Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2010

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 231 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Być kobietą i nie zwariować - Monika Pawluczuk, Katarzyna Miller

Jak być kobietą szczęśliwą? Jak być pewną siebie? Jak nie być ofiarą? Takie pytania zadaje sobie wiele współczesnych kobiet. Bo nie jest łatwo być kobietą w świecie, w którym ciągle jeszcze mężczyźni mają przewagę. W świecie, w którym nadal utrzymuje się wyraźny podział na to, co męskie, i na to, co kobiece. Dziwne, że podział ten jest mocniejszy w życiu prywatnym niż zawodowym. W książce Być kobietą i nie zwariować znajdujemy przykłady najbardziej typowych kobiecych problemów. Problemów z sobą, ze swoją tożsamością, z relacją ja - mąż, ja - inni, oceną samej siebie, dostrzeżeniem tego prawdziwego „ja" i polubieniem go. To swobodna rozmowa kilkunastu kobiet, zapis warsztatów psychoterapeutycznych, w których brały udział. Ta forma przekazu daje poczucie współuczestnictwa i może zainteresować podobnymi warsztatami także inne kobiety. A warto jest rozmawiać, bo w rozmowie łatwiej zobaczyć to, czego samej w ferworze codziennych spraw się nie dostrzega; łatwiej coś zmienić, gdy ma się czyjeś wsparcie. Książka dla kobiet szukających szczęścia... w sobie.

Opinie o ebooku Być kobietą i nie zwariować - Monika Pawluczuk, Katarzyna Miller

Fragment ebooka Być kobietą i nie zwariować - Monika Pawluczuk, Katarzyna Miller

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2010

Wydanie I

Warszawa 2010

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o. o.

kasia: Kobietom

monika: Rodzicom

BOHATERKI:

AGNIESZKA: Prawniczka, trzydzieści sześć lat. Stonowane kolory, gładkie jasne włosy do ramion, delikatny makijaż, delikatna biżuteria. Uprzejma, małomówna.

MAGDA: Pięćdziesiątka wyglądająca na trzydziestkę. Piękność. Nosi się z godnością, porusza powoli, mówi cichym głosem, rozwlekle. Dyskretna elegancja. Beże, brązy. Rzadko biżuteria.

KRYSIA: Pięćdziesiąt pięć lat. Mogłaby wyglądać ładnie, ale widać, że o siebie nie dba. Dresowe spodnie, bury sweter, włosy w nieokreślonym kolorze, nieumalowana, nieuregulowane brwi. Usłużna, każdej zrobi herbatę lub coś przyniesie.

GOŚKA: Dwadzieścia dziewięć lat, akuratna. Wydaje się przed chwilą wyprana, wyprasowana, wygimnastykowana. Skupiona, zmarszczone czoło, mówi szybko, na jednym oddechu.

MAŁGOSIA: Czterdzieści dwa lata. Bardzo ładna, bardzo zadbana. Ubrana codziennie inaczej, zawsze modnie i drogo, w sposób podkreślający jej zgrabną figurę. Codziennie nowa biżuteria. Chętnie rozmawia o zakupach, kosmetykach, odchudzaniu, operacjach plastycznych.

KINGA: Po czterdziestce. Przyjaciółka Małgosi, siedzą obok siebie. Duża blondyna. Szopa jasnych włosów, biała skóra. Cała obła, cielesna, duży biust, zawsze na czarno, spokojna, często leży.

MELANIA: Najmłodsza z grupy, dwadzieścia dwa lata. Pełna wdzięku; czasem świadomie go używa, a czasem bardzo szczerze zupełnie nie wierzy w swoją urodę. Modne ciuchy, bardzo wymyślne. Umalowana. O zmiennych nastrojach.

ZOSIA: Trzydzieści pięć lat, gładka buzia, kręcone włosy. Irytująco perfekcyjna i pouczająca innych. Często się dąsa, ale ma też mnóstwo dziecięcego uroku.

EWKA:Dwadzieścia osiem lat, chuda, wysoka, chłopięca sylwetka. Zawsze nosi spodnie i fikuśne, przedziwne dodatki. Nie maluje się. Dużo się śmieje. Szczera, otwarta. Mieszka z parą gejów.

JOLA: Trzydzieści pięć lat, ciemne bujne włosy. Smukła, sprężysta, zmysłowa, trochę jakby nieobecna. Ciekawe, oryginalne kiecki. Mówi rzadko, ale wypowiedzi ma celne.

ZYTA: Czterdziestka. Ogromne dekolty, fioletowe pasmo włosów opadające na twarz, reszta głowy – czerwona. Największe torby, najdłuższe kolczyki.

KASIA: Terapeutka, sześćdziesiąt lat. Bywa, że wygląda na czterdzieści. Ruda, gruba. Najgrubsza z całej grupy. Kolorowo ubrana. Często się śmieje, ma dowcip na każdą okazję. Czasem się złości. Używa „wyrazów” częściej, niż wypada tutaj zamieścić. Bardzo lubi pracować z kobietami.

MIEJSCE AKCJI:

Tego miejsca nie ma. Nigdy nie było tej grupy, choć odbyło się i odbywa wiele warsztatów, w których uczestniczą zarówno podobne, jak i zupełnie inne kobiety. Terapeutka natomiast istnieje naprawdę. Reszta została trochę zmyślona, trochę przerobiona, skompilowana z wielu wykładów, sesji grupowych i indywidualnych, z wielu spotkań, krótkich i długich, w różnych miastach i miasteczkach. Jest tu więcej „gadania”, niż bywa na warsztatach, ponieważ autorkom wydawało się, że pewne problemy wymagają szerszego wyjaśnienia. Osoby występujące jako członkinie grupy nie istnieją, ale ciekawie było je „stworzyć” i uczynić bohaterkami wątków wspólnych dla tak wielu kobiet.

Nasza książka nie została pomyślana jako podręcznik psychologicznej pracy z kobietami ani wyczerpujący, diagnostyczny przegląd kobiecych bolączek. To raczej dość swobodna i luźna próba przekazania osobistego stylu pracy terapeutki i jej podejścia do spraw, o których pragnie rozmawiać tak wiele pań, poszukujących dróg rozwoju i chcących wprowadzić zmiany w swoim życiu.

dzień

1

KASIA: Witajcie, bardzo się cieszę, że was widzę. Przed nami wspólny tydzień. Tydzień obgadywania własnych doświadczeń, dzielenia się nimi, bycia ze sobą. Powiedzcie, co was najbardziej interesuje?

GOŚKA: Praca, faceci.

KRYSIA: Mnie to chyba dzieci.

ZYTA: Seks.

AGNIESZKA: Mój facet.

KASIA: Niezły rozrzut. A od czego zaczniemy? Jakoś się pogodzicie?

EWKA: Niech będzie o facetach na dobry początek!

KASIA: Reszta pań nie zgłasza sprzeciwu? Nie widzę. A więc bomba w górę. Zadam wam na początek prowokacyjne pytanie: co robić z facetem?

AGNIESZKA: No, jest wiele możliwości.

KASIA: No, jest wiele możliwości, ale jakich?

AGNIESZKA: Kino, kawiarnia, spacer...

ZYTA: Seks.

JOLA: Życie.

KASIA: No tak. A ja wam powiem, bo trochę dłużej od was żyję, że z chłopem najlepiej jest  n i c nie robić. Ale oczywiście na tym nie poprzestanę, nie taki jest cel naszego spotkania. Chcę tylko powiedzieć, że kiedy chłop kobiecie spędza sen z oczu i jest w jej życiu jedynym wyznacznikiem wszelkiego szczęścia, to mamy gotowy kobiecy dramat. Niestety dość częsty.

AGNIESZKA:Ja się z tym zmagam od dłuższego czasu.

KASIA: Opowiadaj.

AGNIESZKA: Zmagam się już długo, ale dopiero niedawno odkryłam w tym pewną regułę. Ciągle nie mogę założyć trwałego, bezpiecznego, spokojnego związku, w którym czułabym się dobrze. Dobieram sobie fatalnych partnerów.

KASIA: Sama ich sobie dobierasz – fajnie, że to zauważyłaś.

AGNIESZKA: To, niestety, zauważyłam.

KASIA: Brawo. Kup sobie kwiaty.

AGNIESZKA: Nie omieszkam...

KASIA: Naprawdę kup! Bo zrobiłaś pierwszy krok. Ale mów, jakie są te twoje doświadczenia z facetami?

AGNIESZKA: Wszystkie są, niestety, bardzo podobne. Najgorsze, że kiedy z kimś jestem, to jakby mnie nie było, znikam. Znikają moje potrzeby, mój świat, moi znajomi, moja kariera, wszystko.

KASIA:Jest tylko on.

AGNIESZKA: Jakby facet, z którym się wiążę, wypełniał mnie całkowicie. Totalnie oddaję siebie. Nawalam w pracy. Ostatnio przyszłam kompletnie nieprzytomna na spotkanie z ważnym korporacyjnym klientem. Miałam potem problemy, no i przede wszystkim było mi wstyd. Ale to mnie nie ocuciło. Znoszę każdy rodzaj traktowania. Nawet szczególnie się nie dziwię, kiedy jestem traktowana tak, że nawet teraz nie wiem, czy dam radę o tym opowiedzieć.

KASIA: Powiedz.

AGNIESZKA: To trudne... Krzyczy na mnie, mówi, że wszystko przeze mnie. Mówi, że jestem chora psychicznie, że on już tego nie wytrzyma. Co jakiś czas chce odejść. Ostatnio wyjechał i zadzwonił do mnie, żeby powiedzieć, że to już koniec. Ziemia usunęła mi się spod nóg. Wiem, że jestem w stanie zrobić wszystko, żeby tylko był... Wpadam w rozpacz, nie wiem, co się ze mną dzieje. Cała się trzęsę. Nie wiem, co robić. Boję się, że mnie w końcu zostawi.

KASIA: Co by się stało, gdyby cię zostawił?

AGNIESZKA: Nie wiem... Czułabym się sama, bez nikogo, samotna. Nie miałabym nawet komu powiedzieć, jak mi minął dzień.

KASIA: A jemu możesz?

AGNIESZKA: Nie...

KASIA: Co chciałabyś tutaj zrobić dla siebie?

AGNIESZKA: Chciałabym nauczyć się żyć sama. Nie czuć przymusu, żeby z nim być.

KASIA: To bardzo ważne, co mówisz. Umieć żyć w pojedynkę. Tak...

KRYSIA: Ze mną w środku dzieje się coś podobnego. Nie wiem, jak to powiedzieć. Mam pięćdziesiąt pięć lat, dwójkę dzieci. Przyjechałam tu, bo jest mi smutno, ciężko, czuję jakiś ciężar w klatce piersiowej, na ramionach, jakbym dźwigała na nich cały świat. Jestem wciąż przygnębiona, zgaszona, jakby mnie nie było. Ciągle coś robię, choć nic mi się nie chce. Jestem jakaś taka nieżywa, jakaś taka...

KASIA: Mówisz: „Jestem taka, taka...” To brzmi, jakbyś mówiła: „Taka jest moja natura...” Jakbyś wmawiała sobie, że tak musi być. A przecież nie musi. Trafiłaś w sedno problemów wielu kobiet. Dźwiganie kłopotów całego świata i poczucie totalnej samotności, smutku, czasem nawet rozpaczy, że nie ma za to żadnej nagrody.

KRYSIA: Dlatego uzależniłam się od antybiotyków, od leków w ogóle. W końcu mówię: „Czas zacząć pracę nad sobą”. I oczywiście bunt w domu, mąż się zdenerwował, bo baba nic nie robi, nic jej nie interesuje, chodzi gdzieś, Bóg wie gdzie.

KASIA: Baba się zbiesiła.

KRYSIA: I tak to trwało. Jakoś sama siebie zaczęłam dowartościowywać, ale nie umiałam odciąć dzieciom pępowiny, wszystko dla nich robiłam, spełniałam każde ich życzenie, dałabym im gwiazdkę z nieba, wszystko dla nich. No i nie mam z nimi dobrych relacji, zwłaszcza z synem. To się chyba bierze stąd, że mąż nie okazuje mi szacunku.

KASIA: Nie tylko. Także z tego, że robiłaś dla nich za dużo.

KRYSIA: I dlatego teraz uczę się asertywności, żeby umieć powiedzieć „nie”. I jednocześnie boję się, że jak powiem „nie”, stanie się coś strasznego. Czuję, jakbym kupowała tę ich miłość, robię coś dla nich, piorę, gotuję. Czuję się winna, że miały takie dzieciństwo, że tkwiłam w takim związku przez tyle lat.

KASIA: Nie lubiły tatusia?

KRYSIA: Nie, nie mają dobrych relacji, nigdy nie miały. Zresztą był taki okres, że on pił, tylko nie było żadnej agresji.

KASIA: Ale była psychiczna tyrania, prawda?

KRYSIA: Psychiczny tyran, tak, to się zgadza. On miał patent na wszystko.

KASIA: Ale też było mu wolno.

KRYSIA: No i nadal mieszkamy razem. Stoję na rozdrożu. Chcę się odciąć, ale nie wiem, co mam dalej zrobić. Dzieci wyprowadziły się z domu, ale my, mimo że jesteśmy po rozwodzie, mieszkamy pod jednym dachem. Teraz jest fajnie, bo kiedyś, jeśli wróciłam do domu po dwudziestej drugiej, to zastawałam drzwi zamknięte, mąż zostawiał klucz w drzwiach od wewnątrz. Jakby się skończyła doba hotelowa. Spotkałam się z dziewczynami na mieście, wracam, chcę otworzyć – klucz w zamku. Nie mogę wejść.

KASIA: Co wtedy robiłaś?

KRYSIA:Stałam, na policję dzwoniłam. Policja chciała drzwi wyważać, ale przecież człowiek w bloku tyle lat mieszka, co będzie wywalał drzwi... Nie tędy droga. A mąż miał satysfakcję, bo wszyscy słyszą, o jakiej to porze żona do domu wraca.

KASIA: Gdzie spałaś?

KRYSIA: Czułam się upokorzona. Godzinę stałam. Pies – bo mamy jeszcze psa – wył, a ja tkwiłam pod drzwiami. Tyle lat człowiek mieszka i nie może wejść do domu...

KASIA: Człowiek?... Mówisz o sobie „człowiek”, a nie „ja”. To sytuacja takiego upokorzenia, że trudno ci nawet mówić o sobie wprost.

KRYSIA: Tak... Później to już koleżanki czekały i w razie czego szłam spać do nich. Tak się zdarzyło jakieś osiem, dziesięć razy. Kiedy rano wracałam do domu, on już stał w drzwiach. „O, pani wróciła”, mówił. I to z taką wyższością! Pokazywał mi, kto tu jest panem.

KASIA:Łatwiej ci mówić o nim niż o sobie. Jaki jest on, a nie ty. Nie przyszło ci do głowy, żeby w ogóle nie wrócić?

KRYSIA: Poszłam do koleżanki i wróciłam rano.

KASIA: Ale czy nie przyszło ci do głowy, żeby nie dawać mu satysfakcji i w ogóle nie wracać wieczorem? Tylko od razu rano?

KRYSIA: Nie. Nawet o tym nie pomyślałam.

KASIA: Zobacz, jak bardzo masz zniewolony umysł... Ale po tylu latach można... To nie jest sprawa oceny, tylko diagnozy. To bardzo ważne, żebyśmy umiały postawić taką autodiagnozę. Mówisz: „Nawet mi to do głowy nie przyszło”. Myślę, że mieszkanie można podzielić i zamienić na dwa, i mogłabyś być u siebie. Ale na razie różne rzeczy przeszkadzają ci się uwolnić. Warto się przyjrzeć temu, co ci przeszkadza. Czego byś dla siebie chciała najbardziej?

KRYSIA: Chciałabym umieć powiedzieć „nie”. Kiedy ja kogoś proszę, każdy może odmówić – a ja zawsze robię wszystko dla innych. Jakbym czytała w ich myślach.

KASIA: Bardzo się starałaś, żeby czytać w myślach. Nie jest pewne, czy od razu będziesz umiała odmówić. Ważne, by zrobić pierwszy krok. Lubię takie powiedzenie, że aby pojechać do Rzymu, trzeba najpierw wyjść z domu, a nawet choćby wstać z krzesła. Już zrobiłaś ten krok, już wstałaś z krzesła i przyjechałaś tutaj, choć jemu to się nie podoba.

KRYSIA: No, to prawda...

KASIA: Krysiu, wyglądasz, jakbyś się zdziwiła. Nie myślałaś w ten sposób?

KRYSIA: Nie. Ale to fajne.

KASIA: Nawet bardzo fajne. Duże brawa, proszę pani. Należą się! Chcesz coś jeszcze dodać?

KRYSIA: Na razie nie.

MAŁGOSIA: Ja mam własną firmę, ale też robię wszystko w domu. Od lat zajmuję się dziećmi, wszystkim. Swojemu mężowi prałam, gotowałam, obiady robiłam. I tak dalej. Oboje dużo pracujemy, ale w domu to ja robiłam wszystko. On nic. Dom też ja zbudowałam, dzieci woziłam na angielski, na tenisa. Księgowość mu prowadzę, bo on naukowiec, nie ma do tego głowy. Psa wyprowadzam. Ale on tego nie zauważał. On tylko z nosem w książkach siedział. Całymi dniami. Mnie nie widział.

KASIA: Małgosiu, słuchać tego nie można!!! Faceci nie potrzebują prasowania koszul, sprzątania, gotowania i tak dalej. Chyba że jakiś dupek, to tak. Prasujesz, sprzątasz, bo chcesz, i robisz z siebie cierpiętnicę. Drogie panie, zdajcie sobie sprawę, facet chce fajnej baby. Takiej, która siebie lubi, ceni i nie daje, że tak powiem, sobą pomiatać. Ani nie robi wszystkiego dla niego. „Czy ja cię prosiłem, żebyś mi te obiady gotowała? Czy ja cię prosiłem, żebyś mi te wszystkie koszule prasowała?” Normalny facet chce, żebyś była zadowolona, uśmiechnięta, żebyś cieszyła się życiem i żeby on miał fajną laskę. I co bardzo istotne, żeby czuł, że uszczęśliwia swoją kobietę. Tego chcą faceci. Lubią, kiedy ich kobieta promienieje; może nawet trochę poflirtować, żeby on mógł poczuć, że ma laskę, która się innym podoba, ale jest jego... Po co ty, Małgosiu, wybrałaś sobie takiego faceta jak twój mąż? Po to, żeby dostawać w dupę.

MAŁGOSIA: No tak, ale on mi mówił, że ja powinnam to, że ja powinnam tamto... Ciągle mną rządził, a ja chcę żyć swoim życiem.

KASIA:Ile ty masz lat?

MAŁGOSIA: Czterdzieści dwa.

KASIA: A ile chcesz mieć, żeby zacząć żyć? Bo on jest uczciwszy. On żyje tak, jak chce, a ty nie. Ale to jego wina, prawda?

MAŁGOSIA: Nie...

KASIA: Nie wiesz, co masz. Wyszłaś za mąż, bo...?

MAŁGOSIA: Bo się zakochałam...

KASIA: Przypuszczam, że było tak: on ci udowadniał, że cię kocha, a ty się zakochałaś w tym jego zakochaniu i nawet ci do głowy nie przyszło, żeby zacząć poznawać samą siebie, prawdziwą siebie. Żeby się dowiedzieć, czego TY chcesz, czego TY potrzebujesz, jaka jest twoja droga,  t w ó j  pomysł na życie. Czy w rodzinnym domu było ci dobrze?

MAŁGOSIA: Nie za bardzo.

KASIA: Czyli facet wyjął cię z miejsca, w którym nie było ci dobrze, włożył do innego i zapewnił, że teraz już na pewno będzie dobrze. A ty mu uwierzyłaś. W dodatku nie wymagał od ciebie niczego poza prasowaniem, praniem i sprzątaniem. I ty w to wszystko weszłaś jak w masło!

Różne twoje cechy, które masz od urodzenia – to, że jesteś żywą, fajną istotą – przetrwały, bo było ci w miarę wygodnie i miło. Na pewien czas zyskałaś nawet poczucie, że masz miłość, prawda? Ale żeby tak samej rączki w coś włożyć i stworzyć, to nie. To on powinien się starać, byś nadal czuła się atrakcyjna, dbać o twój rozwój, dostarczać wartości. A tymczasem on, zadowolony z tego co ma, po prostu siedzi w domu i nie dba o to, że pani się zaczęło nudzić.

MAŁGOSIA: Nie, nie, nie! Absolutnie nie tak. On właściwie nic z siebie nie dawał.

KASIA: Jak to: niczego nie dawał?

MAŁGOSIA: To ja byłam tą z inicjatywą.

KASIA: No i co?

MAŁGOSIA: Na początku było fajnie, bo mąż w tym uczestniczył.

KASIA:Pozwalał się zabierać w różne miejsca, tak?

MAŁGOSIA: Tak. A później zaległ na kanapie.

KASIA:Też miałam męża, który leżał na kanapie, ale go zostawiłam. Dopóki przemieszczaliśmy się z miejsca na miejsce i urządzaliśmy nowe mieszkania, jeszcze się jako tako ruszał, ale potem zaległ na kanapie z szachami i muzyką. Wtedy zdałam sobie sprawę, że ja tak nie chcę. I też nie umiałam się szybko rozstać. Zafundowałam sobie romans, myślałam, że to coś załatwi. Taka wtedy byłam głupia.

MAŁGOSIA: Ja też zafundowałam sobie romans. I to też niczego nie załatwiło. Mąż robił doktorat, ja kupiłam dom. On wykładał na uczelni, ja rodziłam dzieci.

KASIA:A miałaś frajdę z tego wszystkiego?

MAŁGOSIA: No oczywiście.

KASIA:To dlaczego narzekasz? A zarabiał w tym czasie?

MAŁGOSIA: Tak sobie. Ja więcej... Ale ja się cieszę, bo on jest znanym naukowcem.

KASIA: Bo ty jesteś żoną znanego naukowca.

MAŁGOSIA: Nie, ja jestem sobą.

KASIA: Oj, czy na pewno? Przecież twój mąż podnosi twój prestiż.

MAŁGOSIA: No tak, ja wszystkim mówię, że on jest bardzo dobrym specjalistą.

KASIA:Między innymi dzięki tobie.

MAŁGOSIA: Tak.

KASIA: A podziękował ci? Okazał wdzięczność?... No, nie udawaj, że nie słyszysz. Kazałaś sobie podziękować?

MAŁGOSIA: No, niby tak.

KASIA: I co?

MAŁGOSIA: No, nie bardzo.

KASIA: To znaczy, że robiłaś to nieskutecznie.

MAŁGOSIA: No właśnie o to mi chodzi, że przez te wszystkie lata to ja zajmowałam się domem, dziećmi...

KASIA: Ale robiłaś TO z przyjemnością, ochotą... A poprosiłaś go, żeby podziękował, czy liczyłaś, że on się domyśli?

MAŁGOSIA: No, przychodziłam i mówiłam: „Słuchaj, może pojedziemy gdzieś na obiad? Nie chce mi się gotować. Jestem zmęczona...” A on na to, że nie, bo teraz nie może, bo coś tam.

KASIA: Chciałaś, żeby ci podziękował, jadąc z tobą na obiad i pozwalając ci nie gotować?

MAŁGOSIA: No tak...

KASIA: Czy naprawdę by ci to wystarczyło?

MAŁGOSIA: Nie dostałam nawet tyle.

KASIA: Bo niedużo chcesz. Dostać podziękowanie to nie to samo, co pójść na obiad. Myślę, że miałaś ochotę i na obiad, i na podziękowanie. Tylko wtedy to już by była rozpusta, prawda?

MAŁGOSIA: I to jaka!

KASIA: Pracowałaś na jego karierę. Może nie byłaś w tym bezinteresowna, bo pracowałaś też na własną, ale dzięki tobie mógł robić swoje łatwiej i szybciej. Nie był obciążony sprawami domu i gdyby ci podziękował, poczułabyś się doceniona w tym, co robiłaś. Nie dopominałaś się wprost o wdzięczność, bo to przecież nie wypada. Chciałaś mieć przynajmniej ten obiadek na mieście, ale tego też jasno nie powiedziałaś. To by się liczyło tylko wtedy, gdyby on sam się domyślił.

MAŁGOSIA: No jasne. Sama go przyzwyczaiłam do tego, że o nic nie musiał prosić, za nic dziękować, a ja i tak zasuwałam.

KASIA: Kiedy traktujesz siebie jak wieloczynnościowego robota, stajesz się nim. Proste.

MAŁGOSIA: Sama to sobie zrobiłam.

KASIA: Brawo. Mądra konstatacja.

MAŁGOSIA: Dziękuję.

KASIA:Proszę bardzo! I powtarzaj sobie, że  d l a t e g o  nic nie masz – ani podziękowań, ani obiadku, bo sama sobie to robisz. Nie robisz oczywiście tego specjalnie, ale robisz! Znam taki dowcip o facecie, który skonstruował pułapkę na myszy. Przychodzi do urzędu patentowego i chce ją zarejestrować. Wynalazek jest prosty: stawiamy żyletkę na sztorc, po jednej stronie kładziemy serek, po drugiej słoninkę. Przychodzi myszka i podjada, z tej strony serek, z tej strony słoninka, i ucina sobie główkę. „Dobry ten pana wynalazek, ale drogi” – mówią mu w urzędzie. „Niech pan pomyśli i przyjdzie jeszcze raz”. Po miesiącu facet wpada rozradowany. „Już wiem! Stawiamy samą żyletkę, przychodzi myszka i patrzy: ani serka, ani słoninki, i ucina sobie główkę”. Widzicie podobieństwo? Kiedy facet startuje do dziewczyny, mami ją i serkiem, i słoninką. Po latach nie ma już ani serka, ani słoninki, ale główka i tak jest już ucięta.

MAŁGOSIA: Od września jestem sama, bo powiedziałam, że mam dość.

KASIA: Nie wyglądasz na ucieszoną...

MAŁGOSIA: Tydzień po rozstaniu z mężem pojechałam do filharmonii i spotkałam się z koleżankami. Wszyscy mi mówili, że dobrze wyglądam i że promienieję. Wróciłam do domu i pomyślałam, że może nie powinnam dobrze wyglądać, skoro facet mnie zostawił.

KASIA: O Jezu, z niektórymi nie warto pracować!!! Albo się ockniesz, albo nic z tego nie będzie. Mam wrażenie, że lubisz sobie posiedzieć w tym błotku. Czy ty wiesz, czego chcesz? Chcesz go czy nie? Wyrzucasz go, a teraz jęczysz, że go nie ma?

MAŁGOSIA: Wyrzuciłam, bo myślałam, że się ocknie.

KASIA: A jak on ma się zorientować, że w ten sposób chcesz mu coś pokazać? Nazbierałaś mnóstwo agresji wobec niego. Ulała ci się z tego garnka i teraz nie wiesz, co zrobić, bo umiesz reagować tylko wtedy, kiedy gar ze złością jest pełen. Małgosiu, obawiam się, że sterują tobą twoje nieopanowane emocje, nie twoja świadomość. Nie twoja wiedza o sobie, nie to, czego chcesz, nie to, czego nie chcesz, tylko to, że już nie możesz wytrzymać. To nie jest pomyślna diagnoza, bo oznacza, że jesteś wobec samej siebie bezradna. Działasz odruchowo i w efekcie znajdujesz się w miejscu, w którym wcale nie chciałaś być. Dzieje się tak, bo nie znasz siebie, nic o sobie nie wiesz.

MAŁGOSIA: Przecież trzeba być odpowiedzialnym i konsekwentnym.

KASIA:Mówisz o odpowiedzialności? Przecież nie jesteś odpowiedzialna!!! Reagujesz tylko na coś, co pojawia się z zewnątrz. Nie masz kontaktu ze sobą. Cały czas patrzysz...

MAŁGOSIA: ...jak mnie inni postrzegają.

KASIA: Właśnie. Jesteś w żłobku, jeśli chodzi o dojrzałość. Zobacz, dla kogo jesteś taka ładna, zgrabna, elegancka...

MAŁGOSIA: ...i jeszcze świetna w łóżku.

KASIA:Dla faceta czy dla siebie? Może spełnianie jego potrzeb myli ci się z seksualnością? Nie ciekawi cię, gdzie twoja prawdziwa seksualność, siła i energia z brzucha? Zdziwiłabyś się, że jest ktoś w tobie,kto może cię wiele nauczyć... Tylko bądź łaskawa spojrzeć w siebie,a nie ciągle tkwić w schemacie: „Bo ON”.

MAŁGOSIA: Ale ja mam tę świadomość.

KASIA: I mimo to nadal siebie nie szanujesz. Bo ta świadomość boli, bo zaprasza do trudnej pracy nad sobą. Czasem wolimy jej nie mieć, bo tak jest łatwiej i wygodniej. Czasem pokazać swoją prawdziwą twarz oznacza pokazać twarz biednej, niewiedzącej, co ze sobą zrobić, kobiety. Zagubionej, bez kształtu i bez pomysłu na siebie. To powoduje straszny ból, od którego chcemy uciec. Dlatego stajemy się skrajnie nieprawdziwe i nie możemy dać sobie wsparcia. Od innych najczęściej słyszymy: „Nie pokazuj mu, że ciebie to tak boli. Rób dobrą minę do złej gry”. To taki sam sygnał, jaki dostawałyśmy od rodziców: „Nie sprawiaj nam, dziecko, kłopotów, bądź grzeczna”. Więc jesteś. Ładnie się ubierasz, ładnie zachowujesz, bo się boisz, że nikt nie chciałby być z tobą słabą, taką bez makijażu, taką bezradną.

(Małgosia płacze, po chwili ociera łzy)

KASIA: Co robisz ze swoim płaczem?

MAŁGOSIA: Oczy mi się rozmażą.

KASIA: Tak sobie radzisz z bólem, strachem, poczuciem słabości?! Szybko je wycierasz.

MAŁGOSIA: Bo przecież jestem chyba czegoś warta, a nie tylko tyle, by sprzedawać te debilne ubezpieczenia...

KASIA: Komu udowadniasz, że jesteś czegoś warta?

MAŁGOSIA: Swojemu facetowi.

KASIA: Tak? Na pewno?!

MAŁGOSIA: Sobie?

KASIA:Nie sądzę. Komu?

MAŁGOSIA: Nie wiem.

KASIA: OK, to zostań z tym, że na razie nie wiesz. Wcześniej już komuś nie udowodniłaś, ale możesz być niegotowa, by zajrzeć tam teraz. Bardzo cię proszę, byś zrobiła dla siebie rzecz dziwną i trudną: żebyś uznała chociaż na chwilę, że ważniejsza dla siebie jesteś ta płacząca, a nie ta elegancka. Ta rozbebłana, a nie wyfiokowana. Ta prawdziwa. Bo tylko wtedy będziesz miała wsparcie w samej sobie.

(przerwa)

KASIA: Dziewczyny, to zgroza, ile baba jest w stanie zrobić dla faceta! Ja miałam takie wyobrażenie, że jak kogoś pokocham, to tak bardzo, że będę dla niego podłogi szorować. Rozumiecie? Na kolanach. Będę klęczeć ze szmatą w garści i będę czyścić mu te podłogi, z miłości. Takie miałam wyobrażenie o oddaniu. To było coś nieprawdopodobnie smutnego. To było moje osobiste dno. To było strasznie przeciwko mnie samej. I wiecie, ile razy ja to słyszę od was! Tylko w różnych wersjach.

Pewnie teraz odzywa się w was: „No jak to? Przecież romantyczna,  p r a w d z i w a  miłość to właśnie całkowite oddanie, ja jestem jego, a on jest mój”. Tak, tak. Ja jestem jego, ale on niekoniecznie jest mój.

Od wieków ochoczo oddajemy siebie. Za co? Za iluzję. Za marzenie o tym, jaki on będzie. Że mi zaimponuje, że mi się spodoba, że mnie weźmie, że mnie oszołomi, no nie? He, he... Dowcip Mleczki mi się przypomina: „Wziął pięćset złotych i mnie oszołomił...” Co najbardziej oszałamia dziewczyny pragnące miłości? Najbardziej bierze nas to, że facet jest niedostępny. Samotny jak wilk stepowy, nieosiągalny jak wieszcz na Ajudahu skale... Pomilczy, popatrzy głęboko w oczy, a potem znika. Jest męską tajemnicą, jest taki, kurde, boski...

Do tego najczęściej ma bajer. I tym bajerem potrafi tak zanęcić, że od razu jesteś ugotowana – przekonana, że rozpoczyna się właśnie wyjątkowa miłosna przygoda. Tylko jak się do niego dobrać? Im bardziej się zbliżasz, tym  b a r d z i e j  on ucieka. To jest to!

Żadne tam, żeby na spacer wziąć, za rękę potrzymać. To nic nie jest. I potem jeszcze pocałować i powiedzieć: „Zadzwonię do ciebie jutro” – i zadzwonić. Toż to nudy! Powiedział, że zadzwoni, i zadzwonił, powiedział: „Wiesz co, lubię cię”, to za czym ty teraz będziesz wzdychać? Toż to nie jest ten rycerz, wojownik, na którego czekasz. Ten pan Nieosiągalny, który tu i tam po świecie jeździ – a przynajmniej po okolicy – i nigdy nie wiadomo, kiedy przyjedzie i kiedy będzie się musiał pakować z powrotem. Tu mu piórko błyszczy, tam mu się czaprak mieni... On bryluje, a ona w okienku: „Żeby on tak po mnie, po mnie...” A on... do sąsiadki.

W czym tkwi sedno tej całej zabawy? Co nas tak totalnie załatwia? To, że prawie wszystkie byłyśmy wychowywane neurotycznie, co oznacza: „Nie wystarczy, że jestem”. Zdrowe kochanie wyposaża nas w poczucie: „Wystarczy, że jestem”. Mogę iść na krawcową, mogę być szewcem, pracować w zieleni miejskiej. Rozumiecie? Chodzi o to, jakich nas chcą rodzice. Jeśli nas kochają, to cokolwiek robimy, dla nich jesteśmy w porządku. Jakiekolwiek stopnie przyniosę, jestem w porządku. Czegokolwiek się nauczę i w jakimkolwiek tempie, jestem w porządku. Kto miał tak w domu? Ja nie, a wy? Kto tak miał? Jedna. Pokaż się, misiu. Przecież to rzadkość!

Dla zdrowych rodziców dziecko to miód-malina – czy ono krzywe, czy ma odstające uszy, piegi, czy ono chude czy grube, ryże, czy matematyki ni w ząb nie rozumie. I tak jest po prostu cudem świata. Naszego świata, bo całego przecież nie musi. Ale ja was pytam – kto ma sam ze sobą na tyle dobrze, żeby móc tak traktować swoje dziecko? Żeby je tak traktować, trzeba najpierw traktować w ten sposób siebie. Żeby traktować tak siebie, trzeba mieć dobrych rodziców i kółko się zamyka. A my z takiego wychowania wychodzimy w świat i musimy sobie potem z tym radzić. Od razu pojawia się pytanie – co to znaczy „radzić sobie”? Największym zadaniem, jakie stoi przed nami, jest „dokochanie siebie”, czyli wyrównanie tego, czego nie dostaliśmy od rodziców. Nikt nie wie lepiej od nas, czego potrzebujemy. Każda z nas jest na innym etapie tego „dokochiwania” siebie. Czasami nawet siebie nie lubimy. A czasami, co bardzo przykre, nawet siebie nienawidzimy. A im bardziej siebie nienawidzimy, tym bardziej nie chcemy się o tym dowiedzieć i żeby to jak najskrzętniej ukryć, idziemy w doktoraty, profesury, awanse, specjalizacje, dokształcanie i co tam jeszcze chcecie. Robię karierę, żeby udowodnić sobie i innym, a najbardziej rodzicom, że jestem w porządku, że jestem kimś. Paradoks polega na tym, że rodzice się rzeczywiście cieszą, a ich radość podtrzymuje moją postawę.

Chciałabym, żebyście były na kierowniczych stanowiskach. Nawet więcej, uważam, że bardzo się do tego nadajecie. Ale życzę wam, żeby te stanowiska były efektem waszej pasji i radości działania, a nie służyły do ukrycia wewnętrznej biedy. Bo wtedy ta mała, zamknięta w lochu, porzucona przez samą siebie dziewczynka przeżywa straszny głód. A im bardziej czuje, że nie jest ważna taka, jaka jest naprawdę, tym bardziej marzy o rycerzu, który przyjdzie, weźmie ją w ramiona i pokocha, i nareszcie zrozumie. Nareszcie!

To jest tak wielka potrzeba, tak wielkie wołanie, tak ogromny głód, takie napięcie, że gdy on się pojawi i powie: „Jesteś cudowna, podobasz mi się”, to dziewczynka jakby znowu trafiła do brzucha mamusi. Nareszcie dla kogoś się liczy. Czuje się wtedy jak królowa, bogini, no po prostu Matka Boska i kochanica Francuza razem wzięte. Bo on świata poza nią nie widzi. Gdy ona się skrzywi, on jest nieszczęśliwy, a gdy się uśmiechnie, on jaśnieje. I ona myśli, że on już na zawsze do niej należy.

Od tego cudownego oszołomienia może się zacząć uzależnienie. Im mniej w nas poczucia, że jesteśmy kochane, fajne i takie jak trzeba, tym większą mamy dziurę do zapełnienia.

(przerwa)

KASIA: Jak się czujecie?

GOŚKA: Dobrze, ja tu odpoczywam.

EWKA: No co ty?

GOŚKA: Mogę posłuchać o czymś innym niż praca, tak? Bo od dziesięciu lat pracuję non stop. I wolna chwila to dla mnie luksus.

KASIA: To korzystaj, misiu. Korzystaj!

GOŚKA: Korzystam, tak? To moje pierwsze prawdziwe wakacje od wielu lat. Robiłam sobie jakieś przerwy, krótkie wyjazdy, ale nawet do urlopów podchodziłam zadaniowo. Zrobić, wykonać, na nartach pojeździć, tak? Nauczyć się nurkowania. Nie pamiętam momentu, żebym poczuła luz, żebym się rozleniwiła, nacieszyła chwilą. Zawsze byłam krok do przodu, planując, co będzie dalej...

KASIA: Żyłaś ciągle w planach.

GOŚKA:Tak. Aż do pewnego momentu. Kilka miesięcy temu wylądowałam w szpitalu. Wtedy powiedziałam sobie: „Stop”. Poszłam do psychologa i zaczęłam pracę nad sobą, bardzo intensywną, tak?

KASIA: Skorzystałaś z doświadczenia. Usłyszałaś to „Stop”. Możesz powiedzieć swojemu mądremu organizmowi i swojej główce: „Dziękuję ci”. Powiedziałaś?

GOŚKA: Nie, nie czułam tego. Byłam zła na siebie.

KASIA: Nie dość, że byłaś w złym stanie, to jeszcze dokładałaś sobie. Często tak robimy. Znacie to? Nie lubimy siebie, więc sobie dowalamy. A dlaczego? Pamiętam, kiedyś wywróciłam się przy mamie na spacerze i bolała mnie noga. Co usłyszałam?

EWKA:Dlaczego ty nigdy nie uważasz!

KASIA: Jakbyś tam była, Ewa!

KRYSIA:A ja słyszałam w takich chwilach: „Jeszcze i to na mnie...”

KASIA:Takim skarżącym się głosem?

KRYSIA: Bardzo skarżącym. Czułam się bardzo winna.

KASIA:Czy któraś z was usłyszała: „O, kochanie moje, pochuchamy na nóżkę?” O, jedna! Fajnie, choć tyle. Wracając do ciebie, Gosiu, proponuję: zacznij być dla siebie coraz lepszą mamą. Troszcz się o siebie z czułością, nie ze złością. Zdrowia będzie o wiele szybciej przybywać. Myślisz, że możesz zrobić to dla siebie?

GOŚKA: Chyba już powoli tak.

KASIA:Super. Więc podziękuj sobie.

GOŚKA: Jak ja mam podziękować? Sobie?!

KASIA: Tak po prostu. Dziękuję ci, Gosiu.

GOŚKA: Dziękuję ci, Gosiu.

KASIA: Jak się z tym czujesz?

GOŚKA: Dziwnie.

KASIA: Oczywiście. Jeszcze nieoswojone. Powtórz parę razy, z przekonaniem.

GOŚKA: Dziękuję ci, Gosiu.

KASIA: Jak teraz?

GOŚKA: No, coraz przyjemniej.

KASIA: Super. Mów coraz częściej. Kiedy zaczniesz mówić: „Dziękuję”, ciało się dowie, że docierają do ciebie jego sygnały, i będzie wiedziało, że można ci przesyłać kolejne.

I będziesz miała wspaniałego sprzymierzeńca w sobie. Rozumiecie to, dziewczynki? Ucieszyć się: choroba mi pokazała, że dosyć tego tyrania; wypadek mi pokazał, że jadę nie w tę stronę; ból mi pokazał, że żyję nie tak, jak bym chciała. Trzeba podziękować!

„Drugi mózg” mamy przecież w brzuchu. To jest ośrodek emocji. Głowa czasami prowadzi nas na manowce. Przegrzewa się. A ciało daje znaki, których często nie odbieramy. A ty, Gosiu, jesteś mądra i wspaniała, że je zauważyłaś. Zobaczcie, jak często chodzimy do lekarzy i nic to nam nie pomaga. Całkowicie oddajemy władzę nad sobą komuś z zewnątrz i nie słyszymy, że organizm wyje do nas o pomoc.

GOŚKA: Ja oddałam władzę nad sobą szefowi. Ciągle czegoś ode mnie chciał. Był dla mnie bardzo ważny, tak? Jak ojciec. Ojciec chce, żebym coś zrobiła, to ja to zrobię. Był w dodatku dobrym psychologiem i tak do mnie mówił, że nigdy nie miałam wątpliwości, czy zostać po godzinach i zapierdalać jak dziki osioł.

KASIA: Najlepsza córka tatusia.

GOŚKA: Tak...

KASIA:A chociaż mówił, że jesteś świetna? Dziękował?

GOŚKA: Tak.

KASIA:O, czyli