Wydawca: Instytut Wydawniczy Erica Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 309 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bractwo - Dariusz Domagalski

Rozpoczyna się gra o Bałtyk i Morze Północne!

Rok 1389. Dawno przeminęły czasy wikingów. Hanza niepodzielnie rządzi na Morzu Bałtyckim. Wyładowane towarem pękate kogi niemieckich kupców przemierzają morskie szlaki stanowiąc łakomy kąsek dla morskich rozbójników.

W całym regionie wrze. Wojska duńskie królowej Małgorzaty podbiły już niemal całą Szwecję. Zakon krzyżacki chciwym okiem spogląda na Polskę i Litwę szykując się do walnej rozprawy.

Lecz na Bałtyku wkrótce ma się pojawić nowa siła.

Klaus Störtebeker, rudowłosy żeglarz, najemnik i awanturnik, postanawia wypowiedzieć służbę Hanzie. Porywa statek i wraz z podobnymi sobie wyrzutkami zakłada rozbójnicze Bractwo. Zakładają własne państwo, dysponują zaprzyjaźnionymi portami, w których mogą naprawiać statki , sprzedawać łupy, pić , bić się i bawić do upadłego.

Wkrótce stają się postrachem Północy.

Bractwo to pierwsza część opowieści o początkach krwawej działalności braci witalijskich. Przedstawia niezwykłe dzieje tej jedynej w swoim rodzaju organizacji pirackiej, ukazanej na tle skomplikowanej ówczesnej sytuacji politycznej. Störtebeker i jego kompani, chcąc nie chcąc, musieli się stać elementem gry między Danią, Hanzą, Polską a państwem zakonu krzyżackiego o władzę nad wybrzeżami Bałtyku… 

Opinie o ebooku Bractwo - Dariusz Domagalski

Fragment ebooka Bractwo - Dariusz Domagalski

Redakcja: ARTUR SZREJTER
Korekta: OLGA GORCZYCA-POPŁAWSKA, BARTŁOMIEJ ŁOPATKA
Projekt okładki: MAGDALENA ZAWADZKA
Skład: AGNIESZKA CZULIŃSKA
Copyright © by Dariusz Domagalski, 2013 Copyright © by Instytut Wydawniczy Erica, 2013 Wszelkie prawa zastrzeżone.
ISBN: 978-83-64185-22-9
Instytut Wydawniczy ERICA e-mail: wydawnictwoerica@wp.plwww.WydawnictwoErica.pl Oficjalny sklep www.tetraErica.pl
Konwersja: eLitera s.c.

Morze Bałtyckie

Kwiecień 1389 roku

Śnieżnobiała mewa szybowała nisko nad taflą wody. Kurt Büllenwaver podziwiał jej szeroko rozpostarte skrzydła, zazdroszcząc lekkości oraz gracji, z jaką unosiła się w powietrzu. Sam był otyłym mężczyzną o podwójnym podbródku i fałdach tłuszczu wyraźnie odznaczających się pod zbyt obcisłą szatą. Ubrany w jopulę[1] z czarnego aksamitu obszytego złotą nicią, wyglądał niczym udzielny książę, a nie zwykły hanzeatycki kupiec, będący w morskiej podróży z Lubeki do Gdańska.

Mewa zatoczyła krąg wokół statku i przysiadła na relingu[2] tuż obok Büllenwavera. Zupełnie nie przejmowała się bliskością człowieka. Musiała być przyzwyczajona do olbrzymich drewnianych łodzi, bezceremonialnie wdzierających się na jej terytorium łowieckie. Właśnie tędy, niedaleko plaż Pomorza, przebiegał jeden z najbardziej uczęszczanych szlaków Bałtyku. Odkąd Hanza[3] zdominowała handel na tym morzu, codziennie dziesiątki obładowanych towarami żaglowców wyruszało z jego portów do najdalszych zakątków Europy. Zyski kupców hanzeatyckich były olbrzymie, nic zatem dziwnego, że Kurt Büllenwaver mógł sobie pozwolić na najmodniejsze stroje, a nawet kupno własnej kogi[4].

Mężczyzna z dumą powiódł spojrzeniem po zakupionym niedawno statku, który odbywał swój dziewiczy rejs. „Biała Dama” – bo taką nazwę otrzymała koga – była pękata niczym krowa. Dawno przeminęły czasy wikingów i ich smukłych łodzi o dziobach zdobionych wizerunkami smoków. Teraz na wodach królowały szerokie i niezgrabne żaglowce, budowane z myślą nie o wyprawach wojennych, a o przewiezieniu jak największej ilości towarów. Kogi były duże i solidne, ale mało zwrotne.

Büllenwaver zawsze powtarzał, że ludzie nie powinni wypuszczać się na morze, gdyż są istotami lądowymi – a gdyby Bóg chciał, aby było inaczej, obdarzyłby ich płetwami. Jednak teraz, gdy wszedł w posiadanie własnego żaglowca, diametralnie zmienił zdanie. Podczas rejsu, kiedy tylko pogoda temu sprzyjała, wychodził z kabiny i spacerował po pokładzie, od nadbudówki dziobowej do rufowej i z powrotem. Kasztele[5] bojowe były zwieńczone krenelażami[6] przypominającymi nieco blanki na murach zamkowych. W razie morskiej napaści można było się zza nich bronić. Ale na pokładzie nie znajdowali się żołnierze, bowiem żaglowcom tego rodzaju nie przeznaczano zadań wojennych. Służyły kupcom jedynie do transportowania towarów. Nie oznaczało to jednak, że koga była zupełnie bezbronna. Każdy marynarz potrafił walczyć, przynajmniej jako tako, a pod pokładem mieściła się mała zbrojownia.

Koga

Na rufie, trzymając rumpel[7], stał sternik gotowy w każdej chwili zmienić kurs, gdyby na horyzoncie pojawiło się zagrożenie, choćby w postaci pirackich statków. Koga szła półwiatrem, prawym halsem. Obok sternika powiewał symbol Lubeki – żółty proporzec[8] z czarnym dwugłowym orłem – gdyż właśnie z tego miasta pochodziła „Biała Dama”.

Na środku jednostki znajdował się strzelisty maszt, podtrzymujący żagiel rejowy[9]. Żaglomistrz – ponury brodacz, który przez cały rejs nie odezwał się ani słowem, więc Büllenwaver podejrzewał, że jest niemową – cały czas czuwał i przy najmniejszej zmianie wiatru natychmiast manewrował żaglem za pomocą brasów[10].

Pod pokładem znajdowała się ładownia na sto łasztów[11], wypełniona po brzegi najróżniejszymi towarami: od worków ze zbożem i beczek z cenną solą, poprzez bele sukna i pakunki zawierające tak uwielbiane przez szlachetnych panów gronostajowe futra, aż po garnki z woskiem i miodem.

Kurt od trzydziestu lat trudnił się handlem i dobrze wiedział, na co obecnie jest największy popyt. Już zacierał ręce na myśl o fortunie, jaką przyniesie mu sprzedaż tego całego dobra w Gdańsku. Marzyło mu się kupno floty złożonej z kilku żaglowców, które kursowałyby nie tylko po Morzu Wschodnim[12], lecz także po Północnym, docierając aż do zimnych wybrzeży Anglii. Ale najpierw musiał uzbierać posag dla swojej córki, Katarzyny, która w tym roku kończyła piętnaście wiosen. I chociaż jeszcze była ukochaną córeczką tatusia, a on traktował ją jak małą dziewczynkę, wiedział, że najwyższy czas rozejrzeć się za mężem dla niej. Za zarobione pieniądze chciał również odnowić kamienicę w Lubece i oddać jedno piętro żonie – tylko po to, żeby być jak najdalej od tej gderliwej baby. Büllenwaver miał już dosyć jej wiecznych pretensji, roszczeń i wymówek. Pewnie dlatego od pół roku miał kochankę.

Mars ustąpił z czoła mężczyzny na myśl o słodkiej Kunegundzie. Dziewczyna miała oczy jak dwa rozżarzone węgle, włosy czarne niczym nocne niebo, a jej wąską kibić mógł opleść dłońmi. Co z tego, że była z nim dla wymyślnych prezentów i pieniędzy, po które wyciągała dłoń, gdy tylko nadarzała się okazja? Kurt nie był głupcem i zdawał sobie sprawę, że Kunegunda poświęca mu swój czas tylko z tego powodu. Zbliżał się już do pięćdziesiątki, a ostatnie co, jaką można było o nim powiedzieć, to że jest atrakcyjny.

Czasami czuł do siebie obrzydzenie, gdy, dając upust żądzom, przygniatał cielskiem tę filigranową dziewczynę, zaledwie o rok starszą od jego córki. I chociaż nigdy się nie skarżyła, przyjmując go w siebie, gdy tylko tego zapragnął, postanowił, że po powrocie do Lubeki, w ramach zadośćuczynienia, kupi jej kolię wysadzaną szafirami i szmaragdami. To na jakiś czas uciszy jego wyrzuty sumienia.

Przycupnięta na relingu mewa nagle zerwała się do lotu. W tej samej chwili rozległ się krzyk wachtowego z kasztelu dziobowego:

– Trzy żaglowce od strony lądu! Płyną ku nam!

Hanzeatycki kupiec zmarszczył czoło.

Na szlakach morskich oprócz sztormów, zdradzieckich skał i mielizn czyhały na podróżnych również inne niebezpieczeństwa. Podobnie jak na gościńcach, tutaj też grasowali rabusie. Procederem tym trudnili się rycerze, których w rodzinnych stronach Büllenwavera nazywano raubritterami[13]. Na lądzie zmuszali kupców do płacenia haraczu w zamian za przejazd przez drogi znajdujące się w pobliżu ich zamków, a na podróżujących morzem również znajdowali sposoby.

Jednym z ich najczęstszych forteli było pędzenie wzdłuż brzegu krowy z latarnią umieszczoną między jej rogami. Szyper żeglującego nocą statku, myśląc, że to światło innego żaglowca, zbliżał się do niego i zanim zdążył stwierdzić swoją pomyłkę, koga rozbijała się o skały lub grzęzła na mieliźnie. Wówczas ładunek stawał się łatwym łupem dla czyhających na lądzie rozbójników.

Od czasu, gdy pretendent do korony duńskiej, Albrecht z dynastii meklemburskiej[14], którego nie poparła Hanza, zezwolił swojej szlachcie na półprywatną wojnę z miastami hanzeatyckimi, Meklemburczycy zaczęli organizować drużyny kaperskie, obsadzali żołnierzami statki i wysyłali je na szlaki. Gdy okazało się, że taki proceder przynosi niebywałe zyski, wkrótce w ich ślady poszli jutlandzcy i holsztyńscy hrabiowie oraz pomorscy książęta. Bałtyk stawał się coraz niebezpieczniejszym morzem dla kupców Hanzy.

Do Büllenwavera podszedł szyper[15], olbrzymi mężczyzna o dłoniach jak bochny chleba i gęstej brodzie okalającej pół twarzy. Spojrzenie zimnych oczu utkwił w zbliżających się żaglowcach.

– Idą pełnym wiatrem – rzekł ponuro. – Rychło nas dogonią.

– Piraci? – zapytał trwożnie kupiec łudził się jeszcze, że to hanzeatycka flotylla płynie im na spotkanie.

Szyper nie odpowiedział, próbując wypatrzyć proporce na okrętach.

– Czerwony gryf na białym tle – rzekł wreszcie. – Gryfici.

Kurt chwycił się za głowę i zaczął szarpać włosy w rozpaczy. Zrozumiał, że jest zgubiony. Książęcy ród Gryfitów z Pomorza nie sprzyjał Hanzie, dlatego już wielu kupców z Lubeki padło ofiarą rozboju z ich strony. Nawet jeśli uda mu się ujść z życiem, straci żaglowiec i cały ładunek.

– Przygotować się do walki! – krzyknął szyper. – Rychtować katapultę! Pobrać broń!

Doświadczona załoga pospiesznie zaczęła wykonywać rozkazy. Każdy doskonale wiedział, co ma robić. Czterech mężczyzn wytaszczyło z rufowej nadbudówki machinę miotającą, ustawiło ją na śródokręciu. Wraz z nią przyniesiono pociski – kamienie i okute belki.

Młody chłopak okrętowy, który nie miał jeszcze dość krzepy na stawanie twarzą w twarz w starciu z wrogiem, zwinnie wspiął się po linach na mars[16], żeby móc stamtąd szyć z łuku. Inni wciągali na siebie kolczugi i pancerze z utwardzanej skóry, a na głowy zakładali kapaliny[17]. Do lewego przedramienia przyczepiali rzemieniami tarcze, a prawicą sięgali po topory, tasaki czy miecze. Chociaż byli marynarzami z kupieckiej kogi, wyglądało na to, że wiedzą, do czego służy oręż.

Załoga „Białej Damy” liczyła dwudziestu ludzi. Gotowi do boju, skryli się za krenelażami. Tylko sternik i żaglomistrz pozostali na swoich stanowiskach, manewrując tak, żeby uciec pirackim statkom. Mimo ich wysiłków obładowana towarem i głęboko zanurzona koga nie była w stanie płynąć szybciej.

Spocony ze strachu Büllenwaver, ściskając rękojeść krótkiego korda – który zawsze zabierał w podróż, ale nie przypuszczał, że będzie musiał go kiedykolwiek użyć – spoglądał na ścigające ich żaglowce. Pozbawione obciążenia statki pruły fale, doganiając w oczach hanzeatycką kogę. Już było widać zbrojnych, szczerzących się na myśl o rychłym rozlewie krwi oraz bogatych łupach, które przypadną im w udziale. Kurt wiedział, że kiedy dojdzie do abordażu, załoga „Białej Damy” nie będzie miała żadnych szans. Piraci przewyższali ich liczebnie – i to pewnie aż czterokrotnie – i byli bardziej obeznani z rzemiosłem wojennym.

Poleciały kamienie wystrzelone z katapult. Pierwszy chlupnął w wodę daleko od ich kogi, drugi przeleciał nad ich głowami, ale następne dosięgły celu. Głazy opisywały wysoki łuk i z łomotem waliły o burtę, druzgocąc relingi. Zaświstały strzały i bełty, siejąc spustoszenie wśród marynarzy ukrytych za krenelażami. Pocisk z pirackiej kuszy trafił żaglomistrza w plecy. Martwy mężczyzna zwalił się do wody. Na szczęście jego pomocnik zaraz chwycił za brasy i nie pozwolił, żeby żagiel wpadł w łopot.

Marynarze z „Białej Damy” próbowali się odgryzać, ale nie byli tak biegli w sztuce wojennej jak ich prześladowcy. Ich strzały nie wyrządzały szkody piratom, a bełty z kusz trzymanych w drżących rękach rzadko docierały do celu, podobnie jak pociski wyrzucane z machiny miotającej, które tonęły w odmętach morza.

Büllenwaver, przycupnięty za krenelażem kasztelu rufowego, gorąco modlił się do Najświętszej Panienki o ratunek. Pogodził się już ze stratą ładunku nowej kogi, ale pragnął zachować życie. Przyobiecał Maryi Dziewicy, że jeśli wyjdzie z tego żywym, ufunduje w Lubece kaplicę ku jej czci, jeszcze w tym roku ruszy na pielgrzymkę do Rzymu i nie będzie więcej grzeszyć z Kunegundą. To ostatnie przyrzeczenie zabolało go najbardziej i przez chwilę zastanawiał się, czy się z niego nie wykręcić, ale raz danego słowa nie można cofać. A na pewno nie słowa danego Matce Boskiej.

Przerwał nabożne szeptanie, gdy usłyszał dochodzący z góry świst. Zalękniony, podniósł wzrok ku niebu. Z początku, oślepiony słońcem, niczego nie dostrzegł, ale nagle z blasku wyłonił się szybujący w powietrzu głaz. Hanzeatycki kupiec wydał kwik niczym zarzynana świnia i w panice skulił się jeszcze bardziej. Żałował, że przez swoją tuszę jest tak dogodnym celem. Pocisk przeleciał jednak nad jego głową i trafił w sternika, gruchocząc mu nogę. Twardy człowiek morza zacisnął tylko mocniej zęby ani na chwilę nie wypuścił z rąk rumpla. Gdyby koga zboczyła z kursu, pirackie statki bardzo szybko znalazłyby się przy jej burtach. A tak, załoga jeszcze się łudziła, że może wiatr się odmieni albo nadciągnie szkwał i „Biała Dama” ujdzie pogoni.

Ale nadzieja została zdmuchnięta niczym płomień świecy w mroczny wieczór, gdy okno otwiera się z trzaskiem i wichura wdziera się do komnaty. Büllenwaverowi serce podeszło do gardła, gdy jeden z głazów zatoczył wysoki łuk i trafił w maszt, który pękł z głośnym trzaskiem i zwalił się na pokład. Przytwierdzony do połamanych rej żagiel najpierw dziwnie się wydął, a potem runął do morza. Koga jeszcze przez chwilę płynęła siłą rozpędu, ale zaraz zwolniła, a w końcu całkiem się zatrzymała. Wyglądała teraz jak okaleczona klacz pośrodku wodnego gościńca.

W niebo wzbiły się okrzyki triumfu. Piraci wiedzieli, że hanzeatycki żaglowiec już im nie umknie. Tymczasem na pokładzie „Białej Damy” zapanowało grobowe milczenie. Marynarze ponuro wpatrywali się w złamany maszt i unoszący się na falach biało-czerwony żagiel. Zdali sobie sprawę, że ich los został właśnie przesądzony.

Statki Gryfitów zbliżyły się i teraz wyraźnie było widać stojących na pokładach zbrojnych. Na głowach mieli szpiczaste szłomy[18], byli odziani w kolczugi, a w rękach dzierżyli halabardy do zahaczania o relingi i przyciągania abordażowanych okrętów. Na osmalonych wiatrem twarzach piratów malował się wyraz zwycięstwa.

– Nie poddamy się bez walki – wychrypiał szyper, gdy żaglowce Gryfitów sczepiły się z burtami „Białej Damy”. – Za Lubekę!

I chociaż załoga hanzeatyckiej kogi była złożona z przybłęd z całego świata, dla których Lubeka nie stanowiła domu rodzinnego, a miała być zaledwie etapem w drodze do wielkiej fortuny, o której marzyli, unieśli oręż i ruszyli na wroga. W każdym z wilków morskich tlił się duch bojowy i nawet gdy przyszło im walczyć z tak licznym wrogiem, dzielnie stawili mu czoło. Przez lata zmagania się ze sztormami łamiącymi maszty, potężnymi falami zalewającymi pokłady i kipielami wciągającymi żaglowce w stalowoniebieską otchłań przyzwyczaili się do obcowania ze śmiercią. Niektórym z marynarzy wydawało się nawet, że zakapturzona postać z kosą stoi na kasztelu i lekko się uśmiecha. Dla wielu z nich falująca morska toń miała stać się dzisiaj trumną.

W powietrze wzbił się potworny huk, gdy dwie grupy zbrojnych zwarły się ze sobą. Po wodzie poniósł się szczęk oręża, krzyki umierających i jęki rannych. Zaprawieni w boju piraci najpierw nastawili halabardy, na które nadziali się nacierający marynarze, a dopiero potem wyciągnęli tasaki i topory. Mieczy nie używano prawie wcale, bo nie było miejsca, żeby wziąć porządny zamach. Zbrojni rąbali, siekli i tłukli w potwornym ścisku. Niektórzy byli przyciskani do ścian nadbudówek i miażdżeni, inni wypadali za burty. Stal uderzała o stal, krew tryskała na wszystkie strony, pękały tarcze i ludzkie czerepy. Odcięte kończyny walały się po pokładzie, w kałużach posoki z bólu zwijali się ranni, deptani przez napierający tłum.

Starcie w niczym nie przypominało honorowych walk na lądzie, gdzie rycerze wyzywali się kolejno do boju, nikt nie atakował od tyłu, a przeciwnikowi, który padł na ziemię, pozwalano się podnieść. Tutaj rządził chaos. Nikt nikogo nie oszczędzał, wbijano sztychy w plecy, podcinano nogi, gryziono, szarpano i używano wszelkich podstępów, byle tylko zabić wroga. Na każdego marynarza „Białej Damy” przypadało co najmniej trzech przeciwników, nie było zatem mowy o honorowych pojedynkach, a gdy tylko nadarzyła się okazja, piraci atakowali w kilku na jednego.

Kurt wcisnął się w kąt rufowego kasztelu tak głęboko, jak tylko pozwalała mu tusza, naiwnie wierząc, że walczący go nie spostrzegą. Trząsł się ze strachu niczym osika, obiema dłońmi obejmował rękojeść korda, wysuwając ostrze przed siebie i mając nadzieję, że taka postawa nadaje mu groźny wygląd. Gdyby ujrzał go w tym momencie jego nauczyciel fechtunku, u którego lekcje brał raz w tygodniu przez zaledwie godzinę, padłby ze śmiechu. Ale hanzeatycki kupiec chciał jedynie przeżyć. Miał nadzieję, że może nikt nie zechce z nim walczyć.

Niestety, marzenie to rozwiało się niczym mgła o poranku na bałtyckich plażach. Stojący kilka kroków dalej mężczyzna w białej jace[19] z wymalowanym na niej czerwonym gryfem zatopił topór w czaszce któregoś z marynarzy, ryknął triumfalnie i rozejrzał się za nowym przeciwnikiem. Wówczas jego spojrzenie spoczęło na Büllenwaverze. Przekrzywił lekko głowę, oceniając strój, ozdoby i pierścienie na palcach lubeczanina. Skrzywił usta w paskudnym uśmiechu. Wyszarpnął topór z głowy zabitego, czemu towarzyszyło ohydne mlaśnięcie, i wolnym krokiem ruszył w kierunku kupca.

Kurt próbował jeszcze mocniej wcisnąć się w kąt kasztelu, ale napotkał opór drewnianej ściany. Ciężko przełknął ślinę i zdecydował się na desperacki krok. Skoczył do przodu i próbował dźgnąć napastnika kordem w twarz. Pirat bez najmniejszego problemu wykonał unik, przepuścił ostrze tuż przed swoim nosem, a następnie wytrącił broń z rąk oszołomionego kupca. Büllenwaver odprowadził wzrokiem upadający kord, swoją ostatnią nadzieję. Przeniósł spojrzenie na pirata. Mężczyzna uśmiechał się szeroko, odsłaniając spróchniałe zęby. A potem zamachnął się toporem.

Powiadają, że tuż przed śmiercią jawi się człowiekowi całe jego życie, żeby na Sądzie Ostatecznym wiedział, za co został potępiony lub wyniesiony do niebios, ale w przypadku hanzeatyckiego kupca nic takiego nie nastąpiło. Poczuł tylko olbrzymi żal, że już nigdy nie zobaczy córeczki. Nie ujrzy, jak staje się kobietą, nie zaprowadzi jej do ołtarza i nie będzie radował się z wnuków. Łza spłynęła po jego pulchnym policzku.

Smutkiem napawało go również, że nie złoży pocałunku na czerwonych niczym jarzębina ustach Kunegundy. Jakże pragnął raz jeszcze zedrzeć z niej szaty, palcami pieścić małe, ale bardzo kształtne piersi, wargami schodzić niżej i niżej, językiem zwilżyć miejsce dające mu tyle radości, by potem wedrzeć się w nią. A w końcu drżeć z rozkoszy. Niestety, nigdy już tego nie zrobi.

Nigdy nie ujrzy również żony, ale akurat z tego powodu nie rozpaczał.

Westchnął ciężko i przymknął powieki. Teraz był gotów na śmierć. Spodziewał się, że zaraz ostrze topora rozłupie mu czaszkę, że padnie nieżywy, że krew szkarłatnym strumieniem zabarwi pokład kogi, z której był tak dumny. Ale nagle usłyszał przeciągły jęk. Nieśmiało otworzył oczy i zdumiony ujrzał, jak pirat chwieje się na nogach, wypuszcza z rąk broń, a z jego ust płynie strużka krwi. Niedoszły oprawca Kurta runął na pokład. Z pleców sterczała mu strzała.

Kupiec podniósł wzrok i spostrzegł na marsie chłopaka szyjącego z łuku. Od czasu do czasu młodzieniec odkładał broń i zrzucał na głowy przeciwników kamienie, okute belki, ciskał oszczepami. Piraci szybko zorientowali się w zagrożeniu i już dwóch zbrojnych wspinało się po wantach[20] i brasach, a trzeci wdrapywał się na maszt. Upłynęła zaledwie zdrowaśka[21], a byli na górze. Chłopak chwycił kolejną włócznię i próbował opędzić się od napastników, ale nie miał wprawy w walce, więc szybko został rozbrojony i wypchnięty z marsa. Spadając, machał rękoma, jakby miał nadzieję, że dzięki temu wzniesie się niczym ptak. Krzyczał wniebogłosy, a jego głos umilkł dopiero, gdy łucznik uderzył w pokład.

Büllenwaver odwrócił głowę, nie mogąc patrzeć na nienaturalnie wykrzywione ciało, roztrzaskaną głowę i martwe oczy. Osunął się na deski, oparł o krenelaż i zaczął spazmatycznie łkać. Przez łzy widział, jak piraci zdobywają przewagę i wybijają marynarzy „Białej Damy”. Lada chwila opanują kogę.

Ranny szyper, przyciskając do piersi kikut, bronił się jeszcze na śródokręciu. Otoczony przez piratów, nie miał gdzie się wycofać. Zadawał ciosy toporem trzymanym w zdrowej ręce, a gdzie uderzył, tam padał trup. Walczył jak ranny, oszalały wilk. Piraci żadnym sposobem nie mogli go ujarzmić, wręcz bali się do niego zbliżyć. Wreszcie któryś wpadł na pomysł, żeby użyć halabard. Szyper szybko zginął, zakłuty szpikulcami niczym zwierzę. W powietrze wzbił się chór triumfalnych okrzyków, jakby zabicie wroga w ten tchórzliwy sposób mogło być powodem do dumy.

Marynarze, którzy jeszcze tu i ówdzie walczyli, ujrzawszy śmierć dowódcy, zupełnie stracili ducha. Odrzucali broń i poddawali się w nadziei, że zostaną oszczędzeni. Zazwyczaj rabusie wyrzynali wszystkich na pokładzie grabionego żaglowca, żeby nie zostawiać świadków niecnego procederu, ale, ku zdumieniu Büllenwavera, tym razem zagonili ocalałych na śródokręcie i kazali im usiąść przy strzaskanym maszcie. Dwóch zbrojnych podeszło też do kupca, ściągnęło go z kasztelu i posadziło wraz z innymi.

Dopiero wówczas na „Białą Damę” wszedł majestatycznym krokiem mężczyzna, który miał na sobie kolczugę znacznie lepszej jakości niż jego podkomendni, złocony pas, a na głowie kosztującą majątek przyłbicę[22]. Znać było po nim, że jest możnowładcą. Rozkazy wydawał tubalnym, nieznoszącym sprzeciwu głosem. Na jego polecenie piraci wyważyli luk ładowni i przystąpili do przenoszenia towarów na własne okręty. Kurt przyglądał się temu, czując jak żal ściska go za gardło. W ręce rabusiów dostawało się dobro zebrane z takim trudem...

Spojrzenie kupca musiał zauważyć możnowładca, gdyż podszedł do lubeczanina i bezceremonialnie klepnął go w plecy.

– Radujcie się, panie, że z życiem uszliście – rzekł, podnosząc zasłonę przyłbicy. – Jam jest Warcisław, książę słupski. A wy, jak mniemam, jesteście właścicielem tego żaglowca?

– Kurt Büllenwaver z Lubeki – przedstawił się kupiec.

– Nie lękajcie się. Już nic wam nie grozi. Spędzicie trochę czasu w moim zamku, dopóki rodzina hojnego okupu za was nie zapłaci. Czujcie się, panie, moim gościem...

– Gościem?! – prychnął kupiec, jakby raptownie wyzbył się strachu. – Napadliście na żaglowiec należący do Hanzy, niemal w pień wyrżnęliście załogę, zagarniacie mój towar i jeszcze zażądacie za mnie okupu, który zrujnuje moją rodzinę! Jestem waszym więźniem, a nie gościem. A wy jesteście zwykłym rabusiem!

Książę słupski słuchał wyrzutów z pobłażliwym uśmieszkiem, spoglądając na hanzeatyckiego patrycjusza, jakby był rozkapryszonym dzieckiem, któremu zabrano słodycze.

– W tych trudnych czasach każdy radzi sobie, jak może. – Warcisław wzruszył ramionami.

– Czasy nigdy nie są łatwe – odparł Büllenwaver. – To was nie usprawiedliwia.

– Prawda. Ale trudno teraz odróżnić zbira od szlachcica. Dzisiaj jestem dla was zwykłym rabusiem, ale kto wie, czy jutro nie zasiądę na królewskim tronie jak mój syn.

Książę zasępił się nagle i przeniósł spojrzenie daleko na północ, jakby chciał dojrzeć coś po drugiej stronie morza.

– Wasz syn jest królem? – zdziwił się kupiec.

Władca słupski pokiwał głową.

– Na chrzcie daliśmy mu Bogusław. Wychowywałem go zgodnie z duchem rycerskim i wierzyłem, że obejmie po mnie władzę w księstwie, ale pisane mu większe zaszczyty.

– Co macie na myśli?

– Gdy miał zaledwie dziewięć lat, został adoptowany przez królową Małgorzatę[23] i osadzony na norweskim tronie. Wówczas otrzymał nowe imię.

Kurt szeroko otworzył oczy.

– Eryk Pomorski![24]

– Tak – Warcisław przytaknął. – A teraz jest szykowany do objęcia tronu Danii i Szwecji.

– Powinniście być dumni z takiego syna!

– Jestem. – Książę uśmiechnął się samymi kącikami ust. – Ale tęskno mi do niego strasznie. Została mi jeno córka, Katarzyna.

– Ja też mam córkę! – wykrzyknął kupiec. – I też ma na imię Katarzyna.

Nagle oczy Büllenwavera zwęziły się w szparki, jak zwykle, gdy wyczuwał okazję do przechytrzenia kontrahentów. Zagaił płaczliwym tonem:

– Moja córka jest w wieku, gdy z pąku zamienia się w różę i niedługo za mąż trzeba jej pójść. Jednakże bez posagu nikt jej nie zechce. Pozbawiając mnie towaru, skazujecie moje biedne dziecko na życie w nędzy lub klasztor. Przecież też macie córkę i doskonale mnie rozumiecie.

Oczy Warcisława groźnie zabłysły.

– Moja córka ledwie nauczyła się chodzić i do zamążpójścia jej jeszcze daleko. Ale już mierzi mnie myśl o przyszłych adoratorach. Gdy nadejdzie czas, każę ustawić na dziedzińcu zamku bombardę[25] i strzelać do zalotników!

Büllenwaver, widząc zaciśnięte pieści i purpurowe oblicze księcia, skulił się w obawie przed jego gniewem. Stwierdził, że nie tędy droga, padł więc do stóp władcy i uczepiwszy się jego szaty, zaczął skamleć jak pies:

– Zaklinam was, książę, miejcie nade mną litość – błagał, z żalem spoglądając, jak z ładowni „Białej Damy” wytaczane są beczki z solą, dzbany z woskiem, miodem i ustawiane na pokładach pirackich żaglowców. – Nie czyń ze mnie nędzarza.

– Wy, kupcy Hanzy, niczym koty zawsze spadacie na cztery łapy. Obaczycie, że za rok, może dwa, dorobicie się fortuny. – Warcisław zarechotał. – A wówczas znowu będę mógł was ograbić.

Kurt wstał, otrzepał kolana i wyprostował się dumnie, jakby tym gestem chciał zmazać swoje niedawne poniżenie.

– Złożę skargę!

– Skargę? – Książę słupski lekko uniósł brew. – A do kogóż to?

Lubeczanin skrzywił się, gdyż zdał sobie sprawę z absurdalności tego pomysłu. Książęta pomorscy rządzili w swoich dziedzinach zupełnie niezależnie, za nic mając sobie cesarza Rzeszy, króla polskiego czy władców skandynawskich. A poza tym, kto stanie w obronie hanzeatyckiego kupca w konfrontacji z ojcem króla Eryka?

– Tak się nie godzi – burknął. – To nie po chrześcijańsku.

– Nic nie rozumiecie, panie Büllenwaver – westchnął Warcisław. – Ja was nie ograbiłem z czystej chciwości niegodnej chrześcijanina. Uczyniłem to ze względów politycznych.

– Co?! – zdumiał się kupiec.

– Pomiędzy Królestwem Polskim a zakonem krzyżackim[26] źle się dzieje i powiadam ci, panie, że prędzej czy później wybuchnie wojna[27]. A Księstwo Słupskie zmuszone będzie opowiedzieć się za jedną z tych potęg.

– Po czyjej staniecie stronie?

Warcisław nic nie odpowiedział, tylko ciężko westchnął. Kupiec dobrze rozumiał księcia. Mając do czynienia z takimi sąsiadami, musiał umiejętnie lawirować i dobrze przemyśleć każde posunięcie. Kurt słyszał, że kilka lat temu Warcisław sprzymierzył się z Krzyżakami w zamian za obietnicę zdobycia ziem po Kaźku Słupskim i solidne wsparcie pieniężne, ale ponoć braciszkowie nie wywiązali się należycie z umowy. Rozgoryczony książę poparł króla Polski Władysława[28] i zobowiązał się do blokady dróg wiodących z cesarstwa do państwa zakonnego, co uniemożliwiło przybywanie nowych rycerzy na krzyżackie rejzy[29]. Dotyczyło to również szlaków morskich. Kurt wreszcie zrozumiał, dlaczego został napadnięty.

– Nic złego nie uczyniłem – rzekł. – Nie przewoziłem żadnych rycerzy na terytorium zakonu.

Warcisław wzruszył ramionami.

– Wypełniłem jeno swój obowiązek.

– A przy okazji pomnożyliście swoją chudobę – skrzywił się Büllenwaver.

Książę przeniósł spojrzenie na swoich ludzi, którzy przenosili towar z „Białej Damy” na gryfickie żaglowce. Wydał nowe rozkazy, po czym obsztorcował jakiegoś niezdarę, któremu dzban z miodem omal nie wypadł za burtę.

– Zapraszam na mój statek – odezwał się władca, gdy przeładunek został skończony. – Skoro tylko wasza rodzina zapłaci okup, puszczę was wolno. Reszta załogi może zabrać kogę i popłynąć do Gdańska.

Kurt, stojąc na pokładzie pirackiego żaglowca, który zmierzał ku wybrzeżu słupskiemu, z żalem przyglądał się „Białej Damie”. Pozostali przy życiu marynarze usiłowali naprawić maszt i postawić żagiel. Nie wątpił, że wreszcie im się to uda i wnet ruszą w drogę do Gdańska. W portowej karczmie za kielich wyśmienitego piwa będą snuć historię o spotkaniu z piratami, z każdą kolejką powiększając swoje zasługi, a pomniejszając towarzyszący im w starciu strach. Zapomną, że ledwie uszli z życiem, będą pamiętać tylko przygodę. Ale hanzeatycki kupiec nigdy nie zapomni strachu i upokorzenia. Mocno zacisnął pięści i przyrzekł Warcisławowi zemstę.

– Nie jestem zbrodzieniem, panie Büllenwaver – rzekł książę, kładąc mu dłoń na ramieniu. – Dopóki władzę na szlakach morskich sprawują szlachetnie urodzeni książęta i panowie, dopóty przestrzegane będę rycerskie obyczaje. Ale niechybnie nadejdzie dzień, gdy piractwem zacznie trudnić się motłoch, zwykłe pospólstwo, a wówczas przestaną obowiązywać jakiekolwiek zasady, głowy możnowładców turlać się będą po pokładach i nikt nie będzie się liczył z ludzkim życiem. Cieszcie się zatem, panie, że dzisiaj na mnie trafiliście.

Kurt spojrzał na władcę z powątpiewaniem, ale niedługo miał się przekonać, jak wiele prawdy tkwiło w jego słowach.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

[1] Jopula składała się ze spodniego kaftana (dubletu) do bioder (wkładanego pod wierzchnie szaty i zbroję) oraz z przywiązywanych do niego nogawic. Miała krój czteroczęściowy, dwudzielny, z wąskimi rękawami. Jopula wkładana pod zbroję była obficie watowana na ramionach, plecach i piersiach oraz przeszywana (wraz z warstwami płótna) pionowymi ściegami w górnej części, a poziomymi w dolnej. Przy szyi była wykończona oszewką lub niskim, stojącym kołnierzem, a sznurowano ją z przodu lub na plecach. Jopula wierzchnia była luźniejsza i dłuższa od spodniej.

[2] Reling – pionowa bariera, biegnąca wzdłuż krawędzi pokładu i zabezpieczająca załogę przed wypadnięciem za burtę.

[3] Hanzy – związki miast handlowych Europy Północnej i Zachodniej. Należące do nich miasta popierały się na polu ekonomicznym, równocześnie tworząc realną siłę polityczną, a niekiedy również i wojskową. W powieści mowa o Hanzie Niemieckiej, zwanej po prostu „Hanzą”, która w XIV i XV wieku gromadziła wszystkie liczące się miasta pobrzeży Morza Północnego i Bałtyckiego. W szczytowym okresie rozwoju Hanza liczyła 160 miast pod przewodnictwem Lubeki. Delegaci miast hanzeatyckich spotykali się na zjazdach (Hansetage), by opracowywać wspólną politykę.

[4] Koga – typowo handlowy statek frachtowy pochodzenia fryzyjskiego, dominujący w żegludze na morzach północnoeuropejskich w XIII i XIV wieku. O wyglądzie i ewolucji kogi informują głównie rysunki wkomponowane w średniowieczne pieczęcie nadmorskich miast. Na ich podstawie możemy stwierdzić, że kadłub kogi był krótki, przysadzisty i szeroki, a jego wysokość równała się mniej więcej połowie długości. Koga miała ożaglowanie rejowe, jeden duży prostokątny żagiel i ster zawiasowy na długiej tylnicy. Cechą wyróżniającą sylwetkę tego typu statku były znajdujące się na dziobie i rufie wysokie kasztele z blankami.

[5] Kasztele – wysokie nadbudówki na dawnych żaglowcach. Wyróżniano kasztele dziobowe i rufowe.

[6] Krenelaż – rodzaj drewnianych blanków obronnych montowanych na kasztelach.

[7] Rumpel – drążek sterowy, najprostsze z urządzeń służących do poruszania sterem jednostki pływającej. Składa się z ramienia nałożonego bezpośrednio na trzon steru lub na górną część płetwy sterowej. Ramieniem tym operuje sternik, trzymając je w ręku lub, w przypadku stałych kursów, blokując je liną albo unieruchamiając w inny sposób.

[8] Termin „bandera” nie był jeszcze stosowany na Północy w opisywanym okresie historycznym.

[9] W ożaglowaniu rejowym żagiel rozpina się poniżej poziomej belki zwanej reją, która jest zamocowana do masztu poprzecznie do osi podłużnej żaglowca. Żagle rejowe mogą być w niewielkim zakresie obracane wokół masztu, więc statek z tego typu ożaglowaniem nie może pływać ostro na wiatr.

[10] Brasy – liny służące do ustawiania ożaglowania rejowego w płaszczyźnie najkorzystniejszej względem wiatru poprzez odpowiednie odwrócenie rei w płaszczyźnie poziomej. Brasy są poprowadzone od noków rei w kierunku rufy.

[11] Łaszt – dawna miara objętości (od 3 do 4 tysięcy litrów) ciał sypkich, w średniowieczu głównie ziarna, stosowana od XIV do XIX wieku w transporcie rzecznym i morskim w portach nadbałtyckich.

[12] Morze Wschodnie (niem. Ostsee) – Niemcy w owych czasach używali zarówno własnej starej nazwy Ostsee, jak i nazwy przejętej od Słowian nadbałtyckich – Bałtyk.

[13] Raubritter – niemiecka nazwa „rycerza rozbójnika”, choć tak naprawdę określenie to pojawiło się dopiero w XVIII wieku na kartach niemieckich romansów. Współcześnie uważa się, że rycerzy trudniących się w późnym średniowieczu zbójectwem na drogach lądowych było mniej, niż kiedyś zakładano. Natomiast faktem jest, że na morzach posiadali własne floty.

[14] Albrecht Meklemburski (ok. 1338/1340–1412) – król Szwecji w latach 1364–1389 i książę Meklemburgii (księstwa w północno-wschodnich Niemczech) w latach1386–1412. Siłą zajął tron szwedzki, przez co był tam bardzo niepopularny, a w Finlandii (ówcześnie należącej do Szwecji) wręcz znienawidzony po tym, jak ograniczył prawa Finów i pozbawił majątków ich szlachtę. Możnowładcy szwedzcy w 1387 roku porozumieli się z królową Danii i Norwegii, Małgorzatą I, w sprawie przejęcia przez nią korony szwedzkiej. W roku 1389, podczas bitwy pod Falköping, Albrecht dostał się do niewoli duńskiej, co stanowi jeden z pobocznych wątków tej powieści.

[15] Szyper – potoczne określenie dowódcy niewielkiego statku, wywodzące się z bardzo podobnych wczesnośredniowiecznych terminów skandynawskich, niemieckich i angielskich, które określały „dowódcę łodzi”. Odpowiednik późniejszego kapitana.

[16] Mars – platforma znajdująca się w miejscu połączenia kolumny masztu ze stengą, zazwyczaj służąca za „bocianie gniazdo” lub umocniony punkt obrony podczas abordażu.

[17] Kapalin – hełm otwarty o dzwonie otoczonym szerokim, nachylonym w dół rondem. Kształtem przypominał kapelusz. Znany już w starożytności, a w średniowieczu stanowił powszechne wyposażenie piechoty. Ulegał ewolucji poprzez pogłębienie dzwonu i poszerzenie krezy ochraniającej twarz, co doprowadziło w XV wieku do powstania hełmu typu salada.

[18] Szłom – hełm. Jedna z najstarszych słowiańskich nazw na hełm (czasem błędnie utożsamia się szłomy z hełmami typu wielkopolskiego o proweniencji wschodniej).

[19] Jaka – modny w XIV i XV wieku kaftan męski do bioder, krojony z czterech jednolitych części, charakterystycznie uwypuklony na piersiach i z owalnie podkrojonymi pachami. Jaki szyto z miękkich tkanin jedwabnych, aksamitu i sukna. Pod jaki jedwabne dodawano spody filcowe lub pikowane z kilku warstw płótna i waty, ułatwiające układanie aktualnie modnej formy. Jaki rycerskie typu ochronnego miały albo spody wzmocnione metalowymi płytami, albo kolczugi wszyte pomiędzy warstwy płótna i waty.

[20] Wanty – liny stabilizujące maszt w płaszczyźnie poprzecznej statku. Znajdują się na burtach statku.

[21] Zdrowaśka – dawna jednostka miary czasu, odpowiadająca około 20 sekundom. Stanowiła okres potrzebny na odmówienie modlitwy Zdrowaś Mario.

[22] Przyłbica – rodzaj hełmu, stosowany od XIV do XVI wieku. Wyewoluował z łebki, do której dodano chroniącą twarz ruchomą część, zwaną zasłoną. Zasłona miała szczeliny wzrokowe i otwory wentylacyjne, można było ją podnosić lub całkowicie ściągać. W porównaniu z innymi hełmami przyłbica była bardzo droga, gdyż kosztowała od jednej grzywny (równowartość półtorej krowy) aż do czterech grzywien. Dzisiaj często błędnie nazywa się przyłbicą samą zasłonę.

[23] Małgorzata I (1353–1412) – władczyni Danii, Norwegii i Szwecji. Córka duńskiego króla Waldemara IV Atterdaga. Dzięki powiązaniom dynastycznym i zręcznie prowadzonej polityce zdobyła władzę we wszystkich trzech królestwach skandynawskich (choć de facto rządziła jako regentka), które zjednoczyła w unii kalmarskiej (unia przetrwała ponad sto lat). Małgorzata jest uznawana za jedną z najwybitniejszych postaci w historii Danii.

[24] Eryk Pomorski (1382–1459) – książę pomorski z dynastii Gryfitów, król Norwegii, Danii i Szwecji. Syn księcia Warcisława. Urodził się na darłowskim zamku. W roku 1389 został adoptowany przez królową Małgorzatę I i osadzony na tronach trzech skandynawskich królestw.

[25] Bombarda – pierwsze prymitywne działo odprzodowe, miotające kamienie. Bombardy zwano „burzycielami murów”, gdyż były używane głównie do tego celu.

[26] Zakon Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Teutońskiego (po polsku: Niemieckiego) w Jerozolimie powstał w latach 1189–1190 podczas oblężenia Akki przez wojska krzyżowe. Na zaproszenie Konrada Mazowieckiego Krzyżacy osiedlili się w Polsce i wzięli w dzierżawę ziemię chełmińską. Do ich zadań należała obrona północnych rubieży Mazowsza i chrystianizacja Prus, szybko jednak stworzyli potężne państwo, które walczyło z Polską i Litwą, a pod koniec XIV wieku starało się zdobyć pozycję hegemona na wodach Bałtyku.

[27] Chodzi tu o „wielką wojnę” z zakonem krzyżackim w latach 1409–1411, którą rozpoczęło antykrzyżackie powstanie na Żmudzi, a zakończył I pokój toruński. Podczas tej wojny odbyła się słynna bitwa pod Grunwaldem.

[28] Władysław II Jagiełło (1362–1434) – syn Olgierda Giedyminowicza, wielki książę litewski w latach 1377–1381 oraz 1382–1401, król Polski i najwyższy książę litewski w latach 1386–1434. Założyciel dynastii Jagiellonów. Gdy wstąpił na tron polski, przyjął chrzest i przybrał imię Władysław. Jeden z najznamienitszych władców Polski.

[29] Rejza – wyprawa łupieżcza (od niemieckiego Reise) na Litwę i Żmudź, dokonywana przez Krzyżaków oraz zapraszanych przez nich zagranicznych rycerzy.