Wydawca: Jaguar Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 517 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Brainman - Dominik W. Rettinger

Mieszanka science-fiction spod znaku superbohaterów ze zjadliwą satyrą na współczesność. Książka z pogranicza literatury sctricte rozrywkowej z wątkiem romansowym oraz political fiction.

John i Nick są studentami na nowojorskim uniwersytecie. John jest zdemoralizowanym synem z upiornie bogatej rodziny oraz gwiazdą drużyny futbolowej. Bystry i oczytany Nick to typowy mózgowiec. Nauka nie sprawie mu problemu, ale, między innymi z racji wychowania, chłopak nie stara się być w centrum uwagi. Wszystko zmienia się w chwili, gdy Nick zakochuje się w posągowej Susan, dziewczynie Johna. Utraciwszy w jednej chwili zdolność myślenia oraz analizy, chłopak postanawia zdobyć zajętą już piękność i naraża się Nickowi. Żaden z nich nie podejrzewa, że ich walka zakończy się interwencją sił z kosmosu.

W jednej chwili obydwaj herosi zyskują nadnaturalne moce i zostają wplątani w trwającą od zarania dziejów walkę pomiędzy mieszkańcami planet O i Zet. Z natury łagodni O, których wybrankiem staje się Nick, starają się nie dopuścić, by dowódcy Zet dopadli i porwali Wielkiego Mistrza, który od wieków spoczywa w Rowie Mariańskim na małej i nieciekawej planecie… Co zrobią młodzi ludzie obdarowani przez los niezwykłymi zdolnościami? Nie trzeba długo czekać na pierwszy popis Johna. Pozbawiony skrupułów młodzieniec nagina do swej woli całe mocarstwa i przygotowuję Ziemię na przybycie władców Zet. Czy dobro może zwyciężyć w starciu z psychopatycznym przywódcą, który ma na muszce wielkich tego świata?

Opinie o ebooku Brainman - Dominik W. Rettinger

Fragment ebooka Brainman - Dominik W. Rettinger

Copyright © Barbara Wieczorkowska-Rettinger, 2013

Projekt graficzny okładki © Piotr Cieśliński, 2013

All rights reserved.

Copyright for the Polish edition © 2013 Wydawnictwo Jaguar

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2013

Skład i łamanie: EKART

Redakcja: Barbara Syczewska-Olszewska

Korekta: Urszula Przasnek

ISBN 978-83-7686-187-6

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp.J.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

Wydanie pierwsze w wersji ebook

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2013

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

I

Profesor O-y7nS28a, przezywany przez studentów O-y, zaczął wykład w sposób tak niezwykły, że sto tysięcy słuchających go kandydatów zamarło, emitując z półprzezroczystych krystalicznych głów lekkie zielonkawe światło, które było oznaką najwyższej uwagi i zadziwienia.

– Wyobraźcie sobie, drodzy kandydaci, moją ulubioną figurę, ciężką do pojęcia pętlę czasu, z nami pośrodku, właśnie w chwili, gdy przeżywamy iluzję istnienia. Zbliżały się wydarzenia, które miały zdecydować o losie planety A-180, zwanej przez jej mieszkańców Ziemią, a także o naszej wolności. Zło nigdy nie było tak bliskie triumfu, tak potężne. Gotowe zawładnąć naszą wyobraźnią i bytem, czyniąc z nas niewolników do końca czasu. Tymczasem świadomość osobnika zwanego Nick Gowin, od którego miał zależeć los wszystkich wolnych istnień, znalazła się w stanie nagłego oszołomienia. Stało się tak na skutek przypadkowego spotkania z osobnikiem płci odmiennej, zwanym Susan. Gwałtowne obniżenie poziomu inteligencji Nicka wyniosło czterdzieści punktów IQ, mierzonych w skali A-180, nie naszej. Niewiele szarych komórek mózgu Nicka nadal działało bez zakłóceń. Przypominam, że mózg przeciętnego osobnika A-180 potrafi wykorzystać zaledwie piętnaście procent swojej substancji. Oznacza to, że mieszkańcy tej planety nie potrafią rozwiązać głupiego tysiąca problemów jednocześnie ani porozumiewać się telepatycznie. Ani nawet przenosić się w przestrzeni z pomocą energii umysłu. Nie umieją też kontaktować się z inteligencjami z innych wymiarów. Wymieniam tylko parę podstawowych umiejętności, uzyskiwanych na naszej planecie O-1 we wczesnym dzieciństwie.

Audytorium zafalowało ze zdziwienia. Młodym pilotom trudno było wyobrazić sobie tak prymitywną formę życia myślącej istoty. Profesor O-y poczekał, aż minie fala zielonych wibracji nad przeźroczystymi głowami, po czym znów zaczął emitować. Kolorowe zdania z jego krystalicznej głowy zawisały pod wysoką kopułą sali wykładowej, tworzyły zwiewne wielowymiarowe obrazy. Spotykały się przeszłość, przyszłość i teraźniejszość, odległe o miliony lat cywilizacje i planety przybliżały się w odwiecznym splocie zależności. Powoli wyłonił się z nich obraz odległej planety A-180, z falującym błękitem oceanów i zielono-brązowymi kontynentami. Planeta zbliżała się w rytm spokojnych, zabarwionych lekką ironią wibracji profesora. Widać już było wielomilionowe, zasłonięte trującymi wyziewami metropolie z betonu, szkła i stali. A między nimi rozgrzany, pustynniejący grunt. Profesor wskazał ten obraz i wyemitował cichym głosem:

– W tym szczególnym czasie mieszkańcy A-180 nie mieli pojęcia, że od kilkuset ziemskich lat znaleźli się w centrum uwagi czterech złowrogich władców Uniwersum. Ani że oznaczało to zbliżającą się zagładę.

***

Nick Gowin, dziewiętnastoletni student drugiego roku biologii Uniwersytetu Miejskiego Nowego Jorku, równie nieświadomy zagrożenia jak pozostałe sześć miliardów osobników A-180, szedł właśnie na wykład z neurologii. Towarzyszył mu jego najlepszy kumpel, którym była dziewczyna, dziewiętnastoletnia Rosalinda Abramm. Dyskutowali zawzięcie o kobiecych i męskich mózgach. Nick bronił wyższości męskiego mózgu. Według niego, mózg mężczyzny potrafił dostrzec kilka problemów i obiektów jednocześnie. Ta właściwość męskich zwojów mózgowych była niedostępna dla kobiecych szarych komórek, zdolnych do skupienia się zaledwie na jednym obiekcie naraz.

Rosa cierpliwie słuchała wywodu Nicka, czekała, by dopuszczona do głosu mogła wykpić i obalić wyjątkowo kretyńskie poglądy przyjaciela.

W tym momencie pewien obiekt przykuł uwagę męskiego mózgu Nicka tak mocno, że nagle zamknął usta i zamilkł. Obiekt składał się z twarzy o regularnych rysach, zielonych oczu z wesołym błyskiem i inteligentnym spojrzeniem, zmysłowych ust, lśniących bielą zębów, smukłej sylwetki, niewiarygodnie długich nóg i burzy blond włosów. Umysł Nicka błyskawicznie złożył te elementy w całość, czyli doskonałe wcielenie młodej kobiety z A-180.

Nazywała się Susan Linsday i właśnie przeskakiwała zgrabnym susem drzwiczki czterokołowego mercedesa cabrio, by wylądować w fotelu pasażera obok Johna Clondike’a juniora. Ten obiekt westchnień damskiej części społeczności uniwersytetu we własnym mniemaniu uosabiał perfekcyjnego Ziemianina. Zaledwie tylna część ciała Susan dotknęła fotela wyłożonego zwierzęcą skórą, piękność odwróciła głowę i w niemym zachwycie, który podpowiedziała jej intuicja, skupiła wzrok na młodym samcu A-180. Nick stał na chodniku jak rażony piorunem, z mózgiem niezdolnym do percepcji, wbrew głoszonej przed chwilą teorii. Błysk rozbawienia w zielonych tęczówkach Susan znikł za czarnymi rzęsami, a lśniące zęby błysnęły w najpiękniejszym uśmiechu na całej planecie. W powietrzu rozległ się jej hipnotyzujący głos:

– Możesz mi podać torbę, kolego?

Kolega nie był w stanie poruszyć się ani odezwać. Sprawiał wrażenie, jakby jego płucom nie wystarczała ilość tlenu zawarta w mieszance z azotem, dwutlenkiem węgla i paroma pomniejszymi składnikami. Krew odpłynęła Nickowi z żył podskórnych, powodując upiorną bladość twarzy, a wyraz oczu świadczył o zagrożeniu porażeniem mózgu.

– Psiakrew! – rozległ się głos Rosalindy. – Gdybym była facetem, też bym oszalała na takie zabójcze coś! Ciekawe, czy to też używa mózgu, czy tylko wabi ciałem. Jak myślisz, Nick?

– Jedziemy? – rzucił zza kierownicy zniecierpliwiony John.

– Chwileczkę. – Susan położyła dłoń na umięśnionym przedramieniu Johna, po czym przeciągle spojrzała na Rosalindę i zwróciła się znów do Nicka.

– Jak masz na imię? – spytała, świadoma, jakie spustoszenie wywołuje w męskich głowach oraz jaką niechęć w damskich.

– Grrhh… – wydobyło się z gardła Gowina, próbującego odzyskać mowę. – Nick… jestem Nick – wykrztusił wreszcie.

– Wpadnij do klubu, Nick jestem Nick. Byłeś kiedyś w klubie „Kosmiczni Zdobywcy”? – ciągnęła uwodzicielskim tonem Susan. Jej oczy wyrażały obietnicę nieziemskich rozkoszy.

– Nie byłem – odparł cicho Nick. Czuł, że zaschło mu w gardle, a język zdrętwiał. – Trzeba mieć motocykl… no i kartę klubu. – Głos Nicka zmienił się prawie w jęk.

– Postaraj się, nie pożałujesz. Życie szybko mija w towarzystwie nieciekawych kobiet bez polotu. – Susan przygryzła wargi, żeby nie parsknąć śmiechem. Spojrzała tryumfalnie na Rosalindę. – Podasz mi torbę, Nick jestem Nick?

– Torba, koleś, obudź się! – władczo i niecierpliwie rzucił John Clondike.

Głos Johna wyrywał Nicka z osłupienia. Rozejrzał się w panice i nigdzie nie spostrzegł torby, choć oddałby wszystko, żeby ją podać Susan. W grupie studentów, którzy przed chwilą wyszli z budynku, rozległy się chichoty. Zapewne złośliwe opowieści o rozgrywającej się właśnie scenie długo prześladowałyby Nicka, gdyby nie jego niezawodny kumpel.

– Voilà! – rozległ się głos Rosy.

Nick odwrócił się i zobaczył frunący plecak, ciśnięty z dużą siłą przez Rosalindę.

– Uważaj! – zawołał John, z refleksem futbolisty chwytając plecak w powietrzu, tuż nad udami Susan.

– Dziękuję, kochanie. – Susan uśmiechnęła się z wdziękiem.

– Do usług. – Rosalinda się skrzywiła. Wolałaby, aby plecak trafił tam, gdzie celowała.

Susan westchnęła i położyła dłoń na ramieniu Johna.

– Jedźmy już, robi się nudno – powiedziała, puszczając oko do Nicka.

– Cholera! – zaklęła po cichu Rosa, nie bez uznania.

Silnik mercedesa ryknął, z dwóch rur wydechowych rzygnęły płomienie, opony zapiszczały ostro. Zmrużone z kpiną, piękne oczy Susan ruszyły i odjechały, wraz z burzą rozwianych wiatrem blond włosów. Rosa trąciła w ramię zastygłego w bezruchu Nicka.

– Idziesz na wykład czy pobiegniesz za nią? John szybko jeździ, możesz ich nie dogonić – dodała ze złym błyskiem w oku.

Nick spojrzał nieprzytomnie na Rosę.

– Słucham? Chciałbym zostać sam. Nie masz mi za złe? – spytał przygaszony.

Tego już było za wiele. Rosalinda Abramm, niewysoka szczupła osóbka z krótko ostrzyżonymi ciemnymi włosami, należała do nielicznych studentek uniwersytetu, które nie marzyły o tym, by usiąść w fotelu srebrnego mercedesa cabrio Johna Clondike’a, dziedzica fortuny Clondike Corporation. Rosa wolała wybrać się w towarzystwie Nicka na wycieczkę rowerem albo siedzieć obok niego na wykładach lub w bibliotece. Nie przeszkadzało jej, że Nick traktuje ją jak kumpla. Dawała mu czas na zauważenie różnicy płci. Nie było to problemem aż do tego momentu. Kobieca intuicja Rosy w sekundę podpowiedziała jej to, czego zamroczony męski umysł Nicka nawet się nie domyślał. Jej przyjaciel został porażony, zaczarowany i skazany. Bez sądu, bez wyroku, nie wiadomo na jak długo. Przez obraz, wizję i złudę, bo przecież nie można było tego czegoś, Susan Linsday, nazwać realną osobą. Dla Rosy było to obraźliwe, irytujące i smutne. Analityczny umysł Rosy nie określił tego miłością. Była przekonana, że stan ten nie występował w umysłach młodych mężczyzn. Jako studentka biologii i przyszły naukowiec wiedziała, że męskie mózgi później dojrzewają. O ile w ogóle im się to uda. Od roku Rosa spokojnie czekała, aż Nick wydorośleje na tyle, aby dostrzec jej przyjaźń i oddanie. Nagle pojawiła się Susan i umysł Nicka zachował się jak mózgownice całej reszty prymitywnych samców. Osłupienie, błędny wzrok i reakcje idioty jak na wykładzie o szympansach porażonych narkotykiem. Rozczarowanie Rosy było bolesne. Należało natychmiast działać albo zapomnieć o roku zainwestowanym w tego osobnika. Była człowiekiem czynu, stanęła pomiędzy Nickiem a odjeżdżającym mercedesem i spojrzała przyjacielowi w oczy.

– Mówiłeś, że męskie umysły postrzegają i porządkują szybciej od naszych – podjęła przerwaną rozmowę w słabej nadziei skierowania myśli Nicka na tory rozsądku. – Jak postrzegasz sygnały wysyłane przez Susan? Kochajcie mnie wszyscy, bo jestem niezwykła, ale uwaga, nikomu z kontem bankowym poniżej miliona nie pozwolę się dotknąć.

– Słucham? – zapytał Nick, nie odrywając zamglonego wzroku od srebrnego cabrio przyśpieszającego za bramą uniwersytetu.

– Oddychaj głęboko – poradziła Rosa i westchnęła z rezygnacją. – Za chwilę zostaną ci tylko odruchy psa Pawłowa. Hau, hau… kup sobie motocykl i dołącz do bandy małpoludów.

– Dzięki, Rosa – odparł Nick tak blady, że aż budziło to współczucie. – Tak, motocykl. Muszę złapać trochę powietrza, za dużo ostatnio nauki. – Nick minął Rosę i wszedł w drzwi za jej plecami, o mało nie przebijając głową szyby.

– Od kiedy to powietrze łapie się w stołówce? Nick! – krzyknęła Rosa. – Psiakrew, idiota! – dodała i aż tupnęła ze złości. W krótkich szortach i dużej, męskiej koszuli wyglądała jak rozzłoszczony ulicznik.

– Cześć, Rosa! – rozległ się głos Toma Brandeckiego.

Ten niski, postawny blondyn o upartym spojrzeniu jasnych oczu studiował na tym samym roku co Rosalinda i nosił przydomek Bystry Pol. Był to złośliwy przytyk do jego powolnej natury i polskiego pochodzenia. Tom minął się właśnie z Nickiem w drzwiach. Zatrzymał je w ostatniej chwili, dzięki czemu Nick nie przeszedł przez szybę.

– Co się stało, pokłóciliście się? – zapytał z nadzieją Tom.

Rosa zdała sobie sprawę z tego, że gdziekolwiek ostatnio się obróciła, dostrzegała masywną sylwetkę Toma. W innej sytuacji zareagowałaby żartem, lecz nie było jej do śmiechu.

– Odwal się, Bystry! – Spojrzała ostrzegawczo na Toma. – Dość mam waszych zacofanych mózgów! – Odwróciła się i ruszyła przed siebie, zagryzając wargi i hamując napływające do oczu łzy.

– Jak to? – wymamrotał zdumiony Tom.

Na nic więcej nie mógł się zdobyć, wobec najinteligentniejszej, najpiękniejszej i obdarzonej największym urokiem studentki Uniwersytetu Miejskiego Nowego Jorku. Tak myślał i mówił o Rosalindzie Tom Brandecki. A jeśli ktoś chciał go wysłuchać, to dowiadywał się, że Rosa traci czas z Nickiem Gowinem, który jest zerem. Tom był gotów tego dowieść na ubitej ziemi na pięści, noże lub rewolwery. Gdyby tylko Rosa chciała dać mu najmniejszy sygnał, pretekst lub nadzieję.

***

Nick nie wyłowił uchem ostatniego epitetu Rosy i nie zauważył Toma. Niczego nie słyszał ani nie widział. W uszach miał ryk silnika, w oczach blond włosy i uśmiech Susan, w ustach gorzki smak upokorzenia. Wystarczyło mu tych doznań na resztę dnia, a także na cały wieczór i bezsenną noc. Miał wrażenie, że wystarczy mu hańby i tęsknoty za jej zielonymi oczami na całe życie.

Nie poszedł tego dnia na wykład, nie pamiętał nawet, co studiował. Po co mu studia, skoro właśnie kończyło się jego życie? Nie zauważył, kiedy przejechał dwadzieścia pięć przystanków autobusem drogą brzydką i ponurą jak nigdy dotąd. Nie dostrzegł pełnego niepokoju spojrzenia matki, Alicji Gowin, i pytającego wzroku ojca, Geofreya Gowina. Nie widział kpiącego uśmiechu młodszej o cztery lata siostry Sheryll ani bystrych oczu najmłodszej, dziewięcioletniej Roberty, która skwitowała zbolałą twarz brata lekceważącym:

– Zakochał się, idiota!

Na szczęście uwaga ta padła, kiedy to, co zostało z dawnego Nicka, powlokło się do pokoju mieszczącego się na piętrze domku w New Jersey, oddalonego od uniwersytetu o dwadzieścia pięć przystanków autobusowych. A także o lata świetlne od galaktyki, do której odleciała Susan Lindsay z rykiem srebrnej rakiety cabrio, prowadzonej przez mężczyznę doskonałego, Johna Clondike’a.

***

Kandydaci na pilotów, studenci profesora O-y, przepadali za jego stylem. Nie tracili ani jednego obrazu, myśli i koloru z jego wykładów. Studiowanie cywilizacji zacofanych planet było ulubionym tematem kursu międzygalaktycznego pilotażu. Styl starego profesora dodawał do wykładów smaczków i znaczeń osobistych, jakby opowiadał o bliskiej rodzinie lub znajomych. Po chwili ciszy, gdy sylwetka Nicka nikła powoli pod kopułą wielkiej hali, głowa profesora zaczęła emitować obrazy.

Na miejscu ciemnego pokoju na piętrze i zbolałej twarzy młodego studenta z planety A-180 pojawiła się kuchnia, a w niej siedzący dookoła stołu członkowie rodziny Gowinów. Sto tysięcy kandydatów skupiło uwagę. Wielobarwne pasma myśli profesora oplotły dwie siostry i rodziców Nicka, przeniknęły ich umysły, wyświetliły uczucia i słowa. Profesor był nie tylko naukowcem, był także artystą.

***

– Roberto, jesteś nieznośnym dzieckiem! Nie można tak mówić o starszym bracie! – upomniała córkę Alicja Gowin, patrząc z niepokojem na schody, na których zniknął jej syn. – A może Nick jest poważnie chory? Nawet nie tknął kolacji. Jak myślisz, tatku, nie powinniśmy wysłać go na badania?

– Choroba Nicka ma na imię Susan. Wiem to od Rosy, jego kumpeli. Zadzwoniła przed chwilą, pytała, czy Nickowi udało się trafić do domu. Podobno zgłupiał w trzy sekundy – oświadczyła Roberta. – To nie ja jestem nieznośnym dzieckiem. Trzeba mieć rozum niemowlaka, żeby głodzić się z tęsknoty za jakąś blond zdzirą.

– Roberto! – wykrzyknął Geofrey Gowin. – Nie zgadzam się na takie wystąpienia przy rodzicach!

– Dobrze, tatku – odparła zgodnym tonem Roberta. – Niech żyje tolerancja i wolność przekonań, wolę być głodna, niż mieć zamknięte usta. – Podniosła się od stołu i z dumnie uniesioną głową weszła na schody. Trzaśnięcie drzwiami podkreśliło jej determinację.

Zapadło milczenie, rodzice niepewnie spojrzeli po sobie.

– Bąk jest zazdrosny o brata – wyjaśniła Sheryll, wstając z krzesła – ale ma rację. Nick stracił rozum, a Rosa jest głupia, udając przy nim chłopaka. Skończyli dziewiętnaście lat, nikt im nie zabroni wolnej miłości. Nick nie miałby siły oglądać się za kobietami. Idę, nie musicie mówić, jak bardzo jesteście zszokowani – zakończyła wywód Sheryll, wychodząc z kuchni. – Dobranoc.

Gowinowie potrzebowali dłuższej chwili, żeby dojść do siebie.

– I co zamierzasz z tym zrobić? – zapytała wreszcie Alicja.

Nie wiadomo, czy jej pytanie dotyczyło Nicka, czy sposobu wysławiania się Roberty i Sheryll.

– A ty? – odparł pytaniem Geofrey, nadal wyraźnie zdziwiony zachowaniem dzieci.

– Nie wiem – przyznała Alicja.

– Ja też nie.

– To może udajmy, że nic się nie zdarzyło? – zaproponowała nieśmiało Alicja.

– Chyba nie mamy innego wyjścia – zgodził się Geofrey, po czym dodał: – Czy nie sądzisz, że zdarza nam się to coraz częściej?

– To prawda – przyznała z westchnieniem Alicja.

Oboje uśmiechnęli się bezradnie. Gowinowie byli małżeństwem zgodnym, kochającym się i z racji wrodzonej łagodności zupełnie bezradnym wobec swoich dzieci.

II

Na wolnej planecie O czas mierzyło się kosmicznymi cyklami. Jeden cykl to kompletna spiralna droga, którą pokonywała O pomiędzy trzema ogrzewającymi ją gwiazdami, kolejno ulegając ich potężnej grawitacji. W połowie każdego cyklu, podczas zbliżenia do największej gwiazdy, mieszkańcy O opuszczali powierzchnię planety. Wysoka temperatura, potężne huragany i powodzie zmuszały do schronienia się w osiedlach pod powierzchnią oceanów. Wyspy-kontynenty zanurzały się w oceanach, otoczone powłokami ochronnymi, które absorbowały światło i tlen. Na zewnątrz, po orbicie, krążyły patrolowce, strzegąc opustoszałą planetę przed atakiem wrogiej cywilizacji Zet.

Tak też było tym razem, pod koniec cyklu 7999. Zbliżający się 8000 wprawił dziesięć miliardów mieszkańców O w nastrój oczekiwania i zadumy. Ostatnie dwa tysiące cykli zmieniły obraz Uniwersum. Mieszkańcy O wyrwali swoją planetę z sąsiedztwa spokojnej gwiazdy, aby przenieść ją, otoczoną warstwą sztucznej atmosfery, na spiralną orbitę trzech gwiazd. Była to niespokojna, ale świetna kryjówka dla przetrwania ich cywilizacji O, mądrej i pokojowej formy istnienia, którą rozwijali od siedmiu tysięcy cykli do czasu pojawienia się planety Zet w sąsiedniej galaktyce.

Zakończył się wspaniały spektakl zanurzenia wysp-kontynentów. Nad horyzont powoli wzniosła się groźna czerwona tarcza z długimi językami nuklearnych eksplozji, trzecia gwiazda. Zamknięto ostatnie włazy i zabezpieczono komunikację z powierzchnią. Sto tysięcy kandydatów na pilotów zgromadziło się znów w audytorium Najwyższej Rady. Umieszczono je tuż pod powierzchnią, aby umożliwić obserwowanie przez krystaliczne powłoki zarówno Uniwersum, jak i głębi oceanu. Tłum młodych słuchaczy falował, wymieniając telepatycznie pozdrowienia, żarty i uwagi. Powoli uciszył się na widok smukłej krystalicznej sylwetki profesora O-y7nS28a, który pojawił się wysoko na galerii. Kandydaci włączyli holograficzne dyski pamięci, sto tysięcy głów rozbłysło tęczowymi barwami. Umysł profesora Oy łączył się z centralnym reaktorem mocy i wiedzy. Pod kopułę powoli uniósł się trójwymiarowy napis:

Próba uwolnienia Wielkiego Mistrza i jak to się jeszcze nie skończyło.

Napis był kolorowy, falował lekko. Głowę profesora O-y wypełniły strumienie różnobarwnego światła, rozeszły się po krystalicznym ciele. Profesor skupiał się, jego mózg porządkował dane, tworząc przy okazji imponujący spektakl.

Mieszkańcy O byli wdzięczni profesorowi, że ponad miarę przedłużał swój byt i dzięki temu wyjątkowy umysł i wiedzę poświęcał kolejnym pokoleniom. Mógł przecież przestać istnieć i wrócić jako osesek, aby po raz kolejny zaznać rozrywek młodości. Każdy dorosły wspominał ten czas z przyjemnością. Utyskiwano nawet, że wyznaczone minimum trzystu cykli to za długi czas życia. Po cichu zazdroszczono pilotom patrolowców, którzy tracili byt w kosmicznej potyczce ze statkami wojennymi Zet. Naturalnie pod warunkiem, że w celu odtworzenia została przechwycona i przywieziona na O ich esencja. Siedemset cykli profesora O-y traktowano jak dar dla mieszkańców planety O.

Sędziwy wykładowca ponownie skupił uwagę na słuchaczach. Spostrzegł, że wiele spojrzeń i umysłów obserwuje coś za nim. Odwrócił wewnętrzny wzrok i ujrzał Gonoropławca, odtworzoną z genów, niegdyś krwawą bestię z głębin oceanu. Przerobiony na roślinożercę olbrzym wolno przeżuwał kawał wodorostu za kryształową ścianą audytorium, wpatrując się w profesora. Krótki błysk światła połączył głowę wykładowcy i Gonoropławca, jakby profesor polecił: Zmiataj stąd, na co czekasz? Olbrzym pochylił łeb i znieruchomiał. Wielkie ślepia wyrażały lęk, mały mózg wolno przerabiał sygnał. Nagle potwór zrozumiał, wypluł resztki wodorostu, zwinął długie cielsko i zanurkował pod przezroczystą posadzkę sali. Słuchacze ujrzeli, jak spłoszony Gonoropławiec błyskawicznie znika w czerni oceanu. Profesor O-y uśmiechnął się z satysfakcją; wpływanie na umysły innych gatunków było jego ulubioną rozrywką.

– Drodzy, przenikliwi i nieprzewidywalni młodzi współplemieńcy, osobnicy O, niech wasze umysły pozostaną niezmącone przez następne dziesięć tysięcy cykli, aż do Niewyobrażalnego Końca Wszystkiego i Wszędzie – podjął profesor.

Przez tłum kandydatów na pilotów przebiegł szmer wyrażający akceptację, sto tysięcy głów zabłysło fosforyzującym zielonkawym światłem, wyrażającym szacunek i uwagę. Profesor mówił i emitował dalej, a jego słowa, myśli i obrazy falowały kolorowymi pasmami pod kopułą wielkiej sali Najwyższej Rady. Wyświetlały się też na miliardach osobistych ekranów mieszkańców O, gdziekolwiek przebywali, nawet na najdalszych statkach, patrolujących Uniwersum.

***

Docierały również do umysłów, dla których nie były przeznaczone. W wielkiej kopule, na szczycie olbrzymiej wieży, która sięgała ponad atmosferę planety Zet, myśli profesora O-y pojawiały się w formie krótkotrwałego błysku, który znikał w ciemnych głowach Czterech Brainmanów1. Tytułowani przez podbite i skolonizowane planety Najwspanialszymi Żyjącymi Istotami, powoli wchłaniali kolorowy przekaz wykładu, przechwycony i transmitowany z pomocą szpiegowskiego patrolowca Zet.

Cztery połyskujące czarne sylwetki tkwiły w milczeniu, jak kryształowe obeliski lub gigantyczne odwłoki owada. Olbrzymią powierzchnię poniżej szczelnie wypełniała milionowa armia. Żaden z żołnierzy nie emitował światła, głowy i ciała mieszkańców Zet stanowiły nieprzeniknioną powierzchnię. Czarna, równo oddychająca masa, prawie niewidoczna w półmroku. Osobnicy, którzy na planecie Zet odważyli się ujawniać myśli lub emocje, byli poddawani transformacji w roboty. Roboty wysyłano pod powierzchnię planety do eksploatacji energii śmiercionośnej plazmy.

Przebłyski indywidualnych myśli lub uczuć należały do rzadkości. Świeżo urodzony osobnik Zet otrzymywał szczątkowy aparat myślowy, potrzebny do wykonywania zadań. Populacja Zet była podzielona na dwie części: miliard robotników i nieliczną kastę żołnierzy, pilotów Zet. Czterej Brainmani byli jedynymi, którzy zachowali pełną, nieograniczoną władzę uwolnionego umysłu, zwaną brainpower2.

Brainmani nie przestawali czuwać. Ich mózgi przetwarzały biliony danych z Uniwersum, tworzyły plany i wydawały rozkazy. Czterej nie męczyli się, nie starzeli i nieustannie przedłużali swój byt. Planeta Zet funkcjonowała jak doskonała olbrzymia termitiera, poddana ich woli. Genetycznie nieprzydatnych selekcjonowano i przetwarzano na materiały wtórne. Miliard robotników Zet pracował w stanie zbiorowej hipnozy. W miarę ponoszonych strat Brainmani budzili do stanu świadomości kolejne miliony osobników i wcielali ich do armii. Szkolenie pilotów trwało nieustannie, eskadry bojowych okrętów wciąż startowały na podbój Uniwersum. Piloci najczęściej kończyli żywot przyciągnięci grawitacją gwiazd lub w otchłani czarnej dziury, zdecydowanie rzadziej w potyczkach ze statkami innych cywilizacji, ponieważ przewaga technologii Zet była miażdżąca. Jeśli wracali, to odbierano im świadomość i stawali się robotnikami. Brainmani nie ryzykowali, kontakty z innymi cywilizacjami mogły nasunąć niebezpieczne dla panujących myśli. Eliminowali z mózgów pilotów lęk przed niebytem. Mieszkańcy Zet gardzili życiem własnym i cudzym, nie czuli strachu, byli więc wojownikami idealnymi. Z taką armią planeta Zet opanowała prawie całe Uniwersum.

Gigantyczna kopuła mieniła się ciemnymi kolorami, czasem rozbłyskiwała czerwienią, jakby od wewnętrznych eksplozji. Wola i geniusz Brainmanów pracowały intensywnie. Trwały przygotowania do następnej wyprawy armady Zet, skierowanej na planetę, z której docierał przechwycony strumień informacji. Emitująca myśli wolnych istot O była ostatnią przeszkodą przed objęciem pełnej władzy Brainmanów nad Uniwersum. Wojna trwała tysiąc cykli i mogła zakończyć się tylko poddaniem lub zniszczeniem jednej ze stron. Miejsce ukrycia O właśnie zostało ujawnione przez patrolowce Zet. Gdyby Brainmani chcieli wyrazić zadowolenie, ich czarna kopuła rozświetliłaby się teraz jasnymi kolorami. Energia brainpower dawno jednak wyeliminowała uczucia z nieograniczonych potężnych umysłów.

***

– Jak wiecie, drodzy kandydaci, pięć tysięcy cykli temu na planecie Zet Wielki Mistrz przełamał bariery ograniczające umysł – wibrował i emitował profesor O-y, nieświadomy, do jak niebezpiecznych odbiorców docierają jego myśli. – Zanim to się stało, używaliśmy piętnastu procent obszaru mózgu, podobnie jak Ziemianie zamieszkujący A-180. Uruchomienie całego mózgu było rezultatem oświecenia, którego doznał Wielki Mistrz. Po wielu cyklach studiów i poszukiwań w nagłym błysku zjednoczenia czasu i przestrzeni dostrzegł i zrozumiał, że nic nie istnieje poza energią. Wypełnia ona całe Uniwersum, tworząc wraz z doskonałą inteligencją nieskończoną liczbę form życia i materii. Wielką iluzją jest więc nasze cierpiące „ja”. Jesteśmy częścią Uniwersum, nie istnieją ograniczenia naszego umysłu. Siła uwolnionego umysłu była ogromna, Wieki Mistrz nazwał ją brainpower. Wiele cykli poświęcił na sztukę opanowania tego daru. Kiedy uznał, że jest gotów, podzielił się wiedzą z czterema najbliższymi uczniami, po czym opuścił ukochaną, piękną planetę Zet i wyruszył w podróż po Uniwersum w poszukiwaniu jeszcze większej doskonałości.

Zgodnie z zaleceniem Wielkiego Mistrza, Czterej Brainmani rozpoczęli edukację mieszkańców planety Zet. Zlikwidowano bariery lęku, chorób i śmierci. Zniknęły konflikty zbrojne, opanowano zatrucie gruntu i atmosfery. Mieszkańcy planety Zet poczuli się szczęśliwi i spełnieni, całą energię skierowali ku otwieraniu i używaniu swoich umysłów. Powstała zupełnie nowa istota, z ciałem i mózgiem potrafiącymi panować nad czasem i przestrzenią, niezdolna do zła. Nastąpił błyskawiczny rozwój nauki i techniki. Tworzono plany wydobywania z niewiedzy innych cywilizacji. Wydawało się, że nic nie powstrzyma dobroczynnego wpływu Zet na Uniwersum.

Niestety, potęga rodzi pokusę objęcia władzy nad słabszymi istotami. Czterej Brainmani byli niecierpliwi, według nich zmiany w umysłach mieszkańców Zet dokonywały się zbyt wolno. Podporządkowali sobie planetę. Zlikwidowali wolną myśl, potem wolność osobistą. Stworzyli potężną armię i ruszyli na podbój Uniwersum. Brainpower zapewniła im wielką przewagę nad innymi cywilizacjami. Bardzo szybko większość planet w tej galaktyce stała się koloniami Zet.

Brainmani gardzili słabszymi, nieoświeconymi umysłami, mianowali się Najwspanialszymi Żyjącymi Istotami, kazali oddawać sobie boską cześć. Chcieli zapanować nad całym Uniwersum. Miliardy mieszkańców Zet i skolonizowanych planet wtrącali w stan półuśpienia, tworząc bezmyślnych robotników i niezwyciężoną armię.

Po powrocie na planetę Zet Wielki Mistrz przeraził się ogromem zła i potęgą Brainmanów. Nie wypowiedział im wojny, ponieważ doprowadziłoby to do ogromnego cierpienia i unicestwienia bytów. Przepełniony smutkiem i poczuciem winy, Wielki Mistrz opuścił ukochaną planetę zmienioną w fabrykę zagłady. Następne tysiąc cykli spędził, medytując, unoszony w pustce Uniwersum. Miotany kosmicznymi wiatrami i mrożony w samotności mgławic, doznał kolejnego oświecenia. Brainpower zmienił w potęgę umysłu niezdolną do czynienia zła, którą nazwał brainlight3. Następnie Wielki Mistrz znów wyruszył w drogę w poszukiwaniu kolejnych cywilizacji. Niestety, zostało niewiele wolnych planet, a inne były zbyt prymitywne, aby przyjąć naukę o oświeceniu. Dwa tysiące cykli temu Wielki Mistrz dotarł wreszcie na naszą O.

Byliśmy podbici, stawaliśmy się kolonią Zet, lecz nie do końca pozbawiono nas wolnej woli. Wielki Mistrz otworzył przed nami energię brainlight, wyczyścił nasze umysły z poddaństwa. Odrzuciliśmy wolę Czterech Brainmanów. Nasze patrolowce wzbiły się w Uniwersum i stawiły czoło wojennym statkom Zet. Wyzwalane przez nas planety stworzyły Związek Wolnych i rozpoczęła się długa wojna o wolność Uniwersum. Potęga Brainmanów zwróciła się przeciw nam. Musieliśmy, pokonując tunel czasoprzestrzeni, przenieść O w ten niespokojny, ale dobrze ukryty rejon, z dala od ich galaktyki. Od tej pory wolna transmisja myśli skutecznie przeciwstawia się potędze Zet, lecz nie bez ofiar. Wiele planet zostało unicestwionych, znikły biliony istnień. Tysiące naszych patrolowców nie powróciło.

W audytorium zapadło milczenie dla uczczenia wszystkich, którzy przepadli w otchłani Uniwersum, unicestwieni w walkach. Profesor emitował dalej.

– Wojna ciągnie się do dziś. Związek Wolnych nie był dość silny, aby pokonać Zet. Nie potrafiliśmy też obronić Wielkiego Mistrza przed zemstą Brainmanów. Nie zdążył albo nie chciał przekazać nam wszystkich tajemnic. Nie nauczył nas, jak pozbyć się wstrętu do zabijania. To słabość brainlight, która nie jest problemem dla osobników posługujących się brainpower. Czterej Brainmani wydali na Wielkiego Mistrza wyrok, w następstwie czego został podstępnie pochwycony. Nie odważyli się go unicestwić ani uwięzić na planecie Zet. Wybrali małą, odległą planetę. Nazywano ją A-180, jak pozostałe dwieście planet tego typu.

Pod sklepieniem audytorium pojawiła się wielka mapa Uniwersum. Przesuwały się mgławice, rozbłyskiwały eksplozje supernowych, czarne dziury wchłaniały galaktyki. Wreszcie w pobliżu niewielkiej gwiazdy pojawił się świecący mały punkt. Wibracje profesora otoczyły ten rejon kolorową wstęgą.

– Oto jeden z dwustu układów A, prawie pusty 180, z jedną gwiazdą i tylko jedną zamieszkaną planetą. Planety typu A znajdują się we wczesnej fazie rozwoju i nie liczą się w zmaganiach Uniwersum. Mieszkańcy A-180 domyślają się istnienia innych cywilizacji, nadal jednak uważają się za centrum tak zwanego świata. Pomimo to niszczą swoją planetę wojnami i prymitywnymi, trującymi technikami. Brainmani uznali, że mieszkańcy A-180 są zbyt zacofani, aby zmienić ich planetę w kolonię do czasu, kiedy nie okaże się to konieczne.

Trójwymiarowy obraz A-180 zbliżał się. Planeta stała się granatowa, można było rozróżnić kształty mórz i pięciu kontynentów. Fale jednego z oceanów rozstąpiły się, w miarę zbliżania się do dna błękitna woda sczerniała. Myśli profesora też pociemniały pod wpływem ponurej wizji.

– Odległa i odsunięta A-180 nadawała się na więzienie. Jak wiecie, Wielki Mistrz pierwszy zrezygnował z prymitywnej, krótkotrwałej formy ciała i przyjął postać ciekłego kryształu. Nasze krystaliczne ciała odporne są na urazy mechaniczne i zmiany temperatur. Pozwalają na komunikację całą powierzchnią, przechowują biliony informacji, łatwo pokonują czas i przestrzeń. Mamy jednak ograniczenia, nie wytrzymujemy temperatur powyżej tysiąca stopni, a w pobliżu zera absolutnego przestajemy funkcjonować. Nie giniemy, ale ulegamy hibernacji.

Brainmani umieścili Wielkiego Mistrza w zamrożonym, wirującym bloku o temperaturze bliskiej absolutnego zera. Ruch wirowy zakłóca fale jego umysłu, uniemożliwia telepatię, hibernacja ogranicza wolę. Blok osadzono na dnie oceanu, w najbardziej niedostępnym miejscu planety A-180. Cała energia Wielkiego Mistrza skupiła się na przetrwaniu. Jego brainlight stała się prawie bezużyteczna. Tylko ktoś, kto zbliżyłby się na odległość spojrzenia, mógłby z nim nawiązać kontakt. Taki śmiałek zostałby jednak zlikwidowany przez roboty, które strzegą wirującego bloku. To wojownicy Zet poddani korekcie ciał i umysłów, zmienieni w maszyny do zabijania. Okręty wojenne Zet pojawiają się często na orbicie A-180, sprawdzają stan podwodnego więzienia Wielkiego Mistrza.

Sto tysięcy słuchaczy wstrzymało oddech. Pod sklepieniem pojawił się świetlisty wirujący cylinder z ukrytym w jego wnętrzu Wielkim Mistrzem. Wokół cylindra powstawały potężne wiry i wyładowania magnetyczne. Od kilkuset ziemskich lat podnosiły temperaturę oceanu, wywoływały huragany i trzęsienia gruntu.

Profesor emitował dalej:

– Dlaczego Zet nie wybrali odludnej planety? Przypuszczamy, że w przypadku odkrycia więzienia Wielkiego Mistrza przeprowadzą kolonizację A-180. Mieszkańcy Ziemi zasilą armię Zet, aby przeciwdziałać próbom uwolnienia więźnia. Nasz Związek Wolnych nie porzucił nadziei odzyskania Wielkiego Mistrza. Wierzymy, że tylko on jest w stanie ostatecznie zakończyć wojnę w Uniwersum. Z chwilą, gdy odnaleźliśmy jego więzienie, czas ruszył z miejsca. Zdecydować się miały losy naszej O oraz wszystkich wolnych istnień. Tak to się zaczęło.

Fale kolorowych obrazów rozwiały się, ich miejsce zajął widok wielkiej metropolii. Ogromna przestrzeń pełna świateł, nad brzegiem ciemnego oceanu. Profesor otoczył obraz metropolii kolorami tęczy.

– Oto jedno z osiedli na A-180. Zatłoczone, zatrute i niebezpieczne, skupiające miliony mieszkańców. Ziemianie nie próbują zmienić tej szkodliwej formy współżycia, są w bardzo wczesnej fazie rozwoju.

Obraz zbliżył się jeszcze bardziej. Pod kopułą pojawiła się jaskrawo oświetlona, duża owalna budowla. Przestrzeń, okoloną zatłoczonymi trybunami, wypełniała zieleń. Nagle rozległ się potężny wrzask wydany przez kilkadziesiąt tysięcy gardeł. Kandydaci na pilotów nie kryli zdumienia, nie spotkali jeszcze podobnej formy zbiorowej ekstazy. Profesor ściszył odtwarzanie dźwięku i wibrował dalej.

– Nie mamy pewności, czy ten spektakl nie jest obrządkiem religijnym. Ziemianie nazywają go futbolem. Polega na walce dwóch drużyn o okrągły, podłużny przedmiot, tak zwaną piłkę. Piłkę należy odebrać przeciwnikom i umieścić na podłożu za końcem boiska. Mieszkańcy A-180 przychodzą w to miejsce tysiącami, cieszą się jak szaleni, kiedy jedna z drużyn przeniesie piłkę. Miliony oglądają spektakl w domach, na ekranach przekaźników. Ziemianie uwielbiają zawodników, którzy odbierają piłkę przeciwnikom lub szybko z nią uciekają. Czczą ich jak bogów i obdzielają darami. Za słabo spenetrowaliśmy A-180, żeby zrozumieć cel tych dziwnych praktyk, nie wiemy, dlaczego uszczęśliwiają lub wpędzają w depresję miliony. Siła uczuć i reakcji wskazuje, że jest to obrządek o ukrytym charakterze religijnym.

III

Nick Gowin śnił na jawie. Nie odrywał wzroku od występu czirliderek, które blisko stanowisk Rangersów tańczyły i zagrzewały zawodników do walki. Ich śpiew i okrzyki tonęły w wyciu dwudziestu tysięcy gardeł na trybunach. Entuzjazm wywołał ostatni niesamowity sprint bożyszcza tłumów, Johna Clondike’a juniora. Nikt nie mógł go powstrzymać. John śmignął, roztrącił przeciwników, jak pocisk przebył ostatnie metry boiska, zwalił z nóg obrońcę i minął białą linię. Zerwał kask, ukląkł na jedno kolano i z jedną dłonią na piersi, drugą delikatnie ułożył piłkę na trawie. Potem zamarł w teatralnej pozie torreadora po zabiciu byka. Wycie trybun zamieniło się w ryk, dwadzieścia czirliderek skoczyło do góry, wydawało się, że pofruną nad boiskiem. Jedna z nich popędziła przez murawę i rzuciła się w ramiona Johna. Na wielkim ekranie zapulsował napis „Przyłożenie!!!”. Potem pojawiły się głowy Johna i czirliderki Susan, złączonych długim pocałunkiem. Trybuny szalały.

W pierwszym rzędzie tańczyła i skakała grupa kilkudziesięciu studentów, wiernych fanów Johna. Ich okrzyki zlały się z rykiem dwudziestu tysięcy kibiców. Pomiędzy wyjącymi ze szczęścia studentami siedzieli nieruchomo Nick Gowin i Rosa Abramm. Obok nich podskakiwał i wrzeszczał Tom Brandecki. Nick przyszedł na mecz, żeby zobaczyć Susan. Rosa, aby być z Nickiem. Tom, by pilnować Rosy.

– Cholera! – zaklął cicho Nick, patrząc, jak zwycięski John unosi w muskularnych ramionach Susan.

– O co ci chodzi?! – krzyknęła mu do ucha Rosa. – Wygraliśmy! Dzięki boskiemu Johnowi, który zasłużył na miłość boskiej Susan! Patrz i podziwiaj nadludzi!

Dookoła nie milkła wrzawa. Wielu kibiców było ubranych w koszulki o kolorach Rangersów, z umieszczonym na nich wizerunkiem twarzy uwielbianego gracza numer 10, Johna Clondike’a.

– Bardzo dobrze – zgodził się ponuro Nick. – Czy możemy już iść?

– Z przyjemnością – odparła Rosa. – Nie wiem, po co tu przyszliśmy. Wrzask jest do nie wytrzymania. To forma samoudręczenia mas, jak myślisz? Pewnie przynosi niezłe dochody laryngologom, o ile głuchota po czymś takim jest uleczalna.

Nick nie odpowiedział. Wstał i ruszył w stronę wyjścia, starając się unikać zderzeń z szalejącymi kibicami. Rosa podniosła się z krzywym uśmiechem. Dobrze wiedziała, po co Nick przyciągnął ją na mecz. Współczuła mu trochę, ale przede wszystkim odczuwała złość. Spojrzała na boisko. John Clondike płynął na ramionach fanów. Uniósł ręce, jego bezbłędny uśmiech zwielokrotniał telebim umieszczony nad stadionem. Za Johnem niesiono czirliderkę Susan Linsday, która parę dni temu zdobyła tytuł Najpiękniejszej Studentki. Rosa skrzywiła się z niesmakiem.

– Cyrk – powiedziała cicho.

– Co mówisz?! – krzyknął Tom Brandecki, chwytając Rosę za ramię. Oczy mu błyszczały, policzki były czerwone. – Wygraliśmy! – wykrzyknął radośnie i z rozpędu pocałował Rosę w oba policzki.

– Widziałam – zgodziła się Rosa, odsuwając się z uprzejmym grymasem. – A Nick znów przegrał.

– Nick postawił na Byków? – zdziwił się Tom. – Biedaczek, nie ma pojęcia o futbolu.

– Właśnie, najmniejszego – potwierdziła Rosa i ruszyła w stronę bramy stadionu, w której znikał Nick.

– Wpadnij o dziesiątej do klubu „Kosmicznych Zdobywców” na opijanie zwycięstwa! – krzyknął Tom. – Będziesz, prawda?

– Oczywiście. – Rosa machnęła ręką – Zarezerwuj mi miejsce obok Johna. Kompletnie mi odbiło na jego punkcie. Jest boski!

– Co takiego? – zapytał Tom i wyraźnie rozczarowany, znieruchomiał z otwartymi ustami.

Przy wyjściu kłębił się tłum rozgadanych i roześmianych kibiców. Rosa przyspieszyła kroku, nie widząc szczupłej sylwetki Nicka. Narażając się na docinki i gniewne okrzyki, przepchnęła się wreszcie przez bramę i wybiegła na zewnątrz. Trąbiące triumfalnie, ruszające samochody i motory niemal uniemożliwiały poruszanie się.

– Psiakrew! – zaklęła Rosa i zatrzymała się zdyszana na trawniku. – Nie znam większego głupca!

Troje kibiców odwróciło się na dźwięk jej okrzyku. Ze zdziwieniem dostrzegli łzy w oczach szczupłej, krótko ostrzyżonej szatynki. Nie pasowały do atmosfery zwycięstwa.

***

Na miejscu smutnej twarzy Rosy pojawiła się granatowa półkula atmosfery, za nią było widać czarną otchłań Uniwersum. Obrazy zmieniające się nad głową profesora O-y przyspieszyły. Wystrzeliwane wiązki promieni n-beta wyglądały jak krótkie ślady meteorytów.

Trafiony trzykrotnie patrolowiec O gwałtownymi manewrami ratował się przed zniszczeniem. Ciemny bolid Zet zbliżał się na odległość ostatniego, śmiertelnego strzału. O-2s i O-5a, piloci patrolowca, rozpaczliwym manewrem pchnęli swój statek powietrzny w pionową spiralę, w stronę błękitnozielonej powierzchni A-180. Wyrównali tuż nad oceanem i pomknęli nisko nad falami, ostrymi skrętami unikając uderzeń promieniami lecącego wyżej Zeta. Wiązki n-beta trafiały w morską wodę, tworzyły głębokie bruzdy i wzbijały fontanny gotującej się wody i obłoki pary. Nie mogło to trwać wiecznie, lada moment kolejny strzał musiał trafić i spalić patrolowiec O.

O-2s nie spuszczał wzroku z ekranu, na którym widział pędzący nad nimi ciemny bolid Zet. Skoncentrowany umysł pierwszego pilota błyskawicznie reagował na rozbłyski wystrzałów i strumienie śmiercionośnej energii – rzucał patrolowcem na boki. Nie było to łatwe, uszkodzone trafieniami powłoki spowalniały ruchy statku, nie pozwalały na skok w nadprzestrzeń.

Drugi pilot, O-5a, szybko skanował przestrzeń planety. Zauważył coś i wyemitował ostry sygnał. Receptory obu pilotów skupiły się na obrazie wielkiej metropolii leżącej nad brzegiem oceanu. Obaj wiedzieli, że statki Zet przestrzegały zasady nieujawniania się i nieprzenoszenia konfliktu na A-180 do czasu, kiedy Brainmani zdecydują inaczej. To była szansa na ocalenie, natychmiast musieli się ukryć, naprawić uszkodzone powłoki.

Patrolowiec O zrobił ostry zwrot, uniknął serii promieni n-beta i pomknął w stronę świateł metropolii. Za nim podążył nieubłagany cień bolidu Zet.

***

Od zakończenia meczu minęły trzy godziny. Boisko i stadion były puste. Na środku zielonej murawy w światłach kilku reflektorów tkwiła samotna sylwetka Nicka. Posuwał się powoli, prowadząc mały wózek na dwóch kółkach, uzupełniał zniszczenia i zbierał wyrwane kępy trawy. W ten sposób dorabiał do stypendium, które zdobył jako jeden z dziesięciu wyróżnionych studentów pierwszego roku wydziału bioinżynierii. Doszedł do końca boiska i zatrzymał się w miejscu triumfalnego przyłożenia Johna. Tam, gdzie John odbił się do ostatniego skoku, trawa była wyrwana. Nick starannie wyciął kwadrat, wziął z wózka kawałek świeżej murawy i załatał dziurę. Zrobił to z zaciętą i nieruchomą twarzą. Sceny, które ujrzał pod koniec meczu, wystarczyły, aby zrozumieć, jak żałosne były starania ostatnich tygodni, które podjął od chwili, gdy ujrzał Susan.

***

Przez cały tydzień Nick użył wszystkich zasobów inteligencji oraz swoich i Rosy znajomości i przyjaźni. Użył i mocno nadwerężył. Po czterech dniach przekonywania i błagań udało mu się zdobyć kartę elitarnego klubu „Kosmicznych Zdobywców”. Jego członkowie jeździli ryczącymi potworami na dwóch kołach, nosili czarne skórzane stroje i mieli prawo wstępu do klubu „Na Orbicie”. Klub ten był miejscem spotkań najlepszych, najbardziej cool i trendy studentów uniwersytetu. Rządziły tam szaleństwo, szybkość, hip hop i break dance oraz John Clondike, który poza mercedesem cabrio był oczywiście właścicielem najbardziej trendy i cool potwora marki Bugatti. Od tygodnia u boku Johna królowała Susan, jej wyczyny w hip hopie i break dance dorównywały jej urodzie, sławie czirliderki i dziewczyny Johna.

Po dniach upokarzających targów, pożyczek i negocjacji Nick stał się właścicielem motocykla i czarnej skórzanej kurtki. Zadłużył się do końca studiów. Poza tym za wstęp do klubu zobowiązał się przeciągnąć przez egzaminy grupę klubowiczów, którym szybkość i break dance uniemożliwiały naukę. Nie liczył się z niczym. Nie słuchał Rosy, która próbowała go przekonać, że to droga do zawalenia egzaminów i pogrzebania życiowych planów. Trzy długie wieczory i noce przesiedział samotnie w najciemniejszym kącie klubu, pocąc się w za dużej kurtce i sącząc obrzydliwą lemoniadę z piwem. Przez trzy wieczory i noce był świadkiem triumfu Johna i Susan, po czym nad ranem musiał przyglądać się bezradnie, jak oboje odjeżdżają z rykiem silnika motocykla Bugatti. Czwartego dnia wreszcie nadeszła chwila, na którą czekał. Ze swojego ukrycia zobaczył, jak John i Susan przerywają taniec i kłócą się zawzięcie. Potem John ruszył do wyjścia, ze wściekłą miną roztrącając tłum.

Nie było chwili do stracenia, Nick odetchnął głębiej, przedarł się przez tańczących i stanął przed Susan. Spocony, w przekrzywionej kurtce i z zamglonym wzrokiem, wyszeptał z wysiłkiem coś, czego sam nie słyszał w ogłuszającym hałasie. Susan też nie mogła usłyszeć. I całe szczęście, inaczej do końca studiów wyznanie Nicka byłoby przedmiotem kpin i żartów.

– Jestem Nick, zatańcz ze mną, a ja chętnie ożenię się z tobą – wymamrotał, z lękiem patrząc w zielone oczy. – Nawet dziś – dodał szeptem.

– Dobrze, chodź – odpowiedziała Susan, nie zrozumiawszy ani słowa.

Nick nie wiedział, która część jego oferty zadziałała, taniec czy ślub. Zanim zdążył o to zapytać, Susan ruszyła w stronę wyjścia. Nie chodzi o taniec, przemknęło przez oszołomioną głowę Nicka. Ślub! Podążył za Susan niczym lunatyk, na nogach jak z waty. Wiedział, że jako mąż będzie musiał zapewnić jej nieustające rozrywki oraz luksus. W przeciwnym razie jego szczęście nie potrwa długo. Chwilowo nie miał pojęcia, jak to zrobi, ale najważniejsza była nagła zgoda Susan.

Resztę wieczoru Nick słabo pamiętał. Blisko półgodzinna jazda motocyklem we dwójkę, z przytuloną do jego pleców boginią, na trasie pomiędzy klubem a domem rodziców Susan, w Upper East Side, na Manhattanie, obok Central Parku. Nick modlił się, żeby nie spotkać policji, nie miał przecież prawa jazdy. Kiedy zahamował przed domem, Susan zeskoczyła z siodełka. Tak szybko, że Nick o mało nie wywalił się razem z ciężkim motorem.

Zamienili parę słów, które z trudem później odtworzył. Susan musnęła policzek Nicka ustami i znikła za bramą domu. Długo stał w miejscu, w którym go zostawiła i rozpamiętywał scenę pożegnania. Analizował zarejestrowany w mózgu niewyraźny film niczym detektyw wynajęty przez zakochanego. W końcu ustalił następującą wersję:

Susan:

– Dzięki. Miło, że mnie odwiozłeś. Jak masz na imię?

Nick:

– Ja? Nick. Pamiętasz mnie?

Susan:

– Jasne, byłeś w klubie i nie pozwoliłeś mi wrócić samej. Jesteś prawdziwym dżentelmenem.

Nick:

– Dzięki, Susan. O której mam jutro przyjechać?

Susan:

– Czy ja wiem? Jak otworzą klub?

Nick:

– Super, będę na pewno.

Susan:

– No to cześć, Dick, do zobaczenia.

Potem na ekranie pojawiał się oszałamiający obraz twarzy Susan. Zbliżała się w zwolnieniu, które wytwarzał mózg Nicka pod wpływem wstrząsu adrenalinowego, jak podczas katastrofy. Film nagle przyspieszał, aktorka-Susan całowała aktora-Nicka w policzek. Potem biegła do drzwi, machała i znikała, zanim aktor-Nick zdążył zapytać, czy ma przyjechać pod jej dom, czy też spotkają się w klubie lub o numer jej telefonu. Tu film się urywał jak w smutnym scenariuszu ze świetnych czasów Hollywood.

Nick nie był pewien, czy Susan zapamiętała jego twarz. Dlaczego nie zdjął hełmu? Czemu nie powiedział czegoś interesującego? Dlaczego nie rozbawił jej do łez dowcipem, nie zapisał się błyskotliwą inteligencją w jej zachwyconej pamięci? Przecież stać go na to! Myśląc o wszystkim, czego nie zrobił, Nick o mało nie wpakował się motorem pod ciężarówkę. Ratując życie, skręcił w bok i z rozpędu przejechał przez krzewy parku. Uderzył z hukiem o pień drzewa, wyleciał w powietrze i wylądował w stawie. Chłodna woda szybko przywróciła mu przytomność. Nic jednak nie mogło przywrócić formy kupionemu za pożyczone pieniądze motocyklowi, który owinął się dookoła pnia drzewa. Tylko błyskawiczna ucieczka przez ciemny park uchroniła Nicka przed spędzeniem nocy w komisariacie policji, która zjawiła się niebawem.

Przez następne dni Nick setki razy analizował znaczenie każdego słowa i gestu Susan. Tam i z powrotem przewijał w udręczonym mózgu taśmę filmu pod tytułem „Susan i Nick”. Nie potrafił zdecydować, czy odniósł sukces. Dlaczego nazwała go Dickiem? Zapytana o zdanie, Rosa wysłuchała relacji i oświadczyła, że to początek długiego uczucia Nicka-Dicka i Susan Linsday, które zwieńczy ślub, a potem czwórka dzieci i namiętne szczęście po grób.

– Zakochane kobiety mylą imiona wybranków i uciekają w popłochu. To emocjonalna panika, typowa dla dziewic. Idealnie pasuje do Susan. – Rosa zakończyła swój wywód z powagą.

Nick był wdzięczny, podzielał zdanie Rosy i czuł się rewelacyjnie. Przez kilka dni chodził w uniesieniu i planował następną randkę, która miała ośmielić „jego kochaną Su”.

Nie będę obcesowy, jak ostatnio, obiecywał sobie. Opowiem jej parę lekkich dowcipów, zabiorę do ogrodu zoologicznego, pokażę zakochane zwierzęta. Nie małpy oczywiście, jakieś ptaszki. To musi zadziałać, przez analogię. I tak dalej. Aż do dzisiejszego meczu, podczas którego Nick zobaczył Susan w objęciach Johna, a także namiętny pocałunek na telebimie. Marzenia zderzyły się z rzeczywistością. Ze ściany drwiąco szczerzyła się do Nicka jego własna głupota. Przywrócony rozsądek piekł wstydem. Co na jego temat musiała myśleć Rosa!

– Nick! – rozległo się na ciemnym stadionie. Przez chwilę był przekonany, że to echo jego myśli. – Nick! – usłyszał znów i oprzytomniał.

Głos nie miał modulacji i pięknej barwy głosu Susan ani wesołego tonu Rosy. Był męski, chropawy i dobiegał ze wszystkich megafonów stadionu.

– Ty, na dole, głuchy jesteś? – odbiło się znów echem od pustych trybun.

Zaskoczony Nick podniósł głowę. Wysoko, w oświetlonych oknach na koronie stadionu zobaczył dwie sylwetki, białą i błękitną. Z tej odległości nie mógł dojrzeć, że stał tam John Clondike w białym, miękkim swetrze zarzuconym na ramiona. Ani że błękit obok to była sukienka Susan.

John trzymał w dłoni mikrofon i patrzył przez szybę w dół.

– Nick – powiedział znów do mikrofonu. – Znalazłeś ślady mojego zwycięstwa?

Dłoń Johna opadła na przyciski pulpitu i stadion zalało jaskrawe światło jupiterów. Stojący w drzwiach dyspozytorni strażnik poruszył się niespokojnie.

– Panie Clondike, mogą mnie wyrzucić z pracy.

– Nie martw się, Bob – rzucił przez ramię John. – Ja tu rządzę.

– Pokazał ruchem głowy na Susan. – Trzy dni temu moja królowa miała kaprys poprosić tego grzebacza traw, żeby zabrał ją na przejażdżkę. – Wskazujący palec Johna skierowany był w dół, w stronę zalanej światłem murawy i małej sylwetki Nicka.

– Przestań, John – poprosiła Susan z lekkim grymasem, który miał wyrażać nudę, ale maskował niepokój. Jakaś zazdrosna plotkara doniosła Johnowi, że Nick odwiózł Susan motorem do domu. John natychmiast oświadczył, że wyjaśni to z Nickiem. Pochlebiało to Susan, ale także budziło obawę. Poza tym maniery Johna zaczynały ją męczyć. – Nie jestem twoją własnością – powiedziała. – Wracam do domu.

– Zaczekaj, kochanie! – John chwycił Susan za ramię. – Dopiero zaczęliśmy. Obiecuję, że będzie wesoło. – Obrzucił twarz Susan najlepszym ze swoich aksamitnych spojrzeń. – Bardzo proszę!

– No dobrze – zgodziła się z westchnieniem Susan. – Obiecaj, że nie zrobisz mu krzywdy.

– Żartujesz, Su! Krzywdy? Za to, że cię dotknął? Zamierzam go tylko trochę zabić.

Strażnik za ich plecami zachichotał, John spojrzał na niego wesoło.

– Przyjrzyj się, Bob, rozegram najlepszy z moich meczów.

Tymczasem Nick oderwał wzrok od okien. Nie miał pojęcia, kto to był ani czego chciał. Zebrał narzędzia pracy, włożył je do wózka i ruszył w stronę bramy.

– Poczekaj, gdzie idziesz! – rozległo się znów z megafonów. – Chcesz zawalczyć o najwyższe trofeum? Dziś stoisz przed wielką szansą, dostaniesz lekcję gry od mistrza! Jeśli wygrasz, Susan jest twoja!

– Przesadzasz – skrzywiła się Susan.

Nick zatrzymał się jak wryty. Na wielkim ekranie wyświetliła się nagle jego twarz, na której malowało się zaskoczenie. Ktoś uruchomił i skierował na niego kamerę. Nad stadionem przetoczył się śmiech Johna.

– Popatrz na ten cielęcy wzrok! – zadudniły megafony. – On cię naprawdę kocha!

– John – wyszeptał do siebie Nick. – Dowiedział się o mnie i Susan. – Inteligencja Nicka obudziła się wreszcie, ale ustąpiła miejsca urażonej ambicji. – Dobrze! – warknął i zacisnął pięści. – Niech się zdecyduje raz na zawsze. – Nick uniósł głowę i wrzasnął: – Czekam na ciebie, Johnie Clondike! Ty albo ja, zostanie tylko jeden!

– Widzisz! – Roześmiany John już zakładał hełm i naramienniki zawodnika. Pokazał dłonią na Nicka. – Dopięłaś swego, zginie za miłość, cytując stare filmy. – John wciągnął rękawice, chwycił plecak i wybiegł z dyspozytorni.

– Co on tam ma, chyba nie broń? Czy mam zadzwonić po policję, proszę pani? – zapytał zaniepokojony strażnik.

– Nie. Bob, oni tak żartują. To tylko duzi chłopcy – odparła Susan, patrząc jednak z niepokojem na boisko.

Minęła niecała minuta i z tunelu wybiegł John. Z góry jego sylwetka wydała się niewielka. Sprężysty bieg i pochylona jak u byka głowa w zawodniczym hełmie z kratą na twarzy świadczyły o determinacji. Nick czekał na środku murawy. W oknach dyspozytora nadal widział szczupłą sylwetkę w błękitnym kolorze. Susan chciała pojedynku, rycerskiego turnieju o jej rękę.

– Niech tak będzie! Zostanie tylko jeden! – powtórzył po cichu i spojrzał groźnie w stronę tunelu dla zawodników.

John zbliżał się do Nicka w rytmie zawodowca. Przyspieszył ostatnie kilka kroków, zamachnął się i z potężną siłą wyrzucił do przodu prawe ramię. Ciemny przedmiot pofrunął, koziołkując w powietrzu. Zaskoczony Nick otrzymał silny cios w pierś. Jego stopy oderwały się od murawy, przeleciał metr, upadł na plecy i cały obolały znieruchomiał, rozpaczliwie łapiąc powietrze w płuca. John zatrzymał się, odwrócił do budynku dyspozytora i uniósł w zwycięskim geście ręce. Susan pomachała dłonią i powiedziała do mikrofonu:

– Widziałam, wygrałeś. Wracajmy, okej?

Głos Susan przywrócił Nickowi oddech i trzeźwość umysłu. Poczuł, że prawą dłonią przyciska do piersi podłużną piłkę, która go powaliła. Susan czekała na jego odpowiedź. Adrenalina napłynęła Nickowi do mózgu z siłą wodospadu. Wyprężył się, podskoczył jak sprężyna i stanął na nogi. W następnej sekundzie runął w stronę Johna, który już szedł w kierunku bramy. Biegnąc, Nick odprowadził dłoń z piłką do tyłu, po czym cisnął nią jak zawodowiec. Poszybowała nad murawą.

Susan zamknęła oczy, strażnik obok niej pochylił się zaniepokojony. John wyczuł albo usłyszał coś i odwrócił się. Nadlatująca piłka trafiła go w środek twarzy. Gdyby nie przyłbica hełmu, skutki byłyby fatalne dla jego męskiej urody. Cios był tak mocny, że John usiadł na trawie, wybałuszając oczy o nieprzytomnym spojrzeniu.

– O, cholera – mruknął strażnik. – Może jednak zadzwonię po gliniarzy.

– Dzwoń, Bob – zgodziła się Susan.

Strażnik szybko ruszył w stronę powieszonego na ścianie telefonu. Tymczasem John potrząsnął głową i spojrzał z niedowierzaniem na piłkę, która zatrzymała się w pobliżu, po czym przeniósł wzrok na Nicka.

– Faul – powiedział spokojnie przytłumionym od bólu i złości głosem. – Nie wolno tak rzucać. Teraz będzie karny i wykluczenie z gry. – John jednym skokiem stanął na nogi.

– John, proszę cię! – odezwały się megafony ostrzegawczym głosem Susan.

Mogła użyć wszystkich zaklęć świata, John Clondike już ruszył, nabierając szybkości. Nick zdążył tylko się pochylić. Zderzyli się. Cios barkiem Johna rozniósłby blok obronny całej drużyny Byków, był jak zderzenie z nosorożcem. Nick z jękiem bólu wbił się w powietrze, przefrunął kilka metrów i zwalił się na murawę. Miał wrażenie, że urwało mu ramię, bark, pół klatki piersiowej i głowę. Leżał jak sparaliżowany, zastanawiając się, czy da sobie radę w życiu bez górnej połowy ciała. Nad nim wyrosła ciemna sylwetka nosorożca Johna.

– Wstawaj zdechlaku, to początek meczu.

– John, jeśli dotkniesz go jeszcze raz, więcej mnie nie zobaczysz! – powiedziały megafony głosem Susan.

Magiczna moc jej głosu znów podziałała na mózg Nicka. Górna część ciała była pozbawiona czucia, ale nogi nagle ożyły i wykonały pchnięcie z chwytem, zapamiętane z lekcji dżudo, na które chodził do szkolnego klubu. John zwalił się z okrzykiem zaskoczenia. Nogi Nicka złapały go w pasie i ścisnęły z taką siłą, że napastnik Rangersów stracił głos.

Leżeli, nie słysząc megafonów, które głosem Susan wymyślały im od idiotów. Nie wiadomo, jak skończyłby się ten turniej adrenaliny i męskiej głupoty, gdyby nagle stadionu nie zalało silne fosforyzujące światło, o wiele potężniejsze od jupiterów.

– Jasna cholera! – powiedział strażnik, ruszając w stronę okna.

– Czego ci gliniarze teraz używają?

***

Profesor O-y swoim zwyczajem przerwał wykład w najciekawszym momencie i przeniknął salę badawczym umysłem. Z zadowoleniem stwierdził najwyższe skupienie stu tysięcy półprzeźroczystych głów.

– Pora nadmienić, iż mieszkańcy planet typu A ulegają silnym, niekontrolowanym emocjom, które na Ziemi nazywają „uczuciami”. Jak już mówiłem, osobnicy z A-180 używają około piętnastu procent mózgów. Są bardzo dzielni, przy takim ograniczeniu przeszli od kamiennych narzędzi i zwierząt pociągowych, do jeżdżących i latających maszyn. Są wolne i zatruwają atmosferę A-180, ale Ziemianie są z nich dumni, nazywają to zagrożenie dla swojego bytu „postępem technologicznym”. Uważają się też za wybitnie inteligentnych. Pomimo to największą rolę w życiu Ziemian odgrywają uczucia. Najmocniejsze uczucie to stan zakochania. Skutek uboczny potrzeby utrzymania gatunku. Zakochanie tworzy u obu płci Ziemian potrzebę dominacji, wzmacnia ego i zwielokrotnia ambicje. Odczuwający stan zakochania osobnik rodzaju męskiego może być niebezpieczny dla siebie i otoczenia. Gwałtownie maleje IQ, wzmaga się potrzeba użycia siły fizycznej, jeśli ktoś stanie na drodze kandydata do szczęścia we dwoje.

IQ zakochanych Nicka Gowina i Johna Clondike’a było w zaniku, wykorzystywali około pięciu procent mózgów. Tyle, ile potrzebują samce A-180, aby unieszkodliwić konkurenta i zdobyć obiekt westchnień, wybraną samicę. Doznaliby zapewne poważnych szkód na ciele, gdyby nad stadionem nie pojawił się patrolowiec O, który wyemitował energię obezwładniającą wszystkie żywe istoty.

Ziemską sekundę wcześniej pilot O-2s błyskawicznie wybrał pustą nieckę stadionu do schronienia się przed pościgiem bolidu Zet. Lądując, uruchomił procedurę wyłączenia ciał i umysłów mieszkańców planety znajdujących się w pobliżu, żeby nie mogli zachować w pamięci kontaktu z obcą cywilizacją. O-2s nie wziął pod uwagę, że jego drugi pilot, O-5a, zaledwie skończył kurs kandydatów. Nie należało pozwolić na spotkanie O-5a z mieszkańcami A-180.

Pierwszy pilot skoncentrował się na naprawie uszkodzonej powłoki. Sprawdzał jednocześnie skanery i nocne niebo w poszukiwaniu bolidu Zet. Nie ufał ustaleniom Brainmanów co do neutralności tej planety.

IV

Podłużny statek dotknął zielonej murawy, zajmując prawie całe boisko. Drugi pilot, O-5a, przeniknął przez materię zewnętrznych powłok i uniósł się nad błyszczącą półprzeźroczystą powierzchnią. Miał zbadać, jak poważne są uszkodzenia. Jego mózg rejestrował i przekazywał do pierwszego pilota informacje o brakujących fragmentach poszycia. Umysł O-5a zanotował obecność czwórki śpiących osobników A-180. Dwóch dostrzegł na trawie obok, pozostałą dwójkę wyczuł w pomieszczeniach okrągłej przeszklonej kopuły nad stadionem. Tymczasem O-2s, pierwszy pilot, włączył systemy naprawcze i patrolowiec zaczął rekonstrukcję zniszczonej tkanki. O-5a przyglądał się, jak głęboka wyrwa w powłoce statku powoli zarasta nową materią.

– Jeszcze jedno trafienie n-beta i nie wrócilibyśmy – wyemitował, zastanawiając się, czy w tej odległej części Uniwersum udałoby się odnaleźć ich rozproszone byty. Zapewne nie. To byłoby dziwne, nigdy już nie być. Odczuwał lekki lęk na myśl o tym stanie. Wiedział, że to odróżniało go od wojowników Zet. Niepokój O-5a przeszkadzał O-2s w skupieniu, wyłączył więc na chwilę ich telepatyczny kontakt. Umysł młodego drugiego pilota zwrócił się w stronę dwóch osobników A-180.

Ziemianie, tak siebie nazywają, przypomniał sobie szkolenie przed wylotem. Ciekawe, jak wygląda ich zablokowany mózg.

Kilkumetrowe, krystaliczne ciało O-5a wolno ruszyło w dół, w stronę zielonej trawy i dwóch śpiących sylwetek. Młody pilot uruchomił skaner, obrazy mózgów Nicka i Johna pojawiły się w jego głowie. Dwie bryły z fragmentami rozświetlonymi lekkim czerwonym światłem. Większa część powierzchni mózgów była ciemna i nieruchoma. O-5a wyemitował zielone światło zdziwienia. Jak to możliwe? – zastanawiał się. Czy w pradawnej przeszłości nasze umysły były tak samo nieczynne? Dlaczego nie otwieramy mózgów wszystkich żywych istot?

***

Pytania młodego O-5a pozostały bez odpowiedzi i był to początek wydarzeń, które wstrząsnęły planetą A-180, a także całym Uniwersum. Historia drugiego pilota, O-5a, i dwóch uśpionych Ziemian dowodzi, że łamanie prawa czasem daje lepsze skutki niż jego przestrzeganie. Nawet jeśli prawo to ustali Najwyższa Rada planety O.

Ostatnie zdanie profesora O-y wywołało poruszenie w tłumie słuchaczy. Sto tysięcy głów wyemitowało zaciekawione, zielono-pomarańczowe światło. Kandydaci na pilotów cenili podważanie autorytetów, jednak czy profesor nie posunął się za daleko? Kwestionowanie prawa Najwyższej Rady stanowiło poważne wykroczenie, przecież trwała wojna z planetą Z, a zachowania pilotów O mogły decydować o bezpieczeństwie ich planety. Profesor zauważył światła wzburzenia kandydatów. Mój mózg zostanie przeskanowany, pomyślał rozbawiony. A niech skanują, w moim wieku mogę sobie pozwolić na wątpliwości i pytania. Poza tym mam rację, niedługo wszyscy się o tym przekonają.

– W każdym razie liczę na to – mruknął do siebie nie bez nuty niepokoju, po czym podjął przerwaną emisję wykładu.

***

Młody pilot O-5a unosił się nad Nickiem i Johnem. W jego umyśle pojawiło się współczucie. Wyobraził sobie miliardy mieszkańców A-180 z zablokowanymi mózgami, pogrążonych we śnie na jawie. Krytykowanie ich cywilizacji i odcinanie się od niej nie było sprawiedliwe. Dlaczego nigdy nie zdjęto z ich mózgów blokady? Co by się stało, gdyby zrobić to z jednym Ziemianinem? Gdyby on, O-5a zrobił to teraz? Umysł młodego pilota zadawał pytania, na które natychmiast otrzymałby odpowiedź na swojej planecie. O-2s też mógł jej udzielić, ale był skupiony na odbudowie powłoki patrolowca.

Odpowiedź brzmiałaby mniej więcej tak:

Przypomnij sobie, pilocie O-5a, podstawowe nauki z pierwszego roku studiów. Filarami brainlight są współczucie i mądrość. Dzięki nim energia uwolnionych, otwartych umysłów nie jest zdolna do czynienia zła. Ziemianie jeszcze nie weszli na ścieżkę mądrości. Poza nielicznymi wyjątkami współodczuwanie ze wszystkim żywymi istotami nie zajęło miejsca w ich umysłach. Otwarcie umysłów Ziemian byłoby bardzo niebezpieczne. Brainlight bez mądrości i współczucia szybko przyjmuje formę brainpower, podstawy złowrogiej potęgi planety Zet. Żadnemu pilotowi O nie wolno nawet pomyśleć o zmianie stanu rzeczy na dwustu planetach typu A.

O-5a nie zadał sobie trudu przywołania nauk. Pokusa wpływu na los sześciu miliardów Ziemian była zbyt duża. Wyciągnął dłoń i delikatnie przesunął przeźroczystymi palcami po głowach Nicka i Johna. Rysy twarzy Nicka były wygładzone, uśmiechał się przez sen. Twarz Johna stężała w zawziętym grymasie, śnił chyba o dalszej walce.

Uśmiechnięty jest z natury mniej agresywny, pomyślał O-5a. Jeśli miał działać, nie mógł zwlekać, zanim O-2s go powstrzyma. O-5a skupił energię i po chwili wyemitował strumień wielobarwnego światła, który powoli wniknął do mózgu Nicka. Jego twarz się ściągnęła, jakby polano ją zimną wodą, oczy się otworzyły, tęczówki zawirowały. Przez kości czaszki widać było półkule mózgu, który wypełnił się kolorami, jakby ktoś wlewał kolorowe płyny do akwarium. Niebieskie, zielone, żółte i czerwone wstęgi wirowały w coraz szybszych splotach. Kora mózgowa Nicka emitowała błyski, cała pokryła się siatką błyskawicznych spięć.

O-5a wiedział, co to oznaczało. W mózgu Ziemianina powstawały biliony nowych połączeń z trylionami informacji. Głową i ciałem Nicka wstrząsały dreszcze. O-5a zaniepokoił się, czy umysł i ciało Ziemianina wytrzymają proces otwierania. Nie przerwał jednak przekazu brainlight. Telepatycznie, dyskretnie sprawdził, czy O-2s nadal skupia się na naprawie patrolowca. Domyślał się, jaka byłaby reakcja pierwszego pilota.

Po paru minutach przekazu ciało Nicka uspokoiło się, tęczówki znieruchomiały, powieki opadły. Błyski w korze mózgowej przygasły, obie półkule zaświeciły równym czerwonym światłem. Potem światło skryło się pod czaszką. Nick poruszył się lekko we śnie i powiedział:

– Mama. Coca cola.

0-5a był ciekaw, co oznaczają te słowa. Coca cola brzmiało jak skrót rytmicznego prawa czasoprzestrzeni. Piloci O często używali takich form. O-5a już chciał połączyć się z mózgiem Nicka i sprawdzić znaczenie kodu, ale w jego umyśle rozległo się pytanie O-2s:

– Co tam robisz, O-5a? Wracaj, odlatujemy.

Młody pilot odwrócił się i zobaczył, że błyszcząca powłoka patrolowca jest kompletna. Po raz ostatni spojrzał na śpiącego Nicka.

– Żegnaj, Ziemianinie – zawibrował cicho. – Może uda ci się poprawić życie na waszej A-180. Niech brainlight ma cię w opiece. I mama coca cola – dodał uprzejmie.

O-2s uruchomił już antygrawitacyjny ciąg patrolowca, statek zaczął lekko drżeć pod wpływem przeciwnych sił. Długie przezroczyste ciało O-5a uniosło się i zanurzyło w powłokę. Bolid wzleciał powoli nad murawę boiska. Zachybotał się lekko, przyśpieszył i nagle znikł. Został po nim tylko jasny błysk na ciemnym tle nieba.

***

Sterowniki statku przejęły kontrolę nad przyspieszeniem i utrzymaniem kursu. O-2s skupił uwagę na umyśle O-5a. To, co zobaczył, sprawiło, że pierwszy pilot zadygotał z irytacji, emitując pomarańczowe światło.

– Najwyższa Rada przeskanuje i wykona korektę twojego mózgu, ostrzegam cię, O-5a! – zawibrował O-2s. – Przede mną możesz ukrywać, co zrobiłeś, ale Rada wyciągnie to z twojego głupiego umysłu!

O-5a milczał. Z uporem powtarzał sobie, że jego intencje były czyste, jest więc bezpieczny.

– Czyste? Bezpieczny? – powtórzył O-2s, a jego głowa zrobiła się fioletowa z gniewu. – Przecież znasz przyczyny blokady mózgów osobników A na wszystkich dwustu planetach tego typu! Już dawno otrzymaliby dar brainlight, gdyby nie wątpliwości Najwyższej Rady. Życie na tych planetach określa błąd genetyczny. Ich mieszkańcy kierują się bezrozumną agresją. Czyż nie tak? Od kiedy osiągnęli wyższy etap ewolucji, odbieranie życia innym osobnikom to ich główne zajęcie. Odżywiają się ciałami słabszych istot ze swojej planety. Wielki Mistrz nie miał wątpliwości, że brainlight na planetach A skończyłby się tragedią brainpower. Wiesz, co to oznacza?

– Siłę bez ograniczeń – odparł automatycznie O-5a, jak na egzaminie.

– Tendencję do niszczenia martwych i żywych przeciwności w celu uzyskania panowania, dla czystej przyjemności władzy. Jak na planecie Zet – dokończył regulaminową odpowiedź zirytowany pierwszy pilot. – Kto cię uczył i egzaminował, kandydacie O-5a? O czym myślałeś na zajęciach z najwyższej etyki brainlight?

– Uważaj! – zawibrował ostrzegawczo O-5a, zadowolony, że odwróci od siebie uwagę pierwszego pilota. Pokazał na ekrany patrolowca, na których właśnie pojawił się trop okrętu Zet.

Od razu umysł O-2s skupił się na przejęciu sterów. Patrolowiec wykonał ochronny manewr i wyemitował trzy widma-sobowtóry. Dwa z nich skręciły i wbiły się w tarczę słońca, ściągając na siebie ewentualny atak wroga. Prawdziwy statek zniknął w przyspieszeniu nadświetlnym. Po chwili bez przeszkód opuścili układ słoneczny, a po kilku mikroparacyklach galaktykę. Czekała ich jeszcze podróż przez tunel czasoprzestrzeni, przenoszący do innego wymiaru. Wprost na planetę O.

***

Patrząc na ekran, pilot Zet, Milion Sto Sześć, skrzywił w pogardliwym grymasie ciemną powłokę twarzy. Manewry patrolowca O były schematyczne, nie uratowałyby go od kolejnego ataku. Milion Sto Sześć skupił jednak uwagę na czymś innym. W miejscu lądowania patrolowca nastąpiła zmiana pól energii, sensory statku poinformowały o tym doskonały umysł pilota. Jego głowa wyemitowała ciemne światło zaskoczenia. Wrogowie pozostawili na tej planecie trwały ślad w mózgu jednego z mieszkańców. Przybliżył obraz na ekranie i rozpoznał znaną mu, nienawistną emanację brainlight. Wydobywała się z głowy uśpionego Ziemianina.

Milion Sto Sześć musiał zareagować, na tej planecie nic nie mogło ulec zmianie. Tu przecież został uwięziony Wielki Mistrz. Najprościej byłoby unicestwić Ziemianina, zanim ocknie się z uśpienia. Milion Sto Sześć poczuł jednak pokusę działania, wpływu na bieg historii. To przecież on odkrył złamanie prawa i on podejmie decyzję o losie tej planety.

Może Czwórka Brainmanów w nagrodę mianuje mnie wodzem wyprawy kolonizacyjnej, zastanawiał się, pozostając w bezpiecznej odległości od planety Zet. Czyli od przeskanowania mózgu i natychmiastowej likwidacji po wykryciu takiej myśli. A może po skolonizowaniu A-180 przyznają mi rangę gubernatora?

Milion Sto Sześć dygotał z ekscytacji, nic nie równało się z władzą nad słabszymi istotami. Powoli zniżył lot statku, w każdej chwili gotów do unicestwiającego strzału plazmą. Śpiący Ziemianin został przecież wyposażony w brainlight. Daleko mu było do zostania Brainmanem i zmierzenia się ze statkiem Zet. Milion Sto Sześć wiedział jednak, jak zaskakujące potrafią być reakcje zaatakowanego brainlight.

Połyskujący ciemny bolid zatrzymał się tuż nad murawą, z trudem mieścił się między trybunami. Bezszelestnie otworzyła się błyszcząca powłoka. Obok Nicka i Johna pojawiła się połyskująca ciemna sylwetka. Panowała cisza. Podłużna czarna głowa pilota Zet przez chwilę obserwowała Nicka, ciemne, ledwo widoczne promienie oplotły jego czaszkę. Nie mogły wniknąć do środka, dostępu broniła formująca się w mózgu energia. Milion Sto Sześć wiedział, co to oznacza. Brainlight zaczął pracę i Ziemianin niedługo będzie dysponował olbrzymią mocą. Należało go natychmiast zniszczyć albo stworzyć potężniejszego przeciwnika. Pilot Zet wydał cichy syk nienawiści, odwrócił się od Nicka i pochylił się nad głową Johna. Po chwili zaczął emitować trójwymiarowe fale.

Minęło kilkanaście sekund, obraz mózgu Johna pojawił się na powierzchni statku Zet jak na gigantycznym ekranie. Obie półkule emitowały pulsujące czerwone światło. Wykrzywione w łuk ciało Johna uniosło się nad murawę, na twarzy malował się ból. Oczy się otworzyły, tęczówki wyglądały jak martwe, choć świeciły w ciemnościach. Przez czaszkę Johna przebiło się fosforyzujące jaskrawe światło. Minęło kilka minut. Ciałem Johna wstrząsały gwałtowne konwulsje. Z ust, nosa i oczu wydobywała się fosforyzująca para, jakby mózg się gotował. Wydawało się, że John zaraz zginie, jego organizm spłonie lub eksploduje. Nagle głowa pilota Zet przerwała emisję, długa czarna sylwetka wyprostowała się. John nadal tkwił kilka stóp nad murawą, ale jego ciało uspokajało się, światło emitowane z głowy osłabło.