Wydawca: Albatros Kategoria: Styl życia Język: polski

Burt Bacharach. Krople deszczu padają mi na głowę. Autobiografia ebook

Burt Bacharach

(0)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 399 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Burt Bacharach. Krople deszczu padają mi na głowę. Autobiografia - Burt Bacharach

Burt Bucharach jest jednym z niekwestionowanych królów muzyki pop, kompozytorem takich niezapomnianych przebojów jak „What’s New Pussycat”, „The Look of Love” i „Raindrops Keep Fallin’ on My Head", laureatem trzech Oscarów, a także wielu Nagród Emmy i Grammy. W aż do bólu szczerej, nieretuszowanej autobiografii opowiada o swoim samotnym dzieciństwie jedynaka, młodzieńczych fascynacjach jazzowych, trudnych początkach kariery, burzliwych i licznych małżeństwach (jego drugą żoną była słynna aktorka Angie Dickinson) i dramatycznym losie autystycznej córki Nikki.

Bucharach był przez wiele lat akompaniatorem i przyjacielem Marleny Dietrich, zjeździł z nią cały świat i z jego relacji wyziera nieznany i intrygujący portret tej wielkiej piosenkarki i aktorki. Dowiadujemy się, jakie były powody zerwania Bucharacha z Dionne Warwick i jego wieloletnim współpracownikiem, autorem tekstów Halem Davidem, jak wielkim niewypałem zakończyła się próba występu Whitney Houston na ceremonii rozdania Oscarów w 2000 roku i co sprawiło, że na wiele lat przestał komponować. Bucharach nie boi się przyznać do wielu artystycznych i życiowych porażek i błędów, szczerze pisze o tym, że był niepoprawnym kobieciarzem, a w studiu nagraniowym nieznośnym perfekcjonistą, potrafiącym przez wiele godzin szlifować jedną frazę piosenki i doprowadzającym nieraz do obłędu muzyków i wykonawców. Przy tym wszystkim uważa się jednak za człowieka spełnionego i dziękuje losowi za bogate i ciekawe życie.

Opinie o ebooku Burt Bacharach. Krople deszczu padają mi na głowę. Autobiografia - Burt Bacharach

Fragment ebooka Burt Bacharach. Krople deszczu padają mi na głowę. Autobiografia - Burt Bacharach

Wydanie elektroniczne

O KSIĄŻCE

Burt Bachorach – legendarny kompozytor, którego utwory znają setki milionów ludzi na całym świecie, twórca niezapomnianych przebojów, takich jak oscarowa piosenka Raindrops Keep Failin’ on My Head (Krople deszczu spadają mi na głowę) z filmu Butch Cassidy i Sundance Kid, czy I Say a Little Prayer – w szczerej, nieretuszowanej autobiografii opowiada o swoim samotnym dzieciństwie jedynaka, o młodzieńczych fascynacjach jazzowych, o karierze muzycznej, o współpracy z Halem Davisem i ze słynnymi wykonawcami DionneWarwick i Elvisem Costello, o burzliwych i licznych małżeństwach (jego drugą żoną była słynna aktorka Angie Dickinson, gwiazda filmu Rio Bravo) oraz tragicznym losie autystycznej córki Nikki. Sporo dowiadujemy się też o kulisach amerykańskiego show biznesu oraz jego przedstawicielach.

Dorastał w dzielnicy Queens w Nowym Jorku. Od kiedy skończył piętnaście lat zakradał się ze sfałszowanym dowodem tożsamości do klubów jazzowych na Manhattanie, aby m.in. posłuchać koncertów Dizzy’ego Gillespiego. Od tych młodzieńczych wypadów zaczęła się jego fascynacja muzyką. W latach 50. był akompaniatorem Marleny Dietrich, zjeździł z nią cały świat. Z jego relacji wyziera intrygujący portret wielkiej piosenkarki i aktorki. W 1957 poznał autora tekstów Hala Davisa. Ich wieloletnia współpraca zaowocowała dziesiątkami wielkich przebojów, zarówno wokalnych, jak filmowych. Z autobiografii twórcy dowiadujemy się o powodach jego zerwania z Dionne Warwick, o tym dlaczego na wiele lat przestał komponować. Bacharach nie boi się przyznać do artystycznych i życiowych porażek i błędów. W życiu prywatnym był niepoprawnym kobieciarzem, w studiu nagraniowym – nieznośnym perfekcjonistą, który nierzadko doprowadzał muzyków i wykonawców do obłędu. Jego trzy pierwsze małżeństwa zakończyły się rozwodem. Po kilkunastu latach rozpadła się spółka kompozytorska z Halem Davisem. Mimo to Bacharach uważa się za człowieka spełnionego. Muzyka była dla niego najważniejsza – przez nią wyrażał swoje najgłębsze uczucia, z których zawsze na pierwszym miejscu stawiał miłość.

BURT BACHARACH

Amerykański pianista, kompozytor, piosenkarz, producent muzyczny. Jeden z najwybitniejszych twórców w historii muzyki pop. Zdobywca 3 Oscarów i 6 Nagród Grammy. Aż 73 piosenki Bacharacha trafiły na listę przebojów „Top 40” w USA, m.in. Walk On By, What the World Needs Now Is Love, What’s New Pussycat?, Alfie, I Say a Little Prayer, Raindrops Keep Fallin’ on My Head, I’ll Never Fall in Love Again i That’s What Friends Are For. Wśród wielu słynnych wykonawców jego kompozycji są The Carpenters, Dionne Warwick, Dusty Springfield, Cilla Black, Aretha Franklin, Tom Jones, Elvis Costello, Herb Alpert, Neil Diamond i Elton John. Był czterokrotnie żonaty, m.in. ze znaną aktorką Angie Dickinson. Wspólnie ze Halem Davisem otrzymał w 2011 Nagrodę Gershwina za osiągnięcia twórcze.

OD WYDAWCY

Tytuł oryginalny niniejszej autobiografii to Anyone Who Had a Heart. Tak nazywa się jedna z piosenek Burta Bacharacha – w Polsce niestety słabo rozpoznawalna. Chcąc pozostać w zgodzie z intencjami autora książki zatytułowaliśmy ją Krople deszczu padają mi na głowę, tłumaczenie Raindrops Keep Fallin’ on My Head – oscarowej piosenki tego kompozytora, znanej z filmu Butch Cassidy i Sundance Kid.

Poza nielicznymi wyjątkami, również nazwy rozdziałów są tytułami utworów muzycznych, w przeważającej części skomponowanych przez Bacharacha. Pod polską wersją podajemy ich oryginalne brzmienie. Brak tej informacji oznacza, że tytułu rozdziału nie należy wiązać z dziełem muzycznym lub filmowym.

Tytuł oryginału:

ANYONE WHO HAD A HEART. MY LIFE AND MUSIC

Copyright © Burt Bacharach 2013

All rights reserved

Published by arrangement with HarperCollins Publishers LLC

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz 2014

Polish translation copyright © Andrzej Szulc 2014

Redakcja: Jerzy Lewiński

Konsultacja muzyczna: Sergiusz Pinkwart

Zdjęcie na okładce: Burt Bacharach, ca. 1970 Everett Collection/East News

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-014-3

Wydawca

WYDAWNICTWO ALBATROS A. KURYŁOWICZ

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Dla Jane, Cristophera,Olivera, Raleighi Nikki

Myślę, że w tym, co piszesz,jest to, kim jesteś…

Burt

PROLOGNIKKINikki

Jakieś dziewięć miesięcy po ślubie z Angie Dickinson zacząłem zastanawiać się nad rozwodem. Nasze problemy nie miały nic wspólnego z faktem, że Angie była znacznie większą gwiazdą ode mnie. Po prostu brakowało między nami autentycznej komunikacji i to ja ponosiłem za to w pewnej części winę, ponieważ byłem wówczas wciąż w dużym stopniu niedojrzały i tak totalnie oddany muzyce, że nie potrafiłem przez dłuższy czas utrzymać związku.

Kiedy Angie zakomunikowała mi o swojej ciąży, wiadomość, że będę miał dziecko, tak bardzo mnie zaskoczyła i ucieszyła, że kompletnie o tym wszystkim zapomniałem i zacząłem robić wszystko, co w mojej mocy, by nasze małżeństwo właściwie funkcjonowało. Ciąża Angie nie należała do łatwych i kiedy byliśmy razem w Nowym Jorku, doszło u niej do czegoś, co wyglądało na poronienie, poszła więc do lekarza, a ten dał jej jakiś lek, który był częściowo eksperymentalny.

W szóstym miesiącu jej ciąży poszliśmy na mecz Dodgersów w Los Angeles. Napisałem już wówczas Alfiego i nagrałem go z Cillą Black w Abbey Road Studios w Londynie, ale reżyser uznał, że piosenkę powinna zaśpiewać Cher. Dzięki temu film miał się lepiej sprzedać w Ameryce. Wiedziałem, że nie mam dużo do gadania podczas sesji, ale kiedy wracaliśmy wieczorem z meczu do domu, wstąpiliśmy z Angie do Gold Star Studios, magicznej sali, w której Phil Spector nagrał w technice ściany dźwięku (Wall of Sound) wszystkie swoje niesamowite płyty z Ronettes, Darlene Love i Righteous Brothers.

Producentem sesji był Sonny Bono, facet, który pozostawał pod silnym wpływem Spectora i korzystał z takiego samego jak on zestawu instrumentów: trzech perkusji i trzech gitar. Szczerze mówiąc, taki skład w ogóle mi nie pasował: zupełnie inaczej słyszałem tę piosenkę. W tamtym czasie przywykłem już do kontrolowania wszystkiego, co się dzieje w studiu, ale Sonny ani razu nie zapytał, czy podoba mi się brzmienie nagrania. Martwiło mnie nie to, jak śpiewała Cher, ale to, co Sonny robił z Alfiem.

Wiem, że to zwykły zbieg okoliczności, ale z tego, co pamiętam, Angie odeszły wody, kiedy byliśmy tamtego wieczoru w studiu. Oboje czym prędzej stamtąd wybiegliśmy i pojechaliśmy prosto do starego szpitala Cedars-Sinai przy Beverly Boulevard w Silver Lake. Udało się powstrzymać poród i pozwolili jej wrócić do domu.

Mniej więcej tydzień później doszło do infekcji. Doktor powiedział Angie, że traci dziecko, i moja żona wróciła do szpitala. Poród trwał dwadzieścia sześć godzin. Był wtorek i w jej sali nie było radia ani telewizora. W Saint Louis trwał akurat mecz All Stars i Angie pytała wszystkich naokoło: „Kto prowadzi? Czy National League objęła prowadzenie?”.

Nasza córka urodziła się dwunastego lipca 1966 roku, trzy miesiące i dwanaście dni za wcześnie. Ważyła niespełna siedemset czterdzieści gramów i lekarze nie sądzili, że przeżyje noc, ale jakimś cudem jej się to udało. Ponieważ nikt nie miał pojęcia, jak długo może żyć, poradzono nam, żeby nie nadawać jej imienia.

Kiedy w tamtych czasach dziecko urodziło się za wcześnie, szanse przeżycia nie były zbyt duże. Trzy lata wcześniej Jacqueline Kennedy urodziła pięć i pół tygodnia przed terminem synka, który ważył dwa kilogramy sto dwanaście gramów. Lekarze umieścili go w komorze hiperbarycznej, żeby można było mu podawać pod wysokim ciśnieniem tlen i w ten sposób wentylować płuca, lecz mimo to mały zmarł trzydzieści dziewięć godzin po narodzeniu. Skoro medycyna nie potrafiła utrzymać przy życiu syna prezydenta Stanów Zjednoczonych, dziecka ważącego prawie trzy razy więcej od naszej córki, dlaczego Angie i ja mielibyśmy wierzyć, że będziemy mieli więcej szczęścia?

Moja żona spędziła w szpitalu pięć dni, zanim lekarze w ogóle pozwolili jej zobaczyć córkę. Nie chcieli, żeby ją zapamiętała, na wypadek gdyby dziecko umarło. Codziennie o tej samej porze przyjeżdżałem do szpitala, żeby samemu ją obejrzeć.

Nawet gdy Angie wyszła ze szpitala i mogła już jeździć samochodem, nadal odwiedzałem naszą córkę sam, bo uważałem, że jeśli zmienię cokolwiek w tym, co robiłem wcześniej, może jej się przydarzyć coś złego. Musiałem być tam sam, by nawiązać z nią duchową łączność przez okienko oddziału wcześniaków, gdzie fantastyczne pielęgniarki wprost wychodziły ze skóry, by utrzymać nasze dziecko przy życiu.

Codziennie stawałem przed szybą oddziału wcześniaków i patrzyłem na moją maleńką niczym lalka córeczkę leżącą w inkubatorze. Choć wiedziałem, że mnie nie słyszy, czasami zaczynałem do niej śpiewać. Można by sądzić, że będzie to coś, co sam napisałem, lecz piosenką, która utkwiła mi w głowie, było Hang On, Sloopy zespołu McCoys.

Śpiewałem codziennie mojej córce tę piosenkę, bo bałem się, że jeśli tego nie zrobię, nie zastanę jej, gdy przyjdę nazajutrz z wizytą. Robiłem także najróżniejsze inne rzeczy, które moim zdaniem mogły pomóc jej przeżyć. Naprzeciwko domu przy North Bundy Drive, gdzie mieszkaliśmy razem z Angie, sąsiedzi mieli basen, w którym pozwalali mi pływać. Za każdym razem, kiedy chodziłem tam po narodzinach Nikki, próbowałem ratować wszystkie pszczoły i inne owady, które wpadły do wody. Miałem nadzieję i modliłem się, że pomoże to w jakiś sposób uratować również moją małą córeczkę. Stało się to dla mnie kolejnym rytuałem.

Mniej więcej osiem tygodni po narodzinach Nikki, kiedy stałem przed szybą oddziału wcześniaków i śpiewałem jej Hang On, Sloopy, podeszły tam jakieś dwie kobiety, które odwiedziły wcześniej kogoś na porodówce. Zaczęły przyglądać się wcześniakom i jedna z nich powiedziała do drugiej: „Boże, gdybym miała takie dziecko, po prostu bym je wyrzuciła”. Wpadłem w szał i zacząłem na nie krzyczeć, a potem ścigałem je aż do windy.

Angie i ja chcieliśmy wcześniej dać naszej córce imię Lea, na cześć Leona Krohna, lekarza, który przyjął poród. Naprawdę pokochałem pielęgniarki z oddziału wcześniaków, a ponieważ zaczęły nazywać dziecko Nikki, postanowiliśmy dać jej tak na imię. Mała była w tak krytycznym stanie, że pierwsze trzy miesiące życia spędziła w inkubatorze.

Ponieważ kilka razy przestawała oddychać, czasami podłączali ją do przypominającego huśtawkę urządzenia, które odsysało płyn z płuc. Lekarze kazali również pielęgniarkom podawać Nikki duże dawki tlenu, co może czasami uszkodzić oczy wcześniaków. Tak bardzo zależało mi na tym, by to dziecko przeżyło, że powiedziałem: „Jeśli będzie ślepa, trudno. Zróbcie po prostu wszystko, żeby żyła”.

Fakt, że miałem dziecko, zmienił mnie w sposób, z którego nie zdawałem sobie wtedy sprawy. Napisałem już wówczas sporo hitów i odniosłem wiele sukcesów w branży muzycznej, ale wszystko to przestało się nagle liczyć. I co z tego, że jakaś moja piosenka zawędruje na trzecie albo czwarte miejsce na listach przebojów? Nie miało to żadnego znaczenia w porównaniu z życiem mojej córki.

1HISTORIA MOJEGO ŻYCIAThe Story of My Life

W dzieciństwie wszyscy w rodzinie mówili na mnie Happy (Szczęśliwy). Kiedy się urodziłem, tato chciał mi nadać swoje imię, żebyśmy mieli Dużego i Małego Berta, lecz matka bała się, że będą na mnie wołali Bertram, tak jak na tatę, kiedy był chłopcem, dlatego ostatecznie zgodzili się na Burta. Ale chociaż nasze imiona inaczej się wymawia, ludzie zawsze pytali matkę: „Czy pani syn to Bert junior?”, a ona odpowiadała: „Nie, bynajmniej”.

Żeby skończyć z pomyłkami, matka postanowiła w końcu, że będą mnie nazywać Happy. Nie wiem, skąd wziął się ten przydomek, bo nie odnoszę wrażenia, bym w dzieciństwie był specjalnie szczęśliwy. Byłem przeważnie bardzo samotny. Mój ojciec pracował wówczas w Kansas City, zaopatrując sklepy w męską odzież, i prawdopodobnie nigdy nie sądził, że jego albo moje nazwisko stanie się znane poza najbliższą okolicą.

Dziadkowie zarówno ze strony ojca, jak i matki uważali, że moi rodzice nie pasują do siebie, i chyba dlatego mama i tato przenieśli się do Kansas City. Chodziło o utrzymanie małżeństwa w tajemnicy. Urodziłem się w Kansas City dwunastego maja 1928 roku, ale moje dziecinne wspomnienia zaczynają się dopiero wtedy, kiedy przenieśliśmy się do Forest Hills w Queens, gdzie dorastałem w mieszkaniu na drugim piętrze w trzypiętrowym budynku przy Burns Street 150, zaledwie kilka przecznic od Queens Boulevard.

Nikt z mojej rodziny nie chodził nigdy do synagogi ani nie przywiązywał większej wagi do tego, że jest Żydem. Nie mówiliśmy także innym, że jesteśmy Żydami, doszedłem więc do przekonania, że to coś wstydliwego, co powinienem zachować w sekrecie. W Forest Hills nie miałem wielu kolegów, jednak dzieci, które znałem, pochodziły z katolickich rodzin i większość chodziła do kościoła Matki Bożej Królowej Męczenników. Za każdym razem, kiedy graliśmy w piłkę nożną z drużyną, w której byli chłopcy z żydowskich rodzin, nasz kapitan mówił: „No dalej, dokopmy tym Żydom!”, a ja powtarzałem bezmyślnie: „Jasne, dokopmy tym Żydom!”. Ponieważ chciałem grać z nimi w jednej drużynie, wydawało mi się, że ja też muszę tak mówić.

Jako nastolatek byłem bardzo niski. W naszej szkole średniej w Forest Hills uczyło się trzy tysiące dzieci, ale nie było wśród nich – nawet wśród dziewczynek – kogoś, kto byłby niższy ode mnie. Miałem więc wystarczająco dużo problemów, by w dodatku się przyznawać, że jestem Żydem.

W dzieciństwie nie czytałem zbyt wiele, ale jedną książkę, Słońce też wschodzi Ernesta Hemingwaya, naprawdę uwielbiałem i przeczytałem ją wiele razy. Autentycznie utożsamiałem się z jej bohaterem, Jakiem Barnesem, który nie mógł uprawiać seksu z powodu impotencji. Z pewnością nie był to problem, z którym sam bym się borykał. Byłem impotentem towarzyskim, ponieważ dźwigałem całe to brzemię i nigdy nie miałem wrażenia, że gdzieś pasuję – zarówno w szkole, jak i na podwórku.

Gdy dorastałem w Forest Hills, byłem Żydem, ale nie chciałem, żeby ktokolwiek o tym wiedział. Byłem zbyt niski, by jakakolwiek dziewczyna w ogóle zauważyła, że istnieję. Czytałem Słońce też wschodzi i mówili na mnie Happy. I chociaż mogłem znaleźć swoje miejsce w życiu, ucząc się porządnie gry na pianinie, nie było rzeczy, której bardziej bym nienawidził.

Zacząłem brać lekcje gry na pianinie, gdy miałem osiem lat. Kiedy wracałem po południu ze szkoły, matka kazała mi codziennie siadać w salonie przy pianinie i przez pół godziny ćwiczyć. Zachęta do zajęcia się muzyką zawsze wychodziła w domu od niej. Tak naprawdę chciałem biec na podwórko i kopać piłkę, podobnie jak wszyscy, których znałem. Za każdym razem, kiedy matka kazała mi ćwiczyć, wybuchała awantura i robiłem to tylko dlatego, że nie miałem wyboru.

Matka grała na pianinie ze słuchu, co było niesamowite. „Dlaczego nie może mnie tego nauczyć? – zastanawiałem się.

– To byłoby o wiele łatwiejsze niż siedzenie tutaj i to niekończące się bębnienie gam”. Jednak za każdym razem, kiedy usiłowałem ją do tego przekonać, odpowiadała: „Musisz się nauczyć porządnie grać”. W młodości chciała zostać piosenkarką. Nie wiem, co się stało z tymi marzeniami, ale po tym, jak nie udało jej się zrobić kariery muzycznej, naprawdę pokładała we mnie wielkie nadzieje.

Urodziła się i wychowywała w Atlantic City w New Jersey.

Jej ojciec, Abe Freeman, miał przed wprowadzeniem prohibicji bardzo dochodowy sklep z tanim alkoholem. Później prowadził aptekę przy promenadzie. Dochody z niej pozwoliły mu wysłać do prywatnej szkoły wszystkie trzy córki – moją matkę Irmę oraz jej siostry Dottie i Julię.

Kiedy w 1929 roku doszło do załamania na giełdzie, Abe stracił wszystko. Chociaż był przełożonym Beth Israel, założonej przez jednego z moich kuzynów ze strony Bacharachów reformowanej synagogi w Atlantic City, nie stać go już było na płacenie składek i złożył rezygnację. Kiedy rada ją przyjęła, nigdy tam nie wrócił. W tym samym momencie zostały przecięte wszelkie więzi, jakie moja matka mogłaby mieć z żydowskością, co w pewnym stopniu wyjaśnia sposób, w jaki mnie wychowano.

Matka do samej śmierci odznaczała się wielkim gustem w dziedzinie mody, sztuki i muzyki. Jeden z moich kuzynów, który odwiedzał nas czasem w Forest Hills, do dziś uważa, że nigdy w życiu nie widział tak pięknie urządzonego i udekorowanego mieszkania jak nasze. Mieliśmy wysokie sufity, drewniane podłogi i wielkie okna, przez które wpadało mnóstwo światła. W czasach kiedy wszyscy mieli na ogół białe ściany, nasze były w różnych kolorach i wisiały na nich oprawne w ramy oryginalne olejne obrazy, których część namalowała sama matka.

Kiedy miałem kilkanaście lat, ojciec stał się znanym felietonistą. Razem z matką często jadali kolację na mieście, ale nigdy nie musieli za nic płacić, ponieważ ojciec mógł napisać artykuł o danej restauracji. Siedząc z nimi w lokalu, zawsze czułem się skrępowany, bo chociaż za nic nie płaciliśmy, matka i tak za każdym razem pytała kelnera, czy mają sok pomarańczowy, a kiedy odpowiadał, że tak, dopytywała się, czy na pewno jest świeży.

Ojciec cały czas pracował i był wielkim pasjonatem, ale w stosunku do mnie najłagodniejszym facetem pod słońcem. Nigdy do niczego mnie nie zmuszał. Bardzo chciałem zostać kimś takim jak on. Czekając w niedzielne poranki, aż się obudzi, przeglądałem jego stare albumy z wycinkami. Był zdecydowanie moim bohaterem. Podobnie jak matka dorastał w Atlantic City, gdzie pracował przy kolportażu gazet, a później latem jako ratownik na plaży.

Mając ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i ważąc ponad dziewięćdziesiąt kilo, przypominał z wyglądu swojego ojca Maxa Bacharacha, którego wszyscy nazywali „Backy”. Zawsze nieskazitelnie ubrany w koszulę z wysokim kołnierzykiem oraz getry, mój dziadek wsiadał do swojego forda T na korbę i przemierzał całą Pensylwanię, sprzedając w małych miasteczkach męską odzież. Chociaż Max jako komiwojażer zarabiał całkiem nieźle, o wiele większą karierę zrobili jego kuzyn: Harry, który został burmistrzem Atlantic City i którego imię nosiła lokalna drużyna Negro League, Bacharach Giants, i Isaac, który przez jedenaście kadencji był kongresmenem Stanów Zjednoczonych.

W wieku osiemnastu lat mój ojciec zaczął studiować w Virginia Military Institute, gdzie odnosił sukcesy w czterech dyscyplinach sportowych. Grał jako fullback w drużynie futbolowej i był kapitanem mistrzowskiej drużyny koszykówki Konferencji Południowej. W czasie pierwszej wojny światowej przerwał studia i zaciągnął się jako podporucznik do piechoty morskiej.

Po ukończeniu Virginia Military Institute zaczął pracować jako zaopatrzeniowiec w dziale odzieży męskiej w domu towarowym w Baltimore, gdzie zarabiał dwadzieścia dolarów tygodniowo. Ponieważ pokój i wyżywienie kosztowały go dwadzieścia pięć, zaczął poza tym uprawiać zawodowo koszykówkę oraz futbol amerykański. Kariera zawodowego sportowca nie była wówczas tak lukratywna jak teraz i żeby związać koniec z końcem, grał w pewnym momencie w pięciu drużynach koszykówki naraz. Za każdym razem, gdy dwie jego drużyny rozgrywały ze sobą mecz, musiał wybierać, w której chce wystąpić.

Pracował przez jakiś czas w sklepie Saks Fifth Avenue w Nowym Jorku zaraz po jego otwarciu, a następnie w Bamberger’s w Newark, w stanie New Jersey, oraz w domu towarowym Woolf Brothers w Kansas City. Krótko po moim urodzeniu przenieśliśmy się do Kew Gardens w Queens. Po półrocznym okresie pozostawania bez pracy ojciec założył małą gazetkę specjalizującą się w branży odzieży męskiej, a później został zastępcą redaktora w magazynie „Collier’s”.

Po odejściu stamtąd pracował przez pewien czas w branży public relations, a później współprowadził w rozgłośni WJZ quiz radiowy Suit Yourself. Prowadził również pierwszy sponsorowany program telewizyjny w Nowym Jorku. W końcu zaczął pisać felietony, które pod nagłówkiem Stag Lines ukazywały się w osiemdziesięciu czterech gazetach, a także inne, pod nagłówkiem Now See Here, które zamieszczały pięć razy w tygodniu „Los Angeles Herald-Examiner”, „San Francisco Examiner” oraz „Indianapolis Star”. Przez wiele lat występował również w programie For Men Only, pokazywanym w kronikach filmowych w kinach w całym kraju. Napisał również trzy nieźle się sprzedające książki o modzie męskiej i z dziedziny poradnictwa domowego.

Ponieważ w swoich felietonach nigdy nie napisał o nikim złego słowa, powodziło mu się całkiem dobrze i dojrzewając w Forest Hills, nie odczułem zbytnio na własnej skórze wielkiego kryzysu. Z drugiej strony nigdy nie czułem się specjalnie zamożny, bo znajomi ojca w branży odzieżowej mieli znacznie więcej pieniędzy od nas.

Miałem trzynaście lat, kiedy Japończycy zbombardowali Pearl Harbor, i pamiętam ten dzień bardzo dobrze. Poszedłem z rodzicami na Polo Grounds, żeby obejrzeć ostatni mecz sezonu. Nowojorscy Giantsi grali z brooklyńskimi Dodgersami. Tego dnia uhonorowano grającego w drużynie Giantsów słynnego obrońcę Tuffy’ego Leemansa.

Zamiast siedzieć z rodzicami oglądałem mecz z loży prasowej razem z Dickiem Fishellem, sprawozdawcą rozgłośni radiowej WHN. Dick bardzo się przyjaźnił z moimi rodzicami i naprawdę mi imponował, ponieważ był przystojny i leciały na niego dziewczyny. Uważałem, że osiągnął w życiu wszystko.

– Cholera, zbombardowali Pearl Harbor – powiedział mi, kiedy dotarła do niego ta wiadomość.

– A gdzie jest Pearl Harbor? – zapytałem.

W przerwie meczu zszedłem do rodziców, którzy siedzieli w dziesiątym albo dwunastym rzędzie od poziomu boiska.

– Gdzie jest Pearl Harbor? – zapytałem. – Bo właśnie je zbombardowali.

– Kto zbombardował? – odparł pytaniem ojciec.

– Japończycy – odpowiedziałem.

W ten sposób ojciec dowiedział się o naszym przystąpieniu do drugiej wojny światowej. Działo się to oczywiście na długo przed powstaniem CNN i podawanymi na okrągło wiadomościami, więc aż do zakończenia meczu nikt inny na Polo Grounds o niczym nie wiedział.

W chwili wybuchu wojny ojciec miał czterdzieści trzy lata. Chociaż był za stary, by służyć w wojsku, pracował jako cywilny konsultant sił powietrznych w Wright Field w Ohio. Sprzedał również na specjalnych imprezach pięć milionów dolarów w wojennych obligacjach i pomagał organizować rozrywkę dla żołnierzy w szpitalach. Dla mnie druga wojna światowa była wyłącznie czymś, o czym czytałem w gazetach i wiedziałem ze słyszenia. Dopiero po jej zakończeniu dotarły do mnie informacje o milionach pomordowanych podczas Holocaustu Żydów.

Z tych lat pamiętam również dokładnie, jak czternastego listopada 1943 roku wróciłem do domu z meczu futbolowego między Giantsami i chicagowskimi Bearsami, który także odbywał się na Polo Grounds. Kiedy wszedłem z ojcem do mieszkania, matka słuchała radia. Nadal podekscytowany meczem, zacząłem jej o nim opowiadać.

– Żałujcie, że was tu nie było – przerwała mi – bo stało się coś niewiarygodnego. Bruno Walter miał dyrygować orkiestrą Filharmonii Nowojorskiej, ale zachorował i zastąpił go młody, nieznany dyrygent, który wypadł wprost wspaniale. Nazywa się Leonard Bernstein.

Leonard Bernstein? – pomyślałem, idąc do mojego pokoju. Rany, ja chyba znam tego faceta. I rzeczywiście go znałem.

Wtedy zacząłem już brać lekcje gry na fortepianie u niejakiej Rose Raymond, która studiowała razem z Leopoldem Godowskym w Konserwatorium Wiedeńskim. Mieszkała na Manhattanie, na rogu Riverside Drive i Osiemdziesiątej Szóstej Ulicy. Raz w tygodniu miałem u niej godzinną lekcję i była to istna katorga, bo nauczycielka zmuszała mnie stale do palcówek na klawiaturze, nie pozwalając zagrać ani jednej nuty. Na jednym z jej recitali miałem zagrać Clair de lune, ale się pogubiłem i naprawdę skrewiłem.

Chociaż uważałem, że nie mam talentu, i nie znosiłem palcówek, raz w tygodniu jeździłem metrem z Forest Hills na Manhattan, wysiadałem przy Pięćdziesiątej Trzeciej Ulicy i piętrowym autobusem dojeżdżałem do mieszkania Rose Raymond. Bez względu na to, jak było zimno, zawsze wchodziłem na piętro autobusu, bo jazda na górze sprawiała mi wielką frajdę. Kiedy pewnego dnia siedziałem tam wraz z kilkoma innymi zahartowanymi osobnikami, jakiś młody człowiek, który wydał mi się trochę dziwny, wspiął się po schodkach i usiadł obok mnie.

– Czy to Two O’Clock Jump? – zapytał, kiedy zacząłem gwizdać jakąś melodię.

– Zgadza się, skąd wiesz? – odparłem. – Jesteś muzykiem?

Odparł, że tak, więc zapytałem, czy gra w którymś z miejscowych barów.

– Nie, właściwie jestem dyrygentem – powiedział.

Kiedy zapytałem, jaką orkiestrą dyryguje, odparł, że Filharmonii Nowojorskiej.

– Nie zalewaj, wiem, kto dyryguje orkiestrą Filharmonii Nowojorskiej. Bruno Walter.

– Jestem jego zastępcą – odpowiedział.

Przedstawiliśmy się sobie i po kilku minutach wysiadłem na rogu Riverside Drive i Osiemdziesiątej Szóstej Ulicy.

– No cóż, do zobaczenia któregoś dnia na topie, Lenny – powiedziałem mu na pożegnanie.

Miałem na myśli, że spotkamy się jeszcze kiedyś na górnym piętrze autobusu. A teraz tak rewelacyjnie zadebiutował, zastępując w ostatniej chwili Brunona Waltera i występując w transmitowanym na cały kraj przez radio koncercie. Nazajutrz „New York Times” doniósł o tym na pierwszej stronie. Napisałem do niego list, ale nie doczekałem się odpowiedzi.

Kiedy powiedziałem matce, jak poznałem Leonarda Bernsteina, uznała, że to niesamowita historia. Choć mam wrażenie, że w głębi duszy zawsze marzyła, że pewnego dnia będę dyrygował orkiestrą filharmonii albo dla niej komponował, uparcie powtarzała, że nie chce, bym zrobił karierę muzyka.

– Chcę po prostu, żebyś grał dla własnej przyjemności, tak jak ja – mówiła.

Kilka lat później pojechałem na obóz muzyczny organizowany przez Tanglewood Music Center w zachodnim Massachusetts. „Nie przejmuj się dziewczynami. Uważaj na facetów” – powiedział mi przed wyjazdem Morton Gould, znany kompozytor i dyrygent, który przyjaźnił się z moimi rodzicami. Nie bardzo wiedziałem, co miał na myśli, ale już pierwszego wieczoru jakiś facet poprosił mnie o zdjęcie butów i skarpetek, żeby mógł oprzeć swoje stopy o moje. Uznałem to za naprawdę dziwaczną prośbę i odmówiłem. Nawet gdybym zdjął buty, i tak nie ściągnąłbym skarpetek.

Na przyjęciu dla kadry i słuchaczy zobaczyłem Lenny’ego Bernsteina i ponownie mu się przedstawiłem. Lenny był w towarzystwie Felicii Montealegre, z którą się później ożenił.

– Mamy wspólną przeszłość – powiedział jej, kiedy uświadomił sobie, kim jestem.

– Ale on jest przecież taki młody – odparła, myśląc, że łączy nas coś więcej niż jedno spotkanie w miejskim autobusie.

Lenny był genialny i zawsze podziwiałem go za to, co robił. Rano mógł pisać West Side Story, a potem szedł i dyrygował utwory Bacha, jednak ponownie zobaczyłem go dopiero w 1980 roku, kiedy pomagałem Tedowi Kennedy’emu w kampanii przed prawyborami prezydenckimi w New Hampshire. Podczas przyjęcia w domu jego siostry Jean Smith, w którym brała również udział Lauren Bacall, Lenny podszedł do mnie i powiedział, że musimy pogadać.

– Słuchaj, dlaczego ciągle opowiadasz, że spotkaliśmy się w autobusie? – zapytał. Kiedy odparłem, że się tam rzeczywiście spotkaliśmy, spojrzał na mnie. – Coś takiego nigdy nie miało miejsca – oznajmił. – Po prostu to sobie wymyśliłeś.

– Niech mnie kule! – mruknąłem, bo uznałem, że cała historia stała się przez to jeszcze pikantniejsza.

Kiedy chodziłem do szkoły w Forest Hills, rodzice jeździli czasami w weekendy z wizytą do mojej ciotki i jej męża w Elkins Park w Filadelfii. Binswangerowie, bo tak się nazywali, mieli trzech synów, którzy bez przerwy wygłupiali się i rozrabiali. Mimo że ich rodzina również nie przestrzegała żydowskich zwyczajów, w święto Paschy bawiliśmy się wszyscy w chowanie macy.

Bardzo lubiłem bywać u Binswangerów i było mi zawsze smutno, kiedy musieliśmy wsiadać do oldsmobila ojca. W drodze do domu słuchaliśmy filharmoników nowojorskich grających w radiu Brahmsa i Beethovena. Muzyka była bardzo mroczna, na dworze też zapadał zmrok i naprawdę czułem się fatalnie, bo wiedziałem, że wracam do domu, gdzie miałem niewielu kolegów i znowu będę sam.

Znacie tę książkę Is There Life After High School (Czy po szkole średniej istnieje życie)? Mnie się wydawało, że nie istnieje. W Forest Hills przez cztery kolejne semestry miałem obniżony stopień ze sprawowania za notoryczne spóźnianie się. Nie mogłem nigdy zdążyć na czas do szkoły z powodu kłopotów ze snem. Nie byłem w stanie zasnąć, ponieważ stale słyszałem w głowie muzykę. Jako dzieciak cierpiałem na autentyczną bezsenność. Moim zdaniem wszystko zaczęło się od chwili, kiedy usłyszałem, jak matka mówi: „Dziś w nocy spałam tylko cztery godziny. Jeśli się nie zdrzemnę, nie będę w stanie normalnie funkcjonować”.

W związku z tym uznałem, że jeśli człowiek się nie wyśpi, na pewno zachoruje albo umrze. Matka rzuciła to zupełnie mimochodem, ale naprawdę wbiłem to sobie do głowy. Bezsenność tak bardzo dawała mi się we znaki, że w wieku szesnastu czy siedemnastu lat zacząłem łykać tabletki na sen. Matka też je zażywała i brałem je od niej za każdym razem, kiedy potrzebowałem czegoś, żeby zasnąć. W dorosłym życiu weszło mi to w nawyk i musiałem bardzo się starać, by z nim zerwać.

W tym okresie mojego życia rodzice prawie codziennie wychodzili na miasto. Za każdym razem, gdy wystawiano nową sztukę albo otwierano nocny klub na Manhattanie, dostawali zaproszenie, żeby ojciec mógł napisać o tym w swoim felietonie. Prowadzili naprawdę bujne życie towarzyskie i kiedy chodziliśmy na kolację do takich knajp jak Danny’s Hideaway, wspaniałego lokalu przy Wschodniej Czterdziestej Piątej Ulicy, gdzie bywali wtedy wszyscy celebryci, ojciec spotykał się z takimi ludźmi, jak Earl Blackwell, Dorothy Kilgallen oraz Louis Sobol, którzy podobnie jak on pisali felietony do gazet.

Zdarzało się, że siedziałem przy stoliku, opowiadając rodzicom o czymś, co było dla mnie naprawdę ważne, i nagle w środku tego, co mówiłem, matka lub ojciec przerywali mi, wołając: „Zobacz, przyszedł Louis Sobol. Cześć, Louis!”. Miałem ochotę powiedzieć: „Przecież coś do was mówię!”, ale nigdy tego nie zrobiłem.

Chociaż realizowałem w szkole program ogólny, co oznaczało, że nie musiałem przystępować do egzaminów stanowych, stopnie miałem zawsze bardzo marne, ponieważ naprawdę nie ciekawiło mnie nic, czego tam uczyli. Rysunek techniczny i język hiszpański w żadnym razie nie mogły mnie zainteresować, więc nigdy nie uważałem podczas lekcji. Zamiast słuchać nauczyciela, czytałem ukradkiem partytury Ravela.

Któregoś wieczoru, kiedy byłem w drugiej albo trzeciej klasie, matka weszła do mojego pokoju.

– Wiesz co? – powiedziała. – Tata i ja podjęliśmy decyzję. Kupiliśmy ci steinwaya i zmuszaliśmy cały czas, żebyś ćwiczył, ale widać jak na dłoni, że nie chcesz grać na fortepianie. Więc dajemy ci wybór. Jeśli naprawdę cię to nie interesuje, możesz to rzucić. Nie musisz już brać więcej lekcji, nie musisz ćwiczyć.

Rany, super! Nareszcie jestem wolny! – uznałem, kiedy matka wyszła z pokoju. Ale później zaczęło mnie gnębić typowo żydowskie poczucie winy. No nie, nie mogę tego zrobić własnej matce, pomyślałem. Brałem więc nadal lekcje u Rose Raymond i może nawet zacząłem się bardziej starać. Nadal jednak nie czułem autentycznej więzi z muzyką, którą grałem.

Mimo że nadal nie miałem wielu przyjaciół, sylwester zawsze wydawał mi się szczególnym dniem. To była noc, kiedy trzeba było wyjść na miasto, świętować i naprawdę świetnie się bawić. Jako nastolatek bardzo chciałem w tym uczestniczyć i dlatego sylwestra stale spędzałem w ten sam sposób.

Zaraz po kolacji szedłem do swojego pokoju, żeby się ubrać, zawsze bardzo ciepło, ponieważ matka dawała mi to jasno do zrozumienia. Następnie wychodziłem z domu, szedłem trzy przecznice do stacji metra przy Siedemdziesiątej Pierwszej Ulicy i wsiadałem do pociągu. Rodzice pewnie się martwili, że jakiś zboczeniec zaatakuje mnie w metrze, ale nigdy nie zająknęli się o tym ani słowem. Ponieważ czasy były wtedy spokojniejsze, nic nigdy mi się nie stało.

Dojazd do Times Square zajmował mniej więcej pół godziny. Po wyjściu na ulicę dołączałem po prostu do tłumu. Chociaż wszystkie światła na Broadwayu były wyłączone z powodu trwającej wojny, gromadziło się tam około czterystu tysięcy ludzi. Mężczyźni w garniturach, płaszczach i kapeluszach, kobiety w eleganckich sukniach i futrach i całkiem sporo wojskowych w mundurach. Wszyscy oprócz mnie coś popijali. Byłem po prostu częścią tej wielkiej masy ludzi, z których żaden mnie nie znał. Miałem wrażenie, że jestem niewidzialny – ja ich widziałem, lecz oni nie zwracali na mnie uwagi.

O północy ludzie zaczynali trąbić w małe trąbki i rozrzucać confetti. Mnóstwo osób całowało się wzajemnie, ale mnie nigdy nie pocałowała żadna dziewczyna. Nie mam pojęcia, dlaczego wybrałem akurat taki sposób spędzania sylwestra, nie tylko raz, ale co roku. Chyba chciałem być częścią większej całości. To właśnie robi się w sylwestra, myślałem. Jedzie się na Times Square i być może wydarzy się coś cudownego. Jednak nigdy się nie wydarzyło i później wsiadałem do metra i wracałem do domu sam. Jako dzieciak wiązałem z sylwestrem mnóstwo nadziei, lecz choć jeździłem na Times Square tyle razy, ten wieczór nigdy nie spełnił moich oczekiwań.

Jeśli chodzi o muzykę, wszystko się zmieniło, kiedy skończyłem piętnaście lat i zacząłem zakradać się z fałszywym dowodem tożsamości do małych klubów jazzowych w rodzaju Three Deuces i Spotlight przy Pięćdziesiątej Drugiej Ulicy na Manhattanie. Czasami więcej tam było ludzi na scenie niż na widowni. Facetem, którego pokochałem najmocniej, był Dizzy Gillespie i on stał się moim bohaterem. Uwielbiałem go, bo wszystko, co robił, było takie wspaniałe i na scenie wyglądał niesamowicie, grając na tej swojej dziwnie wyglądającej trąbce. Pewnego wieczoru zobaczyłem, jak stoi na ulicy z małpką na ramieniu, z miejsca więc poszedłem do domu i zapytałem rodziców, czy ja też mogę mieć małpkę. Oczywiście odmówili.

Nie chodziło zresztą tylko o Dizzy’ego. Zaglądałem też do Birdland, żeby obejrzeć zespół Counta Basiego z grającym na perkusji Sonnym Payne’em. Było to tak niesamowite doświadczenie, że zobaczyłem nagle muzykę w zupełnie nowym świetle. To, co słyszałem w tych klubach, naprawdę przestawiło mnie na nowe tory – można to porównać z podmuchem świeżego powietrza, kiedy ktoś otwiera na oścież okno. Wtedy właśnie uświadomiłem sobie po raz pierwszy, jak bardzo kocham muzykę i jak bardzo chcę być z nią związany.

Pod nazwiskiem Happy Baxter – które wydawało się brzmieć podobnie jak Bacharach, a przy tym niezbyt żydowsko – założyłem wraz z czterema innymi chłopakami w moim wieku zespół i zagraliśmy kilka razy na szkolnych potańcówkach w Forest Hills. Najbardziej w publicznych występach podobało mi się to, że poznawałem dzięki nim dziewczęta, które w innym wypadku w ogóle by się do mnie nie odezwały. Pamiętam, że kiedy grałem raz na sobotniej potańcówce w katolickim kościele w Forest Hills, fortepian otaczał wianuszek dwudziestu ładnych dziewczyn. Jako nastolatek sporo myślałem o dziewczynach, dlatego decydując się na karierę muzyka, z pewnością brałem to pod uwagę.

Ludzie w zespole nie byli zbyt utalentowani, ale mieliśmy dobrego perkusistę Normana Felda oraz saksofonistę Jacka Conna, którego ojciec był współzałożycielem wydawnictwa muzycznego Bregman, Vocco & Conn. Jack dawał nam za darmo aranżacje. Mieliśmy próby w jego domu i chodziliśmy do studia nagraniowego Nola

Chociaż traktowałem teraz muzykę o wiele poważniej, w liceum nadal nie odnosiłem większych sukcesów. Myślałem, że prześpię się pewnego wieczoru w Rego Park z dziewczyną, która chodziła ze mną do szkoły, ale w gruncie rzeczy do niczego nie doszło. Kręciłem również z inną dziewczyną, z kolosalnymi cyckami, z którą właziliśmy na dach jej budynku i obściskiwaliśmy się tak długo, aż doznawałem orgazmu. Po raz pierwszy przespałem się z kobietą dopiero na letnich wakacjach po trzeciej klasie, kiedy ojciec załatwił mi udział w organizowanym pod egidą USO (United Service Organizations) tournée razem ze zbieraniną wodewilowych muzyków, którym nie udało się załapać gdzie indziej.

Program był składanką z wielką gwiazdą w osobie stepującego tancerza Hala Le Roya. Roy Smeck grał na banjo, a ja na fortepianie w stylu boogie-woogie. Byłem zdecydowanie najmłodszym facetem w zespole. Podróżowaliśmy wszyscy razem autobusem i pociągiem i występowaliśmy w wojskowych szpitalach w miejscach takich jak Martinsville w Wirginii, gdzie widownia składała się z facetów, którym odstrzelono na wojnie pół twarzy.

Przed wyruszeniem w trasę przekonałem matkę, by pozwoliła mi zdjąć z zębów aparat. Zgodziła się pod warunkiem, że założę go ponownie po powrocie do domu, czego oczywiście nigdy nie zrobiłem. W tym jedynym przypadku, kiedy naprawdę powinna mnie przypilnować, nie zrobiła tego i w rezultacie przez całe życie miałem później problemy z zębami.

Najważniejszy dla mnie moment podczas całego tournée miał miejsce wtedy, kiedy pewna starsza ode mnie piosenkarka zaciągnęła mnie do łóżka. Chociaż udawałem, że wiem, co robię, od razu domyśliła się prawdy. Była jednak w stosunku do mnie bardzo miła i tak oto po raz pierwszy przespałem się z kobietą. Nie mogłem się doczekać, żeby pochwalić się tym kolegom, ale gdy wróciłem do Forest Hills, żadnego specjalnie to nie zainteresowało. W związku z tym pokazałem mojemu młodszemu kuzynowi kondom, który nosiłem ze sobą wszędzie w portfelu, i przynajmniej na nim zrobiło to wrażenie.

Oprócz jazzu, którego słuchałem na Pięćdziesiątej Drugiej Ulicy, zacząłem również interesować się francuskimi impresjonistami. Naprawdę spodobał mi się Debussy, a druga suita Dafnis i Chloe Maurice’a Ravela należała do moich ulubionych utworów. Mimo że nadal nie byłem zbyt dobrym muzykiem i nie robiłem nic, by się rozwijać, słuchałem Freddy’ego Robbinsa, naprawdę świetnego didżeja, którego znali moi rodzice i który puszczał jazz w rozgłośni WOV.

Pewnego dnia usłyszałem, jak ogłasza konkurs pianistyczny. Pierwszą nagrodą miało być piętnaście lekcji z Teddym Wilsonem, który grał razem z Louisem Armstrongiem, Bennym Goodmanem i Billie Holiday, drugą – piętnaście lekcji z wielkim pianistą boogie-woogie Albertem Ammonsem lub z Joem Bushkinem, który grał jazzowe kawałki w najlepszych klubach w mieście. Postanowiłem więc wziąć udział w konkursie.

Ponieważ zgłosiło się sto pięćdziesiąt osób i nie byłem pewien, czy w ogóle przebrnę przez eliminacje, nie powiedziałem nic rodzicom. Pojechałem po prostu sam do rozgłośni i zagrałem Laurę i How High the Moon. Zapowiedziano, że do drugiej rundy przejdzie piętnastu uczestników.

Kiedy do domu przyszedł telegram z zawiadomieniem, że ja też się wśród nich znalazłem, musiałem powiedzieć rodzicom, co zrobiłem. W końcu razem z dwoma innymi chłopakami doszedłem do finału. Nasza trójka miała zagrać na scenie Town Hall przed publicznością, wśród której byli moi rodzice, wszyscy radiowi słuchacze Freddy’ego Robbinsa oraz ośmioosobowe jury.

Współzawodniczyłem z białym chłopakiem z New Jersey i naprawdę sympatycznym czarnym młodzieńcem Warrenem Vaughanem. Kiedy jurorzy wrócili, by ogłosić swoją decyzję, okazało się, że nie mogą uzgodnić werdyktu i ja z Vaughanem musimy zagrać jeszcze jedną piosenkę, żeby mogli wybrać zwycięzcę.

Byłem tak zdenerwowany, że bez przerwy oblizywałem wargi. Kiedy czekałem na swój występ, podszedł do mnie Joe Bushkin razem ze swoją dziewczyną Nellie, seksowną blondynką, która była chyba lekko pijana.

– Pokaż Joemu, co robisz z ustami – powiedziała i to jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. Ale kiedy zacząłem z nim rozmawiać, okazał się niesamowicie wyluzowanym facetem, wolnym i niespokojnym duchem niepodobnym do nikogo, kogo znałem.

Tuż przed moim wyjściem na scenę pojawiła się tam Mary Lou Williams, wielka pianistka jazzowa, która pisała muzykę i aranżacje dla Duke’a Ellingtona i Benny’ego Goodmana. Nie wiem, czy Warren Vaughan grał lepiej ode mnie, co było bardzo prawdopodobne, czy też jury uznało, że to jemu musi przyznać zwycięstwo, ponieważ pojawiła się tam Mary Lou Williams, ostatecznie jednak to on wygrał, a ja zdobyłem drugą nagrodę.

Po ogłoszeniu decyzji wybrałem jako swojego nauczyciela Joego Bushkina. Niewykluczone, że o muzyce dowiedziałbym się o wiele więcej od Teddy’ego Wilsona, ale Joe Bushkin nauczył mnie życia. Był chuderlawym Żydem, który dorastał w nieciekawej okolicy na Manhattanie i zaczął grać z Bennym Goodmanem, gdy jeszcze chodził do szkoły średniej. Kiedy powołano go w 1942 roku do wojska, wylądował w Fort Hood w Teksasie, gdzie hodował trawkę za budynkiem koszar. Dowodzący tam generał wiedział, co się dzieje, ale nie zwracał na to uwagi, bo tak bardzo lubił jego grę na fortepianie.

Za każdym razem, kiedy docierałem po południu po szkole do jego mieszkania w West Side na Manhattanie, Joe wstawał dopiero z łóżka. Chociaż nigdy z nim nie popalałem, nauczył mnie, jak skręca się jointa. Powiedział mi także, jak zrobić minetę dziewczynie. Kiedy zadawałem mu jakieś pytanie na temat muzyki, mówił: „Czego ja mogę cię nauczyć? Musisz sam nauczyć się tego biznesu, człowieku. Wyjedź w trasę z kimś takim jak Boyd Raeburn, objedź z kapelą cały kraj jej autobusem, bo do niczego nie dojdziesz, póki nie zobaczysz, jak to wygląda”.

Pewien adwokat, do którego należał hotel w Catskills i który albo widział, albo słyszał, jak występuję w konkursie, zaproponował, żebym w następne wakacje zagrał z paroma facetami w Shandaken Manor. Zarobek nie był duży, ale mieliśmy darmowy wikt, a facet, który był tam kierownikiem, pozwolił nam nocować po drugiej stronie ulicy w dawnym, przerobionym kurniku, gdzie na podłodze nadal walało się pierze. W jednym pokoju spało pięciu facetów, ja byłem z nich najmłodszy, ale i tak wszystkim się zachwycałem.

Na starcie zarabialiśmy czterysta dolców tygodniowo, ale większość forsy i tak oddawaliśmy niesamowitemu perkusiście, Eddiemu Shaughnessy’emu (później pracował z Dokiem Severinsenem w The Tonight Show), bo miał chorą matkę i nie chcieliśmy go stracić. Od samego początku hotel nie prosperował najlepiej, a w miarę jak mijało lato, biznes kręcił się coraz gorzej, w związku z czym facet, który był jego właścicielem, stale obniżał nam gażę.

– Bardzo chciałbym, żebyście dalej grali, chłopcy, ale już mnie na was nie stać – mówił nam co tydzień i dość szybko zjechaliśmy do sześćdziesięciu dolarów tygodniowo dla całego zespołu.

Wyrwanie się z miasta na wakacje było wtedy czymś fantastycznym, więc nie chciałem wracać do domu. Żaden z nas nie chciał, bo jeśli człowiek miał szansę gdzieś zarobić, a potem wracał wcześniej, marnie to wyglądało. Ja oddawałem część zarobku i w końcu ojciec zaczął mi przysyłać pieniądze, które wydawałem na kokosowe i migdałowe batoniki. Nie potrzebowałem dużo, bo jedzenie było za darmo.

Spaliśmy nadal w przerobionym kurniku i którejś nocy usłyszeliśmy o czwartej jakieś hałasy, a potem syreny straży pożarnej. Wyszliśmy na dwór i zobaczyliśmy, że cały hotel płonie. Otrząsnąwszy się z szoku, zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy wolni. Mogliśmy wrócić do miasta i powiedzieć: „Wiecie co, mieliśmy nagraną fantastyczną robotę, ale hotel się spalił i musieliśmy wrócić do domu”. Mnie to specjalnie nie przeszkadzało, bo wiedziałem, że nie będę już długo mieszkał w Forest Hills z rodzicami.