Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2017

Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci ebook

Anna Malinowska  

4.45454545454545 (22)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 339 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci - Anna Malinowska

Wstrząsająca opowieść o polskich dzieciach porwanych przez nazistów i zniemczanych w założonych przez Himmlera ośrodkach Lebensbornu. Jak i skąd wykradano je do Niemiec? W jaki sposób szukał ich po wojnie Roman Hrabar, który odkrył przed światem zbrodniczą działalność ośrodków hodowli białej rasy? Czy można mieć dwie matki albo nagle nie mieć żadnej? Jak pokiereszowane dzieciństwo wpłynęło na dalsze losy dzieci Lebensbornu?
Po latach ofiary tamtych zdarzeń opowiadają autorce swoje zdumiewające, dramatyczne i pełne zaskakujących konsekwencji historie…

„A więc można było i tak: mieć jasne włosy, błękitne oczy, odpowiedni rozmiar czaszki i kości policzkowych. Być kochaną przez mamę, rozpieszczanym przez tatę i mimo to któregoś dnia zostać uprowadzonym z domu do III Rzeszy wprost w objęcia nowych, niemieckich rodziców. Anna Malinowska opowiada przejmująco o losach germanizowanych dzieci, które po wojnie odnajdowane i oddawane polskim rodzicom już nigdy nie umiały odnaleźć się w życiu. Przywraca też pamięć wybitnego adwokata Romana Hrabara, który odkrył przed światem zbrodniczą działalność ośrodków hodowli nordyckiej rasy i poświęcił życie niesieniu pomocy ich ofiarom” – Magdalena Grzebałkowska, autorka książki „1945. Wojna i pokój”.

Opinie o ebooku Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci - Anna Malinowska

Fragment ebooka Brunatna kołysanka. Historie uprowadzonych dzieci - Anna Malinowska

Redakcja: Ariadna Machowska

Korekta: Sylwia Jastrzębska

Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter

Projekt makiety i skład: Elżbieta Wastkowska

Fotoedycja: Maciej Jaźwiecki

Przygotowanie zdjęć do druku: Paweł Bajer

Zdjęcia (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): Archiwum rodzinne Barbary Paciorkiewicz – reprodukcja: Tomasz Stańczak/Agencja Gazeta okładka, s. 8, 24, 44, 48, 49, 52; domena publiczna s. 10; WILLIAM C. ALLEN/AP/EAST NEWS s. 13 (góra); AKG-IMAGES/EAST NEWS s. 13 (dół), 103; Narodowe Archiwum Cyfrowe s. 18; Archiwum IPN – reprodukcja: Grzegorz Celejewski/Agencja Gazeta s. 25; MUZEUM NIEPODLEGŁOŚCI/EAST NEWS s. 29; Photo 12/UIG/Getty Images s. 33; AP/EAST NEWS s. 34; DPA/AFP/EAST NEWS s. 36; Muzeum Historii Katowic s. 40, 60; Tomasz Stańczak/Agencja Gazeta s. 51; Archiwum rodzinne Alodii Witaszek-Napierały – reprodukcja Łukasz Antczak/Agencja Gazeta s. 56, 58, 68; Cezary Aszkiełowicz/Agencja Gazeta s. 63, 267, 269; Grażyna Marks/Agencja Gazeta s. 73; Marcin Stępień/Agencja Gazeta s. 75, 211; Archiwum rodzinne Janusza Bukorzyckiego – reprodukcja: Marcin Stępień/Agencja Gazeta s. 78, 84; Universal History Archive/Universal Images Group/EAST NEWS s. 94; Bettmann Archive/EAST NEWS s. 98; SIPA/EAST NEWS s. 114; Archiwum rodzinne Janusza Karpuka – reprodukcja: Grzegorz Celejewski/Agencja Gazeta s. 120, 125, 127, 128, 129; Archiwum rodzinne Anieli Kosmali – reprodukcja: Grzegorz Celejewski/Agencja Gazeta s. 121; Grzegorz Celejewski/Agencja Gazeta s. 134, 135, 184; zbiory Ośrodka KARTA, Pogotowie Archiwalne – przekazali Dorota i Tomasz Wojciechowscy s. 140; Archiwum rodzinne Alojzego Twardeckiego – reprodukcja: Adam Stępień/Agencja Gazeta s. 155, 158, 161, 178, 180; Adam Stępień/Agencja Gazeta s. 157, 314, 329; Archiwum rodzinne Bogumiła Uniowskiego – reprodukcja: Grzegorz Celejewski/Agencja Gazeta s. 189; Archiwum rodzinne Zdzisława Oberbeckiego – reprodukcja: Marcin Stępień/Agencja Gazeta s. 199; Archiwum rodzinne Renaty Juras – reprodukcja: Dawid Chalimoniuk/Agencja Gazeta s. 218, 221, 223; Dawid Chalimoniuk/Agencja Gazeta s. 226; Archiwum rodzinne Jerzego Walaszka – reprodukcja: Dawid Chalimoniuk/Agencja Gazeta s. 238, 240; Archiwum rodzinne Elżbiety Rogowskiej s. 252, 253, 256, 261; Krzysztof Karolczyk/Agencja Gazeta s. 263; Keystone-France/Gamma-Keystone/Getty Images s. 272; ullstein bild/Getty Images s. 277; Keystone/Hulton Archive/Getty Images s. 286; Andrzej Rybczyński/CAF/PAP s. 290; Dominik Gajda/Agencja Gazeta s. 301; Archiwum rodzinne Wandy Cofały – reprodukcja: Dominik Gajda/Agencja Gazeta s. 303, 305; Archiwum rodzinne Lucjana Poznańskiego – reprodukcja: Adam Stępień/Agencja Gazeta s. 315, 322; Archiwum rodzinne Anny Zielińskiej s. 336

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Katarzyna Kubicka

© copyright by Agora SA 2017

© copyright by Anna Malinowska 2017

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2017

ISBN: 978-83-268-1944-5 (epub), 978-83-268-1945-2 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

CZĘŚĆ I
PO WOJNIE
Dobra krew

W Lemgo mieszka dziewczynka, której pierwszym wspomnieniem jest duża łąka ciągnąca się za oknem. W rzeczywistości był to zwykły trawnik, ale zawsze będzie myślała o nim jak o łące.

Często przesiaduje na parapecie dużego, półkoliście zwieńczonego okna. Tak jak inne dzieci. Nie bawią się, nie śmieją. Siedzą. Nawet rozmawiać ze sobą nie mogą. Gdy próbują, zaraz przychodzą opiekunki i biją.

Dzieci muszą się nauczyć nowego języka. Jest trudny, więc lepiej w ogóle się nie odzywać.

Opiekunki biją też za inne rzeczy. Dziewczynka czasem w nocy moczy się do łóżka. Za karę lanie dostają wszystkie dzieci. Jak jedno zaczyna płakać, w lament uderzają też inne. Wtedy opiekunki robią im zastrzyki. Dzieci potwornie się ich boją. Po zastrzyku wpadają w otępienie. Nie chce im się już płakać, siedzą przy oknie.

Dziewczynka nie ma pojęcia, że nazywa się Basia Gajzler i przebywa w ośrodku Lebensbornu Pommern w Bad Polzin. To dawny dom zdrojowy Luisenbad. Uzdrowisko Bad Polzin (czyli Połczyn-Zdrój) podarowało go 30 października 1937 roku Führerowi, a ten przekazał Lebensbornowi. Do 1939 roku budynek został przerobiony – dobudowano do niego nowy gmach z mieszkaniami, biurami i garażem. Ośrodek dysponuje 60 łóżkami dla matek i 75 dla dzieci. Z raportu z 1941 roku wynika, że pierwsze dziecko w Pommern przyszło na świat 23 maja 1938 roku. Do 1 września 1941 roku przyjęto 541 matek, z czego 45 procent to były kobiety zamężne.

Basię Gajzler odpowiednio zbadano – zmierzono jej obwód czaszki, rozstaw oczu. Obfotografowano i nadano jej numer 397

Pobyt matki trwał przeciętnie 71 dni. W raporcie nie ma słowa, że w Pommern przebywają również polskie i czeskie dzieci przeznaczone do zniemczenia.

W dokumentach ośrodka Basia figuruje jako Bärbel Geisler urodzona 2 lutego 1939 roku. W rzeczywistości urodziła się 1 lutego 1938 roku w Gdyni. Mama dziewczynki zmarła w pierwszych dniach wojny na zawał serca. Ojciec zaginął podczas kampanii wrześniowej. Reszta rodziny została z Gdyni wysiedlona. Basia z babcią trafiły do Łodzi. Zamieszkały w starej oficynie przy ulicy Lipowej. W lutym 1942 roku babcia dostała wezwanie z Jugendamtu. Miała stawić się ze swoją czteroletnią wnuczką na badania. Komisja zainteresowała się drobną blondyneczką. Babci powiedziano, że trzeba zrobić dodatkowe badania. Do domu wróciła sama. Wnuczki już nie zobaczyła.

Z dokumentów wynika, że Barbara Gajzler została odwieziona do łódzkiego domu dziecka przy ulicy Przędzalnianej. Przebywała tam od 21 lutego do 9 marca 1942 roku. Następnie została przeniesiona do domu dziecka przy ulicy Lokatorskiej, a 27 maja 1942 roku przesłana do Bruczkowa. Stamtąd pojechała do Bad Polzin.

Basia, tak jak inne dzieci, przeszła odpowiednie badania rasowe. Zmierzono jej obwód czaszki, rozstaw oczu. Obfotografowano i nadano numer 397.

Dom zdrojowy Luisenbad w Bad Polzin (Połczyn-Zdrój) został zmieniony w ośrodek Lebensbornu Pommern

* * *

Dzień mija za dniem. Dziewczynka siedzi przy oknie, śpi, je, dostaje zastrzyki, a od czasu do czasu lanie. We wrześniu 1942 roku do ośrodka przejeżdża starszy mężczyzna. Do pokoju, w którym siedzi, opiekunka wprowadza grupkę dzieci. Są w majteczkach i koszulkach. Mężczyzna wskazuje na Basię. Ściąga marynarkę, otula czterolatkę i zabiera ją ze sobą.

Dziewczynka płacze. Znowu ją gdzieś zabierają! Poza tym nikt jej nie chce ubrać w ulubione białe futerko z królików. Dziewczynka nie wie, dlaczego tak lubi tego „królika”. Nie wie, że właśnie w tym futerku babcia odprowadziła ją w Łodzi na badania. Futerko jest jedyną pamiątką, wspomnieniem związanym z domem i rodziną.

Maria i Wilhelm Rossmannowie stracili córeczkę. Dziewięcioletnia Ursel ciężko zachorowała i zmarła. Dwaj dorośli synowie służyli na froncie. Małżeństwo zdecydowało się wziąć dziecko na wychowanie.

Wilhelm zabiera Bärbel Geisler do domu w Lemgo. W drzwiach witają ją dwie starsze kobiety. Płaczą i przytulają Basię. Kąpią, karmią i kładą w dziecięcym łóżeczku. – Dobranoc, Bärbel – mówią.

Dziewczynka płacze, ale budzi się szczęśliwa. Ma tatę, mamę i babcię. Za chwilę dowie się, że są jeszcze starsi bracia. Zaczyna się najszczęśliwszy czas w jej życiu. Dom jest duży, elegancko umeblowany. Bärbel ma swój pokój. Wszyscy domownicy są mili, rozmawiają, przytulają, ale gdy dziewczynka coś spsoci, karcą. Bärbel nie buntuje się przeciwko karom. Wie, że źle zrobiła, a rodzice tak naprawdę bardzo ją kochają.

Jedynym cieniem na jej życiu kładzie się postać z dużego portretu, który wisi na ścianie. To Ursel. W domu słyszy czasem, jaka ona była wspaniała. Bärbel chce być jak Ursel. Czuje się do tego zobowiązana, bo nosi jej sukienki. Gdy skacze na skakance i skusi, myśli: „Skup się, Ursel nigdy by nie skusiła”. Nieżyjąca dziewięciolatka staje się niedoścignionym wzorcem.

* * *

Bärbel nie może mieć pojęcia, że jest malutkim elementem szaleńczego pomysłu Heinricha Himmlera, jednego z najpotężniejszych ludzi III Rzeszy, szefa SS, Gestapo, niemieckiej policji, ministra spraw wewnętrznych. Ten człowiek opętany teoriami rasowymi i ideą „dobrej krwi” w 1934 roku napisał do dowódców SS: „Wszyscy walczylibyśmy na próżno, jeśli zwycięstwa militarnego nie uzupełnimy zwycięstwem narodzin dobrej krwi”. Jak zaznaczył, rodzenie dzieci nie jest czyjąś prywatną sprawą, ale obowiązkiem wobec przodków i narodu. Parom, które nie mogły mieć dzieci, Himmler zalecał: „Każdy dowódca SS powinien zaadoptować wartościowe pod względem rasowym oraz genetycznym dzieci i wychowywać je w duchu narodowego socjalizmu”.

Rok później Himmler powołał do życia instytucję Lebensborn – Źródło Życia. Nie bez znaczenia dla okoliczności jej powstania była duża liczba aborcji przeprowadzanych w Niemczech oraz dzieci urodzonych ze związków pozamałżeńskich.

W latach 30. panna z dzieckiem ciągle stanowiła przykład niemoralnego prowadzenia i była skazana na społeczny ostracyzm. Lebensborn miał zapewnić samotnym matkom możliwość uniknięcia hańby. Po cichu, w tajemnicy kobieta mogła wydać na świat pełnowartościowe, aryjskie dziecko, które odpowiednio indoktrynowane przez nowych rodziców miało wiernie służyć Führerowi. Oczywiście z dyskretnych usług Lebensbornu mogła skorzystać odpowiednia rasowo kobieta. Sprawdzano również aryjskość ojca. Nie bez znaczenia były przynależność do SS, NSDAP oraz narodowosocjalistyczny światopogląd.

Lebensborn niedługo po powstaniu zaczął otwierać ośrodki dla przyszłych matek: Hochland niedaleko Monachium, Harz w Wernigerode, Kurmak w Klosterheide czy Pommern w Połczynie-Zdroju. Dobrze wyposażone, z miłym personelem. Urodzone tam dzieci trafiały do rodzin zastępczych lub adopcyjnych. Zdarzało się jednak, że matki po pewnym czasie zabierały je ze sobą.

Czego więcej mogła chcieć kobieta, która miała wybór między nielegalną w III Rzeszy aborcją a życiem w potępieniu?

Dla Himmlera Lebensborn miał znaczenie wojskowo-polityczne. To ta instytucja miała zapewnić Wehrmachtowi stały dopływ żołnierzy. Miała produkować niebieskookich blondynów i blondynki – stuprocentowo oddanych obywateli nowego, lepszego świata.

O ośrodkach Lebensbornu jeszcze długo po wojnie będzie się mówić, że były to swoiste „domy rozrodcze”. Że kopulowano w nich na potęgę, byle tylko jak najwięcej dzieci przychodziło na świat. Czy rzeczywiście? Dowodów na to nie ma.

* * *

Ale Lebensborn ma też drugie, okrutne i zbrodnicze oblicze.

Już 25 listopada 1939 roku Himmler otrzymał raport opracowany przez Urząd Rasowo-Polityczny NSDAP dotyczący dawnych ziem polskich włączonych do Rzeszy. „Znaczna część rasowo wartościowych, ale z narodowych względów niezdatnych do zniemczenia warstw polskiego narodu będzie musiała zostać wysiedlona na pozostały polski teren. Jednak należy próbować wyłączyć z przesiedlenia rasowo wartościowe dzieci i wychować je w starej Rzeszy w odpowiednich zakładach wychowawczych. (...) Wchodzące w rachubę dzieci nie mogą liczyć więcej jak osiem do dziesięciu lat, ponieważ z reguły tylko do tego wieku możliwe jest prawdziwe przenarodowienie, tzw. ostateczne zniemczenie. Warunkiem jest całkowite zaprzestanie utrzymywania jakichkolwiek stosunków z ich polskimi krewnymi. Dzieci otrzymają niemieckie nazwiska, które także w źródłosłowie muszą być jednoznacznie germańskie. Ich rodowód będzie prowadzony przez specjalną placówkę. Wszystkie rasowo wartościowe dzieci, których rodzice polegli na wojnie lub zmarli później, będą od razu przejęte przez niemieckie domy sierot. Z tego względu należy wydać zakaz adoptowania takich dzieci przez Polaków”.

Spacer pielęgniarek z dziećmi w jednym z domów Lebensbornu

Gabinet lekarski w domu Lebensbornu w Steinhöring niedaleko Monachium

Akcja germanizacji dzieci obcych narodów była oczkiem w głowie Himmlera. „Wszelką dobrą krew – to jest pierwszym założeniem, o którym musicie pamiętać – gdziekolwiek ją na wschodzie napotkacie, możecie albo zdobyć, albo zabić. (...) Gdziekolwiek napotkacie dobrą krew, macie ją zdobyć dla Niemiec albo postarać się o to, by przestała istnieć. W żadnym wypadku nie może ona znajdować się po stronie naszych wrogów” – mówił w przemówieniu do wyższych oficerów SS z 16 września 1942 roku. Rok później w mowie o narodach słowiańskich w Bad Schachen zaznaczał: „Jest jasne, że w tej mieszaninie narodów pojawiać się będą zawsze pewne typy bardzo dobre pod względem rasowym. W tym wypadku – sądzę – naszym zadaniem jest zabrać ich dzieci do nas – oderwać od środowiska, choćbyśmy mieli dzieci te zabrać albo ukraść. Albo zdobędziemy dobrą krew, którą możemy spożytkować u siebie i wprzęgnąć w nasze szeregi, albo – moi panowie – możecie to nazwać okrucieństwem, ale natura jest okrutna – zniszczymy tę krew. Nie możemy usprawiedliwić przed naszymi synami i potomkami pozostawienia tej krwi po drugiej stronie” – mówi Himmler.

* * *

Na Śląsku badania rasowe nie były konieczne, bo tutejsza ludność uważana była za etnicznych Niemców. W tak zwanym okręgu Warty i na Pomorzu odbywała się selekcja rasowa. Dzieci szukano w zakładach opiekuńczych i rodzinach zastępczych. W Generalnej Guberni działalność skierowano przede wszystkim na dzieci rodzin pochodzenia niemieckiego, które nie zadeklarowały się jako folksdojcze, i wobec dzieci rozstrzelanych zakładników.

W uproszczeniu postępowaniem objęto następujące kategorie dzieci:

• Dzieci rodziców opierających się germanizowaniu. Chodzi tu przede wszystkim o osoby pochodzenia niemieckiego. Na przykład wieś Orłów na Podkarpaciu została założona w końcu XVIII wieku, za czasów cesarza Józefa II przez kolonistów niemieckich jako Schoenanger. Z czasem mieszkańcy wioski spolonizowali się. W 1942 roku ze wsi wysiedlono rodziny Józefa Szwakopfa i Juliana Hamera. Dzieci z tych rodzin zostały odebrane rodzicom. „Dano panu trzymiesięczny termin przyłączenia się, ze względu na pańskie niemieckie pochodzenie, do niemieckiej wspólnoty narodowej. Ponieważ pan tego nie wykorzystał, niniejszym wydalam pana wraz z pańską żoną z Schoenanger. Równocześnie zabraniam panu i pańskiej polskiej żonie wstępowania kiedykolwiek do wsi Schoenanger po dniu 4 lipca 1942 roku. Jeśli mimo tego spotkano by was w Schoenanger, wówczas zostaniecie umieszczeni w obozie koncentracyjnym. Wasze nieletnie dzieci zostają zabrane na wychowanie w zakładach opieki społecznej” – brzmi decyzja władz okupacyjnych.

• Dzieci małżeństw mieszanych pod względem narodowościowym. Na terenach włączonych do Rzeszy za niepolską ludność uważano też Kaszubów, Ślązaków, Mazurów. Małżeństwa mieszane pozostawały pod stałą obserwacją, bo nie dawały gwarancji wychowania dziecka w duchu niemieckim. W razie stwierdzenia jakichkolwiek uchybień dziecko można było odebrać.

• Dzieci z rozwiedzionych małżeństw mieszanych. W przypadku orzeczenia rozwodu lub unieważnienia małżeństwa polskiego rodzica pozbawiano zawsze prawa opieki nad dzieckiem. Również w przypadku wcześniej zawartych rozwodów przeprowadzano rewizję i przyznawano opiekę rodzicowi niemieckiemu.

• Dzieci przebywające w zakładach opiekuńczych. To była najłatwiejsza droga pozyskiwania dzieci cennych rasowo. Przykłady można mnożyć. W Tychach przed wojną swoją ochronkę przy ulicy Nowokościelnej 56 (dziś Ośrodek Świętej Faustyny) prowadziły siostry elżbietanki. W styczniu 1941 roku zakład został przejęty przez NSV (Narodowosocjalistyczne Towarzystwo Opieki Społecznej). Polski personel został zwolniony, a dzieci podzielono na trzy grupy. Mniej zdolne, średnio zdolne i najzdolniejsze. Z pierwszej grupy dzieci zostały wywiezione do Generalnej Guberni. Średnio zdolne przewieziono do zakładu w Bielsku. Najzdolniejsze dziewczynki wywieziono do Gliwic, niemowlęta do Miechowic. Sierociniec przekształcono na HJ-Jugendheim wyłącznie dla chłopców. Na początku 1945 roku było ich około 40. Wywieziono ich do miejscowości Gablenz. Wszystkie ich dokumenty zostały zniszczone albo wywiezione do Niemiec.

• Dzieci przebywające w rodzinach zastępczych. Procedura odbierania była stosunkowo prosta. Aby nie wywołać zaniepokojenia u rodzin, należało je informować, że dzieci będą umieszczane w szkołach z internatem lub zakładach wypoczynkowych. Nie należało zabierać dzieci tym rodzicom zastępczym, którzy nadawali się do zniemczenia. Policja donosiła na przykład urzędowi do spraw młodzieży w Piotrowicach koło Katowic: „W tutejszym rewirze stwierdzono, że szewc Edward Cinalski zamieszkały w Piotrowicach, ulica Hrabiego Redena 7, przyjął w roku 1940 pod swoją opiekę dziecko, Urszulę Muthwill, urodzoną 19 lutego 1940 roku w Katowicach. Rodzice przybrani nie zostali przyjęci do niemieckiej listy narodowej i są uważani za Polaków. Mąż Edward Cinalski nie zna języka niemieckiego. Żona jego mówi łamaną niemczyzną. Jest rzeczą wskazaną umieścić dziecko w niemieckiej rodzinie zastępczej”.

• Dzieci pozostające pod opieką polskich opiekunów. Notatka urzędowa z 29 lipca 1942 roku odnaleziona w aktach NSV (NTOS) w Katowicach. Dotyczy ona polskich opiekunów, którym odebrano dziecko i umieszczono je w zakładzie niemieckim. „Z kierownictwa okręgu doniesiono telefonicznie, że małżeństwo Krzestan, a w szczególności pani Krzestan, usiłują stale zbliżyć się do dziecka, które swego czasu znajdowało się pod ich opieką. Odwiedzają je często w zakładzie, a gdy kierownik zakładu nie zezwala na to, starają się wywabić dziecko przez innych chłopców. Przynoszą mu jedzenie, jak gdyby nie otrzymywał on nic w zakładzie. Stwierdzono, że Zygmunt po każdych takich odwiedzinach był negatywnie nastawiony. Przed mniej więcej dwoma tygodniami, po krótkim pobycie sam na sam z panią Krzestan okazał się całkowicie zamknięty i uparty. Podczas rozmowy z kierownictwem okręgu przyznał, że jego poprzedni opiekunowie wywierają na niego inny wpływ niż zakład i że nie wie, jak ma się zachować. Do wezwań zabraniających odwiedzania zakładu pani Krzestan nie stosuje się. W związku z tym wezwałem panią Krzestan 25 lipca i zwróciłem jej stanowczo uwagę, że musi ona raz na zawsze zaprzestać odwiedzać Zygmunta i całkiem się od niego odsunąć. Wyraziła ona na to wielkie oburzenie i zachowywała się tak, jak gdyby zarzuty jej czynione były całkiem nieuzasadnione. Zrobiła wrażenie typowej kobiety polskiej z tak zwanych lepszych sfer. Na moje stanowcze wezwania przyrzekła w końcu, wielce urażona, uczynić to, czego się od niej żąda. Zygmunt ma być całkiem inteligentnym i miłym chłopakiem, byłaby szkoda, gdyby mu stale przeszkadzano w jego dalszym rozwoju”. 20 października 1942 roku opiekunem Zygmunta został ustanowiony Niemiec.

Młodzi Polacy na apelu w obozie wychowawczym Policji Bezpieczeństwa w Łodzi

• Dzieci rodziców deportowanych, pomordowanych lub wysiedlonych. Oczywiście kryterium rasowe było istotne, jednak w tym wypadku pod uwagę brano też same okoliczności osierocenia dzieci i obawę, że w przyszłości mogą się mścić za śmierć rodziców. To najbardziej tragiczny splot wydarzeń. Dzieci rodziców pomordowanych przez Niemców były oddawane pod ich troskliwą opiekę.

• Dzieci w obozach. W 1942 roku opracowano plany uruchomienia obozu koncentracyjnego dla małoletnich w Łodzi przy ulicy Przemysłowej wraz z filią w Dzierżąźni. Przeciętnie w obozie było około tysiąca osób. Dzieci zabierano do obozu bez żadnych innych kryteriów jako „młodocianych przestępców”. Na pewno zesłanie do obozu było elementem szantażu wobec rodziców, którzy opornie odnosili się do podpisania niemieckiej listy narodowościowej. Na przykład wniosek o zesłanie trzynastoletniej Erny Jureczko ze Śląska został cofnięty, gdy jej opiekuna wpisana do drugiej grupy folkslisty. W obozie dokonywano selekcji wartościującej dzieci do dalszej germanizacji.

• Na Śląsku z kolei utworzono sieć Polenlagrów – obozów dla ludności polskiej. Były to obozy dla ludności wysiedlonej, która miała zrobić miejsce przesiedleńcom niemieckim. Spory odsetek w obozach stanowiły dzieci i młodzież. Obozy były wizytowane przez komisje ekspertów rasowych. Obozowa dokumentacja została zniszczona, nie można więc ustalić, ile dzieci w Polenlagrach zostało poddanych germanizacji.

• Dzieci urodzone w Niemczech lub odebrane w Niemczech. Do 1943 roku Niemcy nie podejmowali żadnych decyzji odnośnie ciężarnych robotnic. Po 1943 roku mogły one poddać się aborcji. Zwłaszcza gdy ojciec dziecka nie miał germańskiego pochodzenia. Jednak w miarę coraz większych strat wojennych Niemcy zdecydowali się odbierać dzieci urodzone przez robotnice i wychować je jako dzieci niemieckie.

• Dzieci deportowane na roboty. Do Niemiec w czasie wojny wywieziono dziesiątki tysięcy dzieci i młodzieży. Deportacja miała pozyskać potrzebną siłę roboczą, ale też umożliwić przysposabianie przez naród niemiecki rasowo cennych jednostek.

• Dzieci zabrane na podstawie zarządzeń specjalnych. W czasie akcji wysiedleńczej na Zamojszczyźnie dzieci cenne rasowo trafiały pod opiekę Lebensbornu. W ramach akcji specjalnych wywozem objęte były też szkoły na przykład we Lwowie, Radomiu czy Tomaszowie Mazowieckim.

Badania rasowe przeprowadzali eksperci, którzy wypełniali specjalne formularze. Określano w nich dokładnie wielkość i kształt poszczególnych części ciała, kolor włosów i oczu. Do formularzy załączano fotografie dziecka w trzech pozach. Przeprowadzano też badania lekarskie i psychologiczne. Również po wywiezieniu do Niemiec.

W testach psychologicznych Zdzisława Denuszka urodzonego 14 września 1934 roku można przeczytać: „Denuszek, jeżeli otrzyma dobre kierownictwo, może stać się dobrym Niemcem. Ponieważ jest młody, obiecuje wiele, gdyż rozporządza dobrymi właściwościami charakteru”.

W opinii o Agnieszce Miszewskiej urodzonej 12 października 1931 roku: „Ponieważ jest bardzo młoda, obiecuje na przyszłość wiele, gdyż rozporządza bardzo dobrymi cechami charakteru i zdolnościami umysłowymi. Ogólne wrażenia jest bardzo dobre”.

Z kolei o Leszku Macu z Łodzi: „Nie dostosował się on do zbiorowego życia w obozie. W drugim tygodniu uciekł nocą, gdyż jak oświadczył, gołębie jego zginęłyby z głodu w domu. Poza tym okłamywał nas stale w sposób dość wyrafinowany. W nauce jest jednak wcale rozgarnięty i inteligentny. Nie zasługuje jednak na powrotne zniemczenie”.

* * *

Wielu dokonań Lebensbornu związanych z germanizacją polskich dzieci nie poznamy nigdy. Już pod koniec wojny ślady działań zaczęli niszczyć sami pracownicy tej organizacji. Niezbyt ostrożnie podchodziły do nich też wojska okupacyjne. Większość dokumentów zgromadzono w Urzędzie Stanu Cywilnego Lebensbornu w Monachium. Po wkroczeniu aliantów zostały one zapakowane do sześciu skrzyń, które załadowano na ciężarówkę. Nie wiadomo, gdzie były przewożone. Wiadomo, że w kilka miesięcy po kapitulacji ciężarówka została zatrzymana na drodze przez jednostkę amerykańską pod dowództwem kapitana Kaufmana. Po sprawdzeniu ładunku kapitan kazał dokumenty wrzucić do rzeki. Można przypuszczać, że papiery nie przedstawiały dla niego żadnej wartości. O niefrasobliwej decyzji amerykańskiego kapitana Kaufmana wiadomo dzięki jugosłowiańskim oficerom, którzy byli akredytowani w amerykańskiej strefie. To oni zauważyli w rzece pływające dokumenty. Część z nich wyłowili. Gdy zorientowali się, że zawierają słowiańskie imiona i nazwiska dzieci, zaalarmowali władze okupacyjne.

Przed nami wielka niewiadoma

Bärbel świetnie opanowała niemiecki. W swojej miejscowości ma już koleżanki. Lubi zwłaszcza towarzystwo Helgi Schinneker. Obie dziewczynki nie wiedzą, jak wiele mają ze sobą wspólnego. Helga Schinneker to Halinka Jachemska. Podobnie jak Basi zmierzono jej czaszkę, rozstaw oczu i nosa. Miała pięć i pół roku, gdy została zabrana z domu. W ośrodku, w którym była, panował ostry rygor. Za każde polskie słowo dzieci bito lub zamykano w ciemnym pokoju. Do końca życia będzie pamiętała, jak za to, że zatrzasnęła się w umywalni i nie mogła sama otworzyć drzwi, oblano ją zimną wodą. Mokra musiała stać na chłodzie parę godzin. Los Halinki odmieniła Auguste Schinneker z Lemgo, która została jej przybraną matką.

Bärbel już w ogóle nie myśli o tym, co działo się w ośrodku. Ma rodziców i braci, którzy przyjeżdżają na przepustkę. Jeden z nich się żeni. Bärbel pęka z dumy, gdy przed młodą parą sypie kwiatki.

Skończyła się wojna. Bärbel nie wie, że w Łodzi babcia dziewczynki o imieniu Basia zgłasza zaginięcie wnuczki.

W domu Bärbel życie toczy się normalnie. Czasem jednak dziewczynka widzi, że dorośli przerywają rozmowę, gdy wchodzi.

Bärbel – pierwsza z lewej, sypie kwiatki na ślubie brata

Zaczyna się rok 1948. Bärbel słyszy od rodziców, że być może za jakiś czas pojedzie na wycieczkę. Mama zaczyna płakać. Bärbel nie rozumie, co się dzieje. Czuje tylko, że nic dobrego.

* * *

W ostatnich dniach stycznia 1945 roku przed gmachem Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach zatrzymują się ciężarówki, które przywożą z Krakowa urzędników. Wśród nich jest Roman Hrabar, 36-letni prawnik pochodzący z Kołomyi na Kresach. Wysoki, przystojny, po polsku mówi z miękkim, wschodnim akcentem. Zna też świetnie niemiecki, angielski i francuski.

Ojciec Romana, też adwokat, był wielkim fanem opery. W swoim domu rodzinnym Roman poznał wielu ludzi związanych ze sztuką. Śpiewaków Adama Didura i Ignacego Dygasa oraz kompozytora Ludomira Różyckiego. Kiedy miał siedem lat, rozpoczął naukę gry na fortepianie.

Matka interesowała się malarstwem i sama malowała. Zabierała Romana do Włoch, gdzie całymi dnia zwiedzali galerie sztuki. Odwiedzali Jana Stykę, malarza, który osiadł na Capri.

Roman uczył się w Wiedniu. Tam świetnie poznał niemiecki, a z czasem inne języki. Studiował we Lwowie, a później w Krakowie. Prawo ukończył w 1931 roku.

Nie wiadomo dokładnie, kiedy i dlaczego rodzina Hrabarów zdecydowała się opuścić Kołomyję i przenieść na Śląsk, do Katowic. Ale można się domyślać. Od 1922 roku, gdy do Polski przyłączono część Górnego Śląska – w tym Katowice, do miasta ściągano polską kadrę urzędniczą, nauczycieli, księży. Kuszono ich wysokimi zarobkami i różnymi dodatkami. Miasto ich potrzebowało, gdyż zdecydowana większość Ślązaków miała wykształcenie podstawowe, a wykształceni Niemcy wyjeżdżali z Katowic. W mieście powstały nowe urzędy, takie jak Urząd Wojewódzki, Sejm Śląski czy Wyższy Urząd Górniczy.

Zdjęcia paszportowe Romana Hrabara

Sam Roman w 1934 roku odbywał aplikację w Prokuratorii Generalnej Rzeczpospolitej Polskiej w Warszawie. Z zachowanych dokumentów nie wynika jednak, czy przystąpił do egzaminu.

Wybuch wojny zastał Romana na kresach. Przedostał się on przez Bug i wrócił do Warszawy. Chodził na tajne zajęcia do profesora Jana Namitkiewicza, u którego napisał pracę doktorską z prawa cywilnego. Po powstaniu przeniósł się z Warszawy do Krakowa. Tam też zastało go wyzwolenie.

Jak to się stało, że tak szybko znalazł się w grupie urzędników, którzy mieli zorganizować nową śląską administrację? Dokładnie nie wiadomo. Być może po prostu przeczytał wywieszoną na ulicy odezwę do urzędników, aby zgłaszali się do pracy. Gruntowne wykształcenie, znajomość prawa i języków, a zwłaszcza niemieckiego, musiały być niezwykle pomocne. Takich ludzi nowa władza potrzebowała. Pewnie nie bez znaczenia był fakt, że Katowice poznał jeszcze przed wojną.

Hrabar otrzymuje duże mieszkanie w eleganckiej kamienicy przy ulicy Rymera.

* * *

Miasto wygląda, jakby było nietknięte wojną. Ruiny są tylko na rynku. Spłonęło tam kilka budynków podpalonych przez czerwonoarmistów, którzy plądrowali piwnice w poszukiwaniu alkoholu i kobiet. Nie było prądu, więc drogę oświetlali sobie płonącymi szmatami.

O atmosferze tamtych dni pisze Gertruda Pawlak-Finderowa, przedwojenna komunistka i jedna z uczestniczek śląskiej grupy operacyjnej, w skład której wchodzili wojskowi i cywile-urzędnicy. Pawlak-Finderowa w niedzielę 28 stycznia 1945 roku przybyła do Katowic, by rozpocząć budowę nowej władzy na tym terenie: „Na Śląsk przyjechaliśmy może jakieś osiem godzin po wypędzeniu stamtąd Niemców przez armię radziecką. Jak tylko przyjechaliśmy do Zagłębia, od razu rozeszła się wiadomość o naszym przybyciu. Widziano naszych towarzyszy w polskich mundurach i tłumy Zagłębiaków wyszły na ulice. Nasze samochody zostały zatrzymane, otoczono gen. Zawadzkiego, wyciągnięto oficerów, którzy mu towarzyszyli, z samochodów i podrzucano ich w górę. Każdy chciał się z nimi przywitać, ucałować nas, przy czym największe powodzenie mieli wojskowi. Sytuacja radykalnie się odmieniła, gdy przekroczyliśmy granicę ze Śląskiem. Na Śląsku zastaliśmy okna i drzwi zamknięte, na ulicach nie było ludzi. W oknach wywieszonych było sporo białych i biało-czerwonych flag. Jak nam później wyjaśniono, ludzie się bali, nie wiedzieli, czy zrobimy ich odpowiedzialnymi za czyny Niemców i za to, co działo się podczas okupacji. Samochody nasze pojechały pod siedzibę dawnego Sejmu Śląskiego. Naokoło gmachu i wewnątrz leżały rozrzucone czapki oficerskie i esesowskie, pozrywane dystynkcje oficerskie, bielizna damska, małe rewolwery, z których zresztą w pierwszym okresie korzystaliśmy. Widać było, że Niemcy uciekali stąd w wielkim popłochu. Stanęliśmy na placu. Po bardzo krótkim czasie od chwili naszego przyjazdu z domów zaczęło wychodzić trochę ludzi. Przynieśli nam naczynia z gorącą kawą i jedzenie. Powoli nawiązał się kontakt z ludźmi, od których czerpaliśmy niezbędne informacje”.

Tam, gdzie przed wojną była Polska, od stycznia 1945 roku rządzą Polacy. W części niemieckiej władzę sprawują Rosjanie. Niemal wszyscy Ślązacy, z powodu podpisania folkslisty, mają status grupy niepewnej, bez obywatelstwa polskiego. Najliczniejszej grupie – z trzecią kategorią folkslisty – obywatelstwo zostanie przyznane dopiero w sierpniu 1945 roku. Do tego czasu ludzie nie wiedzą, czy nie zostaną uznani za Niemców i wysiedleni.

Do obozów, w których jeszcze do niedawna rządzili Niemcy, trafiają nowi osadzeni. Folksdojcze i oskarżeni o „niechęć do władzy komunistycznej”. Wśród Ślązaków głośno o obozach Rosengarten w Mysłowicach czy Zgoda w Świętochłowicach. Może tam trafić każdy.

Do Katowic spływają rozkazy z Warszawy. Określają, że należy walczyć z wrogami politycznymi oraz folksdojczami uznanymi za winnych zdrady kraju podczas wojny. Nie ma wprost mowy o Górnoślązakach. Jak ubecy ustalają, kto będzie siedział jako folksdojcz, a kto jako wróg ustroju? Wybór czasem jest przypadkowy.

2 lipca 1945 roku wojewoda Aleksander Zawadzki wydaje zarządzenie zakazujące osobom narodowości niemieckiej zamieszkiwania na terenie województwa śląsko-dąbrowskiego. Rozpoczyna się akcja oczyszczania regionu. „Odniemczanie” polega na tym, że nie wolno używać języka niemieckiego, imiona i nazwiska są polonizowane, pozostałości kultury niemieckiej usuwane. Jeszcze wiosną 1948 roku w Katowicach osiem osób zostanie ukaranych za posługiwanie się niemieckim. Ukarani zostaną też kupcy: szesnastu za używanie bloczków kasowych z napisami niemieckimi i dziewięciu za wystawianie na widok publiczny towarów w opakowaniach niemieckich. Do końca kwietnia tego roku do oddziałów karno-administracyjnych sądu w Katowicach zostanie skierowanych 596 spraw celem przykładnego ukarania właścicieli mieszkań za nieusunięcie skrzynek pocztowych z napisami „Briefe”.

Wizyta prezydenta RP Bolesława Bieruta w Katowicach, 8 marca 1945 rok

W 1945 roku Górny Śląsk staje się terenem wędrówki ludów. Ludność niemiecka zmuszana jest do wyjazdów na Zachód lub wywożona do ZSRR. Na miejsce wyjeżdżających napływają ludzie z innych regionów Polski. Katowice, Bytom, Gliwice, Zabrze są miastami etapowymi dla rzeszy przesiedleńców ze wschodu, którzy zmierzają dalej na ziemie odzyskane, do Wrocławia lub Zielonej Góry. Ale na wschód są też wywożeni rdzenni Ślązacy. Sowieci wywieszają niewinnie brzmiące afisze wzywające mężczyzn w wieku od 18 do 50 lat do zgłaszania się do prac porządkowych. Zamiast tego ludzie są wywożeni „krowiokami” na wschód, do łagrów.

Pod koniec stycznia 1945 roku Sowieci zabierają z domów pracowników Huty Baildon w Katowicach. Mają pracować przy rozładunku wagonów na dworcu. 400 mężczyzn żołnierze ładują do wagonów i wywożą. Po trzech latach niewolniczej pracy w ZSRR do domów wróci tylko pięciu z nich.

Liczba deportowanych na wschód jest sporna, sięga 80–90 tysięcy, z czego około 25 tysięcy to osoby narodowości polskiej.

* * *

Mimo chaosu, wywózek, obozów w miastach toczy się w miarę normalne życie. Kilkanaście dni po wyzwoleniu w Katowicach jest już prąd, działają wodociągi. Do miasta wracają dawni mieszkańcy. Wśród powracających jest czternastoletni Leszek Dzięgiel, przyszły profesor etnologii. Jego rodzina okupację spędziła we Lwowie. Dla nastolatka Katowice wyglądają mizernie. Jest szaro, poznikały przedwojenne neony. „Katowice latem 1945 roku wydały mi się miastem nie tylko małym, ale – z wyjątkiem ścisłego centrum – jakimś sennym, spokojnym i... brudnym. Mroczne, wielopokojowe, rozległe mieszkania w starych, ozdobionych płaskorzeźbami i ornamentami kamienicach niejednokrotnie były zatłoczone. Mieszkało w nich po parę rodzin, tocząc kłótnie przy węglowych kuchniach i gazowych piecykach” – wspomina Dzięgiel.

Miasto przypomina wielki plac przeładunkowy. Z Katowic wysyłane są w Polskę pociągi z węglem, wracają z kartoflami.

Na dworcu kolejowym kwitnie handel. Mieszkańców przyciąga restauracja Astoria, w której można posłuchać orkiestry na żywo. Gości przyjmują hotele Monopol i Centralny. Wtajemniczeni wiedzą, że można w nich wynająć „tajne gabinety”, czyli pokoje na godziny. Pieniądze nie mają znaczenia, za wszystko płaci się towarem.

Ludzie szukają się nawzajem. Naklejają karteczki z nazwiskami i adresami na słupach ogłoszeniowych. Najbardziej oblegany jest słup przed Teatrem Śląskim. Ale też przy trafice na ulicy Stawowej, na ocalałych kamienicach przy rynku. Tysiące karteczek, a każda niesie nadzieję na odnalezienie krewnych.

Mecenas Hrabar zaczyna pracę w Urzędzie Wojewódzkim. Zostaje przydzielony do komórki, która ma zorganizować w województwie opiekę społeczną.

W lipcu 1945 roku Ministerstwo Pracy i Opieki Społecznej przesyła do Urzędu Wojewódzkiego pismo z prośbą o sporządzenie spisu dzieci wywiezionych do Niemiec. Potrzebne są nie tylko personalia, ale także informacje: co się stało z rodzicami, w jaki sposób dziecko zostało zabrane, jakie są o nim ostatnie wiadomości.

* * *

Skąd Hrabar ma to wiedzieć? Niemcy nie zostawili przecież śladów. Prosi o pomoc dziennikarzy. Jakiś czas później Polska Agencja Prasowa publikuje listę nazwisk 49 dzieci z dokumentu, którego oryginał znajduje się w archiwum Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. To lista sporządzona przez pełnomocnika Reichsführera SS jako komisarza Rzeszy do spraw umocnienia niemczyzny. Spis zawiera polskie nazwiska dzieci, ich daty urodzenia i nadane im imiona niemieckie z nazwiskami i adresami przybranych rodziców w okręgach Salzburga i Markt-Pongau w Austrii.

W sierpniu lub wrześniu 1946 roku do drzwi biura mecenasa Hrabara puka niespodziewany gość. Szczupła, wysoka starsza kobieta o przenikliwym spojrzeniu zza okularów. Przedstawia się: Eileen Blackey, Amerykanka, dyrektorka Głównej Kwatery Poszukiwań dzieci UNRRA na Europę. Przyjaciółka Eleonor Roosevelt, żony zmarłego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Blackey nie owija w bawełnę: sprawa jest pilna, przy poszukiwaniu dzieci w Niemczech potrzebna jest możliwie pełna dokumentacja.

W Polsce pomocy w szukaniu krewnych udziela tylko Polski Czerwony Krzyż. W niemieckich strefach okupacyjnych działają jego delegatury. Ale sprawą zajmuje się też UNRRA. Zanim pod koniec 1945 roku powołano Organizację Narodów Zjednoczonych, w 1943 roku powstała United Nations Relief and Rehabilitation Administration (Administracja Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy). UNRRA miała odpowiadać za to, by po zakończonej wojnie i kapitulacji Niemiec nie doszło do katastrofy humanitarnej. Zdawano sobie sprawę z tego, że naziści uprowadzili miliony ludzi. Rozpoczną się ich migracje. Towarzyszyć temu będą głód i choroby. Zaraz po wojnie UNRRA zaczęła odpowiadać za dostarczanie żywności, pomoc medyczną i repatriacje dipisów z Niemiec.

Dipisi. Skrót od angielskiego DP – displaced persons. Robotnicy przymusowi, jeńcy wojenni, uwolnieni więźniowie obozów koncentracyjnych. Nie wracają po wyzwoleniu od razu do domu. Zostają umieszczeni w specjalnych obozach. Wielu z nich po latach niewolniczej pracy pała żądzą zemsty.

Marta Korwin, polska pracownica socjalna w kwietniu 1945 roku znalazła się w mieście Bocholt w zachodnich Niemczech. Tamtejszy obóz dla dipisów urządzono w budynku fabrycznym. „Smutny był to widok. Mieszanka ludzi najróżniejszych narodów, brud, zagubienie, powszechne grabieże, większość pijana w sztok, nieodpowiednie wyżywienie” – opisuje w swoich wspomnieniach. W obozie w Bocholt są przesiedleńcy z Europy Zachodniej, Polacy deportowani z Warszawy po powstaniu, Rosjanie wysłani na roboty, włoscy jeńcy wojenni. „Podczas niewoli w Niemczech stworzyli przeciwwagę dla niezwykle trudnej, a czasem wręcz koszmarnej rzeczywistości, snując fantazje o przyszłym życiu... Wszystkie cierpienia pójdą w niepamięć. Wolność przeniesie ich do krainy, gdzie nie ma zła... do raju, gdzie wszyscy ludzie są dobrzy” – opisuje Korwin. Rzeczywistość tymczasem wygląda inaczej. Po niewoli zostają stłoczeni w obozach. Żyją w ciężkich warunkach. Wielu z nich szuka ucieczki w alkoholu lub seksie.

Wielu dipisów z Europy Wschodniej wcale nie myśli o powrocie do domu. Na przykład Polacy, Ukraińcy, Białorusini, których miejscowości po zmianach granic znalazły się na terenie Związku Radzieckiego. Nie chcą wracać też Estończycy, Łotysze, Litwini. Siedzą w obozach, czekają nie wiadomo na co. Badania lekarskie przeprowadzone w obozie polskich dipisów w miejscowości Wildflecken po ponad rocznym pobycie wykazują, że szesnaście procent mieszkanek (w tym dziewczynka, która grała rolę Matki Boskiej w obozowych jasełkach) ma rzeżączkę.

Pielęgniarka z armii amerykańskiej z grupą dzieci w obozie dla polskich dipisów w Bensheim

UNRRA organizuje też specjalne centra opieki nad dziećmi. Pierwsze powstaje w lipcu 1945 roku w klasztorze Indersdorf w Bawarii. Trafiają tam sieroty z obozów i gospodarstw, w których ich rodzice pracowali jako przymusowi robotnicy. Niektórych z nich nie można zidentyfikować. Wiele dzieci jest w szoku. Nie potrafią niczego konkretnego opowiedzieć. Inne są zbyt małe, by cokolwiek wiedzieć. Jeszcze inne w ogóle milczą. Cieszą się tylko, że mają gdzie mieszkać i co jeść.

Pracownicy UNRRA zabrali się za rejestrowanie dipisów żyjących poza obozami – w sierocińcach i w domach prywatnych. Natrafili na wiele dzieci pochodzących spoza Niemiec. Personel UNRRA z Bawarii raportował, że Niemcy pytani o dzieci odpowiadają wymijająco, czasem odmawiają wyjaśnień lub reagują wrogo. Dzieci traktują jak własne. Z drugiej strony pracownicy UNRRA wciąż spotykają rodziców innych narodowości, którzy swoich dzieci poszukują.

W UNRRA zorganizowano Centralne Biuro Poszukiwawcze. Jego pracownicy badają archiwa, sprawdzają dokumenty. Penetrują sierocińce, sprawdzają też domy prywatne, w których mogą mieszkać zniemczone dzieci.

Polki w jednym z obozów dla dipisów

Jeszcze przed spotkaniem z Hrabarem Eileen Blackey spotkała się z polskimi władzami w Warszawie. Pojechała do Łodzi, gdzie udostępniono jej archiwalne dokumenty – odnalezione listy z danymi dzieci, które zostały wywiezione do Niemiec. Amerykanka jeszcze raz odwiedza Hrabara w Katowicach. W listopadzie 1946 roku przyjeżdża do Polski upewnić się, czy kraj jest odpowiednio przygotowany na to, aby zadbać o powracające dzieci.

Hrabar uważa, że trzeba wprowadzić nowe procedury, poszukiwania należy zindywidualizować. Odnajduje na Śląsku akta NSV. Obfity materiał. W małym biurze prawnika akta sięgają sufitu.

– Trzeba się dobrze zorientować w tych dokumentach i wydzielić informacje, które mają praktyczne znaczenie – mówi Hrabar współpracownikom. Jedzie do Grodkowa na Opolszczyźnie po kolejne papiery. W tamtejszym zakładzie wychowawczo-poprawczym, który podlegał nadzorowi SS, są resztki kartotek dzieci zsyłanych tam z różnych miejscowości na Śląsku. Nie wiadomo, dokąd wywieziono je z Grodkowa.

* * *

Wieść, że Hrabar szuka dzieci, szybko roznosi się po województwie. Coraz częściej przychodzą do niego rodzice, krewni przysyłają listy – bardzo do siebie podobne. Na przykład taki: „Nie było mnie w domu. Po powrocie nie zastałam już mojego synka Krzysztofa. Miał osiemnaście miesięcy. Dwóch gestapowców pobiło mojego starego ojca i dwie siostry, którzy bronili się przed oddaniem dziecka. Wywieziono go samochodem. Od tego czasu nie mam żadnej wiadomości o dziecku”.

Dzieci pośród dipisów zmierzających do ośrodka Firedland, 3 marca 1950 rok

Albo taki: „Córeczka moja zachorowała. Udałam się do apteki, co trwało dłuższy czas. Po moim powrocie sąsiedzi ze strachem opowiadali, że jacyś ludzie w mundurach niemieckich z pielęgniarką wyważyli drzwi do mojego mieszkania i zabrali spazmujące dziecko do samochodu. Widziano przez szyby, jak samochód szybko odjechał. Nigdzie nic o dziecku nie mogłam się dowiedzieć”.

Niekiedy do opisu dołączona jest fotografia uśmiechniętego malca.

Spraw jest już tak dużo, że od władz centralnych Hrabar otrzymuje pełnomocnictwo do prowadzenia działalności związanej z rewindykacją dzieci polskich z Niemiec.

Z Polski jednak nie wyjeżdża od razu. Najpierw trzeba w kraju skoordynować działania Ministerstwa Pracy i Opieki Społecznej, Spraw Zagranicznych, Oświaty, Generalnego Pełnomocnika do spraw Repatriacji, Zarządu Głównego PCK.

„Nie posiadamy żadnych informacji, jak poszukuje się dzieci. Przed nami wielka niewiadoma” – odnotowuje Hrabar przed wyjazdem do Niemiec. Pakuje ze sobą dokumenty, m.in. kartotekę dzieci z Urzędu Rasy i Osadnictwa SS w Łodzi z numerami dzieci na fotografiach.

Wiosną 1947 roku pełnomocnik polskiego rządu opuszcza kraj. Do Niemiec podróżuje Orient Expressem. Przejeżdża przez Petrovice, Pragę, Pilzno, Mariańskie Łaźnie, Cheb. Pociąg mija Norymbergę, Stuttgart, dojeżdża do Karlsruhe. Tu Hrabar przesiada się do pociągu do Heidelbergu. Już latem tego roku w polskiej prasie ukażą się pierwsze informacje o poszukiwanych i odnajdywanych przez niego dzieciach.

Dziecko szczęścia

Hrabar nie ma pojęcia, że zbliża się do poznania tego, jak działał Lebensborn. Z czasem, krok po kroku uda mu się poskładać zdobywane informacje i zrekonstruować cały proceder. Na razie z Polski mecenas dociera pociągiem do niemieckiego Heidelbergu w amerykańskiej strefie okupacyjnej. Na miejscu wita go Eileen Blackey. Przedstawia pozostałych uczestników akcji poszukiwania dzieci. To przedstawiciele m.in. Czechosłowacji, Belgii, Jugosławii, organizacji charytatywnych amerykańskich i żydowskich.

Warunki pracy w Heidelbergu są fatalne. Hrabar opisuje, że kwatera mieści się na terenie zajmowanym przez wojsko. Pokój Hrabara jest ciasny, brakuje miejsca na akta i maszynę do pisania.

Pierwsza misja w Bawarii. Hrabar wertuje kartoteki ewidencyjne przebywających tam dzieci. Na specjalnych drukach spis danych personalnych. W wielu przypadkach kwestionariusz świeci pustkami. Jest sporo dzieci o nieustalonej narodowości. Prawnik podróżuje małym jeepem do Regensburga. W tamtejszej kwaterze UNRRA można przeglądać rejestry. Hrabar znajduje w nich nazwiska około czterech tysięcy dzieci ze Śląska. Ale w wielu miejscach kwestionariusze są niepełne. Często tylko adnotacja:

Powitanie polskich dzieci wywiezionych do Rzeszy w czasie wojny

„Dziecko nie pamięta swojego nazwiska. Nie może sobie przypomnieć rodziców”;

„Mówi, że nazywa się Stronk, ma 6 lat. Ojciec był wysoki. Mieszkał przy ulicy, po której jeździł tramwaj”;

„Mówi, że miała brata i siostrę. Siostra nazywała się Anna. Imienia brata nie pamięta. Wiadomo, że przyjechała w 1944 roku transportem z innymi dziećmi ze wschodu”;

„Zna niektóre polskie słowa, jak kot, pies, dobry, tak, nie, cukierek. Mówi, że jest z Polski. W języku niemieckim kończy jednak: Ich bin ein Deutscher”.

„Z postępem analizy akt zaczyna nas niepokoić jedno zjawisko: zniekształcenie pisowni imion i nazwisk” – notuje Hrabar. Karwinowski stawał się Karpersem, Mikołajczyk – Mickerem, a Sosnowska – Sosemann. Niektóre polskie nazwiska były tłumaczone na niemiecki: Olejnik – Oelmann, Młynarczyk – Mueller, Ogrodowczyk – Gaertner. Jeśli natomiast dziecko nosiło nazwisko o słowiańskim brzmieniu, nadawano mu typowe nazwisko niemieckie: Cieślak – Schueller, Rzamiak – Kramer, Czesławski – Zallinger.

* * *

Po raz pierwszy Hrabar spotyka polskie dzieci w Deggendorfie. Grupa chłopców i dziewczynek w różnym wieku czeka w ośrodku na repatriację. Zagaduje chłopaka, czternastolatka.

– Cieszysz się na powrót do Polski? – pyta Hrabar.

– Nie wiem jeszcze, czy pojadę. Może zostanę tu, może pojadę w świat.

Hrabar martwi się, bo obowiązują wytyczne, że dzieci powyżej czternastu lat, a nawet dwunastoletnie nie mogą być repatriowane bez własnej zgody. „Takie stanowisko jest dla nas nie do przyjęcia. Powrót do kraju nie może być zależny od żądzy przygód małoletniego lub czyjejś inspiracji” – pisze Hrabar w specjalnej depeszy do Warszawy.

Kolejny przystanek w Monachium. Problemy rosną. Amerykanie uważają, że dzieci folksdojczów są niemieckie, chociaż ich rodzice nadal przebywają w Polsce. Hrabar próbuje wyjaśniać, że na Śląsku za odmowę podpisania folkslisty groziła wywózka do obozu koncentracyjnego.

Hrabar znowu spotyka się z Eileen Blackey. W szczerej rozmowie Amerykanka przyznaje, że wśród ważnych ludzi, którzy zajmują się teraz Niemcami, ścierają się różne poglądy na repatriację dzieci. Coraz częściej mówi się, że UNRRA będzie zlikwidowana. I że ona sama już wkrótce będzie musiała opuścić Europę. Hrabar nie dopytuje o przyczyny odwołania Blackey, nie pozwala mu na to przedwojenna kindersztuba.

Na chwilę jedzie do Polski, przywozi dokumenty, które pozwalają odzyskać 146 dzieci, wszystkie zostały zidentyfikowane i są poszukiwane przez rodziców. Tak samo jak dzieci śląskie, które nie mogą zostać wydane, bo „mówią wyłącznie po niemiecku”. Mali Ślązacy przebywają w zakładzie opiekuńczym Schloss Hubertus. Hrabarowi udaje się udowodnić, że mają rodziców w Polsce. Udaje mu się odzyskać 25 dzieci.

Kolejna wyprawa Hrabara, tym razem nad jezioro Starnberg w Bawarii. W nadbrzeżnych rezydencjach działają zakłady opiekuńcze. Polak nie ma odpowiedniej przepustki, ale ryzykuje. Na jednej z plaż dostrzega grupkę bawiących się dzieci. Pilnują ich wychowawczynie. Hrabar widzi, że jeden z chłopców odbiega od grupy, szuka czegoś za drzewami. Hrabar rusza za nim z tabliczką czekolady w ręku. – Pięknie tu u was – zagaja po niemiecku. Chłopak dziękuje za słodycze, a Hrabar dopytuje: – Masz mamusię?

– Mam.

– Gdzie jest teraz?

– Na Śląsku.

– Nie chciałbyś do niej pojechać?

– Bardzo, ale mówią tutaj, że mamusia do mnie przyjedzie.

– Jest tu więcej dzieci z twoich stron?

– Jest więcej, są chłopcy i dziewczynki.

– Jak się nazywasz i ile masz lat?

– Ryszard, mam dziewięć lat.

– A nazwisko?

– Sinko.

Hrabar powiadamia UNRRA, ale odpowiedź nie jest pomyślna: „Ryszard Sinko nie jest nigdzie zarejestrowany”. Hrabar domaga się wszczęcia postępowania. Do kraju pisze list z prośbą o odszukanie rodziny małego Ryszarda.

Nie wiadomo, czy Ryszard Sinko wrócił do mamy, na Śląsk. Hrabar w swoich publikacjach nie wspomina, czy udało się odnaleźć jego rodzinę. Być może trafił do transportu, którym dzieci wracały do Polski, a Hrabar zapomniał to odnotować.

Do kraju zaczynają napływać całe grupy małych repatriantów. Hrabar jedzie tymczasem do brytyjskiej strefy okupacyjnej. Tam odwiedza m.in. miejscowość Lemgo, w Nadrenii Północnej-Westfalii na zachodzie Niemiec, w której mieści się siedziba Głównej Kwatery UNRRA na tę strefę. „Jak zwykle zaczynam od odczytu dla całego zespołu Głównej Kwatery i zaproszonych przedstawicieli Zarządu Wojskowego. Akcentuję mocno, że wszystkie zrabowane dzieci muszą powrócić do ojczyzny – nie tylko zresztą polskie – by częściowo wyrównać krzywdy wyrządzone potworną okupacją hitlerowską... W Lemgo identyfikujemy ujęte w tutejszej ewidencji dzieci” – notuje Hrabar.

* * *

W styczniowy dzień 1948 roku do domu Rossmannów puka kobieta w amerykańskim mundurze. Rodzice mówią Bärbel, że musi się ubrać. Płaczą. Bärbel wsiada do wojskowego jeepa i odjeżdża.

Wilhelm Rossmann pisze do Łodzi, do babci Basi: „O Bärbel wiedzieliśmy tylko, że nosiła nazwisko Geisler. Pomimo pytań nie uzyskaliśmy informacji o jej krewnych. Przyjęliśmy ją do domu jak własne dziecko i tak ją traktowaliśmy i wychowaliśmy. W tym okresie nosiła nasze nazwisko. Zawsze czuła się tu bardzo dobrze. Chodziła do szkoły. Bärbel jest bardzo zdolna, ale brak jej koniecznej do nauki wytrwałości. Przejawia pilność w rysowaniu i malowaniu, i w tym też jest niezmordowana”.

Siostra Basi – Krystyna Gajzler na spacerze z mamą Kazimierą Gajzler (pierwsza z lewej) i babcią Anną Gajzler

Bärbel ma dziesięć lat i dowiaduje się, że jest Polką. Z Lemgo zostaje przewieziona do jakiegoś miasteczka, gdzieś na południu Niemiec. W tamtejszym ośrodku jest grupka dzieci. Z magazynu UNRRA dostają ubrania. Same cuda. Bärbel wkłada kolorowe sukienki, lakierki. Codziennie z innymi dziećmi zajada się czekoladą i południowymi owocami – nigdy wcześniej takich nie jadła. W maju 1948 roku wraz z dwojgiem innych dzieci zostaje przewieziona do Augustdorf. Jest tu obóz z barakami, w których mieszkają ludzie różnych narodowości. Wszyscy czekają na transport do swojego kraju. Bärbel słyszy, że ma jechać do Polski.

Na początku czerwca wraz z innymi dziećmi wyrusza w podróż pociągiem. W wagonach stoją piętrowe łóżka. Pociąg często zatrzymuje się i stoi całymi dniami w szczerym polu. Dziewczynka myśli, że podróż nigdy się nie skończy. W końcu dojeżdża do Katowic. Z dworca dzieci są zabierane do kolejnego ośrodka.

– Jesteś Barbara Gajzler, a nie Bärbel Rossmann – słyszy od opiekunek. Dziewczynka nie rozumie po polsku. Z nikim nie rozmawia. Czeka. Ale na kogo? Przecież jej rodzice zostali w Lemgo.

Widzi, że po inne dzieci przychodzą dorośli. Płaczą, są szczęśliwi i zabierają je stamtąd. – Co ze mną będzie? – myśli. Wreszcie pojawia się mężczyzna, który mówi, że jest jej wujkiem. Na robotach nauczył się trochę niemieckiego. Dla Bärbel to miła odmiana. Wujek zabiera dziewczynkę do Gdańska. Tam będzie jej nowy dom.

Miasto jest zrujnowane. Na myśl o ślicznym, czyściutkim Lemgo łzy napływają dziewczynce do oczu. Idą do starego domu. Nie ma w nim łazienki, a nawet bieżącej wody! Są ludzie, których dziewczynka nie może zrozumieć. Nowa rodzina – ciocia i dwie kuzyneczki w wieku trzy i pięć lat. Po miesiącu ciocia rodzi jeszcze synka. Jest już wrzesień i Basia musi iść do szkoły. W klasie przedstawia się: „Ich bin Bärbel Rossmann” i od razu wzbudza ciekawość. Edukację zaczyna od pierwszej klasy. Uczy się polskiego. Na przerwie dzieci biorą ją w kółko. Trzymają się za ręce i śpiewają „Stary Hitler mocno śpi”. Bärbel niby się śmieje, ale tak naprawdę umiera z tęsknoty za Lemgo, za rodzicami. Czuje się Niemką. Wujek wyjaśnia, że trzeba to zmienić, bo jest Polką, a Niemcy dużo złego robili Polakom. I zabiera Basię na Westerplatte. – Zobacz, tu zaczęła się wojna – wyjaśnia. Później jadą do obozu koncentracyjnego w Stutthof. – Co ja mam z tym wspólnego? Jestem Bärbel, nie Basia – myśli dziewczynka.

Ciocia oczekuje, że Basia pomoże jej przy dzieciach. Nie rozumie, że ona sama potrzebuje opieki. Basia znów zaczęła się moczyć w nocy. Po dwóch latach pobytu w Gdańsku jedzie do babci do Łodzi. Mieszka z nią przez jakiś czas, ale później zostaje odesłana do kolejnej ciotki, a później jeszcze do kolejnej. Dziewczynka czuje, że nikt jej nie chce. Zwłaszcza po wizycie w Pabianicach, dokąd zabrała ją jedna z ciotek. Tam mieszka druga babcia. Okazuje się, że nie sama. Tylko ze starszą o sześć lat siostrą Basi. Kiedy się spotykają, Basia ma lat czternaście, siostra jest dorosła. Żadna z nich nie poczuła siostrzanej miłości. Po spotkaniu każda wróciła do swojego życia. Później rzadko będą się ze sobą kontaktować.

* * *

W końcu w 1952 roku Basia trafia do domu dziecka. Babcia odwiedza ją w niedzielne popołudnia. Basia powoli zapomina niemieckiego, mówi już płynną polszczyzną. Chce być samodzielna, zaradna. Dobrze się uczy. Postanawia, że będzie dobrą Polką. Dużo rysuje, dostaje się do szkoły plastycznej. Uczy się na technika sztuk plastycznych. Będzie rysować, projektować wzory na tkaniny. Nauka i rysunki pochłaniają ją całkowicie. Nie chce chodzić na randki. Chłopcy jej nie interesują. Już sama myśl, że miałaby z kimś być blisko, napawa ją wstrętem. Basia jest przekonana, że za mąż nie wyjdzie. Już tyle lat jest sama i zawsze będzie. Bo jak będzie z kimś, to ten ktoś znowu ją zostawi. I historia się powtórzy. Lepiej mieć tylko koleżanki i kolegów.

Basia najbardziej lubi małego Antoniego. Osiem lat młodszy od niej też mieszka w domu dziecka. Ale Antoni ma mamę. To pielęgniarka, która tam pracuje. Popołudniami, bo rano wychodzi do pracy w szpitalu. Basia lubi się opiekować Antonim. Jest dla niej jak młodszy brat. – Kiedyś będziesz moją żoną! – mówi chłopiec, kiedy Basia mu rysuje. Dziewczyna kręci głową. Ale przecież to tylko żarty, a Antoni jest taki serdeczny, optymistycznie patrzy na świat. Nie to co ona. Nieufna, zamknięta, wiecznie przekonana, że nigdy nic się nie uda.

Basia po skończonej szkole znajduje pracę, ale przeszłość daje o sobie znać.

W 1958 roku dostaje list od przybranych rodziców z Lemgo. Dowiaduje się, że listów było więcej, Rossmannowie szukali jej, ale ciocia w Gdańsku listów Basi nie przekazała. Basia nigdy jej nie zapyta, dlaczego to zrobiła. Nie ma z tą rodziną kontaktu. I już mieć nie będzie.

Po osiemnastu latach, w 1966 roku 28-letnia Basia jedzie do Niemiec. Wcześniej dwukrotnie odmówiono jej wizy. Kobieta nie jest pewna, co zastanie na miejscu. Zbliża się Boże Narodzenie. Całe Lemgo jest pięknie rozświetlone. Jak tu inaczej niż w szarej Łodzi! Basia skrada się przez ogród do domu. Zagląda przez okno. Widzi, że Mutti siedzi na kanapie, ogląda telewizję. Czy mnie poznają? Zaakceptują? Basia na dobre zapomniała niemiecki. „Bärbel!” – krzyczą domownicy, gdy staje w drzwiach willi. Znowu wszyscy wybuchają płaczem. Basia chce mówić. Łapie za słownik. W pamięci odgrzewa stare, zapomniane słowa.

Basia ma wizę na trzy miesiące. Udaje jej się przedłużyć na trzy kolejne. Przyszywani bracia pomagają znaleźć zajęcie w pracowni jednej z fabryk. Basia wykonuje kilka projektów tkanin. Słyszy, że są bardzo dobre! Nie może w to uwierzyć. Przecież ona nic dobrego nie potrafi. Cień Ursel znowu się odzywa. Basia nie potrafi siebie samej docenić, ale ma ambicje. Przed rodziną Rossmannów nie chce występować ponownie w roli biedaczki. – Zostań z nami. Jesteśmy twoją rodziną – przekonuje przyszywana matka. Ale Basia wraca do Polski. – To był dom mojego dzieciństwa, ale nie mój prawdziwy – myśli.

* * *

Do Polski wraca odmieniona. Coraz cieplej myśli o Antonim. Już dawno przestał być małym chłopcem. To przystojny dwudziestolatek. Zawsze uśmiechnięty, podtrzymujący na duchu. Basię nazywa Bajką i wciąż deklaruje jej swoje gorące uczucie. – Bajka, nie martw się! Trzeba cię otworzyć na życie – przekonuje.

Basia decyduje się wyjść za niego za mąż. Kiedy była drugi raz w Lemgo, już jako dorosła kobieta, widziała szczęśliwą rodzinę. Zrozumiała, że to jest możliwe. A nikt nie rozumie jej tak dobrze jak Antoni.

Barbara z mężem Antonim

Jego matka jest Niemką. Została w Polsce po wojnie. Nikt nie wie dlaczego. Ojciec jest polskim lekarzem. Pracuje w Wieluniu. Z żoną i dzieckiem widuje się od czasu do czasu. Antoni też się czuje samotny. Matka wiecznie zapracowana, nigdy nie miała czasu, żeby syna przytulać. Niespecjalnie też chciała. W obcym kraju, bez wsparcia bliskich, zachowuje wobec wszystkich dystans, nie okazuje uczuć, ciepła. A Antoni chce mieć własną, kochającą się rodzinę.

Na świat przychodzi najpierw Artur, po pięciu latach Aneta. Basia dobrze czuje się w nowej roli. Z Antonim dzielą się domowymi obowiązkami. Ale dwa lata po narodzinach drugiego dziecka Antoni ginie w wypadku samochodowym. Dawne, zapomniane uczucie pustki, samotności wraca ze zdwojoną siłą. Basia musi przezwyciężyć ból ze względu na dzieci.

Mieszka z teściową. Matka Antoniego jest już na emeryturze. Wnuki uwielbia. Ale zawsze ma odmienne zdanie na temat ich wychowania. Basi się wydaje, że chce zająć jej miejsce. Nie wie, jak się teściowej przeciwstawić. Na głowie ma utrzymanie domu. Bierze do domu prywatne zlecenia. Dużo projektuje, na rynku trwa boom na koszulki z nadrukami. A w domu prócz pracy ma pranie, gotowanie, dzieci i teściową wciąż zazdrosną o wnuki.

Barbara z Mutti

Kilka lat po śmierci męża przechodzi załamanie nerwowe. Trafia do szpitala.

Pomaga jej niemiecka rodzina. Piszą listy, zapraszają. Barbara jedzie z dziećmi do Lemgo. Zaczyna opowiadać dzieciom o swoim życiu.

One są jej wytchnieniem i rekompensatą. Artur więcej czasu spędza w domu niż z kolegami. Razem z Anetą pomagają matce, jak mogą. Dają korepetycję, dorabiają w czasie wakacji.

Basia też cały czas pracuje. Nie myśli o własnym życiu. Tym bardziej o nowym związku, poznaniu jakiegoś mężczyzny.

Kiedy teściowa umiera, Barbara płacze. Choć mieszkały razem, nigdy nie stały się sobie bliskie. Ona też miała swoją historię, myśli Basia. Do końca życia nie pozbyła się twardego, niemieckiego akcentu. Czuła się tu obca. Była twarda i krytycznie do Barbary nastawiona. A Barbara w jej słowa wierzyła. Bo przecież nigdy nic jej w życiu nie wychodziło.

Po raz kolejny Barbara czuje się opuszczona, gdy z rodzinnego gniazda wyfruwają dzieci. Aneta skończyła germanistykę i została tłumaczką. Wychodzi za mąż za Niemca. Artur na szczęście zostaje w Łodzi. Na świat przychodzą wnuki.

Barbara chciałaby w końcu mieć czas tylko dla siebie: czytać, odpoczywać, jeździć na wczasy. Ale angażuje się we własną przeszłość i przejmuje prowadzenie Zrzeszenia Dzieci Polskich Germanizowanych przez Reżim Hitlerowski. Pomaga innym w poszukiwaniu dokumentów. Dzięki jej staraniom na budynku przy ulicy Piotrkowskiej w Łodzi zostaje wmurowana tablica: „W tym budynku w latach 1940–1944 hitlerowcy dokonywali badań i selekcji rasowej polskich dzieci w celu ich germanizacji”.

* * *

Dziś Barbara mieszka w jednym z łódzkich dziesięciopiętrowców. – Mieszkałam na czwartym piętrze bloku bez windy. Z czasem coraz trudniej było mi wchodzić po schodach. Zaczęłam się zastanawiać nad zamianą mieszkania. W moje urodziny syn z rodziną urządzili mi przyjęcie. Dostałam małe pudełeczko. Otwieram, a w środku klucze! Artur mówi, że to do mojego mieszkania! Mówię: „Ubierajcie się, idziemy zobaczyć”. Założyliśmy kurtki, buty. Wychodzimy, ale Artur prowadzi nie do windy, a do innego mieszkania. Otwiera drzwi i mówi: „To twój nowy dom, mamo”. I tak zostałam sąsiadką własnego syna. Byłam przestraszona, że może mieszkamy zbyt blisko. Ale nie wchodzimy sobie w paradę – Barbara uśmiecha się.

Barbara Paciorkiewicz w swoim mieszkaniu w Łodzi

Mieszkanie jest elegancko i nowocześnie urządzone. Wszystko starannie poukładane: listy, wydruki, zdjęcia. Całe życie pani Barbary.

– Ja naprawdę byłam dzieckiem szczęścia! – opowiada. – Mogłam trafić do złych ludzi. A oni mnie przyjęli, kochali.

Oglądamy stare zdjęcia. Mała Basia-Bärbel przy choince z przyszywaną mamą, w szydełkowych sukienkach po Ursel i z wielką białą kokardą na jasnych włosach.

– Mam też zdjęcia prawdziwej mamy – pokazuje zdjęcia eleganckiej kobiety w szykownych kapeluszach albo w modnym, nieco śmiałym jak na tamte lata stroju kąpielowym. – Jak mogłam ją zapamiętać? Moja córka też dziś nie pamięta swojego ojca. Ale ona miała mnie. A ja nie miałam nikogo. Zniszczono nam psychikę. Celowo mówię „nam”. Przecież nie jestem jedynym dzieckiem, które podczas wojny zostało wywiezione do Niemiec. Jest nas sporo. Wielu już nie żyje. Nasza psychika, psychika tych dzieci jest jak złamana gałąź, która nigdy się nie zrośnie. Nic nie przywróci człowiekowi życiowej równowagi.

– A pani koleżanka Halinka? – pytam.

– Już nie żyje. Spotkałyśmy się w Łodzi, miałyśmy cały czas ze sobą kontakt, przyjaźniłyśmy się. O, tu jest na zdjęciu – pokazuje.

Basia z Mutti w domu w Lemgo

Oglądamy kolejne dokumenty. Na przykład list Wilhelma Rossmanna do babci z 1948 roku. Ten sam, w którym pisze, że „Bärbel jest bardzo zdolna, ale brak jej koniecznej do nauki wytrwałości. Przejawia pilność w rysowaniu i malowaniu, i w tym też jest niezmordowana”. – Gdyby Niemcy mnie nie zabrali, bardziej wierzyłabym w swoje możliwości, których nie wykorzystałam do końca. Byłabym bardziej pewna siebie – mówi pani Barbara.

Wilhelm i Maria już nie żyją. Starszy syn Rossmannów zmarł lata temu. Młodszy w marcu 2016 roku. Miał 91 lat. Pani Barbara pojechała do Lemgo na jego pogrzeb.

– Nie wiem, skąd Rossmannowie wiedzieli o ośrodku Lebensbornu. To nieistotne. Ważne, że mnie stamtąd zabrali. Skończyły się te potworne zastrzyki. Mówi się, że one miały nam zamazać pamięć. To raczej mało prawdopodobne. Dawali nam pewnie luminal, jakieś środki na uspokojenie. Żebyśmy nie płakali, nie krzyczeli – mówi pani Barbara. I po chwili dodaje. – Rozumiem, że po wojnie polskie dzieci musiały wrócić z Niemiec. Często przecież czekali na nich prawdziwi rodzice. Ale gdy rodziców nie było, a ci nowi je kochali, dziecko nigdy nie powinno zostać im odebrane. Nie, nie powinnam być zabrana od Rossmannów – dodaje.

Czy poczucie samotności z biegiem lat minęło?

– Ciągle czuję się niechcianym dzieckiem. Ono wciąż jest we mnie. Teraz, kiedy jestem starsza, dużo bardziej niż kiedyś.

Byłaś młodsza, byłaś blondynką

16 maja 1945 roku ulicami Poznania wędruje kobieta z plecakiem na ramieniu. To Halina Witaszek, żona Franciszka, matka pięciorga dzieci, obozowy numer 39447. Przeżyła Auschwitz i Ravensbrück. Idzie na Osiedle Grunwaldzkie, do mieszkania swoich krewnych Kubiaków. Mają tam na nią czekać Daryjka i Alusia, ukochane córeczki.

Ale dziewczynek nie ma. – Dwa lata temu zabrali je od nas Niemcy – mówi na progu Kubiakowa. To nie koniec złych wiadomości. Halina dowiaduje się, że jej mąż Franciszek od ponad dwóch lat nie żyje.

Franciszek przed wojną pracował jako asystent Zakładu Higieny i Medycyny Społecznej w Poznaniu. W czasie okupacji zaangażował się w konspirację. Został dowódcą Związku Odwetu (organizacji wchodzącej w skład Związku Walki Zbrojnej, a potem AK). Grupa Witaszka zajmowała się specyficzną działalnością. W jednym z mieszkań prowadzono laboratorium, które dostarczało bakterie groźnych chorób zakaźnych. Witaszkowi udało się wynaleźć preparat, który nie wywołując objawów zatrucia, powodował w organizmie spustoszenie. Nawet po jednorazowej dawce niszczył śledzionę lub nerki, co nieuchronnie prowadziło do śmierci. Inna substancja wynaleziona przez Witaszka doprowadza do zatrzymania akcji serca. Jego grupa opracowała też środek wywołujący ropienie skóry, powstawanie trudno gojących się ran. W innym laboratorium produkowano miniaturowe bomby termiczne. Wytwarzano też wynalezioną przez Witaszka substancję, która powodowała szybką korozję w metalach silników spalinowych. Albo specjalne gwoździe do przebijania opon samochodowych na drogach.

Rodzina Witaszków

W grupie Witaszka byli naukowcy, lekarze, laboranci, aptekarze, inżynierowie. Ale też kolejarze i szoferzy. Szczególną rolę odgrywali kelnerzy, którzy dzięki temu, że pracowali w lokalach, mieli możliwość dolewania specyfików i likwidowania gestapowców lub konfidentów.

25 kwietnia 1942 roku Franciszek Witaszek został aresztowany. Zabrano go z jego gabinetu lekarskiego. Niemcy wiedzieli, kogo zatrzymali. Przy kawie i papierosach zaproponowali mu współpracę. Propozycja była konkretna: swoje specyfiki miał wytwarzać dalej, ale już w berlińskich laboratoriach. Odmowa oznaczała wyrok śmierci. 8 stycznia 1943 roku po odrzuceniu propozycji współpracy i torturach Witaszek został powieszony. Wraz z nim zginęło 30 członków organizacji – 24 mężczyzn i sześć kobiet. Zwłokom Witaszka Niemcy odcięli głowę i włożyli ją do słoja z formaliną i napisem: „Kopf eines intelligenten polnischen Massenmörders”, czyli „Głowa inteligentnego polskiego masowego mordercy”.

Niedługo po aresztowaniu Franciszka Niemcy zatrzymali Halinę. Wcześniej udało jej się ukryć trójkę dzieci u brata w Ostrowie Wielkopolskim. Mariola, Iwona i Krzyś powinni być bezpieczni. Daryjkę (trzylatkę) i Alusię (pięciolatkę) zostawiła pod opieką Kubiaków.

Daria (z lewej) i Alodia

Halina jedzie do Ostrowa do brata Zygmunta Muszyńskiego i jego żony Ireny. Znajduje szczęśliwie trójkę pozostawionych u niego dzieci. Zaczyna szukać zaginionych córek. Pisze listy do Czerwonego Krzyża, ale nie dostaje żadnych konkretnych odpowiedzi. Przez przypadek w jednej z gazet czyta artykuł o tym, jak hitlerowcy porywali polskie dzieci. Autorem tekstu jest Roman Hrabar.

Halina szuka kontaktu z mecenasem. W lipcu 1947 roku pisze do niego list, prosi o pomoc w szukaniu dziewczynek. Do listu dołącza dwie fotografie. Hrabar otrzymuje go w Niemczech, w Ludwigsburgu. Z koperty wyciąga zdjęcia. Widzi dwie uśmiechnięte blondyneczki.

* * *

O powrotach polskich dzieci z Niemiec coraz głośniej w kraju. W sierpniu na ekranach kin Polska Kronika Filmowa wyświetla krótki filmik Dzieci odnajdują rodziców. Na czarno-białym ekranie widać nadjeżdżający pociąg. Po chwili tłum dzieci i dorosłych. „Mała stacyjka Koźle była widownią wzruszającego powitania dzieci polskich wywiezionych w głąb Rzeszy” – słychać głos lektora. Jakiś urzędnik w garniturze i z papierosem przegląda plik papierów. Być może sprawdza spis przywiezionych dzieci. Przed nim stoi nastolatek, obok malec w furażerce na głowie. „Dzieci odbierają żywność i kierowane są do ośrodków PCK, gdzie odbierają je szczęśliwi rodzice. Ale nie wszystkie czeka radość i ciepło domu rodzinnego. Oto Henio Lenczewski. Rodzice jego zginęli pod niemieckimi bombami” – na ekranie widać uśmiechniętego nastolatka. Obok niego krótkowłosy kilkulatek w ogrodniczkach. Trzyma go na rękach jakiś mężczyzna. „Ten malec urodził się w Kocinie koło Łodzi. O rodzicach jego nic nie wiadomo” – informuje lektor. Na ekranie widać już jasne główki dzieci bawiących się w piaskownicy. Ufnie uśmiechają się do kamery. Kolejne sceny to dorośli, którzy ściskają, przytulają dzieci. Widać starszą kobietę w czarnej chustce na głowie. „Ta kobieta przyjechała aż z Białej po wnuczęta”. Przybyłe dzieci w Koźlu odwiedza pisarz Kornel Makuszyński. Rozmawia o czymś z kobietą w czarnej chustce, z jej wnukami. Dzieci odchodzą z dorosłymi. Machają do kamery na pożegnanie.

Powitanie w Katowicach

Czy Halina Witaszek film ogląda? Nawet jeśli nie, na odnalezienie córek nie traci nadziei.

Hrabar swoje poszukiwania zaczyna od analizy nazwisk. Zna już zarządzenie szefa Głównego Urzędu Rasy i Osadnictwa SS z 17 września 1942 roku w sprawie zniemczania nazwisk dzieci. Zaleca ono zachowanie trzech, czterech liter pierwotnego nazwiska dziecka. Chodzi o to, żeby brzmiało ono choć trochę podobnie, żeby dziecko było przekonane, że od zawsze tak się nazywało. Witaszek, a więc Wit, być może Wita. Sprawdza, czy są takie nazwiska wśród dzieci nieokreślonej narodowości w ewidencji aliantów. Udaje mu się znaleźć tylko kilka nazwisk, ale jedno powtarza się dwa razy. Wittke! Noszą je dwie dziewczynki. Zgadzają się podane daty urodzenia.

„Natychmiast po otrzymaniu listu Pani, którego treścią zostałem głęboko przejęty, przystąpiłem do badania dokumentów i materiałów spisowo-poszukiwawczych. Wynik badań okazał się niezwykle pomyślny, gdyż obie córeczki Pani figurują na liście dzieci z Gaukinderheim w Kaliszu pod polskim nazwiskiem, zaś na liście z Lebensbornu już pod nazwiskiem niemieckim” – pisze Hrabar do Haliny Witaszkowej we wrześniu 1947 roku. Ustala, że Alodia Witaszek to Alice Wittke urodzona 3 stycznia 1938 roku. Została oddana 24 kwietnia 1944 roku do rodziny Wilhelma Dahl w Stendal, niedaleko Berlina. Daria Witaszek to Dora Wittke urodzona 10 października 1939 roku. Oddana 20 maja 1944 roku do rodziny Edmunda Schoelna do miasteczka Weitra w Austrii. Hrabar nie ma wątpliwości, że Alice to Alodia, a Dora to Daria i obie przeszły przez młynek Lebensbornu. Zadbano o to, żeby zmienić ich miejsce urodzenia. Zamiast Poznania w dokumentach figuruje odpowiednio Stendal i Weitra. „W sprawie Alodii dałem placówce PCK w Berlinie polecenie natychmiastowej rewindykacji dziecka, względnie przeprowadzenia dalszych dochodzeń, o ile by ono w obecnej chwili nie przebywało już w Stendal. W sprawie Darii zwróciłem się pisemnie do Poselstwa Polskiego w Wiedniu, celem repatriacji jej. Nie jest wykluczonym, że Daria nie przebywa już w Weitra, gdyż według posiadanych przeze mnie informacji większa grupa dzieci z Austrii, które podobnie jak Daria przeszły przez instytucje Lebensbornu, w roku 1945 zostały przez szwajcarskie organizacje charytatywne zabrane do Szwajcarii, gdzie do tej chwili przebywają. Jest możliwe, że Daria jest między nimi. Oczekuję ze Szwajcarii listy imiennej tych dzieci” – donosi Hrabar w tym samym liście.

* * *

Co działo się z Alodią i Darią? Wiadomo, że cała piątka Witaszków w czasie okupacji trafiła na badania do urzędu do spraw rasy. Niemcy byli zadowoleni: piękne dzieci, prawdziwie nordycka rasa. Mariola, Iwona i Krzyś pewnie podzieliliby los Darii i Alodii, ale zdołano je ukryć. Los dziewczynek w Poznaniu był przesądzony. Niemcy zabrali je do obozu „Polenjugendverwahrlager” – obozu koncentracyjnego dla dzieci w Łodzi. Dziewczynki spały na drewnianej pryczy, przykrywały się szarym kocem.