Wydawca: Bukowy Las Kategoria: Dla dzieci i młodzieży Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 443 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Burza - Julie Cross

Rok 2009. Dziewiętnastoletni Jackson Meyer jest zwyczajnym nastolatkiem, studiuje, ma dziewczynę... i potrafi podróżować w czasie. Lecz ta umiejętność nie ma nic wspólnego z tym, co ogląda się w filmach - jego skoki nie zmieniają teraźniejszości ani nie powodują żadnych zakłóceń w Kosmosie.

Nadchodzi jednak dzień, gdy nieznajomi mężczyźni napadają na Jacksona i jego ukochaną Holly, a podczas brutalnej szarpaniny dziewczyna zostaje poważnie ranna. Przerażony i spanikowany Jackson cofa się do roku 2007, lecz ten skok okazuje się inny niż wszystkie. Chłopak zostaje uwięziony w przeszłości.

Jackson, chcąc uratować Holly, nie ustaje w rozpaczliwych próbach odnalezienia drogi powrotnej do swojego czasu, lecz po serii niepowodzeń godzi się z losem i postanawia dowiedzieć się więcej o swoich umiejętnościach. Jednak ludzie, którzy strzelali do Holly w roku 2009, depczą mu po piętach. Wrogowie Czasu nie cofną się przed niczym, aby wcielić młodego podróżnika w swoje szeregi. Przystąpi do nich albo zginie.

Opinie o ebooku Burza - Julie Cross

Fragment ebooka Burza - Julie Cross

Spis treści

Okładka

Skrzydełko

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Dedykacja

Sobota, 11 kwietnia 2009

ROZDZIAŁ I

ROZDZIAŁ II

ROZDZIAŁ III

ROZDZIAŁ IV

ROZDZIAŁ V

ROZDZIAŁ VI

ROZDZIAŁ VII

ROZDZIAŁ VIII

ROZDZIAŁ IX

ROZDZIAŁ X

ROZDZIAŁ XI

ROZDZIAŁ XII

ROZDZIAŁ XIII

ROZDZIAŁ XIV

ROZDZIAŁ XV

ROZDZIAŁ XVI

ROZDZIAŁ XVII

ROZDZIAŁ XVIII

ROZDZIAŁ XIX

ROZDZIAŁ XX

ROZDZIAŁ XXI

ROZDZIAŁ XXII

ROZDZIAŁ XXIII

ROZDZIAŁ XXIV

ROZDZIAŁ XXV

ROZDZIAŁ XXVI

ROZDZIAŁ XXVII

ROZDZIAŁ XXVIII

ROZDZIAŁ XXIX

ROZDZIAŁ XXX

ROZDZIAŁ XXXI

ROZDZIAŁ XXXII

ROZDZIAŁ XXXIII

ROZDZIAŁ XXXIV

ROZDZIAŁ XXXV

ROZDZIAŁ XXXVI

ROZDZIAŁ XXXVII

ROZDZIAŁ XXXVIII

ROZDZIAŁ XXXIX

ROZDZIAŁ XL

ROZDZIAŁ XLI

ROZDZIAŁ XLII

ROZDZIAŁ XLIII

PODZIĘKOWANIA

Skrzydełko

Okładka

TYTUŁ ORYGINAŁU: Tempest

Copyright © 2011 by Julie Cross All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2012 Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2012

ISBN 978-83-63431-35-8

FOTOGRAFIA NA OKŁADCE: anches 1980 PROJEKT OKŁADKI: Mariusz Banachowicz REDAKCJA: Sonia Miniewicz KOREKTA: Urszula Włodarska, Anna Gibasiewicz REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

WYDAWCA: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocław www.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki

Dla mojego redaktora, Brendana Deneena,

Sobota, 11 kwietnia 2009

Okej, to prawda – potrafię podróżować w czasie. Ale zapewniam was, że nie jest to tak ekscytujące, jak mogłoby się wydawać. Nie mogę cofnąć się o te kilkadziesiąt lat i zabić Hitlera. Nie mogę spojrzeć w przyszłość i zobaczyć, kto wygra mistrzostwa w baseballu w 2038 roku. Na razie udało mi się skoczyć sześć godzin w przeszłość. Słabo, jak na superbohatera, co nie?

Dzisiaj wreszcie zwierzyłem się komuś ze swojego sekretu. Tym kimś jest chłopak, którego IQ wyprzedza moje o lata świetlne, więc istnieje szansa, że uda mu się rozgryźć to wszystko. Adam upiera się i nalega, abym prowadził dokładną dokumentację, zapisywał praktycznie każdy swój ruch. Z początku chciał, żebym opisał całe osiemnaście lat swojego życia, ale wybiłem mu to z głowy, a przynajmniej na razie. Bo choć zgodziłem się na prowadzenie dziennika, nie oznacza to, że łyknąłem każdą jego sugestię. Przecież to nie tak, że świat skończy się tylko dlatego, że mogę sobie skakać w czasie. Nie służę jakiemuś większemu celowi czy czemuś w tym stylu, nie ratuję ludzkiej rasy przed wymarciem. Ale, jak powtarza Adam, jestem, jaki jestem, z pewnego powodu, i tylko od nas zależy, czy dowiemy się, jaki to właściwie powód.

– JACKSON MEYER

ROZDZIAŁ I

WTOREK, 4 SIERPNIA 2009, 12:15

– Jak daleko powinienem się cofnąć? – zapytałem Adama.

Utrzymywaliśmy rozsądny dystans między nami a grupką dzieciaków kłębiących się wokół niedźwiedzi polarnych.

– Trzydzieści minut? – zasugerował Adam.

– Ej, dawaj to! – Holly chwyciła paczkę cukierków, którą jeden z obozowiczów zwinął z dziecięcego wózka.

Rzuciła mi rozdrażnione spojrzenie.

– Byłoby fajnie, gdybyś miał oko na swoje bachory.

– Wybacz, Hol.

Postanowiłem dorwać Huntera, zanim jego kleptomańskie nawyki ponownie dadzą o sobie znać.

– Podnieś ręce – rozkazałem.

Wykrzywił usta w bezzębnym uśmiechu i podsunął swoje pulchne dłonie pod mój nos.

– Widzisz? Nic nie mam.

– I niech tak zostanie, dobra? Nie zabiera się rzeczy innych ludzi.

Puściłem go i popchnąłem lekko w kierunku pozostałych dzieciaków zmierzających w stronę sporego trawnika, na którym biwakujący mogli zjeść lunch w zoo.

– Hej, ty – powiedziałem, łapiąc Holly za rękę i ściskając jej palce.

Odwróciła się w moją stronę.

– Masz słabość do tego złodziejaszka, co?

Uśmiechnąłem się i wzruszyłem ramionami.

– Możliwe.

Rozluźniła się, złapała mnie za koszulkę i przyciągnęła do siebie.

– A więc… co porabiasz dziś wieczorem? – zapytała, całując mnie w policzek.

– No cóż… mam pewne plany związane z taką jedną naprawdę niezłą blondynką.

Tutaj pojawił się problem, ponieważ nie potrafiłem sobie przypomnieć, co dokładnie zaplanowaliśmy.

– To… niespodzianka – dodałem.

– Ale chrzanisz! – Zaśmiała się i odrzuciła głowę do tyłu. – Nie wierzę, że zapomniałeś! Przecież obiecałeś, że przez cały wieczór będziesz deklamował dla mnie dzieła Szekspira. Po francusku. Wspak. A potem mieliśmy oglądać Titanica i Notting Hill.

– Musiałem być pijany, kiedy to mówiłem – mruknąłem i znienacka pocałowałem ją w usta. – Ale zgodzę się na Notting Hill.

Przewróciła oczami.

– Mieliśmy iść na ten koncert, pamiętasz?

Tę romantyczną chwilę zepsuła dziewczynka z grupy Holly, która podbiegła do nas, chwyciła swą opiekunkę za rękę i wskazała palcem w kierunku toalety. Korzystając z okazji, wycofałem się, zanim zdążyliśmy omówić moją nieumiejętność zaplanowania czegoś dwa tygodnie wcześniej i pamiętania o tym dwa tygodnie później.

– Jackson, tutaj – powiedział Adam, wskazując ruchem głowy drzewo.

Pora na planowanie precyzyjnej i dokładnej podróży w czasie.

– Idziesz dzisiaj z nami zobaczyć tę kapelę? – zapytałem.

Właściwie to chciałem sprawdzić, czy również o tym zapomniał.

– No… nie wiem, pomyślmy. Mam spędzić wieczór z twoimi znajomymi z liceum, którzy, jak słyszałem, są żywymi wcieleniami postaci z Plotkary? Nie wspominając o wydaniu całej swojej kasy na przystawki i kilka drinków.

Pokręcił z uśmiechem głową.

– Jak myślisz?

– Okej, rozumiem. A może powłóczymy się jutro po okolicy?

– Brzmi dobrze.

– W porządku, jedziemy z tym koksem. I tak nie mógłbym teraz nic przełknąć, bo wali ode mnie jak z obory, więc możemy zaczynać.

Adam podał mi mój dziennik i wyciągnął z kieszeni długopis.

– Zapisz cel podróży, bo wycieczka w czasie bez określonego celu jest…

– Nierozważna – dokończyłem za niego, powstrzymując jęk.

– Za plecami mamy sklep z pamiątkami. Obserwowałem go przez ostatnią godzinę i na kasie cały czas stoi ta sama dziewczyna.

– Dobrze się jej przypatrzyłeś, co nie?

Adam wzniósł oczy ku niebu i odgarnął z czoła kosmyk ciemnych włosów.

– Okej, nastaw stoper i skocz trzydzieści minut do tyłu. Idź do tego sklepu i zrób wszystko, by dziewczyna zapamiętała twoje imię.

– To się nazywa flirt – powiedziałem tak cicho, żeby nikt nie usłyszał.

Zacząłem szybko robić notatki, by zdążyć, zanim Holly wróci z toalety.

Cel: sprawdzić teorię na kimś, kto nie wie o eksperymencie.

Teoria: wszystko, co dzieje się podczas podróży, łącznie z interakcją z innymi ludźmi, NIE ma wpływu na teraźniejszość.

Tłumaczenie dla niekujonów: skaczę w czasie pół godziny do tyłu, przystawiam się do dziewczyny na kasie, skaczę z powrotem do teraźniejszości, wchodzę ponownie do sklepu i sprawdzam, czy mnie poznaje.

Nie pozna.

Ale Adam Silverman, laureat Narodowego Festiwalu Nauki w roku 2009 i przyszły student MIT, nie potwierdzi żadnej hipotezy bez jej sprawdzenia pod każdym możliwym kątem. Szczerze? Nie mam nic przeciwko temu. Czasem jest naprawdę zabawnie. I pomyśleć, że jeszcze kilka miesięcy temu nikt poza mną nie wiedział, co potrafię. Teraz, kiedy jest nas dwóch, czuję się dziwadłem w trochę mniejszym stopniu.

I czuję się trochę mniej samotny.

Nigdy nie przyjaźniłem się z naukowym maniakiem, choć Adam jest kimś więcej niż tylko niegrzecznym chłopcem włamującym się na rządowe serwery. Jest po prostu chodzącą zajebistością.

– Jesteś pewien, że potrafisz cofnąć się dokładnie o trzydzieści minut? – zapytał Adam.

Wzruszyłem ramionami.

– Chyba tak.

– Zwróć, proszę, uwagę na czas. Będę liczył, przez ile sekund siedzisz tutaj jak warzywo – powiedział Adam, wkładając stoper w moją dłoń.

– Czy naprawdę tak wyglądam podczas skoku? Ile tak będę siedział? – zapytałem.

– Podczas dwudziestominutowej wyprawy, pół godziny wstecz… wpadniesz w katatonię na jakieś dwie sekundy czasu teraźniejszego.

– A gdzie byłem pół godziny temu? Nie chcę spotkać siebie samego.

Adam kliknął swoim stoperem chyba z dziesięć razy, zanim mi odpowiedział. To jedno z jego zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych.

– Byłeś wewnątrz, gapiłeś się na pingwiny.

– Dobra, spróbuję tam nie wylądować.

– Obaj wiemy, że możesz wybrać miejsce, w którym się znajdziesz, jeśli wystarczająco się skoncentrujesz, więc nie wciskaj mi takich tekstów, dobra? – rzucił Adam.

Może miał rację, ale chyba nie zdawał sobie sprawy, jak trudno było wyczyścić umysł i myśleć o jednym miejscu. Wystarczy, bym wyobraził sobie przez ułamek sekundy jakiś inny punkt, a wyląduję właśnie tam.

– Dobra, dobra. Może ty to zrobisz i zobaczysz, że to nie takie proste.

– Chciałbym.

Rozumiem, dlaczego ktoś taki jak Adam jest obsesyjnie zafascynowany tym, co potrafię, ale ja sam nie uważam swojej umiejętności za jakąś supermoc. Jestem wybrykiem natury. W dodatku nieco niepokojącym.

Spojrzałem na zegarek. 12:25. Zamknąłem oczy i skupiłem się na konkretnym czasie i miejscu, bo muszę przyznać, że nadal nie mam pojęcia, jak to działa.

Po raz pierwszy skoczyłem jakieś osiem miesięcy temu, podczas pierwszego semestru w college’u. Siedziałem na zajęciach z poezji francuskiej. Od kilku minut przysypiałem i nagle obudziła mnie chłodna bryza i trzaśnięcie drzwiami. Stałem przed swoim akademikiem. Nawet nie miałem czasu spanikować, bo po sekundzie znowu siedziałem w klasie.

Dopiero wtedy spanikowałem.

Teraz to czysta zabawa, przynajmniej przez większość czasu. Nadal nie wiem, dokąd trafiłem podczas pierwszej wyprawy. Mój rekordowy skok to czterdzieści osiem godzin do tyłu. Na razie nie potrafię przenosić się w przyszłość, ale nie ustaję w próbach.

Dopadło mnie znajome uczucie, jakby ktoś rozrywał moje ciało, ciągnął je w dwóch przeciwnych kierunkach. Wstrzymałem oddech i czekałem, aż nieprzyjemne szarpanie ustanie. Szło się do tego przyzwyczaić, lecz trudno było mówić o przyjemności.

ROZDZIAŁ II

WTOREK, 4 SIERPNIA 2009, 11:57

Kiedy otworzyłem oczy, Adama już nie było, podobnie jak moich kolegów z pracy i dzieciaków. Nie pozostał ślad po okropnym wrażeniu rozrywania na dwie części, zastąpiło je uczucie niesamowitej lekkości, pojawiające się zawsze po skoku. Jakbym przebiegł kilka mil i nie odczuwał bólu w nogach.

Rozejrzałem się wokół. Miałem farta, wszyscy byli zajęci gapieniem się na zwierzaki i nie zauważyli, że zmaterializowałem się tuż za nimi. Całe szczęście nigdy nie musiałem się nikomu z tego tłumaczyć. Włączyłem stoper w zegarku i rzuciłem okiem na gigantyczną tarczę czasomierza umieszczonego nad głównym wejściem do zoo.

11:57. Blisko. Ruszyłem w stronę sklepu i wszedłem do środka. Dziewczyna za kasą była mniej więcej w moim wieku, może trochę starsza. Praktycznie leżała na kontuarze, podtrzymując głowę dłońmi. Gapiła się na ścianę.

Zawsze, kiedy zabieramy się za to nasze eksperymentowanie, muszę pamiętać o jednej bardzo ważnej rzeczy: w Hollywood nie mają bladego pojęcia o podróżach w czasie.

Poważnie.

Dobra, a teraz najdziwniejsze. Laska za ladą mogłaby walnąć mnie w nos, może nawet mi go złamać, ale kiedy powrócę do teraźniejszości, będzie jedynie nieco napuchnięty albo posiniaczony. Czemu nie złamany, zapytacie? To już zupełnie inna kwestia i nie mam pojęcia, jak to działa. Rzecz w tym, że… będę pamiętał uderzenie.

A gdybym to ja złamał jej nos i wrócił do teraźniejszości, dziewczyna i tak byłaby w jednym kawałku, no i w dodatku zapomniałaby o wszystkim, co się stało. Oczywiście dopiero teraz mam badać tę teorię (po raz kolejny) i… nie mam zamiaru jej bić. Obojętne, co zrobię, efekt będzie ten sam.

– Cześć – powiedziałem do niej – macie może… olejek do opalania?

Nawet na mnie nie spojrzała, tylko wskazała palcem ścianę po lewej. Podszedłem do półki, zgarnąłem cztery różne buteleczki i rzuciłem je na ladę.

– A więc… chodzisz na uniwerek czy…

– Wiesz, mógłbyś kupić te olejki gdzie indziej za połowę ceny – wypaliła.

– Dzięki za cynk, ale potrzebuję ich w tej chwili. – Oparłem się o kontuar tuż przy niej.

Natychmiast się wyprostowała i zaczęła nabijać na kasę moje zakupy.

– Cztery butelki? Poważnie?

No to tyle, jeśli chodzi o flirt.

– No dobra, wezmę jedną. Chyba nie dostajesz prowizji?

– Pracujesz z dzieciakami? – Spojrzała z pogardą na moją zieloną, służbową koszulkę.

– Aha.

Dziewczyna parsknęła i wyrwała kartę kredytową z mojej ręki.

– Naprawdę mnie nie pamiętasz, co?

Przez chwilę przetwarzałem w myślach jej słowa.

– No…

– Karen… siedziałam za tobą na ekonomii przez cały semestr. Profesor Larson powiedział, że jesteś bardzo niesystematyczny i musisz przyłożyć się bardziej do finansów. – Przewróciła oczami. – Czy to dlatego masz taką pracę?

– Nie.

I to akurat była prawda, nawet nie dostawałem pieniędzy za to, co robiłem. Zgłosiłem się jako wolontariusz, lecz nie miałem zamiaru jej tego mówić. Najwyraźniej już wyrobiła sobie o mnie zdanie.

– No więc… fajnie było cię znowu widzieć, Karen.

– Taa, pewnie… – mruknęła.

Szybkim krokiem opuściłem sklep. Skok z powrotem do teraźniejszości nie wymagał ode mnie takiego skupienia, jak ten do przeszłości. Zapewne wynikało to z tego, że i tak przed każdym kolejnym skokiem musiałem wrócić do swojego czasu. Adam nazywa teraźniejszość moją „bazą”. Po mistrzowsku opanował sztukę mówienia do mnie jak do głąba, żebym wszystko doskonale rozumiał. Ale najbardziej lubiłem jego baseballowe analogie. Mam nadzieję, że gdy wrócę, nie będzie się nade mną nachylała grupka nieznajomych, zafascynowanych moim katatonicznym stanem.

ROZDZIAŁ III

WTOREK, 4 SIERPNIA 2009, 12:25

Gdy otworzyłem oczy, Adam stał nade mną.

– Jackson?

– Stary, zjedz miętówkę, bo ci jedzie – wymamrotałem, odsuwając od siebie jego głowę.

– Byłeś zombi przez niecałe dwie sekundy. Miałem rację. Wkrótce będę dysponował wystarczającą ilością danych, by przeprowadzić odpowiednie obliczenia. Tym razem nie odniosłeś żadnych obrażeń, prawda?

– Aha.

Doskonale wiem, dlaczego o to pytał. Tydzień temu skoczyłem kilka godzin do tyłu, ale straciłem koncentrację i wylądowałem na środku ruchliwej ulicy, a nie w swoim mieszkaniu. Po prawej nodze przejechała mi wielka półciężarówka. Kiedy wróciłem do swojej bazy, przez chwilę poczułem ostry ból w łydce. Po sekundzie ból zniknął, ale zastąpił go jasny, purpurowy siniec. Jednak oprócz tego stłuczenia z moją golenią było wszystko w porządku, choć przecież samochód strzaskał kości doszczętnie.

Wstałem i otrzepałem z kurzu tył spodni.

– Wygląda na to, że chodziliśmy razem do jednej grupy. Totalnie ją wkurzyłem. Wiesz, przed chwilą, czyli w przeszłości. Zresztą rozumiesz. A więc, jeśli twoja teoria jest błędna, udało mi się coś zmienić, a ona nadal będzie na mnie wkurzona, kiedy wejdę tam ponownie.

– Zobaczmy. – Adam machnął ręką do Holly. – Ej, Hol! Zaraz wracamy.

Chwyciłem biegnącego przez trawnik Huntera, zmierzającego w stronę sterty pozostawionych bez opieki plecaków. Na pewno miał nadzieję, że się obłowi, a łupy upcha w kieszeniach.

– Mały, idziesz z nami na zakupy.

Nasza trójka weszła do sklepu w momencie, kiedy stojąca za kasą dziewczyna wrzucała breloczki do kluczy do plastikowego pudełka. Stanąłem i spojrzałem na nią, zgrywając durnia.

– Czy my przypadkiem… nie chodziliśmy razem na ekonomię?

Podniosła głowę i pozwoliła sobie na lekki uśmiech.

– Tak… u profesora Larsona.

Ding, dong, dwa punkty dla Jacksona Meyera. Nie pamiętała, że ją wkurzyłem, czyli wszystko idzie tak, jak się spodziewałem. Mój mały skok w przeszłość nie zmienił teraźniejszości.

– Karen, prawda? – zapytałem.

Uniosła brwi.

– A ty jesteś Jackson, robiłeś dyplom z literatury francuskiej, co nie?

Adam mruknął i wcisnął się przede mnie.

– Nie mają tutaj tego, czego szukam. Idziemy.

Zignorowałem Adama i podniosłem Huntera, by mógł zobaczyć, co stoi na ladzie.

– Angielskiej również. Robiłem dwa fakultety.

Nawet jeśli moje małe wycieczki nie zmieniały sytuacji w bazie, to i tak zacząłem dostrzegać pewne zalety, jak chociażby możliwość zebrania cennych informacji. Zgaduję więc, że, przynajmniej w teorii, podróże w czasie coś tam jednak zmieniają.

Chociażby mnie.

Wyszliśmy ze sklepu i zatrzymaliśmy się tuż za progiem, stanęliśmy bowiem twarzą w twarz z Holly, która wrzucała śmieci do kosza stojącego przed budynkiem. Wziąłem ją za rękę i odciągnąłem od moich towarzyszy. Znalazłem drzewo, za którym mogliśmy się schować, skierowaliśmy się więc w jego stronę.

– Adamowi podoba się ta panna ze sklepu. Pomagałem mu ją poderwać.

Holly wybuchnęła śmiechem, a ja delikatnie popchnąłem ją do tyłu, aż oparła się o pień drzewa.

– Czy Hunter coś ukradł? – wymamrotała, ale moje usta dotykały już jej ust, więc miała pewien problem ze swobodnym wyrażeniem swoich myśli.

– Nic, o czym bym wiedział. – Pocałowałem ją po raz drugi i poczułem coś wilgotnego na prawym policzku.

Odsunęliśmy się od siebie. Spojrzałem w górę i zobaczyłem otwierające się nad nami niebo. Dokładnie w tym momencie lunął rzęsisty deszcz.

– Cholera! Myślałam, że będzie ładnie przez cały dzień – mruknęła Holly.

Odbiliśmy się od drzewa i rzuciliśmy się pędem przez trawnik do miejsca, gdzie Adam i pozostali zajęli się ustawianiem dzieci w pary.

Kilku maluchów zaczęło krzyczeć, kiedy rozległ się głośny grzmot.

– Wsiadamy do autobusu? – zapytałem Adama.

– Tak – odparł, próbując przekrzyczeć nagłą burzę.

Dzieciaki zaczęły biec w nierównym szeregu, osłaniając głowy plecakami. Holly i Adam podbiegli na przód kolumny; ja zostałem z tyłu, by dopingować maruderów, kierując ich w stronę wyjścia z zoo. Całe szczęście autobus został zaparkowany zaraz przy bramie. I tak byłem już kompletnie przemoczony, wodę miałem nawet w tenisówkach. Kiedy wsadziłem ostatniego dzieciaka na stopnie autobusu, zobaczyłem rudowłosą dziewczynkę, dziesięcio-, może jedenastoletnią, ubraną w jeansy i koszulkę z długim rękawem. Stała na deszczu, sama, odwrócona plecami do mnie, więc widziałem jedynie jej włosy. Woda ściekała po jej długim warkoczu. Bicie mojego serca dźwięczało mi w uszach, a przez głowę przelatywały mi różnorakie myśli.

To nie mogła być ona.

A co, jeśli jednak…?

Ruszyłem w stronę dziewczynki, kiedy usłyszałem przez szum deszczu głos Holly:

– Jackson, gdzie idziesz?

– Ta dziewczynka nie jest z nami – powiedział Adam. – Chodź już. Ruszamy!

Zrobiłem kilka szybkich i długich kroków, aż wreszcie stanąłem przy niej. Klepnąłem ją w ramię, a dziewczynka odwróciła się gwałtownie. Otworzyła szeroko oczy, jej twarz rozpromienił uśmiech. Jeśli jakimś cudem to byłaby ona, czy w ogóle by mnie rozpoznała?

Krople deszczu rozbijały się o chodnik, piorun rozświetlił ciemne niebo.

– Jackson! – krzyknęła ponownie Holly.

Moje serce niemal przestało bić, kiedy zobaczyłem, że oczy dziewczynki nie są niebieskie, ale zielone. Poczułem ulgę… i srogie rozczarowanie.

– No… przepraszam. Wziąłem cię za kogoś innego.

Odwróciłem się na pięcie i pobiegłem do autobusu. Widziałem, że dzieci obserwują mnie, przylepiając twarzyczki do szyb. Wskoczyłem po stopniach do środka i otrzepałem mokre włosy. Dzieciaki nie spuszczały ze mnie wzroku. Oczy Holly na sekundę spotkały się z moimi, ale wyminąłem ją i usiadłem obok Adama.

Poczułem ukłucie winy, kiedy Holly usiadła sama, nie odzywając się ani słowem, a wiedziałem, że ma ochotę zadać mi kilka pytań. Sądząc po zainteresowaniu wszystkich obecnych, musiałem z siebie zrobić nie lada widowisko.

– Kim był dzieciak, za którym goniłeś? – zapytał Adam.

Musiałem odwrócić głowę, by na niego nie patrzeć.

– A nikim szczególnym… po prostu była do kogoś podobna. Fałszywy alarm. Nic wielkiego.

Adam nachylił się bliżej i po minucie milczenia odezwał się ponownie.

– Wyglądała jak Courtney, prawda?

Westchnąłem, ale wreszcie musiałem przytaknąć skinieniem głowy.

– Wiem, to durne.

– To nie durne, tak się czasem dzieje… – Wciągnął powietrze i kontynuował: – Czekaj, czekaj… nie sądzisz chyba… hm… to interesująca teoria, ale jest chyba zbyt dużo problemów logistycznych.

– Zapomnij o tym – powiedziałem, by powstrzymać lawinę pytań. – Proszę.

Nie mogła przecież istnieć inna możliwość. Moja siostra bliźniaczka była martwa. Ale nawet cztery lata po jej śmierci nadal nawiedzały mnie myśli o niej. Ona mnie nawiedzała. Pewnie dlatego, że tak bardzo za nią tęskniłem.

Kiedy zbieraliśmy się do wyjścia z autobusu, Holly zastąpiła mi drogę.

– Wszystko gra?

Spojrzałem prosto w jej zatroskane oczy i wzruszyłem ramionami.

– Tak, a co?

Posmutniała i odwróciła się do mnie plecami.

– A nic… nieważne.

No dobra, okazywałem się beznadziejny, jeśli w grę wchodziło bycie czyimś facetem. Holly nigdy nie powiedziała mi tego wprost, ale wiedziałem, że tak myśli. Zdjąłem przemoczony plecak z jej ramienia i zarzuciłem na swoje.

– Ej… wpadniesz do mnie? Może się trochę wysuszymy, zanim gdzieś pójdziemy?

Zeskoczyła z ostatniego schodka na chodnik, odwróciła się do mnie i uśmiechnęła.

– Pewnie.

Zacisnąłem dłoń wokół jej spiętych w koński ogon blond włosów i wycisnąłem z nich wodę.

– Chyba będziesz potrzebowała suszarki.

Wyciągnęła ręce i objęła moją twarz, a jej jasnoniebieskie oczy spojrzały na mnie z powagą; kilka minut wcześniej w ten sam sposób patrzył na mnie Adam.

– Na pewno wszystko w porządku? Co…

– Czasem mi trochę odbija. I tyle. – Rzuciłem jej wymuszony uśmiech i obróciłem ją w stronę drzwi frontowych prowadzących do budynku YMCA, byśmy mogli wreszcie schronić się przed deszczem.

ROZDZIAŁ IV

PIĄTEK, 29 PAŹDZIERNIKA 2009, 18:00

Dzisiejszego wieczoru razem z moim partnerem wprowadzamy w życie opracowywany już od jakiegoś czasu plan: wykradamy medyczną dokumentację dotyczącą mojej skromnej osoby z gabinetu doktora Melvina. Adam jest przekonany, że w tych papierach kryje się coś, co podpowie nam, dlaczego jestem wybrykiem natury. Nie wiem, na co on liczy, że na teczce będzie przybita pieczątka „Szalony podróżnik w czasie”? Ostatnie dwa dni spędziłem na obserwacji doktora Melvina prowadzącego bardzo nieskładne i chaotyczne życie. Żartuję. Tak naprawdę facet nie wychodzi z pracy. Na dłużej opuścił gabinet przed dwoma dniami, dlatego nasz eksperyment polega na wykonaniu czterdziestoośmiogodzinnego skoku w przeszłość (a to mój obecny rekord) oraz na kilku przebiegłych, naukowych manewrach.

Adam powinien już być w drodze powrotnej z MIT i pewnie rwie sobie włosy z głowy, próbując wymyślić odpowiednie formuły. Ja już swoje zrobiłem, zapisałem w punktach cele wypadu i pozostaje mi tylko pozmieniać nieco swoje plany z Holly. Odkąd zaczęła się szkoła, Adam wpadał do mnie w ostatniej chwili, bez uprzedzenia, więc ciągle musiałem odwoływać nasze randki. Ale, całe szczęście, Holly była zajęta lekcjami i treningami tanecznymi. Pewnie wolny wieczór będzie jej nawet na rękę. Chociaż może zdążę zjeść z nią kolację, bo film na pewno odpada… A skoro jesteśmy przy kolacji… Cholera! Mam kwadrans spóźnienia…

Kolejny wpis później.

29 PAŹDZIERNIKA 2009, 21:30

No dobra, może Holly nie przyjęła zmiany planów tak dobrze, jak na to liczyłem.

– Ej, Holly, otwórz drzwi.

Obok mnie przemknęły dwie chichoczące dziewczyny w szlafrokach.

Odwróciłem się do Lydii.

– Ona nie chce cię widzieć – syknęła. – I właśnie dlatego jestem przeciwko facetom. Od miesiąca powtarzam Holly, by dała sobie z wami spokój.

Jakoś powstrzymałem się od powiedzenia kilku dosadnych słów wiecznie wkurzonej współlokatorce Holly. Stała w drzwiach, opierając się o framugę i blokując przejście. Chyba na wypadek, gdybym próbował ją powalić czy coś takiego.

– Lydia, nie masz może teraz jakiegoś spotkania fanklubu Sylvii Plath?

Zza drzwi zaczęła grać muzyka.

– Urocze, Jackson. Teraz to już na pewno nie dam ci klucza.

Uderzyłem głową w ścianę.

– Proszę, wpuść mnie.

– Nie słuchaj go, znowu zrobi cię w konia. A potem jeszcze raz! – krzyczała Lydia.

Okej, teraz to już na serio uduszę tę laskę.

Nagle otworzyły się drzwi po drugiej stronie korytarza i w progu stanęła jakaś dziewczyna przyciskająca do piersi opasłe tomiszcze. Odwróciłem się w jej stronę.

– Jackson, wybacz, ale chciałabym się trochę pouczyć. A ty, Lydia, zamknij się. Wszyscy mają w dupie twoje wściek­łe, antymęskie okrzyki.

Muzyka dochodząca z pokoju Holly gruchnęła ze zdwojoną siłą. Spojrzałem z powrotem na Lydię i, przekrzykując hałas, rzuciłem:

– Zapłacę ci sto dolarów, jeśli dasz mi klucz i znikniesz na noc.

Czekałem na wykład odnośnie do łamania regulaminu akademika oraz na jakieś bzdury o kobietach wręczających mężczyznom metaforyczne „klucze”. Ku mojemu zdziwieniu ciemne brwi Lydii uniosły się, a ona sama powiedziała:

– Dwie stówy.

Otworzyłem portfel, wyciągnąłem z niego kartę kredytową i podałem jej.

– Po prostu weź to.

Rzuciła klucz pod moje nogi, ruszyła z kopyta i pomknęła korytarzem. Odetchnąłem z ulgą.

– Dzięki – powiedziała dziewczyna stojąca w drzwiach.

Podniosłem klucz z podłogi i włożyłem do zamka.

– Hol, proszę, pogadaj ze mną!

Ale jedyną odpowiedzią, jaką otrzymałem, był refren piosenki Pink. Przekręciłem klucz w zamku i powoli otworzyłem drzwi, sądząc, że po drugiej stronie będzie czekała na mnie Holly, gotowa wyrwać mi klucz i wypchnąć mnie z powrotem na korytarz.

Czerwony but poleciał przez pokój i walnął w ścianę nad oknem. Wszedłem do środka, zamknąłem za sobą drzwi i rozejrzałem się po pomieszczeniu. Stopa Holly wystawała z szafy, dostrzegłem też rąbek jej niebieskiego szlafroka.

Nie byłem pewien, czy mnie usłyszała, ale z drugiej strony – może ten lecący but został przeznaczony dla mnie? Nie byłby to pierwszy raz, kiedy dziewczyna rzuca czymś we mnie, ale nie pasowało mi to do usposobienia Holly.

Kiedy szedłem wyłączyć sprzęt grający, musiałem uchylić się przed kolejnym pociskiem, którym okazał się brązowy sandał. Gdy ustała muzyka, Holly przestała grzebać w swoich rzeczach, wygramoliła się z szafy i stanęła przede mną.

– Mam dobre wieści – powiedziałem, siląc się na uśmiech, który nie współgrał jednak z moim nastrojem. – Lydia zgodziła się zamknąć swoją niewyparzoną gębę za odpowiednią cenę. Nie wróci aż do rana.

– Poważnie? Zapłaciłeś mojej współlokatorce, żeby wyszła?

Na jej twarzy nie gościło jednak zdziwienie. A mój żołądek zawiązał się na supeł.

– Powiedz mi, co się stało. Co takiego zrobiłem? – Zadając takie pytanie, przyznawałem jednocześnie, że doskonale wiem, iż nie chodziło tylko o odwołanie naszego filmowego seansu.

Głupio to rozegrałem. Wyciągnąłem rękę, ale nadal stała, niewzruszona, ze skrzyżowanymi na piersi ramionami.

– Zawsze coś przede mną ukrywasz, latasz tu i tam z Adamem jak jakiś rozwydrzony bachor.

– Zazdrosna jesteś? Wiem, że przyjaźniłaś się z nim wcześ­niej, ale może wypracujemy jakiś grafik.

Źle. Bardzo źle. Nie powinienem był tego mówić.

Skrzywiłem się, czekając, aż weźmie do ręki kolejnego buta i ciśnie nim w moim kierunku.

Ale ona odwróciła się do mnie plecami, podeszła do biurka i zaczęła przerzucać stosik papierów.

– Dobra. Masz rację. Nie ma o czym mówić.

Nawet nie mogłem sobie wyobrazić bardziej sarkastycznego tonu. Wypowiedziane przez nią zdanie uderzyło we mnie niczym fala lodowatego powietrza. Przeczesałem palcami włosy, próbując zebrać się w sobie i powiedzieć wreszcie coś przyzwoitego. Albo zastanowić się, czy ucieczka nie będzie przypadkiem najlepszym rozwiązaniem. A jednak zdecydowałem się zmienić temat.

– Czy… coś zgubiłaś? Przekopywałaś się przez swoją szafę.

– Tak, jedną z moich kart pamięci. – Walnęła książką o blat biurka, nawet się do mnie nie odwracając. – Naprawdę muszę się pouczyć, okej?

Podniosłem leżącą na podłodze parę butów i wrzuciłem ją z powrotem do szafy.

– No to może… mógłbym ci jakoś pomóc…

– Nie – odpowiedziała krótko, włączając monitor.

Wypuściła powietrze z płuc i rozluźniła się.

– Poważnie, Jackson. Idź sobie, żebym mogła coś wreszcie zrobić. Proszę.

Nie słyszałem już sarkazmu w jej głosie, raczej zmęczenie i lekkie rozdrażnienie. Poddała się, mogłem się teraz z łatwością wycofać. Ale ciekawość wzięła górę i ponownie otworzyłem gębę.

– Hol, czemu jesteś taka wkurzona?

Pokręciła głową.

– Nie jestem… na ciebie wściekła.

Pozwoliłem sobie na podirytowane westchnienie.

– W takim razie o co chodzi?

Czego ty ode mnie chcesz? – miałem zamiar dorzucić, bo faktycznie nie miałem pojęcia, o co tu chodzi. Wtedy zobaczyłem pojedynczą łzę, która spadła na leżącą przed Holly kartkę papieru. Podszedłem do niej, a ona odwróciła się. Zanim położyła mi głowę na piersi i schowała twarz, zdążyłem zobaczyć, że płacze.

– Nigdy mi o niczym nie mówisz… to jest… jakbyś prowadził zupełnie inne życie, którego nie mogę być częścią.

Drżenie jej głosu poruszyło mnie bardziej, niż się spodziewałem. Powinienem był uciec, kiedy miałem ku temu okazję. Objąłem ją ramionami i przytuliłem do siebie.

– Nie chciałem cię naciskać… przepraszam.

Holly wyślizgnęła się z mojego uścisku i położyła się na łóżku, a jej blond włosy rozsypały się na poduszce. Mruknęła głośno:

– Nienawidzę tego, że nie potrafię się na ciebie porządnie wściec.

Wypuściłem z płuc powietrze, choć nawet nie miałem pojęcia, że wstrzymuję oddech. Położyłem się obok niej i wcisnąłem swoją twarz w jej szyję.

– Przecież powiedziałaś wcześniej, że nie jesteś na mnie wściekła.

Zakryła oczy dłońmi.

– Ale byłam. Czas przeszły.

– Czy to znaczy, że przechodzimy od razu do zwyczajowego seksu na zgodę?

Uśmiechnęła się lekko, po czym kąciki jej ust ponownie uformowały cienką linię.

– Tylko jeśli obiecasz mi, że nie będziesz miał już przede mną żadnych sekretów… nigdy.

Niemożliwe. Nie ma mowy.

Holly podniosła się z łóżka, a ja zacząłem wodzić palcami po jej plecach.

– I tak nie będziesz wiedziała, czy mówię prawdę.

Odwróciła się do mnie i uniosła w górę jedną brew.

– Wypróbuj mnie.

– Dobra, dobra, obiecuję.

– Kłamca – zaśmiała się, zdjęła ze mnie koszulkę i rzuciła ją na lampę. – Jutro z Lydii wyjdzie prawdziwa suka.

Zaciągnąłem ją z powrotem na łóżko i poluźniłem pasek jej szlafroka.

– Ma w kieszeni dwieście dolarów, więc chyba nie znajdzie wielu powodów do narzekania. A zresztą czy ona kiedykolwiek nie narzekała?

– Nigdy. Ale dzięki za zapewnienie mi choć jednej nocy bez feministycznego wykładu.

Nachyliłem się i wyszeptałem do niej:

– Niech to będzie mój prezent na zgodę.

Zrzuciła z siebie szlafrok.

– Dostanę coś jeszcze?

– Na przykład nowy samochód? – zapytałem.

– Niezupełnie.

– Kilogram naprawdę drogiej, nienabiałowej czekolady?

Pocałowała mnie w kark.

– Wiesz, czego chcę.

Mruknąłem głośno:

– Nie ma szans.

– Proszę.

– Przez ciebie zostanę jakimś zboczeńcem. Albo gorzej – kobietą.

Popełniłem błąd i odwróciłem głowę w stronę Holly; na jej policzku zobaczyłem łzę, która nie zdążyła wyschnąć.

– Jeśli komuś o tym powiesz, skopię ci twoją małą dupkę. Rozumiesz?

Wykonała gest zapinania ust na suwak i przytuliła się do mnie.

– Myślisz, że dasz radę z brytyjskim akcentem?

Zaśmiałem się i pocałowałem ją w policzek.

– Spróbuję.

Adam i moja medyczna dokumentacja mogą poczekać.

– No dobra, to jedziemy z tym.

Przewróciłem oczami i wziąłem głęboki oddech.

– To był najlepszy wiek, a zarazem najgorszy. Był to wiek wiedzy. Był to wiek głupoty…

Mój nauczyciel angielskiego z dziewiątej klasy zawsze kazał nam deklamować Dickensa przed całą klasą. Nienawidziłem tego. Nie widziałem jednak przeszkód, by robić to samo dla Holly, choć nigdy się jej do tego nie przy­znałem.

– Myślisz, że postąpił słusznie? – zapytała Holly, kiedy skończyłem recytować kilka pierwszych stron.

– Mówisz o Sydneyu? Przecież dał sobie urżnąć łeb po to, by kobieta, którą kocha, mogła pójść z innym facetem.

Holly wybuchnęła śmiechem, a jej drżące wargi łaskotały mój brzuch.

– Aha.

– Myślę raczej, że był kompletnym idiotą. – Pocałowałem ją w kącik ust, a ona wyszczerzyła się do mnie szeroko.

– Kłamiesz.

Przytuliłem ją do siebie i pocałowałem ponownie, kończąc dyskusję nieodwołalnie prowadzącą do wyjawienia aż nazbyt wielu sekretów, które w sobie nosiłem i którymi niekoniecznie chciałem się dzielić.

– Nie celowałaś we mnie tymi butami, prawda? – zapytałem pomiędzy jednym a drugim pocałunkiem.

Położyła się na mnie, a jej włosy utworzyły wokół nas złotą aureolę.

– Nawet nie wiedziałem, że tu jesteś.

– Okej, to dobrze, bo ten czerwony miał naprawdę ostry obcas. Mogłabyś komuś oko wydłubać.

Zaśmiała się naprawdę głośno i szczerze, a potem pocałowała mnie ponownie, i wreszcie wyszeptała mi do ucha:

– Zachowam go na innych moich facetów.

Obudziłem się następnego poranka, gdy należący do Holly budzik brzęczał ogłuszająco w moich uszach. Jasne włosy łaskotały mnie w nos, a jeden z kosmyków wpadł mi prosto do buzi. Holly walnęła pięścią w budzik, celując w przycisk drzemki, i wymamrotała:

– Nastawiłam go, żebyś nie spóźnił się na zajęcia o ósmej.

– Mogę dzisiaj sobie odpuścić. – Odgarnąłem jej włosy z mojej twarzy i pocałowałem ją w kark. – Śpij.

Wcisnęła się we mnie mocniej, mamrocząc przy tym coś niezrozumiale, ale wydaje mi się, że powiedziała: „Zdradź mi jakąś tajemnicę”.

To była jej ulubiona gra. Przeważnie odpowiadałem czymś przypadkowym i niezbyt mądrym, w rodzaju „kochałem się w Hilary Duff”. Ale po wieczornej kłótni wiedziałem, że zasługuje na coś więcej. Dotknąłem wargami jej ucha i wyszeptałem:

– Szaleję za tobą.

Mógłbym przysiąc, że słyszałem, jak kąciki jej ust podnoszą się w uśmiechu, zanim oboje ponownie pogrążyliśmy się we śnie.

Otworzyłem oczy jakieś dwie godziny później. Tym razem obudziło mnie pukanie do drzwi. Sięgnąłem po spodnie i narzuciłem na siebie koszulkę, a następnie szturchnąłem lekko śpiącą Holly.

– Chyba Lydia wróciła.

Mruknęła, podniosła leżący na podłodze szlafrok i poszła otworzyć drzwi. Gdy tylko je uchyliła, do środka wpakowało się dwóch mężczyzn.

– Co jest…? – powiedziała Holly, łapiąc za poły szlafroka i mocno ściskając.

Jeden z intruzów, niższy, rudy, zatrzasnął drzwi.

– To on – poinformował kolegę.

– O co chodzi? – zapytałem.

Niższy spojrzał wprost na mnie.

– Jesteś synem Kevina Meyera?

Serce zaczęło walić mi w piersi. Coś się musiało stać… kiedy ostatni raz widziałem ojca…? Dwa dni temu, przypomniałem sobie. Wyjechał wtedy z kraju.

– Czy z nim wszystko… w porządku?

Holly wciągnęła powietrze i przysunęła się do mnie, ściskając moją dłoń. Zapewne w myślach analizowała przeróżne scenariusze: samolot służbowy rozbił się w górach; syn dyrektora wykonawczego pozostał jedynym żyjącym członkiem rodziny. Czułem, jak po karku spływa mi strużka potu.

Wyższy z mężczyzn sięgnął do kieszeni marynarki, wyciąg­nął z niej odznakę i śmignął mi nią przed oczyma, ale zbyt szybko, bym zdołał z niej cokolwiek odczytać.

– Musisz pójść z nami.

Gliny? A jeśli to FBI? Albo jacyś reporterzy? A może firma farmaceutyczna mojego ojca została oskarżona o pranie brudnych pieniędzy, może wywiązał się jakiś inny skandal. Mój tata i cały zastęp jego doradców biznesowych wielokrotnie uczulali mnie przy różnych okazjach, że dziennikarze posuną się do wszystkiego, byle tylko zdobyć materiał. No i to machnięcie odznaką, nawet nie dał mi zobaczyć, co na niej jest…

Pokręciłem głową.

– Nigdzie nie idę.

– Jackson, może powinieneś…

Podniosłem dłoń, by uciszyć Holly, i spojrzałem na obu mężczyzn.

– Z jakiej jesteście gazety?

Dwaj intruzi spojrzeli po sobie, a wyższy wzruszył ramionami i zapytał niepewnie:

– Gazety?

Palcem wskazałem drzwi za ich plecami.

– Wyjdźcie. Obaj.

Wolnym krokiem Holly odsunęła się od drzwi i schowała za mną, nie spuszczając wzroku z tych facetów. Kątem oka zobaczyłem, że zbliżyła się do swojej komody, wysunęła szufladę i zaczęła w niej grzebać. Szukała komórki? Gazu pieprzowego?

– Czy kontaktowałeś się z jakąś organizacją rządową? – zapytał niższy. – Dostarczyli ci jakichś informacji?

Ależ ci kolesie mnie wkurzają. Szybko zlustrowałem pokój w poszukiwaniu czegoś, co mogłoby posłużyć mi za broń, i sięgnąłem niepostrzeżenie po stojącą na podłodze wysoką lampę. Zanim zdołałem otworzyć usta, by coś powiedzieć, jeden z butów Holly przeleciał przez pokój i uderzył niższego z mężczyzn w twarz. Spojrzał w kierunku, z którego nadleciał przedmiot. Nad jego okiem widziałem czerwieniejący ślad po obcasie. Poczułem, że krew zaczyna buzować w moim ciele, a serce za chwilę wyskoczy mi z piersi. Zamachnąłem się niczym Carlos Beltrán, a szklany klosz lampy uderzył dokładnie tam, gdzie przed momentem wylądował but Holly. Mężczyzna poleciał do tyłu i walnął plecami w drzwi. Odłamek szkła rozciął mu dość głęboko skórę na okiem. Przykucnął, rozłożył szeroko ramiona i rzucił się na moje nogi. Poczułem, że tracę grunt, że ziemia wyślizguje mi się spod stóp. Upad­łem na podłogę i uderzyłem w nią głową.

Drugi mężczyzna przeszedł nad naszymi skłębionymi ciałami i skierował się w stronę Holly. Dziewczyna odsunęła się o krok, a prawą rękę schowała za siebie.

– Współpracujcie z nami, a nikomu nic się nie stanie… – powiedział do niej.

Zanim zdołał dokończyć zdanie, Holly zaprezentowała to, co jeszcze przed sekundą chowała za plecami. Zacisnęła dłoń na buteleczce gazu pieprzowego i wycelowała ją prosto w twarz intruza.

– Wynocha z mojego pokoju! – krzyknęła, robiąc użytek ze swojej broni.

– Kurwa! – wrzasnął mężczyzna, pochylając się i trąc oczy.

Holly wyminęła go i pobiegła do drzwi. Niższy mężczyz­na, z którym się szamotałem, wstał, mnie również udało się dźwignąć z posadzki. Korzystając z tego, że rozproszyły go krzyki towarzysza, ruszyłem za Holly.

Zza pleców usłyszałem:

– Stać! Nie ruszać się!

Odwróciłem się w samą porę, by zobaczyć, jak mikrus sięga do wewnętrznej kieszeni swojej rozpiętej do połowy marynarki. Gdy wyciągnął dłoń, zobaczyłem, że ściska w niej pistolet półautomatyczny. Wycelował prosto w moją głowę, choć dysponował tylko jednym zdrowym okiem, drugie zalała mu krew.

Wciągnąłem powietrze, wiedząc, że nie mam szans, zostałem pokonany. Ręka Holly zamarła na klamce, plecami przywarła mocno do drzwi.

Ten wyższy uniósł rękę, a drugą nadal tarł oczy.

– Nie… jeszcze nie. Zrób to tylko wtedy, jeśli skoczy.

Ale gdzie skoczy? Teraz serce naprawdę waliło mi jak młotem. Nie mogli przecież wiedzieć o… prawda?

Cofnąłem się o krok, ale potknąłem się o leżącą na podłodze lampę i poczułem, że moja kostka w coś się zaplątała. Straciłem równowagę i ponownie wylądowałem na podłodze.

Usłyszałem wystrzał, a potem krzyk Holly. Wszystko jakby zatrzymało się w miejscu – moje serce, mój oddech, czas. Holly upadła na ziemię; chciałem krzyczeć, zerwać się, biec do niej, ale kiedy zobaczyłem czerwoną plamę krwi na jej szlafroku, skoczyłem. Nie miałem na to wpływu, nie mogłem nic zrobić. Kiedy jednak nastała czerń, zobaczyłem, że jej piersi uniosły się i opadły. Żyła, a ja zostawiłem ją tam samą.

ROZDZIAŁ V

Wyplułem z ust kilka źdźbeł czegoś przypominającego słomę i zorientowałem się, że leżę na trawniku. Gdzieś. Kiedyś. Serce tłukło mi się w klatce piersiowej. Nawet nie czułem się jak po skoku. Słońce ogrzewało mi kark. Nie powinienem aż tak mocno odczuwać ciepła. Ten skok był inny niż poprzednie. Coś się zmieniło.

To musiał być sen… a może uderzyłem się w głowę. Pewnie nawet nie pokłóciłem się z Holly, a to wszystko nawet się nie zdarzyło. Poczułem pieczenie w żołądku na samą myśl o mojej dziewczynie leżącej bezwładnie na podłodze.

Podniosłem się z trawnika i od razu się o coś potknąłem, z powrotem upadając na ziemię. Ból przy zderzeniu z podłożem rozlał się po moim ciele. Oceniając po tym, jak bardzo mnie to zabolało, uznałem, że to musi być moja baza, nie ma innego wyjścia. Obok mnie leżała czarna torba, musiałem zabrać ją ze sobą przy skoku.

Zmrużyłem oczy i rozejrzałem się po okolicy. Byłem w Central Parku, zaraz obok budynku, w którym mieszkałem. Nogi miałem jak z ołowiu, ale udało mi się jakoś doczłapać do chodnika. Wyciągnąłem z kieszeni telefon i przechyliłem go, by spojrzeć na datę. Ekran był pusty. Kilka razy uderzyłem komórką o udo, ale poddałem się i zapytałem uprawiającą jogging kobietę o godzinę.

– Przepraszam, czy może mi pani powiedzieć, która godzina?

– Kilka minut po szóstej – odpowiedziała i pobiegła dalej.

Moim ciałem wstrząsnęło kilka skurczów tak silnych, że musiałem zatrzymać się i usiąść na ławce.

– Czy wszystko w porządku? – zapytał siedzący obok starszy mężczyzna.

– Tak, dziękuję – powiedziałem, odchylając głowę.

Musiałem chwilę odpocząć i tyle. Zanim zamknąłem oczy, zauważyłem trzymaną przez staruszka gazetę i przeczytałem dzisiejszą datę.

9 września 2007

Co się, do cholery jasnej, dzieje?

– Przepraszam… czy to… dzisiejsza gazeta? – zapytałem.

– Tak, proszę pana – odparł i zaczął pogwizdywać.

Nie. To nie mogła być prawda. Po prostu jakiś wariat czyta gazetę sprzed dwóch lat. Wpatrywałem się w nią jeszcze przez kilka sekund. Spora kropla deszczu spadła na górny róg strony, w miejsce, gdzie widniała data. Obaj spojrzeliśmy w górę i zobaczyliśmy nadciągające czarne chmury. Mężczyz­na złożył gazetę i wstał.

– Nie napisali nic o deszczu – powiedział i odszedł.

Okej, do tej pory okazało się jedynie, że według gazety znajdowałem się dwa lata w przeszłości. A przynajmniej… była to przeszłość dla mnie.

Szedłem chodnikiem, a deszcz się wzmagał. Zobaczyłem stojącego pod drzewem policjanta i podbiegłem do niego, nie bacząc na to, że moknę.

– Przepraszam, panie władzo. Jaki mamy dzisiaj dzień?

– Dziewiąty – wymamrotał, nawet na mnie nie patrząc.

– Września?

Zaśmiał się.

– Tak.

– 2009 roku, prawda?

Przewrócił oczami i odszedł.

– Cholerne dzieciaki! 2009?

Po usłyszeniu tych słów poczułem panikę, jakby nagle ktoś wstrzyknął mi sporą dawkę kofeiny prosto w żyłę. Rąbkiem koszulki wytarłem krople deszczu spływające mi do oczu i uznałem, że potrzebuję jeszcze jednego dowodu. Henry, portier w moim budynku, byłby idealny, ale czy przypadkiem nie łazi gdzieś tutaj drugi ja, z tego czasu? Nie mogę ryzykować. Oddaliłem się od mojego mieszkania, kierując się w stronę kawiarni. Krople deszczu były zimne jak lód, więc kiedy wchodziłem do Starbucksa, nie mogłem powstrzymać szczękania zębami. Panna za ladą wyprostowała się i uśmiechnęła.

– Dawno cię tutaj nie widziałam.

Rzuciłem okiem na puste stoliki w poszukiwaniu porzuconego egzemplarza Timesa.

– No… tak. Byłem zajęty. Szkoła… no wiesz.

Zaśmiała się i dopiero wtedy spojrzałem na nią uważniej. Wyglądała trochę znajomo, ale to być może przez uniform.

– Daj spokój, przecież włóczyłeś się po Europie przez całe lato.

Tak?

– E tam, to był tylko tydzień w Niemczech.

Zaczęła przygotowywać zamówienie, lecz nie wiedziałem czyje. Nikt poza mną nie stał w kolejce.

– A więc co robiłeś przez resztę lata?

– Sporo pracowałem – powiedziałem, próbując przekrzyczeć dźwięk urządzenia do spieniania mleka.

– Pracowałeś? – Pokręciła głową i wyłączyła spieniacz. – Czy ty przypadkiem nie miałeś zostać do grudnia w Hiszpanii?

– No… plany się nieco zmieniły i…

– To dlaczego nie było cię w szkole w zeszłym tygodniu? Oddali twoją szafkę jakiemuś pierwszakowi.

Przesunęła filiżankę w moją stronę.

Nie mogłem się nawet poruszyć. Siedziałem bez ruchu i wpatrywałem się w filiżankę pełną płynu w kolorze czarnego marmuru, aż wreszcie zrozumiałem. Szafka oddana pierwszakowi oznacza… szkołę średnią. Europa… ostatnia klasa… pierwszy semestr w Hiszpanii, ostatnia klasa.

Ostatnia klasa… znaczy 2007 rok.

– Co jest, kurwa? – wyszeptałem pod nosem.

Jeszcze niedawno nie potrafiłem skoczyć trzy dni do tyłu, a teraz nagle znalazłem się w 2007? Potarłem zroszone kropelkami potu czoło. I przypomniałem sobie tę dziewczynę. Była jedną ze stypendystek w Akademii Loyoli.

Akademia Loyoli oznacza… moją szkołę średnią. Którą skończyłem. W 2008.

Ale najwyraźniej tutaj to się jeszcze nie zdarzyło.

– Jackson? Wszystko okej? – zapytała.

Znała moje imię, moją twarz. Przychodziłem tutaj kiedyś każdego dnia i zawsze płaciłem kartą, na której widnieją przecież moje dane. Chociaż to miało sens. Reszta tego gówna niezbyt. A może i miała, ale nie powinna. Dziewiętnastoletni ja nie powinien przebywać w tym samym czasie co mój siedemnastoletni ja. Pochyliłem się, by przypadkiem nie zemdleć. Jak się tutaj, cholera, dostałem?

– Przepraszam, muszę już iść… chciałem się tylko przywitać.

Podszedłem do drzwi i oparłem się o nie, próbując złapać oddech. Czy rok 2009 miał w ogóle kiedykolwiek miejsce? Nigdy, przez cały okres moich eksperymentów z podróżą w czasie, nie czułem się tak zdezorientowany. Tu i teraz wydawało się tak samo realne jak czas, z którego tutaj przeskoczyłem. Zaczęło się od bólu, zimnych potów, ciężaru w nogach, przyśpieszonego bicia serca.

Może spróbuję powrócić do swojego czasu i to naprawić? Przez głowę przelatywały mi różnorakie obrazy – spanikowana Holly, krwawiąca Holly, Holly upadająca na podłogę… nadal oddychająca Holly. Ale przez jak długo? I to była moja wina. Wszystko było moją winą. Zacisnąłem oczy, starając się stłumić płacz. Od paniki powstrzymywała mnie jedynie myśl o powrocie do mojej teraźniejszości.

Do trzydziestego października 2009 roku, który oficjalnie stał się najgorszym dniem w moim życiu. Oparłem się plecami o drzwi, a krople deszczu uderzały mnie w twarz. Zamknąłem oczy i starałem się myśleć jedynie o 2009 roku. I nagle poczułem znajome uczucie rozrywania na dwie części i nie potrafiłem się skoncentrować. Było już za późno. Udałem się w podróż w nieznane.

ROZDZIAŁ VI

Nie zdążyłem nawet otworzyć oczu, kiedy moje nozdrza zaatakował zapach drzewa wiśniowego i cytrynowego płynu do czyszczenia mebli. Żadnego deszczu. Żadnych ludzi. Żadnych ciężarówek, które mogłyby zmiażdżyć mi nogi. Wreszcie podniosłem powieki, rozejrzałem się i od razu rozpoznałem, gdzie jestem. Biuro mojego ojca. Przez szyby okalające duże, narożne biuro widziałem samochody jadące Piątą Aleją. Nie potrafiłem rozpoznać, czy był to wczesny ranek, czy wieczór. No i nie wiedziałem, jaki to dzień tygodnia. Adam zawsze upominał mnie, bym koncentrował się na tym, gdzie chcę wylądować.

Kto wie, gdzie wreszcie skończysz? – mówił.

Otrząsnąłem się z tej myśli i upomniałem sam siebie. Oto, co muszę teraz zrobić: dowiedzieć się, jaki to dzień i która godzina, to obecnie najważniejsze. Podszedłem do komputera i włączyłem monitor. Został zabezpieczony. Do otwarcia systemu potrzebny był odcisk palca. Telefon stojący przy klawiaturze wyświetlał numerki na malutkim ekraniku. Nachyliłem się, aby na nie spojrzeć, a wtedy zza drzwi dobiegł mnie jakiś dźwięk, jakby ktoś wpisywał kod na specjalnym panelu. Nie przypominałem sobie, żeby biuro mojego ojca miało elektroniczny zamek. Cały budynek był bezpieczny i bez tego. A może to przyszłość? Może skoczyłem dalej niż trzydziesty października 2009 roku?

Nie miałem czasu, by zastanowić się nad tym ostatnim pytaniem, ponieważ nagle dotarło do mnie, że jeśli nagle drzwi się otworzą, a do środka wejdzie mój tata albo ktoś inny, to może mu nieźle odwalić, gdy zobaczy wersję mnie, której nie powinno tutaj być. Tego dnia. Albo tego roku. Jakikolwiek to był rok.

W chwili gdy wszedłem do szafy znajdującej się na lewo od biurka, otworzyły się drzwi gabinetu. Czyjeś kroki rozleg­ły się echem i niespodziewanie przed moją twarzą wyrosło czyjeś ramię. Przycisnąłem się do tylnej ściany wielkiej szafy i wstrzymałem oddech, obserwując tatę wieszającego długi, zimowy płaszcz.

Wskazówka numer jeden: na zewnątrz jest zimno.

Mogłem więc wyeliminować niektóre miesiące. Drzwi szafy zamknęły się, ale nie do końca, przez szparę wpadał do środka niewielki promień słońca, co pozwoliło mi na obserwowanie taty kręcącego się przy swoim biurku. Panującą w biurze ciszę zmąciło nagle głośne brzęczenie, mało co nie dostałem ataku serca, sądząc, że ktoś musi wiedzieć o mojej obecności tutaj.

– Tak? – to tata odebrał telefon.

Telefon. Uff.

– Wszystko idzie zgodnie z planem – z głośnika rozległ się lekko przytłumiony, męski głos.

– Poproszę pełny raport, agencie Freeman.

Agencie?

Wydawało mi się, że osoba po drugiej stronie chrząknęła.

– W tej chwili! – uniósł się tata.

– Oczywiście, jasne, przepraszam. Dwie osoby, mężczyz­na i kobieta, przybyły na miejsce o czasie, całe i zdrowe.

– Agencie Freeman, chyba nie rozumie pan definicji pełnego raportu. Czy mam odjąć panu kilka punktów od wyniku egzaminu? – zapytał tata, a w jego głosie czaiła się groźba.

– W porządku, rozumiem. Grzmot przybył ze swoimi przyjaciółmi w samą porę na sesję zespołu jazzowego o siódmej zero dwie rano. Błyskawica przybyła w to samo miejsce dokładnie o godzinie siódmej pięćdziesiąt osiem rano. Dwie minuty przed dzwonkiem. Przyszłaby wcześniej, ale zachciało jej się gorącej czekolady i zboczyła z trasy.

Musi mówić o Courtney i o mnie.

Courtney, która zmarła piętnastego kwietnia 2005 roku.

Grzmot i Błyskawica? To jakiś szyfr?

Nie mogłem nawet tego zapisać, nie było jak. Zamknąłem oczy, przycisnąłem się mocniej do ściany szafy i zacząłem powoli analizować wszystkie fakty.

Jestem więc przed rokiem 2005. Najwyraźniej w drodze do szkoły śledził nas jakiś agent i teraz zdawał mu raport.

Tak, przyznaję, że mój ojciec to poważana osoba na wysokim stanowisku, w końcu jest dyrektorem dużej firmy farmaceutycznej. Jednak nieco ekstremalne wydało mi się śledzenie nas przez prywatnego detektywa, czy kimkolwiek był ten człowiek, z którym rozmawiał przez telefon.

– Przyszła sama? – zapytał tata, wyrywając mnie z rozmyślań.

– Tak, proszę pana.

Usłyszałem, że ojciec zaczął krążyć po pokoju.

– A co z tą dziewczyną, która mieszka dwa piętra wyżej? Peyton.

– Nasz kontakt mówi, że ma grypę.

– I nie uznałeś za istotne, by przekazać mi tę informację? Gdybym wiedział, dołączyłbym do…

– Przez sześć miesięcy wykonywałem grożące utratą życia misje dla CIA na oddalonej od świata pustyni. Potrafię poradzić sobie z kilkoma dwunastolatkami idącymi do szkoły.

W jego głosie słychać było irytację. CIA deptało nam po piętach? A może to emerytowany agent CIA, którego ojciec wynajął do opieki nad nami?

Ojciec westchnął.

– Proszę przyjąć moje przeprosiny. I dziękuję panu za raport. Po prostu po raz pierwszy sam ich nie odprowadzam. Nie sądziłem, że złożenie tego obowiązku na czyjeś ręce będzie dla mnie tak ciężkie.

Że co?!

– Proszę się nie martwić. Połowa jebanego CIA obserwuje ich non stop. Te dzieciaki nie byłyby bezpieczniejsze, nawet jeśli zawinąłby je pan w kuloodporną folię.

– Agencie Freeman, nie lekceważyłbym żadnego obowiązku, nawet odprowadzania dzieciaków do szkoły. Czy pamięta pan najważniejszą zasadę?

– Nie ujawniać swojej obecności, o ile nie będzie to koniecznością – wyrecytował agent Freeman. – Obserwowałem Grzmota i kilku jego przyjaciół, kiedy rzucali jajkami z okna w samochód tego Rosjanina. I nie wychyliłem się.

Tata zaśmiał się.

– To było przed dwoma dniami, prawda?

– Tak, proszę pana. Jedenastego stycznia.

Jedenastego stycznia. A ja miałem dwanaście lat. No nie ja… ten inny ja. Ten inny ja miał dwanaście lat. Dokonałem w pamięci kilku obliczeń i wyszło mi, że dzisiaj jest trzynasty stycznia 2003 roku.

2003? Niech mnie cholera!

– Zajmę się tym. A tak na marginesie, ten Rosjanin to dupek. Proszę jednak nie myśleć, że popieram rzucanie czymkolwiek z okien dwudziestego piętra. Szczególnie że w Nowym Jorku to nielegalne. Dobrze, to wszystko. Proszę meldować się co godzina.

Nawet nie usłyszałem, że tata się poruszył, nie dotarł do mnie żaden dźwięk wskazujący na to, że podchodzi do szafy. Jednym płynnym ruchem otworzył drzwi, zatkał mi usta dłonią, a drugą ręką chwycił za koszulkę i wyciągnął ze środka. Sekundę później tata przycisnął mnie do ściany i złapał za gardło. Naparł na mnie całym swoim ciężarem, nie pozostawiając żadnej możliwości ucieczki.

Gdy otrząsnąłem się z pierwszego szoku, przypomniało mi się, że właściwie miałem asa w rękawie, mogłem przecież podróżować w czasie. Ale widząc twarz mojego ojca, niewzruszoną i pewną siebie, niemal o siedem lat młodszą, nie było łatwo skupić się na skoku.

– Jesteś młodszy niż pozostali – powiedział bez emocji. – Jak się tutaj, do cholery, dostałeś?

Jacy pozostali?

Z gardłem zakleszczonym w jego żelaznym uścisku nie mogłem złapać oddechu, nie mówiąc już o zdobyciu się na udzielenie odpowiedzi. Byłem siedem lat starszy od dziecka, z którym jadł o poranku śniadanie. Nic dziwnego, że mnie nie poznał.

Na jego twarzy malował się spokój, ale jego oczy pałały gniewem. Może nawet nienawiścią. Po kręgosłupie przebiegł mi zimny dreszcz, ojciec nigdy tak na mnie nie patrzył.

– Jak miałeś zamiar to zrobić? – zapytał. – Pistolet? Trucizna? Strzykawka z jakimś zabójczym środkiem?

Skamieniałem ze strachu. Zabrał przedramię z mojego gardła i ścisnął je palcami.

– A ja mogę cię zabić gołymi rękoma – dodał.

Niemalże czułem, jak pękają mi naczynka krwionośne w gałkach ocznych. Myślałem, że zemdleję, ledwo cokolwiek widziałem, opadły mi powieki, ale nadal miałem przed oczami jego twarz. Nie wiedziałem, czy może mnie zabić podczas skoku, lecz już sama groźba wystarczyła, bym czym prędzej wyskoczył z 2003. I zrobiłem to, nie odzywając się ani słowem do swojego ojca. Człowieka, który najwyraźniej mógł zabić kogoś gołymi rękoma.

Kim. On. Do. Cholery. Był?

ROZDZIAŁ VII

9 WRZEŚNIA 2007, 6:15

Deszcz ponownie uderzył mnie w twarz, mokre krople wpadały mi do ust. Zakręciło mi się w głowie, poczułem nudności… przestraszyłem się. Mój ojciec właśnie próbował mnie zabić. Na śmierć. Gołymi rękoma.

Rzecz jasna, nie wiedział, że to ja. No i wysłał agenta CIA, który miał mnie śledzić i nie dopuścić, aby stała mi się jakaś krzywda. Nie byłem w stanie ogarnąć tego szaleństwa. Ktoś zapukał w szybę znajdującą się za moimi plecami. Podskoczyłem, kompletnie ogłupiały. Wtedy zorientowałem się, że wylądowałem przy drzwiach Starbucksa. Znowu.

W 2007. Dokładnie tam, skąd przeskoczyłem.

Dziewczyna z mojej szkoły, ta pracująca za kasą, wystawiła głowę na zewnątrz i pomachała mi czymś przed oczyma.

– Zostawiłeś komórkę na ladzie – powiedziała.

Wziąłem telefon i patrzyłem na nią przez jakiś czas.

– Jest 2007, prawda? Ostatnia klasa?

Panika w moim głosie kontrastowała ze spokojem ludzi spacerujących w niedzielny poranek po ulicach Manhattanu. Czy nie zdawali sobie sprawy, że świat właśnie wywrócił się do góry nogami? Albo że za chwilę może nastąpić coś katastrofalnego, co uniemożliwi mi powrót do przyszłości?

Oczywiście, że nie. Tylko mój świat się zmienił. Tylko mój.

– Tak, mamy 2007 – odpowiedziała dziewczyna z uśmiechem pełnym zdziwienia.

Pewnie myśli, że mi odbiło.

– Świetny telefon. Gdzie go dostałeś? Nigdy nie widziałam takiego modelu, a moja siostra pracuje w…

– Bo to prototyp. Mam pewne wtyki. Nawet nie powinienem go pokazywać. – Schowałem urządzenie do kieszeni. – No to… do zobaczenia później.

Deszcz nieco ustał. Nadal mżyło, ale zdecydowałem się pobiec przez ulicę w stronę parku. Nic nie mogło sprawić, że ostatnie godziny wydadzą mi się normalne. Teraz, by nie spanikować do końca, mogłem jedynie zapisywać to wszystko. Tak jak obiecałem to Adamowi.

Adam. Gdybym tylko mógł się z nim teraz zobaczyć. Albo z Holly…

Wreszcie udało mi się znaleźć drzewo, pod którym mog­łem usiąść. Wyciągnąłem swój dziennik, mając nadzieję, że uda mi się wreszcie uspokoić. Ale myśl o tej dwójce nie dawała mi spokoju, sprawiała, że serce kołatało mi się niespokojnie w piersi. Szczególnie jeśli chodziło o Holly…

Próbowałem nie myśleć o niej… skupić się na szczegółach. Naukowych faktach. Lecz prawda jest taka, że od mojego pierwszego spotkania z Holly, kiedy wbiegła prosto na mnie i rozlała koktajl na moje buty, nie mogłem przestać o niej myśleć. Nigdy otwarcie się do tego nie przyznałem.

Z początku Holly wydawała mi się dziewczyną zupełnie niedostępną. Nie chodziło nawet o to, że miała bardzo oddanego chłopaka. Po prostu przy każdej okazji głośno wygłaszała swoje mądralińskie komentarze na temat bogatych, uprzywilejowanych dzieciaków, którymi się opiekowaliśmy. Aż odkryła, że w gruncie rzeczy jestem jednym z nich. To zamknęło jej na jakiś czas buzię.

Ludzie zawsze pragną tego, czego mieć nie mogą albo mieć nie powinni. Pewnie dlatego ja i Holly lgnęliśmy do siebie jak dwa magnesy. I jestem pewien, że to nie tylko ja oszalałem na jej punkcie, że fascynacja była obopólna. Musiałem dostać się do roku 2009. Zamknąłem oczy i zmusiłem się do maksymalnej koncentracji, próbując z całych sił przenieść się tam, gdzie chciałem i musiałem być.

PODZIĘKOWANIA

Wiele różnych osób przyczyniło się do napisania tej książki. Zdaję sobie sprawę, że wszyscy autorzy tak mówią, ale teraz jestem świadoma, iż każdy z nich faktycznie wierzy w to, co mówi. Pisanie nie jest jednoosobowym procesem i mam nadzieję, że na kolejnych stronach uda mi się nie pominąć nikogo z licznej rzeszy osób, które przyszły mi z pomocą.

CHCIAŁABYM PODZIĘKOWAĆ:

Mojemu mężowi Nickowi, którego opinie i słowa zachęty cenię sobie najbardziej (choć nie zawsze się do tego przed nim przyznaję) i który był moją główną inspiracją, kiedy pisałam o niezachwianej miłości i lojalności mojego bohatera. Nick zasługuje na większość pochwał, które zbierze ta powieść, ponieważ jest jedna rzecz trudniejsza niż bycie pisarzem. Życie z nim pod jednym dachem. Dziękuję mu za to, że nigdy we mnie nie zwątpił i czekał do późna, aż skończę pracę lub pisanie, abyśmy mogli spędzić ze sobą choć trochę czasu. A przede wszystkim dziękuję mu za to, że jest człowiekiem, któremu praktycznie nie sposób odpowiednio podziękować w pojedynczym akapicie.

Mojej starszej siostrze Jenni, za jej szczere uwagi podczas czytania różnych wersji tej książki i nieustanną motywację, którą mnie zarażała podczas tego mozolnego procesu. Wiele dopisanych scen i przeredagowanych fragmentów to zasługa jej świetnych uwag wygłoszonych z perspektywy zagorzałego czytelnika. Nie wspominam nawet o nieustającym wsparciu moralnym, które może dać jedynie członek rodziny.

Mojej babci Elm, jednej z moich ulubionych osób na całym świecie, a także fantastycznej pisarce, która kibicowała mi od samego początku, gdy zdecydowałam się wydać książkę. Kiedy zebrałam już cały stos listów odmownych, pisała do mnie przepiękne, inspirujące e-maile, w których mówiła, jak bardzo jest ze mnie dumna i jak duże postępy zrobiłam jako pisarka. Nigdy nie skasowałam tych e-maili i nie zapomniałam, jaki wpływ na mnie miały.

Mojej mamie Colleen, bo zawsze była ze mnie dumna, bez różnicy, czy pisałam artykuł dla niskonakładowego magazynu, czy trylogię dla dużego wydawcy. Nigdy nie powiedziała mi, że nie dam rady albo że nie jestem wystarczająco dobra – wręcz przeciwnie.

No i mojemu tacie Tomowi, który nie tylko przekazał mi pisarskie geny, ale także nauczył dyscypliny, która pomogła mi z tego daru korzystać. Przypominał mi co dnia, że miłość i opieka nad córką wykraczają daleko poza jej dzieciństwo.

Mojej macosze Joyce, która zawsze traktowała mnie jak swoje dziecko i jest jedną z najporządniejszych osób, jakie kiedykolwiek poznałam.

Mojej teściowej Marcii, która od samego początku była fanką tej książki. Ona i mój teść Tim są dla mnie żywym przykładem miłości, która trwa całymi latami, niezależnie od tego, czy w życiu się wiedzie, czy też nie.

I oczywiście moim dzieciom – Charlesowi, Elli i Maddie – które rosną aż zbyt szybko. Mam nadzieję, że któregoś dnia, kiedy będą już na tyle duże, żeby przeczytać tę książkę, odkryją, że zawarłam w niej epizody z ich dzieciństwa, takie jak rozmowy przy kolacjach, kiedy omawiałam fabułę i charakterystyki bohaterów, i będą potrafiły poskładać swoje wspomnienia w całość, przez co powieść będzie dla nas wszystkich jeszcze bardziej wyjątkowa.

Jamie, mojej młodszej siostrze, za jej „fanowskie” zachęty i Jacobowi, mojemu młodszemu bratu. A także ­Ryanowi, mojemu braciszkowi, który na pewno napisze kilka niesamowitych piosenek do Burzy ze swoim zespołem The Paramedic. O ile już tego nie zrobił.

Tracy, Kathy i Dawn, moim ulubionym ciociom, trzem kobietom, których wsparcie i pomoc otrzymywałam, odkąd sięgam pamięcią. Każda z nich sprawiła, że pracowałam tak ciężko nad czymś, z czego mogłyby być dumne.

Mojej babci Maureen, która jest filarem naszej rodziny kimś, z kim zawsze dzieliłam swoją miłość do książek.

Rhiannon, mojej kuzynce i „prawie siostrze”, za jej chęć przeczytania niezredagowanych wersji powieści, które jej przesyłałam. I za te wspaniałe dyskusje, które ze mną odbyła.

Nie mogę także zapomnieć o młodszych kuzynach i kuzynkach. Każde z was przeczytało to, co napisałam, i dorzuciło od siebie coś ciekawego z perspektywy nastolatka. Kevinowi Robbinsowi, jednemu z moich najwcześniejszych czytelników, którego pomocne komentarze bezpośrednio wpłynęły na ostateczną zawartość książki. Dziękuję też całej reszcie mojego kuzynowskiego klanu, który zaprzęgłam do pracy w charakterze testowych czytelników na długo przed tym, zanim to, co napisałam, przybrało jakąkolwiek nadającą się do lektury formę – dziękuję Lauren Robbins, Kelsey i Kayli Wilson, Grace i Sarze Geehan.

Shannon Slifer, długoletniej przyjaciółce i osobie, która jako pierwsza przeczytała moją najwcześniejszą powieść, napisaną w lecie 2009 roku. Laurel Jukes, mojej oddanej nastoletniej czytelniczce. Była przy mnie w najlepszych i najgorszych momentach mej artystycznej podróży. Nasze rozmowy stanowiły dla mnie nieocenioną pomoc. Sarze Thorman, mojej dobrej przyjaciółce, która przez tak wiele lat dzieliła ze mną zamiłowanie i pasję do gimnastyki; wiem, że zawsze mogę na nią liczyć, kiedy potrzebuję chwili oddechu albo muszę podzielić się dobrymi wieściami. Amandzie Koba, mojej najstarszej przyjaciółce – za to, że przechowała w pamięci wspomnienia z naszego dzieciństwa, szczególnie z czasów dorastania, i mówiła mi o nich w odpowiednich chwilach. Mamy wystarczająco wiele wspomnień, aby obdzielić nimi ze dwadzieścia książek dla młodzieży. Moim starym sąsiadom, Justinowi i Tori Springom, pierwszym osobom, którym… zwierzyłam się z chęci napisania książki.

Moim kolegom i koleżankom z pracy w Cham­paign County YMCA za wszystkie miłe słowa i zachętę, za ciągłe przypominanie mi o tym, gdzie się wychowałam, i o tym, co YMCA zaszczepia swoim pracownikom, za lekcje, których nigdy nie zapomnę. Ta historia narodziła się pod tamtym dachem, a moje dzieci również wyrosną na członków rodziny CCY.

Roni Loren, mojej „siostrze dnia wydania”, jednej z moich pierwszych przyjaciółek po piórze i krytyczek, którą poznałam online. To było dla mnie wspaniałe – miałam jej wsparcie i mogłyśmy razem przejść przez dokładnie ten sam proces w tym samym czasie.

Suzie Townsend, mojej agentce, miłośniczce literatury młodzieżowej i osobie, która zawsze wiedziała, co chciałabym usłyszeć, kiedy górę brał stres i emocje. Pomagała mi nie zbaczać z ustalonego kursu i skoncentrować się na zadaniu, poza tym wykazała się anielską cierpliwością, słuchając moich niekończących się pytań i pomysłów na rozwinięcie historii. No i fakt, że nawet w słowach krytyki słyszałam miłość do mojej opowieści i moich postaci, był dla mnie nieocenioną pochwałą. Wyglądam z niecierpliwością kolejnych lat pracy z nią.

Dziękuję również całemu zespołowi FinePrint Literary Management – tym członkom, których poznałam, i tym, których nie poznałam, ale jestem pewna, że każdy zrobił coś, co pomogło tej książce i mnie jako autorce. Jestem wdzięczna za zespołowy wysiłek tak świetnej agencji jak FinePrint.

Brendanowi Deneenowi, mojemu redaktorowi i przyjacielowi (któremu zadedykowałam tę książkę), za to, że dał szansę początkującej autorce, i za to, że wierzył nie tylko w Burzę, ale i we mnie. Dzięki niemu pisanie tej książki było tak samo satysfakcjonujące, co jej ukończenie. Wspólna praca nad tą historią była dla mnie niezapomnianym przeżyciem. Był dla mnie jak trener przygotowujący zawodnika do olimpiady i bez niego moja powieść nie byłaby taka sama.

Wspaniałym chłopakom z Thomas Dunne Books – Pete’owi Wolvertonowi i Tomowi Dunne’owi – także za to, że uwierzyli w początkująca pisarkę i w tę książkę na tyle, że pozwolili mi napisać jeszcze dwie.

Dziękuję też wszystkim niesamowitym ludziom w St. Martin’s Press – wielu z nich nawet nie poznałam, ale wiem, że byli gdzieś tam, za kulisami albo na linii frontu, i sprawili, że mój sen się ziścił, co nie było dla nich niczym szczególnym, bo robią to codziennie. Mam przeczucie, że do czasu, kiedy będę pisała podziękowania do dwóch kolejnych książek, poznam wielu z nich. Bez względu na to, przez ile rąk przeszła Burza, nigdy nie zapomnę, jak siedziałam w biurze Matta Baldacciego podczas pierwszej wizyty w Nowym Jorku i usłyszałam, jak cytuje zdanie z mojej książki i przyznaje, że uronił tego ranka kilka łez podczas lektury. To był jeden z najwspanialszych momentów dla mnie jako autorki i dowód na to, że całe wydawnictwo podchodzi z odpowiednim zaangażowaniem do książek, które wypuszczają na rynek. I do pisarzy.

Podziękowania dla Summit Entertainment za nieprzerwane starania, aby przenieść Burzę na wielki ekran. I dla producentki Sophie Cassidy, która wierzyła w moją powieść od pierwszego szkicu. Dla producenta Sonny’ego Mallhiego, za jego zaangażowanie i nieustającą wiarę we mnie. Dla Roya Lee za cudowną wiadomość, w której przekazał mi, jak bardzo podobała mu się moja książka. Wiem, że film nie mógł trafić w lepsze ręce.

Wreszcie – dziękuję autorom, którzy wpłynęli na mnie i byli dla mnie inspiracją, jeszcze zanim zasiadłam do pisania tej historii: Courtney Summers, J.K. Rowling, Stephenowi Kingowi, Judy Blume, Lois Lowry, Jayowi Asherowi, Ally Carter, Stephenie Meyer i Ann M. Martin.

I w końcu dziękuję wszystkim, którzy z jakiegoś powodu sięgnęli po tę książkę. Bez tych, którzy czytają i kupują książki, nie zaistniałaby nigdy moja wena.