Opis

Nagroda Goncourtów 2015. Nominacja do Międzynarodowej Nagrody Bookera 2017.

Obsypana nagrodami niezwykła powieść o orientalnej miłości i spotkaniu kultur

Wiedeń, przed północą. Muzykolog, Franz Ritter, po raz kolejny sięga po opium. Jest chory, ciężko chory i chce uciec przed bólem. Narkotyk pobudza jego wyobraźnię i podczas tej kolejnej nocy spędzonej samotnie Franz majaczy o niespełnionej miłości – Sarze. Niedawno otrzymał od niej list, dający nadzieję na podjęcie romansu, który połączył ich na jedną noc dawno temu, w Teheranie... Sara jest uznanym naukowcem, orientalistką zafascynowaną obrazem Wschodu w relacjach podróżników z Europy oraz jego ciemną stroną, czarną magią. We wspomnieniach i obsesyjnych wizjach Franza te orientalne wątki – sam również kocha tę kulturę – wtapiają się w miłosne reminiscencje. Zdaniem recenzentów ta erudycyjna i pełna melancholii powieść jest najlepszą odtrutką na obraz Wschodu, budowany przez współczesne wydarzenia.

Zmysłowa i uczona... Bardzo piękna książka.

„Le Monde"

Mathias Enard (ur. 1972) – pisarz francuski, tłumacz, studiował język arabski i perski w INALCO, wykłada język arabski. Laureat Nagrody Goncourtów (2015) za powieść Busola.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 604

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: BUSSOLE
Opieka redakcyjna: ANITA KASPEREK
Konsultacja: ZBIGNIEW LANDOWSKI
Redakcja: Pracownia 12A
Korekta: JACEK BŁACH, KAMIL BOGUSIEWICZ, Pracownia 12A, EWELINA KOROSTYŃSKA
Projekt okładki i stron tytułowych: MAREK PAWŁOWSKI
Zdjęcia na okładce: © Alamy Stock Photo oraz Robert Wood, The Ruins of Palmyra, otherwise Tedmor, in the Desart,  Londyn, 1753
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
Skład i łamanie: Pracownia 12A
Cet ouvrage, publié dans le cadre du Programme d’aide à la publication BOY-ŻELEŃSKI, a bénéficié du soutien du Service de Coopération et d’Action Culturelle de l’Ambassade de France en Pologne.
Książkę wydano dzięki dofinansowaniu Wydziału Kultury Ambasady Francji w Polsce w ramach Programu Wsparcia Wydawniczego BOY-ŻELEŃSKI.
© Editions Actes Sud – Arles 2015 Published by arrangement with Lester Literary Agency © Copyright for the Polish transalation by Wydawnictwo Literackie, 2017
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-05918-0
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków tel. (+48 12) 619 27 70 fax. (+48 12) 430 00 96 bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 e-mail: [email protected] Księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Die Augen schließ’ ich wieder,

noch schlägt das Herz so warm.

Wann grünt ihr Blätter am Fenster?

Wann halt’ ich mein Liebchen im Arm?

Zamykam oczy,

Moje serce nadal bije w uniesieniu.

Kiedy w oknie znowu pojawią się liście?

Kiedy znowu w ramionach będę trzymał swą miłość?

Wilhelm Müller, Franz Schubert, Podróż zimowa

Obaj jesteśmy palaczami opium, każdy w swoim obłoku, nie widzimy niczego poza nim, osamotnieni palimy, nigdy się nie porozumiewając, nasze udręczone twarze odbijają się w lustrze, stanowimy stężały obraz, któremu czas nadaje złudzenie ruchu, kryształek śniegu ślizgający się po szadzi pełnej niedostrzeganych przez nikogo splątanych warstw, wodę skroploną na szybie okna mojego salonu, płynną toczącą się perłę, nieświadomą istnienia pary, która wydała ją na świat, i atomów, które ciągle jeszcze ją tworzą, choć wkrótce zaczną służyć innym molekułom, innym ciałom, chmurom wiszącym dziś ciężko nad Wiedniem: kto wie, z którego karku spłynie ta woda, z czyjej skóry, z którego chodnika, ku której z rzek, ta niewyraźna twarz na szkle jest moja tylko przez chwilę, to jedna z milionów możliwych konfiguracji złudzenia – o, pan Gruber wyprowadził psa pomimo mżawki, ma zielony kapelusz i swój nieśmiertelny płaszcz przeciwdeszczowy; chroni się przed rozbryzgami spod kół, wykonując na chodniku małe zabawne susy: pies myśli, że jego pan chce się bawić, więc skacze na niego i kiedy kładzie brudną łapę na płaszczu, dostaje solidnego klapsa; Gruber ostatecznie zbliża się do jezdni, żeby przejść na drugą stronę, światło latarń wydłuża jego sylwetkę – jest jak czarniawa plama na morzu cieni wysokich drzew poprzecinanym jasnymi smugami samochodowych świateł na Porzellangasse; Herr Gruber z wyraźnym wahaniem zapuszcza się w noc na Alsergrund, podobnie jak ja z wahaniem porzucam kontemplację kropel wody, termometru i rytmu tramwajów jadących w kierunku Schottentor.

Życie jest bolesnym refleksem, snem opiumisty, poematem Rumiego śpiewanym przez Szahrama Nazeriego; wygrywane na tonpaku ostinato wprawia w lekką wibrację szybę pod moimi palcami, jakby to była skóra bębna; powinienem wrócić do lektury, zamiast patrzeć, jak pan Gruber znika w deszczu, zamiast przysłuchiwać się krętym melizmatom irańskiego pieśniarza, którego siła głosu mogłaby przyprawić o rumieniec wstydu niejednego z naszych tenorów. Powinienem zatrzymać płytę, przy niej nie mogę się skupić; chociaż czytam tę nadbitkę już po raz dziesiąty, nie rozumiem jej tajemniczego znaczenia, dwadzieścia stron, dwadzieścia strasznych, przeszywających chłodem stron, które dotarły do mnie właśnie dzisiaj – dzisiaj, kiedy to współczujący lekarz prawdopodobnie znalazł nazwę na moją chorobę, uznał moje ciało za oficjalnie chore, niemal z ulgą przykładając – jak usta w pocałunku śmierci – diagnozę do objawów; tę diagnozę należy jednakże potwierdzić, rozpoczynając leczenie – jak powiedział – i obserwować przebieg, no właśnie przebieg – i oto jestem w tym punkcie, obserwuję bieg kropli wody, która zniknie, zanim przeistoczy się w Wielkie Wszystko.

Nie istnieją przypadki, wszystko jest ze sobą powiązane, powiedziałaby Sara, dlaczego właśnie dziś dociera do mnie pocztą ten artykuł – staromodna nadbitka, papier i zszywki zamiast PDF-a dołączonego do wiadomości z życzeniami „miłej lektury”, do e-maila, który mógłby zawierać jakieś informacje, wyjaśniać, gdzie ona teraz przebywa, a przebywa w Sarawaku, skąd pisze; to – jeśli wierzyć mojemu atlasowi – jeden ze stanów Malezji, położony w północno-zachodniej części wyspy Borneo, w pobliżu państwa Brunei z bogatym sułtanem, a także – z tego, co pamiętam – w pobliżu kolebki gamelanów Debussy’ego i Brittena – ale treść artykułu dotyczy czegoś całkiem innego; żadnej muzyki, prócz, być może, długiej, żałobnej pieśni; dwadzieścia gęsto zadrukowanych stron opublikowanych we wrześniowym numerze „Representations”, eleganckiego, wydawanego przez Uniwersytet Kalifornijski magazynu, do którego już wcześniej Sara często pisywała. Artykuł został opatrzony zdawkową dedykacją na stronie tytułowej, bez komentarza, „Dla Ciebie, drogi Franzu, całuję Cię mocno, Sara”, i wysłany siedemnastego listopada, czyli dwa tygodnie temu – nadal potrzeba dwóch tygodni, by przesyłka pokonała drogę z Malezji do Austrii, może Sara poskąpiła na znaczki, mogła chociaż dorzucić jakąś widokówkę, co to oznacza, przejrzałem wszystkie jej ślady w swoim mieszkaniu, artykuły, dwie książki, kilka fotografii, a nawet jedną z wersji doktoratu – drukowaną, w skóropodobnej oprawie – dwa grube tomy, po trzy kilogramy każdy:

„Istnieją rany psychiczne, które jątrząc się, toczą powoli, jak trąd, psychikę człowieka”[1] – pisze Irańczyk Sadegh Hedajat na początku powieści Ślepa sowa: ten drobny mężczyzna w okrągłych okularach wiedział o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Właśnie jedna z takich ran skłoniła go do odkręcenia gazu w mieszkaniu przy ulicy Championnet w Paryżu, gdy pogrążony był w głębokim osamotnieniu, pewnego kwietniowego wieczoru, daleko od Iranu, bardzo daleko; za towarzystwo służyło mu kilka poematów Chajjama i – być może – ciemna butelka koniaku albo grudka opium, a może nic, zupełnie nic, poza tekstami, które przechowywał jeszcze, a które zabrał ze sobą w wielką, gazową próżnię.

Nie wiadomo, czy pozostawił list lub znak inny niż dawno ukończona powieść Ślepa sowa; dwa lata po śmierci zyska dzięki niej podziw francuskich intelektualistów, którzy nigdy nie czytali niczego irańskiego: wydawca José Corti opublikuje Ślepą sowę wkrótce po Brzegach Syrtów; Julien Gracq odniesie sukces w 1951 roku, niedługo po samobójstwie Hedajata, i powie, że Brzegi... to powieść o „wszystkich szlachetnych łajdakach”, takich jak ci, którzy właśnie wykończyli irańskiego pisarza w oparach wina i gazu. André Breton stanie po stronie obu mężczyzn i ich książek, lecz będzie już za późno, by zaleczyć rany Hedajata, gdyby w ogóle dało się je zaleczyć, gdyby jego ból nie był – a najprawdopodobniej był – nieuleczalny.

Drobny mężczyzna w grubych okrągłych okularach zachowywał się na wygnaniu tak jak w Iranie, spokojnie i dyskretnie, a mówił cicho. Cenzurowano go ze względu na ironię i złośliwy smutek, a może bardziej ze względu na sympatię do pijaków i szaleńców, albo na podziw, jakim darzył niektóre książki i poetów; być może cenzurowano go, ponieważ nie stronił od opium i kokainy, drwiąc jednocześnie z narkomanów; bo pił w samotności albo miał czelność niczego już nie oczekiwać od Boga, nawet w te najbardziej samotne wieczory, kiedy wzywał go gaz; a może dlatego, że żył w nędzy albo że rozsądnie wierzył w wartość swoich pism lub też nie wierzył w nią – wszystko to mogło przeszkadzać.

Tak czy inaczej, żadna tablica przy ulicy Championnet nie upamiętnia ani jego życia, ani jego odejścia; w Iranie nie przypomina o nim żaden pomnik, pomimo ciężaru historii, która uczyniła go pisarzem nieodzownym, i pomimo jego śmierci, która nadal ciąży na jego rodakach. Dzieła Hedajata żyją dziś w Teheranie w taki sam sposób, w jaki on umarł, w nędzy i w podziemiu, jako towar zapełniający stragany na targach staroci albo jako okaleczone reedycje z wyciętymi aluzjami, które mogłyby nakłonić czytelnika do samobójstwa lub sięgnięcia po narkotyki, a wszystko po to, by ocalić irańską młodzież, skłonną do rozpaczy, śmierci i używek, młodzież, która z apetytem rzuca się na książki Hedajata, jeśli tylko do nich dotrze; i tak – sławny, choć rzadko czytany – spoczywa na Père-Lachaise wśród wielkich nazwisk, o dwa kroki od Prousta, tak skromny po śmierci jak za życia, równie dyskretny, bez jaskrawych kwiatów na grobie i rzadko odwiedzany od tego kwietniowego dnia 1951 roku, kiedy to wybrał gaz i ulicę Championnet, żeby położyć kres wszechrzeczy, zżerany przez zniewalający i nieuleczalny trąd duszy. „Nikt nie podejmuje decyzji o samobójstwie; samobójstwo tkwi w niektórych ludziach, leży w ich naturze”. Hedajat napisał te słowa pod koniec lat dwudziestych. Napisał je, zanim przeczytał i przetłumaczył Kafkę, zanim zaprezentował Chajjama. Jego dzieło zaczyna się od końca. Pierwszy opublikowany przez niego tom otwiera utwór Zende be-gur, czyli „Pogrzebany żywcem”, samobójstwo i destrukcja; opowiadanie, jak się zdaje, jasno opisuje myśli mężczyzny w chwili, w której – dwadzieścia lat później – oddaje się we władanie gazu i powoli zapada w sen, zniszczywszy uprzednio wszystkie dokumenty i notatki, w maleńkiej kuchni przepełnionej nieznośnym zapachem nadchodzącej wiosny. Hedajat zniszczył własne rękopisy, prawdopodobnie wykazując się większą odwagą niż Kafka, może dlatego, że nie było przy nim żadnego Maxa Broda, może dlatego, że nikomu nie ufał albo że był przekonany, iż przyszła pora, by to wszystko unicestwić. I podczas gdy Kafka odchodzi, krztusząc się, poprawiając do ostatniej chwili teksty, które chciałby spalić, Hedajat pogrąża się w powolnej agonii ciężkiego snu; jego śmierć została opisana już dwadzieścia lat temu, jego życie naznaczyły blizny i rany, i trąd, który zżerał go w samotności, a który, jak się możemy domyślić, miał związek z Iranem, ze Wschodem, z Europą, z Zachodem; tak samo Kafka był w Pradze Niemcem, Żydem i Czechem zarazem, nie będąc jednocześnie żadnym z nich, zagubiony bardziej od innych i bardziej od innych wolny. Hedajat nosił w sobie jedną z tych ran sprawiających, że niepewnie czujemy się w świecie, rysę, która otwierała się coraz szerzej, aż zamieniła się w szczelinę; jest w tym, podobnie jak w opium, w alkoholu, we wszystkim, przez co się rozpadamy, nie oznaka choroby, lecz decyzja, chęć rozszczepienia swojej istoty aż do końca.

We wstępie do niniejszej pracy przypominamy Hedajata i jego Ślepą sowę, ponieważ chcemy zaproponować zbadanie tej szczeliny, zajrzenie w tę rozpadlinę, zrozumienie stanu upojenia tych, którzy zbyt mocno przechylili się w stronę odmienności; chwyćmy za rękę drobnego mężczyznę i przyjrzyjmy się toczącym go ranom, narkotykom, tęsknocie, i zbadajmy to, co „pomiędzy” – ów barzach – świat między światami, w którym lądują artyści i podróżnicy.

Prolog ten jest zdecydowanie zaskakujący, pierwsze linijki nawet po piętnastu latach zbijają z tropu – późno już chyba, oczy mi się kleją nad tym starym maszynopisem, choć słyszę tonpak i głos Nazeriego. Podczas obrony pracy doktorskiej Sara była wściekła, bo skrytykowano „romantyczny” ton jej wstępu i – „absolutnie niezwiązaną z tematem” – paralelę dotyczącą Gracqa oraz Kafki. Morgan, jej promotor, próbował jej bronić, w dość naiwny zresztą sposób, mówiąc, że „zawsze dobrze jest wspomnieć o Kafce”, co wywołało westchnienia komisji złożonej z naburmuszonych orientalistów i przysypiających mandarynów, których z doktrynalnego snu wyrwać mogła jedynie wzajemna nienawiść: dość szybko zapomnieli o zaskakującej preambule Sary i zaczęli się spierać o kwestie metodologiczne – chodziło im o to, że nie wiedzieli, w jaki sposób s p a c e r (stary facet wycharczał to słowo jak obelgę) może mieć w sobie cokolwiek naukowego, nawet jeśli za rękę prowadzi nas Sadegh Hedajat. Byłem akurat przejazdem w Paryżu, zadowolony, że po raz pierwszy wezmę udział w obronie pracy doktorskiej „na Sorbonie” i że w dodatku będzie to praca Sary, lecz gdy tylko minęło zaskoczenie i rozbawienie wywołane widokiem mocno sfatygowanych korytarzy, sali i komisji relegowanej w odległy zaułek Bóg wie którego, zagubionego w labiryncie świadomości wydziału, gdzie pięciu luminarzy miało kolejno wykazać brak zainteresowania omawianym tekstem, czyniąc przy tym nadludzki wysiłek – podobnie jak ja wśród publiki – żeby nie zasnąć – gdy opadły pierwsze emocje, doświadczenie to przepełniło mnie goryczą i melancholią, i kiedy opuszczaliśmy salę (nijaką salę wykładową o pulpitach z popękanej sklejki, na których zamiast książek gromadziły się rozpraszające rysunki i stare gumy do żucia), umożliwiając tym ludziom naradę, poczułem przemożną chęć, żeby wziąć nogi za pas, ruszyć w dół bulwaru Saint-Michel i pochodzić brzegiem rzeki, unikając spotkania z Sarą, bo nie chciałem, by domyśliła się moich wrażeń z obrony, która musiała być dla niej bardzo ważnym wydarzeniem. Publiczność składała się z trzydziestu osób. Stłoczeni na maleńkim korytarzu, stanowiliśmy spory tłumek; Sara wyszła w tym samym czasie co reszta, rozmawiała ze starszą, bardzo elegancką panią – wiedziałem, że to jej matka – i z młodym, zdumiewająco podobnym do niej mężczyzną – był to jej brat. Nie mogłem dotrzeć do wyjścia, nie minąwszy ich, więc zawróciłem i zacząłem oglądać zdobiące korytarz portrety orientalistów, stare, pożółkłe grafiki i tablice pamiątkowe z epoki dawnej świetności. Sara gawędziła, wyglądała na wyczerpaną, ale nie załamaną; być może, w ferworze naukowej dyskusji, robiąc notatki i przygotowując odpowiedzi, miała inne odczucia niż publiczność. Dostrzegła mnie, pomachała. Przyszedłem tu przede wszystkim, żeby jej towarzyszyć, ale także, żeby przygotować się – choćby tylko mentalnie – do obrony własnej pracy – i to, co zobaczyłem, raczej nie dodało mi odwagi. Myliłem się: po kilkuminutowej dyskusji, gdy znów zawołano nas do sali, Sara otrzymała najwyższą ocenę – przewodniczący komisji, słynny wróg „spacerów”, żarliwie pochwalił jej pracę, a ja dziś, czytając prolog tekstu, przyznaję, że było coś mocnego i nowatorskiego w tych czterystu stronach na temat wizerunków i sposobów przedstawiania Orientu, nie-miejsc, utopii, fantazji ideologicznych, w których zbłądziło wielu pragnących się przez nie przeprawić: ciała artystów, poetów i podróżników próbujących je przemierzyć były stopniowo pchane ku zagładzie; złudzenia toczyły, jak mawiał Hedajat, duszę w samotności – to, co przez długi czas nazywano szaleństwem, melancholią, depresją, było często wynikiem tarcia, utraty samego siebie w akcie tworzenia, w zetknięciu z odmiennością, i choć ten wniosek wydaje mi się dziś nieco pospiesznie sformułowany, by nie rzec – romantyczny – tkwiła w nim już, bez wątpienia, prawdziwa intuicja, na której Sara zbudowała całą swoją późniejszą twórczość.

Po werdykcie, ucieszony, poszedłem jej pogratulować, a ona ucałowała mnie serdecznie, pytając: „Co ty tu robisz?”; odpowiedziałem, że szczęśliwy zbieg okoliczności przywiódł mnie do Paryża właśnie w tym momencie, i było to niewinne kłamstwo. Poprosiła, żebym przyłączył się do jej bliskich i wypił z nimi tradycyjny kieliszek szampana, zgodziłem się i ponownie spotkaliśmy się na piętrze jednej z pobliskich kawiarni, gdzie często świętuje się takie wydarzenia. Sara wydała mi się nagle przygnębiona, zauważyłem, że szary kostium dosłownie na niej wisi; Akademia wyssała jej kształty, ciało nosiło ślady wysiłku, jaki włożyła w kilkumiesięczną pracę: ostatnie cztery lata prowadziły właśnie do tej chwili, miały sens wyłącznie w związku z tą chwilą, i teraz, gdy lał się szampan, Sara uśmiechała się łagodnie jak położnica – miała podkrążone oczy i domyślałem się, że spędziła noc na poprawianiu swojego wystąpienia, zbyt podekscytowana, by spać. Gilbert de Morgan, jej promotor, też tam oczywiście był; spotkałem go już wcześniej, w Damaszku. Nie ukrywał fascynacji swoją podopieczną, obdarzał ją ojcowskim spojrzeniem, które po szampanie nabrało lekko kazirodczego wyrazu: po trzecim kieliszku nakryłem go, jak z błyszczącym okiem i płonącymi policzkami, wsparłszy się łokciami o blat wysokiego stolika, sunie spojrzeniem od kostek Sary do jej paska, z dołu do góry, a potem z góry na dół – wydał z siebie przy tym ciche, melancholijne beknięcie, po czym opróżnił czwarty kieliszek. Dostrzegł, że go obserwuję, przewrócił z rozdrażnieniem oczami, po czym rozpoznał mnie i się uśmiechnął: my się już gdzieś spotkaliśmy, nie? Odświeżyłem mu pamięć, tak, jestem Franz Ritter, widzieliśmy się w Damaszku razem z Sarą, ach, tak, oczywiście, muzyk, a ja byłem już tak nawykły do tego typu pogardy, że w odpowiedzi uśmiechnąłem się tylko głupio. Zamieniłem zaledwie dwa słowa ze świeżo upieczoną panią doktor, nagabywaną przez wszystkich przyjaciół i krewnych, i już utknąłem w towarzystwie tego wielkiego mędrca, którego wszyscy i wszędzie – poza salą wykładową i radą wydziału – usilnie starali się unikać. Zadawał mi okolicznościowe pytania o moją własną karierę akademicką, pytania, na które nie potrafiłem odpowiedzieć i których sam sobie wolałem nie stawiać; był jednakże w dobrej formie, swawolny, jak powiedzieliby Francuzi, by nie rzec – frywolny czy wręcz namolny, i nie wyobrażałem sobie wówczas, że kilka miesięcy później spotkam go w Teheranie, w zgoła innych okolicznościach i w innym stanie ducha, lecz nadal w towarzystwie Sary, która – w tamtej chwili – prowadziła ożywioną dyskusję z Nadimem; właśnie przyszedł, a ona prawdopodobnie zdawała mu szczegółową relację z obrony; dlaczego nie było go wcześniej w sali, tego nie wiem; on także był bardzo elegancki, miał piękną białą koszulę z okrągłym kołnierzykiem, która podkreślała śniadość jego cery i czerń krótkiej brody; Sara trzymała go za obie ręce, jak gdyby mieli za chwilę ruszyć do tańca. Przeprosiłem profesora i podszedłem do nich; Nadim od razu po bratersku mnie uściskał, a ja natychmiast przypomniałem sobie Damaszek, Aleppo, dźwięk jego lutni niosący się przez noc, dźwięk upajający gwiazdy na stalowym, dalekim syryjskim niebie, rozdzieranym dziś nie przez komety, lecz przez rakiety, pociski, krzyki i wojnę – któż wtedy, w 1999 roku, w Paryżu, przy kieliszku szampana, mógł sobie wyobrazić, że Syria zostanie wyniszczona przez najstraszniejsze bezprawie, że suk w Aleppo spłonie, minaret meczetu Umajjadów się zawali, a wielu przyjaciół zginie albo zostanie zmuszonych do ucieczki; nawet dziś, siedząc w wygodnym i cichym wiedeńskim mieszkaniu, nie mogę sobie uświadomić zasięgu tych zniszczeń, rozpiętości tego bólu.

O, zatrzymała się płyta. Jaką moc ma ten utwór Nazeriego! Jaka magiczna, mistyczna prostota tkwi w tej perkusyjnej konstrukcji, podtrzymującej powolny puls śpiewu! Odległy rytm nieuniknionej ekstazy, hipnotyczny zikr wpada w ucho i towarzyszy nam potem przez długie godziny! Nadim to znany dziś na całym świecie lutnista, jego ślub z Sarą wywołał spore poruszenie w niewielkiej cudzoziemskiej społeczności Damaszku – był tak zaskakujący, tak nagły, że wielu – zwłaszcza Ambasada Francji w Syrii – uznało go za podejrzany. Była to jedna z licznych niespodzianek, w których celuje Sara – a najnowszą jest ten szczególnie zajmujący artykuł o Sarawaku; wkrótce po tym, jak zjawił się Nadim, pożegnałem się z nimi, Sara długo dziękowała mi, że przyszedłem, zapytała, czy spędzę w Paryżu jeszcze kilka dni, czy będziemy mieli czas ponownie się spotkać, a ja odpowiedziałem, że jutro wracam do Austrii; z szacunkiem pożegnałem profesora, który teraz już pokładał się na stole, i poszedłem sobie.

Wyszedłem z kawiarni i ruszyłem na dalszy spacer po Paryżu. Powłócząc nogami w zeschłych liściach nad brzegiem Sekwany, roztrząsałem długo rzeczywiste powody, które mogły skłonić mnie do tego, bym tracił czas na obronie doktoratu i zakrapianym spotkaniu po niej; pamiętam pewien moment tej trasy, tej przechadzki w aureoli paryskiego światła wydobywającego z mgły braterskie ramiona mostów – być może cel i sens mojego postępowania objawią mi się dopiero a posteriori, a wiążą się z Wiedniem, gdzie pan Gruber wraca ze spaceru ze swoim okropnym kundlem: ciężkie kroki na schodach, ujadający pies, a potem, tuż nade mną, na suficie, galopady i skrobanie. Pan Gruber nigdy nie umiał zachowywać się dyskretnie, a jednak to on pierwszy skarży się na moje płyty, Schubert jeszcze ujdzie, mówi, ale te stare opery i ta, hm... egzotyczna muzyka, raczej nie przypadają wszystkim do gustu, wie pan, co mam na myśli. Rozumiem, że muzyka panu przeszkadza, panie Gruber, naprawdę jest mi przykro. Pragnę jednak zasygnalizować, że przeprowadziłem wszelkie możliwe i wyobrażalne doświadczenia na zmyśle słuchu pańskiego psa podczas pańskiej nieobecności: odkryłem, że tylko Bruckner (i to na poziomach dźwiękowych niemalże nie do przyjęcia) łagodzi skrobanie pazurami o parkiet i ucisza piskliwe ujadanie, na które zresztą skarży się cała kamienica, i to skłania mnie do rozwinięcia tej kwestii w artykule naukowym z dziedziny muzykoterapii weterynaryjnej, którym ponad wszelką wątpliwość zasłużę sobie na gratulacje kolegów po fachu, a zatytułuję go: Wpływ instrumentów dętych blaszanych na psi nastrój. Zarys tematu i perspektywy.

Ma szczęście ten Gruber, że sam jestem zmęczony, bo inaczej chętnie jeszcze raz puściłbym mu tonpak na cały regulator – jeszcze trochę egzotycznej muzyki dla niego i dla psa. Jestem zmęczony długim dniem wypełnionym wspomnieniami, które – po cóż mydlić sobie oczy? – miały pomóc mi nie myśleć o perspektywie choroby; wracając dziś rano ze szpitala, otwierając skrzynkę na listy, sądziłem, że w miękkiej kopercie znajdują się wyniki badań – laboratorium ma mi przysłać ich kopię: zanim pieczątka poczty nie wyprowadziła mnie z błędu, długo wahałem się, czy otworzyć przesyłkę. Sądziłem, że Sara jest gdzieś między Dardżylingiem a Kalkutą, tymczasem ona ukazuje się w zielonej dżungli na północy Borneo, w dawnej brytyjskiej części tej brzuchatej wyspy. Potworny temat artykułu, oschły styl, tak odmienny od jej zwyczajowego liryzmu – to wszystko jest przerażające; nie pisaliśmy do siebie od wielu tygodni i właśnie w najtrudniejszym okresie mojego życia Sara pojawia się w ten szczególny sposób – spędziłem cały dzień z jej tekstami, z nią, i to pozwoliło mi nie myśleć, nie skupiać się na sobie, a teraz, gdy obiecałem sobie, że poprawię pracę magisterską jednej ze swoich studentek, przyszła pora snu, więc myślę, że zaczekam do rana, by zagłębić się w rozważaniach tej dziewczyny – Orient w operach wiedeńskich Glucka – bo ze zmęczenia kleją mi się oczy, muszę przerwać lekturę i iść spać.

Ostatni raz widziałem się z Sarą, gdy spędzała trzy dni w Wiedniu z sam już nie wiem jakiego naukowego powodu. (Oczywiście zaproponowałem jej, żeby zatrzymała się tutaj, ale odmówiła, twierdząc, że organizacja, która ją zaprosiła, opłaciła wspaniały hotel w typowo wiedeńskim stylu i że nie ma zamiaru z niego rezygnować na rzecz mojej w y s ł u ż o n e j kanapy, co, nie ukrywajmy, bardzo mnie rozsierdziło). Była w świetnej formie i umówiła się ze mną w kawiarni w pierwszej dzielnicy, w jednym z tych luksusowych lokali, którym przepływ wszechobecnych turystów nadaje dekadencki, tak lubiany przez nią charakter. Szybko zaczęła nalegać, żebyśmy wyszli na spacer, mimo mżawki, co wcale mi się nie uśmiechało, nie miałem najmniejszej ochoty udawać urlopowicza w to wilgotne i zimne jesienne popołudnie, ale Sara kipiała energią i ostatecznie mnie przekonała. Chciała jechać tramwajem D aż do stacji końcowej, w górę Nussdorf, a potem przejść się trochę po Beethovengang; odpowiedziałem jej, że będziemy tylko brodzić w błocie, że lepiej zostać w dzielnicy – włóczyliśmy się więc po Graben, aż dotarliśmy do katedry, a ja opowiedziałem jej dwie, trzy anegdoty o sprośnych piosenkach Mozarta – to ją rozśmieszyło.

– Wiesz, Franz – powiedziała mi, gdy mijaliśmy rząd dorożek na skraju placu świętego Szczepana – jest coś interesującego w ludziach, którzy myślą, że Wiedeń to brama Orientu.

Teraz z kolei ja się roześmiałem.

– Nie, nie, nie śmiej się, myślę, że coś o tym napiszę, coś o sposobie przedstawiania Wiednia jako Porta Orientis.

Chrapy koni parowały na chłodzie; zwierzęta defekowały spokojnie do skórzanych worków, które zawieszono im na ogonach, by nie fajdały szlachetnego wiedeńskiego bruku.

– Zastanawiam się, ale jakoś nie widzę przykładów – odpowiedziałem. – Ukute przez Hofmannsthala określenie „Wiedeń bramą Orientu” wydaje mi się bardzo ideologiczne, związane z p r a g n i e n i e m Hofmannsthala dotyczącym miejsca cesarstwa w Europie. Powstało w 1917 roku... Oczywiście mamy tu ćevapčići i paprykę, ale poza tym Wiedeń to bardziej miasto Schuberta, Richarda Straussa, Schönberga – moim zdaniem nie ma w nim nic orientalnego. I nawet w sposobie przedstawiania, w zbiorze wyobrażeń o Wiedniu poza półksiężycem nie dostrzegam niczego, co choć trochę kojarzyłoby się z Orientem.

To stereotyp. Atakowałem ją pogardą dla tego pomysłu – tak wyświechtanego, że aż pozbawionego sensu.

– Fakt, że Osmanowie dwukrotnie stali u wrót tego miasta, nie czyni z niego jeszcze bramy Orientu.

– Nie o to chodzi, nie chodzi o odzwierciedlenie tej idei w rzeczywistości, po prostu chciałabym zrozumieć, dlaczego i w jaki sposób tak wielu podróżników dostrzegło w Wiedniu i w Budapeszcie pierwsze „orientalne” miasta i co mówi nam to o znaczeniu, jakie nadaje się temu słowu. A jeśli Wiedeń rzeczywiście stanowi bramę Orientu, to na który Orient ta brama się otwiera?

Sara poszukiwała sensu Orientu – stale, bez końca; przyznaję, że gdy się nad tym zastanowiłem, zwątpiłem w swoje przekonania, a teraz, gdy myślę o tym, gasząc światło, widzę, że może było w kosmopolityzmie cesarskiego Wiednia coś ze Stambułu, coś z Öster Reich, imperium wschodniego, ale dziś wydaje mi się to bardzo, bardzo odległe. Wiedeń już od dawna nie jest stolicą Bałkanów, a Osmanowie przestali istnieć. Owszem, cesarstwo Habsburgów było cesarstwem Środka – i dziś, skupiając się na swoim spokojnym oddechu, poprzedzającym sen, wsłuchując się w sunące po wilgotnym asfalcie samochody, czując pod policzkiem ciągle jeszcze wyśmienicie świeżą poduszkę, a w uszach – cień pulsu tonpaka, muszę przyznać, że Sara bez wątpienia zna Wiedeń lepiej ode mnie, zna go dogłębniej, nie ogranicza się do Schuberta czy Mahlera, ponieważ cudzoziemcy często znają miasto lepiej od jego zagubionych w rutynie mieszkańców; dawno temu, przed naszym wyjazdem do Teheranu, już po tym jak się tu wprowadziłem, zaciągnęła mnie do Josephinum, dawnego szpitala wojskowego, gdzie dziś znajduje się jedno z najpotworniejszych muzeów: wystawa modeli anatomicznych z końca XVIII wieku wykonanych w celu kształcenia chirurgów wojskowych; nie czekając na trupy, nie musząc znosić ich fetoru, mogli się uczyć na figurach woskowych zamówionych we Florencji, w jednej z największych pracowni rzeźbiarskich; wśród modeli eksponowanych w oprawionych cennym drewnem gablotach była młoda jasnowłosa kobieta o delikatnych rysach; leżała twarzą zwróconą w bok, z lekko przekręconym karkiem, z rozpuszczonymi włosami; złota opaska na czole, dwa sznury pięknych pereł na szyi, delikatnie ugięte kolano, oczy – otwarte, raczej bez wyrazu, choć gdy przyglądało się im wystarczająco długo, sugerowały oddanie albo co najmniej bierność: całkiem naga, o wzgórku łonowym nieco ciemniejszym od włosów na głowie i wypukłym – była bardzo piękna. I od piersi aż do pochwy otwarta niczym księga – widać było serce, płuca, wątrobę, jelita, macicę, żyły – jak gdyby została starannie rozcięta – na tle seksualnym – przez niezwykle sprawnego zwyrodnialca, który przebił się przez jej klatkę piersiową i powłoki brzuszne, próbując wydobyć na światło dzienne wnętrze skrzynki z przyborami do szycia, niezwykle cennego zegara, automatu. Długie włosy kobiety, rozsypane na poduszce, jej spokojne spojrzenie, na wpół zaciśnięte dłonie – mogły sugerować, że czerpała z tego pewną rozkosz, a jej widok – w szklanej klatce z mahoniową oprawą – wywoływał pożądanie i przerażenie, fascynację i odrazę: wyobrażałem sobie, jak dwa stulecia wcześniej młodzi adepci medycyny po raz pierwszy oglądali to woskowe ciało – dlaczego myślę o takich rzeczach przed snem, znacznie lepiej by było wyobrazić sobie matczyny pocałunek w czoło – czułość, na którą czekamy w ciemności i która nigdy nie nadchodzi – zamiast rozciętych od obojczyków do podbrzusza manekinów anatomicznych – o czym rozmyślali nieopierzeni, dwudziestoletni medycy, patrząc na to nagie symulakrum, czy byli w stanie skupić się na układzie trawiennym albo oddechowym – wszak pierwsza kobieta bez ubrania, jaką w życiu widzieli, oglądana z wysokości uczelnianych ław, była powabną blondynką, sztuczną nieboszczką, w którą rzeźbiarz zmyślnie tchnął wszelkie cechy życia; włożył cały swój kunszt w uchwycenie zgięcia kolana, karnacji ud, ekspresji dłoni, realizmu sromu, krwisto żyłkowanej żółtości śledziony, ciemnej i porowatej czerwieni płuc. Sara wpadła w ekstazę na widok tej perwersji, spójrz na jej włosy, to niewiarygodne, mówiła, są umyślnie rozsypane tak, by sugerować nonszalancję, miłość, a ja wyobrażałem sobie, jak cała wypełniona młodymi żołnierzami sala wydaje pełne podziwu westchnienia, gdy surowy wąsaty profesor odkrywa model, by ze wskaźnikiem w dłoni kolejno wymienić nazwy wszystkich organów, i z porozumiewawczą miną mierzy lekko w clou tego widowiska – maleńki płód w różowawej macicy, umieszczony kilka centymetrów nad wzgórkiem łonowym pokrytym nikłymi, delikatnymi jasnymi włoskami z taką finezją, że można o niej pomyśleć, iż stanowiła odzwierciedlenie budzącej lęk i zakazanej słodyczy. To Sara zwróciła moją uwagę na ten szczegół, patrz, niesamowite, ona jest w ciąży, a ja zacząłem się zastanawiać, czy ta woskowa brzemienność była kaprysem artysty, czy wymogiem zleceniodawców chcących ukazać wieczną kobiecość pod każdym kątem, we wszystkich możliwych aspektach; płód ów, raz dostrzeżony nad jasnym runem, tylko wzmagał emanujące z figury seksualne napięcie, i ogarnęło mnie potężne poczucie winy, ponieważ odnalazłem piękno w śmierci, iskierkę pożądania w doskonale rozkawałkowanym ciele – trudno było się powstrzymać i nie wyobrazić sobie chwili poczęcia tego embriona, czasu zatopionego w wosku, i nie zastanowić się, jaki mężczyzna – z ciała czy też z masy plastycznej – penetrował i zapłodnił te doskonałe wnętrzności; natychmiast odwróciłem głowę; Sara uśmiechnęła się na widok mojego zawstydzenia – zawsze uważała, że jestem pruderyjny, prawdopodobnie dlatego, że nie mogła dostrzec, iż to nie widok sam w sobie skłonił mnie do odwrócenia wzroku, lecz scena rysująca się w moim umyśle, tak naprawdę znacznie bardziej wstrząsająca – ja, albo ktoś do mnie podobny, penetrujący tę żywą nieboszczkę.

[1] Sadegh Hedajat, Ślepa sowa, przeł. Barbara Majewska, Warszawa 1979, s. 5 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki