Opis

Powieść uznawana za najlepsze dzieło autora Folwarku zwierzęcego i Roku 1984, przełożona na kilkadziesiąt języków. Akcja rozgrywa się w Anglii, a bohater –gruby komiwojażer George Bowling, po nieoczekiwanym wygraniu na wyścigach pokaźnej kwoty, postanawia wyruszyć w sentymentalną podróż do Dolnego Binfield, miasteczka swojego dzieciństwa. Niestety, krajobraz się zmienił, a zamiast sielskiej brytyjskiej prowincji zastaje na miejscu ponurą rzeczywistość zbliżającej się wojny.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 388

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: Coming Up for AirProjekt okładki i stron tytułowych: Anna Damasiewicz Redaktor prowadzący: Sylwia Ciuła Redaktor techniczny: Beata Jankowska Korekta: Ewa Grabowska

Copyright © George Orwell, all rights reserved Copyright © The Estate of the late Sonia Brownell Orwell Copyright © for the Polish edition by Bellona SA, Warszawa 2004–2017 Copyright © for the Polish translation by Bartłomiej Zborski, Warszawa 2004–2017

Zapraszamy na stronywww.bellona.pl, www.ksiegarnia.bellona.pl

Dołącz do nas na Facebookuwww.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

Nasz adres: Bellona SA ul. Bema 87, 01-233 Warszawa Dział Wysyłki: tel. 22 457 03 02, 22 457 03 06, 22 457 03 78 faks 22 652 27 01 e-mail: [email protected]

ISBN 978-83-11-15029-4

Skład wersji elektronicznej [email protected]

„Choć nieboszczyk, łazi drań”

Część I

I

Faktycznie zaświtało mi to w głowie akurat w dniu, w którym miałem odebrać nową sztuczną szczękę.

Pamiętam dobrze tamten ranek. Mniej więcej za kwadrans ósma wyskoczyłem z łóżka i pognałem do łazienki, prześcigając w ostatniej chwili dzieciaki. Był ponury styczniowy dzień, niebo miało barwę żółtawoszarą. Przez okienko widziałem na dole nasz tak zwany ogródek przydomowy: pięć metrów kwadratowych trawnika z łysinką pośrodku, otoczonego ligustrowym żywopłotem. Identyczny ogródek, z takimi samymi ligustrami i trawą, można znaleźć za każdym domem stojącym przy naszej ulicy, czyli Ellesmere Road. Z jedną tylko różnicą: tam gdzie nie mają dzieci, brakuje łysinki.

Próbowałem golić się tępawą żyletką, podczas gdy do wanny leciała woda. W lustrze widziałem dobrze znajomą twarz, poniżej zaś, zanurzone w szklance wody stojącej na półeczce nad umywalką, należące do niej sztuczne zęby. Te zęby to prowizoryczna sztuczna szczęka, którą wstawił mi mój dentysta, doktor Warner, polecając mi nosić ją, nim wykona nową. Nie, skąd, aż tak źle ze mną nie jest. Mam rumianą twarz, z takich co to dobrze pasują do blond włosów i jasnobłękitnych oczu. Na szczęście jeszcze nie zacząłem ani łysieć, ani siwieć, a z nowymi zębami, słowo daję, nie wyglądam na swój wiek (mam czterdzieści pięć lat).

Zakarbowawszy w pamięci konieczność kupna żyletek, wszedłem do wanny i zacząłem się namydlać. Na pierwszy ogień poszły ramiona (moje są pulchne i piegowate aż do łokci), potem namydliłem szczotką łopatki, do których, niestety, nie dosięgam ręką. Bywa to irytujące, lecz do kilku części ciała już nie sięgnę. Bo też, prawdę powiedziawszy, trochę porosłem w tłuszczyk. O nie, nie chcę przez to powiedzieć, że należę do grubasów, jakich pokazują za biletami na jarmarkach. Ważę dziewięćdziesiąt kilogramów, a kiedy ostatnio mierzyłem się w pasie, wypadło sto dwadzieścia czy trochę więcej centymetrów, dobrze nie pamiętam. Nie jestem również, jak to mówią, „odrażającym” grubasem, ponieważ nie mam zwisającego do kolan brzucha. Jestem po prostu kapkę zaokrąglony w biodrach, kształtem coraz bardziej przypominam baryłkę, ot co. Każdy z was na pewno zna żywych, krzepkich grubasów, atletycznych i pełnych werwy facetów, do których nawet obcy zwracają się poufale „panie Grubszy” czy też „panie Pulpet” i którzy zwykle bywają duszą towarzystwa. No więc ja też jestem taki. Najczęściej nazywają mnie „pan Grubszy”. Pan Grubszy Bowling. Bo nazywam się George Bowling.

Wtedy jednak wcale a wcale nie czułem się duszą towarzystwa. W ogóle to spostrzegłem, że ostatnimi czasy wczesnym rankiem zawsze wpadam w paskudny nastrój, choć sypiam dobrze i nie narzekam na złe trawienie. Oczywiście wiedziałem, co jest na rzeczy – to ta moja cholerna sztuczna szczęka. Woda powiększała zanurzone w szklance zębiska, które szczerzyły się do mnie niczym zęby w czaszce kościotrupa. Przy zetknięciu bezzębnych dziąseł człowiek doznaje paskudnego uczucia, smakuje w ustach jakąś gorycz, suchość, zupełnie jakby gryzł kwaśne, niedojrzałe jabłko. Poza tym, mówcie sobie, co chcecie, ale sztuczna szczęka stanowi pewien etap w życiu. Pożegnanie z ostatnim prawdziwym zębem zamyka zdecydowanie okres, kiedy to facet może wmawiać sobie, że jest szejkiem z hollywoodzkiego filmu. A ja nie tylko miałem czterdzieści pięć lat, lecz byłem również gruby. Kiedy wstałem w wannie, żeby namydlić krocze, przyjrzałem się swojemu odbiciu w lustrze. To bujda, że ludzie otyli nie widzą swoich stóp, bo zasłania je brzuch, ale fakt, że gdy stoję prosto, dostrzegam tylko ich przednią część. Żadna kobieta, westchnąłem smutno, namydlając brzuch, żadna kobieta nie spojrzy na mnie z życzliwym zainteresowaniem, chyba że za pieniądze. Ale też nie powiem, żebym akurat w tamtej chwili pragnął życzliwej damskiej bezinteresowności.

Zdecydowałem jednak, że ostatecznie mam powody, aby być w lepszym nastroju. Po pierwsze, dziś nie pracowałem. Mój stary samochód, którym „obrabiam” swój rejon (zapomniałem dodać, że pracuję w branży asekuracyjnej – firma Latająca Salamandra – polisy na życie, asekuracja od ognia, włamania, narodzin bliźniąt, katastrofy morskiej, słowem od wszystkiego), stał chwilowo w warsztacie i choć Bogiem a prawdą powinienem był zajrzeć do naszego londyńskiego biura, żeby podrzucić tam jakieś papierki, postanowiłem wziąć sobie dzień wolnego i machnąć się po sztuczną szczękę. Oprócz tego było jeszcze coś, o czym również myślałem od dłuższego czasu. Otóż zachomikowałem sobie siedemnaście funciaków, o czym nie wiedział nikt – to znaczy nikt z rodziny. Było tak. Pewien gość z naszej firmy, nazwiskiem Mellors, wytrzasnął skądś książkę pod tytułem Astrologia i wyścigi konne, w której stało jak byk, że cała rzecz polega na związkach planet z barwami dżokejów. No i, proszę was, w którymś tam biegu startowała klacz Korsarzowa, chabeta, jakich mało, kompletna outsiderka, tyle że dosiadający jej dżokej nosił zielony kasak, co znów odpowiadało astrologicznej barwie planet będących akurat w ascendencie. Mellors, który ma niezłego hopla na punkcie astrologii, postawił na tę klacz kilkanaście funtów i błagał mnie na klęczkach, żebym zrobił to samo. Wreszcie, głównie po to, by zamknąć mu gębę, zaryzykowałem dziesięć szylingów, choć z zasady nie grywam na wyścigach. No i Korsarzowa pobiegła jak złoto. Już nie pamiętam, ile płacili, dość że wygrałem siedemnaście funtów. Idąc za głosem instynktu – co było dość osobliwe i stanowiło chyba kolejny punkt zwrotny w moim życiu – wpłaciłem całą forsę do banku i nie pisnąłem nikomu ani słowa. Coś takiego przydarzyło mi się po raz pierwszy w życiu. Dobry mąż i ojciec kupiłby Hildzie (to moja żona) nową sukienkę, a dzieciakom buty. Ale, do cholery, ja byłem dobrym mężem i ojcem przez bite piętnaście lat i zaczęło mi to już z lekka wychodzić bokiem.

Gdy cały już się namydliłem, poczułem się raźniej i wyciągnąłem jak długi w wannie, żeby pomyśleć spokojnie o moich siedemnastu funciakach i o tym, na co je wydam. Na razie widziałem dwie możliwości: weekend z kobietą lub przeznaczenie całej sumy na różne drobne przyjemności, w rodzaju cygar i podwójnych whisky. Rozmyślając o kobietach i cygarach, napuściłem do wanny nieco gorącej wody, gdy nagle usłyszałem taki łomot, jakby po dwóch stopniach prowadzących do naszej łazienki przebiegało stado bawołów. Dzieciaki, któżby inny. Dwoje dzieci w takim małym domku jak nasz to jak, nie przymierzając, dwie kwarty piwa w pintowym kuflu. Spoza drzwi dobiegł mnie głuchy tupot, a potem rozległ się niesamowity wrzask.

– Tatooooo! Otwórz!

– Nie mogę teraz! Spływaj!

– Ale tato! Chce mi się!

– No to niech ci się na razie odechce. Trzymaj. Kąpię się!

– Ta-toooo! Chce mi sieeeeeeeeee!

Bodaj to! Poznałem po głosie, że za chwilę może być za późno. Ubikacja jest u nas połączona z łazienką; w domu takim jak nasz stanowi to oczywiście regułę. Wyjąłem zatyczkę z wanny i jak najszybciej osuszyłem się ręcznikiem. Kiedy otworzyłem drzwi, mały Billy, mój siedmioletni syn, przemknął obok jak strzała, uchylając się zwinnie przed pstryczkiem w ucho. Dopiero gdy byłem już częściowo ubrany i szukałem krawata, poczułem, że na karku pozostała mi resztka mydła.

Brrrr! Człowiek czuje się wtedy obrzydliwie, jakoś tak lepko, najdziwniejsze zaś jest to, że choćby nie wiadomo jak dokładnie ścierał tę pianę, aż do końca dnia będzie miał uczucie, że się lepi. Zszedłem na dół zły jak osa, gotów pokłócić się z Hildą o byle co.

Nasza jadalnia, tak jak wszystkie jadalnie w domach przy Ellesmere Road, jest niewielka i ciasna, mierzy, proszę was, cztery metry na trzy i pół, a może trzy i pół na trzy; najwięcej miejsca zabiera w niej kredens z japońskiego dębu, w którym stoją za szybą dwie puste karafki i srebrny kieliszek do jajek, ofiarowany nam w prezencie ślubnym przez matkę Hildy. Imbryk zasłaniał częściowo twarz mojej starej, która siedziała zasępiona; dręczył ją, jak to zwykle bywa, jednocześnie niepokój i przygnębienie, ponieważ wyczytała w „News Chronicle”, że drożeje masło albo coś w tym rodzaju. Nie włączyła gazowego ogrzewania, toteż mimo zamkniętych okien w jadalni było zimno jak w psiarni. Pochyliłem się i przyłożyłem zapałkę do palnika, oddychając głośno nosem (kiedy się schylam, zawsze sapię), co miało stanowić wymówkę pod adresem Hildy. Ona popatrzyła na mnie krótko i z ukosa, jak zwykle gdy popełniam, rzecz jasna tylko w jej mniemaniu, jakąś ekstrawagancję.

Moja ślubna ma trzydzieści dziewięć lat, a gdy ją poznałem, z wyglądu do złudzenia przypominała zająca. Wiele się zresztą pod tym względem nie zmieniła, tyle tylko, że bardzo schudła i pomarszczyła się; często spogląda na mnie jak dawniej przerażonym i zatroskanym wzrokiem, a gdy jest szczególnie przygnębiona, garbi się i załamuje ręce na piersi, przypomina wtedy starą Cygankę siedzącą przy ognisku. Sama należy do osób, które czerpią radość życia z przewidywania rozmaitych katastrof i tragedii. Tylko tych drobnych, ma się rozumieć. Hildzie niestraszne wojny, trzęsienia ziemi, epidemie, klęski głodu i rewolucje. Masło drożeje, przyszedł taaaaki rachunek za gaz, buty dzieci są już niemożliwie znoszone, musimy zapłacić kolejną ratę za radio – oto zwykła litania mojej Hildy. Tak sobie myślę, że musi być w siódmym niebie, gdy kiwa się, założywszy dłonie na piersi, i spogląda na mnie ponuro. – Ależ George, to nie żarty! Naprawdę nie wiem, co teraz zrobimy! Nie mam pojęcia, skąd weźmiemy pieniądze! Ty chyba nie zdajesz sobie sprawy, jakie to poważne! – i tak dalej, i tak dalej. Wmówiła sobie, że ona, ja i my wszyscy skończymy w domu pracy przymusowej. Najśmieszniejsze jest to, że o ile kiedyś naprawdę tam trafimy, Hildzie, w przeciwieństwie do mnie, będzie to bardzo w smak, a to ze względu na wreszcie odzyskane poczucie bezpieczeństwa.

Tymczasem dzieci były już na dole; błyskawicznie umyły się i ubrały, jak to mają w zwyczaju, gdy widzą, że nikt nie czeka na zwolnienie łazienki. Kiedy siadałem do stołu, o coś się spierały: „Zrobiłeś to!”, „A nie!”, „A tak!”, „A nie!”, a ponieważ wyglądało na to, że będą się tak przemawiać aż do końca dnia, warknąłem na nie i kazałem zamknąć buzie. Mamy tylko dwoje pociech, siedmioletniego Billego i jedenastoletnią Lornę. Darzę je doprawdy osobliwym uczuciem. To prawda, bardzo często aż mi się chce rzygać na ich widok. Słuchanie ich rozmów to istna katorga dla uszu. Oboje weszli w ów straszliwy szczenięcy wiek, kiedy to dzieciak myśli tylko o linijkach, piórnikach i o tym, kto dostał najlepszą notę z francuskiego. Niekiedy jednak, zwłaszcza gdy śpią, łagodnieje mi dusza. Czasem w letni jasny wieczór staję nad ich łóżkami i patrzę na okrąglutkie buzie i włosy barwy lnu, znacznie jaśniejsze niż moje; w takich chwilach, jak mówi Biblia, wzruszam się serdecznie i zbiera mi się na płacz[1]. Wydaje mi się wtedy, że sam jestem jakimś wyschniętym strąkiem, niewartym złamanego pensa, i że moja rola sprowadza się wyłącznie do powołania do życia dwojga tych pięknych istot i wykarmienia ich podczas dorastania. Takie myśli nieczęsto mnie jednak nachodzą. Na ogół bowiem najbardziej mnie obchodzi moje własne życie i przyjemności. Czuję, że jeszcze nie oklapłem i nieraz zdrowo sobie użyję, wcale mi też nie odpowiada rola potulnej mlecznej krowy, dojonej przez gromadę kobiet i dzieci.

Przy śniadaniu nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Hilda była w swoim zwykłym nastroju pod hasłem: „Naprawdę nie wiem, co my teraz zrobimy!”, wywołanym częściowo ceną masła, częściowo zaś tym, że zimowe ferie zbliżały się do końca, a my zalegaliśmy na pięć funtów z czesnym za ostatni szkolny semestr. Zjadłem jajko na miękko, a kromkę chleba posmarowałem marmoladą marki Golden Crown. Hilda uparła się, żeby kupować wyłącznie ten gatunek. Funt kosztuje pięć i pół pensa, a na etykiecie najmniejszą dopuszczalną prawem czcionką producent podaje informację, że produkt zawiera „pewną ilość neutralnego soku owocowego”. Pamiętam, że zdrowo mnie to zirytowało i skłoniło do wygłoszenia sarkastycznych uwag o „neutralnych drzewach owocowych”, jak one wyglądają, gdzie rosną – aż Hilda się zezłościła. Nie to, żeby drażniły ją moje ironiczne słowa; powodowana jakimś osobliwym przeświadczeniem, Hilda uważa, że grzechem jest żartować z rzeczy, na których można zaoszczędzić.

Przejrzałem gazetę, lecz nie znalazłem w niej zbyt wielu wiadomości. Mordowano się, jak zwykle, w Hiszpanii i w Chinach, w pewnej poczekalni dworcowej znaleziono walizkę, a w niej kobiece nogi, ponadto ważyła się sprawa ożenku króla Zogu. Wreszcie około dziesiątej, wcześniej niż zamierzałem, wyszedłem z domu. Dzieci poszły się bawić do parku. Ranek był chłodny i paskudny. Gdy przestąpiłem próg, powiał nieprzyjemny wietrzyk i musnął resztkę piany na karku; poczułem się nagle, jakbym włożył cudze ubranie i jakby coś mnie oblepiało.

1 Wszystkie cytaty, imiona osób i nazwy miejscowe za: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, pod red. ks. Michała Petera (Stary Testament) i ks. Mariana Wolniewicza (Nowy Testament), Księgarnia św. Wojciecha, wyd. III, Poznań 1991. Tu: Księga Rodzaju, 43,30 (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).

II

Czy wiecie, jak wygląda moja ulica – Ellesmere Road, położona w dzielnicy West Bletchley? Jeśli nawet nie wiecie, idę o zakład, że znacie z pięćdziesiąt ulic podobnych do niej jak dwie krople wody.

Chyba zauważyliście, ile takich ulic namnożyło się jak króliki na bliskich i dalekich przedmieściach. Każda kubek w kubek jak sąsiednia. Długachne rzędy niewielkich bliźniaków – numeracja przy Ellesmere Road kończy się na 212, a nasz dom ma numer 191 – przypominające z wyglądu miejskie czynszówki i na ogół od nich brzydsze. Przyozdobione sztukaterią frontony, furtki impregnowane kreozotem, ligustrowe żywopłoty, drzwi pomalowane na zielono. I te nazwy: Wawrzyny, Mirt, Głogi, Mon Abri, Mon Repos, Belle Vue. Mniej więcej w jednym domu na pięćdziesiąt antyspołeczny lokator, który skończy jak dwa razy dwa w domu pracy przymusowej, pomalował drzwi na niebiesko zamiast na zielono.

Poczułem, że lepi mi się kark, i momentalnie ogarnął mnie wisielczy nastrój. Zastanawiające, jak taka głupia piana na szyi potrafi człowieka zdołować. Ulatuje wtedy z was cała para, czujecie się tak, jakbyście w publicznym miejscu nieoczekiwanie dostrzegli, że odkleja się wam podeszwa w bucie. Muszę nadmienić, że kiedy jak kiedy, lecz tamtego ranka nie miałem żadnych złudzeń, jeśli chodzi o własną osobę. Miałem wrażenie, że stoję trochę dalej i patrzę na siebie, na swoją rumianą, pulchną twarz, sztuczną szczękę i pospolite ubranie. Facet jak ja po prostu nie może wyglądać jak dżentelmen. Widząc mnie nawet z odległości dwustu metrów, z punktu połapalibyście się – nie, nie, że pracuję w ubezpieczeniach, ale że jestem kimś w rodzaju domokrążcy. Strój, jaki miałem na sobie, był praktycznie służbowym uniformem ludzi tej profesji. Szary garnitur w jodełkę, nieco znoszony granatowy płaszcz za pięćdziesiąt szylingów, do tego melonik, żadnych rękawiczek. No i na dodatek mam wygląd typowego komiwojażera, coś jakby z lekka nieokrzesanego i bezczelnego w obejściu. W lepszych chwilach, kiedy na przykład włożę nowy garnitur albo palę cygaro, mógłbym uchodzić za bookmachera lub właściciela piwiarni, w najgorszych zaś za domokrążcę handlującego odkurzaczami, jednak w przeciętny dla mnie dzień wasza klasyfikacja okazałaby się trafna: „Oto facet, który trafia od pięciu do dziesięciu funtów tygodniowo”, powiedzielibyście na mój widok. Tak, tak, ekonomicznie i społecznie trzymam średni poziom Ellesmere Road.

Miałem ulicę całkowicie dla siebie. Mężczyzn jakby wymiotło, ponieważ odjechali pociągiem o 8.21, a kobiety manipulowały przy piecykach gazowych. Gdy człowiek ma chwilę czasu, żeby się dobrze nad tym wszystkim zastanowić, i gdy jest w odpowiednim nastroju, aż gęba mu się wykrzywia od śmiechu, kiedy idzie taką podmiejską ulicą i myśli o tych, co przy niej mieszkają. No bo na dobrą sprawę, czym właściwie jest ta nasza Ellesmere Road? Więzieniem z dwoma rzędami cel. Szeregiem bliźniaków – izb tortur, w których drżą i kwiczą ze strachu pożałowania godni faceci, tacy „od pięciu do dziesięciu funtów tygodniowo”; gnębią ich szefowie, żony wchodzą im na głowy, a dzieci-pijawki wysysają krew. Słyszy się wiele bzdur o cierpieniach robotników. Bez przesady. Czy robotnik leżałby bezsennie, trawiąc czas na rozmyślaniach o tym, co się stanie, gdy go zwolnią? Owszem, bywa on narażony na fizyczne udręki, lecz gdy nie pracuje, jest prawdziwie wolnym człowiekiem. Tymczasem w każdym z tych małych, zdobnych stiukami pudełek siedzi jakiś nieborak, który nigdy nie jest i nie będzie wolny, chyba tylko podczas głębokiego snu, kiedy to roi, że wrzucił pryncypała do studni i zasypuje go workami węgla.

Oczywiście, tłumaczyłem sobie, cały problem z takimi ludźmi jak my polega na tym, że wszystkim nam błędnie się wydaje, iż mamy coś do stracenia. Bujda z chrzanem. Zacznijmy od tego, że dziewięć dziesiątych mieszkańców Ellesmere Road myśli, że są właścicielami swoich domów. Faktycznie ta ulica i cały kwartał skupionych wokół niej budynków należy do potężnego szwindlu, instytucji zwanej Majątek Hesperydy, własności Towarzystwa Budowlanego „Radosny Kredyt”. Towarzystwa budowlane to chyba największa granda dzisiejszych czasów. Zgoda, mój biznes, czyli asekuracja, również jest oszukaństwem, ale oszukaństwem uczciwym, w którym gra się w otwarte karty. Natomiast cały cymes w działalności tych firm polega na wpojeniu ludziom przekonania, że świadczy się im nie wiadomo jakie dobrodziejstwo. Walisz ich pałą, a oni całują cię za to po rękach. Czasami myślę, że siedzibę Majątku Hesperydy powinien uwiecznić potężny posąg boga towarzystw budowlanych. Byłby to zaiste osobliwy bóg. Wyobrażam go sobie jako postać dwupłciową. Od pasa w górę byłby dyrektorem, a w dół – ciężarną kobietą. W jednej ręce dzierżyłby wielki klucz – oczywiście klucz do domu pracy przymusowej – a w drugiej… zaraz, zaraz, jak się nazywa ta rzecz przypominająca kształtem rożek francuski, z której wysypują się różne dary? – aha, róg obfitości. Sypałby się z tego rogu deszcz przenośnych radioodbiorników, polis asekuracyjnych, sztucznych szczęk, tabletek aspiryny, prezerwatyw i betonowych walców do ubijania ścieżek ogrodowych.

Jeśli chodzi o ścisłość, my, zamieszkali przy Ellesmere Road, nie zostajemy właścicielami naszych domów nawet wtedy, kiedy zakończymy ich spłacanie. Bo widzicie, nie jest to własność, tylko dzierżawa. Te domy kosztują pięć i pół tysiąca funtów, spłacać je trzeba przez szesnaście lat, a gdyby ktoś chciał kupić taki dom za gotówkę, zapłaciłby tylko około trzech tysięcy ośmiuset funtów. Oznacza to, że Radosnemu Kredytowi przypada zysk w wysokości tysiąca siedmiuset funtów, nie muszę chyba jednak dodawać, że firma na tym nie poprzestaje. Kwota trzech tysięcy ośmiuset funtów zawiera zysk budowniczego, ale Radosny Kredyt, występujący w tym wypadku jako przedsiębiorstwo Wilson & Bloom, sam stawia te domy, zagarniając ów zysk. Płaci tylko za budulec, lecz i przy tej okazji zgarnia zysk, ponieważ (tym razem jako firma Brookes & Scatterby) sprzedaje sama sobie cegłę, dachówkę, drzwi, ościeżnice, piasek, cement i chyba również szkło okienne. Nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś mi powiedział, że pod jakąś inną nazwą sprzedaje sama sobie również drewno na te drzwi i ościeżnice. Poza tym było to coś, co mogliśmy wszyscy przewidzieć, choć aż szczęki nam opadły, gdy się o tym dowiedzieliśmy – przedsiębiorczość Radosnego Kredytu nie ogranicza się bynajmniej do interesów budowlanych. Gdy wytyczano Ellesmere Road, zamykały ją otwarte błonia – niby nic nadzwyczajnego, ale dzieci grywały tam w piłkę – zwane Łąkami Platta. Wprawdzie oficjalnie nigdzie tego nie napisano, panowało jednak wśród nas przekonanie, że Łąki Platta pozostaną niezabudowane. Lecz przedmieście West Bletchley rozrastało się. W roku 1928 zbudowano tu wytwórnię marmolady Rothwella, a w 1933 Anglo-Amerykańskie Zakłady Budowy Rowerów Stalowych. Przybywało mieszkańców, czynsze szły w górę. Nigdy nie miałem okazji poznać czy choćby zobaczyć sir Huberta Cruma ani żadnej innej szychy z Radosnego Kredytu, lecz oczami wyobraźni widziałem, jak cieknie im ślinka. No więc nagle przyjechały ekipy budowlane i na Łąkach Platta zaczęły rosnąć domy. Hesperydy podniosły gromki wrzask, a okoliczni mieszkańcy powołali komitet protestacyjny. I co? Guzik pomogło! Prawnicy Cruma w pięć minut wybili nam z głów protesty, Łąki Platta zabudowano. Jednak najsubtelniejszy szwindel, za który stary Crum nie na darmo zasłużył na swój tytuł baroneta, polegał na manipulacji psychologicznej. Ulegając złudzeniu, jakobyśmy byli właścicielami naszych domów i mieli, jak to się mówi, „udział gruntowy”, my, nieboracy przynależni do Hesperyd i innych podobnych spółek, zostaliśmy na zawsze oddanymi niewolnikami Cruma. Staliśmy się wszyscy szacownymi właścicielami nieruchomości – my, to znaczy torysi, potakiwacze i wazeliniarze. Przecież nie zarżniemy kury znoszącej złote jajka! To zaś, że Bogiem a prawdą żadni z nas właściciele, że spłaciliśmy dopiero połowę rat za domy, że drżymy ze strachu na myśl, że coś mogłoby nam się zdarzyć, nim uregulujemy ostatnią ratę, najzwyczajniej w świecie pogłębia nasze niewolnictwo. Wszystkich nas kupiono, na dobitkę za nasze własne pieniądze. I pomyśleć, że każdy z tych zakichanych gówniarzy, co to wypruwają sobie żyły, żeby spłacić podwójną wartość domku dla lalek, który nazywa się Belle Vue, czyli Piękny Widok (ale widok zasłaniają domy naprzeciw, a piękna jest w okolicy tyle, co brudu za paznokciem), otóż każdy z tych biednych potakiwaczy oddałby ochoczo życie, żeby uchronić ojczyznę przed bolszewizmem.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.