Wydawca: E-bookowo Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 281 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Brama zdrajców - Edgar Wallace

Brawurową kradzież klejnotów koronnych z londyńskiej Tower, romans angielskiego oficera zakochanego w tajemniczej kobiecie o podejrzanej reputacji, śledztwo prowadzone przez dociekliwego inspektora Scotland Yardu oraz harem egzotycznego księcia Orientu - to wszystko znajdziemy w Bramie zdrajców Edgara Wallace'a, autora wielu bardzo poczytnych powieści awanturniczo-przygodowych, sztuk teatralnych oraz scenariuszy hollywoodzkich przebojów kinowych (m. in. słynnego King Konga).

Opinie o ebooku Brama zdrajców - Edgar Wallace

Fragment ebooka Brama zdrajców - Edgar Wallace

Brama zdrajców

Edgar Wallace

Tytuł oryginału:

Traitor’s Gate

Korekta:

Urszula Bańcerek

Projekt okładki:

Marek J. Piwko

Zdjęcia na okładce:

David Bukach, Anna Kucherova

Skład:

ErGraf

© copyright by wydawnictwo Damidos 2012

ISBN 978-83-7855-055-6

Wydawnictwo Damidos

Al. Solidarności 115 lok. 2

00-140 Warszawa

wydawnictwo@damidos.com

Dystrybucja wersji papierowej:

TROY-DYSTRYBUCJA Sp. z o. o.

Oddział:

ul. Pionierów 39

41-711 Ruda Śląska

tel. 32 258 95 79

www.troy.net.pl

Konwersja do epub A3M Agencja Internetowa

ROZDZIAŁ I

– GWA–a-ARDIA! NA RAMIĘ BR...Ń!

Trzydzieści jeden karabinów ruszyło się jak jeden, trzydzieści jeden białych rąk wróciło do szwów trzydziestu jeden par spodni, jakby napędzane były jakimś niewidocznym mechanizmem. „Broń!” zabrzmiało jak „Brń!” i tak było zawsze w tym żołnierskim żargonie. Szkarłatna linia stała bez ruchu, w idealnej prostej, z bermycami na głowach. Dźwięki grzmiącego marsza ustały wraz z ostatnią czwórką starej gwardii, znikającą za węgłem White Tower.

– Ro-oo-zejść się!

Bobby Longfellow z brzękiem wsunął cienką szablę do pochwy, poprawił monokl, mocniej osadzając go w oku, i spojrzał na przysadzistą kaplicę św. Piotra w Okowach, skąpaną teraz w promieniach porannego, letniego słońca. Przy okazji zauważył niską, tęgą kobietę, która z przewodnikiem w ręku zbliżała się ku niemu. Obok niego stał sztywno wyprostowany, zdziwiony sierżant i pod maską surowości na twarzy, jakby wyrzeźbionej w tekowym drewnie, lekko się uśmiechnął.

– Przepraszam pana bardzo.

Bobby miał ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Głos doszedł do niego gdzieś z dołu, spojrzał zatem w dół.

Tęga kobieta miała na głowie kapelusz upstrzony drobnymi dżetami, płaszcz w groszki, a na szyi wielką kameę. Jej twarz była okrągła, duża, zdrowa i wyrażała rozgorączkowanie. Zauważył trzy podbródki i duży męski nos.

– Przykro mi... hm!

– Czy może mi pan powiedzieć, gdzie pochowano lady Jane Grey?

Miała głęboki basowy głos. Patrzył na nią jak człowiek, którego nagle oślepiło światło.

– Lady?...

– Lady Jane Grey, proszę pana.

Szukając pomocy, spojrzał na sierżanta; jego ręka w białej rękawiczce powędrowała do wątłego wąsa.

– Czy pani... hm... szukała na cmentarzu? – spytał z nadzieją w głosie.

– Na jakim cmentarzu, proszę pana?

Sierżant milczał, nie udzielając pomocy.

– No... Jakby to powiedzieć... Na „jakimkolwiek” cmentarzu! Czy zna pan tę lady, sierżancie?

– Nigdy jej nie widziałem, sir.

Bobby mruknął z niechęcią, słysząc, że sierżant źle go zrozumiał.

– Tę lady... jak jej tam? Grey...

Otyła kobieta chciała mu przyjść z pomocą.

– Ona jest pochowana obok Tower B... – powiedziała ostrożnie.

Ręka Bobby’ego w białej rękawiczce wskazała szerokim gestem na otaczające ich budynki.

– To wszystko jest Tower, część B... Prawda, sierżancie? – zakończył cierpkim pytaniem.

Sierżant pomyślał, że to prawda.

– Lepiej niech pani spyta halabardnika pełniącego straż na zamku, proszę pani.

Mógłby zaprotestować, że zwrócono się do wystrojonego w pełny rynsztunek wojenny oficera gwardii, biorąc go za przewodnika, ale coś takiego nie przyszło mu nawet do głowy. Był to jego pierwszy dzień służby w Tower, służby, której raczej nie lubił.

Nie lubił tych upalnych dni, tego obcisłego czerwonego munduru i tej bermycy, pod którą obficie się pocił. Tak naprawdę, to porucznik Robert Longfellow pragnął w tej chwili być kimkolwiek, byle nie oficerem Regimentu Jego Królewskiej Mości z Gwardii Berwickiej.

Otyła kobieta zerknęła do przewodnika.

– Gdzie tu trzymają klejnoty koronne, proszę pana?

– W bezpiecznym miejscu, droga pani – odparł szybko Bobby.

Na szczęście pojawił się przewodnik i ku jego wielkiej uldze zaprowadził zwiedzającą do Wakefield Tower.

– Ależ przeraźliwie nieznośna! – jęknął Bobby. – Co, u diabła, powinienem jej powiedzieć, sierżancie?

– Nic, sir – odparł sierżant i Bobby odetchnął.

Poszedł do odwachu, gdzie znajdowały się pomieszczenia gwardii i do swego prywatnego apartamentu, a mrs Ollorby kontynuowała zwiedzanie, chociaż w istocie ta czerwonolica dama nie interesowała się ani klejnotami koronnymi, ani nieszczęsną lady Jane, której głowę odcięto od jej wątłego ciała zaledwie kilka jardów od miejsca, w którym zadawała pytania.

Ale tego ranka był też w Tower of London ktoś, kto ze wzruszeniem interesował się losem lady Jane. Hope Joyner stała przy łańcuchu chroniącym małą kwadratową płytkę przed stopami grzeszników i świętokradców i patrzyła na prosty napis. Następnie spojrzała na niewielką kaplicę, w której złożono szczątki dziewicy-żony.

– Biedna... biedna istota! – powiedziała łagodnie i Richard Hallowell powstrzymał się taktownie od uśmiechu.

Był świadkiem, jak młodość opłakiwała inną minioną młodość; ta piękna główka, z krótko obciętymi włosami, pochylała się w smutku nad miejscem, w którym długie włosy Jane zostały zarzucone na jej głowę, aby kat mógł uderzyć bezbłędnie toporem. Mógł teraz podziwiać tak doskonały profil, jakiego dotąd jeszcze nigdy nie widział, i pogrążoną w bólu, pochyloną z wdziękiem postać, która teraz piękniejsza była, niż gdy stała wyprostowana jak trzcina. Jej żywa, młoda twarz o łagodnych rysach odcinała się teraz na na tle poszarzałych od starości kamieni. Nie wiadomo, dlaczego tragedia ambicji Somerseta nagle stała się bardziej wyrazista i prawdziwa w obecności tej żywotnej ekspresji młodzieńczej kobiecości.

– Tak... To straszne, prawda? Mieszkała w domu króla... z tego okna patrzyła, jak wynoszą jej zmarłego męża... Hope, wydaje mi się, że zrobiłaś z dzisiejszego ranka raczej smutną porę dnia!

Rzuciła mu smutny uśmiech i położyła rękę na jego ramieniu.

– A więc jestem niedobra, Dick! Chcę jednak to naprawić – czy ta błyszcząca wspaniałością postać to nie Bobbie?

Na werandzie budynku gwardii ukazała się właśnie wysoka, szczupła postać oficera gwardii.

– Tak, to istotnie Bobbie. Wrócił wczoraj w nocy i nawiązuje pierwszą znajomość z obowiązkami gwardii w Tower. – Zaśmiał się krótko. – To urodzony próżniak... Trochę pożytecznej pracy dobrze mu zrobi!

– Uśmiechnąłeś się dziś po raz pierwszy – zganiła go i chociaż mógł powiedzieć, że miał tego ranka mało okazji do śmiechu, nie powiedział nic.

Dick Hallowell w czarnym, doskonale skrojonym mundurze, przybranym czerwoną szarfą określającą rangę, był wyższy od niej o głowę. Ze swą wyrazistą twarzą, szarymi oczami miał w sobie coś z atlety i również coś z atlety było w jego zwinnych ruchach.

– Pokazałem ci już wszystko – powiedział. – Przypuszczałem, że zajmie nam to cały dzień.

Zaśmiała się cicho.

– To nieprawda! Chciałeś pozbyć się mnie od chwili, gdy podszedł do ciebie twój służący. Ktoś czeka na ciebie, prawda? – Zanim zdążył odpowiedzieć mówiła dalej: – Jestem urodzoną turystką, a poza tym znam dość dobrze Tower. Nie uwierzysz, ale chciałam zobaczyć, jak wyglądasz w mundurze.

Mówiąc to, stwierdziła ze strachem, że właściwie znają się bardzo krótko. Niecały miesiąc temu jej błąkająca się łódź skrzyżowała drogę z jego łodzią w cienistym zakątku Tamizy. Ona dryfowała ku nieznanemu przeznaczeniu, pchana prądem w splątaną łozinę, on wiosłował rozpaczliwie, by przyjść jej z pomocą, lecz powodowany jedynie uczuciem szczerego rozbawienia.

Zeszli po stoku w kierunku Lion Gate i zatrzymali się pod sklepionym przejściem, przyglądając się ponurej, drewnianej barierze, za którą poniżej płynęła rzeka.

– Brama Zdrajcy!

Zadrżała, chociaż nie wiedziała dlaczego.

– Brama Zdrajcy – przytaknął. – W dzisiejszych czasach bardzo szanowane miejsce... Nigdy nie śniłoby ci się, że królowe i dworzanie stąpali po tych schodach. Tu jest miejsce, w którym królowa Elżbieta usiadła i oświadczyła, że zostanie przeklęta, jeśli pójdzie dalej.

Zaśmiała się i poszli dalej, minęli salutujące warty i doszli do zwykłego, normalnego świata Tower Hill, do miejsca pełnego wielkich wozów transportowych załadowanych skrzyniami i cuchnącego rybami od pobliskiej Billingsgate.

Wielki rolls-royce Hope podjechał cicho do krawężnika i Dick otworzył drzwi.

– Kiedy mogę się z tobą zobaczyć?

Uśmiechnęła się.

– Kiedy tylko’ zechcesz. Moje nazwisko znajduje się w książce telefonicznej i jadam zwykle lunch w Embassy!

– Co teraz zamierzasz robić?

Skrzywiła się lekko.

– Czeka mnie niemiła rozmowa – odparła. Spojrzał na nią ze zdziwieniem. On również miał przed sobą coś podobnego, jednak nie zwierzył jej się z tego.

* * *

Czekał, aż samochód zniknie za rogiem, odwrócił się, zbiegł ze wzgórza, przeszedł przez most spinający fosę łukiem, ale teraz już się nie uśmiechał. Nawet niemy, a zarazem wymowny apel ze strony Bobbiego o jakiś odruch sympatii, gdy przechodził przez pokój gwardii, nie starł z jego twarzy wyrazu skupienia i powagi.

Przy wejściu do kwatery stał służący Brill.

– Czeka tam dżentelmen, który polecił mi odszukać pana. Powiedział, że umówił się z panem.

Dick Hallowell wolno skinął głową.

– Przez kwadrans nie będę cię potrzebował, Brill – oświadczył. – Ale lepiej zostań w pobliżu i jeżeli ktoś do mnie przyjdzie, powiedz mu, że jestem bardzo zajęty.

– Tak, sir Richardzie.

– Brill, a ten... hm... dżentelmen mówił ci coś... o sobie?

Brill zawahał się.

– Nie, proszę pana. Wydaje się, że jest trochę zdenerwowany. Powiedział, że pan powinien być zadowolony z takiej kwatery, jak ta...

Znów się zawahał.

– Tak?...

– To wszystko, proszę pana... Wydaje mi się, że kpił. Pomyślałem, że to obraźliwe, proszę pana. Przychodzi tu i krytykuje. Nie sądzę, żeby miał do tego prawo.

– Tak... na pewno nie miał.

Dick wszedł po kamiennych stopniach, zatrzymał się przed drzwiami, skrzywił i pchnął je, wchodząc niechętnie do środka. Przy oknie komfortowo urządzonego salonu stał mężczyzna. Wy­dawał się zaabsorbowany rozgrywającym się poniżej spektaklem musztry gwardii. Jego twarz, częściowo zwrócona w kierunku wchodzącego Dicka, była chuda, mizerna i wyrażała niezadowole­nie. Ubrany był nędznie, na nogach miał rozdeptane buty. Jednak ta twarz i postawa w jakimś stopniu przypominały milczącego i opanowanego oficera.

– Halo!

Zwrócił się burkliwie do badawczo wpatrującego się w niego gospodarza, a to jego spojrzenie nie było bynajmniej uprzejme, ale również nie było obraźliwe.

– Halo... braciszku!

Dick milczał. Gdy tak patrzyli na siebie, podobieństwo zwiększało się, ale równocześnie i zmniejszało. Gdyby Graham Hallowell usunął ze swego głosu szorstkie brzmienie, wówczas głos ten byłby identyczny z głosem Dicka. Zapomniał jednak o sztuce uprzejmości, zapomniał, że kiedyś przewodził w znanej i ekskluzywnej szkole, a potem był dumą i ozdobą uniwersytetu. Wszystko, o czym wiedział, sprowadzało się do tego, że został pokrzywdzony przez los i że jest człowiekiem, „który nigdy nie ma szansy”; osiągnął stan, w którym zostały mu tylko wspomnienia smutnych i przykrych zdarzeń w życiu.

– Twoje powitanie nie jest zbyt entuzjastyczne, sir Richardzie! – zakpił. – Mogę się założyć, że nie zaprosisz mnie do waszego stołu na lunch. Powitaj swego brata, Grahama Hallowella – on przybył wczoraj z Dartmoor i może ci opowiedzieć bardzo zabawne historyjki z tego Nagiego Piekła.

Jego głos natężył się prawie do krzyku. Dick stwierdził, że znajdował się w stanie silnego upojenia alkoholowego.

– Nawet ten twój cholerny służący potraktował mnie tak, jakbym był trędowaty...

– Bo jesteś! – Głos Dicka Hallowella był spokojny, opanowany i krystalicznie czysty. – Trędowaty... To najlepsze dla ciebie określenie, Grahamie! Jest to coś gnijącego, coś, czego szanujący się ludzie pragną uniknąć. Coś nieludzkiego, niemożliwego do przyjęcia ani przez Boga, ani przez człowieka. I nie krzycz, gdy do mnie mówisz, albo chwycę cię za kołnierz i zrzucę ze schodów. Jasne?

Wydawało się, że gość skurczył się ze strachu: z szarżującego byka stał się żałosnym i skomlącym nieszczęśnikiem.

– Nie zwracaj na mnie uwagi, Dick... Miałem dziś rano ciężki dzień, stary. Wyobraź sobie, jakbyś się czuł, gdybyś dopiero wczoraj został zwolniony z więzienia... Wstaw się w moje położenie...

Dick przerwał mu.

– Nie mogę sobie wyobrazić, jakbym się czuł, gdybym w ogóle nadawał się do więzienia – powiedział zimno. – Nie mam tak bujnej wyobraźni. To niemożliwe, abym postawił się na twoim miejscu, na miejscu człowieka, który odurzył i obrabował naiwnego, młodego oficera gwardii. Zaufał ci, ponieważ byłeś moim przyrodnim bratem. Nie potrafię wyobrazić sobie, abym mógł uciec z żoną przyzwoitego człowieka i potem skazać ją na śmierć głodową w Wiedniu. Natomiast są inne rzeczy, które mogę sobie wyobrazić, ale wolę ich tu nie opisywać z detalami. Gdybym jednak mógł się wstawić w twoje położenie i spróbować zrozumieć, jak człowiek może tonąć w błocie tak jak ty, może wtedy zrozumiałbym również, jak się czujesz w chwili odzyskania wolności. Czego chcesz?

Niespokojne oczy Grahama pobiegły w kierunku okna.

– Jestem spłukany – rzekł ponuro. – Myślałem o wyjeździe do Ameryki...

– Czyżby policja amerykańska narzekała na brak łajdaków, że chcesz jechać do Ameryki?

– Jesteś nieubłagany jak piekło, Dick.

Dick Hallowell zaśmiał się, ale nie był to wesoły śmiech.

– Ile chcesz?

– No... tyle, ile trzeba na drogę do Nowego Jorku...

– Z twoją przeszłością nie wypuszczą cię do Stanów... Chyba zdajesz sobie z tego sprawę.

– Mogę zmienić nazwisko – rzucił szybko.

– Ty nie chcesz jechać... Nawet nie masz takiego zamiaru.

Dick usiadł przy biurku, wysunął szufladę i wyjął książeczkę czekową.

– Wypisałem czek na pięćdziesiąt funtów. Wypisałem tak, że niemożliwe jest zmienić tę cyfrę na pięćset, tak jak to zrobiłeś z moim ostatnim czekiem. Co więcej, będę na tyle ostrożny, że zatelefonuję do banku i zawiadomię ich, na jaką sumę wypisałem ci czek.

Wydarł czek i podał go nachmurzonemu gościowi.

– I to są ostatnie pieniądze, które ode mnie dostajesz. Jeżeli sądzisz, że wydusisz więcej – nachodząc mnie i wszczynając awantury – to możesz się łatwo domyślić, co nastąpi. Mój pułkownik i oficerowie wiedzą o tobie wszystko... Chłopak, którego nabrałeś, właśnie teraz pełni służbę w gwardii. Jeżeli będziesz mi sprawiał kłopot, każę cię zamknąć. Czy to jest dla ciebie jasne?

Graham Hallowell wsunął czek do kieszeni.

– Jesteś zimny jak głaz – jęknął. – Gdyby ojciec wiedział...

– Dzięki Bogu, nie żyje! – odparł sucho Dick. – Wiedział jednak dosyć, aby umrzeć na atak serca. Tego ci nigdy nie zapomnę, Grahamie!

Graham ciężko dyszał. Jedynie strach powstrzymywał go przed wzbierającym w jego piersi atakiem wściekłości. Chciał zniszczyć, rozszarpać, upokorzyć znienawidzonego brata przyrodniego – ale zabrakło mu odwagi.

– Widziałem przez okno, jak rozmawiałeś z ładną laleczką...

– Zamknij się! – rzucił ostro Dick. – Nie mam ochoty rozmawiać z tobą na ten temat.

– No! No! – Odzyskał trochę dawnej arogancji. – Ja tylko pomyślałem o tym, czy... czy Diana przypadkiem wie, że...

Dick podszedł do drzwi i otworzył je szeroko.

– Oto twoja droga – rzucił krótko.

– Diana...

– Diana jest dla mnie nikim. Możesz to sobie zapamiętać? Z pewnego powodu nie toleruję jej przyjaciół.

– Masz na myśli mnie?

Dick wskazał schody i mężczyzna wyszedł, wzruszając ramionami.

– To miejsce przypomina mi więzienie... Ale znajdę drogę do wyjścia.

– Najlepsza droga, którą powinieneś wyjść, jest dla ciebie zamknięta i zakratowana. – Richard Hallowell uśmiechnął się ponuro.

– A jaka to droga? – spytał ironicznie Graham.

– Przez Bramę Zdrajcy! – rzucił Dick i zatrzasnął za nim drzwi.

ROZDZIAŁ II

Telefon zadzwonił trzeci raz; wydawało się jakby dzwonek brzmiał niecierpliwie. Diana Montague położyła puszystego szpica na poduszkę i leniwie sięgnęła po słuchawkę. Był to oczywiście Colley, kłótliwy i raczej skłonny do marnowania czasu na lamentowanie o tym, jak długo kazała mu czekać.

– Gdybyśmy wiedzieli, że to Wasza Jaśnie Oświecona Wysokość, podskoczylibyśmy na dźwięk pierwszego dzwonka – powiedziała ponuro.

Przynajmniej dla Colleya brzmiało to ponuro, a Colley nienawidził sarkazmu u kobiet.

– Czy możesz pójść ze mną do „Ciro” na lunch? – spytał.

– Nie. Nie mogę się spotkać z tobą na żadnym lunchu – odparła. – Jem lunch u siebie, razem z mr Grahamem Hallowellem.

Wyraźnie był tą nowiną zaskoczony.

– Hallowell? Niezbyt dobrze cię słyszę, Diano. Może palisz właśnie papierosa?

Posłała pod sufit szarą chmurę dymu i strząsnęła popiół do kryształowej popielniczki.

– Nie – odparła – ale dzisiejszego ranka jestem niezbyt elokwentna. Mam przed sobą perspektywę spędzenia sam na sam z dżentelmenem, który właśnie wyszedł z więzienia i to właśnie tak silnie na mnie działa... a on nie jest typowy, Colley. Po pierwsze, nie został niewinnie skazany...

– Słuchaj, Di...

– Nie mów do mnie Di! – przerwała z gniewem.

– Diano. Wielki Dobry Chłopiec chce się z tobą spotkać... Szczerze! Tak powiedział.

– Powiedz zatem Wielkiemu Dobremu Chłopcu, że ja się z nim nie chcę spotkać – odrzekła chłodno. – Jeden kryminalista dziennie mi wystarczy.

Przez chwilę panowało milczenie.

– Och, powiedz coś! – przerwał ciszę w słuchawce. – Kpisz sobie ze mnie? Nie wierzę, że ty „naprawdę” będziesz jadła lunch z Hallowellem!

Położyła słuchawkę na stole i wzięła książkę. Kiedy Colley Warrington stawał się nieznośny lub próbował być szorstki, odkładała słuchawkę na stół i pozwalała jej brzęczeć.

A Colley potrafił być bardzo dokuczliwy. Bywało, że kochał się w niej, ale bywało też, że wpadał we wściekłą zazdrość. Teraz właśnie miał napad gwałtownej miłości i to ją raczej nudziło.

Rozległo się delikatne pukanie do drzwi. Z szelestem taftowej sukni weszła Dombret. Diana niezmiennie ubierała swoje służące w purpurową taftę, kładąc nacisk na fartuszki żywcem wyjęte z muzycznych komedii i przybrania głowy, jakich używają w herbaciarniach. Dombret miała dwadzieścia lat i była zgrabna, tak że strój ten leżał na niej dobrze, a wysokie nakrycie głowy nadawało jej wygląd rosyjskiej madonny.

– Zechce pani przyjąć miss Joyner, mademoiselle?

– Miss Joyner! – Diana wlepiła wzrok w służącą. – Jesteś pewna?... Miss Joyner?

– Tak, ma’am’selle. Bardzo piękna młoda dama.

Diana myślała.

– Dobrze, poproś ją.

Dombret zniknęła na kilka sekund.

– Miss Joyner.

Diana podeszła z wyciągniętą ręką i z olśniewającym uśmiechem na jak zwykle bladej twarzy. Dokładnie wiedziała, jak wygląda, była doskonale świadoma tego, że jest cudownie zgrabna i że ma piękne włosy.

– To zachwycające, miss Joyner, z pani strony, że...

Hope Joyner ujęła wyciągniętą rękę, jej czyste szare oczy spotkały wzrok Diany i nie było w nich cienia wrogości lub podejrzliwości. Była o trzy lata młodsza, w wieku, kiedy trudno było pamiętać, jak wyglądało się rok temu; kiedy jej dziewczęcość przekształciła się w pewną tajemniczość i kiedy jej smukłe ciało, którego kształt trudno było odgadnąć pod zwiewną sukienką, osiągnęło już dojrzałe kształty.

– Bałam się, że nie zechce mnie pani przyjąć – powiedziała.

A więc to była Hope Joyner?

Była zachwycająca. Diana miała daleko rozwinięty zmysł krytyczny, jednak nie mogła znaleźć u dziewczyny nic zasługującego na krytykę: ani w kształtach, ani w głosie, ani też w ogólnym wrażeniu, jakie wywarła.

– Jest mi „bardzo” miło... Czy zechce pani usiąść?

Zgarnęła małego pieska i poduszki. Biedny piesek ostro zaprotestował, ale zmusiła go do milczenia. Klapsy i pieszczoty - to jedyne, czego doświadczał Togo. Jednak Hope nie skorzystała z zaproszenia i nadal stała z jedną ręką opartą o falistą poręcz kanapy.

– Otrzymałam od pani list... trochę dziwny list – powiedziała. – Chcę go teraz przeczytać, być może nie pamięta pani jego treści.

Diana nigdy takich rzeczy nie zapominała, ale nie wyraziła sprzeciwu, obojętnie przyglądając się, jak dziewczyna otwiera torebkę i wyjmuje kopertę, a z niej kartkę ciemnoszarego papieru listowego. Bez wstępu zaczęła czytać:

Droga miss Joyner.

Ufam, że nie weźmie mi pani tego za złe, te piszę do pani w sprawie, która dotyczy mnie bardzo osobiście. Jednak znam panią na tyle, że wiem, iż uszanuje pani moje zaufanie, dochowa tajemnicy i nie potraktuje mojej prośby jako nierozsądnej. Krótko mówiąc, znajduję się w kłopotliwej sytuacji. Do czasu pojawienia się pani na scenie byłam zaręczona z sir Richardem Hallowellem – chociaż teraz właśnie nastąpiło ochłodzenie naszych stosunków na tle sprawy rodzinnej, która i tak nie zainteresowałaby pani. Ostatnio często widywano go z panią i ludzie mówią o pani raczej nieprzychylnie, pytając, kim pani jest, skąd pani przybywa, jaka jest pani rodzina. Chociaż obchodzi mnie to...

Przerwała, aby odwrócić kartkę.

...obchodzi mnie to mniej niż perspektywy mojej własnej przyszłości i mojego szczęścia. Szczerze kocham Dicka i on kocha mnie, chociaż teraz zaledwie ze sobą rozmawiamy nie widując się. Czy mogę liczyć na pani szlachetność i poprosić ją, aby dała nam pani sposobność wznowienia naszej przyjaźni?

Skończyła czytać, schowała list do torebki i ostrożnie ją zamknęła.

– Nie sądzę, aby moja prośba była nierozsądna – stwierdziła zimno Diana.

– To znaczy, że ja mam się usunąć? – spytała spokojnie Hope. – Dlaczego właśnie ja? Pani ma doskonałą sposobność. Czy przypadkiem nie grzeszy pani zbytnią zarozumiałością?

Diana zamyśliła się, zagryzając wargi.

– Może i jestem zarozumiała... Istotnie, to był głupi list, ale byłam taka zrozpaczona. Oczywiście nie miałam na myśli tego, aby nie dbała pani o niego tak, jak dba się o... przyjaciela.

Hope potrząsnęła głową.

– Nie to mam na myśli. Przyszłam panią zapytać, czy nie jest pani zbyt zarozumiała i nie myli się przypadkiem co do tego, czy jestem zdolna do takich poświęceń?

Oczy Diany zwęziły się.

– Chce pani powiedzieć, że pani go... kocha?

Hope Joyner skinęła głową. Patrzyła prosto w oczy Diany.

– Dokładnie to właśnie chciałam powiedzieć.

Dianie zaparło dech w piersiach, zanim odzyskała głos.

– Wstrząsające wyznanie! – powiedziała, ale Hope Joyner nie zwróciła uwagi na tę złośliwość. – Wnioskuję z tego, że moja rozsądna prośba nie wpłynie na pani... – przerwała, namyślając się nad doborem słów – ambitne plany?

– Ambitne plany? – spytała Hope z odcieniem naiwności. – Co pani ma na myśli: czy to, że lubię, czy też to, że kocham Dicka Hallowella?

Diana z całej mocy hamowała się. Nie spodziewała się wiele po swoim liście; napisała go w chwili jakiegoś dziwnego impulsu. Być może chciała w ten sposób rozdrażnić, a może zranić Dicka Hallowella. Mając teraz przed sobą tę promieniującą pięknością dziewczynę, tak głęboko przeświadczoną o swej miłości, dostrzegła w jej obecności jakby wyzwanie - zwłaszcza w jej niezachwianych stanowczych oczach – a Diana nie lubiła być stawiana w takiej sytuacji! Ciekawe, jak bardzo w tej chwili ożywiła się u niej zamarła dotąd niechęć i jak martwy dotąd popiół wściekłości, która trawiła ją przez cztery lata, rozgorzał teraz i wybuchnął żywym ogniem. Przez ponure niebo przedarło się światło tego, co mogło nastąpić... Hope dostrzegła tę tłumioną wściekłość, zauważyła, że mimo uśmiechu Diana zaciska zęby z wściekłości.

– Pokażę pani coś.

Głos, którym mówiła, nawet Dianie wydał się obcy, a jednak był jej własnym głosem. Wyszła z pokoju i po chwili wróciła, trzymając w palcach małą skórzaną szkatułkę. Nacisnęła zatrzask i wieczko odskoczyło, ukazując pierścionek z trzema wspaniałymi diamentami. Wyłuskała go z uchwytu na dnie szkatułki i podsunęła niechętnym rękom Hope.

– Zechce pani przeczytać, co jest na nim napisane?

Hope posłuchała odruchowo, chociaż nie była ciekawa. Wewnątrz wyryte były słowa: „Dick i Diana, 1922”. Hope oddała pierścionek.

– No i co? – zapytała z naciskiem Diana.

– Czy to jest pierścionek zaręczynowy?

Diana skinęła głową. Hope patrzyła na nią zdziwiona.

– No i co?... Stwarza to nową sytuację? – spytała. – Czy to jest bardziej przekonujący argument niż te wszystkie, jakich pani dotąd użyła, abym nie widywała się więcej z Richardem Hallowellem? Wiem, że była pani z nim zaręczona, mówił mi o tym... w każdym razie powiedział mi, że był zaręczony z... kimś. Wielu ludzi zaręcza się więcej niż raz, prawda? Szczerze mówiąc, miss Martyn, nie wiem, czy jestem taką jędzą, czy też przemawia przeze mnie zdrowy rozsądek, ale czy rzeczywiście oczekuje pani ode mnie, że przestanę spotykać się z Richardem Hallowellem?

– Spodziewam się, że zrobi pani to, o co panią proszę – głos Diany brzmiał prawie opryskliwie. – Oczywiście – wzruszyła ramionami – to sprawa gustu i dobrego wychowania. Niech się pani nie spodziewa, że będę za panią myślała.

Jej oczy spoczęły na torebce.

– Być może napisałam niedyskretny list – powiedziała i wyciągnęła rękę. – Może mi go pani zwrócić?

Ich oczy znów się spotkały. Hope otworzyła torebkę i wyjęła list, przedarła go na cztery części i położyła na stole. Następnie skinęła głową, odwróciła się i tak szybko wyszła z pokoju, że Dombret, przyklejona uchem do dziurki od klucza, prawie wpadła do pokoju wraz z gwałtownie otwieranymi drzwiami.

Diana podeszła do okna, aby jeszcze zdążyć rzucić okiem na wychodzącą z domu Hope, jednak nie udało jej się tego dokonać.

Na Boga, dlaczego?... Diana Martyn dziwiła się; nie mogła wytłumaczyć sobie motywów, jakie nią kierowały. Przed laty zrezygnowała z wszystkich myśli o Dicku Hallowellu... a teraz był już tak odległym składnikiem jej życia. Próbowała przypomnieć sobie, dlaczego właściwie napisała ten list. W Dianie Martyn było dużo przewrotnej kokieterii, coś w rodzaju perwersji w rozumowaniu, co w przeszłości już nieraz wplątywało ją w wiele mniejszych lub większych awantur. Z niechęcią myślała o tym liście, gdyż dotyczył on Dicka Hallowella. Napisała go, będąc pod wpływem złośliwej przekory, nigdy nie wątpiąc, że Hope może pokazać go najbardziej zainteresowanemu człowiekowi i spodziewając się od Dicka jednej z tych burzliwych epistoł, do których był zdolny; z pewnością jednak nigdy nie spodziewała się, że w jej wspaniałym salonie zjawi się ta dziewczyna, ta chłodna, prowokująca piękność.

Próbowała właśnie uchwycić istotną przyczynę jej obecnego stanu, gdy do pokoju weszła Dombret i oznajmiła nadejście nowego gościa, który nieomal nadeptywał jej na pięty. Diana siedziała w wygodnym, obszernym fotelu przy oknie, skąd mogła swobodnie obserwować Curzon Street. Skrzyżowała ręce i położyła blady palec na ustach, a następnie poddała przybyłego badawczym i krytycznym oględzinom. Był to nędznie ubrany mężczyzna, z groźnym wyrazem twarzy i rękoma wepchniętymi w kieszenie. Zaczekała, aż drzwi zamkną się za Dombret i spytała:

– Dlaczego?

– Co, dlaczego? – odparł szorstkim pytaniem.

– Dlaczego ta groźna postawa i ponury wyraz twarzy?

Graham Hallowell rzucił okiem na brudne ubranie i uśmiechnął się.

– Zapomniałem się przebrać – powiedział.

Skinęła wolno głową.

– A więc widziałeś się już z Wielkim Richardem... i pewnie Wielki Richard wzruszył się, gdy pokazałeś mu, w jakiej jesteś nędzy?

Opadł na obszerną kanapę, wyjął z kieszeni paczkę papierosów i nie odpowiadając na pytanie, zapalił jednego.

– Masz jakiś specjalny powód, aby zjawiać się na Curzon Street w tak opłakanym stanie?... W każdym razie na mnie to nie robi żadnego wrażenia.

– Na nim też nie zrobiło – rzekł, wydmuchując chmurę dymu pod sufit i obserwując, jak powoli rozprzestrzenia się po pokoju.

– Dał mi nędzne pięćdziesiąt funtów. Niewiele brakowało, a cisnąłbym mu je w twarz.

– Ale tego nie zrobiłeś – zauważyła.

Już dawno przestał go denerwować wredny sarkazm w jej głosie; to była część jej psychiki i niejako moralny makijaż. Był czas, gdy takie subtelne docinki doprowadzały go do szaleństwa. Ale było to dawno temu.

– Przypuszczam – powiedziała w zamyśleniu – że liczyłeś na to, iż zapłaci tyle, ile zechcesz, abyś tylko zniknął mu z oczu, ale, rzecz jasna, nie zrobił tego! Chciałabym, żebyś znał Dicka tak dobrze, jak ja go znam.

– Znam go wystarczająco dobrze – warknął. – To faryzeuszowska świnia!

Opóźniała odpowiedź tak długo, jak tylko mogła, jej białe zęby zagryzały dolną wargę.

– Faryzeuszowska? Nie! Dick nie jest faryzeuszem. – I dodała po chwili: – Mam nadzieję, że nie mówił o mnie?

– Powiedział, że nie chce nic o tobie słyszeć, jeśli daje ci to jakąś satysfakcję.

Skinęła głową.

– To znaczy, że ty mówiłeś o mnie...

– Ma nową dziewczynę – przerwał Graham. – I ona jest piękna! Widziałem, jak się czule migdalili na placu Egzekucji.

Nie wydawała się tym zainteresowana i rozglądając się po salonie, układał w myśli pytanie, które chciał jej zadać wczoraj wieczorem, ale nie miał odwagi, ponieważ mimo wszystko bał się trochę tej kobiety.

– Pięknie tu sobie mieszkasz, Diano. Nie jestem specjalnie ciekaw, ale zastanawiam się, jak do tego doszłaś. Jeżeli dobrze pamiętam, gdy wtedy odszedłem, mieszkałaś w wynajętych, umeblowanych pokojach. Dowiedziałem się, że zmieniłaś adres i teraz te wspaniałości przyprawiają mnie o zawrót głowy.

Wiedział, że jej dochód wynosił kilkaset funtów rocznie, co mogło starczyć zaledwie na opłacenie czynszu za takie mieszkanie. Trochę pisała, miała dobre układy na Fleet Stret, ale jej wrodzone lenistwo sprawiało, że to źródło nie przynosiło jej dużych dochodów. Uśmiechnęła się trochę kwaśno.

– Boisz się najgorszego? Zbytecznie. Jestem teraz bardzo pracowita. Z pewnością słyszałeś o księciu Kishlastanu?

Potrząsnął przecząco głową.

– Nie? – Wskazała szerokim gestem salon. – To jest wynik jego szczodrości!

Zaśmiała się, widząc wyraz konsternacji na jego twarzy.

– Jestem jego rzecznikiem prasowym – oświadczyła chłodno. – Nie brzmi to zbyt dobrze, ale dla mnie warte jest przeszło cztery tysiące rocznie i wydaje mi się, że uczciwie zapracowuję na te pieniądze. Książę ma żal do całego świata, a szczególnie do rządu. Przed dwoma laty przedstawił mi go Colley Warrington. Zdaje mi się, że próbował nabrać naszego przyjaciela, który przy okazji jest bardzo bogaty. Jednak nie powiodło mu się to, zatem pomyślał, że dobrze by było, gdybym u niego pracowała i naturalnie była dla Jego Ekscelencji bardzo sympatyczna, co w niedługim czasie doprowadziło do wykrycia słabych miejsc w jego złotej zbroi. Stracił dwie salwy...

– Co, dwie?... – spytał zaintrygowany Graham.

– Dwie salwy – mówiła dalej. – Okazało się, że rząd francuski wydał zezwolenie, aby naszego przyjaciela witano dziewięcioma armatnimi salwami, jednak nastąpiły jakieś trudności – jakiś skandal – i salwy zredukowano do siedmiu. Na pewno myślisz, że podobne błahostki nie powinny martwić dorosłego mężczyzny, ale tego rodzaju niedopatrzenie jest w Indiach niedopuszczalne. Książę podobno jest fanatykiem na punkcie drogich kamieni; w Indiach ma ich wspaniałą kolekcję...

– Jest żonaty? – spytał Graham podejrzliwie.

– Z całą pewnością dziewięciokrotnie – odparła spokojnie. – Jednak nie widziałam ani jednej jego żony; trzyma je szczelnie zamknięte w ścisłym purdah1 – tak to się chyba nazywa. Naprawdę stałam się dla niego użyteczna... Zainteresowałam jego osobą naszego ambasadora w Paryżu, a także napisałam o nim niezliczoną ilość artykułów.

Patrzył na nią podejrzliwie, trąc brodę.

– Grahamie – zaśmiała się – twoje oczy mówią: „Wschód to Wschód, a Zachód to Zachód”. I czuję, że za chwilę rozpoczniesz swoją zwykłą perorę z serii cenzorsko-obyczajowej.

– To wszystko jest dziwne – rzekł i zapalił cygaro.