Wydawca: Bukowy Las Kategoria: Poradniki Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 576 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bramkarz, czyli outsider - Jonathan Wilson

Opowieść o najbardziej tajemniczej i wyobcowanej postaci na piłkarskim boisku: bramkarzu

Albert Camus, sir Arthur Conan Doyle, Jewgienij Jewtuszenko, Vladimir Nabokov czy wreszcie sam  Jan Paweł II... można śmiało powiedzieć, że bramkarzami zostają ludzie znacznie odbiegający od piłkarskiej średniej.

W tej pierwszej historii samotnych strażników bramki Jonathan Wilson przygląda się nierzadko ryzykownym intelektualnym i literackim zainteresowaniom bramkarzy i zastanawia się, w jaki sposób stali się tak cool. Odwiedza region Bassa w Kamerunie, skąd pochodzi dwóch najlepszych afrykańskich bramkarzy, a także Rumunię, gdzie rozmawia z Helmuthem Duckadamem, który w 1986 roku podczas Pucharu Europy obronił cztery karne dla Steauy Bukareszt. Jego fascynujące spostrzeżenia na temat taktyki i techniki sięgają w głąb historii piłki nożnej, aż do czasów, gdy mecze rozgrywano bez bramkarzy.

Pierwsza historia pozycji bramkarza, uwzględniająca kulturę, historię i piłkarską taktykę

Erudycyjne i oryginalne spojrzenie na wyjątkową (także psychologicznie) postać bramkarza – na ciekawych, a nawet wybitnych  przykładach

Od Alberta Camusa po Jana Pawła II - znakomita opowieść o ludziach, którzy noszą inne koszulki i grają według innych zasad niż pozostali”. Readers Digest

„Fantastyczna historia bramkarzy, których los jest zwykle niewdzięczny (wystarczy zapytać Joego Harta). Wilson przytacza przypadki zarówno słownej, jak i fizycznej agresji wobec bramkarzy, a także uświadamia, jakie brzemię stresu noszą ci wyjątkowi piłkarze”. The Sunday Telegraph

Opinie o ebooku Bramkarz, czyli outsider - Jonathan Wilson

Fragment ebooka Bramkarz, czyli outsider - Jonathan Wilson

TYTUŁ ORYGINAŁU: The Outsider. A History of the Goalkeeper

Copyright © Jonathan Wilson 2012 First published by Orion, London. All rights reserved. Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2014 Copyright © for the Polish translation by Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o., 2014

ISBN 978-83-64481-36-9

PROJEKT OKŁADKI: Mariusz Banachowicz ILUSTRACJA NA OKŁADCE: © joyfull/Shutterstock REDAKCJA: Olga Gitkiewicz KOREKTA: Urszula Włodarska REDAKCJA TECHNICZNA: Adam Kolenda

WYDAWCA: Wydawnictwo Bukowy Las Sp. z o.o. ul. Sokolnicza 5/76, 53-676 Wrocławwww.bukowylas.pl, e-mail: biuro@bukowylas.pl

WYŁĄCZNY DYSTRYBUTOR: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością Sp.j. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Mazowiecki tel. 22 721 30 11, fax 22 721 30 01 www.olesiejuk.pl, e-mail: fk@olesiejuk.pl

Gdy los i ludzie częstują mnie wzgardą, Chcę miłosierdzie wzbudzić w głuchym niebie…William Shakespeare, Sonet 29, w. 1-2 (przeł. Maciej Słomczyński)

  Prolog

Moja najwspanialsza sportowa chwila? To proste. Ostatnia minuta szkolnego meczu hokeja na trawie przeciwko Whickham, jedynej drużynie na północnym zachodzie, która mogła nam zagrozić. Był remis 0:0, a oni wykonywali krótki róg. Piłka została wybita i błyskawicznie rzuciło się w jej kierunku dwóch obrońców, by po chwili wystawić ją ich środkowemu pomocnikowi, który nazywał się Robson i grał w angielskiej młodzieżówce. Wydawało się, że będzie uderzał mocno, ale w końcu zdecydował się na podcięcie. Uderzył, a mnie przeszło przez myśl, że znajduję się poza polem strzałowym. Pamiętam, że gdy piłka pojawiła się po mojej prawej stronie, pomyślałem, że powinienem rzucić się po nią, nawet jeśli strzał padł spoza pola. Wszystko rozgrywało się bardzo powoli. Pamiętam nawet, że zastanawiałem się, co mówią przepisy o sytuacji, gdy gol został strzelony zza pola, a piłka wpadła po odbiciu się od kija bramkarza. Przez kratę kasku widziałem czerwony rękaw mojej bluzy z airtexu, ogromną białą rękawicę oraz czarno-niebieski kij. Widziałem również piłkę oraz trajektorię jej lotu, który miał skończyć się tuż ponad moim kijem. Najwyraźniej miałem mnóstwo czasu, ponieważ zdążyłem wykonać ruch nadgarstkiem i przechylić kij tak, by zatrzymać piłkę. Nagle ujrzałem okienko bramki i około piętnastu centymetrów przed górnym rogiem piłka łupnęła prosto w mojego kija. Spojrzałem w dół – nadal dokładnie pamiętam proces myślowy w mojej głowie – i zdziwiłem się, że znajduję się tak wysoko nad murawą, po czym zaraz przestraszyłem się tego, jak bardzo zaboli mnie upadek.

Nie zabolał jednak wcale – jedną z niewielu zalet bycia bramkarzem hokejowym jest to, że cały przód ciała okrywa gruba na 5 centymetrów sztywna pianka. Widziałem lecącą swobodnie, podkręconą piłkę i dosłownie przez ułamek sekundy wydawało się, że nikt nie rusza w jej kierunku. Na sekundę wszyscy zamarli w bezruchu i ciszy.

Było to uczucie, którego nigdy wcześniej nie zaznałem i które od tego czasu było mi dane przeżyć jeszcze tylko raz – kiedy rzuciłem się z pozycji midwicket, by złapać piłkę i tym samym zakończyć ciągnącą się dziewięciobramkową rozgrywkę, dzięki czemu miejscowość z Oxfordshire, w której drużynie grałem, wygrała zakończony niskim wynikiem mecz z BBC. Gdy wtedy zobaczyłem, jak piłka odbija się z impetem od mojej lewej dłoni, pomyślałem nawet: „Zupełnie jak podczas tego meczu przeciwko Whickham” – aby po chwili wylądować na ziemi, uderzając w nią boleśnie ramieniem i biodrem.

Dwie sytuacje na przestrzeni dwunastu lat. Jak na kogoś, kto od trzydziestu lat co najmniej raz w tygodniu uprawia sport, może nie jest to wiele, ale przynajmniej miałem w ogóle okazję, by poznać to uczucie. Jestem pewien, że prawdziwym sportowcom regularnie się to zdarza – wrażenie zwalniającego czasu i całkowitej kontroli nad sytuacją. Jak ujął to trener Ajaksu, David Endt: „U ludzi wielkich sekundy trwają dłużej niż u maluczkich”. Istnieją dowody wskazujące na to, że wrażenie panowania nad sytuacją jest fałszywe, że jest to jedynie zabieg mózgu, który próbuje wytłumaczyć naszą zrodzoną w mięśniach reakcję. Skądkolwiek by pochodziło – odczucie pełnej kontroli nad nieznacznymi zmianami, które zachodzą jednak niesłychanie szybko, wydaje się sednem sportowej doskonałości.

Najlepsi muszą doznawać go nieustannie. Po tej pierwszej sytuacji pomyślałem, że stan ów może trwać nieprzerwanie, a dzięki treningom osiągnę poziom, na którym czas i mój refleks będą idealnie zgrane. Gdy po meczu jechaliśmy busem do Yorku na lekcję łaciny, wyłożyłem nawet moją teorię, czym udało mi się wtedy chyba wszystkich zanudzić. Nikogo to nie obchodziło. Byłem jak powracający do Shire hobbit, który odkrywa, że wszyscy są zbyt pochłonięci swoim przyziemnym, codziennym życiem, by emocjonować się jego niezwykłymi przygodami. Któż mógł jednak wiedzieć, jak daleko zajdę? Jeśli potrafiłem obronić strzał posłany w prawe okno bramki przez pomocnika reprezentacji Anglii, cóż mogło mnie powstrzymać przed dostaniem się do drużyny narodowej?

W kolejnym tygodniu graliśmy na wyjeździe w Doncaster przeciwko szkole Hall Cross. Podczas meczu nie napracowałem się zbytnio, ale nagle tuż przed przerwą ich napastnik zdołał obrócić się w zatłoczonym polu karnym i oddać strzał. Miałem zasłonięte pole widzenia, lecz rzuciłem się, licząc, że zatrzymam piłkę własnym ciałem. I udałoby się to zapewne, jednak napastnik uderzył nieczysto i piłka wślizgnęła się w niewielki skrawek przestrzeni pomiędzy moją nogą a słupkiem. Przegraliśmy 0:4, z czego co najmniej jeszcze dwie inne bramki wynikały z moich błędów. W drodze powrotnej zostałem wygnany na przód autobusu, gdzie musiałem siedzieć obok nauczyciela. Tak skończyły się moje marzenia o wielkości. Był to również koniec mojej gry na pozycji bramkarza. I nic już potem nie było takie samo.

Grałem na bramce jeszcze do końca tego sezonu, ale gdy zacząłem studia, po rocznej przerwie, podczas której pracowałem jako nauczyciel w tybetańskim klasztorze i zmywałem naczynia w pubie w Sunderlandzie, stwierdziłem, że mam dość obrywania pędzącymi w moim kierunku piłkami, które mimo ochraniaczy zostawiają siniaki, a wszystko to dla kilku ulotnych chwil chwały, których nikt nie zauważa. Czułem też, że prędzej czy później trafi mi się mecz na tyle kiepski, że nie będę potem mógł przestać o nim myśleć przez… No cóż, od meczu z Hall Cross mija właśnie dziewiętnaście lat, a jego wspomnienie nadal nie daje mi spokoju.

Od czasu do czasu stawałem w bramce Barnes Beavers, drużyny, w której grałem w ramach Surrey League, kiedy już naprawdę byli zdesperowani. Raz, na niewiarygodnym kacu, zagrałem na Battersea Park przeciwko drużynie Wanderers jeden z tych meczów, w których piłka uderza w ciebie raz po raz, niezależnie od tego, co robisz. Na dziesięć minut przed końcem, gdy w zasięgu ręki był okupiony heroiczną walką bezbramkowy remis, samobója załadował mi drętwy, czterdziestokilkuletni i przyprószony siwizną Roger Jakiśtam, przecinając przy krótkim słupku dośrodkowanie z prawego skrzydła. Od tamtej pory nigdy więcej nie stanąłem na bramce. To jest po prostu zbyt okrutne i zbyt frustrujące.

Może właśnie dlatego bramkarze wydają się takimi zamyślonymi, introwertycznymi typami – być może starają się dociec, dlaczego przytrafiają się im tak niesprawiedliwe rzeczy, mimo że na nie niczym nie zasłużyli. Pytanie brzmi, czy to bramka przyciąga ponurych myślicieli, czy też to bycie bramkarzem czyni ich właśnie takimi.

Nie do końca wiadomo, co tu jest skutkiem, a co przyczyną, jednak bramkarze zazwyczaj są indywidualistami – niekoniecznie może od razu intelektualistami, ale w większości wypadków ludźmi, którzy myślą samodzielnie. Na przykład bramkarze zawsze udzielają lepszych wywiadów niż pozostali zawodnicy. Być może właśnie dlatego w tych rzadkich chwilach, kiedy pisarze sięgają po tematykę futbolu, nieporównanie częściej zajmują ich bramkarze. Jednym z najpopularniejszych literackich detektywów z lat osiemdziesiątych był Duffy – cyniczny, biseksualny były policjant wymyślony przez Dana Kavanagha, literackie alter ego Juliana Barnesa, który zresztą okazjonalnie grał jako bramkarz. Jego Putting the Boot In z 1985 roku stanowi jedną z niewielu powieści realistycznie przedstawiających świat piłki nożnej, będący w tamtych czasach ponurą, brutalną namiastką splendoru, w którym jednak pleni się chuligaństwo, a przy wejściu na stadion ulotki rozdają neofaszystowskie gangi. Duffy, przynajmniej na początku powieści, bardziej obawia się jednak innego zagrożenia – AIDS. Jest niezwykle drobiazgowy i spędza długie godziny na poszukiwaniu na swojej skórze brązowych plam, które, jego zdaniem, miałyby zapowiadać chorobę, nieustannie rozmyślając o możliwym okresie inkubacji.

Duffy jest także członkiem zespołu z weekendowej ligi piłki nożnej, niespokojnym outsiderem w szorstkim, wyraźnie zmaskulinizowanym świecie parkowej piłki. Gra, oczywiście, na bramce. W pierwszej scenie Putting the Boot In podczas meczu śledzimy myśli Duffy’ego i poznajemy szczegóły prowadzonej przez niego sprawy dotyczącej piłkarza trzecioligowego londyńskiego Athleticu, który na parkingu celowo uszkodził sobie ścięgno Achillesa – choć chwilowo Duffy najbardziej obawia się „tego małego, szybkiego rudzielca” na skrzydle, który ogrywa jego obrońców.

Jak inni bramkarze, Duffy „martwił się, że źle zagra, że przegrają, że zawiedzie swoją drużynę, że zostanie z niej wyrzucony, że będzie musiał bronić karnych oraz że nazwą go idiotą”. W swoich obawach szedł jednak jeszcze o krok dalej.

Jednym z powodów, dla których lubił grać na bramce – oraz jednym z powodów, dla których się martwił – było jego zamiłowanie do schludności. Lubił równo wytyczony prostokąt pola karnego, lubił sposób, w jaki wyznaczał on jego terytorium, jego posesję. Za wszystko, co dzieje się wewnątrz tego prostokąta, odpowiedzialność ponosisz ty, Duffy! Czuł się jak młody gliniarz, któremu po raz pierwszy przydzielono rewir. Lubił również to, że na jego posesji wszystko miało rogi – pole karne, przestrzeń bramki, jej konstrukcja. I nawet siatka układała się we wzór z kwadratów. Lubił te kąty proste – uspokajały go. Jedynym obszarem na jego terytorium, które nie posiadało rogów, był punkt na jedenastym metrze. Ogromna okrągła kredowa plama, jakby gołąb gigant postanowił zostawić po sobie pamiątkę dokładnie na środku jego posesji. Plask!

Duffy jest neurotykiem i nienawidzi karnych, nawiązując – świadomie lub też nie – do najbardziej znanego „poważnego” filmu o futbolu Strach bramkarza przed jedenastką w reżyserii Wima Wendersa. Film ten, oraz powieść Petera Handkego, na podstawie której go nakręcono, ustanowił model bramkarza – a przynajmniej bramkarza, jakim postrzega go szerokie grono odbiorców kultury, niezależnie od tego, czy postrzeganie to jest właściwe, czy też nie.

Niniejsza książka jest o bramkarzach oraz o grze na bramce – o działaniach bramkarzy, jakie widać na murawie, jak i o tym, jak bramkarzy przedstawia się w kulturze, począwszy od nieszczęsnych postaci z brytyjskich filmów Kes i Gregory’s Girl, aż po herosów z sowieckiego musicalu Vratar. Choć pojawią się tu omówienia technicznych i taktycznych aspektów gry na tej pozycji, nie jest to podręcznik trenerski – raczej opowieść o tym, jak pozycja bramkarza oraz jej postrzeganie zmieniały się wraz z upływem czasu oraz jak różnią się w zależności od kraju. Jest to historia relacji między indywidualistą a zespołem oraz opowieść o tym, jak sport odzwierciedla kulturę polityczną swoich czasów i jak na nią reaguje. Książka ta nie stanowi encyklopedii bramkarzy – niektórzy doskonali golkiperzy nie pojawiają się tu wcale lub są jedynie wzmiankowani – jest to opowieść o tych, którzy w największym stopniu wpłynęli na nasz sposób postrzegania tego, co oznacza być bramkarzem.

1 Zwiastun nieurodzaju

W dzisiejszych czasach można sądzić, że bramkarze istnieli od zawsze. Wydaje się oczywiste, że drużyna powinna składać się z dziesięciu zawodników z pola w ustawieniu 4-4-2, 4-2-3-1 albo 4-3-3 bez klasycznego napastnika oraz z jeszcze jednego zawodnika, którego obecność jest tak oczywista, że nikt nie zawraca sobie nim głowy podczas omawiania formacji. Tymczasem jest on względnie nowym zjawiskiem. Gdy wraz z powołaniem w 1863 roku Football Association (FA) powstała gra, która z czasem stała się piłką nożną, bramkarzy we współczesnym znaczeniu tego słowa po prostu nie było.

Wczesny futbol, przynajmniej w Wielkiej Brytanii, polegał głównie na dryblingu i strzelaniu bramek, a sposobami obrony przed golami niespecjalnie zawracano sobie głowę. Próżno szukać wzmianek o bramkarzu w którejkolwiek z wprowadzonych w połowie XIX wieku prób ujednolicenia reguł gry, kiedy to stworzono wspólne zasady dla piłkarzy z różnych elitarnych szkół – w każdej grano w grę nazywaną futbolem, choć wszędzie według innych zasad. Pierwszy mecz wedle zasad FA rozegrały szkoły z Barnes i Richmond. Spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem, mimo że w obu drużynach występowało po dziewięciu napastników i dwóch obrońców, co było wówczas częstym ustawieniem. Zgodnie z ówczesnymi zasadami każdy zawodnik mógł zagrać ręką, wykonując tzw. fair catch (dozwolony chwyt), za co przyznawano rzut wolny, jeżeli po złapaniu piłki zawodnik od razu sprowadził ją do nogi. Bieg z piłką trzymaną oburącz oraz zdobywanie goli rzutem były jednak niedozwolone.

W ten sposób FA po prostu kontynuowała wielowiekową tradycję. Zarówno reguły ustalone w szkole ze Shrewsbury w 1858 roku, jak i te przyjęte w Sheffield rok wcześniej zezwalały na fair catch, lecz nie było w nich żadnej wzmianki o bramkarzu. Natomiast zasady przyjęte w 1887 roku przez szkołę z Harrow, które odzwierciedlały praktykowany od pewnego czasu sposób gry, pozwalały na wykonanie przez zawodnika „dozwolonego chwytu”, po którym należało krzyknąć „Jardy!”[1]. Dzięki temu chwytający piłkę zawodnik mógł nieatakowany pobiec w dowolnym kierunku na odległość trzech metrów.

Żadna z różnych wersji gry, które uznaje się za początki piłki nożnej, nie przewidywała osobnego zawodnika uprawnionego do łapania i trzymania futbolówki. Większość z nich dopuszczała chwytanie piłki lub zagrywanie jej ręką przez wszystkich zawodników, aczkolwiek tylko niektóre zezwalały na trzymanie piłki podczas biegu – wszystko to zresztą przewidziane było raczej z myślą o ataku niż obronie (nawet jeśli w przypadku niektórych zasad oznaczało to strzelenie jedynie kilku bramek przez całe stulecie).

Aby strzelić gola, trzeba było jednak uporać się z obrońcami. Nie byli szczególnie istotni i nie było ich wielu, ale to właśnie z tej pozycji ewoluowała późniejsza pozycja bramkarza. Przykładowo zasady phainindy i harpastum, gier antycznych Greków i Rzymian z użyciem małych piłek, przypominających raczej kornwalijski hurling niż piłkę nożną, przewidywały ustawienie wolniejszych piłkarzy z tyłu, co zostało przez starożytnego fizyka i filozofa Galena określone jako locus stantium – „pozycja gracza stojącego”.

Nasza wiedza o obu tych grach jest ograniczona, jednak w szesnastowiecznych Włoszech, a szczególnie we Florencji, ogromną popularność zyskał sport, którego korzenie, jak można logicznie zakładać, sięgały rzymskiego harpastum, a mianowicie calcio. Zasady gry opracowane przez florenckiego arystokratę Giovanniego de’ Bardiego zakładały, że drużyna musi liczyć dwudziestu siedmiu zawodników. Zgodnie z opublikowanym w 1612 roku słownikiem Vocabolario della Crusca tworzyli formację 15-5-4-3, w skład której wchodziło piętnastu innanzi o coridori, pięciu sconciatori, czterech datori innanzi oraz trzech datori e dietro’. Nie było bramkarza, ale każdy zawodnik mógł zagrywać piłkę ręką, więc w pewnym sensie wszyscy obrońcy pełnili także funkcję bramkarzy.

Zanim jednak zaistnieli bramkarze, musiały pojawić się bramki. Na wczesnym etapie rozwoju futbolu pojęcie to miało wiele różnych definicji. W calcio na przykład bramki zajmowały całą długość linii końcowych. Tradycja brytyjska, z której wyrósł współczesny futbol, preferowała raczej mniejszą, wyraźnie wyznaczoną przestrzeń na obu krańcach boiska.

Joseph Strutt w swojej książce o sportach i rozrywkach w Anglii Sports and Pastime of the People of England z 1801 roku opisał spotkanie, które odbyło się w Yorkshire. „Gdy rozgrywany jest mecz futbolowy, na boisko wychodzi równa liczba zawodników, którzy zajmują miejsca pomiędzy dwiema bramkami oddalonymi od siebie o 70-90 metrów” – pisał. „Bramkę tworzą zazwyczaj dwa kije wbite w ziemię w odległości dwóch lub trzech stóp od siebie”. Przy tak niewielkich bramkach nie był potrzebny zawodnik stojący między słupkami. Podobnie w przypadku przypominającej futbol wall game rozgrywanej w Eton na boisku o długości 110 metrów i szerokości 6 metrów, bramki były tak małe (drzwi wejściowe na jednym krańcu i oznaczona część wiązu na drugim), że wyznaczanie bramkarza spośród osiemnasto- lub dwudziestoosobowej drużyny mijało się z celem.

W XIX wieku stopniowo rosła świadomość znaczenia zawodników zajmujących się obroną na tyłach, nawet jeśli wciąż niezbyt doceniano ich rolę. W czasach rzymskich z tyłu grali zawodnicy najwolniejsi, jednak w wiktoriańskich szkołach obrońcami zostawali ci, których postrzegano jako wykazujących braki nie tyle fizyczne, co moralne. H.C. Benham w książce Football at Westminster School opisał mecze rozgrywane przy bramkach szerokich na 11 metrów, których obszar wyznaczały rosnące akurat na obu końcach boiska drzewa. „Jako bramkarze grali niscy chłopcy, niezguły i tchórze, było ich dwunastu lub piętnastu po obu stronach, rozstawionych na całej długości” – pisał. „Jeśli któryś z chłopców dał plamę lub nie grał z werwą, ustawiano go natychmiast na bramce – nie tylko do końca dnia, ale trwale go degradując. Jeśli jednak jakiś bramkarz dobrze obronił strzał, natychmiast wywoływano go w pole, gdzie od tego momentu grał już stale”. Widać w tym oczywiście pewną logiczną niekonsekwencję, bowiem gdy tylko ktoś dowiódł swoich umiejętności bramkarskich – przestawał być bramkarzem. Co jednak bardziej istotne, gra na bramce wiązała się z piętnem, co wciąż, przynajmniej w Wielkiej Brytanii, jest podskórnie wyczuwalne.

Choć każda z elitarnych angielskich szkół określała własne zasady gry, dostosowane do boiska, jakim dysponowała, koncepcja wielu bramkarzy w drużynie wydawała się powszechna. The Book of Rugby School zawiera rozdział, przypuszczalnie autorstwa W.H. Arnolda, brata dyrektora szkoły w Rugby – Thomasa, na którym to tekście niemal na pewno Thomas Hughes oparł opis słynnego meczu w swojej powieści Tom Brown’s Schooldays. Opisał w niej grę drużyny czterdziestu uczniów przeciwko 460 przeciwnikom, spośród których 260 grało na bramce.

Było jasne, że bramkarz ma do wykonania niewdzięczne zadanie. Wielebny H.J. Torre w Recollections of Schooldays at Harrow pisał: „obowiązek obrony »bazy« czy też bramki spadał często na małych chłopców, a była to wyjątkowo nieprzyjazna robota i bramkarze często po ataku lądowali w błocie”. Christopher Wordsworth, dyrektor Harrow w latach 1836-1844, zastrzegł nawet, że naraz „bronić bazy” mogło nie więcej niż czterech chłopców, i to co najwyżej przez trzydzieści minut.

Pozycja bramkarza była jeszcze bardziej niebezpieczna w Charterhouse, gdzie w futbol grano nie na trawiastym boisku, lecz na szerokim na 4 metry i długim na 65 metrów krużganku. I tutaj bramek strzegły fajtłapy. „Piłka szybko trafiła pod jedną z arkad, co spowodowało straszliwy ścisk, gdy pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu chłopców stłoczyło się tam, żwawo szturchając, kopiąc i popychając się nawzajem w celu wydobycia piłki” – pisali E.P. Eard­ley-Wilmot i E.C. Streatfield w książce Charterhouse Old and New.

Zdolny gracz, mając piłkę pod nogami, cierpliwie czekał, aż nadarzy się okazja, by zręcznie umknąć z nią i pędem pognać krużgankiem w kierunku upragnionej bramki. Tłum rozpraszał się wówczas i ruszał w pogoń. Teraz liczyła się odwaga, a niedorajdy czekała chwila próby.

Aby nie dopuścić, by piłka znalazła się blisko bramki, fajtłapa na przedzie ruszał na pojedynek w dryblingu, który zazwyczaj kończył się szaleńczą gonitwą po kamiennej podłodze. Miało to jednak swój cel, ponieważ nie tylko dawało całej drużynie czas na dobiegnięcie, ale też zachęcało pozostałe fajtłapy do utrzymania linii obrony. Jeśli chłopiec z piłką miał za plecami całą swoją drużynę, mógł razem z nimi runąć wprost na fajtłapy, powodując tym samym potworną przepychankę. Fajtłapy ze wszystkich sił starały się nie przepuścić piłki, atakując pięściami i opierając się rękami o ściany, by uzyskać lepszą pozycję do zadania ciosu. Takie przepychanki mogły niekiedy trwać trzy kwadranse. Kończyło się to posiniaczonymi goleniami, podartymi kurtkami i innymi elementami garderoby oraz wzajemnym tratowaniem.

Tuż przed połową stulecia liczba zawodników oraz rozmiar bramek były coraz częściej wszędzie jednakowe. Percy M. Young przytacza w History of British Football anegdotę, jakoby w latach 30. dziewiętnastego wieku drużyny liczące jedenastu zawodników były powszechne w Harrow, jednak pierwsze konkretne doniesienie o grze jedenastu na jedenastu pochodzi z 1841 roku, kiedy to magazyn „Bell’s Life” odnotował taki pojedynek w Eton (mecz ten rozegrano zresztą nie w piłkę nożną, ale w wyraźnie pokrewną jej grę – field game).

Wymiary bramki bywały jeszcze bardziej różnorodne niż rozmiary boiska. Na przykład podczas meczu jedenastek z Eton i Harrow w 1862 roku zastosowano „bazy” szerokie na 3 i wysokie na 5 metrów. Nie była to zatem bramka w rozumieniu przestrzeni, której mógłby skutecznie strzec jeden zawodnik. Wraz z pierwszymi zasadami ustalonymi przez FA w 1863 roku ustanowiono bramkę szeroką na 7 metrów (jak jest po dziś dzień), jednak jasno stwierdzono, że bramkę zdobywa się, umieszczając piłkę „pomiędzy słupkami”, bez jakichkolwiek ograniczeń dotyczących wysokości.

W wyniku starań klubu z Sheffield, lidera drużyn północnych uprawiających pewną wersję futbolu, która rozwinęła się poza szkołami, w 1866 roku zmieniono zasady, ustalając wysokość bramki na 8 metrów i oznaczając ją taśmą – od tego czasu wymiary te się nie zmieniły. Sheffield domagało się dodatkowo poprzeczki, której zalety FA w końcu dostrzegła i w 1875 roku ją zalegalizowała, a w 1882 wprowadziła obowiązek jej stosowania.

Ówczesne dążenie do wprowadzenia maksymalnej dozwolonej wysokości bramki jest zrozumiałe. Rozwój futbolu na północy jest znacznie słabiej udokumentowany niż rozwój gry, jaki dokonał się w elitarnych szkołach, jednak wydaje się, że już jakiś czas przed ujednoliceniem reguł, w latach 60. dziewiętnastego wieku, przynajmniej w kilku jej odmianach występowała pewna wersja golkipera. „Bramkarz”, zgodnie z regułami z Sheffield z 1857 roku, „jest tym piłkarzem strony broniącej, który w danym momencie znajduje się najbliżej własnej bramki”. W ten sposób w inne słowa ubrano zasadę „ostatni broni”, powszechnie stosowaną w piłce „podwórkowej”.

Pierwsza wzmianka o bramkarzach ze szkół elitarnych pojawiła się w gazetce szkolnej z 15 grudnia 1865 roku, w której opisano mecz pomiędzy Uppingham i Old Boys.

Po pewnym czasie Old Boys zdobyli gola. Wydawali się bardzo zdeterminowani, by utrzymać tę przewagę. Bramki naszych przeciwników w doskonałym stylu strzegł Rawnsley [W.F. Rawnsley, 1845-1927, szedł w orszaku weselnym Tennysona – jego młodszy brat, Canon H.D. Rawnsley, był jednym z założycieli zajmującej się ochroną zabytków organizacji National Trust], czego nie można powiedzieć o jego drużynie, która była generalnie niezorganizowana i słaba (…). Piłka cały czas znajdowała się w bliskiej odległości bramki Old Boys, lecz niestety wyraźnie nie kwapiła się, by wpaść między słupki.

Cenne minuty upływały, a Old Boys wciąż prowadzili jednym golem. „Jeszcze dwie minuty!” – zawołał arbiter. Czas na ostatnie podejście. Prowadzona przez [C.] Childsa drużyna zaczęła grać gorliwie i z pasją. Rawnsley na bramce był opanowany i uważny. Jego wszechobecne ręce i nogi nie przepuszczały żadnej piłki. Czy nic nie można było uczynić? Czyż brakowało już śmiałości, która mogłaby dać zwycięstwo? A jednak! Nagły atak, górna piłka, rozpaczliwa szarża, doskonała praca nóg, kolejni mijani przeciwnicy, „właściwy człowiek na właściwym miejscu”, zmylone oko oraz daremny refleks Rawnsleya – i piłka wpadła do bramki.

Wyraźnie widać zmianę w tonie. Bramkarz urasta do rangi herosa i nie ma nic wspólnego z „niedojdą” sprzed dwudziestu lat, co pokazuje, że jego rola była coraz bardziej doceniana. Terence Delaney w książce A Century of Soccer wysuwa tezę, że to właśnie w 1865 roku jednego z obrońców zaczęto określać mianem bramkarza, podczas gdy w polu pozostało dziesięciu jego towarzyszy – „ostatni obrońca”, „defensor” i ośmiu napastników.

Dopiero w 1871 roku w przepisach jasno określono bramkarza jako jedynego zawodnika, który „może swobodnie używać rąk w celu obrony własnej bramki”. Był on więc obrońcą przesuwanym coraz bardziej na tyły, by w końcu zyskać odrębny status – jedynego piłkarza, który zachował odebrany pozostałym graczom przywilej zagrywania ręką na własnej połowie. Początkowo bramkarz mógł zagrywać ręką w dowolnym miejscu na boisku, co ograniczono w 1887 roku. W zaleceniach dla sędziów i arbitrów (Memorandum for the Guidance of Umpires and Referees) wydanych przez komitet wykonawczy FA można przeczytać: „uznaje się, że gdy bramkarz znajduje się na połowie przeciwnika, nie broni on swojej bramki, dlatego też na połowie przeciwnika nie wolno mu zagrywać ręką”. Dopiero w 1912 roku obszar, na którym bramkarz mógł złapać piłkę ręką, zawężono wyłącznie do pola karnego, jednakże w praktyce bramkarz wychodził poza nie tak rzadko, a większość zawodników była tak bardzo przywiązana do swoich pozycji, że tamta wersja gry nie różniła się zanadto od współczesnej. Jednak gdy tylko bramkarze zaczęli wykorzystywać swoją uprzywilejowaną pozycję, przepisy zmieniono.

W latach 70. dziewiętnastego wieku ostatecznie ustalono rolę bramkarza. „Wprowadzenie obowiązku formacji – jak pisał Charles W. Alcock, pierwszy sekretarz FA, pomysłodawca Pucharu Anglii oraz jeden z głównych inicjatorów rozgrywek międzynarodowych – miało spowodować, że drużyna składać się będzie z siedmiu napastników i tylko czterech obrońców rozstawionych w trzech liniach. Ostatnią linią był oczywiście bramkarz, przed nim ostatni obrońca, a dalej obrońcy mający rozbijać ataki napastników drużyny przeciwnej”.

Tak właśnie narodził się bramkarz. Dziwna postać – z jednej strony należąca do drużyny, z drugiej jednak nieco od niej odstająca. Aż do 1909 roku golkiper nie wyróżniał się jednak tak bardzo, ponieważ grał w takim samym stroju, jak pozostali zawodnicy. Nie było wówczas również niczym niezwykłym, że gracze z pola zamieniali się pozycjami z bramkarzem bądź też zostawali bramkarzami na późniejszym etapie swoich karier.

Major Sir Arthur Francis Mandarin, sławny stoper założonej przez niego drużyny Royal Engineers, grał na przykład również na bramce w drużynie Old Etonians. Gdy oba zespoły spotkały się w finale Pucharu Anglii w 1875 roku, zdecydował się nie zagrać w żadnej z nich. Dwa lata później drużyna Wanderers przystąpiła do finału Pucharu Anglii przeciwko drużynie uniwersytetu z Oksfordu w ogóle bez bramkarza, co mogło wskazywać na to, jak niewielką wagę przykładano do tej pozycji, lub też na brak świadomości, że jest to pozycja szczególna. Lord Arthur Fitzgerald Kinnaird, rudobrody twardziel uchodzący za jedną z największych sław wiktoriańskiego futbolu, choć zwykle grał jako pomocnik, zgłosił się na bramkę na ochotnika. Już w pierwszych minutach meczu Evelyn Waddington spróbował uderzenia z dystansu i z początku zdawało się, że Kinnaird sobie z nim poradził, czysto chwytając piłkę, jednak po chwili przekroczył wraz z nią linię bramki. Oksford domagał się uznania bramki, czemu zadośćuczynili arbitrzy. Wanderers najpierw wyrównali, a potem przechylili szalę zwycięstwa na swoją korzyść w dogrywce, ale Kinnaird nie mógł znieść wstydu i wystosował do FA petycję o usunięcie jego samobójczego gola ze statystycznych annałów. Co zadziwiające, jego prośba została spełniona i, choć bramkę tę niedawno przywrócono, przez ponad sto lat uznawano, że mecz zakończył się wynikiem 2:0.

Być może osobliwy charakter pozycji bramkarza, niechęć do jej uznania oraz uwzględnienia jej odrębności, a także podejrzliwość, z jaką często do niej podchodzono, jest czymś całkowicie naturalnym. W swojej książce Only the Goalkeeper to Beat Francis Hodgson, sam bramkarz amator i zagorzały obrońca bramkarskiego zakątka, nazywa grającego na bramce „sportową psują”, jedyną osobą na boisku, która „robi wszystko, aby uniemożliwić innym osiągnięcie tego, na co wszyscy czekają (…). W gruncie rzeczy jest to antypiłkarz. Przez to oddanie zadaniu zapobiegania bramkom jego rola stoi w sprzeczności z istotą futbolu”. Zjawisko to wydaje się jednak mieć głębsze dno.

Spora część antropologów jest zgodna, że piłka nożna, jak większość dyscyplin sportowych, stała się prawie religijnym rytuałem. Jak podsumowuje Young w swojej historii brytyjskiego futbolu, gra ta ma korzenie w „obrzędzie z użyciem piłki na cześć mrocznych bogów płodności. Piłkę prowadzono w kierunku celu – jakiegoś uświęconego obiektu, na przykład drzewa lub strumienia. Następnie zabierano ją do domu jako symbol słońca i gwarant pomyślności”. I tak coroczny mecz rozgrywany w ostatkowy wtorek w Ashbourne w Derbyshire, jak stwierdza Young: „uświęca starodawne błagania kierowane do bóstw ziemi, powietrza i wody”.

W 1929 roku W.B. Johnson na łamach czasopisma „Contemporary Review” zauważył, że w wielu rytuałach związanych z płodnością pojawia się okrągły lub kulisty przedmiot przedstawiający słońce, który wiesza się na drzewach lub zakopuje wśród plonów, co ma uosabiać wzejście słońca pobudzającego wzrost. Jak dowodzi Johnson, w niektórych irlandzkich wioskach złote i srebrne piłki, symbolizujące słońce i księżyc, niesiono podczas pochodu z okazji święta wiosny, a Indianie z Oklahomy świętowali żniwa, grając we własną wersję futbolu na boisku wyznaczonym na osi wschód-zachód na wzór trasy słońca (niestety, autor nie sprecyzował, które z 91 plemion indiańskich Północnej Ameryki odprawiało ten rytuał). Rozgrywane w miejscach publicznych w średniowiecznej Anglii gry futbolowe[2] wpisywały się w podobny schemat: za bramkę zazwyczaj służyło drzewo, choć w niektórych wersjach gry, przykładowo tej, w którą grano w Scone, dla zdobycia bramki niezbędne było umieszczenie piłki w dziurze w ziemi (symboliczny pogrzeb). W swoim słowniku gwary z okolic Whitby Glossary of Words used in the Neighbourhood of Whitby F.K. Robinson pisze, że wierzono w istnienie związku pomiędzy grą rolnika podczas ostatkowego meczu rozgrywanego w Whitby a jego późniejszymi plonami, w Normandii zaś uważano, że zwycięska drużyna będzie cieszyć się lepszymi zbiorami jabłek winnych. Historia futbolu pióra Maurice’a Marples’a przedstawia niezliczone przykłady społeczności wierzących, że dobre plony zależą od właściwego użycia symbolicznej piłki.

Natomiast E.K. Chambers w czasopiśmie „The Medieval Stage” przedstawia całkiem odmienny wariant tego rytuału, dowodząc, że piłka reprezentuje nie słońce, lecz głowę zwierzęcia ofiarnego. Tak czy inaczej, konsekwencje dla bramkarza pozostają te same. Jeśli piłka nożna wywodzi się od wymyślnego rytuału urodzaju, w którym oddaje się cześć bogom, umieszczając piłkę w uświęconym miejscu lub uderzając nią o święty przedmiot – niejako zdobywając bramkę – w takim razie bramkarz, który oczywiście pojawia się znacznie później, jest swoistą aberracją. Jego pracą jest bowiem uniemożliwienie odprawienia rytuału i przeszkodzenie symbolicznemu słońcu w ukończeniu swojej podróży. Jeżeli te pierwotne rytuały są głęboko zakorzenione w duchu gry, bramkarz staje się symbolicznym czynnikiem zapobiegającym – niszczycielem plonów i zwiastunem nieurodzaju.

Między innymi z tego powodu postać bramkarza powinna wzbudzać niepokój, jednak początki tej pozycji są nierozerwalnie związane z przeszłością piłki nożnej rozumianą – o ile w ogóle można ją zrozumieć – tylko podświadomie. Pozycja bramkarza wiąże się z jeszcze jedną znacznie bardziej oczywistą sprzecznością – ma on tym mniej do roboty, im lepiej gra jego drużyna, a swą wielkość może okazać tylko wtedy, gdy zawiodą pozostali. Jest jak ratownik lub strażak, któremu należą się podziękowania w chwilach kryzysowych, nawet jeśli wszyscy zachodzą w głowę, dlaczego do kryzysu w ogóle doszło.

Być może najlepiej to nieuchronne lekceważenie bramkarza ujął Ted Ditchburn, były bramkarz Tottenhamu, w swym niemal elegijnym wstępie do wydanego w 1951 roku zbioru My Greatest Game: „Wracam myślami do tych momentów, w których bramkarz może naprawdę zabłysnąć”.

Na nieszczęście twojej własnej drużyny są to zwykle chwile, w których drużyna gra kiepsko, a ty tym samym masz pełne ręce roboty. Żaden bramkarz nie rozgrzeje się naprawdę dobrze, dopóki nie zostanie zmuszony do ciężkiej pracy. W ciągu jednego meczu bramkarz zazwyczaj może pokazać jedną lub dwie dobre obrony. Aby jednak dać takie przedstawienie, przy którym tłum będzie ryczał i wrzeszczał, biedny bramkarz musi znieść grad strzałów i nawałnice ataków. Muszę przyznać, że jest to smutny stan rzeczy, gdyż pokazuje, że bramkarz nie zabłyśnie, dopóki jego drużyna nie zostanie pokonana. I chociaż zwycięski finał możliwy jest również wówczas, gdy miało się okazję zaprezentować wspaniałą grę, to jednak znacznie częściej jest się niejako na przegranej pozycji.

Ditchburn przynajmniej pisał to w czasach, w których bramkarz zajmuje już odrębną pozycję i jego rola, choć wciąż niepokojąca, została zaakceptowana. Dopiero jednak na przełomie lat 70. i 80. dziewiętnastego wieku uznano bramkarza za istotnego członka zespołu. Zazwyczaj byli to zawodnicy, którzy wcześniej grali w polu, lecz później dzięki ich grze na bramce pozycja ta zaczęła zdobywać sobie szacunek.

James McAulay, jako pierwszy wyróżniony tytułem „księcia bramkarzy”, był z początku na tyle cenionym środkowym napastnikiem, że wybrano go do gry podczas międzynarodowego meczu. W 1881 roku strzelił dla Dumbarton bramkę w przegranym 1:2 finale Pucharu Szkocji (z powodu protestów rozegrano powtórkę meczu, która zakończyła się wynikiem 1:3), a rok później ponownie grał na środku ataku w kolejnym finale przegranym przez Dumbarton z tym samym przeciwnikiem. Bramkarza tej drużyny, Johna Kennedy’ego, który wystąpił w obydwu wspomnianych finałach, dopadł później katastrofalny spadek formy, przez co McAulay zmuszony był go zastąpić. To właśnie on stał na bramce Dumbarton podczas zwycięskiego finału Pucharu Szkocji rozgrywanego przeciwko Vale of Leven w 1883 roku, a następnie zaliczył jeszcze osiem zwycięskich spotkań na bramce szkockiej drużyny narodowej, by w 1887 roku wyjechać do Birmy na kontrakt inżynierski. „Jego wielkość ujawniła się w momencie, w którym objął pozycję na bramce” – tak podsumowano jego sylwetkę w artykule opublikowanym w „Glasgow Herald” w związku z jego wyjazdem. „Nieustraszony, opanowany aż do granic nonszalancji, autor niezliczonych obron dokonanych rękoma i stopami”.

Wrażenie, jakie wywarł wtedy McAulay, widać wyraźnie dzięki książce Athletics and Football, którą w 1887 roku napisał Montague Shearman, założyciel stowarzyszenia sportowców amatorów Amateur Athletics Association, a później sędzia. „Najważniejszą pozycją na boisku wydaje się bramkarz” – napisał, choć stało to w jawnej sprzeczności z dotychczasowymi poglądami. „Musi on mieć spokojną głowę, szybkie oko i dłoń, a im większy jego zasięg ramion, tym lepiej. Pomimo że jego wyłącznym zadaniem jest bronić przestrzeni pomiędzy słupkami, a cała jego praca powinna być wykonana pomiędzy nimi lub na kilku jardach przed bramką, bramkarz musi być gotowy do możliwie szybkiego działania na całej przestrzeni swojego ograniczonego obszaru (…)”.

Shearman być może poszedł w swoich poglądach o krok dalej niż inni, jego myśl odzwierciedla jednak ogólny trend. W połowie lat 80. XIX wieku bramkarze byli już na tyle istotni, że przedsiębiorstwa zaczęły produkować dla nich specjalistyczny sprzęt. Na przykład Geo. G. Bussey – producent z Peckham wytwarzający „sprzęt gimnastyczny i wszelkie rekwizyty do uprawiania brytyjskich sportów oraz gier halowych i na powietrzu” – reklamował w swym katalogu bramkarskie rękawice tuż obok „nagolenników”, „nauszników futbolowych”, „ochraniaczy na kostkę”, „toreb dla piłkarzy” oraz „pasów futbolowych”. Dostępne były rękawice „z bawolej skóry i czarnej gumy” za 5 pensów za parę bądź też, jeśli chciało się zaszaleć, „z białej skóry i czerwonej skóry” za 5,90. Na ilustracjach wyglądają zadziwiająco nowocześnie, bardziej nowocześnie nawet niż bawełniano-gumowe perforowane rękawice dostępne w latach 70. dwudziestego wieku. Strona wierzchnia, prawdopodobnie skórzana, była przewiewna i przypominała rękawice do prowadzenia samochodu, natomiast gumowa strona chwytna składała się z dwóch części – czterech palców w jednym kolorze oraz kciuka i nasady innej barwy. Shearman pisał dalej:

Czymś niemal wspaniałym jest oglądanie takich bramkarzy jak Arthur z Blackburn Rovers czy McAulay ze szkockiej drużyny narodowej, kiedy bronią strzału za strzałem, rzucając się od jednej strony bramki do drugiej i nie tracąc skupienia ani równowagi. Przed dzisiejszymi bramkarzami stoi niełatwe zadanie, ponieważ muszą mierzyć się z napastnikami, którzy nauczyli się podawać sobie szybko piłkę, prosto do paszczy bramki. Najlepiej jednak świadczy o bramkarzach fakt, że radzą sobie i z tym wyzwaniem. Niewątpliwie gracze na tej pozycji byli w przeszłości śmiali i nieustępliwi, jak na przykład Kirkpatrick, który przez ostatnie 30 minut meczu bronił bramki ze złamaną ręką zwisającą z barku – niemniej jednak współcześni zawodnicy muszą zmagać się z lepszą taktyką, a i tak odnoszą bramkarskie sukcesy.

Kirkpatrick był jedną z najwspanialszych postaci wczesnego futbolu. Sir James Kirkpatrick, ósmy baron Closeburn w Dumfriesshire, był prywatnym sekretarzem Lorda George’a Hamiltona, Pierwszego Lorda Admiralicji, a także bramkarzem i kapitanem reprezentacji Szkocji podczas meczu przeciwko Anglii na stadionie Oval w 1870 roku. Niektórzy uznają to spotkanie za pierwszy mecz międzynarodowy, jednak jako że w szkockiej drużynie grali wyłącznie Szkoci mieszkający w Londynie, nie ma on oficjalnego statusu spotkania międzynarodowego. Kirkpatrick występował regularnie w zespole Wanderers i reprezentacji swojego hrabstwa. W „Football Annual” z 1875 roku opisano go jako bramkarza, który „zawsze doskonale się spisuje, a Surrey sporo zawdzięcza jego grze na bramce”, zaś w wydaniu z 1879 roku podsumowano go jako „bardzo użytecznego bramkarza, który dobrze gra w polu i nie traci głowy”.

Mimo że w ciągu jedenastu sezonów Kirkpatrick rozegrał 58 spotkań dla swojego klubu, rzadko miał sposobność występować w meczach Pucharu Anglii. Udało mu się jednak sędziować finał tych rozgrywek w 1872 roku, wystąpił także we wszystkich rundach edycji 1877/78, kiedy jego Wanderers spotkali się w finale z Royal Engineers. To właśnie ten mecz zadecydował o jego legendzie. Podczas drugiej połowy (twierdzenie Shearmana, że do końca meczu pozostało wtedy ponad pół godziny, podważył w 2004 roku Derek Warsop, który w swojej książce o pierwszych finałach Pucharu Anglii stwierdził, że z większym prawdopodobieństwem pozostawał wtedy jeszcze kwadrans do końca meczu) Kirkpatrick w ogromnym zamieszaniu pod bramką tak niefortunnie interweniował na linii, że złamał rękę. Ponieważ nie było żadnych rezerwowych, Kirkpatrick odmówił nie tylko opuszczenia boiska, ale nawet zamiany pozycji ze skrzydłowym, upierając się, że grę należy kontynuować. Był to w efekcie jego ostatni występ na bramce, ale zapewnił Wanderers zwycięstwo 3:1 oraz zdobycie Pucharu Anglii.

Tymczasem Arthur, o którym wspomina Shearman, to Herby Arthur, siedmiokrotny reprezentant Anglii oraz zdobywca trzech Pucharów Anglii w barwach Blackburn Rovers w latach 1884-1886. Niezależnie od swoich bramkarskich talentów, Arthur jest dziś wspominany częściej – prawdopodobnie ze względu na udział w pierwszej poważnej aferze korupcyjnej dotyczącej piłki nożnej. W 1898 roku pewien bramkarz napisał do gazety „Football News” o incydencie, który miał miejsce kilka lat wcześniej. I choć wypowiedź była anonimowa, rozmówca określił siebie jako reprezentanta Anglii oraz byłego zawodnika klubu o nazwie na literę B z hrabstwa Lancashire, oraz dodał, że wspomniany incydent miał miejsce podczas treningu przed półfinałem rozgrywek pucharowych, w mieście „znanym z jego sztućców”. Twierdził, że na dziesięć dni przed spotkaniem otrzymał list z zapytaniem o „warunki ustawienia meczu”. O wszystkim doniósł klubowemu sekretarzowi i nie zaprzątał sobie więcej głowy tą sprawą.

Kilka dni później, gdy szedł przez miasto, wpadł na „sportowego szynkarza”. Bramkarz był abstynentem, lecz tamten: „zaciągnął mnie do przydrożnego pubu, by wypić za wynik, a po wypiciu lemoniady straciłem przytomność”. Ocknął się w małym pokoju w „towarzystwie dwóch potężnie wyglądających mężczyzn”. Przez okno widać było jedynie wrzosowiska. Gdy zostawili go samego w zamkniętym pokoju, bramkarz wyjął z kieszeni nożyk i tak długo dłubał nim przy ramie okiennej, aż był w stanie wyjąć okno i uciec.

Usłyszawszy w ciemności odgłos pociągu, podążył za dźwiękiem, i tym sposobem dotarł do małej stacyjki. Na miejscu obudził zawiadowcę, który pozwolił mu przespać się na kanapie. Następnego ranka bramkarz wysłał telegram do sekretarza klubu. Gdy ten po niego przyjechał, nagle pojawił się jeden z porywaczy. Został jednak obezwładniony przez zawiadowcę stacji i w panice ujawnił szczegóły spisku. Środkowy napastnik został przekupiony, a rezerwowy bramkarz był kontuzjowany – szynkarz postawił sporą sumę na porażkę drużyny B i aby zgarnąć pieniądze, potrzebował już tylko wyeliminować z meczu pierwszego bramkarza. W obliczu dowodów szynkarz przyznał się do winy i wpłacił 20 funtów na cele dobroczynne oraz pokrył wydatki klubowe w wysokości 10 funtów, po czym opuścił miasto. Bramkarz przekonał członków klubu, by zlitowali się nad środkowym napastnikiem, który ostatecznie zagrał wspaniale, a drużyna wygrała zarówno mecz półfinałowy, jak i finał.

Trzeba przyznać, że historia ta nie wydaje się zbyt przekonująca i bardziej niż autentyczną relację o niebezpieczeństwie i machlojkach przypomina jedną z wielu nieprawdopodobnych opowieści Enid Blyton, a próba zachowania anonimowości jest śmiesznie nieudolna. Jedyne dwa kluby o nazwach na literę B, które zdobyły Puchar Anglii przed rokiem 1898, to Blackburn Olympic (1883) oraz Blackburn Rovers (1884, 1885, 1886, 1890 oraz 1891). I tylko jeden bramkarz reprezentacji gra w jednym z tych klubów – Herby Arthur. Jeśli jednak przyjąć, że historia ta naprawdę miała miejsce, jedyną niewiadomą pozostaje odpowiedź na pytanie, którego z trzech finałów, w których wystąpił Arthur, dotyczyła ta sytuacja. Może tu chodzić o rok 1885, kiedy Blackburn pokonało Old Carthusian 5:1 w półfinale rozegranym w Nottingham, lub też o rok 1886, kiedy w Derby drużyna ta wygrała ze Swifts 2:1. Treningi w Sheffield (zakładając, że właśnie o to słynące ze sztućców miasto chodziło) miałyby większy sens w przypadku rozgrywania meczu w regionie East Midlands niż w przypadku Birmingham, gdzie Blackburn grało swój półfinał w 1884 roku.

Czy prawdziwa, czy zmyślona, historia ta naświetla kolejny problem związany z bramkarzami – inny powód, dla którego często podchodzi się do nich z nieufnością. Bramkarze postrzegani są jako zawodnicy podatni na korupcję. Gdybyście mieli ustawić mecz i zamierzali opłacić tylko jednego piłkarza, bez wątpienia zwrócilibyście się właśnie do bramkarza. Koniec końców, kto ma większy wpływ na to, czy bramki padną, czy też nie? Kto zna bramkarską sztukę na tyle dobrze, by rozróżnić, czy chwila zawahania przy wyjściu do dośrodkowania, niepewny chwyt lub spóźniona parada jest efektem kiepskiej czy nieuczciwej gry? Bramkarze od zawsze byli celem korupcyjnych macherów.

Na długo przed swoim wyznaniem Arthur zyskał złą sławę po niecodziennych wypadkach, jakie miały miejsce w czasie meczu z Burnley w grudniu 1891 roku. W okropnych warunkach pogodowych Burnley prowadziło do przerwy 3:0, mimo że Arthur po trzecim golu próbował nabrać sędziego, udając, że piłka wcale nie wpadła do bramki, i próbując wznowić grę od rzutu bramkowego. Blackburn proponowało poddać mecz, jednak Burnley nalegało, by grać dalej. Piłkarze Rovers byli temu tak niechętni, że czterech z nich zamarudziło w szatni i przegapiło początek drugiej połowy. Joseph Lofthouse z Blackburn oraz Alexander Stewart z Burnley starli się ze sobą i obaj zostali wyrzuceni z boiska, a reszta drużyny Rovers zdecydowała się do nich dołączyć i opuścić plac gry.

A dokładnie reszta drużyny prócz Arthura, który na zimnie i w ulewie sam stawił czoło Burnley. „Cała sprawa” – napisał Rambler na łamach „Lancashire Evening Express” – „nie była całkiem pozbawiona komizmu (…). Sędzia wznowił grę i Burnley rozpoczęło od wyrzutu piłki z linii w miejscu, w którym wybuchła kłótnia. Arthur biegł w kierunku swojej bramki otoczony przez przeciwników i zastanawiałem się, co też zrobi. Nagle na kilka jardów przed bramką zatrzymał się, odwrócił i ze spokojem zaczął domagać się odgwizdania spalonego. Przez całą murawę przetoczył się ryk śmiechu”. Arbiter, Clegg, podyktował rzut wolny, który Arthur, dopełniając absurdu całej sytuacji, wykonał w taki sposób, że skierował piłkę do własnej bramki, po czym mecz w końcu przerwano. FA zawiesiła Loft­house’a i Stewarta oraz wprowadziła nowe zasady zakazujące piłkarzom opuszczania boiska bez zgody sędziego.

Co jest jednak bardziej znaczące w tekście Shearmana na temat pozycji bramkarza to fakt, że nie ma w nim żadnej wzmianki o bramkarzach rzucających się w kierunku piłki – według autora największe osiągnięcie golkipera to utrzymywanie równowagi. Nie dziwi być może, że bramkarzom – dopiero co przecież wymyślonym – zajęło trochę czasu, nim odkryli, że częścią ich obowiązków jest również miotanie się po całej bramce. Zdaje się to potwierdzać fakt, że wspomniany Kennedy, którego McAulay zastąpił w bramce Dumbarton, nosił pseudonim „nurek” – prawdopodobnie rzucał się do piłki, właśnie „nurkując”, co było wtedy jednak tak niespotykane, że stało się jego znakiem rozpoznawczym.

Wielki austriacki dziennikarz i całkiem niezły bramkarz, Willy Meisl, w swojej książce Soccer Revolution z 1956 roku napisał, że pierwszy raz widział bramkarzy celowo rzucających się, by wybić piłkę, dopiero w 1899 roku. „W tym roku” – wspominał – „przyjechała [do Austrii] pierwsza profesjonalna angielska drużyna, Southampton FC. Pokonali jedenastkę wiedeńczyków 6:0, a ich bramkarz, [Jack] Robinson, po raz pierwszy pokazał, jak bronić niskie strzały, z łatwością rzucając się w kierunku lecącej piłki”. W efekcie ten sposób obrony strzałów, przynajmniej w pierwszej połowie XX wieku, nazywano w Austrii „robinsonadą”. „Po meczu” – pisał dalej Meisl – „Robinson dał prawdziwy pokaz. Jego bramkę bombardowano sześcioma piłkami jednocześnie, a on zdołał wybronić większość”.

Książka Meisla powstała w odpowiedzi na, jak to określił, „upadek” Anglików jako narodu futbolowego po druzgoczącej klęsce 3:6 w meczu z Węgrami w 1953 roku – pierwszej w historii porażce, jaką reprezentacja Anglii poniosła na własnym boisku podczas meczu z drużyną z kontynentu. Ówczesny węgierski bramkarz, Gyula Grosics, uznawany powszechnie za pioniera gry poza linią bramkową i polem karnym, również wskazywał Robinsona jako jednego z dwóch bramkarzy, którzy powinni być wzorem dla Europejczyków z kontynentu. „To właśnie Moon z drużyny Corinthians, Robinson i wielu innych światowej sławy angielskich bramkarzy – pionierów w swej sztuce – pokazało europejskim golkiperom, jak gra się na bramce” – napisał. „Węgrzy dowiedli zaś, że należą do pilnych uczniów, a świadczą o tym osiągnięcia ich bramkarzy. Pozwolę sobie wymienić choćby niektórych z moich poprzedników – Ferenca Zsáka czy Ferenca Plattkó – którzy nie tylko przyjęli energiczny sposób gry angielskich bramkarzy, ale także rozwinęli go i udoskonalili”.

Moon nigdy nie brał udziału w meczach wyjazdowych, więc znany był wyłącznie ze swej reputacji. „Poziom gry na pozycji bramkarza [w latach 80. XIX wieku]” – pisze F.N.S. Creek w swojej książce o historii drużyny Corinthians History of the Corinthian Football Club – „był ogólnie niski, szczególnie na mokrych boiskach, gdzie strzały z dystansu często »prześlizgiwały się bramkarzom między palcami«. Wyjątkiem od tej reguły był W.R. Moon. Wcześniej grał jako stoper, ale kiedy drużynie Casuals w meczu przeciwko Cambridge zabrakło golkipera, Moon spisał się na bramce tak dobrze, że Cambridge nie udało się strzelić ani jednego gola, a jego uznano za bramkarską nadzieję Anglii”.

To właśnie Jack Robinson jest autorem obszernego artykułu włączonego do czterotomowego opracowania Association Football and the Men who Made It autorstwa Gibsona i Pickforda z 1905 roku. W swoim tekście Robinson nakreślił podstawowe, jego zdaniem, cechy, jakimi powinni odznaczać się bramkarze. Podobne dzieła na temat teorii piłki nożnej upowszechniły się w pierwszej dekadzie XX wieku, gdy futbol zdobył wystarczającą wiarygodność oraz stał się przedmiotem poważnych dysput i analiz.

Jak wiele innych poradników bramkarskich, artykuł Robinsona rozpoczyna się od rozważań na temat wzrostu:

Powiadają, że dobry duży koń jest lepszy od dobrego małego konia. Jest to stwierdzenie jednak tylko częściowo prawdziwe. W świecie futbolu porzekadło to nie ma zastosowania. Znam kilku grających obecnie dobrych dużych bramkarzy, którzy, według mnie, palmę pierwszeństwa musieliby przekazać dobremu małemu bramkarzowi Middlesbrough, [Timowi] Williamsonowi. Stare łacińskie przysłowie, in medio stat virtus, stanowi dobrą puentę mojego poglądu na temat wzrostu dobrego strażnika bramki. Nie ma wątpliwości, że niscy bramkarze gorzej radzą sobie z wysokimi piłkami. Zbyt wysocy natomiast z trudnością bronią strzały puszczane nisko niczym „kaczki” na wodzie. Znam jednego bramkarza, który doskonale daje sobie radę ze wszystkimi strzałami lecącymi powyżej jego kolan, jednak raz zdarzyło mu się wpuścić aż pięć bramek w jednym meczu, gdy napastnik drużyny przeciwnej kierował się zasadą „niskich strzałów”. Według mnie idealny wzrost dla bramkarza to od 175 do 180 centymetrów.

Dyskusja na ten temat trwa po dziś dzień, choć przedział wzrostu, jaki uznaje się za idealny dla bramkarza, nieco się zwiększył.

„Należy do tego” – kontynuuje Robinson – „być silnym. Ze swoich jakże bolesnych doświadczeń wiem, że człowiek stojący na bramce powinien być mieszanką stali i gutaperki. Na innych pozycjach można być słabeuszem i mimo to uniknąć urazów, lecz na bramce – choć cały czas wypatruje się strzałów i czeka na nie w napięciu, obrywa się niezwykle często”.

Wymienia również inne cechy – dobry wzrok, trafne i szybkie oceny sytuacji, „odwagę i zuchwałość”, dodaje do nich także intuicję, o której wyjątkowo się rozpisuje.

Jeśli aktualnie nie bronisz, nie snuj się bezużytecznie. Przyglądaj się uważnie przeciwnikom i ucz się ich. Należy wypatrzyć, jakich trików używa ich lewo- czy prawoskrzydłowy, jakie taktyki stosują rywale, by obejść twoich pomocników, do kogo najczęściej zagrywa środkowy napastnik oraz setki innych drobiazgów, które składają się na grę. Każdy twój osąd stanowi sumę tych wszystkich małych obserwacji, które pomagają ci ocenić, jak może skończyć się dana sytuacja. A wszystkie te oceny i drobne obserwacje przyczyniają się do wyostrzenia twojej intuicji, która przychodzi na ratunek wtedy, gdy na analizę sytuacji nie ma czasu. Czyta się o bramkarzach hipnotyzujących napastników przeciwnika – i mnie nawet przypisywano pewien mesmeryczny wpływ w tym zakresie. Napastników oskarża się, że jak urzeczeni strzelają wprost w ręce bramkarza. Nie należy tłumaczyć tego hipnozą. To raczej efekt intuicji strażnika bramki. Wiedział, że piłka zostanie uderzona w określony sposób, więc czekał na nią w odpowiednim miejscu.

Choć do samego pojęcia „hipnoza” Robinson odnosił się lekceważąco, był jednocześnie przesądny – nalegał, by z tyłu każdej strzeżonej przez niego bramki wbijano gwóźdź, na którym wieszał swój zegarek. Jednak to, co zalecał, a czym w zasadzie było umiejętne przewidywanie, wprowadzone do futbolu kilka lat wcześniej przez bramkarza Morton i reprezentacji Szkocji, Harry’ego Renniego, było częścią szerszego trendu – bramkarz zaczynał jako część drużyny, jeden z obrońców, który został później wydzielony z formacji. Robinson jednak wzywał bramkarzy, by nie postrzegali samych siebie jako odciętych od reszty drużyny, stojących na uboczu i uaktywniających się tylko wtedy, gdy w końcu leci w ich stronę piłka.

Robinson zalecał również uważną dietę. „Jedz dobrze” – pisał – „ale nie bądź łakomy. Nie marnuj czasu i pieniędzy w jednej z wielu kantyn, które powstają wszędzie jak grzyby po deszczu i rujnują żołądek wielu klientów. Słodycze, lody, ciastka i inne tego rodzaju śmieci nie są naturalnym jedzeniem, a pobłażanie sobie w tej kwestii prowadzi do zamulania mięśni i płytkiego oddechu”. Sam jednak był miłośnikiem ryżowego puddingu, a namawiany do rezygnacji ze swojej ulubionej przedmeczowej potrawy zwykł mawiać: „Nie ma puddingu – nie ma punktów”. Gdy pewnego razu puddingu faktycznie nie było, Sunderland wbili mu jedenaście bramek.

Umiar może i był kluczem do sukcesu Robinsona, lecz z pewnością cechy tej nie można było przypisać najlepszemu bramkarzowi tamtych czasów, Williamowi „Fatty’emu” Foulke’owi, którego waga była wręcz legendarna. „Bramkarz” – pisał James Ashcroft, golkiper Woolwich Arsenal – „nie powinien być zbyt zwalisty. Przykład Foulke’a może przeczyć tej zasadzie, ale należy pamiętać, że ten gracz Sheffield United wymykał się wszystkim regułom. Nikt spośród tysięcy ludzi o jego masie nie dorównałby mu zwinnością i szybkością ruchów”.

W rzeczywistości Foulke nie był pod tym względem aż tak wyjątkowy. Miał poprzednika – masywnego Mordechaja Sherwina, grającego jako łapacz (ang. wicket-keeper) Nottinghamshire w lecie oraz jako bramkarz Notts County w zimie. Miał ponad 175 cm wzrostu i ważył niemal sto kilo, lecz James Catton w „Athletic News” opisał go jako „bardzo zwinnego, równie szybkiego zarówno na boisku futbolowym, jak i w polu krykietowym”. Podczas pewnego meczu prawy napastnik Blackburn Rovers, Joseph Lofthouse, określany przez Cattona jako „krzepki i wprawny”, postanowił udowodnić coś Sherwinowi. „Atakował go, lecz w chwili zderzenia zwyczajnie się od niego odbijał. Sherwin powiedział: »Młodzieńcze, nie próbuj tego więcej, bo zrobisz sobie krzywdę«. Niezrażony tym Lofthouse ruszył na niego ponownie, ale Sherwin ze zwinnością baletnicy usunął się na bok i napastnik z Lancashire na własnej skórze poczuł, jak twardy może być słupek”.

Mimo wszystko to właśnie Foulke stał się synonimem wielkiego bramkarza. Urodzony w kwietniu 1874 roku jako nieślubny syn Mary Ann Foulke, wychowywany był przez dziadków w Blackwell w Derbyshire, gdzie później, jak większość mieszkańców tego regionu, rozpoczął pracę w kopalni. Grał jako bramkarz w Blackwell i miał swoje pięć minut w meczu towarzyskim przeciwko Derby County, w którym wykazał się nie tylko wspaniałą grą, lecz także wybiciem napastnikowi Derby, Johnowi Goodallowi, dwóch przednich zębów w efekcie nieprecyzyjnego piąstkowania.

Derby zaproponowało mu kontrakt, jednak wiedziony radą brata, który naciskał na ostre negocjacje, by wywalczyć jak najwyższą gażę, Foulke odmówił.

I rzeczywiście wkrótce zgłosili się do niego przedstawiciele Sheffield United, powiadomieni o skali talentu Foulke’a przez arbitra sędziującego inny mecz Blackwell. Sheffield złożyło mu ofertę opiewającą na 5 funtów za podpisanie kontraktu oraz 1 funt za każdy dzień do końca sezonu. Gdy Joseph Tomlinson, przedstawiciel Sheffield United, opuszczał pokój, w którym Foulke dopiero co podpisał kontrakt, minął się z działaczami z Derby powracającymi z korzystniejszą ofertą.

Rozpoczęcie kariery zawodowej w żaden sposób nie poskromiło apetytu Foulke’a.

W 1896 roku ważył prawie 90 kilo, w 1899 – 127, trzy lata później już ponad 140, by u kresu kariery osiągnąć wagę prawie 180 kilogramów.

Zdjęcia ukazują jego przemianę od mierzącego 194 cm postawnego i dobrze zbudowanego sportowca do człowieka o niebywałych wręcz krągłościach. Na czarno-białych fotografiach jego pasiasta koszulka Sheffield United oraz ogromne szorty sprawiają wrażenie, jakby grał w kombinezonie, niczym groteskowo wielki Tweedledum[3]. Gazeta „Sheffield and Rotherham Independent” w taki sposób relacjonowała finał Pucharu Anglii w 1899 roku, w którym Sheffield United pokonało na stadionie Crystal Palace 4:1 drużynę Derby: „Zmierzającemu do swego miejsca między słupkami Mamutowi z drużyny United towarzyszył szmer rozbawionych londyńczyków, przyglądających się jego rozmiarom ze zdumieniem”.

Foulke może i nie był szczególnie ruchliwy, jednak posiadał doskonały refleks i wielką siłę, dzięki której wyrzucał piłkę ręką dalej, niż niejeden piłkarz potrafił ją kopnąć. Był również charyzmatycznym ekscentrykiem, uwielbianym przez tłumy za swoją nieprzewidywalność oraz za to, że sprawiał wrażenie, iż nie podchodzi do piłki nożnej zbyt poważnie. Sam siebie traktował jednak dosyć serio, szczególnie po meczu finałowym, kiedy to odbierając medal z rąk A.J. Balfoura, przewodniczącego Izby Gmin, powiedział mu, że w jego opinii nie nadaje się do tej roboty. Niedługo potem Balfour objął funkcję premiera Jego Królewskiej Mości.

Wesołość i kontrowersje towarzyszyły mu przez całą karierę, tworząc jego legendę. W lutym 1897 roku w weekend, kiedy ani Sheffield United, ani Sheffield Wednesday nie miały zaplanowanych żadnych oficjalnych spotkań, drużyny zmierzyły się ze sobą w towarzyskim meczu na Bramall Lane, przy sześciotysięcznej widowni. Jak donosił „Sheffield Daily Telegraph”, tuż po przerwie „Brush oddał daleki i wysoki strzał wprost do bramki, a Foulke wyskoczył w górę, by wybić piłkę. Nie trafiwszy jednak w piłkę, złapał za poprzeczkę, łamiąc ją w pół”. Foulke jak długi upadł na murawę, zaplątany w siatkę. „Trzeba było użyć zapasowej poprzeczki” – donosił reporter – „(…) ku uciesze widzów, którzy rzucali sarkastyczne uwagi dotyczące tych ciesielskich starań (…). Pierwsza przyniesiona poprzeczka okazała się zbyt krótka i, wśród głośnych śmiechów, trzeba było szybko dostarczyć kolejną”.

Dwa lata później, w trakcie wojen burskich, Sheffield United rozegrała mecz z przebywającą na tournée drużyną czarnoskórych Południowoafrykańczyków. Znudzony brakiem akcji na własnej połowie, Foulke ruszył do przodu i strzelił dwie bramki. W meczu przeciwko Chelsea w 1905 roku, gdy stwierdzono, że kolor jego koszulki jest zbyt podobny do koloru trykotów gospodarzy, Foulke wyszedł na boisko przepasany białym ręcznikiem. „Nikt nie jest większym miłośnikiem śmiechu i dowcipów niż ja” – powiedział w wywiadzie dla „London Evening News” w 1907 roku.

Mogę wprost przyznać, że w trakcie mojej piłkarskiej kariery miałem tego w bród. Moim zdaniem najlepszy czas na żarty jest zaraz po przegranym meczu.

Gdy wygrywaliśmy, od razu zasypiałem w pociągu tak jak inni. Wszyscy byli wówczas spokojni i zrelaksowani. Gdy jednak przegrywaliśmy, moim obowiązkiem było odstawianie klauna. Pewnego razu, gdy wszyscy byli bardzo rozczarowani porażką, wyprosiłem od maszynisty trochę czarnego mazidła i wysmarowałem sobie nim twarz. I tak siedziałem przy stole, prowadząc tę idiotyczną zabawę, w otoczeniu kolegów z drużyny, którzy zaśmiewali się do rozpuku niczym dzieci, gdy wnet do przedziału zajrzał jakiś gburowaty działacz. Zapytajcie sami chłopaków z dawnej ekipy, czy żarty Małego Williego nie pomagały im zachować dobrego humoru przed ważnymi meczami.

Foulke’a cechował jednak również temperament. Pewnego razu siedział w wagonie, wcinając kanapkę z serem i cebulą, kiedy zagadnął go siedzący naprzeciw niego wikary. „Przyjacielu, widzę, że jesteś koneserem” – powiedział. Zdumiony Foulke spojrzał na niego i odparł: „Ach, tak? W takim razie pan jesteś ****”. Jak donosił „Athletic News”: „Ostatnie słowo było mniej parlamentarne niż to, którego Bernard Shaw użył kiedyś w Pigmalionie i Galatei”.

Foulke przypuszczalnie po prostu nie zrozumiał, o co chodziło księdzu, ponieważ w innych sytuacjach sam chętnie żartował ze swojego łakomstwa. Kiedyś przed meczem z Chelsea zjadł nie tylko swoje śniadanie, ale też potrawy przygotowane dla wszystkich swoich kolegów, zanim ci zdążyli przyjść na posiłek. „Nie dbam o to, jak na mnie wołacie” – mówił buńczucznie – „jeśli tylko pamiętacie, by zawołać mnie na obiad”.

Choć Foulke był ogromnym dowcipnisiem, jego wybuchowe usposobienie nieraz przysporzyło mu kłopotów. W 1897 roku podczas wygranego 4:1 meczu z Evertonem zarzucono mu celowe zderzenie się z Lauriem Bellem, napastnikiem przeciwników, utaplanie jego twarzy w błocie i wleczenie go po murawie, gdy podbiegł do nich trener. Foulke utrzymywał, że wpadł na Bella przypadkowo, a bojąc się, że siła uderzenia mogła go zabić, podniósł go „tak delikatnie, jakby brał na ręce dziecko”.

Aferom nie było końca. We wrześniu następnego roku, podczas meczu w Trent Bridge, zaatakował skrzydłowego Notts County, powodując wtargnięcie kibiców na murawę i przerwanie meczu na kilka minut. Miesiąc później zaliczył starcie ze środkowym napastnikiem Liverpoolu, George’em Allanem, który przed meczem miał jakoby odgrażać się, że „wepchnie Foulke’a do własnej bramki”. Zirytowany jego agresywną grą, Foulke w końcu nie wytrzymał, gdy Allan zderzył się z nim, próbując dobić strzał Toma Robertsona. Według doniesień „Liverpool Football Echo”: „Kolos stracił nad sobą kontrolę – bezprawnie chwycił Allana i odwrócił go do góry nogami”, po czym wrzucił go twarzą prosto w błoto. Sędzia przyznał Liverpoolowi rzut karny. Andrew McCowie wyrównał, a Liverpool zdołał jeszcze strzelić zwycięską bramkę. Ciągnący się między Foulke’em a Allanem spór, przynajmniej jeśli wierzyć ówczesnym mediom, stał się jednym ze smaczków potyczek między Sheffield United a Liverpoolem. Foulke twierdził, że doniesienia te są przesadzone, upierając się nawet, iż Allan sam się o niego przewrócił i wylądował twarzą w błocie zupełnie przypadkowo.

Przypuszczalnie najbardziej znany incydent miał miejsce po finale Pucharu Anglii w 1902 roku. Sheffield United prowadziło z Southampton 1:0, kiedy w ostatnich sekundach wyrównał Harry Wood. Wydawało się, że był na pozycji spalonej, jednak po konsultacji z liniowym sędzia główny, Tom Kirkham, uznał, że piłka odbiła się od zawodnika United i spalonego nie było. Zarówno zawodnicy Sheffield, jak i ich fani byli zniesmaczeni, a gdy gracze opuszczali boisko, doszło do zamieszania, podczas którego policja musiała utorować piłkarzom drogę do szatni.

Lord Kinnaird, ówczesny przewodniczący FA, w swym przemówieniu po meczu szczególnie pochwalił Foulke’a. Jeśli wierzyć legendzie, dokładnie w trakcie rzeczonej przemowy goły Foulke ganiał po szatniach, polując na sędziego. Według opowieści Kirkham na wszelki wypadek zamknął się w schowku na szczotki, który opuścił dopiero, gdy tłum gapiów, łącznie z sekretarzem FA, odciągnął Foulke’a. Ten sam Kirkham sędziował jednak również powtórkę meczu tydzień później, anegdota ta wydaje się więc co najmniej ubarwiona.

Pewna uraza jednak pozostała. James Catton, reporter „Athletic News” publikujący pod pseudonimem „Tityrus”, natknął się na oczekującego na niego obrońcę Sheffield, Petera Boyle’a, który domagał się informacji, czy dziennikarz obwinia go o utratę wyrównującej bramki. Catton przytaknął. Boyle ruszył do niego z pięściami. „W tym krytycznym momencie” – pisał Catton – „(…) któż inny mógł nagle wyjść z łazienki czy też szatni, jak nie dobry pan Foulke, 123 kilogramy żywej wagi w całej swej gołej okazałości.

Spojrzał na mnie z góry i z uśmiechem, który wprawiłby w ekstazę zbór kwakrów, swym donośnym głosem powiedział: »Ja będę twoim przeciwnikiem. Jesteś prawie w mojej kategorii wagowej«.

Ponieważ mierzę mniej niż 152 centymetry wzrostu, a ważę mniej niż 70 kilogramów, czytelnik może sobie wyobrazić, jak uzdrawiająco podziałała ta uwaga na ogólną atmosferę”. Na jedenaście minut przed końcem powtórki Billy Barnes zapewnił Sheffield United zwycięstwo 2:1.

Foulke twierdził, że ze względu na rozmiary był częstym celem ataków. „Niektórym wydawało się” – mówił – „że napastnicy z łatwością poradzą sobie z takim dużym chłopem. Niektórym się to udawało, jednak pozostałych do furii doprowadzało to, że nie potrafili strzelić mi bramki, przez co dostawałem wiele kopniaków, które serwowali mi, gdy tylko sędziowie patrzyli w inną stronę”.

Jego postura zdaje się również przesłaniać fakt, jak dobrym musiał być bramkarzem. Foulke tylko raz wystąpił w reprezentacji Anglii – w wygranym 4:0 meczu przeciwko Walii w 1897 roku, w którym miał jedynie kilka okazji, by pokazać pełnię swych umiejętności. Jednak w sezonie 1896/97 Sheffield United straciło tylko 29 bramek w 30 meczach, a rok później – jedynie 31. To odpowiednio najniższy i trzeci najniższy wynik odnotowany w ciągu dekady po tym, jak poszerzono ligę z dwunastu do szesnastu zespołów.

Gdy Foulke przekroczył trzydziestkę i zaczął tracić formę, Sheffield United zaakceptowało w 1905 roku opiewającą na 50 funtów ofertę Chelsea, która grała wówczas w drugiej lidze. Foulke szybko stał się w stolicy gwiazdą – jego obecność na imprezach musicalowych ogłaszano ze sceny, a towarzyskie zaproszenia płynęły do niego szerokim strumieniem. Jego popularność i wpływ na szeroko rozumianą kulturę nie podlegają dyskusji. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy zaczął grać dla Chelsea, Amalgamated Press zaczęło publikować piłkarskie historyjki w swoim tygodniku skierowanym do chłopców. Autorem najbardziej poczytnych był A.S. Hardy (literacki pseudonim Arthura Josepha Steffensa), który w swoich opowiastkach umieszczał postaci z prawdziwego życia. Drużyną, o której pisał w swych najpopularniejszych historiach, byli Blue Crusaders. Nie trzeba wielkiego sprytu, by odkryć, kto był pierwowzorem ich bramkarza – wielkiego i jowialnego, ale i zapalczywego Williama Fowke’a.

Foulke był również inspiracją dla stworzenia postaci bramkarza Stiffy’ego, musicalowej postaci granej przez Harry’ego Wel­dona i najpopularniejszego piłkarskiego bohatera przed I wojną światową. Po raz pierwszy postać ta pojawiła się w Palace Theatre w Manchesterze w grudniu 1906 roku, w ramach skeczu The Football Match napisanego przez Freda Karno, impresaria i domniemanego twórcę gagu „ciastem w twarz”, oraz jego literackiego partnera Freda Kitchena. „Toczy się próba przekupienia kilku członków drużyny, by doprowadzili do przegrania meczu piłkarskiego” – czytamy w jednej z pierwszych recenzji – „a śledzi ją detektyw, który w niczym nie przypomina funkcjonariusza Scotland Yardu i którego pomysłem na złapanie delikwentów jest czujne obserwowanie wydarzeń z cuchnącej palarni. Głównym celem macherów jest Stiffy – bramkarz, który – choć osobliwy w sposobie bycia – dzięki swej uczciwości opiera się pokusie. Jego waleczność na boisku nie jest tu jednak najważniejsza, gdyż publiczności wystarczy, że gołym okiem widać, iż jego prawdziwym powołaniem jest komedia, a jego aktorskie zacięcie udanie prezentuje na scenie Harry Weldon”.

Była to niewielka postać bramkarza, najbardziej spośród piłkarzy narażonego na korupcję, jednak postać Stiffy’ego wkrótce zaczęła się rozwijać. Weldon kibicował Evertonowi i w miarę jak postać Stiffy’ego zaczęła stawać się czymś więcej niż tylko bohaterem skeczu, wspólnie z Karno zaczęli dodawać elementy z życia wzięte. „Stiffy był studium charakteru – może i pełnym burleski, lecz nigdy satyrycznym” – napisał krytyk Hannen Swaffer. „Aktor o mniejszym talencie niż Harry Weldon mógłby przerysować tę postać, a bogowie zamiast nagrodzić – wygwizdaliby go”.

Stiffy, jak odnotował to w siódmym wydaniu „The Blizzard” John Harding, nie był wcale postacią heroiczną – często niewiele robił poza jedzeniem i piciem. Piosenka Stiffy’ego doskonale oddaje tę absurdalną i pechową postać:

Wsłuchajcie się w śpiewy, to Stiffy’ego fetują. Stiffy jest najlepszym bramkarzem pod słońcem. Jeszcze rano mówili, że wbiją mi sto bramek, Nie wiedzieli jednak, z kim mają do czynienia, Przegraliśmy bowiem tylko do czterdziestu dwóch.

Mimo że postać Stiffy’ego stanowiła drwinę z piłkarzy, Stiffy wzbudził ich wielkie zainteresowanie i sportowcy tłumnie przybywali na przedstawienia, by zasiąść w pierwszym rzędzie. Wkrótce potem nastąpił ostateczny znak aprobaty – Foulke przekazał Weldonowi swoje szorty, by ten wystąpił w nich na scenie. Stiffy był prawdopodobnie pierwszym istotnym przypadkiem przedstawienia bramkarza w kulturze, sportretowanym wraz ze wszystkimi jego cechami – niedorzecznością, łakomstwem i podatnością na korupcję. Początek ten nie wróżył zbyt dobrze.

W miarę jak jego sława rosła, Foulke stawał się coraz bardziej kapryśny. Opuszczał boisko, gdy uznał, że jego obrońcy nie dają z siebie wszystkiego, oraz regularnie doprowadzał do fizycznych konfrontacji z napastnikami drużyny przeciwnej, którzy gęsto ścielili się na murawie. Niemniej jednak w swym pierwszym sezonie dziewięć razy z rzędu zachował czyste konto i obronił dziesięć rzutów karnych, być może dzięki trikowi polegającemu na ustawianiu za bramką chłopców do podawania piłek, co stwarzało wrażenie, że bramka jest jeszcze węższa niż w rzeczywistości. Chelsea nie udało się jednak awansować, a Foulke został sprzedany do Bradford City.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1 ang. Yards! – przyp. tłum.

2 tzw. mob football – przyp. tłum.

3 Postać z Alicji w Krainie Czarów.