Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Londyn, zaraz po wielkiej wojnie. Na początku nikt nie zwraca uwagi na nowe sprzysiężenie, musi się dokonać kilka przestępstw, aby nowa banda została dostrzeżona.
Kim jest Wielka Żaba a kim Numer siódmy? Dlaczego znają każdy ruch Scotland Yardu? Skąd Bractwo Żaby ma pieniądze? Dlaczego jeden z najbogatszych londyńczyków żyje jak nędzarz?
Inspektor policji i młody prokurator próbują odpowiedzieć na te pytania, ale początkowo nie całkiem im się to udaje… Bractwo wyprzedza ich zawsze o krok. Jest po prostu lepiej zorganizowane…
Kryminał w starym, świetnym, brytyjski stylu. Są łajdacy, jest miłość, jest akcja od pierwszego do ostatniego rozdziału, słowem wszystko co trzeba!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 350
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału The Fellowship of the Frog
Copyright © 2026, MG
Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kopiowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych – również częściowe – tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw.
ISBN 978-83-8241-143-0
Projekt okładki: Anna Slotorsz
Zasoby wykorzystane na okładce: adobe stock (©Tanatphong, ©Ajay Shrivastava, ©Msbhai, ©Sweta, ©создать 8 углов,©MdSar)
Korekta: Dorota Ring
Skład: Jacek Antoniuk
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Jest rzeczą zajmującą dla wszystkich studiujących psychologię, że zanim zamożny, lecz z drugiej strony zgoła niepozorny James G. Bliss stał się przedmiotem ich zainteresowania, działalność i rozwój organizacji Żab były prawie zupełnie nieznane. W wielu pismach krajowych ukazały się enigmatyczne wzmianki o bezprawnym charakterze tego stowarzyszenia; pewien niedzielny dziennik dał nawet wesoły artykuł, zatytułowany:
Związek Włóczęgów obiera żabę jako godło swego tajemniczego zakonu.
i podał w humorystycznej formie wyciąg z ich regulaminu i rytuału. Wszędzie słyszało się pytania:
– Czy słyszał pan już o tym nowym związku włóczęgów?
Ukazał się także bardziej poważny artykuł wstępny, traktujący o rozwoju życia związkowego, w którym także została wspomniana organizacja Żab; i aczkolwiek od czasu do czasu pojawiały się wiadomości o tajemniczych przestępstwach, które przypisywano Żabom, to jednak większość obywateli patrzyła na to stowarzyszenie, zakon, czy coś w tym rodzaju, jako na coś zgoła dobroczynnego w swych zamierzeniach i z konieczności ekscentrycznego w swej organizacji, i wychodząc z tego założenia, odnosiła się do niego z pełną wyrozumiałości tolerancją.
Podobnie jak niewiele interesują się ludzie wybuchem groźnej epidemii w odległym kraju, która ich mało dotyczy, a pewnego ranka budzą się nagle w obliczu straszliwej zarazy, pukającej już do ich drzwi – podobnie opinia publiczna została nagle zaalarmowana wyłaniającą się niespodzianie z mgły okropną zjawą.
James G. Bliss handlował stalą i był człowiekiem bardzo znanym na giełdzie. Dzięki szeregowi udanych transakcji handlowych firmie Bliss General Hardware Corporation udało się zdobyć duży majątek. Sam właściciel, osoba wyjątkowo przedsiębiorcza, posiadał ów przywilej, który daje człowiekowi przeciętność, połączona z pewną szczodrobliwością, mianowicie, właściwie nie posiadał wrogów i od czasu, gdy hojność stała się jedną z jego zasad handlowych, nie można było o nim powiedzieć nawet tego, co często mówi się o ludziach biznesu, że największym jego wrogiem był on sam. Posiadał i posiada dotychczas większość akcji B. G. H. Corporation – co jest tym bardziej godne uwagi, że pan Bliss zwykł od czasu do czasu osobiście manipulować ich ceną.
W tym samym momencie, gdy drobna zwyżka giełdowa podniosła ceny akcji Bliss Hardware jednym skokiem z 12,50 na 23,75 punktu, przytrafiło się owo zdumiewające wydarzenie, które zwróciło oczy wszystkich na Bractwo Żab.
Pan Bliss był właścicielem posiadłości ziemskiej w Long Beach w Hampshire. Nazywała się ona „Chatą”, ale była to chata tego rodzaju, jaką mógłby zbudować król Salomon dla królowej Saby, gdyby ten wybitny mąż był dostatecznie obeznany ze współczesnym budownictwem, najnowszymi metodami ogrzewania, oświetlenia i wymaganiami dzisiejszych szoferów. Pod tymi względami pan Bliss okazał się bystrzejszy od Salomona.
Po pracowitym dniu wrócił do swej podmiejskiej posiadłości i przechadzał się po ogrodzie w orzeźwiającym powietrzu wieczora. Był (i jest) żonaty, ale jego żona i dwie córki spędzały właśnie wiosnę w Paryżu – co było o tyle uzasadnione, że wiosna jest jedyną porą roku, gdy Paryż może mieć jakiekolwiek pretensje do miana pięknego miasta.
Wracał właśnie ze stajni i szedł przez park w stronę zarośli otaczających jego posiadłość.
Usłyszawszy jego krzyk, stajenny i parobek pobiegli w stronę lasku i znaleźli nieprzytomnego Blissa na ziemi; jego twarz i ramiona zalane były krwią. Został uderzony jakimś ciężkim przedmiotem: doznał lekkiego pęknięcia kości ciemieniowej, a skóra na głowie była w wielu miejscach przecięta.
Przez trzy tygodnie trwał ten nieszczęsny człowiek zawieszony między życiem a śmiercią, prawie ciągle nieprzytomny; nawet w rzadkich chwilach, gdy odzyskiwał świadomość, nie był w stanie rzucić jakiegokolwiek światła na dokonany na nim zamach lub złożyć w tej sprawie jakiekolwiek zrozumiałe zeznania, z wyjątkiem urywanych słów: „Żaba... żaba... lewa ręka... żaba”.
Było to pierwsze z wielu podobnych przestępstw, pozornie bezsensownych i noszących raczej cechy wybryków, w żadnym wypadku niezwiązanych z rabunkiem i zawsze (z wyjątkiem jednego razu) popełnianych na ludziach zajmujących w hierarchii społecznej nie bardzo wysokie stanowiska.
Żaby stały się natychmiast przedmiotem powszechnego zainteresowania. Okazało się, że epidemia jest już rozpowszechniona, a ludzie, którzy niespecjalnie się tym przejmując, czytywali o pierwszych ofiarach, wtedy jeszcze nielicznych, zaczęli zamykać drzwi na wszystkie spusty, a wychodząc wieczorem, nosić przy sobie broń.
I mądrze robili, gdyż tkwiła w tej organizacji wielka siła, która zrodziła się z lęku i dojrzała w ciemności (ku zdumieniu swego twórcy), rządzona żelazną dłonią.
W centrum organizacji, za licznymi szańcami, siedziała Wielka Żaba, opita władzą, bezlitosna, straszliwa. Jeden człowiek, prowadzący dwa żywoty i używający obydwóch, a przez cały czas smagany lękiem, który tchnął w niego Saul Morris. Zdarzyło się to pewnej mglistej nocy w Londynie, gdy ponure ulice pełne były uzbrojonych policjantów poszukujących człowieka, który między portem Southampton a Cherbourgiem sprzątnął ze skarbca Mantanii trzy miliony funtów szterlingów.
Równocześnie z rozgrzaniem chłodnicy pękła opona. Drugi zbieg okoliczności polegał na tym, że oba te wypadki przydarzyły się w sąsiedztwie willi Maytree Cottage, na gościńcu wiodącym do Horsham. Richard Gordon zatrzymał się przed furtką ogrodową, przyglądając się domowi z epoki elżbietańskiej. Ale jego zaciekawienie nie było jedynie pasją miłośnika architektury.
Aczkolwiek lubił kwiaty, jego wzroku nie przyciągał barwny kobierzec ogrodu. Nie przyciągał go też panujący dokoła porządek ani wykładana czerwonymi cegłami ścieżka, wiodąca do domu, ani nawet śnieżnobiałe firanki w oknach.
Spojrzenie Dicka przyciągnęła ku sobie dziewczyna, siedząca na wyplatanym fotelu pokrytym czerwoną materią, stojącym na niewielkim trawniku, w cieniu drzewa morwowego, z książką w ręku i pudełkiem cukierków obok. Jej włosy lśniły niczym złoto. Cerę miała bez skazy, a gdy zwróciła głowę w jego stronę, ujrzał parę szarych, pytających oczu. Szybko zerwała się na równe nogi.
– Bardzo mi przykro, że pani przeszkodziłem – usprawiedliwiał się Dick, stojąc przed furtką z kapeluszem w ręku. – Ale potrzebuję trochę wody dla mojego biednego, spragnionego auta.
– Niech pan pozwoli za mną na drugą stronę domu, wskażę panu studnię – odpowiedziała dziewczyna, a Dick uświadomił sobie natychmiast, jaki piękny miała głos. Posłusznie poszedł za nią, niezwykle zaciekawiony. W jej głosie brzmiała nuta pewnej wyższości, której powód doskonale rozumiał. Był to ton dorosłej osoby zwracającej się do młodego chłopca. Dick, który skończył niedawno trzydzieści lat, ale wyglądał wciąż na osiemnaście, już niejednokrotnie doświadczył tego tonu „dorosłych” i nieraz się nim ubawił.
– Oto wiadra, a to nasza studnia – rzekła nieznajoma. – Chętnie przysłałabym panu kogoś do pomocy, ale nigdy nie mieliśmy służącej, nie mamy i zapewne nigdy nie będziemy mieć.
– W takim razie jakaś dziewczyna straciła okazję do dobrej służby – rzekł Dick – gdyż uważam, że tu jest czarująco.
Nieznajoma milczała, przyglądając mu się przy napełnianiu wiadra, a Dick odczuwał z jej strony mrożącą obojętność. Ale kiedy zaniósł wiadro do auta, poszła za nim. Okrążyła wielkiego, żółtego Rollsa, przyglądając mu się z zaciekawieniem.
– Nie boi się pan sam prowadzić takie ciężkie auto? – zapytała. – Ja umarłabym ze strachu. Jest olbrzymie!
Dick wyprostował się.
– Lęk? – rzekł z przechwałką w głosie. – To słowo wykreśliłem ze swojego słownika.
Dziewczyna przez chwilę wyglądała na zmieszaną, a potem swobodnie się roześmiała.
– Czy jechał pan przez Welford? – zapytała.
Dick skinął potakująco głową.
– W takim razie zapewne spotkał pan na gościńcu mojego ojca?
– Spotkałem tylko jakiegoś pana w średnim wieku, o posępnym wejrzeniu, lekceważącego dzień świąteczny, gdyż dźwigał na plecach wielką, brązową skrzynkę.
– W którym miejscu go pan minął?
– O dwie mile stąd, może trochę bliżej. – Potem dodał z zakłopotaniem: – Mam nadzieję, że nie opisałem pani ojca?
– Myślę, że to był on – rzekła dziewczyna całkiem niestropiona. – Ojczulek jest fotografem przyrody. Robi filmy z życia ptaków i zwierząt, oczywiście amatorsko.
Dick odniósł wiadro na miejsce, po czym stanął z pewnym wahaniem. Szukał pretekstu do pozostania w tym miejscu jeszcze chwilę i pomyślał, że mógłby coś powiedzieć na temat ogrodu. Trudno jednak stwierdzić, jak dalece zdołałby wyczerpać ten temat rozmowy, gdyż ich tête-à-tête1 przerwał młodzieniec, który ukazał się w drzwiach domu. Był wysoki, przystojny, o atletycznej budowie, mógł mieć koło dwudziestu lat.
– Ella, czy ojciec wrócił? – zaczął, po czym urwał, spojrzawszy na gościa.
– Mój brat – przedstawiła dziewczyna, a Dick Gordon uświadomił sobie, że łatwość i swobodę zawarcia z nią znajomości zawdzięczał jedynie swojemu młodzieńczemu wyglądowi. Okazuje się, że niekiedy dobrze jest być traktowanym jak niepozorny chłopiec. – Powiedziałam mu, że nie powinno się pozwalać młodzieży na prowadzenie takich wielkich aut – rzekła Ella. – Czy przypomina pan sobie to straszne zderzenie na skrzyżowaniu dróg w Norham?
Ray Bennett się roześmiał.
– To wszystko rezultat waszego sprzysiężenia – rzekł. – Wszystko po to, żebym nie dostał motocykla! Ojciec uważa, że przejechałbym kogoś na śmierć, a Ella jest zdania, że sam bym zginął.
W tej chwili Dick ujrzał, jak do domu zbliżał się człowiek, którego minął wcześniej na szosie. Przybyły był wysokiego wzrostu, siwawy i chudy; nieufnie spoglądał na nieznajomego głęboko osadzonymi oczami.
– Dzień dobry – rzekł krótko. – Wypadek?
– Nie, dziękuję. Zabrakło mi tylko wody, a panna...
– Bennett – rzekł nowo przybyły. – Dała mu jej panu. No, to do widzenia. – Usunął się na bok, by przepuścić koło siebie Gordona, ale Dick otworzył furtkę od wewnątrz i czekał, aż właściciel Maytree Cottage wejdzie do ogrodu.
– Moje nazwisko Gordon – rzekł. – Bardzo dziękuję za gościnność.
Starszy pan skinął głową i dźwigając na grzbiecie swą skrzynkę, wszedł do domu. Zaś Dick, niemal zrozpaczony, że będzie musiał już odejść, zwrócił się do dziewczyny:
– Myli się pani, uważając prowadzenie auta za tak trudne. Może zechciałaby pani spróbować? Albo pani brat?
Dziewczyna zawahała się. Ale młody Bennett natychmiast skwapliwie się zgodził:
– Chętnie spróbowałbym, nigdy jeszcze nie prowadziłem porządnej maszyny.
Że potrafił ją prowadzić, wnet się okazało. Przyglądali się oboje, jak auto zatoczyło łuk na zakręcie.
– Nie powinien mu pan na to pozwolić – rzekła Ella, gdy stali i przypatrywali się. – To nie najlepiej zrobi chłopakowi, który zawsze marzy o czymś lepszym niż to, co ma. Zapewne mnie pan nie rozumie? Ray jest bardzo ambitny i śni o bogactwie. Takie auto gotowe mu całkiem przewrócić w głowie.
W tej chwili z domu wyszedł ojciec, a jego twarz spochmurniała, gdy ujrzał parę stojącą przy furtce.
– Pozwolił mu pan prowadzić pański samochód? – zapytał niechętnie. – Wolałbym, żeby pan tego nie robił. To oczywiście bardzo ładnie z pańskiej strony, panie Gordon, ale w przypadku Raya taka grzeczność nie była na miejscu.
– Przykro mi... – rzekł Dick ze skruchą. – Ale oto i on!
Wielkie auto zbliżyło się do nich i zatrzymało przed furtką.
– Wspaniałe! – zawołał Ray Bennett, wyskakując z auta i rzucając na Rollsa spojrzenie, w którem podziw łączył się z zazdrością. – O Boże!... gdyby tylko był mój!
– Ale nie jest twój – przerwał mu ojciec. Potem, jakby żałując szorstkiego tonu, dodał: – Może będziesz miał kiedyś garaż pełen samochodów, Ray!
Dick podszedł, by się pożegnać.
Czekała go jednak miła niespodzianka, gdyż niespodziewanie starszy pan zapytał:
– Czy nie zechciałby pan pozostać, by spożyć z nami skromny posiłek? Przy tej sposobności będzie pan mógł wytłumaczyć temu głuptasowi, że posiadanie wielkiego auta nie zawsze stanowi o szczęściu człowieka.
Pierwszem wrażeniem, jakie Dick odniósł, było zdumienie dziewczyny. Widocznie spotkał go niezwykły zaszczyt.
– Jest pan pierwszym człowiekiem, którego ojciec zaprosił na kolację, prawda, Ray?
Brat się uśmiechnął.
– Ojciec nie jest zbyt towarzyski, to prawda – rzekł. – Ostatnio go prosiłem, aby zaprosił Fila Johnsona na sobotę, ale uśmiercił ten pomysł w zarodku. A przecież stary filozof to poczciwy chłop i prywatny sekretarz szefa. Słyszał pan pewnie o Domu Bankowym Maitlanda?
Dick skinął głową potakująco. Marmurowy pałac na wybrzeżu, w którym bajecznie bogaty pan Maitland otworzył swoje biura, był jednym z najpiękniejszych gmachów Londynu.
– Jestem urzędnikiem wydziału wekslowego w jego biurze – rzekł młodzieniec. – A Fil mógłby dla mnie zrobić bardzo wiele, gdyby ojciec chciał go kiedyś do nas zaprosić. Ale cóż, widocznie jestem skazany na to, by przez całe życie pozostać marnym urzędniczyną.
Dziewczyna położyła mu dłoń na ustach.
– Nie godzi się ganić ojczulka. Możesz być pewny, że jeszcze kiedyś staniesz się bardzo, bardzo bogaty.
Ale młodzieniec rzucił tylko z goryczą:
– Ojczulek wypróbował już wszelkie metody „Jak się wzbogacić”, jakie tylko umysł ludzki...
– No? I?... – Głos zabrzmiał szorstko i drżał z gniewu. Nikt nie zauważył powrotu Johna Bennetta. – Ty każdą pracę spełniasz niechętnie, ale ja... ja próbuję od dwudziestu lat się wybić. Prawda, wypróbowałem każdy głupi plan, jaki się nadarzył... ale robiłem to dla was... – Urwał nagle, spostrzegłszy zmieszanie Gordona. – Zaprosiłem pana na kolację, a tymczasem częstujemy pana swoimi sprawami domowymi – rzekł ze skruchą.
Ujął Dicka pod ramię i poprowadził ścieżką ogrodową ku domowi.
– Właściwie to nie wiem, dlaczego to zrobiłem – rzekł. – Może był to chwilowy impuls, może nieczyste sumienie. Nie pozwalam dzieciom na tyle kontaktów towarzyskich, ile im się należy, bo sam jestem z natury samotnikiem. Ale to marne, że musiał się pan stać przyczyną pierwszej rodzinnej sprzeczki, jaką mieliśmy od wielu lat.
Jego głos i zachowanie zdradzały człowieka wykształconego. Dick bardzo był ciekaw, jaki zawód wykonuje.
Podczas obiadu Ella Bennett siedziała po lewej ręce gościa. Mówiła mało i sama podawała do stołu. Wniosła właśnie owoce, gdy stary Bennett rzekł:
– Sądząc z tego, jak ciekawie się z panem rozmawia, nie jest pan chyba tak młody, na jakiego wygląda, panie Gordon. Ile pan ma lat?
– O, jestem już okropnie stary – rzekł Dick. – Niedawno skończyłem trzydzieści jeden.
– Trzydzieści jeden? – zawołała Ella, okrywając się rumieńcem. – A ja przemawiałam do pana jak do dziecka!
– Może być pani pewna, że istotnie jestem dzieckiem – odparł Dick poważnie. – Chociaż zawodowo prześladuję złodziei, morderców i innych przestępców. Jestem wiceprokuratorem.
Nóż wypadł z ręki Bennetta, uderzając hałaśliwie o stół, a jego twarz pokryła się bladością.
– Gordon! Richard Gordon – rzekł głucho. Na sekundę oczy dwóch mężczyzn spotkały się. Jasnobłękitne i wyblakłe.
– Tak, to moje nazwisko – rzekł Gordon spokojnie – i... zdaje mi się, żeśmy się już kiedyś spotkali!
Wyblakłe oczy nie mrugnęły. Twarz Johna Bennetta była zimna jak maska.
– Spodziewam się, że na pewno nie zawodowo – rzekł, a zabrzmiało to jak wyzwanie.
W drodze powrotnej do Londynu Dick cały czas na próżno wysilał pamięć, ale nie mógł powiązać osoby Johna Bennetta z Horsham z żadnym wydarzeniem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1 (fr.) spotkanie sam na sam ↩
