Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 328 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bura i szał - Aleksandra Zielińska

Mroczna i piękna historia szaleństwa opowiedziana przez Aleksandrę Zielińską!

Nowa powieść autorki Przypadku Alicji, głośnego debiutu nominowanego do Nagrody Conrada.

Pewnej nocy małą wioską wstrząsa burza, jakiej nie było od lat. W strugach deszczu idzie Bura, dziewczyna, o której wszyscy zapomnieli: niebezpieczna, chora i nadwrażliwa. Bura niesie ze sobą tajemnicę, cały czas żyje w lęku i niespodziewanie wraca do domu rodzinnego, by rozliczyć się z przeszłością. Za Burą nadchodzi szał.

Aleksandra Zielińska (ur. w 1989 roku w Sandomierzu) – absolwentka farmacji na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ukończyła kurs scenariopisarstwa dla pisarzy w Warszawskiej Szkole Filmowej. Studiuje grafikę na Wydziale Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Pisarka, tłumaczka, ilustratorka, recenzentka „Grabarza Polskiego” i „Dzikiej Bandy”. Publikowała w licznych czasopismach i antologiach. Jej utwory były tłumaczone na język czeski, niemiecki oraz ukraiński. Debiutowała powieścią Przypadek Alicji (W.A.B., 2014).

Opinie o ebooku Bura i szał - Aleksandra Zielińska

Fragment ebooka Bura i szał - Aleksandra Zielińska

Aleksandra Zielińska

BURA I SZAŁ

Książka została wyróżniona Stypendium Twórczym Miasta Krakowa 2015

Copyright © Aleksandra Zielińska, MMXVI

Wydanie I

Warszawa

Dla Chłopca

Oraz Tych, co piją Na dole

14.1 Rorschach

Proszę, Bura, weź to i powiedz, co widzisz.

– Widzę, że ktoś rozlał atrament na białej planszy, ale nie widzę, w jaki sposób to ma rozwiązać moje problemy. Magiczny?

– To test, który kiedyś był bardzo popularny, teraz bardziej stanowi punkt wyjścia do rozmowy, ale naprawdę pomaga wygrzebać to, co sama zdołałaś ukryć, nawet przed sobą.

– Dlaczego zatem nie zaczęliśmy terapii od tych szarych obrazków, tylko wyjmujesz je na ostatnim spotkaniu? Oszczędzilibyśmy pieniędzy, leków i przygód, ja, ty, Darek, wszyscy.

– Oboje wiemy, że przestałem być twoim terapeutą już jakiś czas temu. No, Bura, weź pierwszą planszę i powiedz, co widzisz.

– Widzę kawałek grubego papieru o wysokiej gramaturze, ściślej: ten kawałek papieru to prostokąt o bokach długości około dwudziestu i dwudziestu pięciu centymetrów. Uśmiechasz się, a ja przecież studiowałam matematykę, wszędzie widzę cyfry i liczby, wszędzie cyfr i liczb szukam. Wiesz, że jeśli odpowiednio się je ułoży, zawsze dadzą wzór? Jeśli chcesz zobaczyć, dajmy na to, numer siedemdziesiąt siedem, to zobaczysz go wszędzie, gdzie tylko będziesz szukał. Zawsze szukam liczby siedemnaście, liczba siedemnaście zwraca uwagę na pewne rzeczy. Wiesz, że urodziłam się siedemnastego dnia w roku? Dobrze, już wracam do tematu, nie lubisz liczenia, ale to matematyka stworzyła psychoterapeutów, ośmielę się rzec, że stworzyła nawet wszystkich humanistów, bo jeśli nie rozumiesz matematyki, to twoim jedynym wyjściem są studia humanistyczne.

– Dlaczego ludzie uczą się matematyki? Tylko po to, by uczyć matematyki innych. Bura, też znam parę ciętych ripost.

– Przepraszam, to głupi żart, opowiadam go mojej siostrze, ale moja siostra za wiele z niego nie rozumie, bo zamiast matury ma dziecko. W odpowiedzi słyszę, że jestem w gorszej sytuacji, bo zamiast zdrowego rozsądku mam lekową sieczkę w głowie. Jestem szalona, przyznaj.

– Nie przyznam się do niczego bez mojego adwokata. No, Bura, plansza.

– Opowiem ci o planszach, jeśli i ty opowiesz mi coś na koniec. Wiesz, jak lubię bajki. Dobrze, szara plama atramentu, która przypomina mi motyla, ale motyla nocnego, ćmę. Mówili na mnie czasem „ćma”, jeszcze na wsi, jeszcze w domu, bo ciągnęło mnie do ognia w piecu, jak matkę ciągnęło do rzeki. Ta ćma z obrazka ma czworo oczu, noszę okulary, więc się zgadza.

– Ćma to wciąż motyl.

– Ale szary.

1. Burza

Jeden grób, dwa ciała, pomyślała Lulu, a powinny być przecież trzy, prawda?

Złe myśli, niedobre, na pewno nie na taki wieczór, gdy świat drżał w posadach. Za oknem huczała burza, i to nie byle jaka burza, bo jedna z tych pierwszych wiosennych, gdy niebo pęka i wylewa z gardła wszystko, co zdążyło uzbierać się przez zimę. Bębniły krople deszczu, o dach stukały kulki gradu albo ostatnie zamarznięte płatki śniegu. Trzeszczały drzewa, to wiatr wirował naokoło, trząsł gałęziami, zdzierał te ledwo zarysowane zalążki liści czy pąków. Nawet sam dom lekko przechylał się w rytm podmuchów. Wiało w kominie.

Lulu słuchała tego wszystkiego z niepokojem. Najchętniej jak kwoka przykryłaby sobą całe obejście, razem z ogrodem i polami za stodołą. Przecież tego się od niej oczekiwało, tego się wymagało od młodych, zaradnych pań domu. Tyle było do zrobienia! A Lulu lubiła mieć wszystko uporządkowane, denerwował ją jakikolwiek chaos, burza za ścianą przyprawiała o palpitacje. Boże, jak jutro będzie wyglądało podwórko, znów nawieje wszelkiego śmiecia, który ukrywał się pod śniegiem do błogosławionych roztopów. Deszcz rozpuści ziemię, ogród napuchnie błotem i już nie da rady spacerować suchą nogą.

Na samą myśl o tym, co grad zrobi z ruiną domu rodzinnego za płotem, Lulu aż wstrzymała oddech.

– W porządku? – Staszek nawet nie podniósł głowy znad laptopa. Pobieżne zainteresowanie, jakie wykazał, to wszystko, na co go było stać. Siedział przy stole w jadalni ze słuchawkami na uszach, zgarbiony nad ekranem, aby nikt przypadkiem nie podpatrzył, co też robił. Lulu doskonale wiedziała, co robi. Grał w sieciową strzelankę, oglądał serial albo porno. Choć to ostatnie było najmniej prawdopodobne, obok bawiło się dziecko, Staszek w takich sytuacjach zwykł zachowywać przyzwoitość. Zresztą mogła go dyskretnie podejrzeć, mogli się siłować wzrokiem, bawić w całe to przeginanie szyj, odwracanie ekranu. Mogli, ale już im się nie chciało. Ostatnie tygodnie przyniosły więcej złego niż dobrego, trzeba odpocząć, nawet jeśli ten spokój, który nastał, to spokój pozorowany i na chwilę.

Dziecko, mała Ania, próbowało układać puzzle. A właściwie na siłę łączyło niedopasowane do siebie kawałki, nie można wymagać zbyt wiele od czterolatki, a szczególnie mało rozgarniętej czterolatki. Trzeba znieść Myszkę Miki z nogą w miejscu nosa, Kaczora Donalda z nosem tej właśnie Myszki zamiast dzioba.

Cztery lata. Lulu pamięta, jak miała cztery lata. Wtedy świat był jeszcze prosty, czarno-biały, rozpięty między bajkami do śniadania i wieczorynkami, każdy znał swoje miejsce, rozkład dnia wytyczała wędrówka słońca po niebie, chodziło się spać z kurami.

Wszystko w normie, nawet ja i Bura, przeklęta Bura, która do teraz nie daje spokoju.

– Wyłącz, kochanie, komputer, bo zaraz pierdolnie piorun i tyle go będziemy mieli.

Staszek nie odpowiedział, poczerwieniał lekko, coraz bardziej upodobniając się do świni. Wszystko przez ten nadmiar tłuszczu na policzkach, zamiast oczu małe szparki i bonusowy podbródek. Wystarczało zdenerwowanie, podniecenie czy po prostu upał, a całość kraśnieje, rumieni się i spływa kroplami potu. W dniu ślubu Lulu była pewna, że sobie z tym poradzi, tak jak do tej pory radziła sobie z każdą rzeczą, jaka stawała na jej drodze. Nic się nie oparło mocy Lulu. Dom lśnił nieustannie, kurz nie miał szans opaść na parkiet, pracowały wilgotne szmatki, szczotki, miotły i odkurzacz. Każdy bibelot stał na swoim miejscu i niechby tylko ktoś spróbował coś przesunąć, gniew Lulu nie znał granic. Wszystko poddawało się bez problemu, dziecko, ogród, ziemia. Wszystko. Tylko ta sprawa z cmentarzem. I Staszek. I matka. I gdyby tak naprawdę zacząć skrobać tę doskonałą powierzchnię, wkrótce znalazłoby się ogniska ropy, gotowe wybuchnąć i skazić rodzinę jak z obrazka.

Przy Staszku nie wyszło i wychodzić nie chciało. Nie udało się zmienić kształtu, poprawić sylwetki czy chociaż nauczyć pracowitości. Nic. Odkąd podpięli się pod internet, Staszek rozleniwił się na potęgę, ledwo wychodził do pracy, do pobliskiej fabryki, gdzie anodował tłoki, do obrabiania pola trzeba było wypychać go siłą. Dobrze, że sukcesywnie sprzedawali ojcowiznę, obsiewali coraz mniejsze kawałki, niedługo skończy się na przydomowym ogródku. Kiedyś było inaczej, kiedyś było lepiej. Lulu pamiętała, jak całą rodziną wychodzili rano w pole, zanim największe upały parzyły skórę na plecach. Plewiło się rzędy ziemniaków, przerywało buraki, układało góry świeżo ściętej trawy, żadnych wymówek, żadna wymówka nie przychodziła do głowy. W nagrodę wieczorem ojciec przynosił jabłka, dla Lulu czerwone i napęczniałe jak dwie zaciśnięte pięści, dla Bury obite i sparszywiałe.

A teraz? Porządek przecież być musi, myśli Lulu. Jeśli nie miało się kontroli nad otoczeniem, to jak można mieć kontrolę nad własnym życiem.

Dlatego kwestia cmentarza była tak ważna.

Deszcz bębnił w szyby, spływał strumieniami, rozpryskiwał powierzchnię kałuż. Zwariować można od tego, ciężko się skupić. Lulu zacisnęła palce na książce kucharskiej, którą trzymała na kolanach. Strona z potrawami z jajek pomięła się w pięści.

Jeden grób, dwa ciała, a powinny być trzy. Trzeba rozwiązać moją sprawę, bo niedomknięte rozdziały życia lubią wracać i mścić się po latach. Ile tygodni już mija? Można policzyć na palcach. Mało, dużo, trudno określić. Policja na początku interesuje się mocno, w końcu zapał stygnie, w Polskę idą listy i zdjęcia, wpisują mnie na wielką listę, najpierw poszukiwanych, potem zaginionych. Myślą, że taka dziewczyna jak ja na pewno ucieka w świat, zostawiając za sobą spalone mosty, akurat w tym wypadku dosłownie. Albo odkłada leki, zostaje maskotką krakowskich meneli, taką Królową pod Mostem. Może daje się zgwałcić i wrzucić do Wisły. Nie wiadomo. Na nic ogłoszenia, plakaty, ulotki. Policjanci na chwilę przyjeżdżają, węszą, przepytują wszystkich, przepytują lekarza, który szpikował mnie garściami kolorowych tabletek. W końcu zaczynają szukać gdzie indziej, ale niczego nie znajdują, mnie nie znajdują, dokumenty sprawy składa się do grubych teczek, zamyka w archiwum i pozostają tam, dopóki nie wypłynie nowy ślad, na przykład zaginione ciało z dna Wisły. Lulu myśli, że już na pewno nie wrócę.

Przez chwilę było jej nawet trochę smutno, przecież przez tyle lat zdążyła się do siostry przyzwyczaić, ale z drugiej strony do utraty również. Człowiek zawsze się zaadaptuje. Pomału zapominało się rzeczy, których nie chciało się pamiętać, i tylko dzięki temu dało się pozostać przy zdrowych zmysłach. Lulu na przykład wymazała obraz Staszka z małą Przywrą na rękach, ledwie żywą, wydartą z samego dna rzeki, z objęć szalonej siostry, półsiostry. Wyjęła sobie z głowy matkę, położoną udarem w łóżku, i kolejny pogrzeb w tak krótkim czasie. Trumna za trumną. W końcu wróci porządek, pocieszała się, patrząc na jajeczne przepisy w książce, która należała do matki.

Nie ma już mnie z tym całym chaosem, jaki noszę w głowie. Z kolorowymi blistrami leków, które trzeba brać w określonej kolejności, o odpowiednich porach, bo inaczej poprzestawia się w głowie i wrócą złe dni i noce. Pośmiewisko całej wsi, Lulu na pewno pamięta, odwieczny problem rodziców.

Ale rodziców już nie ma. Leżą, ostatnie miejsce zostało dla Bury, obok ojca, którego nienawidziła, obok matki, dla której była obojętna.

Walnął grzmot, na moment ciemność za oknem rozbłysła, niebo przedarła błyskawica. Blisko, może nad jeziorem albo jeszcze bliżej, w samym sercu rzeki w lesie za polami. Niedługo siądzie prąd, to normalne, a zanim pogotowie energetyczne przyjedzie z miasta, miną wieki, a świece zdążą się wypalić. Staszek nerwowo wypiął ładowarkę z gniazdka, starczy mu jeszcze na parę godzin zabawy. Mała Ania wsadziła palec do ust, Lulu skrzywiła wargi. Oby dziecko nie odziedziczyło problemów z głową po ciotce. Takie zaklęcie.

Gdzieś w korytarzu zaszurało. To pies jakimś cudem dostał się do domu i umierał ze strachu, zagrzebany w stosie butów, parasoli i wszystkiego, co trzyma się za drzwiami. Co to za obrońca, wystarczyło, że daleko zagrzmiało, a już szukał schronienia. Głupi, przecież jak przyszedłby koniec świata, to nie pomogłyby nawet najgłębsze piwnice. Koty to inna sprawa, koty rozbiegły się po okolicy i z lubością gapiły w górę. Takie wiosenne nawałnice są idealne na marcową miłość.

Zrobimy to po cichu, planowała Lulu. Bez bawienia się w puste trumny, urny, symboliczne pochówki, po prostu pewnego dnia zamówi się nową tablicę nagrobną z imionami rodziców i linijką dla tej trzeciej. Co uznają za datę śmierci? Co podadzą? I czy to będzie jedyny nagrobek z taką datą? Jeszcze ładne epitafium, takie głębokie, z rodziną w tle. Sąsiedzi trochę poplotkują, bo zawsze plotkowali, ale szybko zapomną, znajdą nowy temat do rozmów, nowego wioskowego wariata, pewne rzeczy nigdy się nie zmieniały. Bo na razie ta nieszczęsna sprawa wciąż jest podnoszona pod sklepem, pod kościołem, przy pracy w polu. Coraz rzadziej i ciszej, ale wciąż. Lulu tylko kiwała głową w odpowiedzi i zmieniała temat, można przecież porozmawiać o zbiorach, o mszy za strażaków, o młynarzu, który chrzci mąkę, o wszystkim, co nie dotyczyło klątwy. Tak, Lulu uważała, że ta rodzina jest przeklęta, choć nigdy nie mówiła o tym głośno, po co, wystarczy, że inni tak robią. Trzeba ukrócić te bajki, niechaj wraca porządek, cisza i spokój, trupy trzeba zakopywać tam, gdzie ich miejsce.

Wiatr rósł w siłę. Dziwne, okolica należała raczej do spokojnych. Mała wioska wciśnięta w widły Wisły i Sanu, z dala od cywilizacji, parę godzin drogi od znienawidzonego Krakowa, jakiekolwiek huragany – to nie tutaj. A jednak. Jęczały wyginane drzewa, tylko tego brakowało, żeby któreś nie wytrzymało i zwaliło się na dom.

Nagle coś uderzyło w okno w jadalni, koło Staszka. Teraz wszyscy krzyknęli, mała Ania wykrzywiła buzię w podkówkę i zaczęła płakać, z jej nosa popłynął śluz. Pies w korytarzu zatrząsł się cały, ochronny stos przykrył go szczelniej.

– Co to, do kurwy? – zapytał Staszek, ale nawet nie wstał z krzesła. Wprawnym ruchem pokręcił palcami po klawiaturze, żeby pochować kompromitujące okna, i zamknął laptopa.

Jak zwykle Lulu musiała wziąć sprawy w swoje ręce. Minęła płaczące dziecko, które wyciągało dłonie i krzykiem próbowało zwrócić na siebie uwagę. Podeptała kawałki źle dopasowanych puzzli, potknęła się o klocki Lego. W duchu miała ochotę wszystkie te zabawki wynieść do ogrodu i spalić z badylami. Później, później.

Deszcz tłukł z góry, kałuże łączyły się w potoki, które płynęły podwórkiem.

Lulu dotknęła szyby. Pod palcami czuła pajęczynę pęknięć. Coś uderzyło tak mocno, że szkło rozeszło się jak lód na jeziorze. Trzeba będzie wymienić.

Co to? Co to za dziwy? Ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Kawałek gałęzi czy kule gradu?

Po zewnętrznej stronie szyby krople deszczu barwiły się na czerwono, jak barwić się może woda zmieszana z krwią.

– Co to, Lulu?

Poczuła za plecami Staszka. Oboje zbliżyli twarze do okna, widzieli swoje odbicia, zniekształcone siatką popękanych zmarszczek. Lulu próbowała wzrokiem przebić ciemność, ale tym razem brakło pioruna w okolicy, jedynym źródłem światła była latarnia za płotem, przy drodze. Za daleko.

Wtedy walnęło znowu, niemal w to samo miejsce. I zagadka się rozwiązała.

– Ptaki – powiedział obojętnie Staszek. – Ptaki.

– Nigdy czegoś takiego nie widziałam.

W szybę uderzył wróbel, dziobem trafił niemal w sam środek już istniejącego pęknięcia. Dziób skrzywił się pod dziwnym kątem, podobnie jak kark ptaka, ale trwało to tylko chwilę. Martwe ciało zsunęło się z okna na parapet, deszcz zmył czerwony ślad.

– To od wiatru.

– Nigdy wcześniej nie widziałam takiego wiatru. –  Lulu nawet nie czuła, że tak zabawnie się powtarza. Całe zdarzenie odstawało od rzeczywistości, nie wiedziała, co zrobić. Porządek wymykał się z rąk. Nieżywe ptactwo dało się jeszcze jakoś ogarnąć, koty często podrzucały truchła na werandzie, pies uwielbiał obgryzać kacze czy kurze głowy. Na wsi do pewnych rzeczy – chcąc nie chcąc – musi się przywyknąć.

Lulu czuła, że coś jest nie tak. Żaden wiatr nie ma tyle siły, by zabijać, pomyślała, po czym przez głowę zaczęły przelatywać jej te wszystkie imiona, jakie nadawano huraganom. Kwestia siły to kwestia subiektywna, wystarczy zapytać ludzi, którym poszarpało domy.

– Mamo! – Mała Ania nagle przypomniała o swoim istnieniu. Przyturlała się do rodziców, wczepiła w nogę ojca, zostawiając śluz na nogawce spodni, kto wie, może z tego wszystkiego popuściła w majtki, w obliczu strachu fizjologia przejmuje kontrolę nad ciałem. Staszek miał ochotę strzepnąć to kruche ciałko. Przez chwilę widział je wymalowane na ścianie, jak wiatr wymalował kwiaty wróblami na szybach. Szybko odpędził tę myśl, spokój, przecież to tylko ta Bura miała źle w głowie. Nikt z nas.

Nikt z nas, ona.

Wtedy Lulu coś dostrzegła. Nie tylko drzewa w ogrodzie tak trzeszczały, nie tylko jabłonki w sadzie przyginały się do ziemi, dochodziło jeszcze skrzypienie, dobrze wszystkim znane.

– Zamknąłeś drzwi od stodoły?

Staszek westchnął, ale nikt tego nie usłyszał. Mała Ania w jego ramionach zagłuszała wszelkie oznaki niezadowolenia.

– Wydaje mi się, że zamykałem.

– Wydaje ci się?

– Nie wiem, Lulu, burza zerwała się szybko, ledwie udało mi się przymknąć kurnik i wpuścić psa.

Oczywiście, pies najważniejszy.

– Tak się składa, że drzwi są otwarte i właśnie malowniczo łopoczą na wietrze. Cud, że jeszcze ich nie urwało. Jako że cudom nie ma co zawierzać, idź, proszę, i się tym zajmij, zanim coś spieprzy się na poważnie.

Staszek wstał, nie dbając o Anię, która wypadła mu z rąk i znowu się rozwrzeszczała. Czasem późno w nocy martwił się, że niezależnie od ich starań wychowają kolejną małą wariatkę, skażone geny. Zero szans.

– Widzisz, jaka rozpierducha jest za oknem? Chcesz mnie tam wysłać?

– Owszem. – Lulu złożyła ręce na małych piersiach, jej rysy stwardniały. W takich chwilach wcale nie wyglądała na te swoje dwadzieścia kilka lat, przypominała matkę, świętej i świeżej jeszcze pamięci. Zawsze chciała być jak ona i proszę bardzo, udało się. Gardziła mężem, gardziła dzieckiem, doskonale.

Nic dziwnego, że przewraca mi się w głowie przez taką rodzinę.

– Lulu, daj spokój.

– Jesteś wystarczająco ciężki, wiatr cię nie rozsmaruje na szybie.

Trzasnęły drzwi, mała Ania wsadziła palec do nosa.

Kiepski żartowniś z tej Lulu.

Staszek przeklinał na czym świat stoi. Na zewnątrz rozgrywała się istna apokalipsa, urywało głowę, waliło żabami, strach się ruszyć, bo wiatr porwie i uniesie daleko, hen, w górę rzeki, za sady. Nawet pies ani myślał pomóc, wystawił tylko mokry nos i wielkie przerażone oczy, gdy zamykały się drzwi.

Stał na schodach, pod dachem ganku, ale deszcz dostawał się i tutaj, zacinało pod różnymi kątami. Gdzieś daleko znów grzmotnęło, ale słabiej, dom nie zatrząsł się w posadach, ale Staszek już tak.

Nie zabrał parasola. Bo chciał zostawić Lulu po męsku – szybko, z trzaśnięciem drzwi, niech ma wyrzuty sumienia. Niepewnym pozostawało, czy Lulu potrafi wykrzesać z siebie jakieś głębsze emocje. Zresztą na wsi z parasolem się nie chodzi, bo człowiek z pokorą przyjmuje wszystko, co dały zarówno ziemia, jak i niebo. Toż to grzech osłaniać się od deszczu jesienią, jeśli wiosną wznosisz ręce w górę, prosząc, aby sadzonki nie uschły. Bać się trzeba tylko powodzi, Staszek pamiętał tę historię sprzed lat, o mężczyźnie, który wyszedł na spotkanie nadchodzącej fali, żeby tę falę zatrzymać. Woda zamknęła się nad jego szaloną głową, poniosła martwe ciało na próg domu i dom ten przeklęła. A był to niedoszły ojciec Lulu, pierwszy, co miał jej matkę.

Zresztą zaraz by ten parasol Staszkowi wyrwało. O, choćby uwiesiło na tym orzechu w rogu ogrodu, co to przy każdej burzy groził przywaleniem werandy. Teraz też miotał gałęziami, odpędzając niewidoczne ataki wiatru albo duchy. Zdałoby się wziąć kalosze, adidasy przemokną, zapadną się w błoto, zgubią po drodze. Bo trzeba przeciąć całe podwórze, żeby dotrzeć do stodoły. A tam rzeczywiście drzwi tłukły o ścianę, zaraz pękną zawiasy, puszczą śruby i wszystko się rozpierdoli. Nie, o nie.

Wciągnął powietrze, skulił ramiona, narzucił kaptur i zanurzył się prosto w ścianę deszczu. W moment całe ubranie nasiąkło, coraz większym ciężarem ciągnąc w dół. But zapadł się w dziurę między płytami, do której Staszek podchodził już od jesieni, teraz ma za swoje. Zachlupotało, skarpetka cała mokra, ale but utrzymał się na stopie. W przeciwnym wypadku szukać jak igły w stogu siana, jak kropli w morzu.

Dopadł dachu przy kurniku, pierwszy i ostatni przystanek w drodze do stodoły. Z okapu lały się strugi deszczówki, trzeba wciągać brzuch, żeby bardziej nie zmoknąć, tak tu ciasno i wąsko. Warto by coś z tym zrobić, poprawić, ojciec Lulu wszystko kleił, naprawiał i udoskonalał. Ale nie wyszło mu to na dobre, skoro gryzie ziemię, zawsze ryzykował, myślał, że jest niezniszczalny, ale dla piły wszyscy jesteśmy równie śmiertelni.

W ciemności zaświeciła para oczu, Staszek wrzasnął.

Na szczęście nikt nie widział, nikt nie słyszał, nie ma się czego wstydzić. To tylko kot schronił się na orzechu, w załomie gałęzi, ani kropla go nie dosięgnie. Skurczybyk, co to potrafi się ustawić i teraz straszy po nocy. Niebo znów rozdarła błyskawica, w chłodnym blasku Staszek dostrzegł coś, po czym zebrało mu się na wymioty. Ledwie utrzymał kolację w brzuchu.

Z kociego pyszczka zwisały strzępy wróbla, który roztrzaskał się o okno.

Kot zeskoczył na ziemię i pobiegł w mrok, w pola. Naokoło rozległy się miauknięcia, z dachu kurnika, wciąż z orzechowego pnia, z ogrodu i ziemi niczyjej za stodołą. Jezu, trzeba to wytrzebić, bo przyjdą nocą i nas zeżrą, ile ich jest – nie wiadomo, trudno zachować porządek. Staszek nie lubił kotów, wolał psy.

Stodoła jakby zakołysała się. Szybciej, szybciej, ponaglała.

Latarnia przy drodze zamigotała, zaraz ją szlag trafi i wszystko spowije ciemność, bo przez taką nawałnicę światło księżyca nie ma szansy się przebić. Staszek rzucił okiem na bramę, jeszcze tego brakowało, żeby była otwarta. Na szczęście nie, pamiętał, że zamykał, bo obok w krzakach przystanął na papierosa. Tak żeby Lulu nie widziała. Lulu nie pochwalała wydawania pieniędzy na takie rozrywki.

No nic. Staszek wziął głęboki oddech i wybiegł w noc, prosto na drzwi. Krople deszczu zmusiły go do przymknięcia powiek, nic nie widać, nic nie słychać, tylko ten chlupot i bulgot wody wszędzie. Ziemia wszystkiego nie wchłonie, będzie powódź jak nic, jak co roku, znów zbierze krwawe żniwo, znów zabierze kogoś ze sobą, jak lata temu.

– Kurwa!

Wrota uderzyły go w ramię. Ledwo utrzymał równowagę, po omacku szukał oparcia, zahaczył dłonią o deski. Szybko, do środka. Poczuł pod stopami klepisko, stały grunt, wprawdzie mokry, bo zdążyło napadać do środka, ale przynajmniej żadne ruchome piaski nie usiłowały go wessać. Ciągnął drzwi z całych sił. Zaraz i jego porwie wiatr, wygarnie z kąta stodoły i wyrzuci w niebo, hen, prosto do Kansas.

Zablokował jedno skrzydło, spróbował przyciągnąć drugie. Wydawało się, że minęły godziny, zanim oba trafiły na swoje miejsce, a skobel opadł na zasuwę. Drzwi zaryglowane. Cisza. Deszcz walił po swojemu, ale na szczęście na zewnątrz. Jeszcze chwila, zanim przyjdzie wracać, może trochę się uspokoi, po co od razu wychodzić.

Staszek tupnął kilka razy, na klepisku zostały mokre ślady. Zaczął trząść się z zimna, nic miłego. Po takim przemoknięciu choroba murowana, ale może to dobrze, Lulu dałaby mu spokój na parę dni. Za to dziecko spokoju nie da, za nic. O Jezu, to dziecko. Kłopotliwe, przeszkadza, psuje, burzy.

Zastanawiał się przez chwilę, jak ja nazywam małą Anię. Było to wieki temu, gdy nie myślałam wcale o studiach, o całym tym Krakowie, bo nawet z braniem leków nie mogłam sobie poradzić. A potem wszystko się odwróciło.

Staszek pewnie dziwi się, że pamięta takie rzeczy, że w ogóle o mnie myśli. Kojarzę mu się z rzeką, jak nasza matka, z tym złym dniem, gdy córka oglądała brzuchy ryb z dna rzeki.

Przywra, myślę. Tak mówię, gdy Lulu nie słyszy.

Coś trzeszczało w trzewiach stodoły. Nie ma powodów do obaw, na wsi nigdy nie panuje całkowita cisza, tu nawet trawa rośnie głośno. To pewnie deski pod wpływem wiatru, dołożyć trzeba jeszcze siano i słomę na wypadek, gdyby nie wszystkie ptaki zdążyły do kurnika. I rzecz jasna koty, przeklęte koty.

Stodoła należała do nich, takie niepisane prawo. Staszek nie lubił tu przebywać, dlatego mało dbał o porządek, mało dbał o cokolwiek poza trutkami – te rozkładał metodycznie i często. A nuż któryś kot skusiłby się na niedotrutą mysz i upieką się dwie pieczenie na jednym ogniu. Teraz też gdzieś odezwało się miauknięcie.

Idzie wiosna, zaczną się kotłować w sianie, rozmnażać bez opamiętania. Zeżrą wszystko.

Gdzieś za plecami Staszka przebiegł miękko kot. Paranoja. Wystarczyło tylko obrócić głowę, a trafia się na jasne oczy z pionową źrenicą. Ciężko wytrzymać takie spojrzenie, więc Staszek mocniej naciągnął kaptur na głowę i ruszył z powrotem, a te szatańskie stworzenia niech tu zostaną, aż się uduszą na amen.

Zatrzymał się znów pod kurnikiem. Tym razem łatwiej nie było. Piorun uderzył blisko, gdzieś w jezioro albo bagno, może rozdarł drzewo w lesie. W każdym razie za blisko – coś musiało strzelić w transformatorach. Zapanowała ciemność tak głęboka, że nawet kropli deszczu nie szło rozróżnić. I jeszcze wiatr przybrał na sile.

– Kurwa. – Staszek kręcił się bezradnie. Takiego huraganu dawno nie było, ba, w życiu nie widział podobnej zawieruchy. W duchu cieszył się, że ma lekką nadwagę, choćby nawet szarpało, jest bezpieczny. Za to coraz poważniej martwił się o dach. Blacha jęczała na krokwiach. Podobnie ze stodołą, choć ciężki eternit powinien się utrzymać. Zatruwa płuca, rozsiewa raka na lewo i prawo, ale przynajmniej jest wytrzymały.

Na starym domu teściów nie było widać jeszcze zbyt wielu dziur, ale to kwestia czasu. Rano wystarczy zrobić obchód i ocenić zniszczenia. I trzeba będzie te dziury łatać, zapychać, nie wiadomo po co, dla kogo. Wszak w tej ruinie już nikt nie zamieszka. Chyba że szczury czy kuny, może sowy albo koty, a nasze wyrzuty sumienia na pewno.

Do domu, do Lulu, szybko.

Zamarł w pół kroku. Brama otwarta, a przecież zamknął. Pogasły lampy, ale na drodze widać jakąś sylwetkę. Niemożliwe.

Pamięta mnie jak przez mgłę. Dużo czasu wprawdzie nie minęło od tamtego zamieszania, ale nigdy nikomu specjalnie nie zapadam w pamięć. Jak element tła, bonusowe nieszczęście, którym trzeba się zaopiekować. Mam trochę źle w głowie, jak ten mały Leszek – wiejska legenda, chłopczyk z wodogłowiem, co nie dożył jedenastych urodzin. Łykam tabletki. Staszek pamięta kolorowe buteleczki, stały w szafce nad zlewem. Gdy odwiedzał Lulu, lubił przeglądać ich zawartość. Jedne na zwidy, inne na sen. Raz ukradł parę i zapił z kolegami alkoholem, rzygali pół nocy, a żadnych zwidów nie uświadczyli.

Pamięta mnie z wesela z Lulu. Ledwie zjadłam obiad i już zniknęłam, bałam się ludzi, nieważne – obcych czy z rodziny, wszyscy krzywdzili jednakowo. Gdy byłam dzieckiem, śmiali się, podkradali okulary i rzucali we mnie kamieniami, Staszek też rzucał. Przestał przez Lulu i fakt, że zaczęli dorastać. Wtedy pojawiły się ciekawsze rozrywki niż stuknięta dziewczyna. O moich lepszych dniach, gdy czułam się dobrze, jakoś wolał zapomnieć. Czarno-białe osądy są przecież łatwiejsze.

Wiatr zerwał mu kaptur, woda ciekła po głowie, przesiąkała przez bluzę, spływała strużką po plecach. Ale nie ruszył się z miejsca, stał i patrzył.

Pamięta, że jestem nieładna, o, jak ćma. Nie, że brzydka – nieładna, takie dziewczyny wtapiają się w ścianę, jak nie chcesz, nie zauważysz. Mimikra. Blondynka? Nie. Prędzej szarawa, włosy mysie, zebrane w koński ogon, lekka nadwaga, plecy zgarbione od roboty w polu albo ślęczenia nad książką, okulary w plastikowej oprawce. Wybrakowany pierworodny syn, którym nigdy nie byłam, czego ojciec nigdy nie mógł wybaczyć. Matce wybaczył, mnie nie mógł, niezbadane są wyroki rodzicielskie.

Teraz w strugach deszczu stoi zupełnie ktoś inny.

Staszek był niemal pewien. Wstrzymał oddech.

Wróciłam.

2. Powroty albo i nie

Mówiłem ci, że bierze! Że puszcza się za działkę, mówiłem!

– Boże, ty tylko o jednym! Skąd możesz wiedzieć?

– Widziałaś jej ręce? Pokłute! Więcej mi nie trzeba. Zresztą ręce! I tak wyglądają najlepiej. Nie ma okularów, a widzi. Zauważyłaś?

– Była w szpitalu, to ją pewnie kłuli, co innego robią w szpitalach, jak nie kłują. Boże, to w końcu moja siostra!

– Naprawdę? Mówiłaś całkiem co innego, gdy o mało nie utopiła ci dziecka! Dobrze, dobrze, już nie krzycz, bo ją obudzisz.

– Gdzie ona była przez te tygodnie?

– Raczej daleko od cywilizacji.

– Staszek, nie ułatwiasz.

– Nie mam zamiaru. Najpierw wywołuje aferę, po czym znika z dnia na dzień i wraca sobie jak gdyby nigdy nic. Lulu, ona jest poszukiwana. Ma parę rzeczy na sumieniu, za które prędzej czy później odpowie. A my razem z nią. Jezu, po co nam to wszystko?

– No przecież nie zadzwonimy po policję!

– Może powinniśmy. Lulu, zaczekaj.

– Puść mnie, to boli.

– Jesteś pewna, że to ona? Jesteś pewna, że to w ogóle Bura?

Obrazy pod powiekami. Mało kolorów, wszystko monochromatyczne, dużo czerni i brudnej bieli, tak już zostało. Mam wrażenie, że więcej nie potrafię rozpoznać, specyficzny daltonizm, tak mnie życie skrzywdziło. Gdzieś w tle jajka, czemu jajka, toż to czysty absurd, przecież Wielkanocy nie ma i nie będzie, wypadła z obiegu. Odgłos uderzenia, trzeszczy lód, lecą skry, coraz głośniej, coraz bliżej. Hałas ciągnie w dół. Koniec snu.

Przez ciemność przebijają się przyciszone głosy ludzi, słowa szeptane na siłę, bo najchętniej ktoś rozpętałby burzę, krzyczał i wrzeszczał, ale nie może, więc ścisza te swoje wyrzuty. Kłótnia o parę tonów za cicho, ale wciąż na tyle głośno, żeby wybudzać. Powinnam spać, powinnam zamknąć oczy i przespać ten zły czas, ale się nie da.

Zabolało, rzęsy zlepia ropa, stygnąca w strup, i nie chce puścić. Uczulenie, uszkodzenie, nikt nie wie, w Wiśle może pływać wszystko. Być może ryby obgryzły rogówkę, zanim udało się wydostać na brzeg. Najpierw jedno oko, potem drugie. Pojawia się obraz, na początku jednobarwny, wielka szara plama, rozmyty atrament, ale na szczęście zaczyna nabierać ostrości. Bałam się, że tak już będzie zawsze, że to wszystko uczyniło mnie ślepą na kolory. Byłoby trochę przykro.

Najpierw nabiera ostrości tło. Ściana w brzoskwiniowym kolorze, świeżo malowana, bo pęknięcia nie zdążyły się jeszcze pojawić. Meble, bardzo proste, pierwsze lepsze z Ikei, ale wiem, że tu Ikei nie ma, więc tylko lokalny sklep wchodzi w grę. Pamiętam te mury, gdy były jeszcze nagie, ledwie co postawione, pociągnięte szarą zaprawą, gdzieniegdzie wystawały czerwone cegły.

I Przywra. Dziecko stoi bardzo blisko, na wyciągnięcie ręki, i chcę tę rękę wyciągnąć w geście, który ma przywitać, uspokoić i powiedzieć, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Ma kręcone włosy jak matka i śliczną buzię, właśnie takie widuje się w reklamach przetworzonego jedzenia. Sukieneczka w kwiatki, kolorowe, teraz wszystkie te kolory uderzają, aż źrenica rozszerza się, żeby wpuścić jak najwięcej światła, a to przecież światło buduje świat.

Palec w ustach, przygryziony mleczakami.

– Mamo!

Głosy nie milkną, podobnie nie znika ból. Nigdy nie myśli się o częściach ciała, nie zwraca się uwagi, że są ręce czy nogi, aż te zaczną przypominać o swoim istnieniu. Nieprzyjemne uczucie rozchodzi się od mięśnia do mięśnia i nagle wiem już, gdzie jestem, w jakiej pozycji leżę, co robią moje nogi na suficie.

– Mamo! – woła Przywra. – Mamo, ciocia się obudziła.

Cisza przez moment, parę sekund konsternacji. W końcu w drzwiach od sypialni pojawiają się oboje, Lulu i Staszek, zaczerwienieni na twarzach od tłumionego gniewu. Ile to czasu minęło? Mało, może dużo, skoro tak szybko dogoniły ich zmarszczki i kilogramy, nie potrafię określić tego w tygodniach, miesiącach czy latach.

Lulu patrzy z zatroskaniem i złością, że coś nie idzie po jej myśli. Tak samo wyglądała jako dziecko, taki los czeka Przywrę. Zmarszczone brwi, rozchylone nozdrza, wysunięta dolna warga. Brakuje jeszcze tupnięcia i podrzucania blond główką – nie chcę, nie będę. Obok Staszek, bez zmian na lepsze.

– Cześć, Bura.

Na siłę powiedziane, bez przekonania. Wrzód na dupie ta jej siostra, przyniosła złe wspomnienia, nic więcej.

– Witaj w domu.

Brzmi to jeszcze gorzej, jakby chodziło o dom pogrzebowy.

Nie będę o nic pytać. – Swego rodzaju ulga.

– Na razie.

Ha, czyli ulga przedwczesna. Oczywiście, że będą pytać. Gdzie byłaś, co robiłaś, z kim, dlaczego, Bura. Nie wytrzymają. Najpierw najbliżsi, ta kulawa rodzina, która została, potem reszta wsi, potem Kraków, jeśli jeszcze coś pamięta. Wypadniesz na chwilę z obiegu i miasto zetrze wszelki ślad po tobie, przyjdą inni, młodsi.

Lulu leje wodę do wanny. Ciepły strumień uderza o dno, polał się płyn do płukania i cała reszta tajemniczych specyfików, których z zapałem używają kobiety. Łazienka to teren dla mężczyzn niezdobyty, zagubią się w gąszczu mydełek, żeli i kremów. Ja zresztą również zawsze poprzestawałam na podstawowym wyposażeniu i tylko apteczka oprócz paracetamolu czy aspiryny zawierała bonusy.

Siedzę na stołku i patrzę, jak Lulu sprawdza dłonią wodę, dolewa pachnących olejków, wsypuje sól. Wypisz wymaluj wiedźma, która waży truciznę w kotle, na powierzchni pływają kapelusze grzybów. Nie zbliżaj się, bo zginiesz. Z przyjemnością zostałaby na swoim miejscu, emaliowana wanna budzi złe wspomnienia, w tym ból, jaki wywołuje zimna woda. Zamyka ci się taka nad głową i już nic nie czujesz.

W drzwiach łazienki stoi Przywra, z palcem w ustach i z mało inteligentnym wyrazem twarzy, ale czego się spodziewać po dziecku, dzieci są przecież zakałą ludzkości. Staszek ucieka na górę, ponoć szykować sypialnię. Na pewno teraz stoi na balkonie i pali nerwowo, wcale nie obawia się gniewu żony.

– Na początek doprowadzę cię do porządku – mówi Lulu, opierając ręce na biodrach. Niezbyt bujnych, a przecież rodziła, ciało przechodziło przez wszelkie możliwe fluktuacje, ale zawsze była tą ładniejszą. Zresztą na tle stukniętej siostry wypada się korzystnie bez większego wysiłku.

Nie komentuję, choć chcę. Lulu i to jej zamiłowanie do porządku, wszystko idealnie, pod linijkę, na sto procent, na pokaz. Pamiętam z wczesnego dzieciństwa, sam początek choroby, gdy wszyscy uczyli się życia na nowych zasadach, jakie wyznaczyły godziny podawania leków, tak zwane pory karmienia. Lulu zakradła się do apteczki i doprowadzała leki do ładu – sypała tabletki do słoiczków w zależności od koloru, kształtu czy wielkości. Pomieszała wszystko, trzeba było tłuc się dwanaście kilometrów do apteki w mieście, żeby ktoś pomógł i to posegregował, bo zaczynałam znowu gryźć ściany.

Dzisiaj zrobiłabym to sama, przecież jestem ekspertem, widziałam i próbowałam wszystkiego, co wypuściły koncerny farmaceutyczne. Pastylki na lęki, tabletki na spóźniony okres, drażetki przeciw przywidzeniom. Ale kiedy to było! Wieki temu, dawno i nieprawda.

– Aniu, wyjdź. Idź, zobacz, co u taty, ja pomogę cioci się umyć.

Dziecko kręci się, niemo protestuje, ale w końcu posłusznie rusza na górę. Bose stopy klepią o panele, niesie się melodia z bajki o Muminkach, ma, ma, ma, ma, pa, pa, pa, pa, nucona fałszywie. Zostajemy same.

– Nie zapomniałam, co zrobiłaś – mówi Lulu i już wiem, czemu odesłała córkę.

Przez chwilę chcę wszystko wytłumaczyć, chcę powiedzieć, że ja też trochę pamiętam i nie wróciłam, by coś psuć. Chcę, ale daję sobie spokój, bo i tak nie uwierzą, więc tylko wzruszam ramionami i w ten sposób wytyczamy granicę pierwszego kontaktu. Ja wiem, ona wie, boją się wszyscy troje, ja trochę też, ale niczego nie okazuję, nie przyznam się przecież, że nie mam pojęcia, co za sobą zostawiłam przed skokiem, przed Wisłą.

– Nie zapomniałam, musimy się mocno zastanowić, co z tobą zrobić. Zacznę od tego, że wyglądasz okropnie, Bura.

Bardzo odkrywcze, akurat to mogła sobie darować. Zresztą już przestało mi zależeć na wyglądzie, mniej więcej wtedy, gdy ogoliłam sobie głowę. Przejeżdżam dłonią po odrastającej szczecinie, po tym można określić upływ czasu. Jasne, kiedyś rany się zagoją, wypełnią tkanką, zabliźnią. No może nie wszystkie, dziury w głowie nikt mi nigdy nie załata.

Lulu chce być delikatna, przecież potrafi – zdołała poradzić sobie z dzieckiem. Małej Ani nikt niczego nie złamał, nie wsadził palca w ciemiączko, nie zwichnął stawu biodrowego. Lulu dbała.

Kuca, ostrożnie bierze w dłonie moje stopy.

– Bura, może jednak zadzwonić po karetkę?

Głośno mówię, że to tylko zadrapania, nic wielkiego, dziecięce ziazi, nic, a ciało dodaje, że ledwie znosi ten dotyk. Lepiej się spiesz, siostrzyczko.

Lulu wybałuszyła oczy. Jedne z pierwszych słów Bury po zmartwychwstaniu i od razu takie dziwne, niepodobne. Ta dziewczyna, która wyjechała stąd do Krakowa, nigdy by się tak nie odezwała, nie po tym wszystkim. Najpierw krzyczałaby bez sensu, potem spuściła głowę i przeprosiła, że żyje, wahania nastrojów – od manii po depresję – znali to wszyscy, z czasem człowiek uczył się rozkładu jazdy samopoczucia. W pewnym momencie wyczuwasz aurę przed atakiem równie dobrze, co sam chory.

Nowa Bura była inna, Lulu poczuła się nieswojo. Nowa Bura była normalna. Starszej siostrze przypomniało się pytanie Staszka: „Jesteś pewna, że to ona?”. Och, w dzisiejszych czasach niczego nie można być pewnym.

– Brakuje ci paznokci.

Odpowiadam zgodnie z prawdą, że tylko kilku, a jak brakuje, to odrosną, wielkie mi co.

Lulu myślała o zakażeniach, bo rany wyglądały strasznie. Skóra poorana i zdarta, nawet na podeszwach, gdzie przecież najgrubiej, pojawiły się pęcherze, wszystkie popękane, płyn ze środka porozlewał się, zlepił płatki naskórka. Jeden z palców miał dziwny kształt, wymacała delikatnie, chyba zwichnięty, bo paliczki poprzestawiane, ale za późno, żeby coś zrobić, tak już zostanie.

Nic wielkiego w porównaniu z ranami po paznokciach. Gdzieniegdzie zaczynają strupieć, w innym miejscu czerwienieją żywym mięsem. Obraz nędzy i rozpaczy, jakbym szła całą drogę boso. Jaką drogę?

Skąd idziesz, Bura? Co masz pod koszulką? Im dalej, tym gorzej.

– Wstań, trzeba zdjąć to ubranie.

Lulu myślała, że będzie problem z utrzymaniem równowagi, że z wycieńczenia siostra będzie lecieć jej przez ręce. Wystarczy spojrzeć na to chude ciało, szkielet obciągnięty skórą, widać wszystko, ścieżki więzadeł, zarys mięśni, które jeszcze zostały, można żebra policzyć.

A jednak nie, stoję prosto, wyprężona jak struna.

To nie moja siostra, myśli Lulu, to nie jest ta złamana wariatka.

Lulu zdejmuje dżinsy, wszystko mokre od tego szalonego deszczu za oknem, pomaga sobie nożyczkami, bo spod materiału wyłażą kolejne obtarcia, zaropiałe i przyklejone. Szkoda odrywać, szkoda tej cienkiej warstwy skóry, która zaczyna pokrywać ubytki.

Nie mam majtek, zamiast majtek mam zastygłe plamy krwi na wewnętrznej stronie ud, pod nimi pewnie siniaki. Takie same obrażenia zostają po jeździe konnej, gdy obijasz się o siodło. W prawdziwym życiu zwykle wyrządza ci je ktoś inny.

– Bura, czy ktoś cię skrzywdził?

Odpowiadam żartem, że życie mnie skrzywdziło, i przypominam, że miało być bez pytań, na przesłuchanie przyjdzie czas.

Ściągam z pleców koszulkę, za dużą, męską, z jakimś satanistycznym zespołem, wilk ze złożonymi łapami modli się do księżyca, lupus dei, wilk pański. Chudy szkielet, ani grama tłuszczu. A przecież kiedyś byłam taka pełna, jechałam na studia z lekką nadwagą, bo leki wywracały metabolizm, tyło się od samego patrzenia na jedzenie.

Dłonie. Lulu patrzy na nie uważnie. Prawa z rozdartą skórą, lewa z siniakiem, ślad po obcasie. Wydawałoby się, że szczęście w nieszczęściu ta lewa ręka, ale nic z tego, jestem mańkutem, ta lewa ręka jest mi bardzo potrzebna do życia. W podstawówce tłukli za to linijką, niektórzy uczniowie się przestawiali, ciało pedagogiczne dało spokój, jak zachorowałam.

Mam dużo wkłuć w zgięciu ramienia, na przegubach. Niektóre goją się ładnie, do kropek o trochę ciemniejszej barwie, do wklęśnięć skóry. Inne zaczynają się paprać, nic dziwnego. Szczególnie jedno wygląda źle, taki mały krater z sączącą się ropą, który grozi wybuchem.

Ropa, ropień, ropowica, przypomina mi się z którejś z książek, które czytywałam w nocy, gdy jeszcze myślałam, że zdołam wyleczyć się sama, że zacznę odpowiednie studia i tam naprostuję sobie wszystko po swojemu. Głupie, dziecinne marzenia, w innym czasie, w innym życiu.

Co dalej, włosy. Wygolone na całym ciele. W trójkącie łona kwitną czerwone krosty, tak zaczyna się odrastanie, a ściślej: wrastanie, będzie swędzieć i boleć, zapalenie mieszków włosowych jak nic. Na głowie ostra szczecina zaczyna ukrywać zadrapania, ale zanim schowa naderwany płatek ucha, minie dużo czasu. Wyglądam jak jajko z zarostem, brodata pisanka.

Lulu chyba najbardziej boi się mojej twarzy. I nie chodzi o rany, te w końcu kiedyś znikną, ale o coś dziwnego, czego nazwać się nie da. Twarde rysy, to od wychudzenia, nagle spod tkanki tłuszczowej wyłażą kości policzkowe, rysuje się niskie czoło, uwypuklają granice oczodołów i wyglądam na wkurzoną, czy tego chcę, czy nie. I oczy, ano, oczy, i to takie, co mówią wszystko. Wiem, widuję się w lustrze.

Wszystko albo nic.

– Do wody, pomału.

Pomaga siostrze wgramolić się do wanny. Nie ufa tej całej sile, jaką widać, nic a nic. Woli podtrzymać ramiona, nakierować nogi w odpowiednie miejsce, żeby ciało ułożyło się wygodnie w mieszaninie soli i piany. Na płytkach zostają czerwone ślady stóp. Woda powoli zaczyna zmieniać barwę, trzeba będzie ją zastąpić. Ze dwa razy.

Poddaję się wszystkiemu, niech się dzieje samo, bez udziału mojej woli. Trochę cierpliwości, pierwsze dni po powrocie do domu nie są miłe, wiedziałam o tym, wiedziałam od momentu, gdy wynurzyłam się z Wisły i ruszyłam przed siebie. Jaka byłam spokojna i pewna, nie znajdą mnie tu, nie znajdą. Tamtej Bury już nie ma, czyż nie? Lulu moczy gąbkę, wyciska mi wodę prosto na głowę, po skórze spływają czarne strumienie. To zakrzepła krew, kurz z drogi, brudy z Wisły. Część zmył już deszcz, ale deszczu też trzeba się pozbyć. Krakowskie niebo pluło kwaśnymi opadami, na wsi jest niewiele lepiej, zmyć wszystko, resztki starej Bury przy okazji.

Gdzieś w salonie słychać kroki Przywry. Pewnie Staszek zapomniał, że oprócz przygotowania pokoju powinien doglądać dziecka. Takie maluchy często wpadają w kłopoty, na przykład wylewają sobie na twarz płyny do odkamieniania toalet, wypijają litry spryskiwaczy do szyb albo pochłaniają wszystkie cukierki, jakie znajdą w apteczce.

– W porządku?

No, w jak najlepszym.

– W takim razie tyle na dzisiaj. Łóżko już powinno czekać, zaraz przygotuję coś do zjedzenia.

Mówię, że nie chcę.

Lulu mruży powieki, wszędzie węszy podstęp.

– Widzisz, jak wyglądasz? Musisz jeść. Dziwne, że w ogóle stoisz na nogach.

Dla świętego spokoju godzę się, że na razie owszem, nie chcę, bo żołądek zapadnięty z głodu i wypluje wszystko, co spróbuję połknąć, ale potem może, niech będzie, pożyjemy, zobaczymy. Jeszcze się, Lulu, zdążysz mną nacieszyć i zdążysz mnie znienawidzić, jeśli zachowałaś zdolność wykazywania wyższych uczuć, bo na razie wydaje się, że linia twoich emocji przypomina płaski kardiogram.

Lulu przytakuje niechętnie, kręci nosem i głową, ale wyrzut brzmi sensownie. Może zostało w niej trochę zaufania do mnie, przecież studiowałam daleko od domu, musiałam się nauczyć, jak sobie radzić z mdłościami, z faktem, że połknięte tabletki wylądowały na dnie toalety i trzeba uzupełnić dawkę. O ile? O tyle, o ile. Nieważne, że tych wielkich studiów nigdy nie skończyłam, że sama wzięłam w życiu więcej leków na głowę niż wszyscy święci razem wzięci. Zresztą jakie zaufanie? Nigdy nie odbuduję mostów, jakie za sobą spaliłam.

– Niech ci będzie. Wstawaj, wychodzimy.

Podnoszę się. Czysta i świeża, a to, co niepotrzebne, to, co nie było już mną, spłynęło do ścieków. Rany i blizny zostają, bardzo dobrze, rany i blizny będą przypominać, kim się jest, przez co się przeszło. M tak mówił, prawda? Tak mówił ten pan dobra rada od siedmiu boleści, gdy pokazywałam spartaczone kropki po igłach. Pamiętaj, Bura, tak jak ciało pamięta.

– No chodź.

Tym razem śladów na kafelkach nie ma. Lulu grzebie w szafce pod zlewem, nie wiadomo po co. Patrzę w lustro i cieszy mnie ten widok. Czyste, łyse ciało. Zaczynamy od nowa. Wszystko. To, co było, zostanie za plecami, spłynie korytem Wisły, już może nawet plącze się na dnie razem z martwymi rybami. Będzie tylko lepiej, najlepiej, prawda?

– Masz.

– Co?

– Ręcznik. – Lulu znalazła, co miała znaleźć. Różowy ręcznik kąpielowy.

Ale tylko wzruszam ramionami, że nie chcę.

– Musisz się wysuszyć, weź.

Powtarzam, że nie trzeba. Rzeczywiście, Lulu przełyka ślinę. Na skórze nie ma ani kropli wody.

Mówię w końcu, że wiatr mnie wysuszył.

Zamknę drzwi na klucz, dla dobra nas wszystkich. Gdybyś czegoś potrzebowała, daj znać – mówi Lulu zza progu.