Wydawca: BIS Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
21,89 21,90
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 89 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 2 godz. 27 min Lektor: Modest Ruciński

Opis ebooka Burzliwe dzieje pirata Rabarbara - Wojciech Witkowski

Książki o Rabarbarze, ilustrowane przez Edwarda Lutczyna, powstały w latach osiemdziesiątych, zdobywając niebywałą popularność, do czego przyczyniało się czytanie w radiu, adaptacje sceniczne i adaptacja telewizyjna. Zabawny, swojski pirat stał się postacią kultową, a dowcipne cytaty z książek weszły do codziennych rozmów.

"Burzliwe dzieje pirata Rabarbara" to pierwsza część, w której niepokorny marynarz Rabarbar zbuntował się przeciw kapitanowi Octowi, uciekł ze statku „Kaczy Kuper” i postanowił zostać piratem. Pokonując niebezpieczeństwa, powrócił do swej żony Barbary, wkrótce doczekał się synka, Krztynka, i najchętniej spędzałby czas na spaniu, paleniu fajki nabitej grochowinami z pieprzem oraz jedzeniu ukochanej grochówki, jednak – jak przystało na pirata – musiał od czasu do czasu wyprawić się w rejs, a każda taka wyprawa obfitowała w barwne przygody, które zapewniają czytelnikom wiele śmiechu.

 

Opinie o ebooku Burzliwe dzieje pirata Rabarbara - Wojciech Witkowski

Cytaty z ebooka Burzliwe dzieje pirata Rabarbara - Wojciech Witkowski

Rabarbar, obrawszy kurs na wyspę ludożerców, gdzie – jak nam wiadomo – był o dużo kokosów, a stal i mieszkańcy nie gustowali w jarskich po trawach, zamocował ster na stale i zabrał się ostro do roboty.

Fragment ebooka Burzliwe dzieje pirata Rabarbara - Wojciech Witkowski

Copyright © 1979 Wojciech Witkowski Copyright

© 2008 Wydawnictwo BIS

Książka ukazała się po raz pierwszy w 1979 r. nakładem SW „Czytelnik”.

ISBN 978-83-7551-216-8

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. (0-22) 877-27-05, 877-40-33; fax (0-22) 837-10-84

e-mail:bisbis@wydawnictwobis.com.pl

www.wydawnictwobis.com.pl

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

AWANTURA O KICHANIE

Słońce przygrzewało, a wiatr był tak łagodny, że ocean marszczył się miękko jak łan kwitnącego lnu. Fregata wracała z Indii do kraju, wioząc w ładowniach herbatę, cynamon, goździki i pieprz. Na pokładzie pachniało jak przy wielkanocnym stole. Załoga wąchała i kichała raz po raz:

– A psik!

– Na zdrowie!

– A psik!

– Na zdrowie!

Nadzwyczaj głośno kichał bosman Huk i wtedy marynarze wołali chórem „na zdrowie!”, ale jeszcze głośniej najdzielniejszy z żeglarzy – Rabarbar – aż trzęsły się maszty. Rabarbar siedział w bocianim gnieździe i wypatrywał ziemi, choć wszyscy wiedzieli, że przez dwa miesiące żadnego brzegu nie zobaczy, ale tak na morzu trzeba, bo zawsze można się natknąć na nieznany ląd.

A jednak żeglarze nie byli szczęśliwi. Co który spojrzał na nazwę fregaty, to aż pluł niegrzecznie do wody, czego ryby bardzo nie lubią, zwłaszcza złote i latające. Na burcie był napis „Kaczy Kuper”. Kto chciałby pływać na „Kaczym Kuprze”, choćby i najpiękniejszym? Jak trudno będzie znieść kpiny kamratów z innych statków! A do niedawna ich fregata nazywała się przecież całkiem przyzwoicie: „Pierś Łabędzia”. Ale kiedy dowództwo objął kapitan Ocet, zaraz kazał zmienić nazwę i jeszcze śmiał się cienko jak brzytwa, chociaż załoga płakała rzewnie. Z takich łez marynarzy robią się w morzu perły, natomiast kiedy płaczą po rozbitej butelce rumu, lęgną się rekiny.

I teraz właśnie wyszedł ze swej kajuty kapitan Ocet, malutki, chudziutki i skrzywiony, jakby bolały go wszystkie zęby.

– Bosmanie Huk – zapiszczał – zawiązać wszystkim nosy! Dosyć mam tego „a psik! na zdrowie!”. Sobie też, do stu tysięcy zgniłych śledzi! A przede wszystkim temu tam, jak mu tam, Rabarbarowi, co aż trzęsie „Kaczym Kuprem”.

– Tak jest, kapitanie! – huknął Huk.

– O, nie! Wara od mojego nosa! Będę sobie kichał, ile mi się podoba! – krzyknął z bocianiego gniazda Rabarbar i zaraz kichnął tak potężnie, że nie tylko zatrzęsły się maszty, ale cała fregata zakołysała się jak w czasie najokropniejszego sztormu.

– Łapać! Zakuć w kajdany! Przywiązać do masztu! Wychłostać! Buntownik! – piszczał kapitan Ocet i tupał ze złości cienkimi nóżkami.

– Cha, cha! – rozległo się z góry. – A kto to zrobi?

– Na Rabarbara, nuże kamraci – powiedział, najciszej jak umiał, bosman i zaraz zerknął na bocianie gniazdo, czy aby tamten nie dosłyszał.

– Brać go! Brać tego buntownika! – zapiszczał i zatupał znowu Ocet.

Nikt się nie ruszył.

– Niech pan da spokój, kapitanie, nikt nie da mi rady – powiedział Rabarbar i kichnął sobie znowu: – A psik!

– Co takiego?! Jeszcze mnie nie znasz, Rabarbarze! Ja cię zestrzelę jak kaczkę! – Kapitan zazgrzytał zębami i wyciągnął zza pazuchy wielki pistolet. Za wielki jak na jego siły. W żaden sposób nie mógł utrzymać lufy do góry.

– Cha, cha, cha! – zaśmiał się na to Rabarbar. – Mam w nosie takiego kapitana, co chce do mnie strzelać. Żegnajcie, kamraci! A zresztą i tak już nie chciałem płynąć w następny rejs „Kaczym Kuprem”. I przypilnujcie, żeby mi tam nic nie zginęło z kuferka! – krzyknął i skoczył do morza.

Zanurkował. Wypłynął dobre pół mili dalej.

– A z panem, kapitanie, to ja się jeszcze porachuję! – krzyknął raz jeszcze i popłynął sobie na skróty do domu.

– Skandal, buntownik, zastrzelę! – zachrypiał Ocet i wreszcie wystrzelił. Nawet trafił… w pierwszą falę przy burcie.

Strasznie to rozgniewało delfiny, które płynęły za fregatą. Podpłynęły do burty i wszystkie razem chlapnęły ogonami. Na kapitana spadła cała fontanna wody. Przemoczony do suchej nitki, pomknął do swej kabiny. Po chwili ukazał się w drzwiach w samych gatkach.

– Bosman, wysuszyć mój mundur!

– Tak jest, panie kapitanie! – huknął Huk, a że akurat zapach pieprzu dotarł do jego nochala, kichnął głośniej, niż Ocet wystrzelił: – A psik!

– Na zdrowie! – zawołała załoga.

– Do dwustu tysięcy zgniłych śledzi, zawiązać te nosy! – wrzasnął kapitan i zatrzasnął drzwi.

A tymczasem głowa Rabarbara zniknęła za horyzontem.

– Będzie prędzej niż my – powiedział Huk. Chciał huknąć po swojemu, żeby nawet szczur na dnie ładowni usłyszał, ale tylko zagęgał przez nos zawiązany kawałkiem liny okrętowej.

– Teraz to będzie „Gęsi”, a nie „Kaczy Kuper” – powiedział jeden z marynarzy i westchnął: – Żebym to ja tak pływał jak Rabarbar.

Z GNIAZDEM NA GŁOWIE

Rabarbar płynął i płynął. Tydzień, dwa tygodnie. Jak spotkał stado delfinów, to pogwizdywał sobie razem z nimi piosenki żeglarskie, a jak wieloryba, który zmierzał w tę samą stronę, to przysiadał na grzbiecie olbrzyma i odpoczywał. Ale tak w ogóle – nudno mu już było.

Aż tu jednego dnia patrzy – leci mewa i jakoś dziwnie niespokojnie rozgląda się wokoło.

– Ahoj, koleżanko! – zakrzyknął Rabarbar. – A co cię tak zaniepokoiło?

– Ojej, Rabarbarku, ojej! – zakwiliła mewa. – Mam straszny kłopot. Czuję, że zaraz muszę znieść jajko, a do najbliższego lądu okropny kawał morza. I co ja teraz zrobię?

– I to ma być kłopot? Zaraz ci pomogę – powiedział wesoło Rabarbar i odwrócił swą marynarską czapkę dnem do góry, tak że zrobiło się wygodne gniazdo.

– Nigdy ci tego nie zapomnę – odrzekła mewa. Zaraz złożyła do Rabarbarowej czapki jajko i usiadła na nim.

Rabarbar poweselał. Miał teraz z kim pogadać, więc nawet nie czuł zmęczenia, tylko płynął i płynął.

Tak minęło znowu parę tygodni. Aż któregoś dnia coś zastukało w jajku i po paru minutach wykluło się pisklę. Zaraz rozdziawiło dziób i wrzasnęło:

– Mamo, jeść! Mamo, jeść!

– Będzie się zdrowo chować, ma apetyt – powiedział Rabarbar.

– O tak, Rabarbarku – rozczuliła się mewa. – Nie wiem, jak ci mam dziękować…

– Drobiazg, nie ma o czym mówić – Rabarbar na to. – Ale, kto wie, może przyda się kiedyś twoja pomoc. Muszę się porachować z kapitanem Octem.

– Będę zawsze do usług – zapewniła mewa.

Po paru dniach Rabarbar pociągnął mocno nosem, przełknął ślinkę, bo poczuł jakby leciuteńkie, dalekie echo zapachu grochówki na wędzonce, uśmiechnął się i powiedział:

– No, mewo, będę cię musiał wysadzić razem z maluchem na najbliższej wyspie. Do domu już nie tak daleko, muszę się ogarnąć i w ogóle nie wypada żeglarzowi wracać z rejsu z gniazdem na głowie.

– Oczywiście, oczywiście – przytaknęła mewa.

Rabarbar wylądował na pięknej wyspie o szerokich plażach, nad którymi chwiały się w lekkiej bryzie kokosowe palmy. Przełożył pisklaka do gniazda, które zrobiła mewa, pożegnał się ze swą przyjaciółką i poszedł brzegiem wyspy, bo po tak długim pływaniu nabrał ochoty na spacer. Ale niedaleko uszedł. Broda mu tak wyrosła, że ją przydeptywał, a ponadto była strasznie ciężka, bo obrosła muszelkami. Rabarbar zdrapał więc najpierw wszystkie muszle i wyrzucił do morza – przy okazji też kilka małych rybek, które schroniły się w gęstwinie brody przed rekinami. Potem usiadł na kamieniu i marynarskim nożem przyciął sobie brodę ślicznie w schodki. Równo nie mógł, bo włosy z przyzwyczajenia jeszcze falowały.

Kiedy tak zajmował się upiększaniem swojej postaci, przyszły kraby kokosowe i proszą:

– Rabarbarze, pomóż nam. Tyle kokosów leży wokół, a nie możemy się do nich dobrać. Za twarde na nasze kleszcze.

Żeglarz wstał i zaczął grzmocić pięściami, a orzechy kokosowe pękały niczym bańki mydlane. Kraby dalejże dziękować, ale on tylko ziewnął, bo właśnie przypomniało mu się, że bardzo długo nie spał. Ułożył się pod palmą i zachrapał.

I to jak zachrapał! Aż z palmy spadały orzechy! Prosto na głowę, ale nic go to nie obchodziło.

Niestety, Rabarbarowe chrapanie usłyszano w głębi wyspy…

OBIAD U LUDOŻERCÓW

Kiedy Rabarbar obudził się wreszcie, zobaczył, że na plaży płonie ognisko, wokół którego siedzą czarne postacie. Tylko jedna z nich, w wysokiej białej czapce, oparta o ogromną łyżkę, stoi i patrzy, jak wrze woda w kotle zawieszonym nad ogniem.

– Ho, ho, przyjaciele – zawołał wesoło żeglarz – zdaje się, że macie na mnie apetyt?!

Ludożercy podnieśli ogromny wrzask, zerwali się z ziemi i zaczęli taniec wokół ogniska. Wymachiwali przy tym dzidami i łyżkami i śpiewali:

– Mniam, mniam, obiad się obudził nam! Mniam, mniam, obiad się obudził nam!

Kucharz (ten z wielką łyżką i w białej czapce) podszedł do Rabarbara i rzekł:

– Długo spałeś, Mięso, wszyscy strasznie wygłodnieli, a nie jest w naszym zwyczaju jeść śpiących. Potem się budzą i ziewają w brzuchach, a to bardzo nieprzyjemnie i niezdrowo.

– Bardzo nieprzyjemnie – przytaknął Rabarbar. – Podobają mi się wasze zwyczaje. Przepraszam, że tak długo spałem.

– Nie szkodzi – odrzekł uprzejmie kucharz. – Co się odwlecze, to nie uciecze.

– Też racja