Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2008

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 374 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bulterier Samson i ja - Waldemar Borzestowski

Dawid, chronicznie bezrobotny czterdziestolatek z niefrasobliwym podejściem do życia, otrzymuje nietypową propozycję. Jego sąsiedzi wyjeżdżają do Angli i szukają kogoś, kto za uczciwą zapłatą zaopiekuje się ich psem – bulterierem Samsonem. Z dnia na dzień życie Dawida nabiera rumieńców. Na spacerach z psem poznaje osiedlową śmietankę towarzyską: panny „zawsze na wydaniu” i byłego więźnia, który nie całkiem zerwał z przeszłością… Na forach internetowych dla „psiarzy” Dawid flirtuje z kobietami. Obecność bulteriera pomaga mu także odbudować relację z nastoletnią córką, wychowywaną z dala od ojca. Sielankę zakłóca jednak pojawienie się femme fatalle, która usiłuje osaczyć Dawida i nasyła na niego osiłków. Co gorsza, bohaterowi grozi niebezpieczeństwo ze strony międzynarodowych aferzystów…

Bulterier Samson i ja nawiązuje do najlepszych wzorców współczesnej literatury angielskiej i łączy w sobie to, co dla niej najbardziej charakterystyczne: lekkość, humor i sporą dawkę wzruszeń.

Opinie o ebooku Bulterier Samson i ja - Waldemar Borzestowski

Fragment ebooka Bulterier Samson i ja - Waldemar Borzestowski

Waldemar Borzestowski

BULTERIER SAMSON I JA

Copyright © by Wydawnictwo W.A.B., 2008 Wydanie I Warszawa 2008

Beatce

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Wstęp

Nie posiada rodziców. Odebrany im w wieku kilku tygodni, z ziemi, po której stąpa, czyni swoje dziedzictwo, bardziej przywiązany do osoby niż miejsca, głębią swojej duszy obłaskawia światy. Pozbawiony prawa do uczestnictwa w boskiej mocy, staje się silny dzięki swej uczciwości. Nie posiada bogactw, a jedynym jego bogactwem jest pokora. Nie wierzy w magię, i dlatego kształtuje swe wnętrze, aby mógł się na nim oprzeć. Nie roztrząsając spraw życia i śmierci, pogrążony jest w wieczności. Jego ciało to odwaga, błysk światła to oczy, słuch zastępuje rozsądek, kończyny przepełnia zapał. Nie jest przywiązany do prawa, lecz z własnej ochrony czyni prawo. Nie obmyśla strategii, przystępując do walki, swoboda, aby zabić lub zwrócić życie – oto cała jego strategia. Niczego nie zamierza, lecz wykorzystuje zawsze dogodną sposobność. Nie ufa cudom, nie tworzy zasad, lecz akceptuje wszystkie rzeczy, jakie widzi. Z istnienia pustki czyni taktykę, talent zastępuje mu szybka myśl. Wrogiem jego jest roztargnienie, przyjacielem umysł. Z życzliwości i sprawiedliwości czyni swoją zbroję. Nieporuszony duch jest jego twierdzą, staje zawsze tam, gdzie nie można go pokonać, i nie przeoczy żadnej słabości przeciwnika. Nie robi niczego, co wzbudziłoby w nim wątpliwości, akceptuje śmierć, która stoi na końcu drogi wojownika.

(Kodeks bulteriera,tekst z roku 1889, Anglia)

I

Kiedy będziesz gotów, mistrz sam się znajdzie.przysłowie buddyjskie

Najpierw byłem zwyczajnym dzieckiem. Urodziłem się o świcie, wielki i ciężki jak pięć bochenków chleba, moja dobra mamusia nosiła mnie całych dziesięć miesięcy i nie narzekała. Nie spieszyłem się. Gdy wreszcie przyszedłem na świat, nazwali mnie Słoneczko. Byłem okrąglutki, wszyscy chcieli nosić mnie na rękach. Jako kilkuletni chłopiec zobaczyłem generała de Gaulle'a, który przejechał w asyście milicyjnych motocykli moją ulicą, aby odwiedzić poukrywanych pod ziemią żołnierzy z Francji, odpoczywających na terenie cmentarza wojskowego. Zapamiętałem dokładnie długi nos generała i czapkę. Taki nos pragnąłem mieć, wydawał mi się niezwykle męski i władczy. Łaskawy Bóg postanowi! spełnić to życzenie. Miałem szybki czterokołowy rowerek i kochaną babcię, która pewnego dnia postanowiła nie opuszczać naszego mieszkania i rzeczywiście pozostała w nim, i tylko w nim, aż do swej śmierci. Bawiłem się w ogrodzie, gdzie rosły najsłodsze węgierki i truskawki. Na jego terenie, gdy dorastałem, grono nowobogackich wzniosło luksusowe domki; smak owoców z tamtych drzew wciąż pojawia się w moich snach. Miałem ojca, który po pijanemu tańczył twista i rozdawał pieniądze, ojca lekarza, co zanim stał się Niemcem, był Polakiem. Jego Anioł Stróż długo mówił mu do ucha po niemiecku z polskim akcentem. Byłem młodzieńcem, który bał się jak ognia matematyki. Byłem młodzieńcem, co pisał wiersze o miłości, a kiedy się wreszcie zakochał, zupełnie stracił głowę.

A teraz… Teraz zbliżam się powoli do czterdziestki i od kilku miesięcy jestem na ostrym zakręcie, tak bardzo bezradny jak wyrzucony z samochodu pies, co jeszcze przed chwilą miał wszystko, a teraz nie ma nic, nie wie, co się zdarzyło, i czeka w miejscu, gdzie został porzucony przez los, w nadziei, że za chwileczkę wszystko to, co było złe, okaże się nieprawdą.

Najpierw straciłem pracę, bardzo głupio i poniekąd na własne życzenie. Po prostu sam się prosiłem. W świecie, gdzie wszyscy na wszelkie sposoby, kosztem największych wyrzeczeń i upokorzeń, starali się utrzymać swoje stanowiska, zachowywałem się jak ktoś, kto przed chwilą odziedziczył ogromny majątek i na niczym mu nie zależy. Nie wiedzieć czemu pojawił się wtedy we mnie taki luz, że nie sposób było go znieść, miał on podobno destrukcyjny wpływ na cały zespół. Moi zwierzchnicy zakomunikowali mi to podczas urządzanej mniej więcej co miesiąc uroczystości wręczania wypowiedzeń słabo rokującym pracownikom. Zostałem zaliczony do ich grona. Krążyły plotki, że działałem na nerwy prezesowi, a moje dowcipne powiedzonka doprowadzały go do szewskiej pasji. Widocznie nie miał do siebie dystansu. To wcale nierzadka cecha u ludzi małych, oczywiście nie wzrostem, lecz duchem.

Minęło kilka tygodni, zanim załapałem, co się właściwie stało, że owszem, mogę rano spać do woli i cały dzień szwendać się po domu w poszukiwaniu jakiegoś zajęcia, ale nikt mi za to nie zapłaci. To było wstrząsające. Listonosz, którego do tej pory uważałem za sympatycznego faceta z wypchaną po brzegi torbą, przestał mi się podobać, wzbudzał niechęć, wciąż przynosił mi nowe rachunki do uregulowania, a ja nie mogłem mu w tym przeszkodzić. Byłem bezradny i coraz bardziej smutny. Smutek obrastał mnie jak bluszcz i w życiu zaczęło brakować mi słońca. Ciężko mi było zmusić się do jakiegokolwiek działania. Pomysł, aby zacząć szukać nowej pracy, przyjmowałem jak propozycję wizyty u stomatologa. To przecież z pewnością będzie bolało. Zacząłem przeglądać gazety z ogłoszeniami. Robiły okropne wrażenie: wszędzie wymagania, zazwyczaj takie, jakim nie byłbym w stanie sprostać, nie umiałbym albo nie miał ochoty. Inteligentny na swój sposób, czułem, że do niczego się nie nadaję. „Jesteś leniwy”, mówili kumple. I pewnie mieli rację.

Teraz to oni stawiali mi piwo i częstowali mnie papierosami. Przyjmowałem ich dobrowolną ofiarę nie bez wyrzutów sumienia. Co miałem jednak robić? Chciało się pić i chciało się palić. Wstydziłem się, ale brałem. „Masz słaby charakter”, powtarzała mi zawsze moja matka.

Wciąż wydawałem się sobie młody – nawet nie zauważyłem, że osoby w moim wieku bywają już dziadkami. Moja infantylność była szczególnie bolesna dla mojej eks-małżonki, przestałem bowiem płacić alimenty. Spędziliśmy ze sobą tylko siedem lat, lecz owocem tej chybionej próby znalezienia drugiej połówki było dziecko, córka, która właśnie skończyła szesnaście lat i wybierała się do liceum. Potrzebowała rozmaitych niezbędnych akcesoriów, bez których nie sposób kontynuować edukacji, a ja, no cóż, po raz kolejny w życiu zawiodłem na całej linii.

Mamusia, z którą mieszkałem znacznie dłużej, niż powinienem, powiedziała, że zawsze mogę zrezygnować z wynajmowanego na mieście lokum i wrócić do niej. Była żona, która właśnie podejmowała kolejną próbę ułożenia sobie życia, zakomunikowała mi łaskawie, że poczeka na pieniądze i choćby nie wiem co, nie wsadzi mnie do kryminału. Może w dalszym ciągu żywiła dla mnie jakąś sympatię i poczuwała się do winy za moją obecną kondycję. W końcu to ona przed laty zadecydowała, że powinienem ich opuścić. Nasze wspólne życie nie należało do udanych, choć na początku oczywiście nic nie zapowiadało smutnego epilogu. Początkiem bowiem każdego małżeńskiego związku, także naszego, jest zazwyczaj miłość, taka do grobowej deski.

Poznaliśmy się w szkole średniej, chodziliśmy do tej samej klasy. Można powiedzieć, że od razu wpadła mi w oko, byłem jednak zbyt nieśmiały, aby zaproponować jej randkę. Krążyłem wokół i starałem się zawsze być gdzieś w pobliżu, aby móc z nią zamienić choć słowo. Była jedną z najładniejszych dziewczyn w naszej szkole, jasne włosy spinała w kok, chodziła nieco pochylona, bo – jak mi potem zdradziła – wstydziła się swego biustu, jej zdaniem był zbyt obfity, moim – w sam raz. Jej piersi mieściły się idealnie w mych dłoniach, pamiętam dokładnie moment, kiedy pierwszy raz ich dotknąłem. To była jedna z najpiękniejszych chwil w moim zafajdanym życiu. Zanim to jednak nastąpiło, musiało upłynąć wiele miesięcy wyczekiwania, bo ona nie była jedną z tych łatwych panienek, do których smalili cholewki moi koledzy, których szybkie zwycięstwa powodowały u mnie frustrację. Miałem wątpliwości, czy moje słodkie jabłuszko nie wisi zbyt wysoko, a sięgnięcie po nie dla kogoś takiego jak ja nie jest po prostu niebezpieczne. Dlaczego? Może dlatego, że przestałem spać, jeść i zamiast się uczyć, zacząłem pisać wiersze. Były fatalne; kiedy pokazałem je w tajemnicy jedynej przedstawicielce płci odmiennej, której mogłem zaufać, po prostu wybuchnęła śmiechem. Po chwili przeprosiła mnie, ale śmiała się dalej.

– Bardzo złe? – spytałem z nadzieją, że nie wszystko stracone, a po poprawkach któryś wiersz okaże się w miarę przyzwoity. Ona jednak znała się na poezji i nie zamierzała mnie oszczędzać.

– Nie pokazuj ich nikomu.

Nie mogłem w to uwierzyć, przecież zawaliłem matmę, oddając się twórczości. Nie bez oporów wylałem całego siebie na papier. Podobno to właśnie było w tym wszystkim najzabawniejsze – moja miłość na papierze stawała się niezamierzenie komiczna. Zrozumiałem wtedy, że pisząc wiersze, nie zdobędę względów ukochanej. Żaden był ze mnie Słowacki, Cummings czy Eliot. Zacząłem więc wpatrywać się w jej oczy – tak doradził mi jeden z kumpli. Stałem się hipnotyzerem amatorem. Miała takie piękne, niebieskie oczy. Tak się mówi, niebieskie, a przecież każdy kolor ma tysiąc odcieni; jej przypisana była barwa, jaką widziałem później na obrazach holenderskich mistrzów, w pejzażach przedstawiających spokojne morze. Kropla z ich pędzla, którą odebraliby falom, mogła posłużyć przy malowaniu tęczówki oczu mojej wybranki. Patrząc w nie, tonąłem codziennie wiele razy. Musiała to dostrzec i była obojętna, a im bardziej stawałem się natarczywy, tym mniej zwracała na mnie uwagę. Zawsze się nad tym zastanawiałem i mimo że teraz znacznie więcej wiem o kobietach niż wtedy, wciąż nie pojmuję, jak doskonale potrafią panować nad emocjami, kiedy my, chodząc wokół nich, gotowi jesteśmy dla jednego przychylnego słowa zrobić wszystko.

Byłem tak bardzo zakochany, że z pewnością każdy psychiatra uznałby mój stan za wymagający leczenia. Wiedziała o tym cała klasa, i ona też wiedziała, i czekała cierpliwie, aż kiedyś zdecyduję się na coś więcej niż patrzenie i podejdę. To po prostu musiało się wydarzyć, dojrzewało w przestrzeni między nami, aby w którymś momencie nastąpić. Powiedziałem jej chyba, że bardzo mi się podoba, jakoś tak, dokładnie nie pamiętam. To miał być dla niej taki wyraźny sygnał, że jestem obok i mam wobec niej konkretne zamiary. Będę chciał się umówić, wybrać na spacer albo do kina. Tak zazwyczaj wygląda pierwszy krok, zaczyna się rozmowa, ludzie poznają siebie nawzajem i decydują, czy warto się spotykać. Jeżeli decyzja jest na „tak”, można mówić o sukcesie, często jednak już na początku pojawia się odmowa. Nie jest się w czyimś typie i tyle. Młodość jest trudna, bo bezkompromisowa, a znaczna część uczuć pozostaje nieodwzajemniona. Miałem szczęście, bo kiedy zaproponowałem: „Może byśmy gdzieś się wybrali?”, wyraziła zainteresowanie. Mogłem być z siebie dumny, wszyscy koledzy mi zazdrościli.

„Taka sztuka!”, to był najwyższy komplement w ich ustach. Moja Dorcia… Wieki dzielą mnie od tamtych wydarzeń. Łza się w oku kręci, takie wspomnienia to jak bezpowrotnie stracony kapitał. Krach na giełdzie, przegrana w kasynie, siła żywiołu – odebrały sens zdarzeniom, które wtedy były najistotniejsze. Pojawiałem się przed jej domem, gdy wychodziła do szkoły, po lekcjach wracaliśmy razem. Ona słuchała, a ja nie ustawałem w wysiłkach, aby wydać się jej na tyle interesujący, by wciąż przy mnie trwała. Ileż wysiłku kosztowało mnie, by wydobyć z niej, że nie jestem jej obojętny, tylko tyle. Przypierałem ją do muru codziennie, „męczyłem”, zależało mi na czymś więcej. Na tym to polega: zawęzić pole widzenia osoby adorowanej tak, aby w końcu widziała tylko mnie, przyznała się do tego, czym ja od dawna żyłem – do miłości. Słowo „kocham”, kiedy jest się bardzo młodym, ma ogromne znaczenie, stanowi ostateczne ukoronowanie procesu obłaskawiania, nie jest jeszcze wytrychem, który pojawia się w rękach włamywacza po trzydziestce, starającego się jak najszybciej zaciągnąć kobietę do łóżka. Kiedy wreszcie wypowiedziała je, byłem wniebowzięty, wstąpiłem do elitarnego grona kolegów, którzy mieli swoje dziewczyny. Mogłem teraz moją Dorcię trzymać za rękę, siedzieć z nią w szkolnej ławce, wychodzić na prywatki. Byłem potwornie zazdrosny, gotów dać po mordzie każdemu, kto spojrzał na nią inaczej, niż powinien. Świerzbiły mnie ręce, stanowiła najcenniejszą rzecz, jaką posiadałem. Nie pamiętam, jak szybko przeszliśmy od pocałunków do całej reszty, zdobywałem ją po kawałku, z dnia na dzień miałem jej coraz więcej. Byliśmy siebie tak bardzo ciekawi, że na poznawanie nie starczało nam czasu, wciąż mieliśmy go za mało, mimo że praktycznie spędzaliśmy ze sobą każdą wolną chwilę. Nie chodziło tylko o seks, choć on z pewnością skłaniał nas do spotkań w różnych dziwnych miejscach, gdzie mogliśmy być sami. Pamiętam, jak w pewne deszczowe popołudnie weszliśmy do jakiejś kruchty, aby móc wymienić się gorącymi pocałunkami i pomacać zziębniętymi dłońmi po plecach i czym się tylko dało. W którymś momencie drzwi uchyliły się i do środka weszła starsza kobiecina, spłoszyła nas i uciekliśmy. Miałem wrażenie, że musiała dostrzec nasze zmieszanie, w jej oczach wyraźnie zobaczyłem zgorszenie. Nie przejmowaliśmy się niczym, czym przejmować się nie musieliśmy, życie z dnia na dzień bardzo nam odpowiadało, bo każde spotkanie niosło tyle wrażeń i warto było czekać. To było szalenie ekscytujące, jedyne w swoim rodzaju, jak podróż do tajemniczej, egzotycznej krainy. Pełni zachwytów, mogliśmy godzinami patrzeć sobie w oczy. Banalne – prawdopodobnie, ale nam wydawało się szczególne i niespotykane. Jak większość zakochanych ludzi miałem wrażenie, że nasza miłość trwać będzie na wieki wieków amen. Nie wyobrażałem sobie świata bez Dorci. „Musiałbym umrzeć”, mówiłem i rzeczywiście tak myślałem.

Ciąża pojawiła się nagle, w swojej głupocie sądziłem, że nic to między nami nie zmieni. A jeżeli już, to na lepsze, w końcu mieliśmy coś naprawdę wspólnego – dziecko. Byłem w błędzie – zmieniło się wszystko. O studiach mogliśmy zapomnieć. Wyrzucili nas ze szkoły w maturalnej klasie, ją – bo pęczniejący brzuszek w tamtych czasach nie był akceptowany przez ciało pedagogiczne – mnie – bo przestałem się uczyć. Byłem solidarny, gotowy do głupich i mądrych poświęceń. Zresztą już wkrótce musiałem zacząć szukać pracy, nikt przecież nie zamierzał nas utrzymywać. Ostatkiem sił zdaliśmy egzamin dojrzałości w szkole wieczorowej, kilka miesięcy później urodziła się Julia. Daliśmy jej imię po mojej babci. Nie mieliśmy mieszkania, więc najpierw przyjęliśmy gościnę u rodziców Dorci, tam były lepsze warunki. Moi teściowie – on inżynier, ona wzięty adwokat – od samego początku nienawidzili mnie serdecznie, córka była ich jedynym dzieckiem, wiązali z nią plany, których realizacja zajęłaby jej nie jedno, lecz trzy życia. Małżeństwo ze mną było prawdziwą katastrofą i mieli cichą nadzieję, że córka szybko to zrozumie, a wtedy wyciągną z kieszeni opracowany przez nich plan B. Łudzili się, że nie wszystko jeszcze stracone. Wnuczka była okay, tylko jej ojciec powinien się wyprowadzić, a najlepiej przepaść w jednej z czarnych dziur, jakich pełno we wszechświecie. Na każdym kroku starali się wykazać, jakim jestem matołem, pomiatali mną na co dzień i od święta. Długo tego nie wytrzymałem. Wtedy po raz pierwszy i chyba jedyny w naszym małżeństwie postawiłem się. Pewnego wieczoru, po szczególnie przykrej wymianie zdań, powiedziałem do Doroty: „Wynosimy się stąd”. Spojrzała na mnie, jakby chciała się upewnić, że wiem, co robię, i zaufała mi. Łatwo podjęta decyzja w niczym nie zmieniła naszego położenia, nie stać nas było na wynajęcie mieszkania, więc przenieśliśmy się do mojej matki. Tam zajęliśmy mniejszy z pokoi, w którym ledwo udało się zmieścić łóżko dziecka i nasze posłanie. Już wkrótce okazało się, że trafiliśmy z deszczu pod rynnę, nie minął miesiąc, a obie panie nie mogły na siebie patrzeć.

– Ona niczego nie potrafi – oceniała moja matka. Była przekonana, że już niebawem zarośniemy brudem i umrzemy z głodu.

– Jest wredna – określała charakter swojej teściowej Dorcia.

Obie miały po części rację, ja zaś byłem pośrodku. Z trudem udawało mi się powstrzymać je od rękoczynów. Żyliśmy za zamkniętymi drzwiami, tak szczelnie oddzieleni od świata, jak tylko można. Dorota miała tego dosyć, któregoś dnia spakowała wszystkie swoje rzeczy, wezwała taksówkę i pojechała do rodziców. Wróciłem z pracy do domu, w którym pozostała tylko matka. Tryumfowała.

– Mówiłam ci, że nic z tego nie będzie. Rozwód, tylko to może cię uratować.

Zrobiłaby wszystko, aby jej zła wróżba sprawdziła się w najbliższej przyszłości. Nie miałem przecież prawa zmarnować swojego życia tak jak ona. W swoim szaleństwie sądziła, że będę zadowolony z odejścia żony i córki. Dziwaczny stan zawieszenia trwał kilka miesięcy, miałem rodzinę, kochaliśmy się, a mimo to sypialiśmy w innych domach. Miejscem naszych spotkań były parki i ławeczki na starym mieście albo mieszkania przyjaciół. Nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić, i w końcu zaczęliśmy poważnie myśleć o wyjeździe z kraju. Nie było w tym nic nadzwyczajnego, obozy uchodźców na zachodzie Europy pełne były Polaków szukających nowego życia. Wielu naszych znajomych w ten sposób znalazło się w Kanadzie i dalekiej Australii, przepadli jak kamień w wodę. Uczestniczyliśmy w kilku pożegnaniach na zawsze, wyjeżdżających nigdy potem nie mieliśmy spotkać. Nie pojawiali się nawet na pogrzebach swoich rodziców; walcząc o przetrwanie, nie znajdowali na to czasu ani wystarczających środków. Czasami przeszkodą była obawa przed represjami, jakie mogły ich spotkać po powrocie, władza w kraju wciąż bowiem należała do reżimu, a on, chociaż coraz bardziej chwiejny, potrafił zaleźć za skórę tym, co wypięli zadek na zdobycze realnego socjalizmu.

Nigdy nie dowiedziałem się, dlaczego staliśmy się znienacka, właściwie z dnia na dzień, posiadaczami własnościowego mieszkania w starym budownictwie, w jednej z kamienic przy ruchliwej ulicy, prowadzącej w kierunku plaży w Gdańsku-Brzeźnie. Mogę jedynie przypuszczać, że Dorota w chwili szczerości wyjawiła rodzicom część naszych planów. Przestraszyli się, że mogą za jednym zamachem stracić córkę i wnuczkę, więc z bólem serca wyjęli ze swojego konta ciułane latami środki Narodowego Banku Polskiego, starając się poprzez nabycie mieszkania zatrzymać nas na miejscu. Tu wciąż mogli mieć na wszystko oko. Tam mielibyśmy tylko siebie. Moi teściowie uważali to, co działo się między nimi a mną, za rodzaj wojny, w której za wszelką cenę należy nie dopuścić do zwycięstwa przeciwnika, potem pokonać go, a wreszcie wyeliminować. Nie mogłem spodziewać się po nich litości – choćbym nie wiem co zrobił, zawsze byłem tym najgorszym. Przez wszystkie lata naszego małżeństwa nie usłyszałem od nich ani jednego dobrego słowa. Nawet podczas życzeń świątecznych, kiedy z musu spotykaliśmy się przy stole, formułowali je tak, aby poszło mi w pięty. Na przykład życzyli mi lepszej pracy, większych zarobków, awansu, żebym wreszcie znalazł swoje miejsce w życiu. Po prostu chciało się rzygać. W naszym, a właściwie Doroty mieszkaniu nigdy tak naprawdę nie czułem się jak u siebie. Miałem uraz do tych ścian, na których nie wolno mi było zawiesić własnego obrazka, do drzwi, zlewu, wanny i balkonu, miałem wrażenie, że wszędzie, gdziekolwiek się znajdę, one mnie śledzą okiem moich teściów. To było głupie i ja byłem głupi.

Mieliśmy trochę ponad dwadzieścia lat i życie stało przed nami otworem, spodziewaliśmy się samych dobrych rzeczy, a kiedy przychodziły złe, byliśmy na to kompletnie nieprzygotowani. Przyjmowaliśmy wszystko jak dopust boży. Nasza odporność malała, linie obrony, jakie ustaliliśmy jako ostateczne, przestawały obowiązywać. Wróg atakował, a my wciąż byliśmy w odwrocie i jak każda pokonana armia doświadczaliśmy goryczy i bólu z powodu odniesionych ran. Opatrywanie ich zajmowało mnóstwo czasu i energii. Zamienialiśmy się w pielęgniarzy, a przecież na początku myśle liśmy tylko o miłości i potrzebie bycia razem. W naszym związku to ona od samego początku grała pierwsze skrzypce, trzymała kasę i decydowała o wszystkich wydatkach, co było potrzebne, a bez czego możemy się obyć. Moje propozycje, podobno brane pod uwagę, niemal zawsze zaliczane były do tej drugiej kategorii. Od niej tylko zależało, czy będę mógł zapalić papierosa w pokoju, czy też powędruję z nim na balkon, czy w telewizji obejrzymy film na pierwszym, czy na drugim programie. Zgadzałem się na wszystko, cokolwiek ustaliła. Chyba byłem pantoflarzem. Wychodząc z kolegami wieczorem, musiałem się wyliczać z każdego wypitego piwa i z góry ustalać godzinę, o której powinienem wrócić. Zmywałem naczynia, ścieliłem łóżka, sprzątałem, prałem i robiłem śniadania. Chyba żadna herbata wypita w naszym domu nie powstała bez mojego udziału. Mimo że wciąż przybywało mi obowiązków, zawsze byłem traktowany jako ten, co nic nie robi. Wiecznie czułem się jak oskarżony, stający przed sądem kapturowym, który jeszcze przed wysłuchaniem wszystkich świadków ustalił moją winę. Mowa obrońcy stanowiła jedynie konieczny element spektaklu, w którym na wiele sposobów gwałcono sprawiedliwość. Dla Doroty byłem nie tylko mało zaradny, ale po prostu beznadziejny jako dostarczyciel pieniędzy, mąż, ojciec, a także jako kochanek. Ten ostatni zarzut był dla mnie szczególnie bolesny, zwłaszcza że w jakiejś części uzasadniony. Rzeczywiście, po pierwszych burzliwych latach, kiedy w tej dziedzinie wszystko grało i mogliśmy spółkować wiele razy na dzień, mój temperament nagle wyhamował. Zacząłem unikać seksu, jak tylko mogłem. Przestało mi to przynosić zadowolenie – „po” czułem się znacznie gorzej niż „przed”. To z pewnością nie było normalne. Smutna zależność między brakiem zbliżeń a poziomem frustracji już wkrótce przybrała rozmiar katastrofalny. Moja małżonka robiła mi wymówki z byle powodu, a ja czułem się winien tej sytuacji, z dnia na dzień coraz bardziej. Oczekiwała ode mnie wiele, więcej, niż potrafiłem jej dać.

Nie sprawdzałem się w żadnej dziedzinie. Kiedy pogodziłem się z tym faktem, dostrzegłem, że rzeczywiście sobie nie radzę, zrezygnowałem ze starań. Stałem się dokładnie takim, jakim mnie widziała. Dopasowałem się do wzorca ukształtowanego w jej głowie. To był początek naszego końca. Sam nie wiem, kiedy zaczęliśmy żyć osobno, to był proces, którego nic nie mogło zatrzymać, oddalaliśmy się od siebie niepostrzeżenie, w końcu mijaliśmy się w drzwiach bez słowa. Kłótnia nie musiała się już stawać pretekstem do milczenia. Po prostu nie mieliśmy o czym ze sobą rozmawiać, ona nie przejmowała się tym, co mogłem jej zakomunikować, ja nie mogłem dłużej jej słuchać, wciąż powtarzała to samo. Ustawione w szereg jej zarzuty pod moim adresem mógłbym wykładać na biurko i podczas długich monologów zaznaczać ptaszkiem to, co już zostało powiedziane, i to, co powiedziane zostanie za chwilę; dopiero po zaliczeniu wszystkich punktów programu kończyła występ. Przyjmowałem to z ulgą. Oglądałem wtedy dużo telewizji, telewizor w naszym mieszkaniu był moim najlepszym przyjacielem, wpatrzony w jego znajomą gębę, mogłem udawać, że nic mnie nie obchodzi poza prognozą pogody, wynikiem meczu lub zakończeniem filmu. Chyba myślała, że tak jest rzeczywiście, i miała mnie za skończonego wała. Takiego, jakimi są wszyscy faceci – mówiła mi to z tysiąc razy.

Nie było specjalnych powodów, aby wystawić mnie za drzwi – tak twierdziła moja matka – byłem przecież taki dobry i trzymałem się z daleka od wszystkich jej koleżanek, wierny jak pies i jak pies głupi. To jednak, jak się okazało, było za mało, aby utrzymać związek.

Jak każdy miałem sporo wad, kilka było szczególnie uciążliwych, zwłaszcza jedna: wciąż traciłem pracę, jedną po drugiej. Nigdzie na dłużej nie zagrzewałem miejsca. Dorcia zarzucała mi, że nie można na mnie liczyć. To prawda. Wciąż coś zaczynałem i niczego nie kończyłem, nasze mieszkanko od dnia przeprowadzki czekało na zakończenie remontu, próba zabudowania kuchni po dwóch miesiącach działań zakończyła się totalną klapą.

„W przyszłym tygodniu się tym zajmę”, zapewniałem i kolejne miesiące mijały. To rzeczywiście musiało być denerwujące. Zawodziłem na całej linii. Któregoś razu powiedziała mi, że zmarnowała ze mną tyle czasu i nie zamierza dalej tego robić. Myślałem, że ma kogoś. Przed tym ostrzegała mnie bez przerwy moja matka. Niestety, nie miała. Ja i tylko ja byłem wystarczającym powodem, aby zakończyć nasz eksperyment. Była podobno bardzo zmęczona. Miała mnie dosyć. No i zacząłem żyć na własny rachunek, najpierw u mamy, a potem w wynajętym mieszkanku, osadziłem swoją mało skomplikowaną osobowość, kupiłem łóżko, dostałem parę foteli, regał i wieżę. Mogłem wreszcie na ścianach powiesić, co tylko chciałem, wieczorami słuchać muzyki i myśleć o tym, co straciłem. Wtedy miałem jeszcze nadzieję, że wszystko jakoś się między nami ułoży. Nazywałem to „kryzysem”.

Mój życiowy optymizm okazał się jak zwykle czymś na wyrost. Nikt mnie nie potrzebował takim, jakim byłem. Czy można się zmienić? Próbowałem. Rzucałem palenie chyba z dziesięć razy, w pewnym momencie zacząłem biegać i namiętnie jeździć na rowerze, miałem nawet dobry sezon w nowej pracy, dawałem z siebie wszystko. Tryskałem pomysłami i siedziałem przy swoim biureczku tak długo, jak było można, aż do wieczora. Podobno miałem szansę na awans, koniec końców dostała go jednak dziewczyna, która postanowiła ofiarować dyrektorowi nie tylko zaangażowanie w pracy. W tej konkurencji nie miałem szans. Mój entuzjazm się wyczerpał. Dziewczyna, widząc we mnie konkurenta, niebawem przeprowadziła w firmie takie zmiany, które doprowadziły do dodatkowej redukcji etatów. Jednym z pierwszych zredukowanych byłem ja. Okrutna zdzira. Spotkałem ją kilka miesięcy później w jakimś lokaliku na starym mieście, była bardzo miła, dosiadła się do mojego stolika i przekonywała, że nie była niczemu winna. Zwolnili ją również, gdy wyczerpał się jej nie tak znowu obfity rezerwuar atrakcyjności. Podobno żona dyrektora w porę zauważyła obecność rywalki i postawiła ultimatum. Nie żałowałem jej, zasługiwała na swój los.

W kolejnych miejscach pracy było nie lepiej, kilka miesięcy i wypad, zawsze z mojej winy. Podobno byłem zbyt mało kreatywny, podobno miałem trudny charakter. Nie rozumiem tego, ale skoro tak mówią o mnie wszyscy, gotów jestem przyjąć to za pewnik. W tym wcieleniu widocznie nie mam szans, jestem jakimś odrzutem z masowej produkcji, zbytecznym elementem procesu ewolucyjnego, ślepą uliczką, zgniłym jajkiem, czymś wybrakowanym, z przeceny, a nawet gratis. Myśleć o tym, mając w perspektywie czterdziestkę, to prawdziwa klęska. „Co dalej, panie bracie”, zastanawiałem się czasem przed zaśnięciem.

W ostatniej robocie szło mi dobrze, nadzwyczaj dobrze, tak dobrze, że byłem przekonany o własnej niezbędności. No i rozregulowała się moja czujność, przestałem na siebie uważać, byłem nadmiernie otwarty i złapałem ten pierdolony luz. To mnie zgubiło. Nie udawałem zapracowania, nie siedziałem po godzinach i… wyleciałem. Może jestem już za stary – trudno mi było pogodzić się z tą myślą, ale takie były fakty. Na rynku pracy tacy jak ja nie mieli wzięcia. Nigdzie nie mieli wzięcia. Od paru lat myślałem, zachęcany przez mamusię, aby znaleźć sobie kogoś, z kim ponownie podjąłbym próbę wspólnego życia. Totalna porażka. Kobiety, z którymi się umawiałem, zazwyczaj już po pierwszej randce rezygnowały z kolejnych, nie tylko byłem mało przystojny i biedny, z dodatkowymi obciążeniami, ale również nudny. Czy można im się dziwić? Czy ktoś rozumny ma ochotę brać sobie taki kłopot na głowę? Jedyna dziewczyna, z którą spotykałem się regularnie, miała niewiele więcej lat od mojej córki i była równie niedojrzała jak ja, chodziliśmy razem do kina na horrory, pożyczaliśmy sobie książki Stephena Kinga. Ona, nie kryjąc tego przede mną, w tym samym czasie umawiała się również z innymi mężczyznami, miała z nimi stosunki seksualne, o których opowiadała mi ze szczegółami. Była bardzo wyzwolona, ale dziwnym trafem nie wobec mnie. Spięty z powodu wieloletniej abstynencji, czułem się w jej towarzystwie jak odbezpieczony granat. Miałem ochotę rozerwać się na drobniutkie kawałki, kiedy kazała mi oceniać, który z jej kochanków lepiej rokuje na przyszłość, ten, co delikatnie prowadzi grę wstępną, a potem ładuje się w nią od tyłu – podejrzewała go o skłonności homoseksualne – czy pewien brutal od razu i byle gdzie przechodzący do rzeczy. Po jakimś czasie uznałem, że nasze spotkania działają na mnie wysoce destrukcyjnie. Byłem przecież mężczyzną i miałem swoje potrzeby. Tylko raz podczas tych wszystkich lat trafiłem do łóżka z inną kobietą, to zdarzyło się podczas jakiegoś firmowego wyjazdu integracyjnego i oboje byliśmy pijani. Nic z tego nie wyszło, mój uparty żołnierzyk właśnie wtedy postanowił zrezygnować z aktywności. Moja sympatia, bardzo tym rozczarowana i uznawszy, że wieczór jest jeszcze młody, poszła szukać kogoś, kto stanie na wysokości zadania. Czy znalazła, nie wiem. Następnego dnia unikałem jej towarzystwa. Nie mieliśmy okazji spotkać się nigdy więcej, zresztą po jakimś czasie pojawiła się plotka, że kobieta owa, prowadząc niezwykle aktywne życie seksualne, obdarowywała szczęśliwych wybrańców nie tylko swoimi wdziękami, ale również dość rzadko u nas spotykaną chorobą weneryczną, rodem z Azji. Miała ją przywieźć z jednej z wycieczek zagranicznych. Zarażeni delikwenci leczyli się potem latami. Powinienem więc dziękować Bogu, że wtedy nic nie wyszło. Jedyne szczęście, na jakie mogłem liczyć, to szczęście w nieszczęściu.

Na kolejnym zakręcie życiowym mogłem szukać wsparcia tylko u matki, ona, jak każda rodzicielka, miała wprost niewyobrażalną tolerancję dla moich życiowych potknięć. Mało tego, była przekonana, że z natury dobry, wciąż doświadczam niepowodzeń właśnie dlatego: nie potrafię walczyć o swoje. Czasami, w przypływie szczerości, biła się w pierś, przyznając, że wybrała na mojego ojca całkowicie nieodpowiedzialnego człowieka. Po burzliwym romansie, podczas którego naobiecywał jej tyle, że starczyłoby na niejedno życie, stanowczo odmówił pozostawienia swojej małżonki, jak zapewniał wcześniej – okropnej i niszczącej go pod każdym względem. To z nią jednak, a nie z matką, opuścił pewnego dnia niespokojny kraj nad Wisłą, aby szukać szczęścia i pieniędzy w Niemczech. Przypomniało mu się nagle, że jako nastolatek służył w Wehrmachcie, i choć uciekł z niego tak szybko, jak tylko było można, liczyło się to pierwsze – walczył dla Fuhrera. W nowej ojczyźnie powodziło mu się wyśmienicie, ale matka, jako osoba honorowa, nigdy nie wystąpiła wobec niego z roszczeniami finansowymi. Dzięki temu całe swoje dzieciństwo przeżyłem w biedzie, doświadczając wszelkich możliwych przykrości z tym związanych. Teraz jednak, kiedy matka zanosiła się płaczem, nie odczuwałem wobec niej złości, wiedziałem, że jestem taki sam jak ona – beznadziejny. Życie i bliźni mogli rolować mnie w dowolny sposób, całkiem bezkarnie. Idealnie nadawałem się na ofiarę, miałem wszelkie niezbędne cechy, aby nie osiągnąć w życiu niczego. Patrząc na matkę, pozbywałem się wszelkich złudzeń dotyczących mojej przyszłości. Mogłem mieć zawsze pewność: będzie jeszcze gorzej. Po trzech miesiącach lektury gazetowych ogłoszeń wybrałem się na dwa spotkania kwalifikacyjne, z obu wyszedłem przed czasem. To było traumatyczne przeżycie. Wkurzyli mnie. Tu i tam rekrutującymi byli dwaj bardzo młodzi mężczyźni, odziani przepisowo, w korporacyjne uniformy, garniturki szare, dobrze skrojone, w białych koszulach, pod krawatem. Uśmiechali się rzadko i zadawali te same pytania: „Jak radzisz sobie w stresie?”, „Co chciałbyś wnieść do firmy?”, „Jakie są twoje dobre cechy, a jakie złe?” Kazali również zachwalać produkt, który po raz pierwszy zobaczyłem na oczy: jakiś pieprzony piorący odkurzacz i serię kuchennych robotów, tak absurdalnie wszechstronnych, że mogłyby śpiewać, krojąc marchewkę. Czułem się jak pacjent zakładu dla obłąkanych, który stanął przed komisją, mającą zadecydować, czy jest już na tyle zdrowy, aby można zrezygnować z uciążliwej kuracji, tysiąca tabletek psychotropowych, diametralnie zmieniających osobowość, oraz elektrowstrząsów. Prawidłowe odpowiedzi były premiowane, nieprawidłowe zadecydować mogły o pozostaniu wśród czubków. Okropne wspomnienie. A wszystko po to, aby dostać się do kolejnego pierdolonego szamba. Mój kumpel powiada: „Jak jesteś w szambie, to nie ucz się w nim pływać”. Może więc dobrze się stało, że mnie nie przyjęli. Z moją spostrzegawczością mógłbym nie zauważyć, gdzie się znalazłem.

Wszędzie zwracano uwagę na mój wiek i wykształcenie, miałem wrażenie, że już w przedbiegach daje mi to ostatnie miejsce. Było tylu młodych, solidnie wyedukowanych ludzi, a ja cóż, miałem chyba wypisane na czole ogromnymi literami słowo „kłopot”. Tamci dwaj w garniturkach z pewnością potrafili rozszyfrować mnie po paru zdaniach, resztę konwersacji prowadzili z obowiązku, wymagał tego od nich obszerny formularz, który koniecznie powinien zostać wypełniony. Tacy goście jak oni, kiedy coś zaczną, muszą to doprowadzić do końca. Pewnie im nieźle namieszałem, opuszczając spotkanie przed czasem. Zniechęcony, wracałem do domu, wypijałem piwko i słuchałem głośno muzyki. Uwielbiałem techno, potężny rytm uspokajał mnie, odlatywałem do innego świata, gdzie królowało zapomnienie. Tam wszystko mogło trwać w nieskażonym transie, zwyczajne kłopoty i rozdarcia pozostawały daleko, poza parkietem, na którym królowałem ja. W tym momencie nie przeszkadzała mi zupełnie samotność, ona była moim jedynym bogactwem. W życiu nigdy nie wybrałem się na dyskotekę, nie umiałem tańczyć, ale w moim pokoiku, leżąc na podłodze, doświadczałem radości szaleństwa. Z zamkniętymi oczami miarowo podrygiwałem w wyobraźni, bawiłem się do utraty tchu, byłem wyzwolony i wielki. Rozpalony muzyką umysł wirował nade mną niczym światła przemienionych w reflektory gwiazd, miałem moc, której potrzebowałem, marzenia się spełniały dzięki paroksyzmom namiętności, cały byłem kłębkiem emocji, które normalnie pozostawały w uśpieniu. Gdyby nie te chwile, trudno byłoby mi wyjść z domu, robić zakupy, spotykać się z ludźmi.

Ratunek przyszedł niespodziewanie i ze strony, z której nigdy bym się go nie spodziewał. Otrzymałem niezwykłą propozycję. Wszystko rozegrało się pewnego późnojesiennego wieczoru, gdy siedziałem w domu i nie czekałem na nic. Przeglądałem książkę, której tytułu już nie pamiętam. Przy herbacie zajmowałem się rozpamiętywaniem swojej podłej sytuacji, czując, jak siwieją mi resztki włosów na wygolonej głowie. Od wielu dni nie wiedziałem, co robić z nadmiarem wolnego czasu. Prawdziwe morze godzin, sine i nieprzyjazne, obmywało brzegi mojego świata od świtu po zmierzch. I wtedy w moim mieszkaniu pojawili się niezwykli goście. Można powiedzieć, że prawie ich nie znałem. Chociaż byliśmy sąsiadami dość długo, przynajmniej rok, wcześniej spotkaliśmy się tylko raz, na herbatce, która trwała czterdzieści pięć minut. Pracowali ciężko i zarabiali dużo, więc zanim się obejrzałem, znaleźli nowe mieszkanie, bardziej komfortowe i w lepszej dzielnicy. Wtedy byli po prostu parą, teraz mogli już być małżeństwem. Bardzo sympatyczni, zawsze trzymali się trochę na dystans, poza wymianą zwyczajowych uprzejmości na klatce schodowej i tą jedną herbatką, poniekąd zapoznawczą – gdy się wprowadzali, a ja pomogłem wnieść na piętro ich ciężką jak samochód pralkę – nic nas nie łączyło. A tu nagle wizyta. Nawet nie pamiętałem, jak się nazywali, on zdaje się miał na imię Marek, ona… zupełnie wyleciało mi z głowy.

Wpuściłem ich nieco zażenowany, bo u mnie, wiadomo, porządku nie było, żaden brud, ale rozwałka, mnóstwo rzeczy na oparciach krzeseł i kanapie, trzy puste szklanki na stoliku, talerzyk z jedną krówką waniliową, jakieś papierzyska. Zebrałem to wszystko, koszule, skarpety i spodnie wrzuciłem do szafy, naczynia wyniosłem do zlewu.

– Proszę usiąść – zaproponowałem.

Nie zdejmowali kurtek, mieli miny ludzi, którzy czują się bardzo, ale to bardzo zakłopotani. O co mogło im chodzić – nie miałem pojęcia. Nie pytając jeszcze, czego się napiją, wstawiłem wodę w elektrycznym czajniku.

– Napijecie się czegoś? – przypomniałem sobie, że jesteśmy po imieniu. Spojrzeli na siebie i uznali, że tak.

– Poprosimy herbatkę.

To do nich pasowało: herbatka z jedną łyżeczką cukru.

Byli tacy grzeczni, dobrze wychowani. Kawę o tej godzinie mogą pić jedynie bezrobotni, ci, co nie muszą rano wstawać i mogą do woli cieszyć się bezsennością, nocną lekturą, cudowną harmonią godzin po dwudziestej trzeciej. Ponieważ rozpięli kurtki, zaproponowałem, że może je zdejmą. Posłuchali mnie.

Ubrani byli tak, jakby wrócili z teatru albo się tam wybierali, ona w popielatej garsonce, on w marynarce, bez krawata, ale z koszulą zapiętą na ostatni guzik. „Może sprzedają ubezpieczenia?” – myśl ta bardzo mnie rozbawiła. Przypuszczenie, że mógłbym stanowić obiekt starań i podchodów, było niezwykle zabawne. Z wyższością – nie ujawniając, rzecz jasna, prawdy o mojej kondycji finansowej – mogłem przecież powiedzieć: „Nie jestem zainteresowany”. Tak po prostu. Jednym zdaniem dałbym im znać, co myślę o świecie, który reprezentują. Nawet gdybym miał górę forsy, nigdy bym się nie ubezpieczył, taką mam zasadę – nie stosuję pasów bezpieczeństwa, idę na całość. Postanowiłem jednak zaczekać, uzbroić się w cierpliwość. Mogli być przecież równie dobrze wysłannikami jakiejś sekty, takich, co to nie piją, nie palą, modlą się całymi dniami, a ukamienowaliby w imię Chrystusa wszystkich Żydów, homoseksualistów, masonów i w ogóle pół świata. Wyjmą zaraz zza pazuchy kolorowe pisemka z cukierkowatym Jezusem o blond włosach, w białej szacie na okładce, i zaczytaną Biblię w etui z błyskawicznym zamkiem, i zaczną opowiadać, jak on bardzo mnie kocha, właśnie mnie, takiego, jakim jestem. Ludzi kręcą takie dziwne rzeczy, czyli ewangelizowanie bliźnich, jakby nie wystarczało tego, co i tak jest na rynku: polityki, seksu, narkotyków i wódy. Każdy chce odnaleźć w życiu jakiś sens, nie mogąc się pogodzić z tym, że jego po prostu nie ma. Im prędzej się to złapie, tym lepiej.

– Przyszliśmy w pewnej dziwnej sprawie. Mam nadzieję, że nie masz nam za złe tak późnej wizyty – zaczął. – Przepraszam, czy mógłbym zapalić? Pamiętam, że paliłeś. – Sąsiad był naprawdę zdenerwowany.

– Jasne. – Przyniosłem popielniczkę, zapalił, a potem mrucząc „przepraszam”, podał mi papierosa. Zaciągnąłem się i lekko zakręciło mi się w głowie. Z powodu braku odpowiednich środków finansowych musiałem ograniczyć zatruwanie swojego organizmu. Skutki tego, jak miałem okazję się przekonać, były opłakane.

– Wyjeżdżamy oboje do Anglii – zaczął na wydechu. – Nie będzie nas w kraju kilka miesięcy, może rok.

Nie dłużej. Zamierzamy wrócić, ale bardzo są nam potrzebne pieniądze. Mamy swoje plany. Praca jest super, świetnie płatna. Taka okazja zdarza się raz w życiu.

– Moje gratulacje – powiedziałem, myśląc, że niektórzy to naprawdę mają szczęście.

– Dziękujemy – szepnęła ona, jej spojrzenie przesuwało się po stole, dłonie spoczywały na kolanach. „Ale jaja – te dwa słowa pojawiły mi się pod kopułką.

– Przyciągam wariatów, inaczej nie da się tego wytłumaczyć".

– Rzeczywiście, to dla nas bardzo szczęśliwa okoliczność. Nie planowaliśmy tego, musieliśmy podjąć decyzję w ciągu tygodnia, albo, albo. W ogóle wszystko ostatnimi czasy dzieje się u nas tak szybko.

– W istocie, świat nabrał przyspieszenia – zaśmiałem się, myśląc o sobie. – Staram się za nim nadążać, ale nie daję rady.

– No właśnie, a jak wygląda twoja sytuacja, pracujesz gdzieś? – To było prawie niegrzeczne, co ich to obchodziło!? Przypomniałem sobie jednak, że kiedy jeszcze mieszkaliśmy obok siebie, mogłem im wspominać o swoich kłopotach nawet podczas krótkich spotkań na klatce. Taką mam naturę: albo milczę całymi dniami, albo gadam bez sensu. Jak mnie najdzie, wystarczy kwadrans przy piwie, a już wiesz wszystko na mój temat. Wycieram wówczas swoim życiorysem blaty w pubach, oparcia foteli w tramwajach, wszystko, nawet własną dupę. Nie mam nic do ukrycia. Od tamtego czasu, niestety, niewiele się w moim życiu zmieniło.

– Szukam czegoś odpowiedniego – uznałem, że to zabrzmi dobrze. – Jestem w trakcie… – przerwałem.

– Mam kilka propozycji.

– To w sumie dobrze się składa – dawny sąsiad ucieszył się, to było widać.

„Zadziwiające”, pomyślałem. Zaczynało mnie to ciekawić. Może mają coś dla mnie? W końcu byliśmy kiedyś sąsiadami, a znajomości to dziś podstawa. Poczułem przypływ energii, byłem gotów podjąć każde wyzwanie, obojętnie co by to było. Potrzebowałem pieniędzy, tak bardzo ich potrzebowałem, że mógłbym im nawet sprzedać jedną z nerek. To jedyna rzecz we mnie, która posiadała jeszcze jakąś wartość.

– Mamy psa. Szukamy kogoś odpowiedzialnego, kto zaopiekowałby się nim, kiedy nas tu nie będzie. Niestety, nie możemy zabrać go ze sobą, chociaż bardzo byśmy chcieli. Pomyśleliśmy, że może podjąłbyś się opieki nad nim. Oczywiście odpłatnie – dodał Marek.

Zaśmiałem się.

– Dlaczego ja? – to pytanie nasuwało się samo. Przecież z całą pewnością mieli rodziny i bliższych niż ja znajomych.

– Ufamy ci – powiedziała żona Marka i nagle przypomniałem sobie, że ma na imię Małgorzata. Gosia.

– Bardzo się z tego cieszę, ale ja nie mam żadnego doświadczenia w opiece nad psem, w ogóle nie mam żadnych doświadczeń ze zwierzętami. Kiedyś, w dzieciństwie, hodowałem rybki, ale to chyba się nie liczy. Zresztą, nie odniosłem żadnych sukcesów, niemal wszystkie rybki wyzdychały. Nie uważacie, że to mało zachęcające? Duży ten pies? – zapytałem.

Spojrzeli po sobie jakoś tak dziwnie. Coś ukrywali.

– Raczej średni. Ciutkę mniejszy od boksera, ale podobnej wagi. Bardzo przyjazny dla ludzi – zapewniła Gosia. – Jest młodziutki, ma dopiero piętnaście miesięcy.

Ujrzałem łzy w jej oczach, a przynajmniej tak mi się wydawało. Musiała być rzeczywiście przywiązana do tego zwierzaka.

– To mieszaniec? – uznałem, że powinienem to wiedzieć. Kundelki zawsze wydawały mi się bardziej przyjazne od psów rasowych. Moi sąsiedzi mieli kiedyś szalonego jamnika, który terroryzował całą rodzinę i w końcu zginął tragicznie, skoczywszy ze swego okna w pogoni za gołębiem. Jakie życie, taki jego kres. Następny ich pies, też jamnik, był również lekko szurnięty. Zginął pod samochodem. Wtedy przerzucili się na pudle, one podobno są najinteligentniejsze wśród psów.

– Nie – usłyszałem. – To rodowodowy bulterier. Samiec.

– Bulterier – powtórzyłem odruchowo. Oczywiście, nazwa obiła mi się o uszy i raczej nie kojarzyła sympatycznie. „Te psy są podobne do prosiaków”, przypomniałem sobie. Były groźne, z pewnością. Domyśliłem się, młodzi mieli kłopot. Nikt nie chciał trzymać u siebie półtorarocznego potwora. Nikt przy zdrowych zmysłach.

– To spokojny i zrównoważony pies, w dodatku po tresurze – on zrobił się czerwony na twarzy, ona pochyliła głowę, patrząc mi prosto w oczy.

– Tyle złego opowiadają o tych zwierzętach, a to wszystko bujda. Nasz Samson jest łagodny jak baranek. Nie miałbyś z nim żadnych problemów. On musi trafić w dobre ręce. Ma taką wrażliwą psychikę.

To zabrzmiało dwuznacznie. Gosia musiała to zauważyć, bo szybko dodała:

– Lubi pieszczoty i jest pełen oddania, gdy już lepiej kogoś pozna.

– No właśnie, ale przecież on mnie w ogóle nie zna. Nie sądzicie, że to może być dla mnie po prostu… niebezpieczne? – powiedziałem wprost.

Doprawdy, nie miałem ochoty pojawić się w prasie i telewizji jako ofiara bulteriera. Nie pamiętałem, ile ton uścisku ma w szczękach ten brzydal, ale byłem pewien, że wystarczająco dużo, aby zmiażdżyć mi nogę, rękę, a nawet kark. Ale przecież bardzo potrzebowałem pieniędzy. Skoro był tresowany…

– Poznacie się, on zresztą dość szybko nawiązuje nowe znajomości. Jest taki towarzyski. Ma poczucie humoru – kobieta mówiła szybko i trochę bez sensu. Bo niby co to miało znaczyć, że jest towarzyski. Czy można z nim wieczorem wyskoczyć na piwko? Albo że ma poczucie humoru! Co będzie, jeżeli okaże się, że śmiejemy się z zupełnie innych dowcipów?

– Nie jestem przekonany – powiedziałem zgodnie z prawdą.

– Ale nie mówisz „nie”. – Byli zachwyceni. Widocznie musieli już spotkać się z odmową i byli przygotowani na kolejną.

– No – bąknąłem. W mojej sytuacji gotów byłem zaryzykować życie. W ten sposób mogłem przecież odwlec śmierć z głodu o przynajmniej kilka miesięcy. Rewelacja. Mamusia z całą pewnością byłaby ze mnie dumna. Nowa praca: opiekun psa.

Był duży. Wyglądał jak dorodny prosiak, stał na szeroko rozstawionych nogach, wypinał klatę młodego atlety i spoglądał na mnie nieufnie. W jego skośnych czarnych ślepiach maskowała się jakaś dziwna inteligencja. Pomyślałem, że nigdy nie zdołam się zorientować, co kombinuje. Napełniało mnie to pewną obawą, bo miał przecież mięśnie i emanował spokojem i zdecydowaniem. Kiedy stanął pośrodku mojego przedpokoju, zdałem sobie sprawę, że ciężko byłoby go stamtąd ruszyć. Był skupiony i pewny siebie i wyobraziłem sobie, jak musi wyglądać, gdy poirytowany marszczy garbaty nos, pokazując zęby ukryte za brzoskwiniowo-czerwonymi wargami. Zwierzak ma szczęki jak imadło – oceniłem, czując w nogach dziwną miękkość. Marek i Małgorzata stali obok niego, po obu stronach, jak rodzice towarzyszący swojemu dziecku pierwszego dnia w szkole, na piętro przytargali dwa ogromne wory karmy, które teraz zaległy, jeden obok drugiego, w pobliżu drzwi wejściowych.

– To właśnie jest Samson. Poznajcie się.

Mało brakowało, a usłyszałbym zaraz: „Dużo mu o tobie opowiadaliśmy”. W ich małej rodzince najwyraźniej pies odgrywał pierwszoplanową rolę. Pewnie oczekiwali, że się z nim przywitam, ale jakoś nie mogłem zebrać się na odwagę. Bulterier był równie tajemniczy jak Sfinks, nie wiedziałem, czego się mogę po nim spodziewać. A jeżeli mnie ugryzie?

Powoli podszedłem i kucnąłem. Jego potężna morda znalazła się na wysokości mojej twarzy. Pies, nieco zaskoczony, spojrzał na swoich państwa, najpierw na nią, później na niego. Ponieważ wszystko zdawali się akceptować, czekał, w dalszym ciągu nieporuszony. Wyciągnąłem rękę, przyglądając się swoim palcom, lubiłem je, nawet bardzo. On zbliżył do nich swój czarny nos, i poczułem chłód i wilgoć. Wciągnął powietrze i donośnie dmuchnął, raz i jeszcze raz.

– Chyba cię polubił – usłyszałem.

Uznałem, że ocenili całą sytuację nazbyt optymistycznie, na wyrost. Sam fakt, że przy pierwszym spotkaniu pies nie odgryzł mi dłoni, nie świadczył bynajmniej, że odczuwa do mnie sympatię. Pot skroplił mi się na czole i zastanawiałem się, czy zadanie, którego się podjąłem, nie jest ponad moje siły.

Pierwsza wizyta Samsona była szalenie oficjalna, gość honorowy zachowywał się dostojnie, zbadał wszystkie kąty mojego mieszkania, podczas gdy my, ludzie, popijając herbatkę i rozmawiając, uważnie przyglądaliśmy się jego poczynaniom. Pazurki prosiaka skrobały moją podłogę. Pies był ciężki, mógł ważyć ze trzydzieści kilogramów. Gdyby podskoczył, sąsiedzi na dole z całą pewnością odczuliby to wyraźnie. Marek i Gosia mówili o nim bez przerwy, jak bardzo chcieli mieć psa tej rasy, jak długo się starali, aby zdobyć wymarzony egzemplarz. Brzmiało to tak, jakby mówili o upragnionym dziecku. Gdy Samson, znudzony obchodzeniem mieszkania, zdecydował się wreszcie zwalić u ich stóp z donośnym sapnięciem, byli zachwyceni, jakby pokazał jakąś szczególnie skomplikowaną, akrobatyczną sztuczkę. Pies miał – o czym przekonywali mnie z dumą – niezwykle interesujące pochodzenie, wśród jego dziadków był nawet jeden champion, co prawda tylko krajowy, ale czy ma to jakiekolwiek znaczenie? Wszyscy przodkowie od pokoleń dźwigali ciężar zachowania właściwej postawy i charakteru rasy, koligacąc się między sobą niczym przedstawiciele szlacheckich rodów. Błękitna krew płynęła w żyłach Samsona i on, zdaje się, miał tego pełną świadomość. Chciałem wierzyć, że nieobca jest mu również psia dworska etykieta, nakazująca zachowywać się grzecznie, być posłusznym i miłym nawet wówczas, gdy z jakichś powodów będzie miał zły humor. W tym dostrzegałem swoją szansę na ocalenie.

Nasze wzajemne oswajanie miało potrwać dziesięć dni, w tym czasie do mojego mieszkanka przybywały rozmaite akcesoria współlokatora, a więc: kilka misek, kosz pełen zabawek – piłek rozmaitej wielkości, gryzaczków i sznurów – kolejne dwa worki karmy, kilkadziesiąt puszek z wołowiną, rozmaite witaminki, grzebienie do czesania, trochę medykamentów, cążki do obcinania pazurów, ulubiona gąbeczka do kąpieli, specjalny szamponik, kilka ręczniczków, pasta do zębów i dwie szczoteczki, zimowe wdzianko w kolorze khaki, pledzik i poduszeczka, kilka rodzajów kagańców, komplet woreczków na odchody i rozmaite ściereczki. Kochający właściciele nie zaniedbali niczego, pamiętali też o książce dla mnie na temat wychowania bulterierów. Samson jakby czuwał nad swoją przeprowadzką: odwiedzał mnie codziennie i zostawał, gdy oni, Marek i Gosia, celowo opuszczali mieszkanie i jakiś czas siedzieli na schodach. Był grzeczny i zdyscyplinowany, przy pożegnaniu odbierał od nich ciasteczko, które od razu z mlaskaniem połykał. Cofnąwszy się na pokoje, kładł się w pobliżu drzwi prowadzących na korytarz i czekał. Był nadzwyczajnie cierpliwy i w ogóle nie zwraca! na mnie uwagi. W połowie okresu przygotowawczego zacząłem wychodzić z nim na spacery, na początku ciągnął mnie z taką mocą, że obawiałem się wywrotki, lecz przeszkolony przez właścicieli, po jakimś czasie nauczyłem się odpowiednio na to reagować. Oczekiwał tego i zaraz się uspokajał. Odtąd towarzyszył mi wiernie, trzymając się równo lewej nogi. Mogłem być z niego dumny, kiedy szedł obok, dziarsko podrygując kuprem. Był także posłuszny, kiedy nakazywałem mu siadać, warować, podawać łapę. Nie zawsze, ale zazwyczaj. Powiedziano mi wówczas coś, co sprawdzało się wielokrotnie: że bulteriery wykonują polecenia tylko wówczas, gdy same mają na to ochotę.

Wreszcie nadszedł dzień odjazdu. Mieliśmy dużą tremę. Wiedziałem, że klamka zapadła i kiedy oni wyjdą za drzwi, zostanę z psem sam na sam. Oboje kryli wzruszenie, było im ciężko, ściskali się za ręce, mając ochotę pogładzić na pożegnanie grzbiet swego ulubieńca. Kochali go i pomyślałem, że niejedno dziecko chciałoby mieć takich rodziców. Byli wzruszający i mnie również udzielił się nastrój chwili. Prawie zapłakałem. Kiedy wyszli, pies położył się w tym samym, co zawsze, miejscu. Leżał tam niemal bez ruchu do późna w nocy. Jakoś nie mogłem znaleźć sobie zajęcia, nawet nie włączałem muzyki, w ciszy zupełnej tkwiliśmy obok siebie pełni wyczekiwania. Zasnąłem w fotelu, z nogami na niskim stoliku. Właściwie dopiero teraz zdałem sobie sprawę z faktu, jak wiele będzie musiało się w moim życiu zmienić. Miałem psa i związane z nim obowiązki, miałem dziecko, dla którego wciąż nie znajdowałem czasu. Czy zły rodzic może być dobrym opiekunem zwierzęcia? Zastanowiłem się nad tym: „Czy gdyby ktoś płacił mi za bycie od rana do wieczora z własnym dzieckiem, podjąłbym się tego zadania?” Doszedłem do przykrych wniosków. Zdecydowanie nie byłem dobrego mniemania o sobie, i widocznie nie bez racji. Wśród licznych problemów, które uporczywie kolekcjonowałem, pojawił się nowy – jak poradzić sobie z przybyszem.

Samson, kiedy się obudziłem o świcie, raz jeden i tylko przelotnie spojrzał na mnie. Był smutny. Jestem niemal pewien, że rozumiał, co się wydarzyło. Teraz cierpiał na swój psi sposób, ale z godnością. Mógłbym się od niego sporo nauczyć, bo mimo dojrzałego wieku wciąż byłem emocjonalnie nieustabilizowany, gotów przeklinać swój los i nic z tym nie robić. Przelotnie rzucone w przestrzeń kosmiczną – kurwa, zapalony papieros, piwo – to wszystko, na co mnie było stać.

Popatrzyłem na Samsona i powiedziałem:

– Teraz jesteś moim jedynym żywicielem.

Wybrałem się na spacer i spoglądając na ściany mijanych domów, wystawy sklepów i mknących skądś dokądś ludzi, myślałem: „Nie jest źle. Potrzebuję tak niewiele, aby czuć się zadowolonym z siebie. Zero ambicji, i dlatego zero osiągnięć. Czysta kartka, metr papieru toaletowego. Cały ja”.

Zaczęliśmy wspólne życie. Pierwszy miesiąc pozwolił nam się lepiej poznać. Byliśmy bardzo różni od siebie, i było to dla mnie nie tylko ciekawe, ale na swój sposób kształcące. Pies pilnował swoich spacerów, według jego pór wyjścia można by regulować zegarek – dziewiąta rano, piętnasta po południu i dwudziesta pierwsza. Trzy razy siku i jedna kupa – tak samo każdego dnia. Swoją karmę pożerał z głośnym mlaskaniem, chłepcąc wodę, oblewał sobie tylne łapy. Dopóki mu ich nie wytarłem, nie ruszał się z miejsca. Podobnie gdy wracaliśmy do domu po spacerze, kiedy padało.

Nadzwyczajnie opanowany, ignorował mnie przez długi czas, większość dnia przesypiając w swoim ulubionym miejscu. Nie przynosił zabawek, które bezużyteczne leżały w jego kolorowym koszyku. Najwidoczniej uważał, że nie zasłużyłem sobie na taki przywilej. Postanowiłem dać mu czas, mnie się nigdzie nie spieszyło.Każdy bulik to wybitna osobowość, absolutnie niepowtarzalna i w pełni ukształtowana, rodzą się dokładnie tak jak ludzie, z charakterem, który potem ulega nieznacznym tylko modyfikacjom. Przywiązane do swoich naturalnych skłonności, niezwykle rzadko rezygnują z tego, na czym naprawdę im zależy. Są uparte jak osiołki, do których są niekiedy porównywane, zwłaszcza przez dzieci. Widzieliście na pewno ilustracje do książki A.A. Milne'aPrzygody Kubusia Puchatka