą miałam, jak jesz­cze byłam w małżeństwie.

KA­SIA: Współczuję. Kie­dy jest bar­dzo trud­no, wra­ca­my do sta­rych stra­te­gii. To już wie­cie.

MI­LE­NA: To miało związek głównie z moim sta­nem zdro­wia. Ostat­nio mówiłam wam o mo­ich kłopo­tach gi­ne­ko­lo­gicz­nych. Za­raz przed tym wy­jaz­dem zaczęło się coś dziać. Coś bar­dzo nie­cie­ka­we­go… Ta­kie zwężenie mi się zro­biło, ta­kie po­twor­ne, że tak na­prawdę wcho­dził mi w cipkę tyl­ko je­den mały pa­lec. I to się stało jakoś krótko przed wy­jaz­dem. Le­karz się prze­stra­szył i po­wie­dział, że on nie wie, co to jest, że on jesz­cze cze­goś ta­kiego nie wi­dział. I ja z tym jego stra­chem i swo­im: Co to będzie? Co z tym da­lej? Po­je­chałam. To był błąd, ale miałam na­dzieję, że może jak tam będę, to so­bie od­pocznę. Łudziłam się, że ten wy­jazd mi pomoże, ale to się oka­zał bar­dzo trud­ny dla mnie czas. Po raz pierw­szy nie mogłam dzwo­nić do ni­ko­go tyle, ile bym chciała, po­nie­waż byłam za gra­nicą i nie chciałam się narażać na duże kosz­ty. I po raz pierw­szy zna­lazłam się w sy­tu­acji, że mu­siałam się za­opie­ko­wać sama sobą i się tego uczyłam. I to była ważna na­uka. Bar­dzo po­ma­gała mi świa­do­mość, że je­steście… Miałam przy so­bie twoją książkę, Ka­siu – Być ko­bietą i nie zwa­rio­wać. Miałam jesz­cze Mil­len­nium i myślałam, że wejdę w ten kry­mi­nał. A zo­stałam przez te dwa ty­go­dnie z twoją książką, co bar­dzo mi po­mogło. Czy­tałam ją po pro­stu zda­nie po zda­niu, de­lek­to­wałam się nią. Bar­dzo, bar­dzo dużo mi dała – dużą świa­do­mość… Nie czułam się sama, po­nie­waż miałam po­czu­cie, że wy je­steście. Również z tego po­wo­du, że do­stałam sms-a od Do­ro­ty. Ona w ogóle nie wie­działa, co się ze mną dzie­je. Ale gdy przyszła ta wia­do­mość, jakoś tak mi się do­brze zro­biło. To po­ma­gało prze­trwać, ale przez te dwa ty­go­dnie sie­działam i od­ci­nałam dzień po dniu, tak jak w więzie­niu, bo nie mogłam stamtąd wcześniej wy­je­chać.

Wróciłam taka, że już nie miałam na nic siły, nie miałam ener­gii, nic mi się nie chciało. I pierw­szy raz od lat stanęłam oko w oko z taką sobą – sama. To zna­czy: bez mężczy­zny. Na nic nie miałam ocho­ty, ale też wresz­cie nie miałam o to do sie­bie pre­ten­sji i po raz pierw­szy nie sta­rałam się za wszelką cenę do­dra­pać do tej swo­jej ener­gii i udo­wod­nić, że ona jest i że ja so­bie daję radę…

Po­je­chałam po­tem z córką na pięć dni do Świe­ra­do­wa. Zo­sta­wiłyśmy Lesz­ka u bab­ci, on tam lubi być. I zwrot całko­wi­ty – to były naj­cu­dow­niej­sze wa­ka­cje. Obie le­niu­cho­wałyśmy na mak­sa, robiłyśmy tyl­ko to, na co miałyśmy ochotę. Spałyśmy, jadłyśmy, nig­dzie się nie wspi­nałyśmy. Po pro­stu cu­dow­nie. Miałyśmy ze sobą o czym gadać. To było ta­kie cu­dow­ne, że szes­na­sto­lat­ka się ze mną nie nu­dziła.

KA­SIA: Prze­kro­czyłaś bar­dzo ważny próg – ak­cep­ta­cji dla swo­jej słabości. Zjed­no­czyły się two­je dwie stro­ny, słaba i sil­na. Zaczęłaś być cała, pełna.

MI­LE­NA: To była na­gro­da. Te­raz czuję, że je­stem inna, i tak szcze­rze mówiąc, jak się so­bie przyglądam, to jesz­cze się ta­kiej nie znam. Ale do­stałam to wszyst­ko po to, żeby sie­bie taką po­oglądać…

KA­SIA: Je­steś nowa, inna, więcej cię jest! Pa­su­je ci określe­nie, że się po­sze­rzasz? Że masz więcej sa­mej sie­bie?

MI­LE­NA: O tak…

KA­SIA: A pro­ble­my gi­ne­ko­lo­gicz­ne?

MI­LE­NA: Ta sy­tu­acja gi­ne­ko­lo­gicz­na się nie zmie­niła, ja nadal nie wiem, co to jest…

KA­SIA: A co z two­im lękiem na ten te­mat?

MI­LE­NA: Bar­dzo po­mogła mi So­nia, która w ciągu jed­ne­go dnia zna­lazła mi dwóch le­ka­rzy. Je­den mówi, że z tym nic ab­so­lut­nie nie da się zro­bić, a dru­gi, że można to usunąć la­se­rem i że będzie okej. I te­raz ja nie wiem… Dwie zupełnie różne dia­gno­zy… Ale ten lęk już mnie tak nie za­le­wa, już nie biorę żad­nych ta­ble­tek. Nowa rze­czy­wi­stość się przede mną otwo­rzyła… I ja też jakaś inna so­bie się ob­ja­wiłam. I tak so­bie pamiętałam, co Ju­lia po­wie­działa na po­przed­niej Pi­jal­ni: miałam szansę na zo­ba­cze­nie sie­bie… Myślę, że to jest mi dane, żebym mogła jakąś inną sie­bie po­znać… Pójdę do tego le­ka­rza, który mówi, że z tym można so­bie po­ra­dzić.

KA­SIA: Kie­dy uczeń jest go­to­wy, przy­cho­dzi mistrz. Jeśli or­ga­nizm jest go­to­wy, przy­cho­dzi do nie­go ten ważny ból czy lęk, czy wspo­mnie­nie ura­zy i te­raz właśnie jest w sta­nie to na­resz­cie unieść. Ko­ja­rzy mi się two­ja przy­padłość z za­mknięciem się na mężczyzn, po tym co zro­bił ci Adam.

MI­LE­NA: O, to mi bar­dzo pa­su­je, Ka­siu. O tak, żeby już ni­ko­go w sie­bie nie wpuścić! Tak! Miałam ta­kie mo­men­ty, że myślałam, że wrócę do sta­re­go stra­chu…

KA­SIA: Muszą być ta­kie mo­men­ty, jeśli scho­dzisz głęboko – do­ty­kasz dna i od­bi­jasz się od nie­go…

MI­LE­NA: To było dno. Ja już byłam na dnie i wróciła wspo­mnie­niem cała ta moja li­ce­al­na rze­czy­wi­stość, kie­dy miałam po­wykręcane ręce. Co praw­da, te­raz nie wykręcało mi rąk: mogłam od­dy­chać, mogłam cho­dzić, ale po pro­stu prze­ra­ziło mnie to, że ten lęk jest tak ogrom­ny, że on mnie tak zalał i że ja nic nie po­tra­fię… Tak mi się wy­da­wało wte­dy… I bałam się, że znów mnie za­le­je…

KA­SIA: A nie zalał.

MI­LE­NA: Nie zalał. Wróciłam do domu z wy­jaz­du z córką, zupełnie jak­bym odbiła się od tego, po­czułam ogromną ulgę. Ale też, jak mówię to te­raz, jak na sie­bie patrzę, to nie do końca się po­znaję. Nie mam do sie­bie pre­ten­sji o to, że mi się nie chce. Nie mam pre­ten­sji do sie­bie o to, że po pro­stu nic mi się nie chce… Za­wsze miałam z tego po­wo­du wiel­ki stres. Te­raz – nie chce mi się, to po pro­stu nie robię.

KA­SIA: I to wy­star­cza. Ale naj­pierw oswa­jasz to nowe pra­wo do by­cia sobą – każdą sobą. Trochę to po­trwa. Wróciłaś jako ko­bie­ta, która sie­bie czu­je.

MI­LE­NA: O tak. W ogóle się na sie­bie skie­ro­wałam i przez to też mam inną re­lację z córką. Ja ją zupełnie in­a­czej od­bie­ram te­raz. Czuję, że trak­tuję ją w ten sam sposób co sie­bie. Mam taki ja­sny ob­raz. Na­wet się już nie de­ner­wuję na nią z po­wo­du różnych rze­czy, które mnie wcześniej iry­to­wały.

KA­SIA: To wspa­niałe. Na przykład co cię de­ner­wo­wało?

MI­LE­NA: De­ner­wo­wało mnie oczy­wiście to, co ja sama też robię. Czy­li że na przykład o czymś za­po­mi­na, że zo­sta­wia bałagan, a ja to po­tem zbie­ram albo nie zbie­ram, ale jej nie mogę zmo­bi­li­zo­wać, żeby to zro­biła. Że wy­da­je mi się, że obojętnie na co się z nią umówię, to ona tego nie zro­bi, bo za­po­mi­na. To nie jest jej zła wola, tyl­ko tak ma i wie­lo­krot­nie miałam o to pre­ten­sje.

KA­SIA: Wiesz co, a może po­wiedz jej: „A te­raz się uma­wia­my, że tego na pew­no NIE zro­bisz”.

Śmie­chy.

MI­LE­NA: Ale ona jest tak roz­ko­ja­rzo­na! Zupełnie nie wiem, jak jej pomóc, żeby ona się mogła sku­pić, bo jej to też prze­szka­dza.

KA­SIA: Ile ona ma te­raz lat?

MI­LE­NA: Szes­naście.

KA­SIA: Nie sku­pi się, za wcześnie…

MI­LE­NA: Jed­nak? Tak właśnie myślałam… Przy­szy­ko­wałam jej na przykład kartę na zdjęcia, no i tak mi tę kartę pamięci pięknie wy­czyściła, tak się sta­rała… I apa­ra­cik mi do bagażu włożyła, tyl­ko że bez kar­ty. Miałyśmy apa­ra­cik bez kar­ty, bo ona ją zo­sta­wiła…

To są dro­bia­zgi, ja robię po­dob­nie, bo ja też je­stem taka. Też nie mogę się sku­pić.

KA­SIA: Po co? Po co się sku­piać?

GŁOS: Można żyć bez sku­pie­nia.

Śmie­chy.

KA­SIA: Jak człowiek ma apa­rat, to robi zdjęcia, jak nie ma apa­ratu, to pa­trzy…

MI­LE­NA: Cho­ciaż ja tę kartę w końcu i tak kupiłam. Ja­kie te wa­ka­cje były!… Zupełnie się nie spo­dzie­wałam, że się tak za­dzie­je.

KA­SIA: Spójrz, gdy­byś nie była na wyjeździe z kimś, kto się oka­zał nieżycz­li­wy, nie mogłabyś tego aż tak moc­no i wyraźnie przeżyć. I do­wie­dzieć się, jak so­bie sa­mej możesz pomóc. Praw­da? Jaka je­steś dla sie­bie niezbędna i wspa­niała.

MI­LE­NA: Tak, i mam ta­kie po­czu­cie w środ­ku, że to się do­brze dla mnie skończy.

Cała GRU­PA: Niech tak się sta­nie!

KA­SIA: Mmm… Kto te­raz?

NINA: Za­sta­na­wiam się, czy ja chcę… Tak. Naj­pierw po­wiem, że na­gry­wa­nie mi nic nie prze­szka­dza. A z wa­rio­wa­niem ko­ja­rzy mi się ry­zy­ko. Zary­zy­kowałam, rzu­ciłam kor­po­rację. Za­in­we­sto­wałam. Czuję, wiem, że było war­to. Ale je­stem te­raz w czymś in­nym. Mam okres dziw­ne­go spo­ko­ju wewnętrzne­go, co u mnie wca­le nie jest ta­kie częste.

KA­SIA: No po­patrz, do cze­go to doszło.

NINA: No właśnie, tak jakoś mi się zro­biło do­brze i spo­koj­nie, i nic mnie nie szar­pało wewnętrznie. Pomyślałam so­bie: to ja w tym będę.

KA­SIA: Cu­dow­nie.

NINA: Żad­nych ran nie roz­dra­puję, bo po pro­stu nie mam na to ocho­ty.

KA­SIA: Cu­dow­nie! Bo po co?

NINA: I ja mam ochotę w tym zo­stać! Pew­nie we mnie coś się za­raz po­otwie­ra, jak usłyszę ja­kieś wa­sze pro­ble­my, ale póki co…

KA­SIA: Ale nie zmu­szaj się! Ja ci po­wiem, na­wet możesz so­bie cza­sa­mi po­li­czyć do stu, jak ktoś coś będzie przeżywał. Wiesz – jak nie czu­jesz, że twój in­te­res, to nie wchodź. Se­rio mówię.

NINA: Dotąd, na­wet gdy to nie był mój in­te­res, to chy­ba za­zwy­czaj wcho­dziłam. Na­to­miast nie mam ocho­ty na ja­kieś ciężkie przeżywa­nie w tym mo­men­cie, zupełnie nie.

KA­SIA: Należy ci się od­po­czy­nek wo­jow­ni­ka.

NINA: No właśnie – tak to od­bie­ram. To jest cie­ka­we, skąd to się wzięło! Miało to źródło w tym, że mam parę zna­jo­mych, bli­skich mi osób, które się oka­zały cho­re. U jed­nej oso­by roz­po­zna­no par­kin­so­na, u dru­giej no­wotwór. Ja właści­wie po­win­nam wpaść w jakąś…

KA­SIA: Nic nie po­win­naś.

NINA: No więc nie wpadłam, ale pomyślałam tak: a u mnie jest wszyst­ko do­brze, wszy­scy są zdro­wi. I kie­dy jest do­brze? Te­raz jest do­brze. A jak będzie po­tem? Tego nie wiem. Ale te­raz jest do­brze… I ja na­prawdę po­czułam taką lek­kość. Pomyślałam: te­raz jest taki do­bry mo­ment i ja w tym zo­stanę.

KA­SIA: Cu­dow­nie, ko­cha­nie, w łapecz­ki się całuj. Obie pa­nie, proszę: Mi­le­na i Nina, w łapki się całuj­cie za całą waszą dziel­ność i mądrość.

JAN­KA: Jesz­cze raz w lewą!

NINA: No i ja bym chciała przez jakiś czas w tym zo­stać.

KA­SIA: Należy się wasz­mości…

Śmiech.

JAN­KA: A ja wi­działam, jak Mo­ni­ka tańczy! Mówię wam – słów bra­ku­je!

KAJA: Ja też wi­działam.

KA­SIA: Ja so­bie wy­obrażam…

MO­NI­KA: Wi­działyście mnie jesz­cze przed pusz­cze­niem się.

Śmie­chy.

MO­NI­KA: Właśnie tak so­bie myślę, co opo­wie­dzieć, bo u mnie się strasz­nie dużo działo. Ale chcę się z wami po­dzie­lić tym, co jest te­raz dla mnie bar­dzo ważne – tak czuję, to nie jest jakiś pew­nik, więc się mądrzyć nie będę, że je­stem w mo­men­cie ko­lej­nej dużej zmia­ny. Naj­pierw bałam się ją w ogóle ru­szyć. Czułam ją podskórnie. Nie chciałam jej na­zwać, ale jed­no­cześnie od­czu­wałam taki spokój – to był taki dziw­ny misz­masz… Czułam, że coś się zmie­nia i że to będzie trud­ne. Jed­no­cześnie prze­stałam się bać, jak kie­dyś, kie­dy prze­czu­wałam, że nad­cho­dzi zmia­na. Przy­wiozłam to z Sy­cy­lii. Właśnie tam zaczęłam roz­myślać na te­mat sen­su tego, co robię, i czy to lubię, czy tego chcę i tak da­lej. Ale to było na po­zio­mie myśle­nia. A te­raz przy­je­chałam z tej Sy­cy­lii i ja po pro­stu przy­wiozłam to „czu­cie”. I na początku to „czu­cie” nie było wy­god­ne, bo to nie jest coś, co załatwia mi sprawę…

KA­SIA: A ja­kie to było „czu­cie”?

MO­NI­KA: Że już nie mam ser­ca do tego, co robię. Za­bie­ra mi to za dużo ener­gii. I jak­by mnie ktoś w tej chwi­li za­py­tał, co mnie in­te­re­su­je, to: człowiek, re­la­cje, uczu­cia, więzi… Jak byłam na ostat­niej Pi­jal­ni, z tymi przejścia­mi Kac­pro­wy­mi, sie­działyśmy z dziew­czy­na­mi na tra­wie i roz­ma­wiałyśmy. Po­wie­działam im, że przy­szedł czas na „nowe” i że czuję, że chciałabym pójść w in­nym kie­run­ku. Pomyślałam o psy­cho­lo­gii. Odłożyłam to wszyst­ko na ra­zie, bo prze­cho­dziłam po pro­stu żałobę po Kac­prze, nadal jej nie do­mknęłam… Na­to­miast te­raz, we wrześniu, te­mat jak­by sam wrócił, więc siadłam do kom­pu­te­ra, zna­lazłam ja­kieś rozkłady jaz­dy ze stu­diów różnych i na­tknęłam się na prak­tyczną psy­cho­lo­gię społeczną. Prze­czy­tałam o tym kie­run­ku i po­czułam, że ja tam muszę iść. Ab­so­lut­nie. I słuchaj­cie, aż ciało mi za­re­ago­wało, że ja po pro­stu chcę. Muszę. Ucie­szyłam się i na­pi­sałam do Niny ma­ila z za­py­taniem, co ona o tym myśli. I ona od­pi­sała mi tak faj­nie, że ona tę psy­cho­lo­gię po­pie­ra, każdy ją kończy, no… I że tam są najfaj­niejsi lu­dzie, piszą naj­lep­sze książki i tak da­lej. I na­pi­sała też, żebym przy­je­chała do niej, że od­dział jest też w So­po­cie… A ja po­czułam bar­dzo, że chcę do War­sza­wy. Za­pi­sałam się więc na stu­dia za­ocz­ne. Wiem, że muszę płacić ra­chun­ki, więc nie robię nic po­chop­nie, bo chcę za­ro­bić na te stu­dia!

KA­SIA: I od razu in­a­czej zaczęłaś pra­co­wać.

MO­NI­KA: Tak, bo po­wie­działam so­bie, że jakoś upchnę tę ro­botę gdzieś w moje życie.

Na ra­zie to jest plan, nie wiem, co z tego będzie. Ale jak szłam złożyć pa­pie­ry, to szłam pew­na tego, że chcę.

W ogóle zaczęłam robić coś no­we­go. Coś, co we mnie rosło od dwóch lat. Przez całe dwa lata jak­by cze­kało… A te­raz… Na­gle… Wróciłam z Sy­cy­lii – w ogóle na Sy­cy­lii wy­da­rzyło się po pro­stu mi­lion rze­czy – i słuchaj­cie: na­gle po pro­stu błysk! Za­pa­liła mi się żarówka i ja już wszyst­ko wie­działam i zaczęłam pisać książkę, książka się pi­sze sama jak­by…

KA­SIA: Wy­rosło samo! To fraj­da.

MO­NI­KA: To już po pro­stu się dzie­je! Na­to­miast jeśli cho­dzi o uczu­cio­we spra­wy, to po­wiem wam, że… (wzdy­cha)… Na­wet nie wiem… Trud­no mi, bo to jest taka lek­cja po­ko­ry, no nie wiem, nie chcę ja­kichś eg­zal­to­wa­nych słów używać… Na­pi­sałam wam ma­ila o tych roz­sta­niach. Po okre­sie gili i bólu weszłam w fazę smut­ku. To było wiel­kie doświad­cze­nie. Co­dzien­nie, w każdej mi­nu­cie ten smu­tek był, tak jak­bym nosiła go w kie­sze­ni… Byłam zdzi­wio­na, że mnie nie przy­gnia­tał, że oprócz smut­ku równo­le­gle miałam miej­sce i na za­chwyt, i na radość… I to było coś nie­wia­ry­god­ne­go: duża lek­cja.

I po­tem przy­je­chałam do War­sza­wy i wpadłam w pustkę. Pust­ka za­wsze była dla mnie naj­trud­niej­sza. Na­uczyło mnie doświad­cze­nie w pra­cy nad sobą, że tam właśnie, w tę pustkę, gładko wcho­dzi sta­re… I po pu­st­ce po­czułam, co było strasz­nie dla mnie trud­ne, że mam wielką po­trzebę i chęć ko­cha­nia. Czułam jak­by fi­zycz­nie nie­malże otwar­tość ser­ca… A tu, kur­wa, tego nie ma… I wie­cie, na­ra­stała we mnie wiel­ka złość. To była pew­nie taka chęć za­pcha­nia cze­goś, nie wiem… Za­uważyłam, że za­ci­skam zęby. No po pro­stu strasz­nie!

I jak po­ja­wia­li się na przykład fo­to­gra­fo­wie, którzy chcie­li mi zro­bić zdjęcia, to ja za­wsze, gdy z nimi roz­ma­wiałam, czułam to moje „chce­nie”, po­trzebę związku, miłości. Za­wsze miałam w tym jakiś pod­tekst: „A może?”. I mnie to wykańczało… Był je­den człowiek, z którym uma­wiałam się na zdjęcia.

KA­SIA: To zna­czy: on mi zro­bi zdjęcia i od razu mnie po­ko­cha?

MO­NI­KA: Tak so­bie myślałam, że może coś się wy­klu­je z tego. Już nie roz­ma­wiałam tyl­ko o zdjęciach, tyl­ko so­bie w głowie wie­szałam taki ob­ra­zek – nasz wspólny do­mek z fi­ran­ka­mi. Z tym człowie­kiem jakoś faj­nie mi się roz­ma­wiało, umówiłam się z nim, po­je­chałam do War­sza­wy na spo­tka­nie, to był dzień wy­lo­tu na Sy­cy­lię. Spo­tka­liśmy się i pierw­sza moja re­ak­cja była taka – spoj­rzałam i całym ciałem po­czułam się roz­cza­ro­wa­na, dwa: po­czułam się roz­cza­ro­wa­na sa­mym roz­cza­ro­wa­niem, wie­cie, że ja już, w tym dom­ku w głowie, szyłam so­bie fi­ra­ny…

Śmie­chy.

SO­NIA: I ob­ra­zek spadł…

MO­NI­KA: Tak. On oka­zał się sym­pa­tycz­nym człowie­kiem, no ale… nie do tego. I prze­ga­da­liśmy parę go­dzin – na­prawdę faj­ny, ciepły człowiek, z którym mogę się różnymi rze­cza­mi wy­mie­nić, ale kom­plet­nie nie tym, co chciałam. On po­je­chał, przy­je­chała Nika. Sie­działyśmy na ko­la­cji i Nika tak na mnie pa­trzy i mówi: „Mo­ni­ka, ty je­steś bar­dzo zga­szo­na”. Czułam się strasz­nie wy­pra­na. I po­je­chałam taka na tę Sy­cy­lię.

KA­SIA: Po­czułaś się zga­szo­na, bo ci się ilu­zja fi­ra­ne­czek roz­padła… Sama je­chałaś na Sy­cy­lię?

MO­NI­KA: Z siostrą. Myśląc so­bie przez chwilę, po ja­kie­go wała ja wy­brałam Sy­cy­lię z namiętny­mi Włocha­mi, z tem­pe­ra­men­tem, ogniem i słońcem, sko­ro je­stem taka… ni­ja­ka. Ale po­tem so­bie pomyślałam – mam duże za­ufa­nie do tego urlo­pu, bo jadę z siostrą, z którą wszyst­ko się może zda­rzyć. Ufam, że los daje to, co ma być. Po­je­chałam na tę Sy­cy­lię i mi, że tak do­sad­nie po­wiem, jebnęła długo trzy­ma­na na Kac­pra złość. Zaciśnięte zęby, to, że się czułam nie­chcia­na. To moje na­gi­na­nie rze­czy­wi­stości do tych fi­ra­nek, do ob­razków, które pla­no­wałam so­bie po­wie­sić. Do stałego związku. Po­zwo­liłam so­bie wy­zbyć się tej złości. Wywście­kałam się. I następne­go wie­czo­ra po tym oczysz­cze­niu przy­szedł spokój i zro­zu­mie­nie, że cza­sem nic się nie da zro­bić, trze­ba po pro­stu prze­cze­kać. Także ten zawód, to moje doświad­cze­nie, ten mój gil z nosa i to, co te­raz prze­chodzę, wi­docz­nie jest mi po­trzeb­ne.

Był wieczór, kie­dy moja sio­stra zasnęła wcześniej. Ni stąd, ni zowąd leżąc w łóżku, zaczęłam na­gle płakać… Zaczęły mi le­cieć łzy i zaczęłam się sama przy­tu­lać, i sama do sie­bie gadać: „Ja cie­bie chcę”, „Ja cie­bie nie zo­sta­wię”. I jak­by wszyst­ko mi zlazło. Wszyst­ko.

Dziw­nie los się kręci. Na tej Sy­cy­lii po­znałam człowie­ka, ta­kie­go ciepłego fa­ce­ta, z którym były błyski, ta­kie wie­cie, wa­ka­cyj­ne. Daliśmy so­bie faj­ne ciepło, wa­ka­cyj­ny ro­mans. Był taki mo­ment, jak­by kadr z fil­mu; ja siedzę na łóżku, a on cho­dzi koło tego łóżka i kom­bi­nu­je: jak my możemy się spo­ty­kać. Ja mówię: „To jest nie­wy­ko­nal­ne…”. A on pla­nu­je, że ja przy­lecę… I myśl w głowie: jak los dziw­nie ple­cie, że ja się mar­twiłam, że mnie nikt nie chce… a tu na­gle los mi sta­wia ta­kie­go człowie­ka, który mnie bar­dzo chce… Nie wie­szałam z nim fi­ra­nek…

Przy­je­chałam do domu po tej Sy­cy­lii i po­czułam, że jest mi do­brze. Zno­wu po­czułam, że jest mi do­brze. Nie­za­leżnie, czy fa­ce­ta mam, czy nie mam… Po pro­stu, tak. No, mam mo­men­ty skur­czu w ser­cu, gdy po­ja­wi się Kac­per na Fa­ce­bo­oku. Pisałam wam, że „tępe są nożycz­ki roz­stań”, to z jed­nej stro­ny boli, a z dru­giej mam po­czucie, że idę da­lej. Ani przez chwilę nie żałowałam swo­je­go by­cia z Kac­prem. Wdzięczna je­stem za to, co było. Ale nie chcę wra­cać do tego.

I urosło we mnie coś, co jest dla mnie ważne – psy­cho­lo­gia. Zmia­na się szy­ku­je. Nie wiem, w którą stronę to pójdzie. Czuję, że je­stem w ja­kimś dużym, ko­lej­nym „nie wiem”, ale na ra­zie ono mnie nie prze­raża. Kie­dyś, jak myślałam so­bie o zmia­nie pra­cy, to tak, że ja po pro­stu tego nie mogę puścić, że ja się z tego nie mogę wykałapućkać. Te­raz już ufam so­bie i lo­so­wi – dam radę to wszyst­ko zro­bić.

Tyle, jeśli o mnie cho­dzi. I nie mam pla­nu na Pi­jal­nię, uprzej­mie do­noszę, bo ufam, że samo się zro­bi…

Śmie­chy.

MO­NI­KA: I jesz­cze jed­no po­wiem…

KA­SIA: Co jesz­cze jed­no?

MO­NI­KA: No właśnie się za­sta­na­wiam… A nie, już nic.

KA­SIA: No…

MO­NI­KA: Wy­siadłam w War­sza­wie na przy­stan­ku i cze­kałam na Nikę, bo miała po mnie pod­je­chać. Stałam i po pro­stu cała się uśmie­chałam na myśl o War­sza­wie. Ja czuję, że muszę tu być.

KA­SIA: Faj­nie.

MO­NI­KA: Po­czułam na tym przy­stan­ku, że coś się otwie­ra, ale też, że boję się, że coś się za­my­ka.

KA­SIA: Jed­ność prze­ci­wieństw, ko­cha­na.

Śmie­chy.

MO­NI­KA: Bo nie je­stem pew­na swo­ich de­cy­zji. Nie mam nic w za­mian…

KA­SIA: Nikt nam nie daje gwa­ran­cji na na­sze de­cy­zje…

JAN­KA: A szko­da…

MO­NI­KA: Ufam, że wyj­dzie mi ta książka i te stu­dia… Może po­znam kogoś, kto lepi garn­ki, i będę czuła, że muszę też garn­ki lepić, no nie wiem. Tak że – u mnie tyle.

Głos: Po­daj da­lej…

JAN­KA: Po Pi­jal­ni byłam na bar­dzo wy­ci­szającym urlo­pie: dwa ty­go­dnie leżałam na plaży: nie robiłam nic, oprócz tego, że po­je­chałam do Se­wil­li…

KA­SIA: O Jezu… (wzdy­cha)

JAN­KA: …która mnie za­uro­czyła. Po­je­chałam do Hisz­pa­nii i za­uro­czyła mnie Se­wil­la. A po­tem za­de­cy­do­wałam, że będę cho­dzić do pani psy­cho­log, o której wam mówiłam, do pani Ewy. I od lip­ca zaczęłam sys­te­ma­tycz­ne spo­tka­nia, bo stwier­dziłam, że chcę mieć to­wa­rzy­sza w tym, co się ze mną dzie­je między Pi­jal­nia­mi.

KA­SIA: Świet­nie..

JAN­KA: Nie wiem, czy pamięta­cie, przed Pi­jal­nią czerw­cową byłam ze dwa razy u Ewy z te­ma­tem, który wte­dy wy­da­wał mi się ade­kwat­ny. Czy­li z od­chu­dza­niem. Bo w sza­fie zna­lazłam rze­czy, w które się nie mieszczę, i chcę zo­ba­czyć, cze­mu ja się wście­kam, że nie mogę wejść w te rze­czy. Cho­dzi o wygląd, sa­mo­po­czu­cie, złość na sie­bie i ta­kie po­my­je, które się wy­le­wają wte­dy, kie­dy się nie wciśniesz w coś, co uwiel­biasz zakładać. I wte­dy zde­cy­do­wałam, że pójdę dwa razy, a po­tem pomyślałam so­bie: „Okej, to będę cho­dzić nadal”, ale szyb­ko się oka­zało, że od­chu­dza­nie nie jest tym te­ma­tem, który będzie ak­tyw­ny.

Te­raz mówię o tym z uśmie­chem na ustach, bo je­stem jak­by na­ener­ge­ty­zo­wa­na przez to, co się wy­da­rzyło w ciągu ostat­nich mie­sięcy. I też wam opo­wiem, dla­cze­go – z po­wo­du różnych od­kryć, których do­ko­nałam. Mam po­czu­cie, że one są w moim życiu przełomo­we.

KA­SIA: Mmmm…

JAN­KA: Oka­zało się, że pani Ewa współpra­cu­je z oste­opatą. Przy­znaję się, byłam to­talną igno­rantką, wy­da­wało mi się, że oste­opata zaj­mu­je się oste­opo­rozą… A pan Ja­cek od­krył kil­ka rze­czy, które wzbu­dziły we mnie mnóstwo emo­cji – i tych po­zy­tyw­nych, i tych ne­ga­tyw­nych. Poszłam do fa­ce­ta, który mnie nie znał, ale zo­ba­czył mój kręgosłup, mięśnie, napięcia, jak chodzę, jak się po­ru­szam, jak mówię, co robię, jak ge­sty­ku­luję, jak siedzę. A po­tem mnie wy­gi­nał na przykład nogą w pra­wo, ręką w lewo, czaszkę – wszyst­ko. Do­wie­działam się, tak po pro­stu, tak jak „chlast!”, na trzy, czte­ry, że mam zaciśniętą szczękę, że mówię tyl­ko tu­taj przo­dem, że w ogóle nie ru­szam szczęką, że mam coś z kośćmi czasz­ki, co po­wo­du­je, że właśnie przez lata tak mówiłam i da­lej tak mówię, że nie otwie­ram ust, że ra­mio­na mam jak w zbroi, że mam zaciśnięty eks­tre­mal­nie brzuch – co mnie walnęło naj­bar­dziej. I po­wie­dział: „No i co? Cia­sno w tej zbroi, nie?”. Po pro­stu za­marłam. W ogóle nie wie­działam, do kogo idę… Na szczęście dodał: „Je­stem Ja­cek, ty je­steś Ania, tak nam będzie prościej” i ciachnął ba­rierę, która była spo­wo­do­wa­na tym, że ja byłam ko­bietą w bie­liźnie, a on ubra­nym fa­ce­tem.

Śmie­chy.

JAN­KA: I mówi: „To ja tu do­tknę” a po­tem już nie mówił, tyl­ko do­ty­kał. À pro­pos tego brzu­cha, który mnie walnął naj­bar­dziej, Ja­cek zaczął po­ka­zy­wać mi na so­bie. Mówi: „Zo­bacz, to są zaciśnięte mięśnie brzu­cha, to są śred­nio zaciśnięte, a ty ro­bisz to…”. I ja, przed wiel­kim lu­strem, jak­bym się nie po­zna­wała. „Kur­wa, Jan­ka, masz pra­wie czter­dzieści lat i ty za­ci­skasz brzuch non stop, na­wet nie wiesz, kie­dy…” Ty­dzień po tej wi­zy­cie cho­dziłam z ręką na brzu­chu, jak­bym była w ciąży. Nie mogłam zro­zu­mieć i znieść tego, że mój or­ga­nizm jest tak po­za­ci­ska­ny. Za­raz po­tem miałam wi­zytę u Ewy, bo­bym so­bie sama z tym nie po­ra­dziła, bo byłam wściekła na sie­bie, że robię so­bie coś ta­kie­go. Ona po­wie­działa coś, co do tej pory mi brzęczy z tyłu głowy, że ciała się nie da oszu­kać i ono nie oszu­ku­je. To, co po­ka­zu­je, to jest. W myślach można so­bie robić różne ima­gi­na­cje – na­to­miast ciało nie oszu­ku­je. Pomyślałam wte­dy, sza­nując i swoją pracę, Ka­siu, i twoją z grupą: „Kur­de! To ja tyle cza­su pra­cuję i co?!” i byłam wściekła…

KA­SIA: No niesłusznie.

JAN­KA: Niesłusznie – te­raz wiem.

KA­SIA: Jeślibyś tu nie przyszła, gdy­byśmy nie pra­co­wały, to byś ani tam nie tra­fiła, ani nie przyjęła, ani nie zro­zu­miała. Nic by się nie stało. Nie mówiąc o tym, że myśmy ci od początku mówiły, że je­steś w zbroi, że je­steś wo­jow­nik i że je­steś „ściśnięta”. Ale bar­dzo mi się po­do­ba, jak sil­nie na to za­re­ago­wałaś, jak się przejęłaś, bo to zna­czy, że TO zaczęło pra­co­wać.

JAN­KA: Tak, dokład­nie. I to zda­nie, które po­wie­działaś, że mistrz przy­cho­dzi, jak uczeń jest go­to­wy, tu się spraw­dza. Moje ciało było go­to­we – to jest ide­al­ny dla mnie mo­ment. Osta­nie dwa mie­siące to był pierw­szy etap. Oczy­wiście ob­wi­niłam wszyst­kich, łącznie ze sobą na cze­le, że po pro­stu byłam złą uczen­nicą, że cze­goś nie za­uważyłam, cze­goś nie zro­biłam i tak da­lej, i tak da­lej.

KA­SIA: „Jak mogłam?”

JAN­KA: Tak. No i że, Ka­siu, ty na pew­no coś źle zro­biłaś.

KA­SIA: No ja­sne…

Śmie­chy.

JAN­KA: On mówi: czu­jesz, że od­dy­chasz do szyi? Jak zaczęłam od­dech wpusz­czać głębiej, to zaczęło mi się w głowie kręcić. Wiem już, jak mam zro­bić, żeby było luźno, i to jest dla mnie od­kry­cie…

KA­SIA: Pokażesz nam po­tem?

JAN­KA: Chętnie. Później walnęła mi ręka, miałam nad­wyrężony mięsień między łokciem a nad­garst­kiem. Trzy­małam pa­tel­nię z kur­ka­mi w pra­wej ręce, przełożyłam do le­wej i ją upuściłam. Wy­stra­szyłam się. To była środa. W czwar­tek byłam właśnie u Ewy i spo­tkałam Jac­ka, a on mówi: „No, naciągnięty mięsień, pla­ster trze­ba przy­kleić”. A Ewa: „Mówiłam pani, że różne rze­czy się będą pani otwie­rać po wi­zy­cie u oste­opa­ty”. Spy­tała, czy pamiętam, kie­dy pierw­szy raz za­cisnęłam brzuch. Po­wie­działam, że strach pamiętam… To było wte­dy, kie­dy mój oj­ciec już się ożenił z ma­cochą i cze­kałam na nią, siedząc u bab­ci przy sto­le. A po­nie­waż nie chciałam, żeby wróciła szyb­ko, to pisałam so­bie ta­kie kar­tecz­ki, że ona wra­ca. Wymyśliłam so­bie, że jak będę pamiętać, że ona wra­ca, to ona nie wróci…

KA­SIA: Że za­cza­ru­jesz na odwrót.

JAN­KA: Tak, za­cza­ruję na odwrót. I pamiętam ten ściśnięty żołądek, jak ona przy­cho­dziła.

Gdy mnie walnęła ta ręka, Ewa po­wie­działa: „Wie pani, co to jest lewa ręka? To są emo­cje i mat­ka…”. W ogóle te­mat mat­ki często prze­wi­jał się w na­szych roz­mo­wach. Wte­dy zadała mi py­ta­nie, czy wy­ba­czyłam ma­mie, że mnie zo­sta­wiła… Popłakałam się: „Ja już ten te­mat mam prze­ro­bio­ny, po co do tego wra­cać… Je­stem wkur­wio­na te­raz. Po pro­stu je­stem taki pędzi­wiatr w niektórych kwe­stiach”.

I pew­nie ta lek­cja jest po to, żeby mi po­ka­zać, że są pew­ne rze­czy, które wra­cają. To nie to, że one nie są za­mknięte. Wra­cają… Pomyślałam so­bie o to­bie, Ka­siu, jak mówisz nam o na­szych lub o swo­ich ro­dzi­cach, że to są ta­kie te­ma­ty, które…

KA­SIA: Które cały czas są w nas obec­ne…

JAN­KA: Cały czas są.

KA­SIA: Tyl­ko że nie jest się już ich nie­wol­ni­kiem.

JAN­KA: Zde­ner­wo­wało mnie wte­dy, że się wzru­szyłam. A prze­cież wierzę temu wzru­sze­niu.

KA­SIA: Ty­po­wy bu­kiet sprzecz­nych uczuć. Jesz­cze trochę sta­re­go, a już i nowe też.

JAN­KA: I nadal chodzę do Jac­ka, te­raz idę za dwa ty­go­dnie. Czuję, że mi to do­brze robi. Cza­sa­mi ro­zu­miem, o czym on do mnie mówi, a cza­sa­mi nie, ale wierzę, że te wi­zy­ty mi po­ma­gają.

I jesz­cze à pro­pos te­ma­tu pusz­cza­nia się… i wa­rio­wa­nia… I te­ma­tu roz­bra­ja­nia. Mi­len­ka bar­dzo mi do­brze wytłuma­czyła w zeszłym ty­go­dniu, że pan Ja­cek roz­bra­ja mnie tak oste­opa­tycz­nie, a ko­le­ga gapiący się w mój de­kolt roz­bra­ja mnie in­a­czej…

KA­SIA: W każdym ra­zie syn­chro­ni­zują się w to­bie te pa­trze­nia…

Śmie­chy.

JAN­KA: Co więcej, ten ko­le­ga jest szczęśli­wie żona­ty… Przy­najm­niej z tego, co mówi. Więc ja so­bie myślę, nie wie­szając fi­ra­nek, że on się tra­fił na „roz­bro­je­nie”. I ja w to wchodzę. Cza­sa­mi tyl­ko nie wiem, co mam po­wie­dzieć. Co mi się rzad­ko zda­rza…

KA­SIA: Nic nie mów… Płyń…

SA­BI­NA: A to jest ten, co mówiłaś, że ci się po­do­ba?

JAN­KA: No ten, co mi do nie­go „sta­je”. Mu­siałam ostat­nio pójść na spa­cer i roz­cho­dzić…

Śmie­chy.

KA­SIA: Są jesz­cze inne spo­so­by…

Śmie­chy.

KA­SIA: A ty nie uda­jesz się w od­lud­ne miej­sce w ta­kich chwi­lach?

JAN­KA: To zna­czy?

SO­NIA: Żeby nie roz­cho­dzić, tyl­ko żeby to…

ROM­KA: Zin­te­gro­wać.

JAN­KA: Zin­te­gro­wać?

KA­SIA: Uwol­nić, użyć, rozłado­wać, spożyt­ko­wać… O!

JAN­KA: Udaję się. Tak. Ale to mnie zabiło po pro­stu, bo daw­no mi się nie zda­rzyło, żebym mu­siała po pro­stu odejść…

KA­SIA: Cu­dow­nie, wra­casz do swo­je­go ciała.

JAN­KA: To jest pro­blem…

KA­SIA: Bo prze­cież nie wy­star­czy, że masz ślicz­ne ciało – jesz­cze, żeby żywe było…

JAN­KA: Właśnie. Bar­dzo dziękuję, że mówi­cie, że ślicz­ne, bo ono się tak od środ­ka cie­szy… Dla mnie to jest me­ga­dziw­ne, odważne, że ja wchodzę w coś, cze­go nie ro­zu­miem.

KA­SIA: Ro­zu­miem two­je zdu­mie­nie i twoją od­wagę. Bo ty byś tego wcześniej w życiu nie zro­biła.

JAN­KA: W życiu bym tego nie zro­biła. Co­raz częściej po­zwa­lam so­bie na to, żeby po­wie­dzieć: „Okej, no idę. Nie wiem po co, ale wiem, że to mi służy…”.

KA­SIA: To w ogóle głupo­ta czy­sta, że tak po­wiem…

Śmie­chy.

JAN­KA: I nadal nie mam te­le­wi­zji, co dla mnie, siedzącej przed te­le­wi­zo­rem właści­wie całe życie, jest fe­no­me­nem.

KA­SIA: Ko­cha­na, to wszyst­ko ra­zem to jest wiel­ki przełom w Bul­wie.

JAN­KA: Bar­dzo do­brze się z tym czuję, mając przełom w Bul­wie.

À pro­pos pra­cy, bo to był za­wsze te­mat ważny i nadal jest, acz­kol­wiek od­szedł na dal­szy plan, co więcej, łączy się z moim życiem…

MI­LE­NA: Ero­tycz­nym…

Śmie­chy.

JAN­KA: Oprócz tego, że ero­tycz­nym… To jesz­cze łączy się z… Aż mi się gorąco zro­biło.

Śmie­chy.

KA­SIA: Aż zdjęłaś z sie­bie ko­cyk…

Śmie­chy.

JAN­KA: Od paździer­ni­ka będę pra­co­wać jako wo­lon­ta­riusz­ka, jako do­rad­ca za­wo­do­wy, do­rad­ca ka­rie­ry. Ja się zaj­muję re­kru­tacją za­wo­do­wo, więc tak na­prawdę będę po­ma­gać lu­dziom z dru­giej stro­ny. Zgłosiłam się do dwóch or­ga­ni­za­cji ko­bie­cych, już z jedną roz­ma­wiałam. Mam taką ener­gię, którą mogę dać, roz­da­wać da­lej.

KA­SIA: Mmm, su­per. Cie­ka­we i do­brze ro­ku­je, że ci się gorąco robi na myśl o no­wej pra­cy…

JAN­KA: No, mam ta­kie po­czu­cie, że to idzie w do­brym kie­run­ku.

KA­SIA: Szy­ku­jesz so­bie sze­ro­ki wa­chlarz możliwości.

JAN­KA: Tak. Mam wiedzę, którą mogę się po­dzie­lić… Co więcej, roz­ma­wiałam też z jedną fun­dacją, która ist­nie­je na pol­skim ryn­ku już dwa­dzieścia lat. Pani Ja­ni­no, cze­ka­my na panią! Świat mnie, kur­de, przyj­mu­je z otwar­ty­mi rękoma…

KA­SIA: Mi­siu, je­steś spe­cja­listką! Je­steś eks­per­tem! Masz coś do da­nia… W do­dat­ku chcesz dawać, co jest po pro­stu re­we­lacją.

JAN­KA: To, co naj­bar­dziej mi się po­do­ba we mnie sa­mej, to, że ja się nie godzę, żeby być tyl­ko i wyłącznie w tych na­wia­sach, w których je­stem, i że szu­kam da­lej.

KA­SIA: Nie chcesz być zawężona, jed­no­stron­na, nie chcesz być tyl­ko płaska. Chcesz mieć ile się da wy­miarów – jesz­cze dla in­nych, bo sa­mej ci star­cza.

JAN­KA: Tak, tak. I ja się tym dzielę. Po­wie­działam swo­jej sze­fo­wej: „Słuchaj, będę miała prak­ty­ki”, a ona tak od razu: „Tre­ning psy­cho­lo­gicz­ny?”. Mówię: „Nie, psy­cho­lo­gia psy­cho­lo­gią, ale ry­nek pra­cy – na tym się znam”. I to jest taka wy­mier­na ko­rzyść, którą mogę dać fun­da­cji. A w fun­da­cji mówią: Wie pani, flo­ryst­ka się do nas zgłosiła, co ja mogę zro­bić z flo­rystką?”.

KA­SIA: Nie ku­mam.

JAN­KA: No, że oni nie mają pie­niędzy na kur­sy.

KA­SIA: Aaa… W tym sen­sie, że chciałaby uczyć. Aaa… O mat­ko… To szko­da flo­ryst­ki.

Śmie­chy.

JAN­KA: Zgłaszają się lu­dzie, których oni nie mogą za­trud­nić, a mnie za­trud­nili od razu. Mnie to za­dzi­wiło, że tak z otwar­ty­mi rękoma mnie przyj­mują. I to mi się bar­dzo po­do­ba.

Szu­kam no­wych możliwości i właśnie część za­czy­nam re­ali­zo­wać. Co więcej z jedną koleżanką, dy­rek­torką o dużo większym doświad­cze­niu roz­ma­wiałyśmy i ona mówi: „Wiesz co, ja też się za­sta­na­wiałam, co będę robić, jak będę miała 67 lat, ale na ra­zie mam do­mek na wsi”. I od­by­wają się ta­kie roz­mo­wy między ko­bie­ta­mi: „A wiesz, sąsie­dzi robią kozi ser”. A na co dzień to ona jest sze­fem mar­ke­tin­gu w dużej fir­mie.

KA­SIA: Od mar­ke­tin­gu do ko­zie­go sera niektórzy robią je­den duży, ładny skok.

JAN­KA: Właśnie. A to jest faj­na bab­ka.

KA­SIA: Agniesz­ka i To­mek Małolep­si prze­nieśli się z Łodzi z piątką dzie­ci i świet­nie im idzie knaj­pa przy Ko­rze­nio­wym Dole w Ka­zi­mie­rzu. Fan­ta­stycz­ne miej­sce.

ANIE­LA: Su­per. Pójdzie­my tam na następny spa­cer.

KA­SIA: Wiem też o paru pa­niach w tej gru­pie, które myślą, czym by się no­wym zająć.

MO­NI­KA, JU­LIA: Myślę…

Śmie­chy.

SA­BI­NA: Ja też…

KA­SIA: Faj­nie, jest jakiś nurt, wspólny trend doj­rze­wa­nia, po­sze­rza­nia możliwości i sięga­nia do swo­ich pre­dys­po­zy­cji, do swo­ich praw­dzi­wych za­sobów, umiejętności. Miau, miau.

JAN­KA: Ale à pro­pos pra­cy na tej Pi­jal­ni, to kie­dy za­py­tałaś, oczy­wiście od razu pomyślałam: „O Boże, zno­wu z tą matką po pro­stu trze­ba”.

Śmie­chy.

KA­SIA: A kto kazał?

JAN­KA: No właśnie: „Pani Jan­ko, pani jest taka za­da­nio­wa, a rozwój to jest spi­ra­la”, tłuma­czy mi Ewa, „ale mu­si­my od sie­bie od­począć – idę na urlop”. Po­wie­działam, że to z mamą chciałabym mieć już od­ha­czo­ne…

Śmie­chy.

JAN­KA: I ona mówi: „Pani Jan­ko, tu­taj za­da­nio­wo się nie da, bo to spi­ra­la, to się musi po­wta­rzać…”. Myślę, że ona mi jest po­trzeb­na cza­sa­mi, bo ja bym się po pro­stu za własnym ogo­nem kręciła.

KA­SIA: Nie zja­dałabyś swo­je­go ogo­na, ale byś się nim po pro­stu biła: „No szyb­ciej, no szyb­ciej!”.

JAN­KA: No właśnie. Chcę też po­wie­dzieć wam, że ja się co­raz częściej dzielę. I na tym nie tracę, tyl­ko zy­skuję. Widzę zdzi­wie­nie w oczach mo­jej koleżanki z po­ko­ju, z którą ry­wa­li­zuję. Myślałam, że nie ry­wa­li­zuję, ale już oby­dwie wie­my, że ry­wa­li­zo­wałyśmy. Te­raz się do­ga­du­je­my. I ona co­raz częściej do mnie mówi: „A co byś zro­biła wte­dy? A jak byś na­pi­sała to? A zo­bacz to?”. I bie­ga­my jed­na do dru­giej, od kom­pu­te­ra do kom­pu­te­ra. To jest nie­sa­mo­wi­te.

KA­SIA: Gra­tu­la­cje. Bar­dzo dużo puściłaś.

JAN­KA: Je­stem w szo­ku. A wra­cając do spra­wy de­kol­tu. Jak przyszłam na pierwszą moją Pi­jal­nię trzy lata temu, to byłam po ta­kim związku, gdzie pa­trze­nia w de­kolt w ogóle nie było.

KA­SIA: Ale gdzie ty tam wte­dy z de­kol­ta­mi?! Na­wet człowiek się nie domyślał, że ty tam coś masz.

Śmie­chy.

KA­SIA: Po­tem, rap­tem, na którymś ze spo­tkań: Jan­ka z de­kol­tem! Jaka piękna! To było po trze­cim albo czwar­tym spo­tkaniu. De­kolt się po­ja­wił naj­pierw, a resz­ta po­wo­lut­ku za nim poszła. Włosy, kol­czy­ki… Zaczęłaś się in­a­czej ubie­rać. Wszyst­kie się zmie­niłyście. Po­ko­bie­ciały dziew­czyn­ki „na moc”, moc piękności. Niektóre się obrażą, że już były piękne…

Śmie­chy.

KA­SIA: To praw­da, wszyst­kie byłyście piękne, tyl­ko zaczęłyście się tym na­prawdę cie­szyć.

SO­NIA, UR­SZU­LA: Jest czym…

JAN­KA: Ja już się na­ga­dałam.

KA­SIA: Nika, co u cie­bie, smu­tecz­ku je­den!

NIKA: Tak, u mnie jest ciężko. Bar­dzo trud­ny okres przeżywałam. Nie mam go­to­wych wniosków, nie mam go­to­we­go te­ma­tu do pra­cy. Dużo mi się rze­czy otwie­ra i… nie­wie­le z tego ro­zu­miem.

KA­SIA: Po­wiem ci, te­mat go­to­wy do pra­cy jest po pra­cy.

NIKA: Jest po pra­cy?

KA­SIA: Tak.

Chi­cho­ty.

NIKA: Na ra­zie mam tyl­ko ta­kie… Błyski jak­by.

KA­SIA: Na­pi­sałaś do nas list… bar­dzo ja­sny, kla­row­ny. Byłoby do­brze, gdy­byś go miała i zaglądała do nie­go. Długo… Bo po­od­kry­wałaś w nim praw­dzi­we syfy, które cię dręczą. I należy je wy­szar­pać do pra­cy. Masz dostęp do tego w so­bie?

NIKA: Mam.

KA­SIA: Czy był taki mo­ment, w którym to się wylało z cie­bie?

NIKA: Tak. To we mnie wzbie­rało i naj­pierw załatwiło mi ciało kom­plet­nie, bo nie miałam cza­su się nad tym sku­pić, mu­siałam dokończyć wie­le ważnych rze­czy w pra­cy i cho­dziłam cała po­za­kle­ja­na pla­stra­mi. Całe poślad­ki, całe ple­cy miałam po­za­kle­ja­ne…

KA­SIA: Cze­mu poślad­ki?

NIKA: Bo mi wy­sia­dały mięśnie pośladków. Bio­dra mi wy­siadły, sta­wy bio­dro­we mi wy­siadły. Cały kręgosłup mi się po­sy­pał. Re­ha­bi­li­tant po pro­stu co dru­gi dzień za­kle­jał mnie całą pla­stra­mi.

KA­SIA: Żebyś w ogóle się ru­szać mogła?

NIKA: Żebym mogła się ru­szać. Mu­siałam cho­dzić do pra­cy, a kie­dy już poszłam na urlop – czte­ry dni to­tal­nej wal­ki. Po­tem zaczęłam ry­czeć, nie wie­działam dla­cze­go.

KA­SIA: A co to była za wal­ka?

NIKA: Wal­ka ze sobą. Próbowałam się jesz­cze zmu­sić do tego, żeby na tym urlo­pie po­za­li­czać wszyst­kie eg­za­mi­ny na stu­diach, bo urlop nie był wzięty na od­po­czy­wa­nie…

ROM­KA: No to ka­tor­ga.

KA­SIA: Dobiłaś się.

NIKA: Wal­czyłam… Nie­na­wi­dziłam… Rzu­całam książkami… Nie usiadłam, nie po­wie­działam: „Okej, masz pra­wo, nie chcesz – odłóż, zo­staw”.

KA­SIA: Tyl­ko zmu­szałaś samą sie­bie.

NIKA: Tak, zmu­szałam samą sie­bie.

KA­SIA: Okrop­ne.

NIKA: Strasz­nie. Wszy­scy wokół też mi nie po­ma­ga­li, a ja im na to po­zwa­lałam, usta­wiałam się w roli dziec­ka, użalałam się nad sobą, ale nie pa­trzyłam, co tak na­prawdę moje Wewnętrzne Dziec­ko czu­je…

KA­SIA: Było zmal­tre­to­wa­ne…

NIKA: Tak… Aż zaczęłam ry­czeć, nie myśli, tyl­ko różne ob­ra­zy zaczęły mi się przed ocza­mi prze­su­wać. Od rana do wie­czo­ra płakałam i płakałam, w ogóle nie chciało mi się mówić. Po­tem się za­trzy­małam z tym płaczem, za­dzwo­niłam do Mo­ni­ki. I zaczęłam po pro­stu tak z sie­bie do niej gadać. A później, następne­go dnia, siadłam, na­pi­sałam tego ma­ila. No i zo­ba­czyłam swoją bez­sil­ność, to, że się po­wstrzy­muję, że lu­kruję so­bie rze­czy­wi­stość, że się kręcę w miej­scu. Dla­te­go nie idę da­lej – boję się, że trze­ba będzie coś wy­brać, że to będzie strasz­ne, że to będzie bolało lub będzie nie­od­wra­cal­ne. Je­stem w tym wszyst­kim bar­dzo nie­doj­rzała, wchodzę w ja­kieś re­la­cje, w których do­staję po du­pie, w których się spa­lam, w których się poświęcam, w których się do­sto­so­wuję, nie ujaw­niam, cze­go ja chcę, tyl­ko re­ali­zuję po­trze­by in­nych, bo mi się wy­da­je, że to będzie cu­dow­ne, że to będzie dla mnie ta­kie do­bre i że ja wte­dy po­czuję się szczęśliwa, że wte­dy będę po pro­stu…

KA­SIA: Do­ce­nio­na?

NIKA: Tak. Okłamuję się, okłamuję się, okłamuję się… Po­czułam, że związuję się z ludźmi, którzy mają bar­dzo roz­bu­do­wa­ne mury, a sama nie mam żad­nych gra­nic…

KA­SIA: Po­do­bają ci się te mury, chciałabyś też je mieć i wy­da­je ci się, że ich trochę od tych lu­dzi do­sta­niesz, a tyl­ko się o nie roz­bi­jasz.

NIKA: Tak. Spa­lam się strasz­nie…

KA­SIA: W tym brzmi dużo two­je­go nie­lu­bie­nia sie­bie, ta­kie­go nie­sta­nia za sobą, opusz­cza­nia sie­bie. Współpra­cy, kur­de, z opraw­ca­mi…

NIKA: Tak, tak…

KA­SIA: Ale za­czy­nasz mieć tego świa­do­mość, co jest bar­dzo ważne. Pew­nie, że człowiek się nie cie­szy, jak coś ta­kie­go od­kry­wa, ale bez tego nie ru­szysz. Ro­zu­miesz? To jest też pójście za sobą i zo­ba­cze­nie, w ja­kiej ja je­stem w tej chwi­li sy­tu­acji wewnętrznej: samą sie­bie opusz­czam, sa­mej so­bie nie to­wa­rzyszę. Bo jak mówisz: „Nie wchodzę do końca”, to zo­sta­wiasz sie­bie przed czymś, „Już bym tam była, ale uciekłam…”.

NIKA: A do tego wszyst­kie­go… robię coś ta­kie­go, o czym po­wie­działaś ty, Mi­le­no. Wku­rzam się strasz­nie na swoją córkę, przez to psuję so­bie z nią re­lację. Przyj­rzałam się temu – je­stem wo­bec niej bar­dzo kry­tycz­na i bar­dzo su­ro­wa. Uświa­do­miłam so­bie, że ja tak na­prawdę nie wku­rzam się na nią, tyl­ko wku­rzam się na sie­bie w niej.

KA­SIA: Na­resz­cie… Pocałuj się w łapki. Nika, to właśnie jest TO. Wiem, że się za to nie lu­bisz, ale to jest pa­ra­doks – masz się za to te­raz po­chwa­lić, ucie­szyć, że to od­kryłaś i na­zwałaś. To jest WIEL­KI postęp. Ko­cha­nie, bez zro­zu­mie­nia, że to tak wygląda, nic z tym da­lej zro­bić nie można. Od­kryłaś coś, co JEST. Czy­li poszłaś da­lej, do końca, i na­zwałaś to, co na­prawdę ro­bisz – nisz­czysz sie­bie. W niej, w córce. Więc i ją nisz­czysz. Właśnie dla­te­go, że to dziew­czy­na, two­ja płeć, two­je przedłużenie.

NIKA: Tak. To okrop­ne. I walczę ze sobą, i sie­bie nie mogę zmie­nić, więc próbuję zmie­nić ją, żeby na to nie pa­trzeć. Tak. A ona jest do mnie bar­dzo po­dob­na, cho­ciaż też jest tak różna…

KA­SIA: Wiesz, może być i nie być po­dob­na do swo­jej ma­mu­si. Ona też jest różna.

NIKA: Bar­dzo różna. Naj­pierw myślałam, że de­ner­wu­je mnie to, że ona jest taka inna, a te­raz zo­ba­czyłam po pro­stu bar­dzo wyraźnie, że de­ner­wu­je mnie to, że ona jest taka po­dob­na.

KA­SIA: Może cię też de­ner­wo­wać, że jest inna. Bo sko­ro nie lu­bisz sie­bie, a ona ma co in­ne­go, no to: „Ja­kim pra­wem?!”. Ale naj­ważniej­sze jest to, że sie­bie w so­bie nie lu­bisz i że zo­ba­czyłaś, że pro­jek­tu­jesz to na nią. Zmęczo­na mu­sisz być bar­dzo.

NIKA: Tak, bar­dzo.

KA­SIA: Zarówno przez