Brudna wolność - Tadeusz Wodzicki - ebook
Opis

Roman emigruje do Szwecji w latach 90. XX wieku, po rozpadzie małżeństwa i utracie złudzeń. Tam żyje wygodnie i dostatnio. Po latach przyjeżdża do Warszawy na komunię wnuka i odwiedza ukochane miejsca w mieście, m.in. ulicę Stalową, Stare Miasto, Powązki, kościoły, z którymi wiążą się szczególne dla niego uroczystości. Snuje opowieść o ważnych wydarzeniach, w których brał udział – pogrzebie prymasa Wyszyńskiego i strajku w zakładzie pracy pod sztandarem pierwszej „Solidarności”. Mężczyzna wraca też wspomnieniami do osób, których losy przeplotły się z jego życiem – nie tylko do bliskich, ale również tych powszechnie znanych, jak Prymas Tysiąclecia i ksiądz Jerzy Popiełuszko.

Czytelnik biorąc udział w tym spacerze po dawnej Warszawie, poznaje miejsca, które dziś wyglądają zupełnie inaczej albo przeciwnie: prawie wcale się nie zmieniły. W historii Romana i jego powrocie do przeszłości odnajduje też cząstkę dawnych czasów, historii, tradycji i obyczajów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 119

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Od autora

Powieść jest fikcją literacką, w której wykorzystano zapiski z biografii autora.

Powyższa uwaga dotyczy tych fragmentów powieści, w których jej bohater wspomina czasy młodości, opisuje etapy swojej kariery zawodowej, dzieli się wspomnieniami z pracy w lokalnych strukturach pierwszej „Solidarności”, przytacza historie krewnych i swoje wrażenia z udziału w wydarzeniach religijnych oraz artystycznych.

T.W.

Rozdział pierwszy

Prom płynący z Malmö do Gdyni zbliżał się do wód terytorialnych Polski.

Roman Dobromierski stał już jakiś czas na pokładzie promu i w ciemnościach zalegających nad wodami Bałtyku wypatrywał świateł z latarni morskiej w Rozewiu.

Kiedy je dostrzegł, emocje prawie natychmiast z niego opadły. Poczuł lekkie znużenie, chwilę po nim pojawiło uczucie głodu.

Spojrzał na zegarek, do końca rejsu zostały jeszcze prawie dwie godziny. Było wystarczająco dużo czasu, aby spokojnie zjeść kolację. Ale grupa czekających na wolny stolik przed wejściem do restauracji uświadomiła mu, że z tym może być problem.

Roman wszedł do sali restauracyjnej, aby rozejrzeć się za wolnym miejscem. Przy jednym ze stolików dostrzegł samotną kobietę. Podszedł do niej i spytał, czy może się przysiąść. Zapytana bez słowa ręką wskazała mu miejsce.

Nie wyglądała na Polkę i bardzo się dziwił, gdy w czasie prezentacji odpowiedziała mu staranną polszczyzną, że nazywa się Marzena Stevenson i szwedzkie nazwisko nosi po byłym mężu. Jest Polką i warszawianką, co zawsze podkreśla w kontaktach ze Szwedami.

Kiedy Roman słuchał jej głosu, miał wrażenie, jakby już kiedyś go słyszał. Pomyślał, że może jest aktorką albo spikerką radiową i dlatego go zapamiętał. Kiedy zamierzał ją o to spytać, nowa znajoma znowu go zaskoczyła stwierdzeniem, że to miejsce trzymała specjalnie dla niego. Zapytał ją, nie kryjąc zdziwienia:

– Uważa pani, że byliśmy ze sobą umówieni?

– Wcale nie twierdzę, że byliśmy umówieni. Trzymałam to miejsce dla pana, bo miałam nadzieję, że przyjdzie pan do restauracji na kolację. Kiedy tylko dostrzegłam pana podczas wsiadania na prom, byłam pewna, że już się poznaliśmy. Ale nie mogłam sobie przypomnieć okoliczności tego spotkania. Bardzo liczyłam na pana pomoc, ale pan zupełnie nie zwracał na mnie uwagi. Było mi niezręcznie pana zaczepić. Dzisiaj przyszłam wcześniej do restauracji i wybrałam taki stolik, który mógłby pan dostrzec zaraz po wejściu. Z doświadczenia wiedziałam, że w ostatni wieczór na promie są zwykle problemy z miejscem w restauracji i postanowiłam to wykorzystać. Niestety, ale plan naszej wspólnej kolacji nie powiódł się. Kazał mi pan na siebie zbyt długo czekać, aż w końcu zwątpiłam w to, że pan tu się w ogóle zjawi. I zjadłam samotnie. Ale kiedy dostrzegłam pana wchodzącego do restauracji, to nadzieje odżyły. I bardzo się cieszę, że udało mi się pana przyciągnąć do swojego stolika. W końcu będę miała okazję, aby z panem porozmawiać.

– Muszę przyznać, że z podziwem słuchałem pani wyjaśnień. Pokazała pani, że dla kobiety nie ma rzeczy niemożliwych. A wracając do interesującej panią sprawy, to chyba musiała mnie pani z kimś pomylić. Jest pani niezwykłej urody kobietą i nie mógłbym pani zapomnieć.

– To bardzo miłe, co pan mówi na temat mojej urody, ale uprzedzam, że komplementy, nawet od pana, nie robią już na mnie żadnego wrażenia. Słyszę je w pracy i to przy tylu okazjach, że mam do pana gorącą prośbę, aby pan mi ich oszczędził. Chodzi mi tylko o wyjaśnienie sprawy naszej znajomości sprzed lat i niczego więcej od pana nie oczekuję.

– Proszę mi wierzyć, że każdy mężczyzna na moim miejscu czułby się zaszczycony znajomością z panią. Ale zapewniam, że doskonale pamiętam wszystkie ważniejsze fakty z mojego życia. A spotkanie z panią do takich z pewnością by należało. Na poparcie prawdziwości moich słów: przez ostatnie jedenaście lat mieszkałem w małym miasteczku na północy Szwecji i trudno mi sobie wyobrazić, aby pani mogła tam zawitać i wizyta pani pozostała niezauważona.

– Proszę pana, ja się wcale nie upieram, że do naszego spotkania doszło w Szwecji. Mogliśmy się równie dobrze poznać podczas urlopu w dowolnym miejscu na świecie.

– To także nie było możliwe. W pobliżu miasteczka, w którym mieszkam, jest piękne jezioro. I wszystkie swoje urlopy, a także weekendy spędzam na wodzie, pływając żaglówką po jeziorze. Ta podróż do Polski jest pierwszą, w jaką się wybrałem po jedenastu latach.

Kobieta westchnęła z lekką rezygnacją.

– No dobrze, powiem panu, dlaczego ta sprawa jest dla mnie taka ważna. Bo po raz pierwszy w życiu nie mogę sobie przypomnieć nie tylko nazwiska, ale też i miejsca, w którym doszło do naszego spotkania. Dlatego chcę tę sprawę wyjaśnić, aby po prostu wiedzieć, co mam o tym myśleć.

– Proszę mi wierzyć, że bardzo chciałbym pani pomóc, ale nie wiem jak. Zapewniam panią, że przez ostatnie jedenaście lat nie było mi dane spotkanie z panią.

– Pana zaprzeczenia wcale mnie nie przekonują. Bo kiedy teraz mogę się panu lepiej przyjrzeć, to już nie mam żadnych wątpliwości, że musieliśmy się wcześniej poznać. Pana sposób mówienia i ta maniera podpierania się faktami jest mi znana, bo takich rzeczy nie zapomina się u swojego rozmówcy, podobnie jak i gestów, które wykonuje podczas rozmowy.

– No dobrze, wrócimy do tej sprawy. Teraz chciałbym się zająć swoją kolacją. Jestem bardzo głodny. Zanim przyszedłem do restauracji, przebywałem dłuższy czas na pokładzie i morskie powietrze mocno wyostrzyło mi apetyt. Niedługo już będziemy w Gdyni, a czasu na posiłek zostało niewiele. Wspomniała pani, że jest już po kolacji. Czy może mi pani polecić jakieś danie?

– Tak. Mają tu doskonałą pieczeń z jagnięcia, która wyśmienicie smakuje z bordeaux „Baron de Lestac”.

– Mówi pani o winie, którego butelka stoi jeszcze na stole?

– Tak, nawet nie przypuszczałam, że będą tu mieli ten rocznik.

– Narobiła mi pani apetytu swoją rekomendacją. Mam nadzieję, że nie odmówi pani kieliszka wina.

– Z przyjemnością się z panem napiję, wszak jesteśmy starymi znajomymi.

– Skoro pani tak uważa, to ja nie będę temu zaprzeczał.

Roman poprosił kelnera i zamówił pieczeń z jagnięcia i butelkę wina poleconego przez Marzenę. Kiedy jadł, kobieta przyglądała mu się z uśmiechem. Z przyjemnością patrzyła, jak sprawnie poradził sobie z udźcem jagnięcia, a później z taką samą gracją zjadał ułożone na półmisku gotowane warzywa. Pomyślała, że musiał być naprawdę bardzo głodny, skoro jadł z takim apetytem. Dawno już nie była na kolacji w towarzystwie mężczyzny, któremu jedzenie sprawiało tyle przyjemności.

Roman zauważył, że towarzyszka przygląda mu się z lekkim uśmiechem i kiedy skończył jeść, podziękował jej za dobry wybór. Dodał, że sam lubi gotować, a w tym daniu niewątpliwie czuło się rękę mistrza.

– Podczas kolacji wciąż myślałem o naszym spotkaniu. I muszę z przykrością powiedzieć, że nie znalazłem okoliczności, które by mu sprzyjały.

– Może pan to jakoś uzasadnić?

– Mogę, ale to wymaga wtajemniczenia panią w historię mojej rodziny, a taka perspektywa może dla pani być mało interesująca.

– Proszę pana, powiedziałam już, dlaczego ta sprawa jest dla mnie ważna. Niech się pan ze mną nie droczy i jeżeli tylko te pana zwierzenia pomogą w wyjaśnieniu, to chętnie pana wysłucham.

– Tego pani nie mogę obiecać, bo nie wiem, gdzie była szansa na nasze spotkanie. Ale być może pani ją dostrzeże. Okres, o którym wspominałem, to lata między rokiem 1972 a 1982. To była wyjątkowa dekada w moim życiu. Natłok wydarzeń był tak wielki, że sam jestem tym zaskoczony. Na początku lat siedemdziesiątych zawarłem związek małżeński i jeszcze tego roku przyszedł na świat pierwszy syn. Później przeżywałem najpiękniejszy okres w karierze zawodowej i w tym czasie nie myślałem o niczym innym jak tylko o pracy. Gdy się dość szybko zakończył, byłem zmuszony szukać nowej pracy. Później zaczęły się służbowe wyjazdy za granicę. I w połowie dekady narodziny drugiego syna. Okres euforii związany z otrzymaniem i zasiedlaniem długo oczekiwanego mieszkania. Następnie kolejna zmiana pracy i prawie roczny z przerwami pobyt za granicą. A na końcu karnawał „Solidarności”, w którym aktywnie brałem udział, i stan wojenny, który z definicji nie sprzyjał zawieraniu nowych znajomości.

– Ciekawi mnie, ilu kobietom opowiadał pan tę bajeczkę. Pewno od razu wpadały panu w ramiona. Myślałam, że pan poważnie traktuje naszą rozmowę. Ta historia nic do sprawy nie wnosi. Pamiętam o tym, że pan mnie przed tym ostrzegał, ale mógł mi pan oszczędzić przechwałek.

– Sama się pani o to prosiła.

– Bo myślałam, że pan naprawdę chce tę sprawę wyjaśnić. Ludzie spotykają się w różnych okolicznościach, niezależnie od codziennych obowiązków i wydarzeń historycznych. Napisano na ten temat tysiące książek i nakręcono sporo filmów. Nawet przy takim natłoku wydarzeń, jaki mi pan zademonstrował, mogło dojść do naszego spotkania i takiej możliwości nie można definitywnie wykluczyć.

– Skoro tak bardzo zależy pani na wyjaśnieniu tej sprawy, zaczynam się obawiać, czy aby nie widzi pani we mnie mężczyzny, który musiał panią kiedyś mocno zranić…

– Nie powinien pan mieć żadnych powodów do obaw. A to dlatego, że do tej pory nie spotkałam jeszcze takiego śmiałka. A mówiąc poważnie, to na początku naszego spotkania wyjaśniłam panu powody mojego zainteresowania tą sprawą. I niepotrzebnie doszukuje się pan drugiego dna.

– Ja też mogę panią zapewnić, że nie mam powodów do obaw. Bo moje relacje z kobietami nigdy nie były konfliktowe. Podzieliłem się z panią jedynie swoimi domysłami, bo tylko w taki sposób mogłem sobie wytłumaczyć pani determinację w wyjaśnieniu tej sprawy. Ja sam też jestem tym zainteresowany, ale – jak to już wielokrotnie mówiłem – nie mam pojęcia, w jakich okolicznościach mogło dojść do naszego spotkania. Żeby panią przekonać do moich intencji, przyznam się, że na początku naszego spotkania, kiedy po raz pierwszy usłyszałem pani głos, wydawał mi się on dziwnie znajomy. Pomyślałem nawet wtedy, że jest pani aktorką albo spikerką i pani głos zapamiętałem z radia jeszcze z kraju.

– Muszę pana rozczarować, ale nie jestem aktorką ani spikerką, tylko magistrem farmacji, absolwentką Akademii Medycznej w Warszawie i Uniwersytetu w Uppsali. W Szwecji mieszkam już prawie ćwierć wieku. Spróbujmy do tego podejść z innej beczki. Wspomniał pan o swoich wyjazdach służbowych za granicę. Czy przed emigracją był pan wcześniej w Szwecji?

– Tylko raz. Na początku września 1978 roku przyjechałem na szkolenie do zakładu koncernu ASEA w Vasteras.

– Powiedział pan, że na początku września 1978 roku pojechał pan do Szwecji na szkolenie?

– Tak, nie przesłyszała się pani.

– No to możemy sobie pogratulować, bo już udało się nam rozwiązać naszą zagadkę. Lecieliśmy do Sztokholmu jednym samolotem i mieliśmy miejsca obok siebie.

– To pani była tą…?

– Tak, to ja byłam tą dziewczyną, którą podczas lotu do Sztokholmu pan tak troskliwie pocieszał i całkowicie odmienił pan moje życie.

– Nie przesadza pani?

– Ani na jotę. Swoimi radami tak mi pan namieszał w głowie, że zrobiłabym wszystko, czego tylko pan by ode mnie zażądał.

– No to musiałbym się już obawiać, gdyby nie pani wcześniejsze zapewnienia. Pewno zaraz się dowiem, że wyrządziłem pani jakąś straszliwą krzywdę, za którą teraz przyjdzie mi słono zapłacić?

– Wręcz przeciwnie, wiele panu zawdzięczam. Byłam wtedy w bardzo dużym dołku psychicznym. Rozstałam się z narzeczonym na kilka tygodni przed ślubem. I tak naprawdę nie miałam z kim o tym szczerze porozmawiać, a pan wydawał mi się idealnym kandydatem do takich zwierzeń. Był pan żonaty i bardziej ode mnie doświadczony życiowo. A podczas rozmowy zorientowałam się, że jest pan szczęśliwy w małżeństwie, a to dawało mi jakąś szansę, że nasza rozmowa nie opuści pokładu samolotu. Okazał się pan niezwykle wdzięcznym słuchaczem. Do tego stopnia, że krok po kroku otwierałam przed panem zakamarki swojej duszy. Ale pan wcale nie ograniczył się tylko do słuchania, bo jak tylko skończyłam wylewać żale, zmusił mnie pan do tego, abym spojrzała na swoje życie z większym dystansem i w tych trudnych dla mnie zdarzeniach spróbowała doszukać się jakichś pozytywów. I kiedy to zrobiłam, otworzyły mi się oczy, bo wreszcie dotarło do mnie, że zerwanie tych zaręczyn dawało mi szansę na lepsze i ciekawsze życie niż to, za którym tak bardzo rozpaczałam. Bo gdyby do zerwania nie doszło, resztę życia wiodłabym u boku mężczyzny, dla którego błahy w sumie problem życiowy był pretekstem do zmiany terminu ślubu – Marzena przerwała na chwilę, jakby zatopiona w myślach. – Ale pan kuł żelazo póki gorące. Wypytywał mnie pan wtedy o to, co chciałabym robić w życiu. I zwierzyłam się panu ze swoich panów zawodowych, które w tamtej rzeczywistości naszego kraju obejmowały pracę w zakładach Polfa na Żeraniu, gdzie byłam na stażu. I wtedy pan podpowiedział mi, co musiałabym zrobić, aby móc w pełni zrealizować swoje ambicje zawodowe. Może być pan ze mnie dumny, bo wykonałam dokładnie wszystko to, co mi pan wtedy nakazał, i od wielu już lat realizuję swoje ambicje zawodowe.

– Wyczuwam w pani wypowiedzi małą nutkę sarkazmu… – przerwał Roman.

– Nie myli się pan. Nie będę przed panem ukrywać, że mam do pana odrobinę żalu za to, że nie był do końca szczery w swoich radach.

– Co takiego?

– Nie mam tu na myśli pana intencji, a konsekwencje, jakie z tych rad dla mnie wynikały.

– Nie rozumiem…

– W takim razie powiem otwarcie, że pan świadomie nie zwracał uwagi na skutki, jakie wywołało u mnie spotkanie z panem. Nie widział pan tego, że w pewnym momencie przestałam pana słuchać, a tylko czekałam na jakiś gest czułości z pana strony. Ale panu to dręczenie mnie swoją obojętnością sprawiało wyraźną przyjemność, bo wcale nie zwracał pan uwagi na to, co ja wtedy przeżywałam.

– Co też pani w ogóle przyszło do głowy?

– Niech pan nie udaje niewiniątka, bo w pana wieku już nie przystoi. Gdyby było inaczej, nie nazwałby pan mojego narzeczonego dupkiem, który nie był mnie wart, dając mi przy tym wyraźnie do zrozumienia, że tylko ktoś taki jak pan byłby mnie godny.

– I tego właśnie się obawiałem. Czułem, że w pani dążeniu do wyjaśnienia tej sprawy czai się jakiś podstęp. Nazwałem pani narzeczonego tak, jak na to zasługiwał. Zwykle mówię to, co myślę, nawet wtedy, gdy się to nie wszystkim podoba albo – jak w pani przypadku – bywam opacznie rozumiany. Dopowiem jeszcze, że on pani do pięt nie dorastał i dlatego używałem takich dosadnych określeń, aby pani to jasno uświadomić. Myślałem wtedy tylko o tym, aby pani pomóc i to możliwie jak najlepiej, aby pani w swoim życiu doświadczyła tej radości, która była moim udziałem. Tej, którą się odczuwa, kiedy nasze marzenia zawodowe stają się rzeczywistością. Nawet mi nie przeszło przez myśl, czego pani ode mnie oczekiwała, bo wtedy te wszystkie moje rady nie różniłyby się w niczym od gry, którą praktykują różnej maści podrywacze wobec samotnych i zagubionych panienek. Naprawdę tak trudno jest to pani zrozumieć, że można się w życiu kierować pewnymi wartościami? Nie mówiąc już o tym, że w tym czasie przeżywałem najpiękniejszy okres w swoim małżeństwie. I nie było wtedy na świecie takiej kobiety, o której mógłbym myśleć, poza moją żoną. Lecąc tym samolotem do Szwecji, myślałem o swojej rodzinie, którą musiałem zostawić na kilka miesięcy. O swoich synach i o żonie, która odwoziła mnie na lotnisko. Nie interesowały mnie pani stany emocjonalne, bo one się miały nijak do wyzwań, jakie na panią wtedy czekały. Bardzo chciałem, żeby pani się udało, i skupiłem się na uświadamianiu pani wszystkich zagrożeń i przestrzeganiu, aby nie szła pani na skróty, tylko solidnie krok po kroku realizowała swoje zamierzenia, nawet za cenę pewnych wyrzeczeń. Jest mi przykro, że tak nisko oceniła pani moje intencje.

– Nie chcę dłużej drążyć tego tematu, bo mówimy o sprawach, które powinny być oczywiste dla każdego, kto kieruje się w życiu jakimiś wartościami. Nie chciałam pana obrażać, ale musiałam to powiedzieć, żeby pan zrozumiał, co ja wtedy przeżywałam. Mam do pana jeszcze jedno pytanie… – tu kobieta zawahała się, wyraźnie czekając na pozwolenie. Gdy mężczyzna kiwnął głową, stwierdziła: – Nie