Brukselska misja - Tobiasz W. Lipny - ebook
Opis

Karol, młody historyk sztuki, znany z powieści Barocco i Kurlandzki trop, wyjeżdża do Brukseli, żeby pozbierać się po śmierci wuja i rozstaniu z dziewczyną. Szybko jednak się okazuje, że nie będzie miał wiele czasu na rozpamiętywanie przeszłości. Niespodziewanie wpada w sam środek międzynarodowej afery, w której staje się narzędziem w ręku wywiadów i w której główne role grają bardzo duże pieniądze, a także - co zwykle za tym idzie - brutalni mężczyźni oraz piękne i niebezpieczne kobiety. Wszystko to, rzecz jasna, otoczone jest ścisłą tajemnicą. Karol niedawno wyszedł ze szpitala, gdzie leczył rany po poprzednich przygodach, ale światowi aferzyści wcale nie mają zamiaru stosować wobec niego taryfy ulgowej. Dzielny bohater, coraz bardziej przypominający swojską wersję Jamesa Bonda, staje jednak na wysokości zadania... by po raz kolejny się przekonać, że nic tak naprawdę nie jest takie, jakie się na początku wydaje. Sensacyjna fabuła, wartka akcja, żywe dialogi, niezwykłe poczucie humoru i śmiałe sceny erotyczne – Tobiasz W. Lipny w Brukselskiej misji ani na chwilę nie spuszcza z tonu.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 167

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Tobiasz W. Lipny

Copyright © by Wydawnictwo WA.B., 2008 Wydanie I Warszawa 2008

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Niektóre dramatis personae

Wymienione niżej postacie pojawiły się już w moich poprzednich powieściach,BaroccoiKurlandzki trop.Tym, którzy ich (niestety) jeszcze nie znają, polecam zaczęcie lektury od poniższego glosariusza; tych, którzy czytali moje oba kryminały, zapraszam na kolejną powtórkę i powitanie znanych im postaci, nawet tych nieżyjących…

ANAIS – egzotyczna, chłodna piękność, gospodyni i modelka wuja Antoniego-> Dębickiego, towarzyszka jego konnych przejażdżek, mistrzyni sztuk walki, ochroniarka – jednym słowem: postać jak z gry komputerowej.

BANDURA, FRANCISZEK, PROFESOR – pochodzący z Wisły, historyk sztuki o międzynarodowej sławie, specjalista od malarstwa; opiekun, promotor, mentor,ciceronenarratora w świecie sztuki i nie tylko. Profesor taki, jakim wszyscy profesorowie w Polsce powinni być, a rzadko są. Wnikliwy i ironiczny komentator polskiej rzeczywistości. W sferze intelektualnej (i częściowo duchowej) zastępczy ojciec narratora. Zasłynął medialnie jako odkrywcaMadonny z konwaliąPasserotta w zapyziałym wiejskim kościółku. Jego tragiczna śmierć doprowadziła do wyświetlenia losów zaginionych zbiorów Muzeum Kurlandzkiego.

BANDURA, MATYLDA – bibliotekarka w Cieszynie. Stara panna. Mimo braku fizycznego podobieństwa bez wątpienia siostra Profesora – to samo sarkastyczne podejście do życia i poczucie humoru, ta sama żywa inteligencja, ta sama… mądrość.

BĄCZEK – kumpel - Gerwazego (kumpla narratora) z politechniki. Komputerowy magik, jeden z pierwszych polskich hakerów. Mizantrop, audiofil i abnegat, obsesyjny krytyk kultury amerykańskiej. Tym razem nie odegra istotnej roli.

BIBIANA…CKA – wielka miłość narratora. Ruda Wenus, wspaniała kochanka, według fachowego określenia->Bandury: najwyższa, „zerowa” klasa kobiety. Chodząca zagadka. Spotkana przypadkiem, ale czy na pewno? Wraz z odkrywaniem jej kolejnych mrocznych tajemnic narrator pożałował, że w ogóle zaczął się nią interesować… Pytanie, czy ta czcicielka Boskiego Markiza istniała naprawdę. Policja utrzymuje, że osoba o tej tożsamości zmarła w dzieciństwie.

DANIŁYCZ, BERNADETA – córka zamordowanego przez Stiefkego dozorcy pałacu w Suchym Dębie. Wiejska panienka o wielkim potencjale. Jeszcze nas wszystkich kiedyś zadziwi.

DĄBROWA, EDWARD, PROFESOR – poczciwy pracownik Instytutu Historii Sztuki, specjalista od malarstwa akademickiego, przyjaciel Bandury i planeta w jego konstelacji.

DĘBICKI, ANTONI, DZIADEK – ojciec matki narratora, stary kawalerzysta; w czasie kampanii wrześniowej miał iść pod sąd wojenny, ale zrehabilitował się nadzwyczajną odwagą i skutecznością na polu bitwy. Jako ojciec chyba specjalnie się nie sprawdził, jako dziadek był OK. Kawaleryjski pociąg do płci pięknej i nalewek zachował do późnego wieku.

DĘBICKI, ANTONI BOLESŁAW, WUJ – późno przez narratora poznany brat jego matki, marnotrawny syn dziadków Dębickich. Niepozbawiony uczuć rodzinnych, emigrant mieszkający lata całe w Brukseli i prowadzący nader tajemnicze interesy w całej Europie. Po przejściu na emeryturę wrócił do kraju. Trochę trwało, zanim do narratora dotarło, że wuj jest kimś istotnym w NATO-wskich służbach specjalnych.

DZIUBIŃSKA, AURELIA, PROFESOR – patrz: GLIZDA.

FLINCK, GOVERT TEUNISZ (1615-1660) – znany doskonale fachowcom holenderski malarz, uczeń samego Rembrandta, autor kilkunastu portretów, między innymiŚmiejącego się pasterza,który znajdował się w kolekcji Muzeum Kurlandzkiego. Poszukiwanie tego obrazu doprowadziło do odkrycia losów zrabowanych dzieł z owego muzeum.

GERWAZY – serdeczny przyjaciel narratora z czasów szkolnych. Dziwkarz epicki, zdecydowaniene dancep.Erotoman gawędziarz o sporej praktyce. Z zawodu inżynier od kanalizacji, niepozbawiony jednak pewnej wrażliwości. Autor kilku niebanalnych obserwacji. Zginął poniekąd od miecza, którym wojował. Jeżeli odszedł tak, jak zapowiadał, lądują dziś na nim samoloty.

GLIZDA – czyli profesor Aurelia Dziubińska. Kobieta samotna, ceniona specjalistka od architektury w Instytucie Historii Sztuki; poprzez dawną zażyłość z Bandurą planeta w jego konstelacji. „Rycząca czterdziestka” ze skłonnością do alkoholizacji i – zaświadczonym przez Gerwazego – dużym potencjałem erotycznym. Ma słabość do narratora, który też ją lubi.

GRUBY – kolega z wydziału, historyk, swego czasu konkurent narratora o względy —>Olgi. Przejął po nim bezpańską byłą narzeczoną — Małgosię. Może niezbyt sympatyczny typ, ale jako naukowiec nader dla narratora pożyteczny.

GUSTAW…WICZ – wyrafinowany miłośnik sztuki, który przeszedł na ciemną stronę. Elegancki handlarz starymi meblami, podobno międzynarodowy alfons i szantażysta. Narrator znał go jako romantyka i człowieka honoru. Zapalony szachista, którego ostatni przeciwnik zakończył partię brutalnym strzałem w szachownicę.

MAŁGOSIA – jedna z dawnych narzeczonych narratora. Porządnicka, domatorka. Ciepła, poczciwa i absolutnie przewidywalna. Jakie więc miała szanse w starciu z fascynująco tajemniczą — Bibianą? Odeszła z hukiem, żegnana bez odrobiny żalu, ale nie bez wyrzutów sumienia. Zachowała w sercu potężną urazę do narratora, czemu dała dobitnie wyraz na swoim weselu.

MAMA – nieżyjąca matka narratora, delikatna roślinka, subtelna miłośniczka sztuki, dzięki dziadkom — Dębickim całkowicie nieprzygotowana na realia życia w zgrzebnym komunistycznym kraju, i to z oficerem LWP. Jeżeli narrator ma jakąś wrażliwość, zawdzięcza ją tylko jej.

MIROSLAVA – była trenerka pływania synchronicznego, imigrantka z kraju ościennego, gdzie stała się bohaterką skandalu obyczajowego. Ze względu na nietypowe owłosienie obiekt pożądania — Gerwazego. W Polsce właścicielka pubu o irlandzkiej nazwie.

OLGA – pospolita dziwka o niepospolitej urodzie, trafnie nazwana niegdyś przez – Gerwazego „wydmuszką”. Zero temperamentu, fizyczne obcowanie z nią było frajdą wyłącznie ze względów estetycznych. Gdy odeszła do innego, zasobniejszego, narrator trochę to odchorował.

PASSEROTTO – czyli „Wróbelek”. Przydomek nadany znaczącemu, lecz anonimowemu malarzowi włoskiego Quattrocento, ze względu na motyw wróbelka we wszystkich znanych jego obrazach. Dopóki – Bandura nie odkryłMadonny z konwaliąw kościółku w Praszowicach, było ich pięć:Św. Jerzy(prywatna kolekcja Sapphire'a, Nowy Jork),Portret damy(Uffizi, Florencja),Sąd Parysa(tamże),Prometeusz(Ambrosiana, Mediolan) iŚw. Wiwiana(Museo dei Cappucini, Caltagirone).

PAWLAK, LUCYNA – była diabelska studentka narratora. Wyjątkowo bezczelna. Jak by się niegdyś powiedziało: zagięła na niego parol. I nie spoczęła, dopóki nie dopięła swego – czytaj: uwiodła go. Później złagodniała i udomowiła się, ale diabelstwo cały czas się w niej tli. Przypuszczalna autorka wątpliwej maksymynavigare et amare necesse est.

PORTOS – najchudszy i najsympatyczniejszy z Trzech Muszkieterów, to znaczy rottweilerów pilnujących pałacu w Suchym Dębie. To on wymierzy! sprawiedliwość Stiefkemu.

PUŁKOWNIK – ojciec narratora. Były oficer Ludowego Wojska Polskiego ze wszystkimi tego konsekwencjami, obecnie łagodny alkoholik. Wychowywał narratora na twardziela, żeby zrównoważyć wpływ matki, wychowującej syna – jego zdaniem – na mięczaka. Dopiero teraz narrator zaczyna odkrywać, ile mu naprawdę zawdzięcza.

ROGGE, VON, GOTFRYD – wielki mistrz (1298-1307) Zakonu Kawalerów Mieczowych, domniemany właściciel zapładniającego wyobraźnię wszelkiej maści złodziei dwunastokilogramowego złotego relikwiarza zrabowanego z Muzeum Kurlandzkiego.

SOURIS, JEANvelMYSZ – nieszczęsny generał kirasjerów napoleońskich. Może i miał w plecaku marszałkowską buławę, ale pchnięty kozacką piką, awansu ten Jaś nie doczekał. I nie utuczył się ziarnem, które przedtem zapobiegliwie zebrał. Pochowano go pod kupą kamieni w pałacowym parku w Praszowicach.

STIEFKEvelVOGEL – strażnik zrabowanych zbiorów Muzeum Kurlandzkiego. Były spadochroniarz i esesman. Wielokrotny morderca, piekielnie groźny staruch. To od niego narrator zarobił kulkę w brzuch, ale pomścił go – Portos, jego ulubiony rottweiler.

SZUSTER – anorektyczny okularnik, historyk, specjalista od krajów bałtyckich. Autor cenionej w wąskich kręgach książkiMongolski Lawrence. Rzecz o Romanie von Ungern-Sternbergu.Sympatyczny maniak, niewolny wszelako od ziemskich pokus.

ŚLIMCZYŃSKIvelŚLIMAK – sąsiad – Pułkownika, jak on przedwcześnie emerytowany zawodowy oficer, jak każdy trep mający predylekcję do ciepłej wódki i odczuwający nostalgię za PRL-em.

VAN R., MAREIKE – atrakcyjna pani doktor historii sztuki z Uniwersytetu w Lejdzie. Kobieta bujna, którą – Bandura określiłby jako sztukę wybitnie użytkową, gdyby nie była jego osobistą przyjaciółką, planetą na najbliższej jego orbicie. Pogrzeb Profesora odreagowała, kochając się z jego uczniem…

ZIĘBA, JULIA – córka właściciela pałacu w Suchym Dębie, ładna i niegłupia dziewczyna o nieprawdopodobnym wdzięku. Zdaniem narratora gracja, z jaką trzyma filiżankę, powinna być uwieczniona na wszelkich możliwych nośnikach i złożona w Sevres obok wzorca metra. Za pewien paskudny nałóg ojciec zesłał ją do Szwecji.

ŻABA – goryl pewnego gangstera, gość o groźnym wyglądzie i tchórzliwej naturze. Naturalny bywalec siłowni, ot, taki drobny polski opryszek.

Prolog

Podenerwowanie, związane z czymś tak nienaturalnym dla człowieka jak wywindowanie go na wysokość dziewięciu kilometrów bez żadnej możliwości ratunku, gdyby skomplikowana maszyneria do tego służąca nagle zawiodła, już ustąpiło. Jednostajne buczenie silników samolotu z jednej strony działało rozluźniająco i powodowało lekkie rozmycie myśli, z drugiej strony nie pozwalało zasnąć.

Spoglądałem przez okienko na rozpostartą daleko, daleko w dole białą kołderkę chmur i rozmyślałem o moim wuju Antonim, z którym nigdy w życiu nie miałem już porozmawiać. Zastanawiałem się, czy będzie mi dane go jeszcze raz zobaczyć, czy też trumna będzie zamknięta, jak na pogrzebie profesora Bandury. Myślałem o tym dziwnym człowieku, który objawił się w moim życiu tak późno, bo dopiero na pogrzebie mamy, który zjawiał się w kraju z rzadka, by uczestniczyć w kluczowych momentach mojej kariery, i którego zacząłem poznawać dopiero niedawno, właściwie kilka lat temu. I kiedy sprowadził się wreszcie z Brukseli do kraju i stał się całkowicie i w pełni dostępny, nagle odszedł. Myślałem o jego tajemniczej profesji, której prawdziwa natura zaczęła mi się krystalizować dopiero niedawno, o jego dziwnym domostwie w Starszycach, strzeżonym przez czerwone promienie fotokomórek i tę jego egzotyczną długonogą „gospodynię”, Anais. Nawiasem mówiąc, wciąż trudno mi było uwierzyć, że szkolono ją w zabijaniu.

Przede wszystkim jednak myślałem o wuju i jego ciepłym zrozumieniu wszystkich moich powikłanych spraw, mądrych radach i dyskretnej pomocy.

Moment, kiedy na raucie u wicepremiera Łotwy nagle zadzwonił mój telefon komórkowy, zapamiętam na zawsze. Przeprosiłem ministra kultury, z którym właśnie rozmawiałem, za nietakt i wyszedłem do holu.

– Słucham?

– Pan doktor…ski?

– Tak, o co chodzi? Wie pan, ja jestem właśnie w Rydze…

– Wiem, wiem. Tu Marzec, Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Pański wuj, Antoni Dębicki, zmarł nagle trzy dni temu.

– Co? Jak to się…

– Zawał. Pogrzeb pojutrze, na Powązkach, na koszt państwa. Zamówiliśmy panu bilet lotniczy na jutro i hotel w Warszawie. Bilet do odbioru w informacji na lotnisku, proszę tam być najpóźniej o czternastej. A hotel Grand – facet brzmiał sucho i bardzo, bardzo konkretnie. – Ma pan jakieś pytania?

Miałem, tysiące. Ale żadnego nie zadałem.

– No to do zobaczenia jutro. – Kliknięcie w telefonie.

Dziwna sprawa. W ostatnich kilku latach dostałem tyle wiadomości o nagłych zgonach bliskich i znajomych, że tę przyjąłem stosunkowo spokojnie. Być może za którymś razem człowiek przyjmuje taką wiadomość jak każdą inną, bo wie już, jak krucha jest niteczka ludzkiego życia i jak niewiele trzeba, by ją zerwać. Akurat ja, po tym, co przeżyłem kilka miesięcy wcześniej, wiedziałem to aż za dobrze.

Ze ściśniętym gardłem wróciłem na salę. Raut był na moją cześć, w związku z moją rolą w odzyskaniu przez Łotwę kolekcji Muzeum Kurlandzkiego. Rola ta nie była oficjalna, bo całą zasługę przypisano przecież dzielnej polskiej policji, ale kanałami rządowymi (zaangażował się w to właśnie wuj Antoni) dano znać władzom Łotwy, jak było naprawdę. Łotysze rozwiązali sprawę praktycznie i elegancko: dali mi wysokie rządowe stypendium na opracowanie nowego katalogu muzeum, a także wydali raut, na którym „w uznaniu zasług dla kultury łotewskiej” wręczyli mi order i niespodziewany prezent w postaci pięknego puzdra ze skałkowym pistoletem i przyborami do niego.

Order, który przypięto mi na lewej piersi, bardzo mi się spodobał. Był to wiszący na błękitnej wstążce biały „maltański” krzyż, w którego środku znajdowała się szafirowa emaliowana tarczka z trzema złotymi gwiazdkami. Jak mi powiedziano, mottem orderu byłoPer aspera ad astra.Pomyślałem sobie, że istotnie, moja droga do tych trzech gwiazdek była w pewnym momencie dość ciernista. A jeden z tych cierni dźgnął mnie nawet w kręgosłup.

Pistolet pochodził ze zbiorów Muzeum Kurlandzkiego, ale nie był tam eksponatem szczególnie znaczącym. Kurlandzcy szlachcice, mający tylu wojskowych przodków, podarowali byli muzeum aż dziewięć sztuk starej broni palnej, więc tego pistoletu, o nieznanej zresztą proweniencji, gospodarze pozbyli się bez większego żalu. Ale gest był bardzo ładny.

Raut się skończył. Wraz z przemówieniami, dekoracją orderem i obowiązkowymi toastami zagryzanymi miniaturowymi kanapkami nie trwał dłużej niż półtorej godziny, ale i tak mogłem się czuć niezwykle uhonorowany – choćby przez to, że odbywał się w domu Bractwa Czarnogłowych.

Ten renesansowy w wystroju budynek, pełniący niegdyś funkcję ekskluzywnego klubu kupców playboyów, nadwątlony podczas wojny i zburzony ponoć na rozkaz samego Stalina, odbudowano równie pieczołowicie jak Zamek Królewski w Warszawie kilka lat temu i używano od naprawdę wielkiego dzwonu.

Powiedziałem wicepremierowi, że muszę jutro niespodziewanie wyjechać. Nie okazał żadnego zaskoczenia. Tak samo minister kultury. Czyżby już wiedzieli? Ustaliłem jeszcze z dyrektorem Departamentu Muzeów techniczne szczegóły dostarczenia materiałów do katalogu i wyszliśmy z sali reprezentacyjnej. Dźwigając pod pachą puzdro z pistoletem i przechodząc przez kolejne, amfiladowo położone pomieszczenie, po raz ostatni spojrzałem na wystawione tam eksponaty, pilnowane przez czterech uzbrojonych strażników w mundurach. Do czasu przygotowania odpowiednich pomieszczeń w Jełgawie (dawniej Mitawa) eksponaty Muzeum Kurlandzkiego przechowywano bowiem w Rydze.

Na środku dużego stołu królował złoty relikwiarz wielkiego mistrza Gotfryda von Rogge, otoczony innymi precjozami. Na misternej złotej podstawce stało tam również jajo Fabergego, które Łotyszom udało się polubownie odkupić od ostatniego nabywcy na eBayu. Wśród opartych o ścianę obrazów wzrok mój wyłowiłŚmiejącego się pasterzaFlincka, od którego cała zeszłoroczna awantura się zaczęła.

– Do widzenia, Pasterzu – szepnąłem.

- What did you say?– spytał idący obok mnie urzędnik z ministerstwa.

– Nothing important– odrzekłem.

Marzec

Kiedy wkroczyłem z walizką do głównego pomieszczenia hali przylotów, od razu podszedł do mnie wysoki, elegancki brunet i wyciągnął rękę.

– Marzec, Ministerstwo Obrony – przedstawi! się. – To ja do pana wczoraj dzwoniłem – dodał.

– …ski – powiedziałem. – Wydaje mi się, że wczoraj pan powiedział „Ministerstwo Spraw Zagranicznych”?

– Tak? Musiałem się przejęzyczyć – odrzekł lekko.

Spojrzałem na niego spod oka. Był przystojny urodą aktora z francuskojęzycznego kręgu kulturowego. W dziwny sposób przypominał mi Gustawa…cza. Młodzieńcza sylwetka i twarz trzydziestolatka, faktyczny wiek o co najmniej dziesięć lat więcej. Emitował zapach kosztownej wody po goleniu.

– Skąd pan wiedział, jak wyglądam? – spytałem.

– Och, nieważne. Mamy swoje sposoby – powiedział z ujmującym uśmiechem. – Wyszedłem po pana, żeby pana odwieźć do hotelu i uświadomić panu jedną rzecz – dodał, kiedy wyszliśmy na zewnątrz i podjechał do nas mercedes z przyciemnionymi szybami. – Jest pan jedynym członkiem rodziny Dębickiego.

Aż przystanąłem. Faktycznie. Byli co prawda jacyś pociotkowie Dębickich, o innym nazwisku, dwudziesta woda po kisielu, ale kontakt z nimi urwał się przed moim urodzeniem. Nigdy o tym nie pomyślałem, ale byłem jedynym krewnym ostatniego z Dębickich. A teraz nie było już żadnego Dębickiego. Chyba że liczyć po kądzieli. Właśnie mnie.

– Co znaczy, że to panu będą jutro składać kondolencje. Wie pan, to będzie bardzo oficjalny pogrzeb. I dużo ludzi będzie te kondolencje składać. Niech pan się na to przygotuje.

Jechaliśmy w milczeniu przez zakorkowaną jak zwykle stolicę. Jak zwykle zadziwiała mnie nieproporcjonalnie duża liczba eleganckich samochodów, świadcząca o tym, że jak ktoś poważnie myśli o życiu, musi je spędzić właśnie tu.

– Panie doktorze, jest jeszcze jedna rzecz – powiedział po chwili Marzec. – Pański wuj był bardzo przezornym człowiekiem. Przypuszczamy, że sporządził testament, ale jeszcze go nie znaleźliśmy. Pan coś zapewne po nim odziedziczy. Gorzej, jak nie zostawił, bo będzie dłuższe postępowanie spadkowe. Ale może odziedziczy pan wszystko.

– Nie mówmy o tym teraz – poprosiłem. – Niech mi pan powie, nie można go było uratować? Za daleko było do szpitala?

– To był ponoć bardzo rozległy zawał – powiedział sucho. – Nie było najmniejszych szans.

– A konie? Co się stało z końmi? – spytałem, bo przypomniałem sobie nagle kosztowne wierzchowce wuja, Dystycha i Herę.

– Przewieźliśmy je do Warszawy. Ma je na razie w użytkowaniu policja konna. Oni im krzywdy nie zrobią, niech się pan nie boi. Może się oczywiście zdarzyć, że jacyś kibole po jakimś meczu przypalą któregoś papierosem. Ale miejmy nadzieję, że tak się nie stanie.

Podjechaliśmy pod Grand i pożegnałem Marca. W recepcji podałem personalia i dostałem kartę magnetyczną. Już byłem przy windzie, kiedy przyszło mi coś do głowy. Cofnąłem się do recepcji.

– Czy mogłaby mi pani powiedzieć, kto płaci za mój pokój?

– Chwileczkę– powiedziała recepcjonistka. Miała spalonąw solarium twarz, farbowane na kruczo włosy i złote kółka w uszach. Typ Pocahontas pleni siępod nasząszerokościągeograficznąw tempie pożaru buszu. Przez chwilęwertowała jakieśpapiery.

– Mam. Firma External Consulting.

– Czy jest pani pewna? – spytałem z niedowierzaniem.

– Absolutnie – powiedziała i uśmiechnęła się promiennie. – Oni dość często lokują swoich gości u nas.

Pogrzeb

Następnego ranka wstałem i ubrałem się na ciemno. Na szczęście zabrałem wieczorowe ubranie na Łotwę, bo wiedziałem o mających nastąpić oficjalnych przyjęciach. Mój garnitur z Yistuli był może nie do pomylenia z produktami konkurencyjnych zakładów krawieckich przy Savile Row, ale spełniał swoje zadanie, a teraz był jak znalazł… Punktualnie o dziesiątej zadzwonił z dołu Marzec i pojechaliśmy na Powązki.

Wokół przygotowanego w Alei Zasłużonych grobu kręciły się chyba setki ludzi, wielu z nich w mundurach obcych armii. Przytupywali i chuchali parą, bo koniec października był w tym roku wyjątkowo zimny. Dostrzegłem kilka twarzy znanych z telewizyjnych „Wiadomości” i pierwszych stron gazet. Z lekką goryczą przypomniałem sobie skromny pochówek Bandury prawie równo rok wcześniej.

Pogrzeb był z ceremoniałem wojskowym: kompania honorowa, orkiestra, żołnierze trzymający poduszki z odznaczeniami wuja. Z daleka rozpoznałem Legię Honorową i gwiazdę orderuPolonia Restituta,ale było ich dużo więcej. Trumna była dębowa, mocno lakierowana, z kosztownymi okuciami. Myślałem, że gdzieś blisko niej zobaczę może Anais, ale nie było jej tam. Pomyślałem, że zapewne bywanie na pogrzebach podopiecznych nie wchodzi w zakres jej służbowych obowiązków. Bo przecież, prócz pozowania mu nago, wcale nie musiało jej łączyć z wujem nic osobistego. Nie było w każdym razie na to żadnych dowodów.

Nastąpiły nieuniknione przemówienia. O moim wuju mówiono w nich „Pułkownik Dębicki”. Zabawne. W życiu bym nie przypuszczał, że wuj miał stopień wojskowy… Jakoś to do niego nie pasowało… Ale w tym zawodzie przecież nie mogło być inaczej.

Stałem tam ze ściśniętym gardłem i słuchałem.

Dowiedziałem się, że wuj był jedną z kilku osób, bez których usilnej pracy wstąpienie Polski do NATO nie ziściłoby się. I jeszcze, że był ekspertem od międzynarodowego terroryzmu. Te dwa fakty podkreślali wszyscy mówcy. Ich mowy treścią nie odbiegały zbytnio od siebie, niezależnie od języka, w którym przemawiali.

Po złożeniu trumny do grobu całkowicie go zasłonięto kosztownymi wieńcami. Na wstęgach złociły się napisy w różnych językach. Zastanawiałem się, czy w każdej ambasadzie trzymają pęczek takich wstęg na różne okazje.

Zaczęli do mnie podchodzić oficjele: najpierw cywile, potem ci wszyscyattachewojskowi. Marzec miał rację: chętnych do złożenia mi kondolencji było bardzo wielu. Jeden z cywilów, o ciemnej karnacji, nieco wyłamał się z konwencji, bo ściskając mi dłoń i patrząc w oczy, powiedział z naciskiem:

- What a terrible accident, wasn't it. He should have been more careful.

– It wasn't an accident, it was a heart attack– odpowiedziałem ze zdziwieniem.

Po odejściu żałobników zostałem przy grobie. Podszedł do mnie Marzec.

– Muszę pana dla porządku o coś spytać – zaczął. – Czy nie zwrócił pan uwagi na coś dziwnego? Nie zdarzyło się nic osobliwego?

– Nie, dlaczego? – odparłem zdziwiony.

Postaliśmy chwilę w milczeniu, spoglądając nagórę wieńców, na to współczesne castrum doloris.

– No, to ja się będę zbierał… – przerwał ciszę Marzec.

– Chwileczkę! – krzyknąłem, kiedy odchodził. – To pewnie nieistotne, ale… jeden z tych dyplomatów… powiedział coś dziwnego… Powiedział, że to był straszny wypadek i że wuj powinien był bardziej uważać. Pewnie niedoinformowany jakiś…

Marzec znieruchomiał, odwrócił się i popatrzył na mnie uważnie. Po czym spojrzał na zegarek, wyjął telefon komórkowy i rzucił w niego kilka poleceń. Nie mogłem zrozumieć słów, ale słyszałem to w tonie. W pewnej chwili mówił pewnie coś o mnie, bo spojrzał w moją stronę. Musiał w tym momencie zawiać ku mnie wiatr, bo wyraźnie usłyszałem, jak powiedział „całkiem nieszkodliwy”. Wyłączył telefon i podszedł do mnie.

– Obawiam się, panie doktorze, że zajmę panu jeszcze trochę czasu. Będzie pan musiał się ze mną pofatygować do firmy – poinformował mnie.

– Do External Consulting? – powiedziałem, bo coś mnie podkusiło. Znieruchomiał i spojrzał na mnie uważnie.

– Skąd pan wie? Aha, rachunek hotelowy… – Uśmiechnął się krzywo.

Firma

Pojechaliśmy tam jego mercedesem z przyciemnionymi szybami.

Firma External Consulting mieściła się w kamienicy na ulicy Kruczej. Istnienie firmy wewnątrz potwierdzała mosiężna lśniąca tabliczka przy wejściu i napisana flamastrem na pasku papieru nazwa na domofonie. Marzec nacisnął guzik i powiedział coś do mikrofonu przy drzwiach. Rozległ się brzęczyk i weszliśmy.