Bracia Slater. Ryder - L.A. Casey - ebook
lub
Opis

Czwarty tom serii z braćmi Slater autorstwa jednej z najsłynniejszych autorek New Adult na świecie

Branna jest załamana tym, że jej związek z ukochanym mężczyzną okazał się pomyłką. Chociaż kocha Rydera ponad życie, to nie może w żaden sposób do niego dotrzeć. Nie pomagają kłótnie, płacz ani niekończące się ciche dni.

Ryder Slater jest wściekły. Nie dość, że od wielu miesięcy okłamuje najważniejszą kobietę w życiu, to jeszcze ukrywa coś, co naraża wszystkich na śmiertelne niebezpieczeństwo. Nie może jednak nic powiedzieć i zrobić.

Kiedy ich związek znajdzie się nad krawędzią, Ryder zmierzy się z mrocznymi siłami. Jedno jest pewne, że mężczyzna zrobi wszystko, aby uratować miłość i rodzinę.

Ryder chciał mieć Brannę od pierwszej chwili. Ryder zdobywa to, co chce mieć.

___

L.A. Casey – bestsellerowa autorka „The New York Times” i „USA Today”. Pochodzi z Irlandii, mieszka w Dublinie. Jej życie składa się z dwóch podstawowych elementów: wychowywania cudownej córeczki oraz „czarowania” kolejnych powieści. Uwielbia rozmawiać ze swoimi fankami na Facebooku. Zainspirowana literaturą erotyczną ciężko pracowała nad własną książką i determinacją wywalczyła jej wydanie. Całe szczęście! Tak powstał kultowy Dominic z serii Bracia Slater. Choć miała zaledwie dziewiętnaście lat, przygodę z pisarstwem rozpoczęła od hitu. Dominic według recenzji sklepu internetowego Amazon to spektakularny sukces i bestsellerowa książka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 404

Popularność


Dla moich czytelniczek

Rozdział 1

Nie płacz.

Powtarzałam to zdanie bez końca, siedząc w mieszkaniu mojej najlepszej przyjaciółki. Aideen Collins była uwięziona w ramionach swojego narzeczonego Kane’a Slatera. Oboje skupiali wzrok na swoim pięknym synku Jaxie.

Otaczali mnie moi najbliżsi i powinnam była się cieszyć, ale nie mogłam. Coś mi nie pozwalało. Obserwowałam moją młodszą siostrę Bronagh, jak rozmawia ze swoim narzeczonym Dominikiem Slaterem, który tak jak Kane był bratem mojego narzeczonego. Powstrzymywałam łzy, patrząc, jak Dominic nieświadomie głaszcze ją po brzuchu, w którym rosła ich mała dziewczynka.

Przygryzłam wnętrze policzka, odwróciwszy spojrzenie od szczęśliwej pary, i skupiłam wzrok na plazmowym telewizorze wiszącym na ścianie przede mną. Patrzyłam na obrazy nadawanego programu, ale mój mózg nie miał pojęcia, co się dzieje na ekranie, bo myślami błądził gdzieś indziej. Wyprostowałam się z nadzieją, że nie wyglądam na wytrąconą z równowagi. Choć nie zdziwiłabym się, gdyby tak było, bo czułam się okropnie.

Byłam zazdrosna.

Zieleniałam z zazdrości za każdym razem, gdy patrzyłam na Kane’a, Aideen i ich słodkiego Jaxa, a kiedy obserwowałam Dominica spędzającego czas z Bronagh, pękało mi serce. Była moją młodszą siostrzyczką. Różniło nas całe dziesięć lat, a jednak ona jako pierwsza zostanie matką. Prześcignęła mnie. Nie miałam wątpliwości również co do tego, że pierwsza wyjdzie za mąż.

Nie podobało mi się to, że czułam się tak wobec mojej rodziny. Cieszyłam się ich szczęściem, i to bardzo, ale jednocześnie trochę ich nienawidziłam. Ją i Dominica łączyło coś głębokiego. Naprawdę do siebie pasowali, a ich miłość, choć czasami niesamowicie trudna, była prawdziwa i taka na zawsze pozostanie. Im dłużej o nich myślałam, tym bardziej czułam się zdołowana, myśląc o własnym związku.

Tej relacji już chyba nie można było nazwać związkiem… Ja i Ryder się zmieniliśmy. Gdzieś po drodze przestaliśmy być sobie bliscy. I to do tego stopnia, że z naszego związku zniknęła nawet czułość. Zaczęło się od normalnych sprzeczek, a skończyło na głośnych zawodach w przekrzykiwaniu się. Ale teraz już nawet nie byliśmy na siebie źli. Po prostu milczeliśmy.

Ignorowaliśmy siebie nawzajem, a nawet gdy się do siebie odzywaliśmy, nie było w ani krzty życzliwości.

Nie wiedziałam, co poszło nie tak i kiedy, ale Ryder i ja nie byliśmy już w sobie zakochani. Przyznanie się do tego bolało, ale taka była prawda. Kochałam go bardzo, ale nie byłam zakochana. Nie w tej wersji Rydera, z którą mieszkałam. Byłam zakochana w mężczyźnie, którym był kiedyś, mężczyźnie, który był gotowy dać mi cały świat, gdybym go o to poprosiła. Nie wiedziałam, jak znaleźliśmy się w tym punkcie. Nie potrafiłam się pozbierać. Nie wiem, co zrobiłam nie tak.

Było mi tak przykro…

Spojrzałam na lewo. Ryder siedział na sofie Aideen i jak zwykle pisał jakieś wiadomości na telefonie, nie zwracając na mnie uwagi. Niemal prychnęłam, gdy przypomniałam sobie, jak wiele miesięcy temu czułam się zraniona, kiedy poświęcał więcej uwagi swojemu telefonowi niż mnie. Teraz czułam ulgę, że skupiał wzrok na tym głupim urządzeniu, bo nie chciałam, by na mnie patrzył – by patrzył na mnie tak, jak kiedyś, bo zauważyłby, jak słaba się stałam.

Nie chciałam, by zobaczył, że się załamałam.

Odwróciłam od niego wzrok i podniosłam butelkę wody, którą przyniosłam sobie wcześniej z lodówki Aideen. Odkręciłam ją i upiłam łyk, pozwalając chłodnemu płynowi spłynąć w dół gardła. Wytrzeszczyłam oczy, kiedy odrobina wody wpadła do niewłaściwej dziurki. Odłożyłam butelkę i zaczęłam kaszleć. Uniosłam rękę, przykładając ją do piersi.

Podskoczyłam przestraszona, kiedy poczułam, że ktoś klepie mnie po plecach i podaje mi wodę, by mi pomóc. Spojrzałam w lewo, gdy Ryder odsunął ode mnie rękę, nawet nie odwróciwszy wzroku od telefonu.

Patrzyłam na niego bez emocji, mrugając.

Nie wiedziałam, co myśleć o jego geście, i to było niezwykle smutne. Ryder to mój narzeczony, a ja zdziwiłam się, że mnie dotknął. Ostatnio w ogóle mnie nie dotykał. No, chyba że musiał.

– Dziękuję – powiedziałam cichym głosem.

– Nie ma za co – odparł, nie patrząc na mnie.

Zamilkliśmy, a mój smutek natychmiast powrócił.

Nienawidziłam czuć się zdołowana.

Odwróciłam wzrok od Rydera i rozejrzałam się po pokoju. Mój wzrok wylądował na Aideen, gdy Keela i Bronagh się od niej odsunęły. Obie uśmiechały się z zadowoleniem na ładnych twarzach.

Co one knuły?

Uśmiechnęłam się do siebie i pokręciłam głową, myśląc o tej problematycznej trójce. Spojrzałam na swoją nogę, gdy poczułam wibrację. Wyjęłam z kieszeni telefon i uśmiechnęłam się, widząc na ekranie imię mojego kolegi z pracy.

Ash Wade.

Dołączył do naszego zespołu w szpitalu jakieś sześć miesięcy temu. Był dwudziestoośmioletnim Anglikiem, który przeprowadził się do Dublina z Londynu w wieku dwudziestu lat i tak mu się tu spodobało, że nigdy nie wrócił do Anglii.

Ash był komiczny. Potrafił mnie rozbawiać nawet wtedy, gdy myślałam, że jestem w stanie tylko płakać. Rozmawiał ze mną i słuchał mnie. Często rozmawialiśmy. Został moim dobrym przyjacielem, a ja cieszyłam się, że spotkałam go w takim momencie mojego życia, gdy potrzebowałam pocieszenia.

Ash był jak czysty promień światła. Potrafił każdemu rozjaśnić dzień.

Przesunęłam palcem po ekranie i odebrałam, przykładając telefon do ucha.

– W czym mogę ci pomóc? – zapytałam z szerokim uśmiechem.

Ash prychnął do słuchawki.

– Myślałem, że się pomyliłem i dodzwoniłem na gorącą sekslinię… Zadałaś mi takie dwuznaczne pytanie.

Zaśmiałam się radośnie, a ten dźwięk zaskoczył zarówno mnie, jak i ludzi siedzących dookoła. Spojrzałam przed siebie, gdy poczułam, że wszyscy na mnie patrzą, ale tylko z powodu jednej osoby się spięłam.

Te jego oczy.

Staliśmy się dla siebie obcymi ludźmi, ale jakoś nigdy nie potrafiłam pozbyć się tego uczucia, które ogarniało mnie, kiedy na mnie patrzył. Gdy tylko skupił na mnie wzrok, stałam się świadoma każdego mojego ruchu.

– Branna? – zapytał Ash. – Jesteś tam, aniele?

Przewróciłam oczami, rozbawiona.

Ash postanowił nazywać mnie aniołem, bo kilka tygodni temu ciągle mówił tak na mnie dziadek jednej z naszych pacjentek. Poprosiłam go, by przestał, ale nie posłuchał i powtarzał to tak często, że chyba już przywykłam.

– Jestem – odparłam. – Przepraszam, zamyśliłam się na chwilę.

– Nic się nie stało – odparł radośnie Ash, a potem dodał ciszej: – Nie uwierzysz, co stało się na oddziale, gdy wróciłaś do domu.

Ash pracował ze mą na porodówce i mieliśmy bardzo podobny grafik, plus minus kilka godzin co któryś dzień. Odkąd zaczął pracę, towarzyszył mi na każdej zmianie. Zupełnie jakby rada szpitala wiedziała, że będziemy dobrą drużyną, i postanowiła zrobić z nas współpracowników na czas nieokreślony.

– Jeśli powiesz mi, że pacjentka z pokoju numer cztery, która cały dzień krzyczała, jakby ją ktoś zarzynał, zamilkła, to coś jej zrobię.

Głęboki śmiech Asha wypełnił moje ucho i ogrzał zbolałe serce.

– Nie, wciąż krzyczała, gdy wychodziłem… Mimo że dostała znieczulenie i nic nie czuła od pasa w dół.

Zachichotałam.

– Zawsze jest taka jedna, która przesadza.

Ash jęknął.

– Nic mi o tym nie mów.

Prychnęłam.

– No dobra, powiedz, co się stało.

– Pani z pokoju numer jeden, no wiesz, ta gorąca ruda z ogromnymi cyckami, kojarzysz?

Ash był cudowny, ale to wciąż typowy facet…

Pokręciłam lekko głową.

– Tak, co z nią?

– Posrała się, gdy zaczęła przeć. Jej mąż spanikował, bo nie wiedział, co się dzieje i zemdlał. Gdy upadł, zahaczył o łóżko i całe to gówno się rozprysnęło.

Oparłam się o podłokietnik sofy i zaczęłam chichotać.

– Przysięgam – dodał rozbawiony Ash. – To było przekomiczne i obleśne jednocześnie.

Otarłam oczy wolną ręką, gdy łzy zebrały się w kącikach i już miały spłynąć po policzkach.

– Czy poród odbył się bez komplikacji? Czy dziecko jest zdrowe? – zapytałam, automatycznie przechodząc w tryb położnej. – A co z jej mężem?

– Wszyscy mają się świetnie. Matka dobrze sobie poradziła, urodziła zdrowego chłopca, ale jej mąż już chyba nigdy nie przyjdzie na porodówkę. Kazał obiecać żonie, że następnym razem zamiast niego przyjdzie z nią jej matka.

Zaśmiałam się znowu.

– Założę się, że wszyscy mieliście niezłą bekę.

– Zgadza się – potwierdził Ash. – Sally prawie posikała się ze śmiechu, gdy już umyła dziecko.

Sally to pięćdziesięciosiedmioletnia kobieta, która na porodówce była dla nas wszystkich jak matka. Nieczęsto miałam z nią zmiany, ale gdy już się to zdarzało, zasypywała mnie zabawnymi opowieściami o swojej młodości.

Pokręciłam głową, uśmiechając się radośnie.

– Chyba jednak nie żałuję, że mnie to ominęło. Odebrałam pięćdziesiąt trzy porody, widząc, jak z kobiety wychodząc tylko wody płodowe i dziecko. – Przeżegnałam się, a potem dodałam: – Dzięki Bogu.

– Wiesz, że twoja pierwsza pacjentka na jutrzejszej zmianie od rana posra się tylko dlatego, żeby zrobić ci na złość za ten komentarz?

– Wal się! – rzuciłam.

Ash zaśmiał się, rozbawiony.

– Widzimy się rano, ale pamiętaj, jutro nie mogę cię podwieźć, okej? Po drodze muszę zawieźć siostrę na uczelnię.

Zazwyczaj podwoził mnie do pracy, bo w zeszłym roku sprzedałam swój samochód, a Ryder ciągle potrzebował jeepa.

– Jasne, nie ma sprawy. Do zobaczenia jutro.

Włożyłam telefon do kieszeni i ziewnęłam, a potem spojrzałam na Rydera, który wciąż skupiał się na telefonie.

– Długo planujesz tu być? – zapytam, nie patrząc na jego dłonie w obawie, że zabrałabym mu ten telefon, żeby zobaczyć, od czego nie może odkleić wzroku.

Spojrzał na mnie i pokręcił głową.

– A chcesz już jechać?

Potaknęłam.

– Jutro mam zmianę od ósmej i chcę wcześnie iść spać.

Ryder schował telefon do kieszeni.

– Zapytam Damiena, czy chce się z nami zabrać.

Uśmiechnęłam się odruchowo, myśląc o tym chłopaku. Po tym, jak wrócił i wprowadził się do naszego domu, nieco się ożywiłam. Nie czułam się już taka pusta.

Zamrugałam, gdy Ryder wstał z krzesła i wyciągnął rękę w moją stronę. Przez chwilę się wahałam, ale szybko otrząsnęłam się ze zdziwienia i złapałam jego dużą dłoń. Oblizałam wargi, kiedy pociągnął mnie do góry, ale zaraz puścił. Zmarszczyłam brwi, zdezorientowana. Przeszedł obok mnie i udał się do swoich braci. Próbowałam się tym nie przejmować, ale nic nie mogłam na to poradzić. Tęskniłam za nim. Tęskniłam za byciem blisko. Za seksem z nim. Nawet nie pamiętałam, kiedy ostatnio była między nami jakaś intymność, i nie podobało mi się to.

Pożegnałam się z dziewczynami i braćmi, i puściłam oko do Kane’a, który akurat niósł Jaxa do jego pokoiku, by położyć go spać. Pogratulowałam siostrze i Dominicowi, że już poznali płeć dziecka, a potem wyszłam za Ryderem z mieszkania Aideen, kierując się korytarzem w stronę windy.

– Dame wróci do domu później – powiedział Ryder i nacisnął przycisk na panelu.

Drzwi windy się zamknęły. Zostaliśmy uwięzieni razem w środku. Czułam, że na mnie patrzy, więc skupiałam wzrok przed sobą. Zamarłam, nie chcąc wykonać żadnego ruchu.

– Z kim rozmawiałaś przez telefon? – zapytał tak cichym głosem, że ledwo go słyszałam.

Byłam lekko wkurzona tym, że mnie wypytywał, chociaż sam nigdy nie odpowiadał na moje pytania. Chciałam zasypać go własnymi pytaniami, dowiedzieć się, gdzie znika każdego wieczoru, gdy myśli, że śpię, i dlaczego cały czas gapi się w telefon, ale nie miałam siły na kłótnię. I tak by mi nie odpowiedział, nawet gdybym zapytała. Nigdy nie odpowiadał.

– To tylko Ash. Pracujemy razem na porodówce.

Kątem oka dostrzegłam, że Ryder skinął głową. Nigdy nie poznał Asha, więc nie miałam pojęcia, o czym teraz myślał.

– Wszystko w porządku? – zapytał po chwili, ni stąd, ni zowąd.

Byłam tak zaskoczona tym pytaniem, że spojrzałam na niego z uniesionymi brwiami i odparłam:

– A dlaczego miało by nie być?

Wzruszył ramionami, patrząc na mnie ze zdziwieniem.

– Prawie się nie uśmiechałaś, gdy Bronagh ogłosiła, że będą mieć dziewczynkę.

Bo odtańczyłam taniec radości w szpitalu, tuż po tym, jak się o tym dowiedziałam.

Skupiałam wzrok przed sobą.

– Miałam ciężki dzień w pracy. Jestem po prostu zmęczona.

– Zbyt zmęczona, by cieszyć się szczęściem siostry?

– Cieszę się jej szczęściem – warknęłam na ten przytyk. – Nie muszę skakać z radości, by się cieszyć, Ryder.

Cisza.

– Wydaje mi się, że jesteś trochę…

– Trochę co? – dociekałam z naciskiem.

Drzwi windy otworzyły się w chwili, gdy Ryder dokończył:

– Zazdrosna.

Wyszłam na korytarz, grzecznie skinęłam głową ochroniarzowi siedzącemu za biurkiem w holu i szybko ruszyłam w stronę głównego wyjścia.

– Branna? – zawołał za mną Ryder. – Poczekaj chwilę.

Nie poczekałam. Przyspieszyłam i niemal wybiegłam z budynku. Kiedy wyszłam na zewnątrz, skinęłam głową ochroniarzom stojącym przed wejściem i udałam się do jeepa Rydera, który stał zaparkowany pomiędzy samochodami jego braci.

Pospiesznie zbliżyłam się do drzwi pasażera i wbiłam spojrzenie w klamkę, czekając. W końcu Ryder podszedł do samochodu i z westchnieniem otworzył drzwi. Wsiadłam i zatrzasnęłam za sobą drzwi.

– Jasna cholera, Branna – warknął Ryder, gdy zajął miejsce kierowcy. – Nie wyżywaj się na moim samochodzie.

Pieprz się i niech twój samochód też się pieprzy.

– Nie byłabym w złym humorze, gdybyś nie mówił tak…

– Jak?

– Tak nieczule! – dokończyłam.

– Nieczule… – powtórzył Ryder i odwrócił się w moją stronę. – Powiedziałem tylko, że jesteś zazdrosna o to, że Bronagh będzie mieć dziewczynkę. Gdzie tu nieczułość?

Nawet nie mogłam na niego spojrzeć.

– Nie jesteś głupi. Pomyśl chwilę, na pewno ci się uda.

Ryder nie ruszył nawet jednym mięśniem. Po prostu dalej się na mnie gapił.

– Ty naprawdę jesteś zazdrosna – wymamrotał, a potem wciągnął głośno powietrze do płuc, zaskoczony. – Chcesz mieć dziecko?

Wyjrzałam przez okno, nie odpowiedziawszy.

– Branna – naciskał. – Chcesz mieć dziecko?

Nie patrząc na niego, odparłam:

– Od lat chcę mieć dziecko. Po prostu nigdy nic nie mówiłam i nie nalegałam, bo w naszej rodzinie w ostatnim czasie stało się zbyt wiele złego… A skoro jesteśmy najstarsi, musieliśmy odłożyć na bok swoje problemy. Jesteśmy jak rodzice. Musimy najpierw zadbać o innych, a dopiero potem skupiać się na własnych potrzebach.

Ryder milczał, więc kontynuowałam:

– Wiesz, że kocham dzieci, i gdyby to zależało tylko ode mnie, pewnie miałabym ich już kilkoro do czasu, gdy cię poznałam. Ale zmarli moi rodzice i musiałam zająć się siostrą, zamiast skupiać na sobie. Zawsze chciałam być położną i to jedyne marzenie, które spełniłam. To dlatego harowałam jak wół przed trzydziestką, gdy na głowie miałam jeszcze kapryśną nastolatkę.

Spojrzałam na niego, ale on wciąż milczał.

– Myślisz, że jesteśmy gotowi na dziecko? – zapytał w końcu, ale jego głos był podszyty zwątpieniem.

To było okropne, ale musiałam się z nim zgodzić.

– Nie, nie jesteśmy gotowi nawet na to, by mieć psa, a tym bardziej dziecko.

Ryder odwrócił głowę i spojrzał przed siebie. Włożył kluczyki do stacyjki i uruchomił samochód. Wyjechał z parkingu i ruszył w stronę domu.

– Poza tym – dodał – musielibyśmy się pieprzyć, żebyś zaszła w ciążę.

Położyłam ręce płasko na udach, opierając się pokusie, by zacisnąć je w pięści.

– Pewnie byśmy to robili, gdybyś każdej nocy nie znikał Bóg wie gdzie, by robić nie wiadomo co.

Przemilczałam kwestię „z kim”, bo bałam się, że właśnie dlatego wychodził każdej nocy. Do kogoś. Chyba bym tego nie przeżyła, wolałam nie wiedzieć… Moja siostra i reszta dziewczyn przyłożyłyby mi za takie myślenie, ale one nie wiedziały, co się działo między mną a Ryderem w domu i w ogóle w związku.

Myślały, że wiedzą, ale się myliły.

– Nie zaczynaj znowu z tymi bzdurami – warknął Ryder, mocniej zaciskając ręce na kierownicy. – Często bywam w domu, a i tak nigdy nie masz ochoty. Poza tym śpisz w dawnym pokoju Dominica, najdalej ode mnie, jak to tylko możliwe w naszym domu.

Poczułam obrzydzenie.

– Celem mojego życia na tej ziemi nie jest pieprzenie cię wtedy, kiedy tobie pasuje, Ryder.

– Nie – zgodził się. – Ale byłoby miło, gdybym mógł zaliczyć chociaż raz na tydzień. Nie dotykaliśmy się od miesięcy. W tej chwili wystarczyłoby mi nawet samo spanie na łyżeczkę.

Mówił o mnie tak, jakbym była jego sekszabawką.

– A czyja to wina? – warknęłam, wyrzucając ręce w powietrze. – To ty się ode mnie odsunąłeś. Nie rozmawiamy już, nie śmiejemy się, nie robimy ze sobą nic poza kłóceniem się, i to wszystko twoja wina, do cholery! To ty doprowadziłeś do tego, że tak między nami jest, a najsmutniejsze jest to, że nie wiem, dlaczego tak się stało. Nie wiem, co robisz, gdy wychodzisz z domu każdego wieczoru, albo dlaczego ciągle siedzisz z telefonem w ręce, ale to tak beznadziejna sytuacja, że po prostu ją akceptuję, bo jestem zbyt zmęczona. Ciągle się kłócimy i nie mam już siły na nic innego.

Odwróciłam głowę i wyjrzałam przez okno, próbując powstrzymać napływające do moich oczu łzy. Nie chciałam płakać. Miałam już tego dosyć.

– Mówiłem ci, że mam sprawy do załatwienia. Tylko tyle musisz wiedzieć.

Od roku zajmował się jakimiś „sprawami”. Powinien zmienić wymówkę, bo ta się starzała, a im częściej ją słyszałam, tym bardziej działała mi na i tak zszargane nerwy.

Zamknęłam oczy, zniesmaczona, że wciąż nie chciał się ze mną dzielić swoimi sekretami.

– Nie wierzę ci, Ryder – powiedziałam cicho.

– No to nie wiem, co mam ci jeszcze powiedzieć, Branna – odparł wzburzony, chociaż próbował to ukryć. Zmarszczył tylko brwi.

– A może dla odmiany chociaż raz powiesz mi prawdę? – odparłam. – Po prostu powiedz mi, dokąd jeździsz i co robisz. Proszę.

Znowu zacisnął ręce na kierownicy. Wjechaliśmy na naszą ulicę.

– Nie mogę ci powiedzieć. Nie zrozumiałabyś tego.

Wbiłam spojrzenie w swoje kolana.

– Nie zrozumiem, jeśli mi na to nie pozwolisz.

Ryder jęknął i wjechał na nasz podjazd, parkując samochód. Wyciągnął kluczyki ze stacyjki i powiedział:

– To moja sprawa, okej? Nie musisz się niczym martwić. Gdybym ci powiedział, zaczęłabyś się niepokoić, a ja nie chcę, by do tego doszło. Duży Phil wciąż gdzieś tam jest i wszyscy żyjemy pod presją. Moje sprawy nie muszą jeszcze pogarszać sytuacji.

Wysiadł z samochodu, zamknął drzwi, a potem ruszył ścieżką i zniknął w domu, zostawiając mnie sam na sam z moimi myślami.

– Ja już tak dłużej nie mogę – powiedziałam na głos, by w końcu usłyszeć słowa, które wypowiadałam w myślach od miesięcy.

Nie mogliśmy dalej podążać tą ścieżką. Coś musiało się zmienić i w tej chwili dokładnie wiedziałam, co należy zrobić, żeby zacząć proces leczenia ran, które powstały w ciągu ostatnich lat i wciąż się nie zagoiły. Musiałam wprowadzić zmiany. Musiałam się odseparować od tego, co mnie raniło… Nawet jeśli on nie robił tego celowo.

Zamknęłam mocno powieki, gdy poczułam ból. Pozostałe fragmenty mojego zniszczonego serca rozpadły się na milion kawałków, gdy podjęłam przełomową dla mojego życia decyzję. Decyzję, która wpłynie nie tylko na mnie, ale też na moją rodzinę i przyjaciół. Gdy zrozumiałam, co muszę zrobić, żeby się uwolnić, poczułam, że zaraz zemdleję, więc wyciągnęłam rękę, na oślep opierając się o deskę rozdzielczą.

Musiałam zerwać z Ryderem.

Nie płacz.

Rozdział 2

Kiedy następnego ranka rozległ się alarm budzika, usiadłam na łóżku Dominica, w którym tymczasowo spałam, i skrzywiłam się. Uniosłam ręce do twarzy i odetchnęłam głęboko, dotykając delikatnej skóry pod oczami, które były lekko spuchnięte i piekły. To był bez wątpienia skutek wczorajszego płaczu do poduszki.

Znowu chciało mi się płakać, gdy dotarło do mnie, że sen nie zmienił mojej decyzji co do Rydera. To bolało jeszcze bardziej. Miałam nadzieję, że się obudzę i porzucę pomysł, który naszedł mnie wczoraj, ale tak się nie stało. Byłam przygnębiona przez zbyt długi czas, musiałam pożegnać się z Ryderem, by przestać cierpieć.

Wiedziałam, że zostawienie go będzie oznaczać kolejną ranę i inny rodzaj bólu, ale nie miałam pojęcia, jak rozwiązać nasz problem. Rozmawianie nie pomagało, krzyczenie na niego też nie, tak samo jak płacz. Nic, kurwa, nie działało.

Nie chciałam się już dłużej kłócić. Nie chciałam więcej płakać. Byłam wykończona. Miałam dosyć.

– Jak ja to zrobię? – wyszeptałam sama do siebie.

Zamknęłam oczy i po raz milionowy życzyłam sobie, by była obok mnie moja mama, bo chciałam z nią porozmawiać. Rozpaczliwie potrzebowałam kogoś, kto by mnie poprowadził, a nie mogłam poprosić o to Bronagh czy przyjaciół, bo to oni przychodzili do mnie, gdy coś złego się działo, a nie na odwrót. Byłam najstarsza. Nie mogłam się zagubić. Powinnam pomagać innym odnaleźć swoją drogę.

Byłam w tym wszystkim sama.

Po kilku chwilach otworzyłam oczy i odetchnęłam głęboko, by się uspokoić.

Muszę iść do pracy.

Później wymyślę, jak zakończyć związek z Ryderem, ale teraz powinnam wziąć prysznic, ubrać się i jechać do szpitala. Kochałam swoją pracę, niewielu ludzi miało to szczęście. Nie była łatwa, czasami zalewałam się łzami, gdy poród nie zakończył się dobrze, ale w dziewięciu przypadkach na dziesięć pomagałam kobiecie sprowadzić na ten świat nowe życie i to koiło moją duszę.

To była jedyna rzecz w moim życiu, która utrzymywała mnie przy zdrowych zmysłach.

Kiedy wyszłam z pokoju Dominica, zaczęłam nasłuchiwać, czy z dołu nie dochodzą jakieś dźwięki, ale nic nie usłyszałam, więc albo Ryder jeszcze nie wrócił, albo wciąż spał. Nie odważyłam się iść do naszej sypialni, by to sprawdzić – nie chciałam cierpieć. Jeśli tam był, to przypomniałabym sobie, że musiałam z nim zerwać, a jeśli go nie było – to właściwie oznaczało to samo…

Nie było innego wyjścia.

Odwróciłam się i ruszyłam do pokoju, w którym spałam, do znajdującej się w nim łazienki. Brałam tam prysznic niezliczoną ilość razy w ciągu ostatnich miesięcy, więc trzymałam tam wszystkie swoje kosmetyki, w razie gdybym nie spała z Ryderem lub w naszym łóżku. To wszystko było tak popaprane… Ostatnio nawet nie mogłam spać bez niego w naszym łóżku, bo czułam się samotna, ale też nie mogłam spać w tym łóżku z nim, bo nie chciał mi powiedzieć, co planował, a to za bardzo bolało.

To naprawdę chora sytuacja, a jedyne rozwiązanie zabije mnie, tak samo jak Rydera.

Nie myśl o tym.

Po prysznicu ubrałam się i zaplotłam włosy we francuski warkocz. Wygładziłam dłońmi fartuch i sprawdziłam, czy mam kieszonkowy zegarek i plakietkę z moim imieniem. Przed lustrem przyciemniłam lekko brwi i nałożyłam ulubiony błyszczyk o truskawkowym zapachu.

Do pracy nigdy nie nakładałam nic na twarz. Na samym początku tak robiłam, ale szybko odkryłam, że podczas zmian bardzo często pocieram twarz i oczy, rozmazując starannie nałożony makijaż. Nie wspominając już o tym, że później wszystko zostawało mi na dłoniach. To nie było warte zachodu, więc tylko nawilżałam twarz i przyciemniałam brwi.

Wzięłam swoją torbę i włożyłam do niej telefon i mniejszą torebkę, a potem jak najciszej zeszłam na dół. W kuchni przygotowałam sobie herbatę, rezygnując ze śniadania. Kiedy skończyłam pić, sprawdziłam zegarek i zaklęłam pod nosem. Musiałam się pospieszyć, jeśli chciałam zdążyć na autobus.

Wybiegłam z kuchni, chwyciłam płaszcz wiszący na wieszaku w korytarzu i założyłam go, a zawiązałam dopiero na zewnątrz. Zadrżałam, gdy owiało mnie chłodne październikowe powietrze szczypiące moją skórę. Musiałam zapamiętać, by kupić sobie szal i rękawiczki. Wyszłam z ogrodu i zamknęłam za sobą bramę. Odwróciłam się, a potem szybkim krokiem ruszyłam w stronę przystanku autobusowego.

Nie wiem dlaczego, ale poczułam na sobie czyjś wzrok, więc odwróciłam się… ale nikogo za mną nie było. Spojrzałam więc w stronę domu, przełykając ślinę. Zobaczyłam, że w oknie naszej sypialni stał Ryder, bez koszulki, z ramionami uniesionymi nad głowę. Wiedziałam, że trzymał się karnisza nad oknem. Zaczęłam żałować, że to robił, bo jego umięśniona klata wyglądała w tej pozycji idealnie. Nawet z oddali widziałam każdy wyrzeźbiony mięsień.

Czułam na sobie jego wzrok, jednak musiałam przestać o tym myśleć. Nie mogłam pozwolić mu sobą manipulować jedynie jego spojrzeniem. Musiałam być silna. Musiałam skupić się na sobie. Odwróciłam się od domu i Rydera i zaczęłam biec. Zatrzymałam się dopiero na przystanku na końcu ulicy. Autobus akurat podjeżdżał.

Trzydzieści minut później wysiadłam i ruszyłam w stronę Coombe Maternity Hospital. Rozluźniłam pośladki, które ścierpły mi od siedzenia na twardych fotelach w autobusie. Miałam szczęście, bo udało mi się znaleźć miejsce pomimo porannego tłoku. Nie przepadałam za transportem publicznym i tęskniłam za moim samochodem. Kiedyś Ryder podwoził mnie rano do pracy, zanim zabierał się za swoje sprawy, ale szybko się to skończyło, gdy sytuacja między nami uległa pogorszeniu. Przez większość dni Ash zabierał mnie do pracy, a Bronagh z niej odbierała, gdy kończyła się moja zmiana. Ostatnio myślałam o kupieniu jakiegoś taniego samochodu, bo nie znosiłam być zależna od innych i nie chciałam ich wykorzystywać w ten sposób, ale nie pozwalały mi na to moje finanse.

Ryder i jego bracia zarobili dużo pieniędzy za wykonywanie nielegalnych zadań w przeszłości, ale ostatnio dowiedziałam się, że w wyniku kiepskiej inwestycji z Brandonem Daleyem Dominic, Alec i Ryder dużo stracili. Byli spłukani. Kilka miesięcy temu podsłuchałam rozmowę braci, chociaż nie powinnam była tego robić, a potem kilka tygodni po pobycie Aideen w szpitalu rozmawiałam o tym z Ryderem.

Dowiedziałam się, że na naszym wspólnym koncie zostało bardzo niewiele pieniędzy, ale gdy zapytałam o to Rydera, szybko mnie zbył. Unikał bezpośredniej odpowiedzi na moje pytania. Mówił, że „mam się tym nie martwić”, zbywał mnie: „Nie rozmawiajmy o tym”. Zapytałam, czy ma to coś wspólnego z Brandonem lub dawnym życiem Rydera, ale on zakończył rozmowę kłótnią. Nigdy nie pozwalał nikomu rozmawiać w naszym domu o Brandonie lub o przeszłości. I zawsze podkreślał ten zakaz przekleństwami.

Nigdy z nim o tym nie rozmawiałam, bo nie chciałam podejmować tego tematu. Wiązał się on z wieloma okropnymi wspomnieniami. Jednak z Ryderem coś się działo i wiedziałam, że ma to coś wspólnego z tym, dokąd wybierał się każdej nocy. To na pewno nie był przypadek, że bracia nagle stracili duże ilości pieniędzy, a potem Dominic zaczął pracować dla Brandona, żeby zarobić na życie. Nie wiedziałam, czym zajmował się Alec, ale to też na pewno nie było legalne.

Kane tymczasem zarabiał legalnie. Nie powinnam o tym wiedzieć, ale podsłuchałam jego rozmowę z Aideen dotyczącą wybudowania nowych budynków mieszkalnych. Zapytałam o to Rydera i niechętnie opowiedział mi o tym, o czym Kane nie chciał mówić. Milczałam i udawałam, że nie wiem, czym zajmuje się Kane, ale tak naprawdę chciałam mu pogratulować i uścisnąć go mocno. Udało mu się zostać na właściwej ścieżce, podczas gdy Dominic i najprawdopodobniej również Ryder i Alec wrócili do dawnych zajęć.

– Branna. – Taylor Carey uśmiechnęła się, gdy weszłam na oddział położniczy.

Uważałam ją za fajną osobę. To nie był ten typ koleżanki, której zwierzyłabym się lub opowiedziała o swoich sekretach, bo nie znałam jej za dobrze, ale nie nudziłam się, kiedy pracowałyśmy na tej samej zmianie. Lubiłam ją.

Skinęłam głową i pomachałam palcami.

– Hej, Tay.

Taylor uniosła ramiona nad głowę, przeciągając się i ziewając.

Uśmiechnęłam się kącikiem ust.

– Miałaś długą zmianę?

Pokiwała głową.

– To była bardzo męcząca noc. Odkąd przyszłam do pracy o ósmej wieczorem, mieliśmy osiem porodów.

Zagwizdałam.

– To dobrze dla mam, dzieci i pracowników. Wszyscy lubią szybkie porody.

Taylor znowu ziewnęła.

– Dzięki nim moja zmiana szybciej mija. Nie wierzę, że już się skończyła. Uwielbiam, gdy tak się dzieje.

Jęknęłam.

– A ja nie wierzę, że moja dopiero się zaczyna. Czuję się, jakbym przeżyła osiem rund z Mikiem Tysonem.

Taylor się skrzywiła.

– Zauważyłam, że masz lekko podpuchnięte oczy, ale nie chciałam nic mówić. Wszystko w porządku?

Pokiwałam głową.

– To tylko lekki katar.

Kłamstwo.

Taylor zmarszczyła brwi.

– Nie powinnaś mieć dużo pracy od rana, więc możesz cierpieć w spokoju. W jedynce i dwójce leżą dwie kobiety, ale dopiero z trzy- i czterocentymetrowym rozwarciem. Zmierzyłam im ciśnienie krwi, temperaturę i puls dziesięć minut temu, więc masz spokój na godzinę, potem będziesz musiała znowu je zbadać. Obie ciężarne to nastolatki, więc powinny zająć cię rozmową, dopóki reszta się nie zjawi.

Uśmiechnęłam się szeroko.

– Założę się, że za godzinę pięć lub sześć kobiet zacznie rodzić i będę mieć pełne ręce roboty.

Taylor wstała i szturchnęła mnie biodrem.

– Taka praca.

– Racja – zgodziłam się.

– Czy Ash ma dzisiaj z tobą zmianę? – zapytała lekkim tonem, zbierając swoje rzeczy.

Zajęłam jej miejsce w dyżurce pielęgniarskiej.

– Tak, niedługo powinien tu być – powiedziałam. – Zawsze pracujemy razem. Właściwie nie pamiętam, kiedy po raz ostatni pracowałam bez niego.

Taylor westchnęła z rozmarzeniem.

– Ale jestem zazdrosna. On jest boski i tak cholernie zabawny.

– Kto jest boski i tak cholernie zabawny?

Spojrzałam na Asha, który stanął za Taylor i zaśmiał się, kiedy ona odwróciła się gwałtownie i niemal go przewróciła, gdy jej torba zatoczyła łuk w powietrzu. Ash zareagował nadludzko szybko i złapał tę torbę, zanim spadła na podłogę. Wyprostował się i podał ją Taylor z szerokim uśmiechem. Zauważyłam, że czubki uszu Taylor zaczerwieniły się. Wyobrażałam sobie, jaka musiała być czerwona na twarzy.

– Rozmawiałyśmy o Ryanie Reynoldsie – powiedziałam do Asha. – Wiesz, to ten aktor, który gra w nowym filmie Deadpool. Kojarzysz?

Ash przesunął wzrok z Taylor na mnie i pokiwał głową.

– Znam go, to dobry aktor.

Moje usta drgnęły.

– Jest boski i taki cholernie zabawny.

Taylor odwróciła się twarzą do mnie i wytrzeszczyła oczy. Zaśmiałam się, widząc jej minę. Ash zerknął na nas, a na jego przystojnej twarzy pojawiło się zdezorientowanie. Pokręcił jednak głową i zdecydował, że nie powie tego, o czym pomyślał. Mądry z niego facet.

– Idę już – wymamrotała Taylor, unikając kontaktu wzrokowego z Ashem, który wyszedł do pokoju socjalnego, by włożyć do szafki swoje rzeczy.

Uśmiechnęłam się szeroko.

– To było przezabawne.

– To było upokarzające – wymamrotała. Jej policzki wciąż wyglądały na zarumienione. – Myślisz, że domyślił się, że rozmawiałyśmy o nim?

Pokręciłam głową.

– Nie, na pewno nie zauważył.

Taylor odetchnęła z ulgą.

– Okej, lepiej już pójdę, zanim powiem coś, co sprawi, że zapragnę, aby ziemia się rozstąpiła i pochłonęła mnie w całości.

Zaśmiałam się.

– Na razie.

Taylor skrzywiła się, a potem pośpiesznie opuściła oddział. Wstałam i zaniosłam torbę i płaszcz do pokoju socjalnego, by włożyć je do szafki. Przymocowałam telefon do klipsa przy spodniach, a potem spojrzałam na Asha, który opierał się o szafkę kuchenną z ramionami założonymi na piersi i zadowolonym uśmiechem na twarzy.

Zmarszczyłam brwi.

– Dlaczego tak na mnie patrzysz?

– Wiem, że Taylor mówiła o mnie.

Udałam oburzenie.

– Ty podsłuchiwaczu!

Ash uśmiechnął się złośliwie.

– A więc jestem boski i cholernie zabawny, tak?

Wzruszyłam ramionami.

– Ona tak sądzi.

– A ty? – naciskał. – Zgadzasz się z tym?

Udałam, że się nad tym zastanawiam, przez co Ash zrobił obrażoną minę, co tylko bardziej mnie rozbawiło.

– Myślę, że jesteś zabawny… Tak cholernie zabawny – droczyłam się z nim.

Ash złapał się za serce.

– A boski nie jestem?

Przewróciłam oczami żartobliwie.

– Jesteś niezły.

Spoważniał, uniósłszy znacząco brwi.

– Ale trochę bardzo niezły?

– Tak – prychnęłam. – Trochę bardzo.

– Niech będzie! – zawył radośnie.

Skrzywiłam się.

– Masz za dużo energii jak na tak wczesną godzinę.

Ash nastawił czajnik.

– Chcesz kubek herbaty na pobudzenie?

Pokiwałam głową.

– Tak, proszę.

Przygotował dla mnie herbatę. Piłam ją i mruczałam z zadowolenia. Zajęliśmy miejsce w dyżurce i powitaliśmy trzy koleżanki z pracy, które miały dzisiaj z nami pracować na dziennej zmianie. Shannon, Katie i Jada. Rozluźniałam się, gdy one rozmawiały o dwóch pacjentkach, które obecnie leżały na oddziale.

– Szykują ci się w tym miesiącu jakieś ekscytujące wydarzenia? – zapytał Ash, gdy przeglądaliśmy karty dwóch pacjentek.

Wzruszyłam ramionami.

– Bronagh niedługo kończy dwadzieścia trzy lata. Na pewno coś przygotujemy. Oczywiście czuj się zaproszony na imprezę.

Ash zaśmiał się.

– Dzięki, ale jeszcze nie poznałem Rydera ani jego braci, a sądząc po tym, co o nich słyszałem, wolałbym ich poznać, gdy wszyscy są trzeźwi.

Moje usta drgnęły lekko.

– Oni są nieszkodliwi. Przez większość czasu. Dla nas, dziewczyn… Hmm, gdy teraz się nad tym zastanawiam, to chyba jednak nie powinieneś przychodzić.

Ash zaśmiał się szczerze, a ja się uśmiechnęłam, jednak mój dobry humor zniknął, gdy usłyszeliśmy przeraźliwy krzyk dobiegający z korytarza, a alarm dał znać o kodzie czerwonym. Ash i ja zerwaliśmy się na równe nogi. On pobiegł w stronę sali wraz z innymi położnymi, a ja sięgnęłam po telefon.

– Sala operacyjna – odezwał się męski głos po drugim sygnale.

– Zwolnijcie salę operacyjną, natychmiast! – krzyknęłam. – Kod czerwony na porodówce. Wezwijcie doktora Harrisa albo lekarza dyżurnego, niech się przygotują do cesarskiego cięcia. Teraz!

– Cholera – syknął mężczyzna po drugiej stronie. – Robi się.

Połączenie zostało przerwane, więc się rozłączyłam i pobiegłam do pokoju numer dwa, nad którym świeciła się czerwona lampka. Natychmiast się przestraszyłam i poczułam mdłości. Pracowałam w szpitalu od czterech lat. Podczas moich zmian zdarzyło się siedem czerwonych alarmów, ale z czasem wcale nie szło łatwiej. Czerwony alarm w moim szpitalu oznaczał, że serce dziecka albo matki przestało bić. Matka zostaje podłączona do urządzenia monitorującego serca dziecka i jej. Maszyna sama uruchamia alarm, jeśli coś się dzieje.

Gdy dziecko lub matka są bliscy śmierci, oznacza to, że mamy tylko kilka minut, by wykonać cesarkę i wyciągnąć dziecko, zanim zaczniemy ratować którekolwiek z nich. Gdy zbliżyłam się do pokoju, wiedziałam już, że to serce dziecka przestało bić, bo słyszałam krzyki i błagania matki. W pokoju zastałam mężczyznę, który trzymał się za głowę, a w oczach miał łzy. To musiał być ojciec. Ash i położna Jada trzymali przyszłą matkę.

Podeszłam do kobiety i ujęłam jej twarz w dłonie. Zapamiętałam jej dane, bo wcześniej czytałam jej kartę w dyżurce, więc powiedziałam ostro:

– Samantha, posłuchaj mnie!

Kobieta nie mogła się pozbierać, ale spojrzała na mnie i wiedziałam, że skupiłam jej uwagę na sobie dosłownie na chwilę, bo zaraz znowu się zawiesi.

– Przenosimy cię na salę operacyjną i przeprowadzimy cesarskie cięcie. Wyciągniemy twojego syna w ciągu następnych kilku minut i spróbujemy go uratować, ale nie zrobimy tego bez ciebie, okej? Musisz być silna. Możesz to dla mnie zrobić, skarbie?

– Okej – zapłakała. – Proszę, uratujcie go. Obiecaj mi, że go uratujecie. Proszę.

Pokiwałam głową, bo nie potrafiłam wypowiedzieć na głos ani słowa, w razie gdyby obietnica miała się okazać okropnym kłamstwem.

Wszystko działo się tak szybko. Ash, ja i ojciec dziecka prowadziliśmy Samanthę na drugie piętro szpitala i weszliśmy na salę operacyjną, gdzie doktor Harris i jego współpracownicy już czekali gotowi do operacji.

– Minęło dziewięćdziesiąt jeden sekund od aktywacji kodu czerwonego. Bardzo dobrze, Branna – powiedział doktor Harris i poklepał mnie po ramieniu. – Ty i twój zespół osiągnęliście dobry czas.

Pokiwałam głową i oddałam Samanthę pod ich opiekę. Stałam jak posąg i patrzyłam, jak dwuskrzydłowe drzwi prowadzące na salę operacyjną się zamykają. Usłyszałam, jak doktor Harris wykrzykuje polecenia, prosząc o cewnik i kroplówkę, które miały zostać założone Samancie. Jej brzuch trzeba było przetrzeć środkiem dezynfekującym. Wstrzymałam oddech, gdy po chwili oznajmił, że wprowadził kobietę w śpiączkę. To był nagły przypadek, więc Samantha musiała zostać poddana ogólnej narkozie natychmiast i nie obudzi się, by być świadkiem narodzin dziecka.

Drgnęłam, gdy nagle ktoś założył mi rękę na szyję i przycisnął do twardej piersi. Nie musiałam patrzeć, by wiedzieć, że to Ash. Zamknęłam oczy i otoczyłam go ramionami w talii, ściskając. Pocałował mnie w czubek głowy, mówiąc:

– Przyprowadziliśmy ją tu szybko, a doktor Harris już robi pierwsze nacięcia. Jeśli ktoś może ją uratować, to właśnie on i jego zespół.

Wiedziałam o tym, ale to nie zmniejszyło mojego strachu.

– Zawsze bardzo się przejmuję – wyszeptałam. – Jak mam pomagać pacjentom, kiedy pozwalam, by emocje wzięły nade mną górę?

Ash odsunął się ode mnie o krok i złapał za ramiona, więc otworzyłam oczy i spojrzałam na niego.

– Posłuchaj mnie – odezwał się stanowczo. – Kiedy Sally nie ma z nami, to ty jesteś matką tego oddziału. To ty rządzisz i ta odpowiedzialność nie spadła na ciebie dlatego, że jesteś słodka i miła, ale dlatego, że jesteś cholernie dobrą położną. Słyszałaś doktora Harrisa, przywieźliśmy ją w dziewięćdziesiąt jeden sekund, a to tylko twoja zasługa.

Poczułam, jak drży mi dolna warga.

– Dzięki, Ash.

Puścił do mnie oko.

– Nie musisz mi dziękować, młoda.

Młoda.

Zmusiłam się do prychnięcia.

– Jestem cztery lata starsza od ciebie.

– Wiek to tylko liczba, skarbie.

Zachichotałam, ale zamilkłam, gdy usłyszałam, że w sali operacyjnej jest jakieś zamieszanie. Złapałam Asha za rękę, kiedy usłyszałam wesołe okrzyki. Drzwi uchylił się lekko i wtedy rozległ się piękny płacz nowo narodzonego dziecka.

– Tak! – pisnęłam i wskoczyłam Ashowi w ramiona, który zdążył mnie złapać i unieść w powietrze.

Obrócił mną dookoła, a potem podstawił na podłodze i uścisnął mocno. Czekaliśmy dziesięć minut, aż zaszyją rozcięcie na brzuchu Samanthy i zbadają dziecko. Oboje odwróciliśmy się w stronę doktora Harrisa, który wyszedł właśnie z sali, zdejmując fartuch. Uściskał mnie, a z Ashem przybił żółwika. Uśmiechnęłam się szeroko. Doktor Harris miał pięćdziesiąt pięć lat i patrzenie, jak przybija z kimś żółwika, zawsze mnie bawiło.

– To zasługa twoja i twojego zespołu – powiedział do mnie. – Świetnie sobie poradziliście. Dziecko oddycha samo, a matka jest w stabilnym stanie. Oddamy dziecko na oddział intensywnej terapii pod obserwację, ale wszystko jest w porządku. Dobra robota.

Uderzyła mnie kolejna fala ulgi.

– Dzięki Bogu – wydyszałam.

Ash i ja opuściliśmy salę operacyjną i wróciliśmy na porodówkę radosnym krokiem. Poinformowaliśmy koleżanki o stanie Samanthy i jej dziecka, a potem usiedliśmy w dyżurce.

– Trudno uwierzyć, że nie ma jeszcze dziewiątej – powiedział Ash, kręcąc głową.

Przytaknęłam.

– To będzie długi dzień.

– Dzięki Bogu za herbatę – zanucił Ash, rozbawiając mnie.

Dzięki Bogu za niego. Doskonale wiedziałam, że bez niego nie dałabym rady tu pracować. Był moim wspólnikiem zbrodni i mogliśmy polegać na sobie w pracy. Miałam szczęście, że pojawił się w moim życiu. Dobrzy przyjaciele potrafili rozświetlić nawet najmroczniejsze dni.

***

– To musiało być straszne! – Dominic szeroko otworzył oczy.

Właśnie skończyłam mu opowiadać o czerwonym alarmie na oddziale. Bronagh poszła na górę do łazienki.

Pokiwałam głową i oznajmiłam:

– To zawsze jest przerażające. Nie znoszę czerwonego alarmu.

Dominic pokiwał głową na zgodę, a potem spojrzał w stronę kuchennych drzwi, gdy usłyszeliśmy, że Bronagh schodzi na dół. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam jego ramienia.

– Nie wspominaj jej o tym. Nigdy jej o tym nie mówię, bo tylko się denerwuje. A teraz jest w ciąży i nie chcę, żeby zaczęła się bać, że coś takiego mogłoby się jej przytrafić.

Dominic skinął głową, a potem skupił się na Bronagh, gdy weszła do pokoju. Położyła ręce na biodrach i westchnęła głęboko.

– Ale jestem gruba. – Zmarszczyła brwi. – Zejście z toalety zajęło mi całą minutę.

Prychnęłam, a Dominic przechylił głowę.

– Gruba? – zapytał. – A myślałem, że jesteś w ciąży. Rany, ale mnie nabrałaś.

Bronagh pokazała mu środkowy palec.

– Wal się, kutafonie. Ty mi to zrobiłeś.

– Jasne, że tak, wielki tyłku – uśmiechnął się, nieporuszony tą obrazą.

Kutafon już dawno temu zmienił się w ich związku z obraźliwego słowa w czułe słówko, więc na pewno dlatego Dominicowi ono nie przeszkadzało.

Uśmiechnęłam się, gdy Bronagh podeszła do szafki kuchennej i – co było głupie – próbowała wskoczyć na blat, jak robiła to kiedyś, tylko teraz zaszła w ciążę, więc wyglądało to niebezpiecznie, ale też komicznie, bo nie mogła tam wskoczyć bez pomocy.

– Dominic – zawołałam. – Pomożesz jej?

Wstał i podszedł do Bronagh, po czym ostrożnie podsadził ją na szafkę. Moja siostra obserwowała go z uśmiechem, na co on również się uśmiechnął.

– Dlaczego tak na mnie patrzysz? – zapytał rozbawiony.

– Nie miałeś problemów, by mnie podnieść, a więc nie jestem aż tak gruba.

Dominic prychnął.

– Potrafię wycisnąć sztangę ważącą tyle co ja i nawet się przy tym nie spocę, a mimo że jesteś w połowie ciąży, wciąż ważysz jakieś dwadzieścia kilogramów mniej ode mnie.

Bronagh klasnęła w dłonie.

– Mam nadzieję, że tak zostanie.

– Nie zostanie – odparłam, uśmiechając się złośliwie. – Przytyjesz dwadzieścia kilo w mgnieniu oka, sądząc po tym, co i ile jesz. W tym tygodniu Dominic zamówił pizzę przynajmniej pięć razy.

Bronagh rzuciła mi wściekłe spojrzenie, a Dominic wybuchnął śmiechem.

– Wiesz – zaczął, gdy mieszałam herbatę w kubku. – Przeszkadza mi to, że nie zaczęłaś mówić na mnie Nico, tak jak reszta dziewczyn.

Uśmiechnęłam się.

– Znałam cię jako Dominica jeszcze na długo przed tym, jak stałeś się Nikiem, który dręczył Bee w szkole.

Jego usta drgnęły lekko.

– Dręczył? Proszę cię, ona uwielbiała każdą sekundę, jaką jej poświęcałem.

– Jasne – odparła Bronagh, przewracając oczami. – Wtedy żyłam tylko po to, żeby użerać się z twoją irytującą osobą.

Dominic wskazał na swoje ciało.

– Nie możesz się obwiniać. Masz niesamowity gust, kochanie.

Bronagh zamachnęła się na niego leniwie, a on z łatwością uniknął uderzenia, śmiejąc się cicho. Zanim zeskoczyła z szafki, zdążył przed nią stanąć i zaczęli się bić na niby.

– A teraz – wymamrotał, kładąc ręce na jej w rosnącym brzuchu – będziemy mieć dziecko.

Bronagh pochyliła głowę i musnęła jego nos swoim nosem. Uśmiechnęłam się, widząc ich. Podobało mi się to, jacy dla siebie byli. Mimo że mieli kompletnie różne osobowości, nie można było zaprzeczyć temu, że się kochali. Bardzo na sobie polegali i mogło to być niebezpieczne, ale szanowałam to.

Rozumiałam, jak to jest kochać kogoś tak głęboko, że oddaje się mu swoją duszę. To samo miałam z Ryderem, i to dlatego byłam teraz taka załamana, gdy to wszystko zniknęło. Powoli umierałam bez jego bezwarunkowej miłości i mogłam za to winić tylko siebie.

Trzeba było lepiej chronić swoje serce.

Odwróciłam wzrok od Dominika i mojej siostry i skupiłam się na telefonie, który nagle zawibrował. To była wiadomość od Asha. Przeczytałam ją i prychnęłam. Wystukałam odpowiedź, nacisnęłam „wyślij” i schowałam telefon do kieszeni. Gdy uniosłam głowę, zauważyłam, że gołąbeczki na mnie patrzą.

– Kto to był? – zapytał Dominic, unosząc brew.

Upierdliwy gnojek.

– Kolega z pracy – odpowiedziałam, a potem skupiłam wzrok na siostrze. – Podwozi mnie. A czy ty odbierzesz mnie o czwartej?

– O czwartej? – zapytała. – A dlaczego nie o ósmej?

Wzruszyłam ramionami.

– Dzisiaj w szpitalu położne z czwartego roku z uniwersytetu mają praktyki, więc dzięki temu mogę wrócić wcześniej. Jestem wykończona i muszę trochę odpocząć. Chyba się starzeję.

To było wierutne kłamstwo. Nie chciałam tego nikomu mówić, ale tak naprawdę potrzebowałam trochę czasu, żeby wymyślić, jak zerwać z Ryderem. Wolałam zrobić to wcześniej niż później. Chciałam to zrobić tak, jak odrywa się plaster, szybko i bezboleśnie. Albo przynajmniej szybko.

Dominic mnie pocieszył:

– Nadal jesteś najseksowniejszą trzydziestoparolatką, jaką znam.

Nikt nie mógł wypowiadać na głos mojego prawdziwego wieku. Mogli co najwyżej nazywać mnie trzydziestoparolatką.

Moje usta drgnęły lekko.

– Dzięki, to mi poprawiło humor.

– On ma rację. – Bronagh się uśmiechnęła. – Masz zarąbiste ciało, a twoje cycki wciąż są sterczące.

Dominic spojrzał na moje piersi. To mnie rozbawiło.

– Ale on jest przewidywalny – powiedziałam do siostry.

Bronagh spojrzała na niego i szturchnęła chłopaka, by przyciągnąć jego uwagę.

– Przecież ja tu siedzę. – Zgromiła go wzrokiem.

Dominic podrapał się po szyi.

– To ty wspomniałaś o jej cyckach, nie ja.

Bronagh pokręciła głową, uśmiechając się szeroko.

– Jak ja śmiałam.

Uśmiechnęłam się, a potem wstałam, gdy usłyszałam klakson samochodu.

– Muszę już iść – powiedziałam, biorąc moją torbę i zakładając ją na ramię. Wycelowałam w siostrę palcem wskazującym. – Pamiętaj. Czwarta. Nie chcę jechać autobusem.

Bronagh zasalutowała.

– Będę tam.

Przytuliłam siostrę, a Dominica dźgnęłam palcami w boczki, po czym wyszłam z ich domu. Uśmiechnęłam się, gdy zobaczyłam Asha, zbliżywszy się do jego samochodu. Ostrożnie otworzyłam drzwi od strony pasażera i zajęłam swoje miejsce. Kiedy już zapięłam pas, odwróciłam się w stronę mojego kierowcy.

– Witaj, nieudaczniku.

Udał, że poczuł się obrażony, a jego mina doprowadziła mnie do śmiechu.

– Jak minęła ci przerwa na lunch? – zapytał, odjeżdżając spod domu.

Ziewnęłam.

– Nie była wystarczająco długa. Mogłabym spać przez cały rok.

– Ja też – zgodził się Ash. Wyglądał na równie zmęczonego jak ja. – Pewnie niedługo będę musiał iść do kawiarni w szpitalu, bo nie miałem okazji nic zjeść. Moje łóżko za bardzo mnie rozprasza podczas wizyt w domu.

Zaśmiałam się.

– Zgadzam się. Następnym razem możemy zostać w szpitalu i pogadać w kawiarni.

– Całkiem niezły plan, koleżanko.

Zaczęliśmy rozmawiać i zanim się zorientowałam, pół godziny później znaleźliśmy się w szpitalu.

***

– Co ty wyprawiasz?

Spojrzałam na Asha, gdy zadał mi to pytanie. Oparł łokcie na biurku w dyżurce, przy którym siedziałam. Jego blond włosy opadały na oczy niebieskie jak niebo.

Wskazałam na stos papierów leżących przede mną.

– Podpisuję dokumenty wypisu, dokumenty przyjęcia i wypełniam listę zamówień, która musi zostać spisana do końca dnia. Jest prawie czwarta, a ja chcę to skończyć, zanim wrócę do domu.

Ash złapał się blatu i podniósł, by móc usiąść na biurku. Spojrzał na mnie z góry, a ja pokręciłam głową.

– Sally wytrze tobą podłogę, jeśli zobaczy, że tu siedzisz – oznajmiłam. – Ma dzisiaj zmianę, przyszła tuż po lunchu.

Ash prychnął.

– Och, proszę cię. Sally mnie kocha.

Moje usta drgnęły.

– To dlatego, że cały czas z nią flirtujesz.

– Ja flirtuję z każdą – poprawił mnie.

Zachichotałam.

– Ale z ciebie męska kokietka.

Ash nie zaprzeczył oskarżeniu, a nawet się z nią pogodził.

– Nie zmienisz natury faceta.

Pokręciłam głową, uśmiechając się serdecznie, i spojrzałam na dokumenty, które wypełniłam, ale wtedy znowu pomyślałam o Ryderze i westchnęłam.

– Hej – wyszeptał Ash. – Wszystko w porządku?

Spojrzałam na niego i pokiwałam głową.

– Co? Och, tak. Wszystko dobrze.

Zrobił minę, która mówiła, że mi nie uwierzył.

– A może tym razem powiesz mi prawdę.

Martwił się o mnie i to sprawiło, że się lekko uśmiechnęłam, znowu skupiając wzrok na dokumentach.

– Nie chcesz słyszeć o moich głupich problemach, Ash – zapewniłam go.

Uniosłam głowę chwili, gdy on powiedział, marszcząc brwi:

– Nie pytałbym, gdybym nie chciał wiedzieć.

Myślałam o tym przez sekundę, a potem odparłam:

– Po prostu… pokłóciłam się wczoraj z Ryderem.

Skrzywił się.

– Znowu?

Ash był jedyną osobą na świecie, z która rozmawiałam o Ryderze, bo był spoza rodziny. Nie mógł iść do dziewczyn i braci i powiedzieć im o moich zmartwieniach. Wszystko zostawało między nami i naprawdę było mi z tym dobrze. Rozmowa była dla mnie jak terapia i nie martwiłam się, że Ryder lub ktokolwiek inny się o tym dowie.

Pokiwałam głową z poważną miną.

– I to ostro. Obcesowo komentował to, jak się czuję z powodu ciąży Bronagh. Powiedział, że jestem zazdrosna, i że to moja wina, że nie jestem w ciąży, bo nie uprawiamy seksu.

Nie wspominałam o obelgach, którymi rzucał Ryder. Przyjaciel nie musiał o tym wiedzieć.

– Co za pieprzony dupek – wymamrotał Ash, zaskakując mnie tym.

Wytrzeszczyłam oczy, a on wzruszył ramionami, jakby wcale nie było mu przykro.

– Nie będę przepraszał – oznajmił. – Twój narzeczony staje się dla mnie coraz większym fiutem z każdą historią, którą mi opowiadasz. Czy on nie widzi, jak ma z tobą dobrze?

Poczułam, że moje policzki płoną.

– Chyba nie ma się czym przejmować, Ash.

– Wręcz przeciwnie – odparł. – Nie pozwalaj mu traktować się tak, jak teraz, bo przez to czujesz się, jakbyś nie była idealna. A jesteś. Zrozum to.

Czułam się upokorzona.

– Przestań, Ash – wyszeptałam, bo nie chciałam słyszeć drżenia mojego głosu. – Zawstydzasz mnie, gdy tak mówisz.

Zaśmiał się.

– Wiem, ale mam nadzieję, że im częściej będę mówić o tym, jaka jesteś wspaniała, tym szybciej to zrozumiesz.

Machnęłam na niego ręką.

– Te słodkie jak cukierek słówka donikąd cię ze mną nie zaprowadzą, kowboju.

Ash puścił do mnie oczko.

– Wiem, bo jesteś lojalna do szpiku kości. Jesteś doskonałą kobietą, a jeśli Ryder tego nie widzi, to niech się pieprzy.

Bardzo dziwnie dobierał słowa.

Uśmiechnęłam się, doceniając jego pomoc.

– Dzięki, Ash.

– Zawsze do usług, aniele – odpowiedział.

Spoważniałam i warknęłam:

– Jeśli jeszcze raz nazwiesz mnie aniołem…

– Idę po pacjenta z innego oddziału, pogadamy za kilka minut. – Zaśmiał się i zeskoczył z biurka, zanim bym go złapała i uderzyła.

– Będę tu, gdy wrócisz. – Uśmiechnęłam się złośliwie i pokazałam mu dłoń, którą miałam zamiar go uderzyć. – Będę czekać.

Prychnął pod nosem. Pokręciłam głową, uśmiechając się, gdy zniknął. Był świetny, wiedziałam, że gdyby Rydera nie było w moim życiu, to wzdychałabym do Asha i robiła wszystko, by z nim być, bo nie tylko wyglądał bosko, ale również był słodkim i czułym mężczyzną. Jednak w tej chwili wystarczyła mi jego przyjaźń, która wiele dla mnie znaczyła.

Wiedziałam, że jeśli w końcu zerwę z Ryderem, to Ash pomoże mi to przetrwać. I będzie przy mnie. Właśnie taką był osobą. Był kochany.

Gdy myślałam o słodkim Ashu, od razu uświadomiłam sobie, jak bardzo różnił się od Rydera. Mój narzeczony nie był okropny… Po prostu teraz zachowywał się inaczej niż kiedyś. Przez kilka pierwszych lat Ryder był słodki, czuły i stawiał mnie w centrum swojego świata. Sytuacja między nami wyglądała idealnie. Ale przez ostatnie półtora roku wszystko się zmieniło.

Za każdym razem, gdy go widziałam, czułam się tak, jak tej pierwszej nocy, gdy pojawił się w moim życiu. To wspomnienie jednocześnie podnosiło mnie na duchu i łamało mi serce, bo wiedziałam, że muszę z nim zerwać, chociaż kiedyś napełnił mnie życiem, gdy żyłam w ciemności.

Rozdział 3

Pięć lat temu…

Nie mam dzisiaj ochoty na Darkness, Ado – westchnęłam do telefonu, okręcając na palcu kosmyk brązowych włosów sięgających talii. – Bee miała dzisiaj kiepski dzień w szkole. Chyba się z kimś pokłóciła. Nie chce mi powiedzieć, co się stało, ale naprawdę nie jest dziś sobą. Cały dzień nie wzięła do ręki swojego Kindle’a, a to do niej zupełnie nie podobne.