Wydawca: Wydawnictwo Sine Qua Non Kategoria: Styl życia Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 258 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Busem przez świat. Wyprawa pierwsza - Karol Lewandowski

Mówili nam, że to niemożliwe. Nikt busem kupionym za grosze nie przejedzie ze Śląska na Gibraltar. A już na pewno nie pięciu facetów bez doświadczenia.

Mieliśmy zapał zamiast pieniędzy, łąkę zamiast łóżka i wiecznie psującą się skrzynię biegów. A jednak nam się udało.

W szalonej podróży kolorowym samochodem spotkaliśmy paru złych ludzi, za to mnóstwo dobrych. Uciekaliśmy przed bykiem i niedźwiedziem, trafiliśmy do powieści Stephena Kinga i balowaliśmy z pastorem. Widzieliśmy najpiękniejsze miejsca w Szwajcarii, Włoszech, Francji i wielu innych krajach, poznaliśmy każdy rów przy drodze i spoglądaliśmy na Afrykę z samego krańca Europy. Potem nas aresztowano.

Ta książka jest świadectwem naszej podróży. Opowiada o tym, że każde marzenie może się spełnić.

Opinie o ebooku Busem przez świat. Wyprawa pierwsza - Karol Lewandowski

Fragment ebooka Busem przez świat. Wyprawa pierwsza - Karol Lewandowski

Karol Lewandowski

Busem przez świat

Kraków 2011

Wstęp

Czego potrzeba, aby pojechać busem przez świat?

Wymagania wydają się spore, lecz nie są przytłaczające.

Konieczna jest zgrana ekipa, choć niekoniecznie kumple na zabój. Wystarczy, aby każdy wykonywał skrupulatnie zadania mu przydzielone, podsuwał szalone pomysły i nie panikował, chyba że sytuacja naprawdę wymaga panikowania. Wówczas każdy członek składu winien oszaleć, lecz w sposób rozumny.

Wymaga się kompletu rzeczy niezbędnych do odnajdowania się w terenie. Nowoczesne GPS-y mają mnóstwo zalet, choć czasem wiodą w mur, w wodę, w szkodę. Alternatywny system wyszukiwania miejsc wgrany w komórkę także jest nie od parady. Choć nie zawadzi, a czasem życie uratuje – zwykła mapa.

Zdrowy rozsądek każe zabrać ze sobą podręczny zestaw apteczkowy. W nim plastry, bandaże, wodę utlenioną, opaski uciskowe, środki do zbijania gorączki oraz środki przeciwbólowe, gdyż zapalenie okostnej może dopaść każdego, zwłaszcza na górskim pustkowiu. Wówczas pozostaje wycie do księżyca. Szczęśliwie, apteczki zapomnieć nie sposób. O jej zawartość troszczą się przecież mamy, siostry i dziewczyny.

Warto zabrać konserwy, zakupione uprzednio w hurtowni o przyjaznych cenach. Koszta wyżywienia w Europie mogą drastycznie różnić się od polskich (drastycznie to dobre słowo), poza tym szalonym podróżnikom, zmotoryzowanym traperom zasuwającym na Gibraltar nie godzi się jeść w restauracjach.

Potrzeba ciepłych ubrań, chusteczek do nosa, grubych skarpet i mocnych worków na skarpetki już znoszone, kurtek przeciwdeszczowych, okularów przeciwsłonecznych, kremów do opalania, kąpielówek i reszty drobiazgu, o którym zwykliśmy zapominać. I tak o nim zapomnimy.

Nie zapominajmy za to o kulturze. Nudną podróż urozmaici książka, najlepiej w audiobooku, odpowiednio dobrana playlista oraz gitara – instrument mający również zastosowanie w walce bezpośredniej.

Potrzebowaliśmy tego wszystkiego. Oraz odwagi, poczucia humoru, optymizmu i wiary w szalony pomysł. Bez tego nie pojedziesz busem w świat.

Ale przede wszystkim potrzebujesz busa.

Część 1

My

1

Od czego się zaczęło? Trudno stwierdzić.

Podróże biorą się z potrzeby podróżowania, z niczego więcej.

Cała nasza trasa, tak fantastyczna w samym zamyśle, w praktyce jeszcze fantastyczniejsza, kołatała się po głowie każdego z naszej piątki. Pomysł siedział w nas, dojrzewał i potrzebował impulsu, aby zostać wypowiedzianym. Kto to zrobił pierwszy? Kto podchwycił? Kto protestował?

A jakie to ma znaczenie? Można jednak powiedzieć, że wszystko zaczęło się od busa.

Wracałem z Politechniki w towarzystwie Grześka, który też studiował robotykę. I on tam stał. Bus, oczywiście, nie Grzesiek. Pięknie utrzymany model, polakierowany na czerwono, do tego wszystko, co chcecie. Dziewięć skórzanych siedzeń. Chromowane lusterka i klamki. Zapasowe koło z białą obwolutą, umieszczone z przodu. Pysznił się taki skurczybyk na jednej z ulic Wrocławia.

– Co trzeba mieć, żeby takim jeździć? – zagadnął Grzesiek, nie mogąc oderwać wzroku od samochodu.

Sprawdziliśmy w sieci. Ku naszemu zdumieniu, do kierowania takim dziwolągiem wystarczy zwykłe prawo jazdy kategorii B. Wiecie na pewno, jak to jest z Internetem. Natrafisz na coś ciekawego i szukasz coraz głębiej. W naszym wypadku były to zdjęcia busów marki VW modele T1 i T2 pomalowane na najróżniejsze jaskrawe kolory. Takim pojazdem mógłby jeździć Jim Morrison.

– Albo Charles Manson – rzucił Grzesiek. Zrobiłem wielkie oczy.

Okazało się, że mieliśmy trochę racji. W latach sześćdziesiątych auta tego rodzaju były niezwykle popularne wśród hippisów przemierzających Amerykę. To naprawdę rozpalało wyobraźnię. Ile piosenek powstało podczas takich podróży! Ile pomysłów na książki i filmy? Być może w takim właśnie busie nastoletni Spielberg zobaczył swojego E.T.? Kto go tam wie. Ciekawe, pomyśleliśmy sobie, czy ktoś jeszcze takimi busami jeździ.

I zaraz pojawiła się myśl kolejna – czemu my nie mielibyśmy pojechać?

No bo tak, wystarczyłoby wyszukać busa w odpowiedniej (czytaj – niewygórowanej) cenie, następnie przerobić na kampera, pomalować, zaplanować trasę, zgromadzić niezbędne fundusze i zebrać ekipę śmiałków gotowych na szaloną wyprawę w nieznane. Ile czasu potrzeba na coś takiego, pytaliśmy się z Grześkiem. Rok? Dwa lata?

Pół roku starczyło.

2

Wojtek jest moim młodszym bratem. Jeśli coś zmieniło jego życie, to kamera.

Dorwał ją i natychmiast postanowił zostać reżyserem.

Film go opętał, zawładnął nim. Na wszystko, co rozgrywało się wokół niego, od studiów, przez knajpiane opowieści, aż po obiad u mamy, patrzył okiem reżysera, analizował przydatność pod kątem przyszłych scenariuszy, wyobrażał sobie, jakie to sceny można by nakręcić.

Razem z licealnym towarzystwem nakręcił kilka krótkometrażowych produkcji, które, w tamtych czasach, naprawdę robiły wrażenie. Wojtek oczywiście na tym nie poprzestał i powoli, bardzo konsekwentnie budował swoją karierę. Wygrał konkursy reżyserskie organizowane przez Radio Zet i TVN, a gdy dostał stypendium ufundowane przez wytwórnię ATM i władze miasta, obwołaliśmy go „młodym filmowcem”. Nikt inaczej na niego nie mówił. Wyobraźcie to sobie: „O której będzie młody filmowiec?”, „Co tam dobrego u młodego filmowca?”, „Młody filmowiec ma dziewczynę!”. I tak dalej. Próbował się o to nie wściekać, co czasem dawało zabawne efekty.

Dziwne, ale złapanie własnego brata nastręczało pewne trudności. Bo i jak dopaść dziewiętnastolatka, który nieustannie za czymś się ugania, gdzieś pędzi, zamyka jeden projekt, a zaczyna dziesięć następnych. Akurat rekonstruował przygody nieco zapomnianego bohatera wojennego ze Świdnicy, niejakiego Kozara-Słobódzkiego. Z grupą podobnych sobie zapaleńców poprzebieranych w mundury wojskowe uganiał się po pałacu w Wierzbnej, kręcąc kolejne sceny, a potem zarywał noce na przeglądaniu i montażu nakręconego materiału.

Doskonale pamiętam maratony filmowe organizowane wspólnie z Wojtkiem. Nieraz ciągnęły się do bladego świtu. Wojtek nieustannie zdobywał nowe tytuły, a gdy ich zabrakło, wygrzebywał stare kasety VHS, które zachomikował nasz tato lata temu, kiedy zamykał wypożyczalnię wideo. Czasem zastanawiałem się, jakim cudem ten chłopak miał czas na to wszystko? Przecież połowę dnia zajmowała mu szkoła.

Budynek Liceum imienia Jana Kasprowicza znajdował się w pobliżu starego parku Pionierów Ziemi Świdnickiej. Kim byli ci pionierzy, czym się zajmowali – żaden z nas nie wiedział. Ale szkoła, nim szkołą się stała, służyła za garnizon sowieckich żołnierzy, o czym przypominały tabliczki pisane cyrylicą, rozwieszone w nieużytkowanej części budynku.

Sam kiedyś skończyłem Kasprowicza i poczułem się dziwnie, idąc przez szkolny korytarz. Pamiętałem gwar i tabuny uczniów przewalające się tutaj niczym rozradowani barbarzyńcy. Przywitała mnie pustka i cisza. Nad wejściem powiewał lekko pożółkły cytat z Kasprowicza: „Życie nie samym jest trudem. I wypoczynkiem jest życie”. Cóż, druga część wypowiedzi lepiej przemawiała do uczniów. Ci dawno rozpierzchli się, nasyceni wiedzą. Pozostali nieliczni zapaleńcy, w tym mój brat, dłubiący kolejne dzieło życia w pracowni filmowej.

Na korytarzu zderzyłem się z Krystianem. Targał wielki zielony ekran i dwa karabiny. Nie było jak mu ręki uścisnąć.

– Jak tam film? – zagadnąłem.

– Ech – sapnął. – Rudy za bardzo wczuł się w rolę. Miał cisnąć granat, no i proszę, przez całe pole przerzucił. Godzina nam zeszła, żeby ten nieszczęsny granat znaleźć. Ot, zwykłe trudy filmowca.

– Ale nakręciliście już wszystko?

Wzruszyłby ramionami, gdyby tylko mógł.

– Niby tak, ale wiesz, jaki jest Wojtek. Przejrzy materiał i powie, że coś trzeba powtórzyć. No, ale przecież nie chce źle – rzucił. Otworzyłem drzwi do klasy.

Wewnątrz panował chaos, jaki potrafią stworzyć jedynie zapaleni filmowcy. Na ziemi plątały się kable, leżały kamery i mikrofony. Z krzeseł zwisały wojskowe płaszcze, pod ścianą stały buty i kilka karabinów wypożyczonych z Muzeum Broni. Po środku tego wszystkiego, niczym generał opracowujący strategię przed następną bitwą, siedział zaambarasowany Wojtek. Zamiast mapy miał cztery monitory i sprawiał wrażenie, że używa wszystkich naraz. Ledwo mnie zauważył. Machnął ręką na przywitanie.

– Co jest?

– Ano, sprawa jest. – Zerknąłem mu przez ramię. Na ekranach zatrzymały się bitewne sceny, leśne widoki, żołnierze odpoczywający nad strumieniem. Wojtek zdawał się nieobecny. Nabrałem powietrza i opowiedziałem mu wszystko najdokładniej, jak mogłem. Dowiedział się o busie, wstępnych kosztach, planie całej wyprawy. W miarę jak mówiłem, tracił zainteresowanie monitorami, wreszcie odgiął się na krześle i zmrużył oczy, jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu. Skończyłem. Zapadła krępująca cisza. Zastanawiałem się, co Wojtek powie. Odmówi? Przyklaśnie? Zdołał mnie zaskoczyć.

– To jest zbyt dobre, żeby się udało – rzekł wreszcie.

– Jak to, zbyt dobre?

– Tak to. Jak z filmem. Masz cudowny, doskonały pomysł. Coś, na co nikt przed tobą nie wpadł. Zaczynasz kręcić i co? Nie możesz znaleźć plenerów. Scenarzysta zawiódł. Aktorzy gubią się w roli i potem, cóż, masz poczucie, że zmarnowałeś coś naprawdę świetnego. Plus stracony czas, pieniądze. Tego właśnie nauczyłem się przy filmie. Niektóre pomysły są zbyt dobre.

Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi. Mógł powiedzieć, że pomysł jest szalony, głupi, że pomyliłem się w kosztach. Nie to.

– Przesadzasz. Kino sobie, a życie sobie. Co twoim zdaniem jest tutaj za dobre?

– Wszystko. Właśnie w tym kłopot! Cały ten pomysł, te noclegi na dzikich plażach, jazda kolorowym samochodem, ta hippisowska wolność, te niskie koszta i wreszcie ta zgrana ekipa. Skąd w ogóle wiesz, że się dogadamy?

– A czemu mamy się nie dogadać? – odparłem. – Powiedz, nie miałbyś ochoty na taką przygodę?

Popatrzyłem po sali, po tych karabinach, mundurach, kablach. Toż Wojtek był do tej przygody stworzony.

– Czy bym chciał, to jedno, czy wyjdzie, to całkiem inna sprawa. Plany sobie, życie sobie – mruknął, filozof jeden. – Trudno sobie wyobrazić, że wszystko się uda. Dobra, powiedzmy, że jakimś cudem znajdziesz taki samochód za niewielkie pieniądze, następnie zdołasz go przerobić.

– Zdołamy – poprawiłem.

– Niech ci będzie. Przerobimy. Auto może nam – zaakcentował – rozsypać się w Czechach, i co wtedy? Do tego wszyscy muszą wystarać się o wolne w tym samym czasie i jeszcze uzbierać pieniądze. Co zrobimy, gdy jeden nawali? Cały plan się posypie.

– Oj, ty chciałbyś, żeby wszystko było łatwe. Ludzie latają w kosmos, a my na Gibraltar nie dojedziemy?

– Ta. W kosmos i owszem, ale nie takim starym złomem.

Tu go miałem:

– A wahadłowce to co?

Zamilkł na chwilę. Wyłączył pierwszy z brzegu monitor.

– W porządku – mruknął i rozłożył dłonie. – Powiedzmy, że jestem za. Ale nie chcę, żebyś się rozczarował. Zapomniałeś, jacy ludzie są. Na początku gadka szmatka, wszystko fajnie, wszyscy zachwyceni, każdy powie, że pomoże, no i na gadaniu się skończy. Zostaniemy we dwóch ze wszystkim. A szkoda. Fajny film można by z tego nakręcić.

– Myślisz, że z czym ja tu przychodzę – roześmiałem się. – Jeszcze wnukom będziemy to pokazywać!

Wojtek miał jeszcze jedną wątpliwość.

– No dobrze – powiedział. – Wy robicie wyprawę studencką, tak? Ja nie jestem studentem, więc się nie nadaję.

– Co za problem? – odpowiedziałem natychmiast. – Mianujemy cię studentem i tyle. Będziesz honorowym żakiem, ot co!

Busem przez świat

Copyright © Karol Lewandowski 2011

Copyright © by Wydawnictwo Sine Qua Non 2011

Projekt okładki: Jarek Bereta

W projekcie okładki wykorzystano zdjęcie autorstwa Krzysztofa Wilka

Redakcja

Łukasz Orbitowski

Korekta

Sonia Miniewicz, Paweł Szczepanik

Skład

Radosław Dobosz

All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

ISBN EPUB: 978-83-7924-056-2

ISBN MOBI: 978-83-7924-057-9

www.wsqn.pl

Wyprawy z cyklu „Busem przez świat” wspierają

Ekipa „Busem przez świat”

oraz wydawca książki

zapraszają na:

www.busemprzezswiat.pl

www.wsqn.pl

www.facebook.com/BusemPrzezSwiat

www.facebook.com/WydawnictwoSQN

Spis treści
Okładka
Strona tytułowa
Wstęp
Część 1
My
1
2
Strona redakcyjna
Patroni medialni