Wydawca: Fabryka Słów Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 215 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Burzowe Kocię - Maja Lidia Kossakowska

Opiekun Ogrodu, by posiąść wiedzę świata wystrugał oczy z pnia uschniętego Drzewa Życia i zastąpił nimi własne. Prawda go oślepiła. Wie wszystko, ale niczego nie pojmuje. Zapomniał, że Przestrzeń ma duszę...

Nie wytrzymasz... Umysł zniewolony kieratem przesłuchań, tortur i obezwładniającej świadomości klęski chce uciec. Umrzesz... Może już umarłeś. A może to tylko majaki dogorywającego komandosa? Odlot po lekach? Gdzie jesteś?

Intubacja! Adrenalina! Defibrylator! Strzał! Jeszcze raz!! Jeszcze!!! Tracimy go!!!!

Trzecia z czterech opowieści cyklu "Upiór Południa", zapisków znad krawędzi świata związanych wspólnymi motywami upału i demonów. Na upiorną kolekcję składają się: Upiór Południa. Czerń, Upiór Południa. Pamięć Umarłych, Upiór Południa. Burzowe Kocię, Upiór Południa. Czas mgieł.

Opinie o ebooku Burzowe Kocię - Maja Lidia Kossakowska

Fragment ebooka Burzowe Kocię - Maja Lidia Kossakowska

Upiór Południa

CzerńPamięć UmarłychBurzowe KocięCzas mgieł

„Była noc i w powietrzu unosił się ten tajemniczy zapach śniętych ryb, jaki wydycha ocean. Właśnie taki był ocean; nie rozgraniczał wyraźnie życia od śmierci. Przybywałeś nad Ocean Odpowiedzialności, szukając odpowiedzi, a przypływ syczał: życie, śmierć, życie, śmierć, życie, śmierć – i wybierałeś, a prawda była taka, że jedno zawsze trochę łączyło się z drugim”.

William Browning Spencer „Zod Wallop”

„I wtedy wydało mi się, że obok mnie idzie coś o wiele większego niż Garsecg. Lecz tak nie było.

To nie był właściwie wąż, ptak też nie. Nie potrafię tego lepiej opisać. To coś było piękne i straszne. Nie pamiętam wszystkich kolorów, które i tak się zmieniały, ale bez względu na to, jakie były, zawsze zachowywały swoje najciemniejsze odcienie. Niebieski był ciemniejszy niż zwykle jest czarny, podobnie złoty, właściwie brązowozłoty przesycony głębokim połyskiem, do którego, miało się wrażenie, można było wpaść. I ciemny, jakby się oglądało coś złotego w środku burzy, a jednocześnie coś równie ulotnego jak dym”.

Gene Wolfe„Rycerz”

Burzowe Kocię

Burzowe Kocię pojawiło się w oknie akurat w chwili, gdy pierwsze krople deszczu, stalowoszare i ciężkie, niczym pociski kałasznikowa, natarczywie uderzyły w szyby. Siedziało skulone na zewnętrznym parapecie, bure, mokre i kosmate jak mały troll. Błękitna flara błyskawicy przejechała po chmurach, topiąc świat w upiornym, elektrycznym blasku, jakby gdzieś wysoko, w niebie Pana Boga i Jego aniołów, urwał się neon z napisem: „Witajcie w Raju! Aloha!” i zleciał na dół, ciągnąc za sobą snop wyładowań, a wtedy zielone oczy zwierzątka zapłonęły jak diody w starym radiu.

Troy Harlows z wysiłkiem odwrócił głowę ku oknu. Był raczej poczciwy z natury, więc gdyby mógł, wstałby, żeby wpuścić kota do środka. Ale nie mógł. Obie nogi miał paskudnie połamane, a całkiem niedawno wydłubano mu z klatki piersiowej trzy kule karabinowe.

Odkąd odzyskał przytomność, wszyscy z kółko powtarzali, jakie spotkało go szczęście. Troy, pogrążony w głębokim, mętnym morzu obojętności, z powodu bólu i poważnych urazów ciała, na ogół nie protestował. Zresztą nie nawykł do narzekań, lub, broń Boże, użalania się nad sobą. Tylko czasami, w nocy, gdy jego towarzysz z łóżka obok, Norman Gretz, jęczał i mamrotał w oparach śpiączki, Troy zastanawiał się, czy kogoś z trzykrotnie przestrzeloną klatką i skomplikowanymi złamaniami goleni, kto spędził ostatnie osiem miesięcy w ciężkiej niewoli, rzeczywiście można nazwać szczęściarzem.

Lecz własne, przykre skądinąd, położenie nie napełniało go goryczą. Troy naprawdę był głęboko wdzięczny losowi, że udało mu się zamienić betonową, wilgotną i duszną celę na szarą, nieprzyjazną i nieco obskurną salę szpitalną.

– Nie ma porównania, stary – powiedział do nieprzytomnego Normana, gdy tylko mógł poruszyć popękanymi, spieczonymi wargami i w miarę artykułować dźwięki. – Chłopie, przysięgam, że nie ma porównania.

Gretz zaskomlał przez sen jak szczeniak. Troy, oczywiście, nie spodziewał się niczego innego. Mówił do Normana, nie oczekując odpowiedzi, tak jak przedtem przemawiał do mrówki, pęknięcia w ścianie i kratki wentylacyjnej w celi. Nauczył się tego w niewoli i choć zdawał sobie sprawę, że nieprzyjemnie zbliża się do granicy ześwirowania, nie przestawał, bo pomagało.

Z początku wzdłuż łóżka Normana ustawiano uroczyście duży, biały parawan. Przypominał ekran w kinie letnim, albo suszące się na sznurze prześcieradło, za którym Troy i jego starsza siostra Janice w dzieciństwie bawili się w teatr cieni. Oczywiście, Janice zawsze w końcu wpadała w szał i rzucała się na niego z pięściami, wyskakując zza rozwieszonej bielizny podstępnie i niespodziewanie, niczym rozjuszony biały niedźwiedź zza załomów spiętrzonej kry.

Gretz natomiast leżał za parawanem nieruchomy i skupiony, jakby postanowił odgrywać postać z hinduskiej czy indonezyjskiej mitologii, jakiegoś Buddę czy Baśwaśwarę w trakcie medytacji, i tak się w tym zapamiętał, że nie potrafił już przerwać zabawy. Przez jakiś czas Harlows wyobrażał sobie, jak Norman wstrzymuje oddech, licząc powolne, słabe uderzenia serca i myśli: „Jeszcze trochę. Wytrzymam jeszcze trochę i zaraz wrzasnę »Pobite gary! Pobite gary!«, a potem zerwę się z tego cholernego barłogu, śmiejąc się jak szalony. Ale będą mieli miny! Ja cię! Jednak jeszcze nie teraz. Jeszcze trochę wytrzymam. Poczekam na odpowiedni moment”. Lecz odpowiedni moment nigdy nie nadchodził. Za to pewnego dnia znikł parawan. Wytoczył się na skrzypiących kółkach, równie majestatycznie jak niegdyś nadjechał, popychany przez dwóch posępnych sanitariuszy. Widocznie personel szpitala uznał, że Troy i Norman, przez kilka tygodni pobytu w jednym pokoju, nawiązali wystarczająco familiarne stosunki, żeby zrezygnować ze złudzenia prywatności, które dawał wiotki, przejrzysty żagiel płóciennego ekranu.

Odtąd Harlows widział profil uśpionego towarzysza bielejący niezdrową bladością skóry pośród poduszek, a nie, jak dotąd, w negatywie cienia, na tle parawanu. Co, oczywiście, nie przeszkadzało nadal prowadzić z Normanem miłych pogawędek.

– Biedny kotek – powiedział teraz z troską w głosie. – Wygląda jak brudny mop. Mokry kot to najbardziej żałosne stworzenie na świecie. Pewnie mu zimno. Miałeś kiedyś kota, Norman? Ja miałem. Właściwie nie ja, ale moja matka. Nazywał się Manolo i cholernie lubił tuńczyka. Koty są w porządku. Może nie tak jak psy dla dorastającego dzieciaka, ale w porządku. Zdecydowanie lepsze niż króliki albo żółwie.

Gretz przemilczał temat wyższości kotów nad żółwiami, ale Troy się nie przejął.

– Słuchaj... – zaczął, lecz w tym momencie z nieba zleciał z hukiem kolejny niebieski neon, oświetlając parapet bryzgami ogłuszającej bieli.

Harlows wytężył wzrok.

– Hej! Czekaj! – zawołał ze zdumieniem. – Przecież on siedzi po naszej stronie szyby! Jak tu wlazł, mały cwaniak? Pomyśl tylko, Norman. Chyba będziemy mieli kota. Przynajmniej póki siostra Moore nie zrobi z niego wycieraczki.

– Gaaaa – powiedział Gretz.

Przycupnięty w rogu między ścianą i framugą, kotek wpatrywał się w Harlowsa z uwagą. Zielone, nieruchome oczy zdawały się okrągłe jak u sowy. Nastroszona, mokra sierść miała nietypową barwę. Brunatno-szarą, z rudymi zaciekami plam. Jakby ktoś rozsypał piach na rozmiękłej od błota polnej drodze. Pyszczek, niczym maska weneckiego arlekina, był dwukolorowy, z jednej strony ciemny, z drugiej piaskowy, co nadawało stworzeniu groteskowego wyrazu.

– Bardzo śliczny to ty nie jesteś – stwierdził Troy. – Wyglądasz jak gremlin z tego starego filmu. Tego, no... cholera, nie pamiętam tytułu. Janice go nie znosiła. Jak wszystkiego innego na świecie. Nie przypominasz sobie, Norman?

Norman sobie nie przypominał.

Zwierzątko z powagą polizało łapkę. Gest był tak stanowczy i zdecydowany, jakby przyklejało znaczek na kopercie z ważną petycją. „Drogi Kocie Feliksie, w puszce z karmą, którą tak zawzięcie reklamujesz, znalazłem wczoraj kawałek starej ścierki. Oczywiście wiem, że nie możesz osobiście kontrolować jakości wszystkich swoich produktów na rynku, ale skoro tak wielką uwagę przykładasz podobno do jakości...”.

Troy parsknął śmiechem i zakaszlał głucho. Kiedy się śmiał, okropnie bolało go w piersi.

– Wiesz co? – zwrócił się do kociaka, gdy kaszel minął, a ból trochę zelżał. – Nazwę cię Gremlin. Przypominasz stwora z tamtego filmu, a skoro wlazłeś do środka przez zamknięte okno, musisz mieć smykałkę do majsterkowania. Tak, Gremlin to odpowiednie imię. Tylko się nie przyzwyczajaj, bo rano siostra Moore cię znajdzie i wyrzuci na dwukolorowy pysk, choćby na dworze szalało tornado.

Kot obrócił ku niemu poważną, skupioną twarz klauna.

– Różnie mnie nazywano, Jakubie, ale nigdy nie przydawano mi miana pośledniego stwora z kiepskiej mitologii – powiedział czysto i wyraźnie. – Osobiście wolałbym Burzowe Kocię. Takie imię noszę w Krainie Opodal. Skoro mamy spędzić ze sobą nieco czasu, byłbym wdzięczny, gdybyś zechciał zwracać się do mnie w ten sposób.

– Rany! – jęknął Troy, zapadając się głęboko w poduszki.

Rzeczywiście pierwotnie nazywał się Jakub. Jacob Troyden Harlows. Niczym dziedzic cholernej naftowej fortuny. Ale ponieważ nie miał szans dostać w spadku niczego większego niż schludny domek na przedmieściu, w dodatku do spółki z bratem i siostrą, nigdy nie polubił otrzymanego po dziadku miana. Jeszcze w szkole zaczęli na niego wołać Troy, a pierwsze imię, takie dostojne i staroświeckie jak siwa broda patriarchy, zamieniło się z drugim, aby w końcu całkiem zaniknąć. Z czasem zupełnie o nim zapomniał.

Teraz gapił się na kociaka siedzącego nieruchomo na parapecie i zastanawiał się, czy całkiem oszalał, czy to tylko skutek leków, które podają mu w szpitalu.

– Oczywiście, że z twoją głową wszystko w porządku – oznajmiło cierpko Burzowe Kocię.

Miało piękny głos telewizyjnego spikera. A może kaznodziei prowadzącego lud szeroką ścieżką ku zbawieniu. Dźwięczny, głęboki, aksamitny ton, bardzo właściwy dla stworzenia poruszającego się z taką miękkością i gracją jak zwykle koty. Chociaż ten kot bardziej przypominał w tej chwili kupkę brudnej waty.

– To przykre, że wy, ludzie, bardziej jesteście skłonni uwierzyć w inwazję kosmitów, niż w istnienie nadprzyrodzonego świata.

W morskiej toni zielonych ślepiów zadrgała i zgasła iskierka pogardy.

– Kosmici odzywają się do nas częściej niż koty – powiedział Troy.

Burzowe Kocię zamachało z irytacją ogonem.

– Wybacz, Jakubie, ale nie mam czasu na podobne dywagacje. Przybyłem prosić cię o pomoc, więc lepiej zaraz przejdę do rzeczy. W Krainie Opodal, nad którą sprawuję obecnie coś w rodzaju pieczy, doszło do bardzo niepokojących wydarzeń. Pierwotne zło ze świata o wiele potężniejszego niż mój wdarło się przemocą i zaburza równowagę. Obawiam się, że może dojść do całkowitej zagłady tego biednego, małego kosmosu. Moja moc okazała się o wiele za słaba, żeby zwalczyć niebezpieczeństwo. Jestem bezradny. Tylko człowiek, istota wybrana, obdarowana wolną wolą i umiejętnością odróżniania dobra od zła, może pokonać wroga, który pustoszy moją krainę. To wymaga złożonej psychiki i duszy człowieka. Bez twojej pomocy świat, który powierzono mojej opiece, zginie. Nie jest to może szczególnie wielki lub nadzwyczaj cudowny świat, ale zwykłem traktować swoje obowiązki bardzo poważnie, zatem staram się zrobić wszystko, żeby do tego nie dopuścić. Pospiesz się, proszę, Jakubie. Szaleję z niepokoju na myśl, co mogło się tam wydarzyć podczas mojej nieobecności.

Troy słuchał, a w głowie zaczynał mu szumieć wentylator oszołomienia.

– Nie mów do mnie w kółko Jakub i Jakub – wymamrotał wreszcie. – Nie lubię tego imienia.

Burzowe Kocię zamknęło gwałtownie pyszczek, przerywając potok wymowy.

– Nie lekceważ go – odezwało się po chwili. – Pierwszy, który je nosił, wdawał się w bijatyki z aniołami. W Krainie Opodal może ci się bardzo przydać.

Harlows popatrzył z rozpaczą na sąsiednie łóżko, na którym spoczywał w nirwanie śpiączki jego towarzysz, Gretz. Nigdy tak gorąco nie pragnął, żeby kumpel odzyskał zmysły. Gdyby widział i słyszał Kocię, znaczyłoby to, że halucynacje są wywołane lekami, które wciska im co rano siostra Moore, a nie potężną kolizją na autostradzie jego własnych synaps.

– Nie powiedziałem, że z tobą pójdę – zaprotestował słabo.

Kocię oblizało nosek różowym językiem przypominającym plasterek szynki. Wydawało się skonfundowane.

– Jakubie, jesteś dobrym człowiekiem o prawym sercu. Nie odmawiaj pomocy. Przemyśl, proszę, swoją decyzję. Może potrzebujesz więcej czasu?

Czasu? Harlows zamrugał, oszołomiony. Słodki Jezu, chyba raczej czegoś na uspokojenie.

– Posłuchaj – odezwał się, wolno i wyraźnie artykułując słowa, jakby rozmawiał z niedorozwiniętym. – To tylko sen. Śnisz mi się i tyle. Owszem, to wyraźny, nawet sensowny miejscami, zwariowany sen, wywołany burzą, niedawnym stresem i w ogóle... Ale tylko sen. Teraz otworzę oczy, a ty znikniesz. Rozumiesz?

Zacisnął powieki i trwał chwilę w cichej ciemności szpitalnej nocy.

A jeśli skoczy mi na twarz? – pomyślał w popłochu. Zmieni się w nietoperza krwiopijcę, albo w wielkiego, kosmatego pająka?

Otworzył oczy dopiero, kiedy naprawdę nie mógł dłużej wytrzymać. Kociak siedział na parapecie w mokrej kałuży deszczu. Z nastroszoną, sklejoną w strąki sierścią wyglądał jak nieudany jeż.

– Możemy ruszać? – spytał z nadzieją.

Troy jęknął głucho.

– Nie możemy – burknął ze złością. – Ja mam połamane nogi i trzy dziury w płucach, a ty nie istniejesz. To załatwia sprawę.

Brunatno-piaskowy kot machnął lekceważąco łapką.

– Tylko jeden pocisk trafił w płuco – poprawił z naciskiem. – Drugi osunął się po żebrach i utknął, a kolejny wbił się pod obojczyk, na szczęście nie naruszywszy tętnicy. Nie skupiaj się na nieistotnych szczegółach, Jakubie. Pomyśl lepiej o Krainie Opodal. Poczuj zapach Księżycowego Morza, usłysz płaczące kwiaty, spójrz, jak Nocny Tabun przemierza bezdroża Turkusowych Stepów. To ładny świat. Może niewielki i raczej skromny, ale całkiem malowniczy.

Przez jeden, bardzo krótki ułamek sekundy Troya ogarnął słodki, intensywny zapach podobny do aromatu wanilii, i świeżo skoszonej trzciny, i melasy, i zielonych jabłek, choć jednocześnie niepodobny do niczego z tych rzeczy. Ujrzał jakieś obłe, rozpędzone kształty, srebrzyste jak odblask światła na wodzie, sunące po niekończącym się dywanie morskiej zieleni, przecinające go klinem, niczym nożyce ze szkła. Usłyszał rzewny, krystaliczny lament, jakby płakały naraz wszystkie porcelanowe lalki świata. I zachwycił się swoim dziwnym snem, zachłysnął, jak górskim powietrzem, upoił, jak zawrotem głowy na wysokościach.

Uśmiechał się jeszcze, gdy Burzowe Kocię odezwało się z parapetu.

– Nie będę już nalegać, Jakubie. Byłem zbyt natarczywy. Wybacz. Po prostu bardzo się martwię. Dam ci czas do namysłu. Postąpiłem nadzwyczaj niegrzecznie, naciskając na ciebie. Mam nadzieję, że nie weźmiesz mi tego za złe. Rzadko rozmawiam z istotami ludzkimi. Oczywiście, to mnie nie usprawiedliwia. Wiedz jednak, że darzę cię ogromnym szacunkiem. Jesteś, w końcu, potencjalnym zbawcą mego świata. Zrozumiem jednak, jeśli odmówisz. To niebezpieczna i wyczerpująca misja. Nie powinienem cię prosić o pomoc, ale nie miałem innego wyjścia. Żegnaj na razie. Wrócę, a wtedy dasz mi ostateczną odpowiedź.

– Hej! Zaczekaj! – zawołał Troy.

Ale gdy następna błękitna błyskawica zatrzęsła oknem, kociaka już nie było.

Harlows westchnął z rezygnacją.

– Widzisz, Norman? – mruknął. – Nie pozwolił mi dojść do słowa. Dałem się przegadać kotu. Co tam, kotu. Małemu szkrabowi, co ledwo przejrzał na oczy. Imię Gremlin wcale nie było dla niego dobre. Powinien się nazywać markiz de Carabas. Jak ten cholerny Kot w Butach. Chociaż wcale nie zachowywał się jak Banderas. Raczej jakiś pieprzony profesor z kreskówki. To wszystko trauma, bracie. Schodzi ze mnie dopiero teraz, więc zaczynam świrować. Nie martw się, przetrzymam i to. Gadające koty są lepsze niż turbany obładowane ładunkami wybuchowymi. Mimo wszystko są lepsze, stary. Wiem, co mówię.

– Ffffff! – zgodził się Gretz.

Rankiem świat za oknem był czysty po niedawnym deszczu, schludny i zupełnie zwyczajny. Nie przewidywał miejsca dla Burzowych Kociąt, krain znajdujących się opodal, choć w ewidentnej sprzeczności z atlasem geografii, ani mistycznych misji dla pacjentów z połamanymi kończynami, pogruchotanym mostkiem, pękniętymi żebrami i dziurami po pociskach z automatu.

Nowy dzień przywitał Troya apodyktyczną jak zwykle siostrą Moore, przypominającą kwokę odzianą w kitel i wyjątkowe poczucie godności, rozdającą kolorowe pigułki z taką dumą, jakby osobiście wygrzebała je na podwórzu, zamiast pędraków.

Co za dziwny sen, pomyślał, przypomniawszy sobie o kocie na parapecie i jego nietypowej propozycji. Może nie koszmar, ale coś na granicy lekkiej schizofrenii. Pewnie z powodu burzy. Ciśnienie wtedy spada i w ogóle dzieją się różne rzeczy z ludzkim organizmem.

Jednak nie zaprzątał sobie długo głowy wspominaniem nocnych majaków, bo wraz z siostrą Moore pojawiły się listy. A właściwie jeden list i niemiłosiernie wymięta kartka pocztowa. Rozpoznał na kopercie kanciaste, zamaszyste pismo Matta Benneta, przyjaciela z oddziału. Wieści od niego były zwykle jedyną korespondencją, którą otrzymywał. Rodzice Troya dawno nie żyli, a starszy brat, wzięty deweloper, nie zwykł interesować się jego losem bardziej, niż na przykład przyszłością zagrożonych wyginięciem panter śnieżnych, czyli wcale. Richard miał troje nieznośnych, wychowywanych bezstresowo dzieci, wiecznie znudzoną żonę o imieniu Alice czy Angelina, zajętą przelewaniem się z sofy na kanapę i z powrotem, biuro pełne klientów, komputerów i telefonów, oraz poważną paranoję i ciągły rozstrój żołądka wywołany stresem nigdy nieopadającym poniżej górnej strefy stanów wysokich. Nic więc dziwnego że odkąd Troy wstąpił do armii, Richard uznał z głęboką ulgą, że teraz ona powinna troszczyć się o los i sprawy jego brata.

Pocztówka natomiast była od Janice. Przedstawiała pięć wyblakłych, rozmazanych widoczków jakichś budynków i krajobrazów, o tak grubym ziarnie i znikomej ostrości, że równie dobrze mogły prezentować kolonię moczarki kanadyjskiej albo talerz z solidną porcją szpinaku. Po drugiej stronie kartonika kłębiły się i wpadały na siebie poplątane, nieczytelne litery Janice, które podobnie jak ona sama, zdawały się toczyć nieustanną, zaciekłą, nieubłaganą wojnę ze światem.

Zdaniem Troya była to walka o pietruszkę, ale już w wieku trzech lat zrozumiał, że próby dyskutowania z siostrą są równie niebezpieczne co nieskuteczne.

Wiadomość od Janice była tak samo wariacka, gniewna i chaotyczna jak zwykle. „Dotarliśmy do Konga – brzmiała. – Odbywamy pouczającą podróż śladami Lumumby. Drogą nieustraszonej walki o pokój i sprawiedliwość społeczną. Czarny kontynent, kolebka cywilizacji, to fascynująca kraina, lecz wciąż rozdzierana wewnętrznymi konfliktami, zdeptana ciężkim butem globalizmu, jęcząca w okowach dawnego, choć nieprzebrzmiałego kolonializmu, niszczona przez wszechobecny rasizm, zalewana gryzącą falą papki komercyjnej zachodniej kultury – tu następowała niekształtna plama, przypominająca rozmazaną ślinę, jakby Janice nie mogła powstrzymać gniewnego splunięcia na samą wzmiankę o znienawidzonej zachodniej kulturze. – Ta nędza! To zacofanie! Leninie! Przerażające. Wszyscy powinniśmy więcej robić dla Afryki. Dużo więcej, Troy. Pozdrowienia z Konga. Janice”.

Harlows, zrezygnowany, odłożył pocztówkę. Zapytał się w duchu, co zrobił tego ranka dla Afryki i doszedł do wniosku, że pewnie, chcąc nie chcąc, popił pastylki jakąś wodą, z logo akcji charytatywnej, zapewniającym, że jedna butelka to ćwierć studni w Sudanie, czy pół szczepionki ratującej jedno małe, niewinne afrykańskie życie, więc teraz z czystym sumieniem może patrzeć w sufit i słuchać pojękiwań Gretza. Nie miał pojęcia, po cholerę komuś ćwierć studni, ale ludzie pokroju Janice z pewnością umieli to wytłumaczyć. Nazwa Lumumba natomiast kojarzyła mu się z wyjątkowo nieprzyjemnym schorzeniem kręgosłupa. Zastanowił się także drwiąco, jak można coś zalać falą papki, gryzącej czy nie, i co to jest nieprzebrzmiały kolonializm. Oczywiście, nie było powodu przypuszczać, że jego siostra zmieniła się choć odrobinę. Zawsze stara, kochana Janice. Nie domyślał się nawet, kim są tajemniczy „oni”, z którymi przemierza szlaki walki o społeczną sprawiedliwość. Zapewne byli to niespokojni, wiecznie pobudzeni osobnicy o rozbieganych oczach i kwaśnych minach znamionujących głębokie zatroskanie sprawami globu lub chroniczną migrenę, mogący równie dobrze należeć do jakiejś egzotycznej sekty, co do ekstremalnej, skrajnie lewicowej bojówki. Janice zaczęła ich przyprowadzać do domu mniej więcej od czasu, gdy skończyła trzynaście lat. Wtedy też nabrała denerwującej maniery zastępowania wykrzyknika „O Boże!” dość kontrowersyjnym „Leninie!”, ku cichej, zaciekłej irytacji ojca i niekłamanej rozpaczy matki.

Troy nie miał skłonności do dramatyzowania, ale czasami nie mógł się oprzeć myśli, że nieprawdopodobny, niepokorny charakter siostry wpędził wreszcie rodziców do grobu, a w każdym razie bardzo się do tego przyczynił. Pogodny z natury, zawsze opanowany ojciec i łagodna matka nigdy tak naprawdę nie otrząsnęli się z szoku po Janice, która urodziła się już spowita czerwonym oparem gniewu. Gniew ten objawił się w jej pierwszym przeraźliwym wrzasku, gdy tylko wychynęła na świat, powalił na kolana cały szpital położniczy i nigdy nie zdołał wygasnąć. Troy pamiętał wystraszone, pełne popłochu spojrzenia rodziców, gdy tylko mała dziewczynka w krótkich spodenkach i koszulce starszego brata wkraczała do pokoju z pięściami wbitymi w kieszenie i zaciekłą, ponurą miną, zupełnie niepasującą do pięciolatki, żeby spytać, dlaczego sprzedawczyni ze sklepiku opodal ośmieliła się zwrócić do niej słowami „śliczna królewno”?

W dzieciństwie nieustanna wściekłość Janice obracała się przeciwko wszystkim bliskim i znajomym, zaś w szczególności młodszemu bratu. Gdy dziewczynka zaczęła dorastać, złość nabrała bardziej globalnego charakteru, rozszerzając się na cały świat, który według Janice był niesprawiedliwy, złowrogi, z gruntu zepsuty i wymagał radykalnej naprawy. A nikt nie nadawał się lepiej do tego zadania, niż ona sama. Dlatego, ukończywszy trzynaście lat, postanowiła podjąć się wyzwania z podniesioną przyłbicą i mrocznym ogniem w oczach.

Troyowi, który był dość pojętnym dzieckiem, nie zabrało wiele czasu zrozumienie, że jego siostra nie ma zbyt równo pod sufitem, więc naprawdę lepiej jej nie zaczepiać z byle powodu. Okrążał więc Janice jak najszerszym łukiem, żeby nie dostać się w czerwony opar gniewnej aury, buchający od niej niczym para z woka w chińskiej dzielnicy. Po jakimś czasie doszedł do wniosku, że Janice angażuje się rozpaczliwie w te wszystkie radykalne ruchy, bo usiłuje znaleźć pretekst do nadania pozorów słuszności gniewowi rozpychającemu się w jej wnętrzu niczym kaleki, zdradzony bliźniak syjamski.

Ojciec i matka śledzili wyczyny Janice z jakimś podszytym wiecznym oszołomieniem lecz jednocześnie stoickim zdumieniem, jakby natura w swojej łaskawości włączyła im do krwiobiegu hormon podobny w działaniu do nieco rozcieńczonej morfiny. „Ach, Janice”, powiadali, w sposób, w jaki zwykle komentuje się tsunami, wybuch wulkanu, czy osunięcie się skalnej ściany. Dlatego gdy Troy oznajmił, że zamierza wstąpić do armii i zaciągnąć się do sił specjalnych, nie napotkał żadnego oporu. Po tym, jak jego siostra po kolei przykuła się do sekwoi, wspierała „Świetlisty Szlak”, próbowała odbudować na rodzimym gruncie Frakcję Czerwonej Armii, walczyła o prawa kobiet, dzieci, mniejszości etnicznych i seksualnych, raf koralowych lub wielorybów, mówiła „nie!” programowi gwiezdnych wojen i energetyce atomowej, została aktywistką ruchu „Dżinnistów nowego tysiąclecia” oraz manifestowała poparcie dla komunistycznej Korei, decyzja Troya sprawiła na rodzicach wrażenie wyważonej i rozsądnej.

– Och, synku – szepnęła matka ze łzami wzruszenia w oczach. – Tak się cieszę! Naprawdę. Ale jak my powiemy o tym Janice?

Richard, starszy o ponad dziesięć lat, wzruszył tylko ramionami, popukał się w głowę i powrócił do swoich nieruchomości. Ojciec milczał, ale raczej z aprobatą.

A Janice rozpętała piekło.

– Morderco! – darła się na Troya. – Oszalały szowinistyczny męski skurwysynu! Żołnierzem chcesz zostać, oprawco! Komandosem! Nie, ja cię zabiję, gnoju! Leninie! Daj mi siłę! Mój brat zasranym płatnym zabójcą, w mundurze zbrukanym krwią niewinnych! Unurzanym w posoce bojowników o wolność i pokój na świecie! Że też nie udusiłam cię w dzieciństwie, wyrodny potworze! No dalej, i mnie zastrzel, żałosny macho z małym fiutkiem! Przecież tylko o to ci chodzi! Żeby sobie bezkarnie postrzelać do ludzi, palancie! Ja oszaleję!

To już dawno masz za sobą, siostro, pomyślał Troy, ale nic nie powiedział. Wiele lat temu zrozumiał, że z tornadem szalejącym wewnątrz Janice nie ma sensu rozmawiać.

Z czerwonej gwiazdy na falującej gniewem piersi dziewczyny mrugał do niego szyderczo comandante Che. Troy zastanowił się przelotnie, czy Guevara miałby nadal taką nadętą minę bufona, gdyby wiedział, że podkoszulek z jego podobizną Janice kupiła na wyprzedaży w supermarkecie, tej plugawej świątyni komercyjnej gospodarki.

Po tym wybuchu siostra nie utrzymywała z Harlowsem kontaktów przez dobry rok. Potem sytuacja nieco się poprawiła, choć ich wzajemne stosunki były dalekie od serdecznych. Czasem Janice przysyłała mu podobnie umoralniające i pouczające kartki z różnych podróży, które odbywała w celu ratowania kosmosu, który, zdaniem Troya, całkiem dobrze bez tego funkcjonował.

Tak więc, po przedwczesnej, cichej śmierci rodziców, którzy osunęli się w mrok zaświatów ze spokojem i niejaką ulgą, został praktycznie pozbawiony rodziny, bo nie można przecież nawiązać głębszych więzi z kimś dręczonym nieustannie przez ból brzucha i wizję krachu na rynku nieruchomości lub kobietą zajętą obsesyjnie naprawianiem świata, tak jakby naprawdę był w jakikolwiek sposób uszkodzony.

No, oczywiście nie można zapominać o Lizzie Marksman. Choć, trzeba przyznać, był taki okres, gdy Harlows prawie o niej zapomniał. Lizzie pojawiła się w małym uniwersum Troya w sposób zupełnie naturalny, niczym zjawisko atmosferyczne. Ot, po prostu poznali się, zaczęli spotykać, a potem, zwykłą koleją rzeczy, mieli się pobrać, spłodzić dzieci, kłócić, godzić i żyć obok siebie, odwróceni plecami, jak każde normalne małżeństwo.

Cofając się pamięcią do tamtego okresu, Troy nie potrafił sobie uświadomić, kiedy ta decyzja zapadła i czy w ogóle zapadła w jakimś konkretnym momencie. Najpierw całował się z Lizzie zachłannie i namiętnie w ciemności sali kinowej czy przytulnym wnętrzu samochodu, a potem nagle czas przyspieszył, przewinął się do przodu jak taśma i Troy obudził się rankiem jako narzeczony. Ponad jego głową ustalano jakieś daty, liczby gości i składniki potraw, a on sam czuł się tylko otępiały i zdziwiony, choć, oczywiście, nie protestował. Był już wtedy od jakiegoś czasu zawodowym żołnierzem, więc regularność i nieuchronność takich rzeczy jak rozkazy, dyscyplina, czy małżeństwo, wydawały mu się całkiem naturalne. W sumie to Lizzie zaczęła jakby kaprysić, przesuwać te zakładane daty, odsuwać termin zawiadamiania gości i rezerwowania kaplicy. Wtedy Troy niczego nie podejrzewał. A potem dostał się wreszcie do Fok Piechoty Morskiej, odbył szkolenie podobne do chwilowej, choć intensywnej wizyty w piekle, pojechał do Iraku i wszystko zupełnie się zmieniło.

Zamknął na chwilę oczy, przygryzając wargę. Tak, wszystko uległo zmianie. Wcale nie on, Troy. Tylko świat dookoła. Świat przemienił się w coś całkiem innego. Coś, czym nie był nigdy wcześniej.

Rozszerzył się, spychając gdzieś na bok domek na przedmieściach, szkołę średnią, pobliski mall, multipleks i Lizzie Marksman, tak jakby były jakąś maleńką, szarą gwiazdką na obrzeżu kosmosu. Pyłkiem w ogonie galaktyki.

W cichych, strasznych momentach niewoli, kiedy starał się nie nadsłuchiwać rozpaczliwie trzasku drzwi i odgłosu kroków na korytarzu, próbował przywołać w pamięci twarz Lizzie, która, niczym wizerunek opiekuńczego anioła, amerykańskiej blondwłosej świętej, miała pomóc mu przetrwać upiorny sen w typie „Piły”, w jakim właśnie się znalazł, wbrew woli i rozumowi, lecz ze strachem stwierdzał, że nie potrafi. Obraz narzeczonej rozmywał się, blakł niczym akwarela na deszczu, stapiał z uśmiechniętymi buziami aktorek serialowych i króliczków Playboya. Czasem zastanawiał się, czy panna Marksman w ogóle jest istotą ludzką, czy jakimś wygenerowanym sztucznie tworem pobieranym z magazynu, z półki „narzeczona żołnierza”. W końcu przestał w ogóle myśleć o Lizzie, obawiając się, że oszaleje.

Wiele miesięcy później, w oparach pooperacyjnego szoku, przeczytał „dearjohna”, którego mu wysłała, gdy jeszcze siedział w celi arabskiego więzienia, ale nie zdziwił się specjalnie. Prawdę mówiąc, wcale go to nie obeszło. Lizzie leżała już wtedy pogrzebana w składziku pamięci z napisem „ktoś nieistotny”.

„Dearjohna” chyba nawet nie zachował. W każdym razie nie pamiętał, co mógł z nim zrobić. Znajdował się wtedy przecież głęboko, na samym dnie gorącego, falującego morza bólu, które wlewało mu się do ust przy każdym oddechu, dławiło, raniło kaszlem i rozrywało klatkę piersiową jak ładunki wybuchowe stary budynek do rozbiórki.

Potem, gdy znowu umiał jako tako myśleć, list od Lizzie wydał mu się niemal zabawny. Jak „wyjec” z Harry’ego Pottera. Przez chwilę naprawdę podejrzewał, że przyniosła go sowa.

Termin „dearjohn” był równie smutny i klasyczny, jak stare filmy z Bogartem. Tak nazywali specjalne listy od swoich dziewczyn żołnierze frontowi bodajże już podczas pierwszej, a na pewno drugiej wojny światowej. Zwykły list, pełen słodkich słów i zapewnień o dozgonnej miłości, zaczynał się najczęściej od niezbyt wyszukanego nagłówka „misiu”, „skarbie”, „kochanie”, „najmilszy”. Ten specjalny, już na wstępie straszył zimnym, oficjalnym „Drogim Johnem”. Potem było tylko gorzej. Pojawiały się różne: „nie mogąc znieść ciągłego lęku o twój los”, „oddaliliśmy się od siebie”, „jesteś naprawdę wspaniałym mężczyzną, ale...”, po całkiem nieznośne „zostańmy przyjaciółmi” i „poznałam kogoś odpowiedniego”.

List od Lizzie puchł od takich zwrotów. Gdyby nie potworny ból w piersi, Troy zapewne nieźle by się z nich uśmiał. A tak, pozwolił tylko pannie Marksman, wraz z jej nowym kimś odpowiednim, rozpłynąć się w powietrzu jak dym po jasnej, lecz krótkotrwałej flarze.

– Widzisz, Norman – wychrypiał z trudem. – Z laskami tak już jest. Nie łudź się, chłopie. Tak jest i już. Sam się kiedyś przekonasz.

Gretz stękał ciężko za białym żaglem parawanu.

Książki Mai Lidii Kossakowskiej wydane nakładem naszego wydawnictwa:

Siewca WiatruZakon Krańca Świata – tom 1Zakon Krańca Świata – tom 2Więzy KrwiRuda SforaŻarna niebiosUpiór Południa. CzerńUpiór Południa. Pamięć UmarłychUpiór Południa. Burzowe KocięUpiór Południa. Czas MgiełZbieracz Burz – tom 1Zbieracz Burz – tom 2Grillbar Galaktyka

Autorka fantastyki, z wykształcenia plastyk i archeolog śródziemnomorski. Sporadycznie mag i poetka. Wychowana na klasyce i porządnej literaturze amerykańskiej, czyli Faulknerze, Steinbecku, Hemingwayu, Chandlerze, Cortazarze i Llosie.

Ceni dobrą prozę nowoczesną. Miłośniczka antyku, niezwykłych mitologii, wiedzy tajemnej, szamanizmu i starożytnych artefaktów. Lubi stare westerny, nowe filmy wojenne, środkowe Morawy, awantury arabskie i grillowane krewetki. Przyjaźni się z kotami i końmi oraz lekko zdumiewa fenomenem mrówkojadów.

Laureatka Nagrody im. Janusza A. Zajdla 2006 (ośmiokrotnie nominowana), Srebrnego Globu, Złotego Kota i Śląkfy. Autorka m.in. bestsellerowego cyklu Zastępy Anielskie, na który składają się: zbiór opowiadań Żarna niebios, powieść Siewca Wiatru i dwutomowy Zbieracz Burz. W 2009 r. dała popis swoich literackich umiejętności czterotomowym zbiorem opowieści grozy Upiór Południa. Jest także autorką powieści: Ruda Sfora, Zakon Krańca Świata, Grillbar Galaktyka oraz zbioru opowiadań Więzy Krwi.

COPYRIGHT© BYMaja Lidia KossakowskaCOPYRIGHT © BYFabryka Słów sp. z o.o.,LUBLIN 2009

WYDANIE I

ISBN978-83-7574-386-9

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIAEryk Górski, Robert Łakuta

GRAFIKA ORAZ PROJEKT OKŁADKIPiotr Cieśliński

ILUSTRACJEDominik Broniek

REDAKCJADorota Pacyńska

KOREKTABarbara Caban, Renata Supryn

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91www.fabrykaslow.com.pl e-mail:biuro@fabrykaslow.com.pl