Wydawca: Harlequin Polska Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2007

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bratnie dusze - Alison Roberts

Młoda pielęgniarka przyjeżdża do nowozelandzkiego miasteczka Hereford, by zaznać odrobiny spokoju po burzliwych wydarzeniach. Ze zdumieniem spotyka tu swego dawnego narzeczonego. Co on tu robi? Przecież za wszelką cenę chciał zostać sławnym kardiochirurgiem w Europie. Z tego powodu się rozstali...

Opinie o ebooku Bratnie dusze - Alison Roberts

Fragment ebooka Bratnie dusze - Alison Roberts

dla każdej kobiety, każdego dnia…

Więcej

informacji

znajdziesz na   

www. harlequin. com. pl

Alison Roberts

Bratnie dusze

TłumaczyłaGrażyna Woyda

Droga Czytelniczko!

W lutym obchodzimy Dzień Zakochanych. Miłość należy pielęgnować przez cały rok, ale jeśli brakuje Ci pomysłów, jak to robić, możesz poszukać sugestii w naszych książkach. W tym miesiącu polecamy:

Pod opieką szejka (Medical Duo) – Nell i Kal ani przez chwilę nie myśleli, że ich szaleńczy romans będzie miał inny finał, niż się spodziewali;Odważna narzeczona (Medical Duo) – Paul nie ustaje w wysiłkach, by skłonić Solange do małżeństwa;Nowy ordynator (Medical) – Charlie długo przekonywał Sophie, że mimo swego arystokratycznego pochodzenia twardo stąpa po ziemi;Bratnie dusze (Medical) – Beth i Luke znaleźli wreszcie wspólny język i wybaczyli sobie błędy, które popełnili w przeszłości.

Zapraszam do lektury

Harlequin.Każda chwila może być niezwykła.

Czekamy na listy! Nasz adres:

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises Sp. z o. o. 00-975 Warszawa 12,skrytka pocztowa 21

Alison Roberts

Bratnie dusze

TłumaczyłaGrażyna Woyda

Toronto · Nowy Jork · Londyn·Amsterdam · Ateny · Budapeszt · Hamburg ·Madryt · Mediolan · Paryż· Sydney · Sztokholm · Tokio · Warszawa

Tytuł oryginału: The Surgeon's Engagement Wish

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited,2005

Redaktor serii: Ewa Godycka

Opracowanie redakcyjne: Ewa Godycka

Korekta: Urszula Gołębiewska, Ewa Godycka

© 2005 by Alison Roberts

© for the Polish edition by Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o.,Warszawa 2007

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z Harlequin Enterprises II B. V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych lub umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Znak firmowy Wydawnictwa Harlequin i znak serii Harlequin Medical są zastrzeżone.

Arlekin – Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z o. o. 00-975 Warszawa, ul. Rakowiecka 4

Skład i łamanie: COMPTEXT® ,Warszawa

Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona

ISBN 978-83-238-3806-7

Indeks 325260

MEDICAL – 374

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Tego samochodu nie powinno tam być. Mógłby stać na małym parkingu przed oddziałem ratownictwa szpitala Ocean View. Albo nawet na miejscu zarezerwowanym dla karetki, jeśli doszło do jakiegoś tragicznego wypadku.

Ale żeby tarasować wejście do recepcji, poczekalni i izby przyjęć? To wręcz oburzające!

Zdumienie Elizabeth Dawson przerodziło się w niepokój. Samochód wydałby jej się dość podejrzany, nawet gdyby stał zaparkowany na dozwolonym miejscu. Był to stary, rdzewiejący, ogromny pojazd z ośmiocylindrowym silnikiem. Atrybut statusu społecznego charakterystyczny dla ludzi lekceważących wszelkie reguły, także przewidziane przez prawo, a ograniczające tryb ich życia.

Mężczyzna, który z niego wysiadł, był nie mniej przerażający. Miał na sobie wytarty skórzany kombinezon z emblematem gangu na plecach. Liczne tatuaże i groźny wygląd przestraszyłyby nawet najbardziej odważnych pracowników oddziału ratownictwa.

A Beth Dawson z pewnością do nich nie należała. Przynajmniej nie w tej chwili. Zaledwie kilka godzin wcześniej podjęła pracę w nowym miejscu, gdzie wszystko było dla niej obce.

Nie. Nie wszystko. Agresję emanującą z członka gangu znała aż nazbyt dobrze. Niespodziewany przypływ złości zagłuszył jej lęk. Właśnie przez tego typu zdarzenia całkiem niedawno zrezygnowała z pracy w dużym szpitalu w Auckland. Miała powyżej uszu agresywnych, niekomunikatywnych pacjentów, którzy znajdowali przyjemność w demonstracyjnym podważaniu jej kwalifikacji.

Złość nie trwała jednak na tyle długo, by dodać jej odwagi. Choćby ze względu na to, że jest tu sama. O godzinie pierwszej w nocy w podmiejskiej okolicy nie należy spodziewać się pełnej poczekalni. Jedynego pacjenta, który przyszedł po północy, skarżąc się na bóle w klatce piersiowej, badano właśnie w jednej z dwóch sal reanimacyjnych.

Przycisnęła mocno guzik, wzywając pomoc. Gdy zauważyła, że z samochodu wysiadają dwa kolejne typy, z wrażenia zaschło jej w ustach. Wyciągnęli z tylnego siedzenia ostatniego pasażera, który był nieprzytomny, a kiedy wlekli go w stronę izby przyjęć, jego stopy zostawiały na jasnej podłodze wyraźne smugi krwi.

Niebawem zjawiły się dwie pielęgniarki, a za nimi wszedł Mike Harris, jedyny lekarz, który miał tej nocy dyżur. Wszyscy troje gwałtownie się zatrzymali na widok samochodu zaparkowanego niemal wewnątrz budynku. Beth odruchowo się cofnęła, widząc, że członek gangu, który wysiadł zza kierownicy, rusza w ich kierunku.

– Szakal został postrzelony – oznajmił.

Beth zauważyła, że jest szczerbaty, a kiedy mówi, czuć od niego odór alkoholu.

– Lepiej zacznijcie działać – dodał groźnym tonem.

Nie miała wątpliwości, że gangsterzy są uzbrojeni. Z pewnością ukryli noże w wysokich wojskowych butach. Zauważyła, że jeden z nich ma na palcach kastet. Była absolutnie pewna, że schowali w samochodzie kilka obrzynków.

Co za ironia losu, pomyślała, z trudem tłumiąc śmiech. Zrezygnowałam z posady w dużym miejskim szpitalu, w którym pracownicy ochrony wspaniale dawali sobie radę w takich przypadkach i natychmiast zjawiali się na miejscu zajścia, a po kilku minutach dołączała do nich drużyna świetnie wyszkolonych policjantów. Ale nawet takie wsparcie nie wystarczyło, by powstrzymać jej najlepszą przyjaciółkę, Neroli, od porzucenia zawodu pielęgniarki. W czasie ataku na ich oddział jeden z gangsterów przyłożył jej nóż do gardła, grożąc śmiercią.

Beth przeniosła się do małego podmiejskiego szpitala położonego na najbardziej wysuniętym końcu południowej wyspy należącej do Nowej Zelandii, chcąc zamieszkać w spokojnej okolicy i zacząć życie od nowa. Już podczas pierwszego nocnego dyżuru na tym niewielkim oddziale stanęła w obliczu jednego z najgorszych koszmarów.

Czy szpital Ocean View w ogóle ma ochronę? A jak daleko stąd mieści się posterunek? O ile mi wiadomo najbliższe duże miasto, Nelson, znajduje się o co najmniej półtorej godziny jazdy samochodem.

Jej napięcie wzrosło jeszcze bardziej, kiedy herszt gangu zbliżył się do Mike'a Harrisa. Był zgarbiony, a palce jednej dłoni zacisnął w pięść.

– Natychmiast! – wrzasnął.

Zrób, co ci każe, Mike, zachęcała go w myślach. Błagam cię! Ale doktor Harris nawet nie drgnął.

– Oczywiście – odparł obojętnym tonem.

Był tak spokojny, że Beth nagle poczuła się nieco bardziej pewna siebie. Doktor Harris miał ponad pięćdziesiąt lat i jako doświadczony lekarz tego oddziału zapewne nieraz musiał stawić czoła podobnym sytuacjom.

– Ale uprzedzam, że nie zamierzam tolerować złego traktowania i zastraszania personelu, ani nikogo innego.

Zapadła cisza, którą przerwał głośny jęk rannego członka gangu.

– Co się stało? – spytał Mike.

– Człowieku, przecież mówiłem, że go postrzelono.

– Tak, ale gdzie do tego doszło? I jak dawno? Czy stracił dużo krwi? – Mike powoli podszedł do ofiary. Beth spojrzała na koleżanki, zastanawiając się, czy podążą za nim. Chelsea wydała jej się nie mniej zdenerwowana niż ona sama, a Maureen miała bardzo posępną minę.

– Chelsea, idź z Beth po nosze, dobrze? – powiedziała, odwracając się plecami do członków gangu. – Wezwijcie policję – dodała, ledwo poruszając ustami. – Szybko.

Gdy Chelsea otrzymała zadanie do wykonania, wyraźnie się uspokoiła. Nawet uśmiechnęła się do Beth, kiedy pospiesznie opuszczały poczekalnię.

– No proszę – mruknęła. – Znów to samo!

Beth poczuła nagły skurcz serca.

– Czyżby tego rodzaju incydenty były tutaj na porządku dziennym? – spytała.

– Od czasu do czasu miewamy kłopoty z gangami.

Weszły do głównej części oddziału. Chelsea zatrzymała się przy wiszącym na ścianie telefonie.

– Chyba jesteś do tego przyzwyczajona. Słyszałam, że pracowałaś w południowej dzielnicy Auckland – powiedziała.

– Owszem, ale nie spodziewałam się, że... – Beth urwała, ponieważ Chelsea uzyskała połączenie z posterunkiem.

– Zgłaszam żółty alert na oddziale ratownictwa szpitala Ocean View – rzekła energicznym tonem, a potem przez chwilę słuchała. – Dobrze... dziękuję – dodała i odłożyła słuchawkę.

Chwyciły nosze i ruszyły z powrotem w kierunku poczekalni.

– Co oznacza ten ,,żółty alert''?

– Kłopoty z gangiem.

Dobry Boże! – jęknęła w duchu Beth. Więc zdarza się to na tyle często, że mają własny szyfr?

– Co się dzieje, kiedy zgłosicie żółty alert?

– Najpierw zjawia się tu Sid, nasz dyżurny sanitariusz, a zarazem ochroniarz. Potem przyjeżdża miejscowy policjant, który mieszka niedaleko szpitala – wyjaśniła Chelsea z przejęciem. – Jeśli uzna za konieczne, zawiadamia Nelson, a wtedy oni przysyłają do nas helikopter z brygadą antyterrorystyczną.

– Ale przecież mamy tylko jednego pacjenta!

– Jak dotąd – mruknęła Chelsea, a potem spojrzała na Beth pytająco. – To nie daje ci spokoju, prawda?

– Wszystko w porządku. – Beth nie miała zamiaru zdradzać swoich słabości już na pierwszym dyżurze. – Tak jak mówiłaś, jestem do tego przyzwyczajona. Może nawet za bardzo. Nie tak dawno gangster przyłożył mojej przyjaciółce nóż do gardła, grożąc, że ją zabije.

– Czy coś jej się stało? Czy ją zranił? – spytała Chelsea z przerażeniem.

– Fizycznie nie, natomiast wyrządził jej ogromną krzywdę psychiczną. Po tym incydencie rzuciła zawód, wyjechała do Melbourne i podjęła pracę w barze siostry.

– Czy dlatego postanowiłaś się przenieść?

– No, po części – odrzekła z goryczą w głosie. – Miałam nadzieję, że jeśli przeprowadzę się, ucieknę od tego rodzaju przygód z gangsterami.

Chelsea spojrzała na nią ze zrozumieniem.

Kiedy weszły z powrotem do poczekalni, okazało się, że nosze nie są już potrzebne. Koledzy rannego zanieśli go do wolnej sali reanimacyjnej i położyli na łóżku.

– Człowieku, przecież mówiłem, żebyś nie rozcinał jego skórzanego kombinezonu!

– Musimy zdjąć kurtkę, żebym mógł ocenić stan dróg oddechowych – oznajmił Mike, nadal zachowując spokój. Jednakże Beth zauważyła, że rysy jego twarzy się zaostrzyły.

Maureen wzięła maskę podłączoną do aparatu tlenowego.

– Teraz założę to panu na twarz – uprzedziła pacjenta.

W odpowiedzi usłyszała potok ordynarnych słów.

– Drogi oddechowe wydają się drożne – stwierdziła, odwracając się do Mike'a, a potem zrobiła krok do tyłu, ponieważ dwaj milczący członkowie gangu zaczęli bezceremonialnie ściągać z ramion jęczącego kolegi skórzaną kurtkę. W tym momencie do sali weszły jej dwie młodsze koleżanki.

– Przygotujcie sąsiednią salę reanimacyjną, dobrze? – poleciła, patrząc na nie znacząco. Ona i Mike najwyraźniej mieli wprawę w podtrzymywaniu swobodnej atmosfery w krytycznych sytuacjach. Jednakże Beth bez trudu odczytała podtekst ukryty w jej słowach.

Pospiesznie ruszyły do sali reanimacyjnej numer dwa. Leżący w niej pacjent oraz jego żona byli przerażeni. Na szczęście badania wykazały, że przyczyną bólu w klatce piersiowej, na który mężczyzna się skarżył, jest dusznica. W przypadku zawału serca, niepokój i strach wywołane zaistniałą sytuacją mogłyby wpłynąć bardzo niekorzystnie na stan jego zdrowia. Choć nie trzeba było zatrzymywać tego chorego w szpitalu, z pewnością należało przenieść go do innej sali.

Pielęgniarki sprawnie odłączyły elektrody elektrokardiografu oraz aparaturę monitorującą czynności życiowe pacjenta, a potem wypchnęły jego łóżko na korytarz. Beth zajrzała do sali reanimacyjnej numer jeden i stwierdziła, że członkowie gangu znikli, zostawiając kolegę w rękach lekarza dyżurnego. Po chwili rozległ się głośny ryk uruchamianego silnika samochodu.

– W pierwszej kolejności musimy wywieźć wszystkich pacjentów z oddziału, Beth – oznajmiła Chelsea, kiedy pchały łóżko korytarzem oddzielającym oddział ratownictwa od reszty szpitala. – Nie będziemy też przyjmować chorych, których może zbadać lekarz rodzinny. – Potrząsnęła głową. – Podobno kilka lat temu wtargnęli tu gangsterzy. Jeden z nich wpadł do poczekalni i pchnął nożem siedzącego tam pacjenta. Wtedy właśnie wprowadzono ,,żółty alert''.

Żona chorego, którego przewoziły na inny oddział, szła obok łóżka, kurczowo ściskając w dłoniach swoją torebkę.

– Czy siostry słyszały, jak oni mówili, że rozprawią się z tym, który strzelał do ich kolegi? – spytała drżącym głosem. – Mój Boże, czy to się nigdy nie skończy?

– Przed chwilą opuścili nasz oddział. Mam nadzieję, że prędko tu nie wrócą i że policja zdąży przygotować się na ich spotkanie – powiedziała Chelsea.

Kiedy Beth i Chelsea wróciły na oddział, panowała tam dziwna cisza. Mike robił USG, przesuwając aparaturę po pokrytym tatuażami brzuchu pacjenta, a Maureen przygotowywała nowy worek z płynem, który podawano mu dożylnie. Z jednej strony łóżka stał barczysty sanitariusz, a z drugiej mocno zbudowany umundurowany policjant. Obaj spojrzeli na Beth z zaciekawieniem.

– Dzień dobry – powitał ją sanitariusz. – Pani musi być tu nowa, prawda?

– To jest Beth – przedstawiła ją Chelsea. – Dziś ma pierwszy dyżur. Nie można powiedzieć, żeby szczęśliwie zaczęła pracę. Beth, to są Sid i Dennis.

Obaj mężczyźni skinęli głowami i serdecznie się uśmiechnęli, jakby obiecując, że zadbają o jej bezpieczeństwo. Beth odwzajemniła ich uśmiechy. Nagle ujrzała całą sytuację w bardziej korzystnym świetle. W jej poprzednim miejscu pracy stosunki między członkami personelu nie były tak przyjazne.

Być może w tym niewielkim szpitalu będzie zupełnie inaczej. Lepiej.

– Który chirurg ma dzisiaj dyżur pod telefonem? – spytał Mike.

– Luke – odparła Maureen.

– To dobrze. On nie będzie miał nam za złe, że budzimy go w środku nocy.

– Chelsea, czy możesz do niego zadzwonić? – poprosiła Maureen.

– Oczywiście.

Beth patrzyła, jak Chelsea zmierza w kierunku wiszącego na ścianie telefonu. Wiedziała, że w szpitalu Ocean View pracuje pięciu chirurgów: trzej ogólni i dwaj ortopedzi.

Cóż za dziwny zbieg okoliczności, że jeden z nich ma akurat na imię Luke! – pomyślała ze zdumieniem. Ciekawe, ile jeszcze rzeczy zaskoczy mnie dzisiejszej nocy, przypominając, że tak naprawdę nie można uciec od przeszłości i zacząć wszystkiego od nowa.

Po chwili otrząsnęła się ze wspomnień i wróciła do rzeczywistości. Pochyliła się i zaczęła zbierać leżące na podłodze opakowania po opatrunkach.

Na litość boską, przecież od tamtej pory minęło sześć lat, upomniała się w duchu. Jakież to żałosne, że dźwięk tego imienia wciąż ma na mnie wpływ. Dziś ten wpływ był chyba silniejszy niż kiedykolwiek dotąd. Może dlatego, że zmieniłam miejsce pracy oraz zamieszkania, a ponieważ czuję się w nowym otoczeniu nieco zagubiona, szukam punktu zaczepienia w przeszłości.

– Już jest w drodze – oznajmiła Chelsea. – Czy mam wezwać personel operacyjny?

– Tak, dziękuję, Chels – odrzekł Mike, nie odrywając wzroku od monitora USG. – Uważam, że Szakal, jak nazywają go koledzy, będzie potrzebował dokładniejszych oględzin.

– Nie ma mowy! – warknął opryskliwie Szakal. – Człowieku, nie będziecie mnie cięli! Zaraz stąd wychodzę.

– Tylko spokojnie! – zawołali jednocześnie Sid i Dennis, ale mimo to Szakal niespodziewanie wyrwał z ręki wenflon i próbował usiąść, energicznie machając nogami.

Kiedy dwaj stojący przy łóżku mężczyźni chwycili go za ramiona, natychmiast się uspokoił. Nagle zrobił się zielony, a potem, ku obrzydzeniu Sida, zwymiotował. W pozycji siedzącej krew przestała dopływać do mózgu Szakala i poziom jego świadomości gwałtownie się obniżył.

– Połóżcie go – polecił Mike zmęczonym głosem. – Sid, uważaj na ciśnienie krwi. – Sanitariusz miał na dłoniach rękawice, ale miejsce, z którego Szakal wyrwał kroplówkę, silnie krwawiło.

– Posłuchaj, stary. Jesteś ranny i wymiotujesz – powiedział Sid. – Kula przeszła ci przez brzuch. Masz szczęście, że nie zginąłeś na miejscu, ale i tak poważnie uszkodziła ci śledzionę. Tracisz dużo krwi. Jeśli będziesz teraz podskakiwać, będzie z tobą jeszcze gorzej.

Odpowiedź pacjenta była bełkotliwa, ale Sid rozszyfrował kolejny potok nieprzyzwoitych wyzwisk. Mimo to nie zareagował na te słowa, tylko wyprostował się i sięgnął po czyste rękawice.

– Ponownie podłączę mu kroplówkę. Nie sądzę, żeby próbował się bronić, mając tak niskie ciśnienie.

Beth zerknęła na monitor i odczytała zapis: osiemdziesiąt pięć na czterdzieści. Szakal musiał stracić bardzo dużo krwi. Podała Mike'owi rurkę, a sama czekała w pogotowiu, trzymając w rękach tampon.

– Czy były jakieś wiadomości od Sally? – spytał Mike.

– Przepraszam, ale nie znam Sally – odparła Beth, potrząsając przecząco głową.

– To nasza ratowniczka – wyjaśniła Maureen. – Karetka została wezwana niedługo po wyjściu kolegów Szakala z oddziału – ciągnęła z uśmiechem. – W tym samym czasie policja wysłała do nas posiłki.

Beth kiwnęła głową. Przepłukała wenflon niewielką ilością roztworu soli, by upewnić się, czy kroplówka jest drożna. W tym momencie zatrzeszczało radio.

– Tu ambulans do ratownictwa. Czy mnie słyszycie?

– Mam odebrać? – spytała Chelsea.

– Nie, dziękuję. Sam to zrobię – odrzekł Mike, ściągając rękawice. – Proszę podłączyć więcej płynów, dobrze? – polecił, spoglądając na Beth.

– Oczywiście.

Mike podszedł do biurka i wziął leżący obok radioodbiornika mikrofon.

– Sally, tu Mike. O co chodzi?

– Mamy ciężko rannego pacjenta. Samochód potrącił pieszego.

– Przyjąłem – odrzekł, wyjmując pióro z kieszeni koszuli.

Wszyscy wiedzieli, jak mało jest prawdopodobne, żeby był to zwykły wypadek.

– Objawy czynności życiowych?

– Częstość akcji serca: sto trzydzieści. Częstość oddechów: trzydzieści sześć. Nasycenie tlenem niskie, a ciśnienie krwi spadło do tego stopnia, że aparat go nie rejestruje. Osiem w skali Glasgow. Rany głowy i klatki piersiowej. Wieloodłamowe złamania.

Sid i Dennis wymienili spojrzenia. Nie trzeba było mieć przygotowania medycznego, by wiedzieć, że stan tego człowieka jest poważny. A Sally nie musiała potwierdzać, że jest on kolejnym pacjentem ,,żółtego alertu''.

Karetka miała przyjechać za kilkanaście minut, więc panujący na oddziale spokój natychmiast zniknął. Wszyscy zaczęli się nerwowo krzątać. Zjawili się też dodatkowi członkowie personelu, a Beth i Chelsea miały przygotować kabinę reanimacyjną na przyjazd nowego pacjenta.

– Będzie nam potrzebny wózek z zestawem do intubacji – oznajmił Mike – i zestaw do nakłucia klatki piersiowej.

– Co robicie z pacjentami, którzy doznali ciężkich urazów klatki? – spytała Beth, ściągając z łóżka pomięte prześcieradło. – O ile wiem, nie ma tu kardiotorakochirurga, prawda?

Chelsea potrząsnęła przecząco głową.

– Stabilizujemy ich, a potem odsyłamy sanitarnym śmigłowcem do Wellingtonu – wyjaśniła, rozkładając na materacu czyste prześcieradło. – Tak samo postępujemy w przypadkach urazów głowy, bo nie mamy również neurochirurga.

Na oddziale pojawiali się coraz to nowi pracownicy szpitala. Chelsea tłumaczyła Beth, czym się zajmują.

– To jest Kelly, laborantka z pracowni radiologicznej. Seth, chirurg stażysta, dyżuruje pod telefonem. Widzę, że Rowena też przyszła nam pomóc. Ona jest położną.

Beth nie była w stanie spamiętać imion wszystkich nowych kolegów.

– A oto i Luke.

Na dźwięk znajomego imienia Beth gwałtownie odwróciła głowę, ale nowo przybyłego lekarza zasłaniał potężnie zbudowany funkcjonariusz policji, Dennis.

– Karetka już przyjechała – oznajmił. – Dowiem się, czy nie potrzebują pomocy.

Dwaj inni policjanci towarzyszyli obsłudze karetki, choć ratownikom ze strony rannego nic nie groziło.

– Brak odgłosów oddechowych z lewej strony – oznajmiła jasnowłosa kobieta w bluzce z dużym dekoltem, który częściowo zakrywały wiszące na jej szyi elektrody do EKG oraz stetoskop. – Wskaźnik w skali Glasgow powoli opada. Odbarczyłam już prawą stronę.

– Zanieście go od razu do dwójki – polecił Mike, a Beth cofnęła się, gdy ratownicy ruszyli z noszami we wskazanym przez niego kierunku. Potem pomogła w przenoszeniu pacjenta na łóżko. – Uwaga! Na trzy! – ciągnął, wsuwając dłonie pod głowę i szyję rannego, któremu wcześniej założono kołnierz usztywniający. – Raz... dwa... trzy!

– Podejrzewamy, że uderzył go samochód jadący co najmniej sześćdziesiąt kilometrów na godzinę – poinformował jeden z ratowników. – Musiał przelecieć w powietrzu ze dwadzieścia do trzydziestu metrów.

– Zajmij się jego ubraniem, Beth – poleciła Maureen, wręczając jej nożyce.

– Odma wentylowa z lewej strony – stwierdził Mike. – Niech ktoś mi poda zestaw do odbarczania!

– Ja to zrobię.

Choć spokojny męski głos powinien był złagodzić panujące w sali napięcie, Beth nie mogła opanować drżenia rąk, a nożyce, które trzymała w dłoniach, nagle głośno się złożyły. Nerwowo odwróciła głowę i spojrzała w kierunku mężczyzny. Na ułamek sekundy zapomniała, co ma robić. Luke!

Niemożliwe. A jednak to on. Luke Savage. W szpitalu Ocean View? Gdyby próbowała ułożyć listę miejsc, w których mogłaby znów go spotkać, ten prowincjonalny szpital znalazłby się na samym jej końcu, pomyślała. Przegrałby nawet z celą więzienną... choć tylko nieznacznie.

Luke jej nie zauważył, bo w skupieniu wbijał igłę między żebra ofiary, by wypuścić nagromadzone w klatce piersiowej powietrze, które uniemożliwiało sprawne funkcjonowanie płuc.

– Miednica jest niestabilna – stwierdził Mike, dokonując oględzin pacjenta.

Słowa Mike'a sprowadziły Beth na ziemię. Na szczęście nikt nie zauważył jej chwilowego rozkojarzenia. Sprawnie rozcięła skórzane spodnie pacjenta, odsłaniając uraz na prawym udzie.

– Otwarte złamanie kości udowej – stwierdziła.

– Zakryj je – polecił Mike. – W tej chwili nie możemy się nim zająć.

Beth sięgnęła po duży opatrunek z gazy i zwilżyła go w roztworze soli fizjologicznej. Potem uniosła głowę i zerknęła ukradkiem na Luke'a.

Była ciekawa, czy rozpoznał jej głos, ale patrząc na niego, doszła do wniosku, że nic na to nie wskazuje, bo nawet nie oderwał wzroku od monitora nad łóżkiem chorego.

– Saturacja nie wzrasta – oznajmił. – Będziemy musieli go zaintubować.

– Podłączę jeszcze jedną kroplówkę – powiedział Mike. – Trzeba przyspieszyć proces reanimacji płynami.

– Luke? Właśnie dzwonili, że sala operacyjna jest już gotowa – oznajmiła pielęgniarka, wsuwając głowę przez uchylone drzwi.

– Dziękuję. Niedługo przyjdę.

– Czy mogłabyś pomóc Sidowi przetransportować Szakala na górę? – spytał Mike, biorąc od Beth rurkę.

– Oczywiście – odparła z ulgą, ponieważ perspektywa opuszczenia sali wydała jej się pociągająca.

Czy Luke nie zwracał na nią uwagi, gdyż jako prawdziwy zawodowiec był całkowicie pochłonięty stanem pacjenta, który wymagał jego natychmiastowej pomocy? A może po prostu jej nie poznał? Istniała też możliwość, że ona w ogóle go nie interesuje.

Ale dlaczego, na litość boską, miałaby się tym tak bardzo przejmować? Odwróciła się do niego plecami, zamierzając opuścić salę. W tym momencie rozległ się odgłos tłuczonego szkła. Wszyscy zastygli w bezruchu.

– Co to, do diabła, było? – zawołał Mike.

– Kiedy tu wchodziliśmy, zamknęliśmy za sobą wszystkie drzwi – rzekł ratownik. – Wygląda na to, że ktoś naprawdę chce się tu dostać.

– Przewidywany czas przybycia helikoptera to tylko dwie minuty – oznajmił policjant. – W tej chwili bandyci tłuką się na parkingu przed szpitalem.

Usłyszeli wyraźnie wystrzał z broni palnej. W tym momencie rozległ się też sygnał alarmowy dobiegający z monitora podłączonego do pacjenta.

– Zatrzymanie akcji serca – stwierdził Luke.

Mike zdążył już sięgnąć po defibrylator.

– Niech wszyscy się odsuną – polecił.

– Nikomu nie wolno stąd wychodzić, dopóki nie dostaniemy wsparcia – zarządził funkcjonariusz policji.

– Proszę się odsunąć – powtórzył Mike.

Wszyscy obserwowali, jak Maureen pompuje powietrze do płuc pacjenta, a Mike przykłada elektrody defibrylatora do jego klatki piersiowej i włącza prąd.

Beth zamknęła oczy. Ta sytuacja jest tak dziwna, że aż śmieszna, pomyślała. Zupełnie jakby los spłatał mi jakiegoś niesamowitego figla. A ten, który tym pokierował, na pewno teraz się ze mnie śmieje.

Przyjechała