Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 262 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bukareszt. Kurz i krew - Małgorzata Rejmer

"Bukareszt (...) jest jak wrzątek albo kipiel, wzburzony i zmętniały. (...) Atrybuty miasta: czarne kłęby przewodów na słupach jak gniazda porzucone przez ptaki, atmosfera rozkopania i prowizorki obok bankietów w sklepowych witrynach, przeszywający zapach lip i rozgniecionych winogron. Elegancja architektury z zamierzchłego świata. Stukot rozchybotanych tramwajów, klaksony rozwścieczonych taksówek na sekundę przed stłuczką. Zaśpiew cygańskich dzieci i staruszek włóczących się w pobliżu niezliczonych kwiaciarni, które prowadzą matki tych dzieci i córki tych staruszek. Wszędzie psy jak czarne i szare tobołki porzucone przez kogoś, kto bardzo się spieszył."

Zapytałam przyjaciół, co jest pięknego w Bukareszcie. Odpowiedzieli:

Bukareszt jest jak ciastko kupowane w niedzielę, niby czekoladowe i słodkie, ale z gorzką polewą. Nie znajdzie się tu łatwego piękna.

Bezwstyd, histeria stylu, fasadowość. Przy Bukareszcie każde europejskie miasto wydaje się tak statyczne, że aż nudne.

Dostałam też zdjęcie: nogi w czarnych rajtuzach i kolorowych skarpetkach, wetknięte do plastikowego kosza. Nurkujący manekin, który chce się utopić w śmieciach. I dopisek: "Trzeba na siłę wymyślać, co jest w Bukareszcie pięknego, a i tak się umiera z tęsknoty".

Małgorzata Rejmer

Opinie o ebooku Bukareszt. Kurz i krew - Małgorzata Rejmer

Fragment ebooka Bukareszt. Kurz i krew - Małgorzata Rejmer

Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA /PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KA

Fo­to­gra­fia na okład­ce © by AN­DREI PAN­DE­LEFo­to­gra­fia Au­tor­ki © by SŁA­WO­MIR KLIM­KOW­SKI

Co­py­ri­ght © by MAŁ­GO­RZA­TA REJ­MER, 2013

Re­dak­cja TO­MASZ ZA­JĄC Re­dak­cja me­ry­to­rycz­na PROF. KA­ZI­MIERZ JUR­CZAKKo­rek­ty MAG­DA­LE­NA MRO­ŻEK / D2D.PL, ZU­ZAN­NA SZA­TA­NIK / D2D.PL

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny i re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ /D2D.PLSkład ZU­ZAN­NA SZA­TA­NIK / D2D.PL

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: MI­CHAŁ LA­TU­SEK / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

Tek­sty Ko­ły­ski i trum­ny, Sztu­ka zni­ka ze śmiet­ni­ka, Gro­bo­wiec ru­muń­skie­go boga i Dwa­dzie­ścia czte­ry lata po po­wsta­ły dzię­ki sty­pen­dium Mi­ni­stra Kul­tu­ry i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­we­go.

ISBN 978-83-7536-658-7

Kurz i krew

Było go­rą­co do obłę­du, gdy przy­je­cha­łam tu po raz pierw­szy. Mia­sto wy­sy­sa­ło śli­nę i pot, samo wy­schnię­te na wiór, z traw­ni­ko­wą pre­rią prze­żół­kłej tra­wy, zsza­rza­łą zie­mią, po­pę­ka­ną od su­cho­ści, z ko­ry­ta­rza­mi spo­pie­la­łe­go be­to­nu. Sta­łam na pla­cu Świę­te­go Grze­go­rza, w miej­scu, któ­re po­tem, na mo­jej pry­wat­nej ma­pie, sta­nie się ser­cem Bu­ka­resz­tu, i ob­ser­wo­wa­łam ko­lej­ne krę­gi bul­wa­rów Ma­ghe­ru i Băl­ce­scu, krę­go­słu­pa mia­sta. Nic z tego nie ro­zu­mia­łam. Cią­gi nad­szarp­nię­tych bu­dyn­ków jak po­wy­bi­ja­ne i ukru­szo­ne zęby w szczę­ce, z den­ty­stycz­ną ni­cią ka­bli, któ­re lśni­ły w słoń­cu, opla­ta­jąc uli­ce jak pa­ję­czy­na lub wstąż­ka. Bu­dyn­ki wy­glą­da­ły, jak­by wła­śnie zrzu­ca­ły skó­rę, jak­by całe mia­sto łusz­czy­ło się i prze­po­czwa­rza­ło, i tyl­ko gdzie­nieg­dzie spod sta­rej łu­ski wy­zie­ra­ło nowe i gład­kie.

Nie bar­dzo po­do­ba mi się nowe. Wolę sta­re war­stwy, z któ­rych skła­da się Bu­ka­reszt, i to ru­muń­skie nie­okieł­zna­nie, któ­re od za­wsze zwo­dzi sys­tem. Tam­te­go lata 2009 roku au­to­bu­sy raz po raz wy­wo­żą mnie na ru­bie­że, bo na przy­stan­kach nie ma żad­nych in­for­ma­cji ani roz­kła­dów jaz­dy. Po­zna­ję przed­mie­ścia, gdzie wszyst­ko jest tym­cza­so­we i złach­ma­nia­łe. Przy­sia­dam na kra­węż­ni­ku i za­sta­na­wiam się, czy ja­kimś cu­dem poj­mę ten cha­os, tę bez­ład­ną struk­tu­rę, któ­ra wy­rzu­ca mnie na obrze­ża. Ist­nie­ją prze­cież re­gu­ły gry, któ­rych nie znam. Czu­ję ogrom mia­sta i jego pod­upa­dłą po­tę­gę pod­szy­tą sza­leń­stwem.

Bu­ka­reszt jest dla mnie trze­wio­wy, in­stynk­tow­ny i nie­lo­gicz­ny. Jest jak wrzą­tek albo ki­piel, wzbu­rzo­ny i zmęt­nia­ły. Przez głów­ne ar­te­rie leje się stru­ga sa­mo­cho­dów, kil­ka kro­ków da­lej, w bocz­nych ulicz­kach, śpią sta­re wil­le o wy­mar­łych ogro­dach i ka­mie­nie­je ci­sza. Atry­bu­ty mia­sta: czar­ne kłę­by prze­wo­dów na słu­pach jak gniaz­da po­rzu­co­ne przez pta­ki, at­mos­fe­ra roz­ko­pa­nia i pro­wi­zor­ki obok ban­kie­tów w skle­po­wych wi­try­nach, prze­szy­wa­ją­cy za­pach lip i roz­gnie­cio­nych wi­no­gron. Ele­gan­cja ar­chi­tek­tu­ry z za­mierz­chłe­go świa­ta. Stu­kot roz­chy­bo­ta­nych tram­wa­jów, klak­so­ny roz­wście­czo­nych tak­só­wek na se­kun­dę przed stłucz­ką. Za­śpiew cy­gań­skich dzie­ci i sta­ru­szek włó­czą­cych się w po­bli­żu nie­zli­czo­nych kwia­ciar­ni, któ­re pro­wa­dzą mat­ki tych dzie­ci i cór­ki tych sta­ru­szek. Wszę­dzie psy jak czar­ne i sza­re to­boł­ki po­rzu­co­ne przez ko­goś, kto bar­dzo się spie­szył. Czu­ję Bu­ka­reszt ja­kąś pod­świa­do­mą stro­ną swo­jej na­tu­ry, ale chcę wię­cej, chcę go jesz­cze zro­zu­mieć.

Więc wra­cam. Przez dwa lata moje ży­cie to po­wro­ty do Bu­ka­resz­tu. Dwo­rzec Gara de Nord albo lot­ni­sko Oto­pe­ni. Cza­sem ra­dość na wi­dok wszyst­kie­go, co wy­da­je mi się tak zna­jo­me, jak­by było moje, cza­sem nie­mra­wość, a cza­sem po­czu­cie bez­sen­su. Ja­kieś tru­mien­ne po­cią­gi, roz­kle­ko­ta­ne au­to­bu­sy, obo­jęt­ne sa­mo­lo­ty. Słoń­ce czer­wo­ne i krą­głe jak rana wlo­to­wa. Pu­sta i pła­ska zie­mia. Wspo­mnie­nie gór. Po­wie­trze sztyw­ne od mro­zu. Tak­sów­ki mkną­ce nocą przez mia­sto, gdy pod koła rzu­ca­ją się psy, osza­la­łe z roz­pa­czy i zło­ści. Jadę za­wsze tą samą tra­są, wiem, co zo­ba­czę po dro­dze: roz­sia­ne su­per­mar­ke­ty, rdze­wie­ją­ce ław­ki na przy­stan­kach, sta­ry do­mek z ła­wecz­ką. Nę­dzę przed­mieść i ich bo­gac­two. Fon­tan­nę Mio­ri­ţa, czy­li Ja­gniąt­ko, na cześć naj­słyn­niej­szej ru­muń­skiej bal­la­dy, po­chwa­ły po­kor­nej śmier­ci. Łuk Trium­fal­ny, sym­bol trud­nych i dum­nych lat trzy­dzie­stych. Na Pia­ţa Vic­to­riei tak­sów­ka skrę­ca w bul­war Şte­fan cel Mare, a Bu­ka­reszt sta­je się bar­dziej la­bi­ryn­to­wy i okrut­ny, po­ra­ża zde­ge­ne­ro­wa­niem ar­chi­tek­tu­ry z uro­jeń Ce­au­şe­scu.

A po­tem tak­sów­ka wjeż­dża w jed­ną z bocz­nych uli­czek Pia­ţa Mun­cii i wszyst­ko kar­ło­wa­cie­je. Da­lej sa­mo­chód nie po­je­dzie. Idę niby-ulicz­ką, któ­rej nie ma na­wet na ma­pach Go­ogle’a, mimo że znaj­du­je się w cen­trum mia­sta. Stą­pam po ubi­tej zie­mi, po szcząt­ko­wym chod­ni­ku przy­po­mi­na­ją­cym ko­ści roz­rzu­co­ne po kle­pi­sku. Wo­kół drew­nia­ne pło­ty po­ro­śnię­te wi­no­ro­ślą, a na pło­tach koty. Wcho­dzę do ma­łe­go domu, gdzie mam swój po­kój na pod­da­szu, cały w bo­aze­rii, po­kój, do któ­re­go za­wsze mogę wró­cić. Tak mówi Co­smin, wła­ści­ciel tego domu, któ­ry od wie­lu lat stu­diu­je psy­cho­lo­gię i któ­re­mu nig­dy się nie spie­szy.

W swo­jej hi­sto­rii piel­grzy­mek do Bu­ka­resz­tu nie za­wsze mam tyle szczę­ścia, co z Co­smi­nem, któ­ry go­ścił pod swo­im da­chem wszel­kiej ma­ści włó­czę­gów, roz­bit­ków i ar­ty­stów ży­cia i ni­cze­mu się nie dzi­wi. Kie­dy przy­jeż­dżam po raz pierw­szy, żeby się za­gnieź­dzić, cią­gnę ze sobą czer­wo­ną wa­li­zę peł­ną ubrań, stert no­ta­tek z ru­muń­ski­mi słów­ka­mi typu „si­to­wie” i „szcze­li­na” i ak­ce­so­riów do or­ga­ni­zo­wa­nia nor­mal­no­ści. Z ową wa­liz­ką do­peł­zam na uli­cę Tran­sy­lva­niei, pod znisz­czo­ną wil­lę w ko­lo­rze wy­bro­czyn, gdzie na pół­to­ra mie­sią­ca mam miło za­miesz­kać. Beł­ko­czę po ru­muń­sku, że bar­dzo się cie­szę, ale Pa­tri­cia, dziew­czy­na zaj­mu­ją­ca się do­mem, prze­sta­wia mnie na an­giel­ski i w at­mos­fe­rze nie­ja­kiej ner­wo­wo­ści, któ­rej źró­dło za­raz po­znam, pro­wa­dzi do je­li­to­wej klat­ki scho­do­wej, gdzie moja wa­liz­ka le­d­wo się mie­ści. Krę­cę się w kół­ko po wą­skich, spi­ral­nych scho­dach – i oto je­stem.

Po­kój szes­na­sto­me­tro­wy z ogło­sze­nia skur­czył się do czte­rech me­trów kwa­dra­to­wych, ma dłu­gość łóż­ka i sze­ro­kość łóż­ka, szaf­ki i ma­łe­go biur­ka. Izba nie po­sia­da okna, za­le­d­wie luf­cik, a wszyst­kie przed­mio­ty wo­kół są sta­re i mar­twe albo zgni­łe i ze­psu­te.

Wo­łam Pa­tri­cię sło­wa­mi: „halo”, „jak to?”, „tak być nie może”, tym­cza­sem Pa­tri­cia uwa­ża, że wszyst­ko jest w po­rząd­ku.

– Za te pie­nią­dze – oznaj­mia z dys­tyn­go­wa­nym bry­tyj­skim ak­cen­tem – na pew­no nie znaj­dziesz ni­cze­go lep­sze­go.

Pół­to­ra mie­sią­ca w re­aliach moł­daw­skie­go wię­zie­nia ma mnie kosz­to­wać trzy­sta euro.

– Ale – ła­go­dzi Pa­tri­cia – mo­żesz ko­rzy­stać z ła­zien­ki i kuch­ni, one są nor­mal­ne.

Roz­glą­dam się po domu; jest sta­ry, za­ka­mar­ko­wy i pu­sty, jak­by wy­naj­mo­wa­ło go wie­le zmar­łych osób.

Za­my­kam za sobą za­rdze­wia­łą furt­kę i sta­ję na środ­ku chod­ni­ka. Na­praw­dę tu je­stem, w Bu­ka­resz­cie. Idę przed sie­bie wą­ski­mi, me­an­dru­ją­cy­mi ulicz­ka­mi, nie wiem do­kąd. Jest ko­niec paź­dzier­ni­ka, ale tem­pe­ra­tu­ra do­cho­dzi do trzy­dzie­stu stop­ni, a wi­no­rośl na pło­tach i ogro­dze­niach jesz­cze nie za­czę­ła się czer­wie­nić.

Sia­dam w knaj­pie, za­ma­wiam piwo si­lva bru­na, moc­ne i słod­ka­we, i wy­sy­łam kil­ka bez­rad­nych ma­ili. Za­raz ktoś się od­zy­wa, że ktoś ko­goś zna, ktoś chęt­nie po­mo­że, i tak tra­fiam do miesz­ka­nia w dziel­ni­cy Dru­mul Ta­be­rei. Wszyst­ko mi się tu po­do­ba, mam wy­god­ny po­ko­ik pe­łen ksią­żek, mnó­stwo zbyt­kow­nych przed­mio­tów, jak lam­pa i lu­stro, do­brze tu żyć. Mam też współ­lo­ka­to­rów: ona, Oana, sprze­da­je sma­żo­ne kur­cza­ki, jest nie­du­ża i mówi wy­so­kim gło­sem, on, Mi­hai, jest ochro­nia­rzem po­kry­tym gę­stą szcze­ci­ną wło­sów i spra­wia wra­że­nie, jak­by od­bie­rał bodź­ce w try­bie nie­spiesz­nym.

– A ona to ja­kaś pi­sar­ka – mówi Oana do są­siad­ki sto­ją­cej w drzwiach. – Z Pol­ski. Nic nie ro­zu­mie po ru­muń­sku.

– Nic? – pyta są­siad­ka.

– Nie – od­po­wia­da Oana. – Nic.

Po­tem na swo­jej bia­łej po­ście­li znaj­du­ję dłu­gi, czar­ny włos Oany, któ­ry zaj­mu­je całe łóż­ko. Za­czy­nam szu­kać no­we­go miej­sca i tra­fiam na dru­gi ko­niec Bu­ka­resz­tu, na Pia­ţa Mun­cii, gdzie wy­naj­mu­ję po­kój u Tom­ka, w miesz­ka­niu na ósmym pię­trze. Gdy sta­ję w oknie, wi­dzę po­tęż­ne wil­le z lat trzy­dzie­stych, któ­re nic a nic się nie ze­sta­rza­ły, i sza­re ścia­ny blo­ko­wisk z koń­ca lat osiem­dzie­sią­tych, któ­re wy­glą­da­ją, jak­by za­raz mia­ły ru­nąć.

Ale mój ostat­ni przy­sta­nek bę­dzie po dru­giej stro­nie uli­cy, u Co­smi­na, tam, gdzie mia­sto spla­ta się ze wsią, gdzie za szpa­le­ra­mi blo­ków pło­żą się dom­ki i do­bu­dów­ki. Cały Bu­ka­reszt jest taki. Pia­ţa Uni­rii – ry­czą­ca wście­kle Azja, Ca­lea Vic­to­riei – Pa­ryż i szyk wśród błot­ka. Wy­star­czy jed­nak za­pu­ścić się głę­biej w bocz­ne uli­ce i oto ob­ja­wia się wieś: krą­żą ko­bie­ty w chu­s­tach i cy­gań­skie dzie­ci, psy wa­łę­sa­ją się na dzie­dziń­cu cer­kwi, kury dzio­bią w pia­chu. Mia­sto pod­da­je się pe­ry­fe­riom, po­chy­la­ją się ni­sko gło­wy wie­żow­ców.

Nie osta­ło się nic, co mo­gło­by opo­wie­dzieć o ma­łej wo­ło­skiej osa­dzie sprzed sze­ściu­set lat, któ­ra póź­niej zo­sta­ła sto­li­cą Ru­mu­nii. Po­dob­no w XV wie­ku re­zy­do­wał tu sam Wład Pa­low­nik, ten słyn­ny wo­ło­ski ho­spo­dar, któ­re­go wszy­scy po­są­dza­ją o by­cie wam­pi­rem, a któ­ry po pro­stu lu­bił pa­trzeć, jak świat pło­nie. Jak wie­le se­tek osób umie­ra jed­no­cze­śnie i bar­dzo po­wo­li. Wy­star­czy na­bić je na pal. A po­tem usta­wić las pali. Moż­na stać się dia­błem, któ­ry ma wła­sne pie­kło.

Tur­cy, któ­rzy ob­ję­li wła­dzę nad Moł­da­wią i Wo­łosz­czy­zną, po­sta­wi­li spra­wę ja­sno: żad­nych mu­rów i twierdz, Bu­ka­reszt nie może się bro­nić. Więc mia­sto roz­ra­sta­ło się tak, jak chcie­li jego miesz­kań­cy, nie mia­ło po­cząt­ku ani koń­ca. Prze­strzeń nie pod­le­ga­ła żad­nym ogra­ni­cze­niom, każ­dy mógł mieć ogród, a w nim kury i kro­wy. Trud­no było stwier­dzić, czy Bu­ka­reszt to małe mia­sto, czy wiel­ka wieś.

Ru­mu­ni nie przy­wią­zy­wa­li się do prze­szło­ści, bez żalu bu­rzo­no sta­re pa­ła­ce, cer­kwie, cha­łu­py i za­jaz­dy. Na bez­kre­snych wo­ło­skich po­lach i w la­sach nie było ka­mie­nia, więc domy bu­do­wa­no z drew­na, a drew­no ła­two sta­wa­ło w ogniu. Co kil­ka­dzie­siąt lat stra­wio­ny pło­mie­nia­mi Bu­ka­reszt od­ra­dzał się z po­pio­łów, za każ­dym ra­zem inny.

Ry­zy­ko i tym­cza­so­wość są wpi­sa­ne w ży­cie tego mia­sta. Raz na kil­ka de­kad trzę­sie­nie zie­mi czy­ści prze­strzeń ze sła­bo­wi­tych obiek­tów i lu­dzi, któ­rzy nie mają szczę­ścia. Ale pył, kurz i krew da­dzą się zmyć, brud da się zdra­pać i już moż­na na­kła­dać nową war­stwę, nową ma­skę, prze­bie­rać się i przy­własz­czać, po­ży­czać toż­sa­mo­ści. W daw­nym Bu­ka­resz­cie mie­sza­ją się wpły­wy ru­muń­skie, ży­dow­skie, or­miań­skie i tu­rec­kie. Od XVII wie­ku wo­ło­scy ho­spo­da­ro­wie mogą rzą­dzić tyl­ko na krót­kiej smy­czy tu­rec­kich suł­ta­nów, a póź­niej, gdy pró­bu­ją za­wal­czyć o więk­szą wol­ność, wła­dzę nad księ­stwa­mi Moł­da­wii i Wo­łosz­czy­zny obej­mu­ją kor­ni fa­na­rio­ci, grec­cy na­miest­ni­cy suł­ta­nów.

Gdy w XIX wie­ku Tur­cja tra­ci na zna­cze­niu, Bu­ka­reszt po­rzu­ca tur­ba­ny i po­włó­czy­ste sza­ty i wkła­da kry­no­li­ny i sur­du­ty wy­kro­jo­ne we­dług pa­ry­skich żur­na­li. W koń­cu, stwier­dza­ją Ru­mu­ni, je­ste­śmy po­tom­ka­mi ce­sa­rza Tra­ja­na i rzym­skich le­gio­ni­stów, je­ste­śmy ła­ciń­ską wy­spą na mo­rzu sło­wiańsz­czy­zny. Ru­mu­ni chcie­li­by, żeby przy­po­mniał so­bie o nich sta­ry rzym­ski oj­ciec, a pod skrzy­dła wzię­ła nie­czu­ła mat­ka Fran­cja. Kie­dy Moł­da­wia i Wo­łosz­czy­zna wresz­cie się jed­no­czą, ru­muń­scy bo­ja­rzy za­czy­na­ją roz­glą­dać się za od­po­wied­nim wład­cą. Nie­miec bę­dzie w sam raz, uzna­ją, i skła­da­ją Ka­ro­lo­wi Ho­hen­zol­ler­no­wi pro­po­zy­cję nie do od­rzu­ce­nia. W no­wym pań­stwie, któ­re na­zwa­no Ru­mu­nią, Ka­rol I za­pro­wa­dza pru­skie po­rząd­ki, a wiel­ka wieś Bu­ka­reszt prze­obra­ża się w mały Pa­ryż.

A po­tem wy­bu­cha I woj­na świa­to­wa, któ­ra zo­sta­wia na ma­pie dum­ną Wiel­ką Ru­mu­nię – peł­ną mniej­szo­ści na­ro­do­wych bom­bę z opóź­nio­nym za­pło­nem. A po­tem wy­bu­cha wiel­ka woj­na dru­ga i Ru­mu­nia wije się jak pi­skorz – mały kraj w po­trza­sku, któ­ry za wszel­ką cenę pró­bu­je co­kol­wiek ugrać: naj­pierw mor­du­je u boku Hi­tle­ra, po­tem zdra­dza go dla Związ­ku Ra­dziec­kie­go. W koń­cu ko­mu­ni­stycz­ny Bu­ka­reszt zgi­na kark przed Ni­co­lae Ceau­şe­scu, szew­cem z Ol­te­nii. Pod czuj­nym okiem Ojca Na­ro­du nowy czło­wiek ru­muń­ski bu­du­je nową sto­li­cę, któ­ra przy­wdzie­wa be­to­no­wy ko­stium ko­mu­ni­stycz­nej Azji. Bu­ka­reszt zmie­nia po­stać i zmie­nia się cała Ru­mu­nia.

Opusz­czam dom Co­smi­na, idę przez skra­wek wsi wą­ski­mi ulicz­ka­mi i wcho­dzę w gwar mia­sta. Przede mną cią­gnie się bul­war De­ce­ba­la z wy­so­ką za­bu­do­wą w sty­lu orien­tal­ne­go ba­ro­ku gu­sto Ce­au­şe­scu, z mi­go­ta­niem neo­nów i osten­ta­cyj­nym, ta­nim luk­su­sem ka­wiar­ni i knajp. Gdzieś po­śród bo­aze­rii, ta­pi­se­rii i szarf zwi­sa­ją­cych z su­fi­tu bun­kru­je się za­zwy­czaj wła­ści­ciel ta­kie­go przy­byt­ku, z sza­ra­wym wą­sem, sza­rą twa­rzą i w po­pie­la­tym tu­rec­kim swe­trze w czar­ny wzo­rek. Nic nie jest ta­kie, jak być po­win­no, my­śli męż­czy­zna, i dla­te­go kawa kosz­tu­je tu dwa­dzie­ścia lei, a na je­dze­nie o sma­ku pa­pie­ru i wo­do­ro­stów stać tyl­ko garst­kę biz­nes­me­nów i ma­fio­sów. Przy­byt­ki na­zy­wa­ją się nie po ru­muń­sku i uda­ją, że są prze­szcze­pio­ną z Las Ve­gas je­dwa­bi­stą tkan­ką na peł­nym wrzo­dów i bur­chli, po­ra­nio­nym cie­le Bu­ka­resz­tu. Tkan­ka uda­je je­dwab, bo Ru­mu­ni od da­wien daw­na ko­cha­ją luk­sus i jego po­zo­ry. Wszyst­ko, co chce się po­do­bać, jest w kon­wen­cji se­lect i de lux, ale lam­pio­ny, pla­sti­ko­we ży­ran­do­le i alu­mi­nio­we sztuć­ce zdra­dza­ją, że mamy do czy­nie­nia z atra­pą bo­gac­twa, z od­święt­nie ubra­ną mar­no­ścią.

Na uli­cy rze­czy­wi­stość wra­ca na roz­chy­bo­ta­ne tory. Snu­ją się psy, pod pie­kar­nią wy­sta­ją znu­że­ni sta­rusz­ko­wie. Wzdłuż kra­węż­ni­ka cią­gnie się nie­ru­cho­my sznur żół­tych tak­só­wek, przy­kry­tych ko­żu­chem pyłu i ku­rzu. Co­dzien­nie, idąc do skle­pu albo na przy­sta­nek, mi­jam ten sam wy­ra­sta­ją­cy z zie­mi krzyż. Wy­glą­da, jak­by miał sto lat, a prze­cież po­sta­wio­no go dwa­dzie­ścia czte­ry lata temu, za­raz po re­wo­lu­cji. Ktoś tu­taj zgi­nął, na środ­ku uli­cy. Może strze­lał do nie­go żoł­nierz. A może zwy­kły Ru­mun. Może zgi­nął od za­błą­ka­nej kuli, a może ktoś sta­ran­nie wy­ce­lo­wał w jego ser­ce i do­pie­ro po­tem po­cią­gnął za spust.

KOMUNIZMZŁOTO I BŁOTO

Rumuńska bajka

„A fost oda­tă ca ni­cio­da­tă” – tak za­czy­na­ją się ru­muń­skie baj­ki. Daw­no, daw­no temu było tak, jak nig­dy nie było.

I była so­bie kra­ina po­ro­śnię­ta zru­dzia­ły­mi tra­wa­mi, krwi­sty­mi ma­ka­mi i zmę­czo­ny­mi sło­necz­ni­ka­mi, któ­rych sczer­nia­łe, nad­pa­lo­ne słoń­cem gło­wy opa­da­ły ku zie­mi. W kra­inie pust­ki naj­szczę­śli­wiej mia­ła się nę­dza. By­wa­ło tak, że dzie­ci przy­cho­dzi­ły na świat zbyt wą­tłe, by unieść cię­żar ży­cia, i nim zdą­ży­ły za­czerp­nąć od­de­chu, za­bie­ra­ła je śmierć. Nig­dzie nie umie­ra­ło się tak ła­two jak tam.

A jed­nak – może na prze­kór śmier­ci, a może by spra­wić jej przy­jem­ność – drob­ne ko­bie­ty ro­dzi­ły co roku jak owo­cu­ją­ce drze­wa. Ich brzu­chy na­brzmie­wa­ły od roz­ra­sta­ją­ce­go się ży­cia i przy­bie­ra­ły kształt ar­bu­zów. Ich ręce były po­ro­wa­te jak kora i twar­de jak ka­mie­nie na po­lnych dro­gach.

Ci­szy łąk od­po­wia­da­ły har­mi­der wio­sek, bi­cie dzwo­nów, be­cze­nie owiec. W ma­łych bia­łych do­mach miesz­ka­li lu­dzie o twa­rzach ściem­nia­łych od słoń­ca. Przed gan­ka­mi ze zsza­rza­łe­go drew­na ko­ły­sa­ły się bia­łe, wy­smu­kłe gęsi. Mię­dzy nimi ba­wi­ły się dzie­ci.

Wśród nich snuł się chło­piec, któ­ry nie róż­nił się ni­czym od in­nych chłop­ców. Był może tro­chę bar­dziej upar­ty. Tro­chę bar­dziej mil­czą­cy. Tro­chę bar­dziej nie­spo­koj­ny. Wy­plu­wał z sie­bie sło­wa, jak­by miał w ustach żwir. Gdy chciał po­wie­dzieć całe zda­nie, szyb­ko się za­ci­nał i milkł. Na szczę­ście nikt go o nic nie py­tał i nikt nie zwra­cał na nie­go uwa­gi, bo chło­piec miał jesz­cze dzie­się­cio­ro ro­dzeń­stwa, wię­cej niż było owiec w go­spo­dar­stwie. W dwu­izbo­wej chat­ce dzie­ci spa­ły jed­no przy dru­gim, na drew­nia­nych ła­wach wy­ście­ła­nych ko­ca­mi. Oj­ciec był awan­tur­ny i gło­śny, ży­cie wy­my­ka­ło mu się z rąk, więc pił co­raz wię­cej, żeby so­bie ra­dzić. Mama była ci­cha i nie­obec­na, pra­co­wa­ła ca­ły­mi dnia­mi, jak wszyst­kie ko­bie­ty na wsi.

Chło­piec miał dzie­sięć lat, gdy zro­zu­miał, że musi odejść. W szko­le mu nie szło, a zresz­tą ani licz­ba­mi, ani li­te­ra­mi nie moż­na się na­jeść. Ze wsi, w któ­rej miesz­kał, do sto­li­cy kra­ju było sto sześć­dzie­siąt ki­lo­me­trów. Da­le­ko, lecz gdy ktoś wie, że nie ma do­kąd wra­cać, po pro­stu idzie przed sie­bie.

Mia­sto jest roz­le­głe jak ty­siąc wsi, z wiel­ki­mi cer­kwia­mi i do­ma­mi jak pa­ła­ce; bo­ga­ci mogą tam wejść i ku­pić przed­mio­ty, któ­rych chło­piec nie po­tra­fi na­wet na­zwać. W nocy Bu­ka­reszt sre­brzy się świa­tła­mi i tyl­ko naj­mniej­sze ulicz­ki zna­ją ciem­ność wsi. Tam, gdzie sto­ją skar­la­łe, zdob­ne dom­ki o du­żych ogro­dach, gdzie pasą się gęsi i świ­nie, a ko­bie­ty no­szą wia­dra z wodą, tam jest ka­wa­łek świa­ta, któ­ry chło­piec zna. Ale Bu­ka­reszt to set­ki róż­nych świa­tów. Na­wet do miesz­ka­nia jego do­ro­słej sio­stry, któ­ra go przy­gar­nę­ła, pro­wa­dzi klat­ka scho­do­wa z cięż­ki­mi, sze­ro­ki­mi scho­da­mi o gład­kich po­rę­czach. Chło­piec tra­fia do za­kła­du szew­skie­go. Ma się na­uczyć, jak ro­bić buty – buty na chłop­skie, zmę­czo­ne sto­py, na twar­de, spę­ka­ne pię­ty.

W Ru­mu­nii mówi się „klnie jak do­roż­karz”, a w Pol­sce „klnie jak szewc”, jed­no nie wy­klu­cza dru­gie­go. Sta­ry szewc uwa­żał, że Ru­mu­nię, ten nędz­ny kraj ta­nich sprze­daw­czy­ków i wy­pin­drzo­nych ku­rew, może zba­wić tyl­ko nowa wła­dza. Cza­sem opo­wia­dał o tym chłop­cu, a chło­piec słu­chał go w mil­cze­niu. W kra­ju pa­no­wał król. Szewc nie lu­bił kró­la i chło­piec też go nie lu­bił.

– Oj, co ci się w tej gło­wie ko­tłu­je – wzdy­cha­ła sio­stra. – No po­wiedz, co z cie­bie wy­ro­śnie?

Pew­ne­go razu chło­piec po­wie­dział jej:

– Będę ru­muń­skim Sta­li­nem.

Sio­stra wy­buch­nę­ła śmie­chem.

– Zno­wu ci szewc bzdur na­ga­dał?

Lecz chło­piec stał przed nią nie­wzru­szo­ny i chmur­ny.

Lu­bił szewc tego chłyst­ka. Po­do­ba­ło mu się, że le­d­wo gów­niarz od­rósł od zie­mi, a taki jest upar­ty. ­Moż­na było na nim po­le­gać, więc szewc cza­sem wrę­czał mu pa­kun­ki.

– Pa­mię­taj, nie ma cię, nikt cię nie wi­dzi. Bie­gniesz, ile sił w tych two­ich no­gach-pa­ty­kach. Jak cię zła­pią – nie wiesz, o co cho­dzi. Bę­dziesz nie­ostroż­ny, to nas po­sa­dzą.

Chło­pak parę razy umknął po­li­cji, ale był za bar­dzo na­rwa­ny, rzu­cał się jak ryba wy­rzu­co­na na brzeg. Le­d­wo skoń­czył pięt­na­ście lat, a już w cza­sie straj­ku tak gar­dło­wał na uli­cy o ry­chłym zwy­cię­stwie so­cja­li­zmu, że go wsa­dzi­li. Po­tem było z gór­ki: gdzieś pro­te­sto­wał – krat­ki; gdzieś coś za­no­sił – krat­ki; roz­da­wał ko­mu­ni­stycz­ne bro­szu­ry – krat­ki.

– Gno­ju, zgni­jesz w pier­dlu – mó­wi­li straż­ni­cy, trza­ska­jąc drzwia­mi celi.

Kraj go­to­wał się w ogniu fa­szy­stow­skich ha­seł: „Ru­mu­nia dla Ru­mu­nów!”, „Wiel­ka Ru­mu­nia!”, „Precz z Ży­da­mi!”. A chło­pak jeź­dził po kra­ju z tor­ba­mi peł­ny­mi ulo­tek. Na­mie­rzy­li go szyb­ko, agi­ta­to­ra i bun­tow­ni­ka. Kie­dy wy­bu­chła woj­na, a do Bu­ka­resz­tu wkro­czył We­hr­macht, chło­pak grał ze zło­dzie­jasz­ka­mi w sza­chy. Król Ka­rol II ab­dy­ku­je – gnoj­ka tłu­ką w cia­snej celi w Ji­la­vie. Ru­muń­scy żoł­nie­rze wy­krwa­wia­ją się pod Sta­lin­gra­dem, a on zno­wu w ciu­pie. A po­tem wiel­ki prze­wrót, fa­szy­stow­ski rząd zo­sta­je oba­lo­ny, Ru­mu­nia prze­cho­dzi w ręce Sta­li­na – i ten chły­stek, któ­ry w nic tak nie wie­rzy jak w so­cja­lizm, wy­cho­dzi na wol­ność.

I wspi­na się po stop­niach po­li­tycz­nej ka­rie­ry. Za­wsze na dru­gim pla­nie, od­da­ny se­kre­ta­rzo­wi ge­ne­ral­ne­mu Ghe­or­ghiu-De­jo­wi, nie rzu­ca się w oczy. Ani wy­kształ­co­ny, ani szcze­gól­nie bły­sko­tli­wy. Mier­ny i wier­ny. Ide­al­ny. Ła­two bę­dzie nim ste­ro­wać, uzna­ją ci na sa­mej gó­rze i po śmier­ci Ghe­or­ghiu-Deja na­masz­cza­ją go na sta­no­wi­sko pierw­sze­go se­kre­ta­rza.

I tak bo­so­no­gi chło­pak ze Scor­ni­ce­şti sta­je się przy­wód­cą par­tii. W 1968 roku z wy­so­ko­ści pa­ła­co­we­go bal­ko­nu skan­du­je prze­mó­wie­nie wy­mie­rzo­ne w Zwią­zek Ra­dziec­ki, naj­więk­sze­go wro­ga kra­ju. Ru­mu­ni, któ­rzy za­wsze byli pod­le­gli, Ru­mu­ni, któ­rzy za­wsze byli dła­wie­ni, dziś oświad­cza­ją, że są go­to­wi sta­wić czo­ło każ­de­mu za­gro­że­niu, choć­by mia­ła nim być po­tęż­na obca ar­mia. Nie ma gra­nic duma ru­muń­ska i nie ma gra­nic mi­łość do czło­wie­ka, któ­ry stoi na bal­ko­nie, wy­ma­chu­je pię­ścią i nie boi się ni­cze­go.

Co za nie­zwy­kły ge­niusz ze zwy­kłej ru­muń­skiej ro­dzi­ny, za­chwy­ca­ją się ga­ze­ty. Na co dzień przy­wód­ca kra­ju, w wol­nych chwi­lach tak­że psz­cze­larz i my­śli­wy. O, tu na zdję­ciu ma pod sto­pa­mi ubi­te­go przez sie­bie niedź­wie­dzia. Tu­taj gra w siat­ków­kę, w grach zręcz­no­ścio­wych jest dość nie­zręcz­ny, ale u boku ame­ry­kań­skie­go pre­zy­den­ta spraw­nie za­pro­wa­dza świa­to­wy ład. Ga­ze­ty do­no­szą: przy­wód­ca bawi w do­bo­ro­wym to­wa­rzy­stwie kró­lo­wej an­giel­skiej i Mysz­ki Miki. W brat­niej Ko­rei Pół­noc­nej słu­cha pio­se­nek na cześć swo­je­go kra­ju, raj­skich tre­li wy­do­by­wa­ją­cych się z ust bie­lo­nej śpie­wacz­ki. W urzę­dach wi­szą por­tre­ty: przy­wód­ca obej­mu­ją­cy dzie­cię pod czu­łym okiem sta­ro­żyt­nych wo­dzów, Tra­ja­na i De­ce­ba­la. Bie­dzą się za­stę­py li­te­ra­tów, jak od­dać jego za­słu­gi dla świa­ta, jego ge­niusz. Może Bóg Ziem­ski bę­dzie do­brym okre­śle­niem? Ge­niusz Wszech Cza­sów? Ach, od­po­wied­nie dać rze­czy sło­wo.

Ale wiel­ki przy­wód­ca cią­gle jest ma­łym chłop­cem ze Scor­ni­ce­şti, któ­ry kształ­cił się na szew­ca. Do­brze wie, czym jest wieś, i dla­te­go za­mie­rza ją zli­kwi­do­wać. On, któ­ry no­sił wodę ze stud­ni, po­sta­na­wia prze­pro­wa­dzić chło­pów do blo­ków z be­to­nu. Za­miast wsi mają być mia­sta. Za­miast ma­łych dom­ków – blo­ko­wi­ska. Chło­piec, któ­ry do­rósł daw­no temu, ale wciąż się jąka i ner­wo­wo po­ły­ka po­wie­trze, a rę­ka­mi wy­ma­chu­je, jak­by chciał po­fru­nąć, sta­je nad mapą sto­li­cy i po­ka­zu­je: „Tę dziel­ni­cę zbu­rzyć. Te ko­ścio­ły prze­su­nąć. Wzgó­rze spłasz­czyć, zie­mię prze­nieść”. On, któ­ry miesz­kał nie­opo­dal rze­ki, prze­su­wa ko­ry­to Dym­bo­wi­cy i za­mie­nia ją w ka­nał o be­to­no­wym dnie.

Zgro­ma­dze­ni dwo­rza­nie ki­wa­ją gło­wa­mi. Wiel­ki bu­dow­ni­czy i kon­struk­tor! Wi­zjo­ner. Na­dzie­ja kra­ju. Ju­trzen­ka. Bul­do­że­ry tra­tu­ją po­ła­cie mia­sta, sta­re wil­le, roz­le­głe ogro­dy i win­ni­ce, wszyst­ko, co przy­po­mi­na wieś. Żeby nie draż­nić lu­dzi, ko­ścio­ły bu­rzy się nocą. Kie­dy pre­zy­dent chce prze­je­chać przez mia­sto, uli­ce są za­my­ka­ne. Jego gi­gan­tycz­ny fol­wark two­rzy pół­to­ra mi­lio­na mró­wek, ale wiel­kie mro­wi­sko za­czy­na się sy­pać, wą­tłe ścia­ny się ob­su­wa­ją, czar­ne krop­ki nie­ru­cho­mie­ją. Przy­wód­ca wie, dla­cze­go – to obce mo­car­stwa de­sta­bi­li­zu­ją sy­tu­ację w kra­ju. Na te wro­gie za­gryw­ki jest spo­sób: żad­nych za­leż­no­ści od in­nych, jego go­spo­dar­stwo nie bę­dzie za­dłu­żo­ne, od ni­ko­go za­wi­słe. Lud za­ci­ska pasa, zęby i pię­ści, żeby spła­cić za­gra­nicz­ne kre­dy­ty.

Ru­mu­nia jest ró­żo­wym tor­tem, na któ­rym po ko­lei ga­sną wszyst­kie świecz­ki, brud­ny wosk zna­czy pla­ma­mi lu­kier. Ciem­ny lud oświe­ci tyl­ko Ju­trzen­ka Przy­szło­ści. W mia­stach wstrzy­my­wa­ne są do­sta­wy prą­du. W oknach blo­ków tli się bla­de świa­tło, jed­na mała ża­rów­ka na jed­no małe miesz­ka­nie. Nie ma gdzie je­chać, bo nie ma ben­zy­ny, a gra­ni­ce za­mknię­te. Jak wy­kar­mić dzie­ci – te chcia­ne i te, któ­re się na­ro­dzi­ły, bo przy­wód­ca za­bro­nił an­ty­kon­cep­cji i abor­cji – sko­ro na pół­kach skle­pów są kre­wet­ki z Wiet­na­mu, a nie ma chle­ba i mle­ka? Co po­wie­dzieć dzie­ciom, kie­dy py­ta­ją, czy dziś bę­dzie obiad, jaką baj­kę im opo­wie­dzieć?

Czy chłop­cu z ol­teń­skiej wio­ski ktoś kie­dy­kol­wiek opo­wia­dał baj­ki? O kró­lu, któ­ry żył dłu­go i szczę­śli­wie, do­pó­ki nie za­bi­ły go wła­sne dzie­ci?

Cicha jest noc

Przy­szli pod wie­czór, za­ło­mo­ta­li do drzwi. Ele­na Sa­mo­ilă za­drża­ła i po­ło­ży­ła dłoń na brzu­chu. Kil­ka dni wcze­śniej po raz pierw­szy po­czu­ła, że się po­ru­szy­ło.

Byli ka­mien­ni. Roz­glą­da­li się do­oko­ła. Na Ele­nę nie pa­trzy­li. Je­den pod­niósł do góry ser­we­tę le­żą­cą na sto­li­ku. Dru­gi po­wo­li ob­ra­cał w dło­niach wa­zon. Do­ty­ka­li przed­mio­tów tyl­ko po to, żeby wie­dzia­ła, że mogą ro­bić, co chcą.

Pies na po­dwó­rzu szcze­kał jak opę­ta­ny. Mat­ki nie było w domu, mąż nie wró­cił jesz­cze z pra­cy. Kot spał na pa­ra­pe­cie za oknem.

W koń­cu ten wy­so­ki, z czar­ny­mi wło­sa­mi i czar­ny­mi brwia­mi, po­wie­dział do Ele­ny, że musi się sta­wić na ko­men­dzie, żeby zło­żyć ze­zna­nia.

– Wszyst­ko bę­dzie do­brze – do­dał na wy­pa­dek, gdy­by jesz­cze nie za­czę­ła się bać.

Słoń­ce czer­wie­nia­ło, przed­mio­ty tra­ci­ły kon­tur, ko­lo­ry się roz­my­wa­ły. Wrze­sień był wy­jąt­ko­wo upal­ny tego roku, na­wet pod wie­czór po­wie­trze nie sty­gło. Mimo wszyst­ko na cien­ką su­kien­kę Ele­na na­ło­ży­ła płaszcz.

Wy­szła z nimi przed dom. Spoj­rza­ła na Góry Fo­ga­ra­skie, któ­re roz­cią­ga­ły się wo­kół, ciem­nie­ją­ce w od­da­li, po­tęż­niej­sze niż czło­wiek. Uświa­do­mi­ła so­bie, że ma na no­gach san­da­ły. Buty na lato, po­go­dę i ra­dość, a nie na zim­no i strach. Chcia­ła wró­cić do domu po je­sien­ne pan­to­fle, ale mi­li­cjant, ten wy­so­ki, po­wie­dział:

– Nie.

Wsia­dła z nimi do sa­mo­cho­du. Mia­ła wra­że­nie, że wszyst­ko wo­kół za­sty­ga, jak­by pa­trzy­ła na pocz­tów­kę z od­le­głe­go miej­sca po­śród gór, gdzie jest dom, ubi­ta dro­ga, rząd to­po­li, gdzie pod szkli­stym błę­ki­tem nie­ba prze­la­tu­je ptak. Na szta­che­tach pło­tu wi­siał ko­lo­ro­wy dy­wa­nik, któ­ry upra­ła rano, i ser­we­ta w pur­pu­ro­wo-czer­wo­ne kwia­ty, któ­rą nie­daw­no skoń­czy­ła ha­fto­wać.

Pies szcze­kał i rzu­cał się na łań­cu­chu, aż w koń­cu znie­ru­cho­miał i za­milkł. Ze­brał siły, a po­tem już tyl­ko wył. Sko­wyt wy­peł­niał pust­kę i niósł się wy­so­ko, w stro­nę gór.

W Ru­mu­nii wiał już wte­dy sil­ny wiatr od Ro­sji.

Przez całą II woj­nę świa­to­wą ge­ne­rał Ion An­to­ne­scu wie­rzył, że dzię­ki so­ju­szo­wi z Hi­tle­rem Ru­mu­nia za­cho­wa Tran­syl­wa­nię i od­zy­ska Be­sa­ra­bię. Ceną za przy­chyl­ność Nie­miec były wiel­kie do­sta­wy ropy naf­to­wej i ży­cie dwu­stu pięć­dzie­się­ciu ty­się­cy Ży­dów, ze­sła­nych na śmierć do Trans­ni­strii. W 1944 roku, kie­dy król Mi­chał II wy­po­wie­dział Niem­com so­jusz i rzu­cił kraj w ob­ję­cia Związ­ku Ra­dziec­kie­go, par­tia ko­mu­ni­stycz­na li­czy­ła rap­tem ty­siąc człon­ków, w więk­szo­ści ob­ce­go po­cho­dze­nia. Ci Ru­mu­ni, któ­rzy jesz­cze do nie­daw­na za­si­la­li sze­re­gi Że­la­znej Gwar­dii i wy­śpie­wy­wa­li pie­śni o wiel­ko­ści swo­je­go na­ro­du, nie mo­gli po­go­dzić się z my­ślą, że Ru­mu­nia sta­ła się plan­szą, na któ­rej pion­ki prze­sta­wia Sta­lin.

*

W 1952 roku Ele­na do­sta­ła z Sal­zbur­ga krót­ką wia­do­mość od bra­ta. Na­pi­sał: „Nie wi­dzę już przy­szło­ści”. Zro­zu­mia­ła. Po­czu­ła ulgę. Wie­czo­rem śpie­wa­ła, ha­ftu­jąc pur­pu­ro­wy­mi i czer­wo­ny­mi nić­mi kwia­ty. Jej ru­chy były spo­koj­ne i pew­ne, jej głos był ci­chy i jed­no­staj­ny. Ele­na sia­dy­wa­ła przy sto­le i roz­kła­da­ła rze­czy: igłę, nici, na­par­stek, tam­bo­rek, no­życz­ki. Przed­mio­ty były tym, czym były. Do­pie­ro gdy ich za­bra­kło, sta­ły się czymś in­nym.

Ele­na bar­dzo ko­cha­ła bra­ta. Wszy­scy w ro­dzi­nie go ko­cha­li, a naj­bar­dziej mat­ka, bo był jej naj­droż­szym, naj­pięk­niej­szym, naj­mą­drzej­szym, naj­lep­szym sy­nem na świe­cie. Ion, zwy­cięz­ca. Do­brze so­bie ra­dził w ży­ciu. Wy­jeż­dżał za gra­ni­cę. Uczył się. Przy­sy­łał pocz­tów­ki, na przy­kład z ka­pli­cą w Sal­zbur­gu, gdzie w 1818 roku po raz pierw­szy wy­ko­na­no ko­lę­dę Ci­cha noc.

„Miesz­kam sto me­trów od niej” – na­pi­sał na od­wro­cie. Gdy byli dzieć­mi, czę­sto pro­sił, by sio­stra mu śpie­wa­ła.

Ele­na po­sta­wi­ła pocz­tów­kę na pół­ce me­blo­ścian­ki, za szkieł­kiem. Cza­sem, gdy przy­cho­dził ktoś bli­ski, po­ka­zy­wa­ła ją go­ściom.

Pew­ne­go razu, gdy była w pra­cy, ko­le­żan­ka po­wie­dzia­ła jej, że przed wej­ściem do urzę­du cze­ka na nią ele­ganc­ki pan, któ­ry pro­si, by do nie­go ze­szła. Ele­na po­bie­gła, my­śląc, że to na­rze­czo­ny chce jej zro­bić nie­spo­dzian­kę. Ale o ba­lu­stra­dę przy wej­ściu opie­rał się obcy męż­czy­zna.

– Skąd pan mnie zna? – za­py­ta­ła.

– To nie ma zna­cze­nia – od­parł. I wrę­czył jej ko­per­tę. W środ­ku była pocz­tów­ka od bra­ta, ta sama, któ­ra po­win­na była stać na pół­ce za szkieł­kiem.

– Niech pani uwa­ża, kogo pani wpusz­cza do domu – do­dał męż­czy­zna. I już go nie było.

Ele­na mia­ła wra­że­nie, że kart­ka ją pa­rzy. Wró­ci­ła do domu i odło­ży­ła pocz­tów­kę na pół­kę za szkłem. Ka­plicz­ka była bia­ła i schlud­na, ły­pa­ła na Ele­nę okrą­głym oknem w kształ­cie oka. Wszyst­kie przed­mio­ty w po­ko­ju nie spusz­cza­ły z niej wzro­ku. Kto ukradł kart­kę? Dla­cze­go zło­żył do­nos? Co za to do­stał?

Ele­na scho­wa­ła pocz­tów­kę głę­bo­ko do szu­fla­dy.

Tyl­ko ona wie­dzia­ła, czym w Au­strii zaj­mu­je się jej brat.

Lu­dzie, któ­rzy pró­bu­ją wal­czyć z ko­mu­ni­zmem albo nie chcą zgo­dzić się na przy­mu­so­wą ko­lek­ty­wi­za­cję, ucie­ka­ją w góry i two­rzą od­dzia­ły par­ty­zanc­kie. Brat Ele­ny na­wią­zu­je kon­takt z jed­nym z nich. W koń­cu wraz z gru­pą stu­den­tów ucie­ka do Pa­ry­ża, gdzie ame­ry­kań­skie służ­by wy­wia­dow­cze szko­lą go na szpie­ga. Po­tem zo­sta­je prze­nie­sio­ny do Sal­zbur­ga. Cze­ka.

Ale szyb­ko za­czy­na ro­zu­mieć, jak bar­dzo zmie­ni­ła się Ru­mu­nia. Ko­mu­nizm daje szan­sę tym, któ­rzy wcze­śniej szans nie mie­li – chło­pi ma­so­wo opusz­cza­ją wsie i prze­no­szą się do miast, żeby zo­stać ro­bot­ni­ka­mi. W ca­łej Ru­mu­nii trwa wy­mu­szo­na in­du­stria­li­za­cja i żar­łocz­na ko­lek­ty­wi­za­cja, lu­dzie z dnia na dzień ­tra­cą całe ma­jąt­ki.

W 1947 roku par­tia ko­mu­ni­stycz­na li­czy już sie­dem­set ty­się­cy człon­ków. Eli­ty mię­dzy­woj­nia tra­fia­ją do wię­zień, wie­lu nig­dy nie wyj­dzie. Nie­prze­ko­na­ni eks­pre­so­wo zmie­nia­ją zda­nie, przy­szłość Ru­mu­nii wi­dzą te­raz świe­tli­stą, w ko­lo­rach tę­czy. Je­śli ktoś nie po­tra­fi do­strzec za­let no­we­go ustro­ju, oso­by za­in­te­re­so­wa­ne chęt­nie po­mo­gą mu przej­rzeć na oczy za po­mo­cą pał­ki i me­ta­lo­we­go prę­ta.

Noc była ci­cha i czar­na.

W he­li­kop­te­rze sie­dzie­li w sze­ściu, nie roz­ma­wia­li ze sobą. Ion nie miał wyj­ścia, nie mógł się już wy­co­fać. Pró­bo­wał. Nie po­zwo­li­li mu.

W kie­sze­niach ukrył fał­szy­we do­ku­men­ty, pie­nią­dze, pi­sto­let, amu­ni­cję i tru­ci­znę.

Ska­ka­li ze spa­do­chro­na­mi je­den za dru­gim, spa­da­li jak gra­fi­to­we kro­ple w mo­rze atra­men­tu. Noc mie­li spę­dzić w gó­rach, pró­bu­jąc nadać szy­fro­wa­ną wia­do­mość do cen­trum do­wo­dze­nia. Oka­za­ło się, że ra­dia są ze­psu­te. Ktoś ich wy­dał.

Roz­pierz­chli się. Ion po­szedł przed sie­bie, przez ciem­ność, w stro­nę domu. Ktoś za­ufa­ny do­niósł Ele­nie, że jej brat wró­cił. Wzię­ła, co mia­ła, je­dze­nie i ubra­nie, i w nocy po­szła do lasu. Rzu­ci­ła mu się w ra­mio­na. Wra­ca­ła do domu czuj­na jak zwie­rzę, byle tyl­ko nie zo­sta­wić śla­dów. Byle tyl­ko nikt się nie do­wie­dział, na­wet ich mat­ka.

Bóg mógł to zro­zu­mieć, ale nie wła­dza.

Wy­ła­pa­li ich szyb­ko. Ion wpadł, gdy je­den je­dy­ny raz opu­ścił swo­ją kry­jów­kę w Bra­szo­wie i wy­szedł na uli­cę.

Aresz­to­wa­no całą ro­dzi­nę. Nie­waż­ne, czy go zna­li, czy nie, czy go kie­dy­kol­wiek wi­dzie­li na oczy. To nie mia­ło zna­cze­nia. Mi­li­cjan­ci pu­ka­li do drzwi cio­tek, ku­zy­nek, stry­ja. Ale naj­pierw przy­szli po Ele­nę. Po­wie­dzie­li, że wszyst­ko bę­dzie do­brze.

Ion zo­stał ska­za­ny na śmierć.

Ele­na za zdra­dę pań­stwa do­sta­ła dzie­sięć lat.

Mat­ka Iona za uro­dze­nie szpie­ga – szes­na­ście.

Mąż Ele­ny za by­cie szwa­grem szpie­ga – pięć. Mało, bo bra­ta swo­jej żony nig­dy nie po­znał, ale spra­wie­dli­wość i tak mia­ła wo­bec nie­go swo­je pla­ny.

W wię­zie­niu mąż Ele­ny roz­po­znał w straż­ni­ku ko­le­gę ze szkol­nej ław­ki. Sta­nę­li twa­rzą w twarz. Za­nim kole­ga zdą­żył co­kol­wiek po­wie­dzieć, mąż Ele­ny ude­rzył go pię­ścią w twarz. I jesz­cze raz, i jesz­cze, lał go za całe zmar­no­wa­ne ży­cie.

– Co ty my­ślisz, że będę do­no­sił!? – krzy­czał.

A ko­le­ga tyl­ko za­sła­niał gło­wę. Nie zdą­żył na­wet po­wie­dzieć, że chce mu po­móc. I że go ro­zu­mie, bo żyją w ta­kich spar­szy­wia­łych cza­sach, gdy każ­dy jest ofia­rą, na­wet kat. Ko­le­ga wy­tarł krew z twa­rzy, prze­je­chał ję­zy­kiem po zę­bach i od­szedł. Nie chciał skła­dać skar­gi, ale inni straż­ni­cy do­my­śli­li się, kto zma­sa­kro­wał mu twarz, i do­nie­śli na męża Ele­ny. Do­stał do­dat­ko­we pięć lat. I stał się bo­ha­te­rem wśród więź­niów.

Ni­cze­go Ru­mu­nia tak nie po­trze­bo­wa­ła jak bo­ha­te­rów, w myśl ha­sła: „Każ­dy ro­bot­nik może zo­stać he­ro­sem”. Wraz z ty­sią­ca­mi więź­niów po­li­tycz­nych mąż Ele­ny zo­stał prze­nie­sio­ny na bu­do­wę ka­na­łu Du­naj–Mo­rze Czar­ne, roz­sła­wio­ne­go pro­pa­gan­dą ko­mu­ni­stycz­ne­go el­do­ra­do, do­kąd ścią­ga­li ochot­ni­cy z ca­łe­go kra­ju. Szyb­ko oka­za­ło się, że plac bu­do­wy jest wiel­ką umie­ral­nią, naj­cięż­szym obo­zem eks­ter­mi­na­cyj­nej pra­cy. Lu­dzie pra­co­wa­li ca­ły­mi dnia­mi na od­sło­nię­tej prze­strze­ni, w upa­le i mro­zie, uży­wa­jąc tyl­ko ki­lo­fów i ło­pat. Bu­do­wa sta­ła się „cmen­ta­rzem ru­muń­skiej bur­żu­azji”, wiel­kim gro­bem mię­dzy­wo­jen­nych elit: po­li­ty­ków, księ­ży, na­ukow­ców, zwo­len­ni­ków de­mo­kra­cji i Że­la­znej Gwar­dii, chło­pów, któ­rzy sprze­ci­wia­li się ko­lek­ty­wi­za­cji albo ni­cze­mu się nie sprze­ci­wia­li, ale byli bo­ga­ci. Na nie­któ­rych od­cin­kach umie­ra­ło po dwa­dzie­ścia, trzy­dzie­ści osób dzien­nie. Gi­nę­li z gło­du i wy­czer­pa­nia, na za­pa­le­nie płuc albo z po­wo­du wy­pad­ku. Wie­czo­rem cia­ła wy­wo­żo­no tymi sa­my­mi wo­za­mi, któ­ry­mi rano przy­wo­żo­no chleb. Ile osób pra­co­wa­ło? Może sto ty­się­cy. Może mi­lion. Ile było ofiar? Może dwa­dzie­ścia ty­się­cy. A może dwie­ście.

Lu­dzie zbyt ce­ni­li so­bie ży­cie, żeby o tym mó­wić, a i tak Ele­na nie mo­gła wie­dzieć. Jako po­li­tycz­na nie mia­ła pra­wa ani do wi­dzeń, ani do pa­czek, ani do li­stów, mia­ła pra­wo tyl­ko do snów peł­nych śmier­ci. Naj­pierw tra­fi­ła do wię­zie­nia w Me­diaş, po­tem prze­nie­śli ją do Si­ghi­şo­ary, po­tem do Sy­bi­na. Na dwu­na­stu me­trach kwa­dra­to­wych kłę­bi­ło się czter­dzie­ści ko­biet: zło­dziej­ki i pro­sty­tut­ki w pa­sia­stych dre­li­chach, i ona, w płasz­czy­ku i san­da­łach. Na dzień do­bry zo­ba­czy­ła, jak ko­bie­ty biją się pię­ścia­mi na od­lew. Jak za­kry­wa­jąc gło­wy, zwi­ja­ją się w kulę na pod­ło­dze z de­sek albo upa­ko­wa­ne jed­na przy dru­giej śpią na drew­nia­nych pry­czach. Jak iska­ją so­bie wszy, strze­pu­ją plu­skwy z ubrań, tu­pią z ca­łej siły, żeby od­go­nić szczu­ry. Jak przy­wie­ra­ją do zim­nych, wil­got­nych ścian, bo nie mają gdzie się ru­szyć, mogą tyl­ko ku­cać lub stać. Mają oczy pu­ste jak prze­pa­ście. Chu­de ręce, któ­re drżą jak ga­łę­zie drzew szar­pa­ne przez wiatr. Wkrót­ce sta­ła się taka sama jak one.

Cza­sem, żeby przy­po­mnieć so­bie, że jesz­cze jest czło­wie­kiem, za­czy­na­ła śpie­wać. Śpiew przez chwi­lę po­zwa­lał za­po­mnieć o cza­sie i o gło­dzie, któ­ry pęcz­niał w żo­łąd­ku i roz­ra­stał się jak pa­ję­czy­na.

Noce były ci­che, ale za dnia przez pu­ste gar­dło Ele­ny prze­pły­wa­ły dźwię­ki.

– O, zno­wu ta wa­riat­ka śpie­wa – mó­wi­ły straż­nicz­ki.

Nie­któ­re ko­bie­ty z celi chi­cho­ta­ły szy­der­czo. Inne sie­dzia­ły za­słu­cha­ne tak jak Ion wie­le lat temu.

Któ­rejś zimy z ko­lei – dru­giej, może trze­ciej – Ele­na wraz z dwie­ma ko­le­żan­ka­mi z celi za­czę­ła śpie­wać ko­lę­dę. Za­raz do­łą­czy­ły inne. Po chwi­li śpie­wał już cały ko­bie­cy od­dział. Śpiew był tak moc­ny, że usły­sze­li go męż­czyź­ni z dru­giej czę­ści wię­zie­nia. I oni też do­łą­czy­li, a ko­lę­da nio­sła się przez ko­ry­ta­rze i ol­brzy­mia­ła, zwie­lo­krot­nio­na przez echo. Za­raz przy­bie­gli straż­ni­cy, czer­wo­ni ze zło­ści i gnie­wu.

Za tak cięż­kie prze­wi­nie­nie izo­lat­ka nie była żad­ną karą. Ele­nę i dwie inne ko­bie­ty wy­pę­dzo­no na mróz. Sta­ły w śnie­gu przez całą dobę. Ele­na w swo­im wrze­śnio­wym płasz­czy­ku i w san­da­łach, ko­le­żan­ki w pa­sia­stych dre­li­chach.

Noc była dłu­ga i ci­cha.

Wte­dy nie wie­dzia­ła jesz­cze, że jej ku­zyn­ka Anu­ca, któ­ra tra­fi­ła do wię­zie­nia, choć od daw­na nie mia­ła z Io­nem kon­tak­tu, zmar­ła w swo­jej celi na za­pa­le­nie płuc.

Pierw­sza wię­zien­na je­sień Ele­ny, cie­pła i czu­ła, prze­mie­ni­ła się w sro­gą zimę. Lu­dzie wy­ko­py­wa­li w za­spach tu­ne­le, bo nie moż­na było nor­mal­nie cho­dzić. Ele­na wie­dzia­ła, że jest bar­dzo zim­no, ale o tym, że ro­dzi­ła w cza­sie zimy stu­le­cia, do­wie­dzia­ła się do­pie­ro wie­le lat póź­niej.

Tym­cza­sem jej brzuch na­brzmie­wał, a ręce i nogi wy­sy­cha­ły. W za­awan­so­wa­nej cią­ży tra­fi­ła do wię­zie­nia w Văcăre­şti, dziel­ni­cy Bu­ka­resz­tu, gdzie był od­dział po­ro­do­wy. Na ty­dzień przed ter­mi­nem wy­buchł po­żar. W po­pło­chu wy­pusz­cza­no ko­bie­ty z cel, a one ra­to­wa­ły się, ska­cząc z okien. Ele­na też sko­czy­ła, z pierw­sze­go pię­tra, pro­sto w za­spę. Po­tem, w san­da­łach i płasz­czy­ku, sta­ła w śnie­gu i pa­trzy­ła, jak ciem­ną noc roz­świe­tla­ją pło­mie­nie. Sta­ła tak, onie­mia­ła, aż ktoś ją stam­tąd ścią­gnął, sztyw­ną, nie­mą, znie­ru­cho­mia­łą jak lal­ka.

A po­tem tra­fi­ła na salę po­ro­do­wą, to zna­czy do ma­łe­go zim­ne­go po­miesz­cze­nia, w któ­rym było tyl­ko łóż­ko. Cza­sa­mi w wą­skim okien­ku w drzwiach po­ja­wia­ły się oczy. Po­wie­dzie­li jej, że ktoś za­raz do niej przyj­dzie, ale mi­ja­ły go­dzi­ny i nikt nie przy­cho­dził. Żeby nie osza­leć, mię­dzy ko­lej­ny­mi skur­cza­mi zdra­py­wa­ła ze ścian lód po­grze­ba­czem.

Ile­ana, cór­ka Ele­ny, któ­ra uro­dzi­ła się tam­tej nocy 10 lu­te­go 1954 roku, po­wie­dzia­ła mi, że wła­śnie w tym ge­ście zdra­py­wa­nia lodu tkwi­ła cała siła jej mat­ki. W tej bez­na­dziej­nej, roz­pacz­li­wej czyn­no­ści, któ­ra po­zwa­la za­jąć umysł i ręce, zna­leźć na­dzie­ję w bez­na­dziei.

Po­tem ro­ze­rwa­ły ją ostat­nie skur­cze. Ele­na za­czę­ła krzy­czeć i krzy­cza­ła tak dłu­go, aż w koń­cu przy­szła wię­zien­na aku­szer­ka i ode­bra­ła po­ród. Ele­na nie zdą­ży­ła po­li­czyć, ile pal­ców ma jej dziec­ko. Nie zdą­ży­ła spoj­rzeć, ja­kie ma oczy. Nie wie­dzia­ła na­wet, czy jej cór­ka jest zdro­wa. Sły­sza­ła tyl­ko krzyk nie­mow­lę­cia i cie­szy­ła się, że jej dziec­ko żyje.

Zwró­ci­li jej nie­mow­lę po sze­ściu mie­sią­cach. Po paru mie­sią­cach – zno­wu za­bra­li. To była naj­gor­sza, naj­wy­myśl­niej­sza tor­tu­ra. Raz na ja­kiś czas po­ja­wia­li się lu­dzie z pli­kiem do­ku­men­tów, na­ma­wia­jąc, by od­da­ła cór­kę do ad­op­cji. Ale Ele­na wie­dzia­ła, że po­tem już jej nie od­zy­ska. Ad­op­to­wa­ne dzie­ci zni­ka­ły, je­dy­nym śla­dem, jaki po nich zo­sta­wał, był sfał­szo­wa­ny akt zgo­nu. Ele­na mia­ła szczę­ście, bo jej cór­ka mo­gła tra­fić do domu swo­je­go wuj­ka, jed­ne­go z nie­licz­nych człon­ków ro­dzi­ny, któ­ry nie zo­stał aresz­to­wa­ny, bo za­pi­sał się do par­tii. Przez wszyst­kie lata spę­dzo­ne w wię­zie­niu nie do­sta­ła żad­nej wia­do­mo­ści o swo­im dziec­ku. Mo­gła mieć tyl­ko na­dzie­ję, że jej cór­ka jest tam, gdzie po­win­na być, na dru­gim koń­cu Ru­mu­nii, w Ora­dei, ma­łym mie­ście przy gra­ni­cy z Wę­gra­mi, któ­re wła­śnie pró­bu­ją zrzu­cić ko­mu­ni­stycz­ne jarz­mo i wkrót­ce po­nio­są klę­skę.

Za­py­ta­łam Ile­anę, jak to moż­li­we, że jej mat­ka prze­trwa­ła.

Ile­ana Bu­di­mir uśmiech­nę­ła się. Jest pięk­ną star­szą ko­bie­tą o de­li­kat­nej twa­rzy i du­żych ustach pod­kre­ślo­nych szmin­ką. Ma w so­bie spo­kój i ła­god­ność.

– Mama nig­dy o ni­kim nie mó­wi­ła nic złe­go – od­po­wie­dzia­ła. – Ani o bra­cie, ani o lu­dziach, któ­rzy ją mę­czy­li w wię­zie­niu. Nie było w niej żad­ne­go pra­gnie­nia ze­msty. Cza­sem tyl­ko wspo­mi­na­ła, że współ­czu­je straż­ni­kom, bo mu­sie­li ka­to­wać nie­win­nych. Nie­któ­rzy pew­nie o tym wie­dzie­li, ale nie mie­li wyj­ścia.

„Wszy­scy by­li­śmy rów­nie bez­bron­ni wo­bec sys­te­mu” – mó­wi­ła Ele­na.

Pew­ne­go razu tra­fi­ła do izo­lat­ki, bo więź­niar­ki do­nios­ły, że ma ołó­wek i coś tym ołów­kiem skro­bie.

Izo­lat­ka na­zy­wa­ła się Czar­na, bo pa­no­wa­ła w niej kom­plet­na ciem­ność. Moż­na było tyl­ko stać, a ra­cje żyw­no­ścio­we zmniej­sza­no o po­ło­wę. Cela była wy­tłu­mio­na, nie do­cho­dził do niej ani nie wy­cho­dził z niej ża­den dźwięk. Zim­no, czerń i ci­sza, ból i głód. Ele­na sta­ła wy­pro­sto­wa­na jak stru­na i śpie­wa­ła.

I raz straż­nicz­ka otwo­rzy­ła okien­ko i wrzu­ci­ła jej coś do celi.

– Bierz – syk­nę­ła. Okien­ko zga­sło.

Ele­na do­ty­ka­ła po omac­ku czer­ni, aż jej ręka na­tra­fi­ła na nad­gry­zio­ne jabł­ko. To był je­den je­dy­ny raz w cią­gu tych pię­ciu lat, kie­dy mia­ła w ustach coś słod­kie­go.

Ten ka­wa­łek jabł­ka, wspo­mi­na­ła Ele­na, był ak­tem miło­sier­dzia.

W wię­zie­niu nie­ustan­nie pi­sa­ła proś­by o amne­stię – dla sie­bie i in­nych, cią­gle spły­wa­ły z jej ko­lan po­to­ki pa­pie­ru. Ko­bie­ty bła­ga­ły ją o po­moc, bo więk­szość tra­fia­ła za kra­ty bez wy­ro­ku i do­sta­wa­ła po dzie­sięć, dwa­na­ście lat. Za co? Za nic – to też był po­wód. Ktoś do­niósł, że ta czy tam­ta coś ma, ktoś wtar­gnął, żeby coś zna­leźć, zdarł pod­ło­gę, tłukł mło­tem w ścia­ny i nic – za nie­zna­le­zie­nie ni­cze­go było pięć lat.

WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE SP. Z O.O.www.czar­ne.com.pl

Se­kre­ta­riat: ul. Koł­łą­ta­ja 14, III p., 38-300 Gor­li­cetel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75 e-mail: ma­te­usz@czar­ne.com.pl,to­masz@czar­ne.com.pl, do­mi­nik@czar­ne.com.pl,ho­no­ra­ta@czar­ne.com.pl, ewa@czar­ne.com.pl

Re­dak­cja: Wo­ło­wiec 11, 38-307 Sę­ko­watel. +48 18 351 00 70e-mail: re­dak­cja@czar­ne.com.pl

Se­kre­tarz re­dak­cji: mal­go­rza­ta@czar­ne.com.pl

Dział pro­mo­cji: ul. An­der­sa 21/56, 00-159 War­sza­watel./fax +48 22 621 10 48e-mail: agniesz­ka@czar­ne.com.pl, anna@czar­ne.com.pl, do­ro­ta@czar­ne.com.pl, zo­fia@czar­ne.com.pl

Dział mar­ke­tin­gu: ka­ta­rzy­na@czar­ne.com.pl

Dział sprze­da­ży: irek.grad­kow­ski@czar­ne.com.pltel. 504 564 092, 605 955 550agniesz­ka.wil­czak@czar­ne.com.pl

Skład: D2D.PLul. Morsz­ty­now­ska 4/7, 31-029 Kra­ków, tel. +48 12 432 08 52e-mail: info@d2d.pl

Au­dio­bo­oki i ebo­oki: Iza­be­la Re­gól­ska, iza@czar­ne.com.pl

Wo­ło­wiec 2013Wy­da­nie I