Buntownik - Aniela Wilk - ebook

Buntownik ebook

Wilk Aniela

4,3

21 osób interesuje się tą książką

Opis

Aniela Wilk nie ma sobie równych! Finał bestsellerowej sensacyjno-erotycznej serii o zadziornej figurantce i brutalnym agencie FBI jest naprawdę wybuchowy!

Myśleli, że po tym, co przeszli w kolumbijskiej selwie, nic gorszego ich nie spotka. Ale walka o ich życie weszła w decydującą fazę. By oczyścić się z zarzutów, Alice i Bruce muszą zaryzykować wszystko, co mają, i wrócić do Stanów.

Agencja nie pozwoli jednak, by prawda wyszła na jaw. I nie będzie grała czysto.

Skorumpowana Ameryka, burza namiętności i śmiertelnie ryzykowny plan.

Bruce i Alice muszą walczyć nie tylko o dobre imię i wspólną przyszłość, lecz także o to, by nie stracić do siebie zaufania. Gdy na szali leżą wolność, wielkie pieniądze i kariera – miłość, nawet ta ściśle związana z niepohamowaną namiętnością, może nie przetrwać.

A agencja tylko czeka, aż któreś z nich pęknie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 276

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




PROLOG

Wyciągnął kolejnego jointa z metalowego pudełeczka. Perfekcyjnie skręcona bibułka pełna świetnej maryśki. Właśnie na Kubie ten młodzieżowy, lekki haj smakował mu najlepiej.

Palenie trawy nad Morzem Karaibskim, kiedy księżyc w pełni wisiał tuż nad wodą, miało w sobie coś ze snu. Na pewno nie było rzeczywiste, a przynajmniej nie tak jak ostatnie tygodnie – nikt ich nie gonił, nie ścigał. Broń miał, owszem, ale już nie wiecznie przy sobie.

Spojrzał na Alice. Patrzyła w morze. Miała rozpuszczone włosy, a na sobie letnią sukienkę.

Odpalił skręta, kilka razy płytko się zaciągnął. Potem raz – mocniej – przytrzymując dym w płucach dość długo. Po czym go wypuścił, a skręta podał Alice.

– Jesteś gotowy? – zapytała, chwytając jointa w swoje szczupłe palce. Zaciągnęła się: krótko, ale głęboko. Wypuściła biały dym przez nos.

Włączyła dyktafon i położyła go między nimi na bambusowym stoliku.

– Tak. Jestem gotowy – powiedział głośno, przekonując samego siebie, że dobrze robią.

Była czwarta nad ranem. To zbyt późno, aby człowiek mógł walczyć z własnym sumieniem, zbyt późno, aby pokusić się o kłamstwo. Poza tym byli sami – tylko oni, Morze Karaibskie i uśpiona Hawana.

– Nazywam się Bruce Edwards, mam trzydzieści sześć lat. A to jest moja historia…

ROZDZIAŁ 1

BRUCE

Przez cały dzień miała na sobie jego ulubioną sukienkę. Wiązana wąskimi tasiemkami na ramionach, w kolorze mocnej czerwieni, lekka, zwiewna bawełna. Kończyła się w połowie uda, a on nie mógł oderwać wzroku od odkrytych pleców Alice. A najlepsze w tym wszystkim było to, że wcale mu się to nie śniło. Miał ją na wyciągnięcie dłoni, czuł jej zapach, obecność, zainteresowanie, mogła na niego spojrzeć w każdej chwili i była z nim. Zapamiętywał każdy ten mikromoment uwagi, gesty, półsłówka, jakby kolekcjonował wszystkie przejawy jej obecności.

Alice od wielu tygodni była tylko jego, każdego dnia piękniejsza i szczęśliwsza. Puszczała luźno włosy, nie ograniczając ich żadnym upięciem. Dress code sprowadzał się do letnich sukienek, soli we włosach i zdrowej dawki mocnej opalenizny. Po Hawanie chadzała w plażowych klapkach, a kiedy byli w okolicach domu – zupełnie boso. Na kostce nosiła bransoletkę z muszelek, którą jej podarował w jakimś romantycznym zrywie. Lubił drobne gesty, były jak symbole. Należała do niego.

Zamknął za nimi drzwi. Alice uznała to za sygnał do zabawy. Zrobiła kilka kocich ruchów na tych sięgających nieba, zajebiście seksownych nogach. Szła powoli, krok za krokiem, zmysłowo kołysząc biodrami. Jej chód mówił jasno – patrz na mój tyłek, na plecy, chcę, abyś patrzył. Uniosła ramiona i odgarnęła burzę ciemnych loków, odsłaniając kark. Spojrzała na niego przez ramię z uśmiechem, w oczach miała iskry i ogień. Uśmiechnął się wilczo, ale nie przeszkadzał. Powoli rozpiął górne guziki koszuli.

Usiadł na kanapie, rozsiadając się najwygodniej, jak mógł, unosząc głowę i rozkładając ramiona szeroko na oparciu. Czekał.

Przez olbrzymie okna sączyło się delikatne, blade światło księżyca. Białymi zasłonami kołysał wiatr. Pachniało morzem i solą. I podnieceniem. Odchylił się, wciskając głowę w skórzany zagłówek wiekowej kanapy, i spoglądał spod półprzymkniętych powiek na Alice.

Zaśmiała się cichutko. Buzujący w jej krwi alkohol dodawał jej ochoty na figle, wprawiał ją w wakacyjny nastrój. Mogli chociaż poudawać, że wszystko jest okej i mogą spędzać czas właśnie w tak nieodpowiedzialny sposób.

– Odpręż się – zaproponowała z uśmiechem, który go rozwalał. Lekkie wygięcie warg, a w jego spodniach od razu brakowało miejsca, krew burzyła się w żyłach. Wystarczyły uśmiech, spojrzenie, jedno słowo, a on już był gotów na seks.

Uśmiechnął się.

Alice podeszła do niego, oparła się o jego kolana na wyprostowanych ramionach. Nachyliła się nad nim i – zamiast go pocałować – zaczepnie polizała jego wargi. Zamruczał. To było jednak dla niego za mało. Chwycił ją za kark. Nie pozwolił na unik. Zachichotała. Czuł od niej malibu. Pocałował ją, jak należy, zaprzęgając do zabawy wargi, język i nawet zęby, które uderzyły o siebie przez nieuwagę. Ujęła jego twarz w dłonie i usiadła na nim okrakiem, wcześniej zadarłszy sukienkę nieprzyzwoicie wysoko.

– Nawet o tym nie myśl – mruknął.

Spojrzała na niego lśniącymi oczami. Prawie udało jej się go wkręcić, że jest zawiedziona. Prawie jej uwierzył. Prawie.

Uklękła między udami mężczyzny i bez zbędnych wstępów rozsunęła mu rozporek spodni. Mruknął zadowolony, zakładając ręce za głowę. Piękna była, kiedy tak przed nim klęczała – promienna, zaróżowiona od lekkiego rauszu i gotowa do zabawy. Napięła się jak struna, w skupieniu masując jego nabrzmiałą męskość. Wokół panował półmrok, ale i tak widział, jak Alice przygryza dolną wargę ze zniecierpliwienia.

Ostatnie tygodnie to była huśtawka między euforią a rozpaczą. Choć euforia przeważała – w końcu żyli i udało im się odnaleźć. Zdołali umknąć ze śmiertelnie groźnych objęć kolumbijskiej mafii. Nie wyszli z tego starcia zwycięsko, co to, to nie. Oboje byli bez grosza przy duszy i bez choćby mglistego pojęcia, co przyniesie im jutro. Wilczur wiedział, że w Stanach nie ma już dla niego przyszłości, i nieszczególnie go to przygnębiało; i tak w każdym zakątku globu czuł się przybłędą. W dniu, w którym przybyli na Kubę, powiedział jej, że on tu zostaje, a ona wraca do Stanów walczyć o swój los i reputację. Dla Alice to był prawdziwy powód do rozpaczy.

Okazała się mieć w sobie więcej uporu, niż się spodziewał – i tak tkwili już kolejny tydzień w Hawanie. Nie, żeby Bruce miał powody do narzekania. Nie pozwoliła mu ani odejść, ani się odesłać. Płynące dni siłą rzeczy zaczęły się układać w nową normalność.

Jęknął zdławionym głosem, kiedy wzięła go w usta i zaczęła pieścić językiem. Ssała główkę kutasa, a wzrok miała bezczelnie wbity w jego twarz, podczas gdy jej zwinne palce sunęły tam i z powrotem po sztywnym trzonie. Bruce chwycił ją za bujne włosy, zacisnął garść tuż nad karkiem. Mruknęła z pełnymi ustami i zaczęła pieścić go intensywniej, pozwalać mu na więcej. Wypychał biodra długimi, gwałtownymi szarpnięciami, a ona brała go aż po samo gardło. Boskie uczucie. Mógłby jej teraz wykrzyczeć, jaka jest piękna, jak bardzo mu się podoba, jak mocno jest nią zauroczony. Mógłby… gdyby właśnie nie wsuwała w siebie jego fiuta gładko niczym w futerał, falując przy tym zmysłowo. Bruce rytmicznie dociskał jej głowę w dół. To był zdecydowany, wręcz bezlitosny ruch. Był pewien, że nikt nie nazwałby go miłym ani delikatnym w seksie; miał sprecyzowane potrzeby i szczęśliwym zrządzeniem losu pokrywały się one z upodobaniami Alice. Na szczęście podzielała jego fioła na punkcie mocnej oralnej miłości. Uniósł wolną dłoń i odgarnął włosy z jej policzka, odsłaniając połowę jej twarzy. Lubił patrzeć. Tak bardzo lubił patrzeć, kiedy robiła mu dobrze.

Wiedziała, kiedy przestać, by finał nie nadszedł zbyt szybko. Znali swoje ciała na pamięć, lecz eksploatowali znajome sobie tereny z regularnym, niesłabnącym entuzjazmem. Oblizała nabrzmiałe usta i starła wierzchem dłoni odrobinę wilgoci. Jej roześmiane spojrzenie paliło go żywym ogniem. Bruce wstał, chwycił ją w ramiona, zaniósł na kuchenny stół i posadził ten kształtny tyłek na chłodnym blacie. Ściągnęła sukienkę przez głowę, zanosząc się gardłowym śmiechem niczym nastolatka.

– Przez cały wieczór nie miałaś na sobie majtek? – zapytał, rozchylając jej nogi. Jaśniała przed nim, bezwstydnie obnażona. Naga. Należała do niego i do nikogo innego. Cudowna dziewczyna.

– Już rozumiem, czemu nie zrobiłeś kariery w tym FBI. – Zaśmiała się, ujmując zarośnięty podbródek Wilczura. Przyciągnęła go do siebie i pocałowała, mocno, zaborczo, splatając ramiona na jego twardym karku. Oddał jej pocałunek, przygryzając pulchną wargę. Odpowiedziała zdławionym kocim mruknięciem.

Zabrakło mu słów. W głowie miał tylko zwierzęcą chuć i wiedział, że Alice pozwoli mu ją zaspokoić. Jęknęła, odrzucając głowę do tyłu, kiedy wszedł w nią jednym pewnym, mocnym ruchem. Nie miał ochoty na żadne wstępne rytuały. Pragnął jej teraz, natychmiast. Noc rozciągała się przed nimi obiecująco. Wiedział, że to jeszcze nie ostatni raz.

Czas zamarł, a on zatracał się w detalach; napięta szyja kobiety, jej falujące piersi, unoszone urywanym oddechem, twardy brzuch i to, jak w nią wchodził. Lśniąca wilgoć. W uszach miał własne huczące tętno i miarowy, spieszny rytm uderzających o siebie ciał, jej zduszone jęki i westchnienia.

– Zabiję cię, jeśli przestaniesz – syknęła, kiedy wtargnął w nią mocniejszymi niż dotąd pchnięciami. Stół skrzypiał, jakby miał się pod nimi rozpaść. Wilczur poczuł, jak Alice wbija mu paznokcie w skórę ramion. Zawarczał głucho, wpijając w nią dzikie spojrzenie, a ona wypchnęła biodra do góry, wychodząc mu naprzeciw, podając całą siebie jak na tacy. Bruce napiął się niczym cięciwa łuku, czując, że brakuje mu oddechu. Przeszywał kobietę płomiennym spojrzeniem, a ona jęczała, prosząc o więcej, wciąż o więcej.

Puścił jej nogi i oparł się dłońmi o blat, zmieniając odrobinę kąt natarcia. Wszedł w nią jeszcze brutalniej, bezbłędnie trafiając w czuły punkt. Krzyknęła, zaciskając palce na jego ramionach. Czuł, jak pulsuje, jak drży, jak jej żywe ciało zaciska się na nim w spazmie spełnienia.

Mógłby tak umrzeć. Boska rozkosz. W tym momencie nie miał już nad sobą żadnej władzy. Wydał z siebie niekontrolowany, głuchy dźwięk i doszedł w jej ciepłym wnętrzu.

Potem pochylił głowę, a ona go objęła. Dyszeli oboje jak po zdrowym, oczyszczającym biegu, stykając się czołami, wdychając to samo powietrze.

Alice uśmiechnęła się do niego drżącymi wargami. Zabiłby za ten uśmiech.

– Ej, bo się wzruszę – mruknęła zaczepnie. Założyła mu kosmyk mokrych włosów za ucho w delikatnej pieszczocie.

Od tygodni rozmijał się z fryzjerem i nie wyglądał już jak ugrzeczniony motocyklista. Ciemne włosy skręcały się w łagodne loki, sięgające linii szczęki, zwykł zbierać je nad karkiem w kucyk – wyglądał przez to jak surfer, ale mocno po trzydziestce. Zarost trzymał w większych ryzach, ale i tak wyglądał jak dzikus. Ogorzał na słońcu, sól wyłuskiwała mu pierwsze srebro we włosach, ale w oczach czaił się ten sam mrok co wcześniej.

– Uwielbiam cię – odpowiedział, całując ją w czoło.

Odszedł, aby wyjąć z lodówki chłodną butelkę wody mineralnej. Alice w tym czasie włożyła na siebie czarne muślinowe pareo. Poruszała się jak kocica, lubił na nią patrzeć, charakteryzowały ją naturalne, niewymuszone piękno i gracja. A kiedy boso stąpała po drewnianej podłodze, każdy krok zaczynała z palców, przez co wyglądała jak zmysłowa bogini.

Dołączył do niej na tarasie. Położyła się na leżaku, patrząc w ciemną toń morza. Od wody niosła się ożywcza bryza, która wynagradzała skwar dnia i suszyła krople potu na ich rozgrzanych seksem ciałach. Podał Alice szklankę z wodą. Sam usiadł na krześle, szukając na stoliku paczki papierosów.

Palił, patrząc przed siebie na niebo zawieszone tuż nad wodą. Z lewej strony mrok psuły światła nigdy niezasypiającej Hawany. To miasto pachniało inaczej niż każde, w którym byli. I chociaż żadne z nich nie wypowie tego na głos nawet na torturach – podobało im się to zawieszenie. Ich pobyt tutaj się przedłużał, trwał już osiem tygodni. Gospodarz, właściciel domku, nie robił problemów, bo dostał od razu zadatek za całe trzy miesiące. Osiedli tutaj, oswoili się ze sobą i podobało im się to życie we dwoje na końcu świata.

Bruce znalazł pracę. Zupełnie inną niż w Stanach, pracował w porcie. Fizycznie. Zarabiał tyle, że wystarczało na żarcie i alkohol, ale nigdy w życiu nie był bardziej zadowolony z pracy. Coś tam odkładali, ale niespecjalnie liczyli. Korzystali z ciszy.

Alice pisała. Całe dnie pisała. Uznała, że taka droga dojścia sprawiedliwości będzie najbezpieczniejsza. Tworzyła dokument i reportaż demaskujący kulisy walki agencji z kartelem. Wilczur był jej informatorem i miał coraz czarniejsze myśli, wprost proporcjonalne do postępów w jej pracy. Nie wierzył, że wystarczy książka, aby oczyścić go z zarzutów, ale Alice była pewna, że kiedy zrobią szum medialny, nikt nie ośmieli się go tknąć. Poza tym obiecała uruchomić wszystkie swoje kontakty, aby nie można było nie zauważyć tytułu.

Miała w sobie pasję i zaangażowanie. Wilczur snuł czarne wizje – agencja nie była organizacją, która po prostu przyzna się do błędu. Zbyt wielu osobom zależało, aby wizerunkowo wszystko było pięknie, ładnie i czysto. Oczerniająca publikacja, która uderza przede wszystkim w martwego agenta? Niczym iskra i proch. A kiedy Alice ujawni, że Axel nie żyje, zacznie się małe, ale cholernie gorące piekło.

– Alice – mruknął leniwie. Był zmęczony, owszem, ale ona wyglądała zachwycająco. Ta muślinowa szmatka, którą okryła swoje ciało, była bardziej niż przezroczysta. Widział dokładnie wyraźny zarys ciała Alice, pod zasłoną z materiału odznaczały się płaski brzuch, szczupłe uda, piramidki ciemnych sutków.

Uśmiechnął się.

– Hm? – Ona również była wyraźnie zmęczona. W tym dobrym sensie – owocny dzień, dobry seks, kilka drinków wcześniej i spełnienie gotowe.

– Wyjdź za mnie.

Zapadła tak grobowa cisza, że mógłby usłyszeć bez problemu, jak ktoś kicha w porcie siedem mil dalej. Nie planował tego, samo tak wyszło – słowa, które właśnie padły, były podyktowane chwilą, nastrojem, chuj wie, czym tam jeszcze. Padły, bo pomyślał o tym i nieopatrznie powiedział to na głos.

Alice rozchyliła usta. Patrzyła na niego czujnym, ostrym wzrokiem.

– Mówisz serio?

– Czemu nie?

Prychnęła, a potem zaczęła drżeć. Nie ze wzruszenia, a ze śmiechu.

– Bruce, jesteś najgorszym romantykiem, jakiego poznałam!

– Powinienem klęknąć?

– Oczywiście. W tym temacie jestem straszną tradycjonalistką. – Śmiała się.

Serce waliło mu jak młotem, a nogi wydawały się jak z waty. To był jeden z tych momentów w życiu, który największego twardziela rozłożyłby na łopatki. Dlaczego jej się oświadczał? Oczywiście to, że była jego ideałem, to nie jedyny powód. Lubił życie z nią, chciał je z nią dzielić, chciał dzielić z nią wspólną przyszłość. Beznadziejnie ckliwe i romantyczne.

Wstał i pokonawszy te kilka kroków między nimi, klęknął przed nią. Nie ułatwiała mu jednak tego przedstawienia, więc musiał jeszcze rozchylić jej smukłe nogi i klęknąć tak, że równie dobrze mogła ułożyć mu stopy na ramionach.

Czekała, napięta jak struna.

– Alice, czy wyjdziesz za mnie? – Głos mu zadrżał. – Tylko nie pytaj, czy mam pierścionek. Nie mam. Zapomniałem.

Wilczur był tragiczny w byciu romantycznym, ale całym swoim czarnym sercem pragnął tej kobiety. Nie tylko w sensie fizycznym i czysto seksualnym. Chciał ją mieć przy sobie, budzić się obok niej, zasypiać z nią. Chciał widzieć, jak jej urodę zjada czas, chciał się z nią kłócić do grobowej deski, a na końcu usłyszeć, że ma chujowy gust co do nagrobków. Chciał… chciał jej całej, teraz i na wieki wieków.

Milczała, wpatrując się w niego wielkimi oczami.

– Więc? Zamierzasz mi odpowiedzieć czy czekasz, aż pierdolnę na zawał? – spytał, kiedy cisza stawała się coraz bardziej nieznośna i, chociaż wcześniej wydawało mu się, że to nic takiego – oświadczyć się – to teraz ewidentnie czuł zdenerwowanie.

– Denerwujesz się? – mruknęła, siadając prosto.

Osobliwe zaręczyny, zważywszy, że oboje byli praktycznie nadzy. I spłukani. Na końcu świata i z wilczym biletem. On był banitą, ona – właściwie nie istniała, zaginiona, nigdy oficjalnie nieodnaleziona, nie istniała dla świata. I była jego światem.

Kiwnęła głową.

– Alice. Słowami, proszę – mruknął.

– Tak. Wyjdę za ciebie.

Uśmiechnął się szeroko. Pochylił się i pocałował wnętrze jej uda. Potem padły kolejne pocałunki. Jeden za drugim, każdy trochę wyżej na jej udzie.

– Ej! Ty mi się oświadczyłeś czy po prostu znów mnie chcesz przelecieć? – Śmiała się, rozchylając uda tak, aby nie miał wątpliwości, że czekała, aż zacznie te swoje pocałunki składać na jej cipce. A potem liźnięcia, palce, język.

– To pakiet.

– Ale pamiętasz, że Kuba to właściwie nadal komunistyczny kraj? O księdza tutaj ciężko. – Mówiąc to, trzęsła się ze śmiechu i drżała, ale nie był pewien, czy aby tylko z przejęcia.

On natomiast wciąż uparcie studiował wargami i językiem jej skórę. I nie zatrzymał się na szybką minetkę piętro niżej. Udo – biodro – brzuch – pępek – głupie pareo nie było jej więcej potrzebne, zdarł je z niej – pierś – sutek. Jęknęła, kiedy wziął stwardniałą brodawkę między wargi i trącał koniuszkiem języka. Wbiła palce w jego włosy. Pochylał się nad nią, wsparty kolanem na tym lichym leżaczku. Czuł, że znów jest gotowy ją wziąć. Znowu stwardniał.

– Nie potrzebuję klechy. Ani urzędnika. W dupie mam wszystkie urzędy świata. Chcę ciebie, Alice.

– No to musisz znaleźć kapitana statku. Najlepiej pirackiego. Niech udzieli nam ślubu.

– Nie ma problemu, w końcu jesteśmy na Karaibach.

Wziął ją na ręce, dźwignął bez większego wysiłku. Alice objęła go ramionami. Prysznic, potem łóżko, ewentualnie raz jeszcze prysznic i sen. Każdy dzień stawał się podobny do poprzedniego, a przez to, że były tak egzotyczne, nie wyobrażała sobie powrotu do pracy w redakcji. Bruce miał ciężej – on nie mógł wrócić w ogóle.

ROZDZIAŁ 2

ALICE

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

Spis treści:

Okładka
Karta tytułowa
PROLOG
ROZDZIAŁ 1
ROZDZIAŁ 2
ROZDZIAŁ 3
ROZDZIAŁ 4
ROZDZIAŁ 5
ROZDZIAŁ 6
ROZDZIAŁ 7
ROZDZIAŁ 8
ROZDZIAŁ 9
ROZDZIAŁ 10
ROZDZIAŁ 11
ROZDZIAŁ 12
ROZDZIAŁ 13
ROZDZIAŁ 14
ROZDZIAŁ 15
ROZDZIAŁ 16

Text copyright © by Katarzyna Muszyńska, 2021

Copyright © by Burda Media Polska Sp. z o.o., 2021

02-674 Warszawa, ul. Marynarska 15

Dział handlowy: tel. 22 360 38 42

Sprzedaż wysyłkowa: tel. 22 360 37 77

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Redakcja: Agnieszka Szmatoła/Słowne Babki

Korekta: Lena Marciniak-Cąkała, Ewelina Pawlak/Słowne Babki

Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Zdjęcie na okładce: Geber86/GettyImages

ISBN 978-83-8053-864-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

www.kultowy.pl

www.burdaksiazki.pl

Na zlecenie Woblink

woblink.com

plik przygotowała Katarzyna Rek