Wydawca: Wydawnictwo Kobiece Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 467 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bracia Slater. Kane - L.A. Casey

TRZECI TOM PIKANTNEJ SERII O GORĄCYCH BRACIACH SLATER

Aideen Collins to ognista dziewczyna, która potrafi postawić na swoim. Dorastała bez matki wśród samych mężczyzn, dlatego od zawsze umiała walczyć o swoje. To jedyna osoba, która umie postawić się Kane’owi Slaterowi i powiedzieć, co tak naprawdę o nim myśli.

Kane Slater to typ szorstkiego faceta, który nie przepada za ludźmi. Nikt go dobrze nie rozumie, a niektórzy się go boją z powodu blizn, które pokrywają jego twarz i ciało. Rozkoszuje się ich strachem i wie, że dzięki temu nikt nie będzie chciał go bliżej poznać.

Chociaż Aideen i Kane nie mogą się ze sobą dogadać, to obydwoje potrzebują się nawzajem, aby przetrwać. Aideen jest jedyną osobą, która mu się przeciwstawia, a on jest jedynym mężczyzną, który zna jej sekrety. Kiedy Kane ciężko choruje, Aideen otocza go opieką. Wkrótce okaże się, że los chce okrutnie z nich zadrwić, gdy z przeszłości powraca najgorszy demon, który go ściga.

Czy Kane znajdzie w sobie tyle siły, aby ochronić najbliższych i pokonać dawne lęki?

Kane pragnie Aideen. Kane bierze to, co chce.

__

Przesuń się Dominic, twoje miejsca właśnie zajął gorący Kane! Dominic był moją pierwszą miłością z serii Bracia Slater, Kane jest ostatnią

– KAT, goodreads.com

Bardzo dobrze mi się czytało tę książkę. Jest naprawdę zabawna i seksowna. Trudno się od niej oderwać

– Violina The Romance Lover, goodreads.com

__

L.A. Casey – bestsellerowa autorka „The New York Times” i „USA Today”. Pochodzi z Irlandii, mieszka w Dublinie. Jej życie składa się z dwóch podstawowych elementów: wychowywania cudownej córeczki oraz „czarowania” kolejnych powieści. Uwielbia rozmawiać ze swoimi fankami na Facebooku. Zainspirowana literaturą erotyczną ciężko pracowała nad własną książką i determinacją wywalczyła jej wydanie. Całe szczęście! Tak powstał kultowy Dominic z serii Bracia Slater. Choć miała zaledwie dziewiętnaście lat, przygodę z pisarstwem rozpoczęła od hitu. Dominic według recenzji sklepu internetowego Amazon to spektakularny sukces i bestsellerowa książka.

Opinie o ebooku Bracia Slater. Kane - L.A. Casey

Fragment ebooka Bracia Slater. Kane - L.A. Casey

Dla mniejszej wersji mnie

– za bycie takim

odlotowym dzieckiem

Rozdział 1

Bolała mnie głowa.

Dosłownie pękała.

Miałam ściśnięty żołądek i czułam lekkie zawroty głowy.

Czułam się beznadziejnie.

Czułam się tak, bo się bałam.

Tak potwornie się bałam… i to wszystko przez cholerny plastikowy patyczek!

Starałam się nie patrzeć na niego tak, jakby miał zadecydować o całym moim losie, gdy siedziałam w głównej łazience domu braci Slater. Skupiłam się na wykafelkowanej podłodze i na łączącej ją fudze, byle tylko nie patrzeć w górę. Liczyłam kafelki i za każdym razem docierałam tylko do dziesięciu lub jedenastu, zanim unosiłam głowę do góry.

Nie.

Syknęłam na siebie i uspokoiłam się przed zerknięciem. Nie chciałam wiedzieć, co pokaże ten durny patyk, ale musiałam. Zjadało mnie to od półtorej godziny. Spojrzałam w sufit i zamrugałam.

Chciałabym, żebyś tu była, mamo.

Potrzebowałam mamy – kogoś, komu mogłabym opowiedzieć o tym beznadziejnym dniu. Przełknęłam ślinę i wyobraziłam sobie swoją mamę stojącą przede mną i w myślach wszystko na nią przelałam.

Dzisiejszy dzień obfitował we wrażenia, łagodnie mówiąc.

To był dzień przeprowadzki Keeli i Aleca. Przeprowadzali się ze swojego maleńkiego mieszkania do pięknego domu na wprost domu braci w Upton. Jako przyjaciele pomogliśmy w pakowaniu – chowaliśmy do kartonów rzeczy w starym miejscu i wyjmowaliśmy w nowym.

Każdy miał frajdę przy pakowaniu rzeczy w mieszkaniu i rozpakowywaniu ich w domu, ale zaliczyliśmy też parę kłótni… i innych problemów, z którymi trzeba było sobie poradzić. Keela miała najwięcej zmartwień na głowie.

Moja przyjaciółka była zestresowana i zrzuciłam to na karb przeprowadzki, ale Keela wyjawiła, że nie radzi sobie dobrze i nie była to wyłącznie wina przeprowadzki. Miewała koszmary o tym, co wydarzyło się między jej wujem a braćmi trzynaście miesięcy temu. Keela nigdy nie lubiła rozmawiać o tym, co się wtedy stało. Znałam zarys wydarzeń, ale bez szczegółów. Nie wiedziałam, co tak bardzo ją przeraziło… Tak bardzo, że nadal miewała przez to koszmary.

Jej sny nie były jedynym problemem. Źle czuła się z tym, jak szybko rozwijał się jej związek z Alekiem. Ona chciała cieszyć się randkowaniem, podczas gdy on już myślał o ślubie i dzieciach.

Problem?

Alec nic o tym nie wiedział. Ani o jej koszmarach, ani o wątpliwościach dotyczących ich związku. Oczywiście wszystko wyszło na jaw… na parapetówce, którą zorganizował w tajemnicy. Keela nie była zadowolona, zaliczyła lekkie załamanie, a na domiar złego jej wujek, kuzynka Micah i jej mąż musieli się tam pojawić.

Rozumiesz, ten wujek, który jest prawdziwym bandziorem, kuzynka, która jest największą jędzą, oraz mąż kuzynki – największy dupek świata. Tak, właśnie oni. Przyjechali i wywołali kłótnie i bójkę… Doprowadzili nawet do wezwania policji. Dowiedzieli się o imprezie przez tego głąba, Gavina. Był jakoś powiązany z Brandonem i Jasonem. W każdym razie to wciąż zbyt świeży temat, by o tym myśleć. Potrzebowałam czasu.

Cała sytuacja nie wyglądała najlepiej, ale prawdziwą wisienką na torbie było to, co zrobiłyśmy razem z Branną, Bronagh i Alannah w łazience Keeli.

Zanim na to wpadłyśmy, wypiłyśmy trochę, by odpocząć po długim dniu ogarniania kartonów z rzeczami i pomyślałyśmy, że będzie zabawnie, jeśli zrobimy sobie testy ciążowe. I było zabawnie, dopóki Keela się nie pojawiła i nie strąciła testów do zlewu, mieszając je. Normalnie to nie byłby żaden problem, ale zgadnij, co pokazał jeden test.

Zgadłaś.

Jedna z nas była w ciąży – i nie miałyśmy pojęcia która.

Mogłyśmy podziękować za to Keeli.

Przeraziłam się jeszcze bardziej, gdy Alannah wykluczyła siebie z kręgu możliwości, bo nikt nie zaliczył jej od pół roku. Więc zostałam ja, Bronagh i Branna jako możliwe przyszłe mamy.

Ha. Fantastycznie.

Modliłam się, by były to Bronagh lub Branna, bo obie miały stałych facetów, a ja nie. Jedyny związek, w jakim tkwiłam, to ten oparty na nienawiści ze Stormem – a on był psem. I mnie nie znosił.

Chciałyśmy zrobić testy jeszcze raz, ale oczywiście nie miałyśmy ich więcej. Keela miała właśnie jechać po nowe, gdy wspomniani wcześniej goście się pojawili i wszystko skomplikowało się na godzinę lub dwie.

Gdy sytuacja się uspokoiła, Keela pojechała po nowe testy z Kane’em Slaterem. To ten, którego nie lubimy, mamo. Czekałam niecierpliwie, aż wrócą, podobnie jak reszta chłopaków.

Wszyscy trzej – Nico, Ryder i Alec – siedzieli w salonie i próbowali poskładać w całość stłuczony wazon. Wiedziałam, że była to przegrana sprawa, ale poszłam do domu Rydera po klej, gdy mnie o to poprosił.

Musiałam skorzystać z toalety i tak oto skończyłam, siedząc na podłodze i patrząc na test ciążowy. Znalazłam pudełko i zobaczyłam, że jednak został w nim jeszczcze jeden, ostatni. Wiedziałam, że Branna oczywiście chciałaby go użyć, ale ja musiałam wiedzieć, czy to nie ja jestem w ciąży.

Musiałam.

Zebranie się na odwagę, by sprawdzić wynik, było trudniejsze, niż sądziłam.

Miałam zerknąć na test, gdy zadzwoni mój telefon, co wydarzyło się już dziesiąty raz w ciągu ostatnich pięciu minut. Nie odebrałam za pierwszym sygnałem, bo myślałam, że to Gavin, ale gdy zerknęłam po chwili, okazało się, że była to Keela.

Odebrałam.

– Aideen! Nareszcie! – załkała Keela.

Zamarłam.

– Keela? Co się dzieje? Wszystko w porządku?

– Nie – sapnęła. – Kane, on zemdlał.

Serce zaczęło mi walić, żołądek się skurczył, w gardle narosła gula, a głowa pulsowała. Doskonale wiedziałam, jak się teraz czułam – byłam przerażona.

– Co to znaczy, że Kane zemdlał? – krzyknęłam do słuchawki po chwili ciszy.

– Dokładnie to, co słyszałaś. Byliśmy w Tesco i on upadł. Bez ostrzeżenia, tak po prostu upadł. Przyjechała karetka i sanitariusze wzięli go na nosze. Pojadę z nim do szpitala. Możesz iść i powiedzieć braciom, żeby zawijali tyłki do szpitala? Żaden z nich nie odbiera telefonu.

– A co z dziewczynami? Próbowałaś dzwonić do nich? – zapytałam chrapliwie.

Keela syknęła.

– One też nie odpowiadają. Zabiję ich wszystkich. Jestem przerażona na śmierć, a nikt, do cholery, nie odbiera.

Zamrugałam i z zaskoczeniem odkryłam, że po policzkach ciekną mi łzy.

Co, do diabła?

Szybko je otarłam i wzięłam kilka wdechów, by się uspokoić. W panice nikomu nie pomogę. Starałam się zachować względny spokój, a tymczasem moja przyjaciółka panikowała. Zacisnęłam oczy, gdy Keela pociągnęła nosem.

– Wszystko będzie w porządku, Kay – powiedziałam, mając nadzieję, że jej to pomogło, bo mi ani trochę.

– Po prostu powiadom braci i spotkajmy się w szpitalu, proszę.

Rozłączyła się i przez moment stałam w bezruchu, starając się przetrawić, co mi powiedziała, ale nie mogłam, po prostu nie mogłam. I dobrze, bo błyskawicznie podjęłam decyzję i wybiegłam z domu Slaterów, bez zbędnego zastanawiania się. Biegiem dostałam się na drugą stronę ulicy i wpadłam do domu Keeli i Aleca.

– Chłopaki! – krzyknęłam.

– Aideen! – Ryder chwycił mnie za ramiona, gdy wpadłam do pokoju. – Uspokój się i powiedz, co się stało.

Sapałam ciężko przez chwilę, próbując złapać oddech, a gdy mi się to udało, spojrzałam po braciach.

– Keela dzwoniła… ze sklepu.

Alec przysunął się bliżej.

– Czy wszystko z nią w porządku?

Pokiwałam głową.

– Z nią tak.

Nico też stanął bliżej.

– A z Kane’em?

Do oczu napłynęły mi łzy. Znowu.

Potrząsnęłam głową

– Powiedziała, że to się wydarzyło tak nagle. W jednej chwili stał obok niej, a sekundę później leżał na podłodze.

Wszyscy bracia otworzyli szeroko oczy, a Branna i Alannah wydały z siebie okrzyk przerażenia.

– Próbowała się do was dodzwonić, ale nikt nie odbierał – mówiłam dalej. – Jest z nim w drodze do szpitala, ale my też musimy tam jechać.

Następnych parę minut minęło mi jak we mgle, chłopcy krzyczeli, a dziewczyny płakały. Wszyscy wybiegliśmy z domu Aleca i Keeli i wsiedliśmy do samochodów. Pojechałam z Ryderem i Alekiem, a Nico razem z dziewczynami pojechał po Bronagh.

– Wyjdzie z tego, prawda? – zapytałam ich, gdy Ryder wyjechał na ulicę z Nikiem siedzącym mu na ogonie, który po chwili skręcił, by pojechać po swoją dziewczynę.

Poczułam uścisk na swoim ramieniu.

– Nic mu nie będzie.

Od dawna nie rozmawiałam z Bogiem, właściwie odkąd mama zmarła, gdy byłam mała, ale w drodze do szpitala modliłam się, by dowiedzieć się, co jest Kane’owi i czy wydobrzeje. Modliłam się intensywniej niż kiedykolwiek, błagałam go, by pozwolił Kane’owi wydobrzeć.

Podskoczyłam, gdy zadzwonił mój telefon.

Odebrałam natychmiast.

– Słucham?

– Gdzie wy jesteście? – zapytała Keela płaczliwie.

Była roztrzęsiona, słyszałam to w jej głosie.

Potwornie się zmartwiłam.

– Już niedaleko… Co z nim?

Bracia wstrzymali oddech, gdy zadałam pytanie, o którym wszyscy myśleli.

– Próbuję się dowiedzieć, ale nie jestem z nim spokrewniona, dlatego jego bracia muszą się tu zjawić – szlochała Keela.

– Dlaczego? – zapytałam, przerażona tym, co mogę usłyszeć.

– Bo nie chcą mi powiedzieć, czy on żyje, czy nie!

Rozdział 2

Kiedy zaparkowaliśmy przed wejściem do szpitalnego oddziału ratunkowego, bracia wysiedli i sprintem pognali do rozsuwanych drzwi, które prowadziły do miejsca, gdzie znajdowała się Keela… oraz Kane.

Siedziałam nieruchomo na siedzeniu. W ogóle nie mogłam się ruszyć. Keela powiedziała mi przez telefon, że nie wiedziała, czy Kane żyje, czy nie. To na pewno nie oznaczało najgorszego, ale najwyraźniej istniała taka możliwość i to wystarczająco mnie przerażało. Nie mogłam tam iść, by usłyszeć, że Kane umarł. Gdyby tak było, chyba bym zemdlała. Nawet nie potrafiłam w pełni wyjaśnić, dlaczego czułam się tak, a nie inaczej… Przecież Kane strasznie mnie wkurzał przez cały czas.

To dobrze, że nie pobiegłam do szpitala razem z braćmi, bo Ryder nie zaciągnął ręcznego i nie wyciągnął kluczyków ze stacyjki. W sumie nawet nie zamknął za sobą drzwi. On i Alec po prostu wybiegli z auta, jakby się paliło. Nie dziwiłam im się, bo przecież ich brat leżał gdzieś w szpitalu.

Spojrzałam na budynek, ale szybko spuściłam głowę. Nie znosiłam tego miejsca. Właściwie to ogólnie nienawidziłam szpitali. Moja mama tutaj zmarła. Mimo że byłam mała, gdy to się stało, to szpitale zawsze kojarzyły mi się ze strasznym miejscem, w którym zabiera się ludziom ich ukochanych. Wiedziałam, że to bez sensu, ale ten irracjonalny strach nie chciał mnie opuścić. Miałam tylko nadzieję, że gdy wejdę do środka, to nie wyjdę z niego z ludźmi, którzy będą musieli zająć się sprawami pogrzebowymi.

To by mnie chyba zabiło.

Kiedy pozbierałam swoje rzeczy, wślizgnęłam się na siedzenie kierowcy. Chwyciłam mocno za klamkę i zamknęłam drzwi z trzaskiem, a potem wycofałam samochód. Inni kierowcy znajdujący się tuż za mną zaczęli trąbić, ale ja nawet nie spojrzałam w lusterko. W ogóle nie zwróciłam na nich uwagi, mówiąc szczerze. Czułam się otępiała i znieczulona na wszystko, co znajdowało się dookoła… Mimo to usłyszałam, jak po chwili ktoś zaczął walić pięścią w moje okno.

Wrzasnęłam i mocniej chwyciłam za kierownicę.

– Musi pani odjechać! – Strażnik szpitala zmarszczył brwi, patrząc na mnie przez szybę. – Tutaj nie można parkować. Proszę odjechać.

Pierdol się.

Pokiwałam głową i wyjechałam. Zaczęłam powoli kierować się znakami i wjechałam na wielopoziomowy parking publiczny. Okazało się, że trzy pierwsze piętra były całkowicie zajęte.

Najwyraźniej wszyscy w dzielnicy Tallaght dzisiaj zachorowali.

Byłam już wkurzona, kiedy dotarłam na czwarte piętro parkingu, ale na szczęście znalazłam miejsce koło windy i schodów, więc nieco się rozluźniłam. Kiedy tu przyjechaliśmy, cieszyłam się, że chłopcy od razu pobiegli na oddział, ale nie było ich już ponad dziesięć minut i zaczynałam się lekko niecierpliwić. Musiałam wiedzieć, czy z Kane’em jest wszystko w porządku.

Musi wyzdrowieć… Nie ma innej opcji.

Gdy już zaparkowałam samochód, zaciągnęłam ręczny i odebrałam kartę parkingową z maszyny, a potem udałam się na oddział ratunkowy. Rozejrzałam się po szpitalu i z trudem przełknęłam ślinę. Byłam zdenerwowana.

Próbowałam odnaleźć chłopaków i Keelę, ale nigdzie ich nie widziałam.

– Cholera – wymamrotałam na głos.

I co ja teraz, do diabła, zrobię?

– Czy mogę pani w czymś pomóc? – zapytał ochroniarz stojący po mojej lewej stronie.

Pokiwałam głową i podeszłam do niego.

– Tak, proszę. Niedawno mój przyjaciel został przyjęty na oddział ratunkowy. Przyjechał tu karetką. Nazywa się Kane Slater. Wraz z nim przyjechała moja przyjaciółka Keela Daley, taka ruda dziewczyna. Kane zemdlał. Przed chwilą przyszli tu jego bracia, na pewno ich pan widział. Obaj są wysocy, a jeden z nich ma włosy krótko przycięte po bokach i dłuższe u góry, a na prawym ramieniu tatuaż. Jest naprawdę bardzo przystojny, jak jego…

– Ach, tak, chodzi pani o tych Amerykańców? – ochroniarz przerwał moją paplaninę. – Jestem pewny, że chłopak, którego pani opisała, groził, że złamie mi nos, jeśli nie wpuszczę ich, by mogli zobaczyć się z pacjentem.

Skrzywiłam się.

– Alec jest zazwyczaj bardzo miły. Przysięgam.

Ochroniarz prychnął pod nosem.

– Bez wątpienia tak jest, ale niestety nie mogę pani pomóc. Żeby tam wejść, trzeba być pacjentem lub jego rodziną.

Cholera.

– Cóż, to zabawne, że wspomina pan o rodzinie, bo…

– Aideen!

Podskoczyłam, gdy ktoś wykrzyknął moje imię. Obróciłam się i niemal zaczęłam skakać z radości, gdy zauważyłam Nica, który wbiegł na oddział przez główne drzwi, a za nim podążały Bronagh, Branna i Alannah.

– On jest rodziną! – poinformowałam ochroniarza. – Jest młodszym bratem Kane’a… to znaczy pacjenta.

Ochroniarz przyjrzał się Nicowi, który podszedł do mnie i położył mi rękę na ramieniu.

– Jakieś wieści? – zapytał mnie.

Pokręciłam głową.

– Dopiero co zaparkowałam samochód, a teraz próbowałam wejść na salę, ale nie mogę, bo nie jestem spokrewniona z Kane’em.

Nico spojrzał groźnie na ochroniarza.

– Ona należy do rodziny. Podobnie jak one wszystkie – powiedział i wskazał na dziewczyny stojące obok niego.

Ochroniarz jęknął głośno.

– I mam uwierzyć, że one wszystkie są…

– To moje żony – przerwał Nico mężczyźnie.

Spojrzałam na niego szeroko otwartymi oczami, podobnie jak dziewczyny.

– Że co? – zapytał ochroniarz po chwili milczenia.

Nico z pokerową miną wskazał na mnie i na dziewczyny.

– To moje żony. Legalnie… Nie jesteśmy katolikami.

O. Mój. Boże.

Ochroniarz zamrugał zdezorientowany, a potem przyjrzał się mnie i dziewczynom. Po chwili wrócił wzrokiem do Nica i już byłam pewna, że chciał go wyśmiać i powiedzieć, że to zwykłe kłamstwo, jednak nie to usłyszałam.

– Szczęściarz z pana.

Że co proszę?

Nico pokiwał głową, w której jak zwykle gnieździły się dobre pomysły, i westchnął.

– Wiem. Cholernie trudno wybrać, z którą z nich będę spać danej nocy, ale żeby było sprawiedliwie, stworzyliśmy grafik. Wolałbym, żeby się nie kłóciły, chcąc zwrócić na siebie moją uwagę, rozumie pan? Poza tym ja ledwo za nimi nadążam. Seks z każdą z nich codziennie to duży wysiłek, ale ktoś to musi robić, prawda?

Poczułam, jak drga mi powieka, gdy słyszałam kłamstwa Nica, które przychodziły mu z taką łatwością. Mężczyzna patrzył na niego z szeroko otwartymi ustami, zupełnie jakby Nico był Jezusem Chrystusem w ludzkiej postaci.

– Jasna cholera – wysapał ochroniarz.

Spojrzałam na dziewczyny i zauważyłam, że wszystkie kręcą głowami i przewracają oczami w reakcji na słowa tego łatwowiernego ochroniarza.

– Tak – westchnął Nico. – Może nas pan przepuścić? Muszę zobaczyć się z bratem, a nie mogę zostawić ich tu samych. Gdy jedna kobieta strzela fochy, to już jest tortura, ale cztery? To jak wyrok śmierci, niech mi pan wierzy.

Och, któryś z braci Slater dzisiaj umrze, i mogłam się założyć o grubą kasę, że to nie będzie Kane.

– Ależ oczywiście – powiedział ochroniarz i poklepał Nica po ramieniu, jakby był jego kolegą. – Proszę wchodzić. Pana bracia są na końcu korytarza, siedzą w poczekalni po prawej.

Nico również poklepał ochroniarza po ramieniu i powiedział z udawaną wdzięcznością:

– Dziękuję. Naprawdę panu dziękuję.

Och, na litość boską!

Jęknęłam i chwyciłam Nica za wyciągniętą rękę. Miałam ochotę się uśmiechnąć, bo ten syknął nagle z bólu, kiedy Bronagh złapała go za drugą dłoń.

– Wszystko będzie w porządku, mężu – warknęła. – Będziemy dzisiaj dla ciebie bardzo wyrozumiałe.

– Tak – wtrąciłam, gdy ochroniarz przesunął kartą przez czytnik i otworzył nam drzwi. – Naprawdę dobrze się dzisiaj tobą zajmiemy, kochanie.

– Farciarz – mruknął za nami ochroniarz.

Szliśmy równo, dopóki nie usłyszeliśmy, jak zamykają się za nami drzwi. Wtedy dziewczyny zaczęły bić Nica, każda w inną część ciała.

– Auć, auć, kurwa, auć! – syczał, próbując od nas odskoczyć.

Obrócił się twarzą do nas i wycofał się, unosząc ręce w geście poddania.

– Nic innego nie przyszło mi na myśl, a musieliśmy się tu jakoś dostać.

Alannah zmrużyła oczy.

– Naprawdę nie stać cię na nic więcej niż bajer, że jesteśmy twoimi czterema żonami?

Nico zagryzł dolną wargę.

– Nie.

Kłamca.

Bronagh gotowała się ze złości, mrucząc coś pod nosem, jednak Nico nawet nie chciał na nią spojrzeć. To chyba była najmądrzejsza rzecz, jaką zrobił w ciągu ostatnich pięciu minut.

– Ale przecież dzięki mnie się tutaj dostaliśmy, prawda? Chodźmy w końcu odnaleźć moich braci i dowiedzmy się, co stało się z Kane’em – westchnął Nico i obrócił się. – W którym pokoju według tego ochroniarza są Ryder i Alec?

– W ostatnim po prawej – wymamrotałam.

Przyspieszyliśmy i w końcu dotarliśmy do wskazanego pomieszczenia. Nico wszedł do środka, a dziewczyny dreptały mu po piętach. Ja zawahałam się przed drzwiami, nie wiedząc dlaczego. Jeśli miałabym zgadywać, to obstawiałabym, że się bałam.

Cholernie się bałam i to mnie martwiło.

Nie miałam pojęcia, co to mogło oznaczać. Czy to, że zależało mi na Kanie, skoro tak się nim przejmowałam? Czy ja go lubiłam? Czy po prostu nie chciałam, by umarł, bo wtedy wszystkim byłoby smutno? Stwierdziłam, że chyba to ostatnie, bo tylko dzięki tej wersji w mojej głowie nie pojawiały się kolejne pytania.

Podskoczyłam, gdy Bronagh nagle wyjrzała na korytarz.

– Hej, wszystko okej?

Zamrugałam powiekami.

– Tak, nic mi nie jest.

Złapała mnie za rękę i pociągnęła do środka.

– No to chodź.

Pozwoliłam poprowadzić się do poczekalni i wtedy wszyscy na mnie spojrzeli. Wbiłam wzrok w buty i poczekałam, aż ktoś powie, co się stało z Kane’em. Bronagh położyła mi ręce na plecach i powiedziała:

– Jeszcze nie mamy żadnych informacji.

To mnie wkurzyło. Potrzebowałam usłyszeć, co się z nim działo… To znaczy my potrzebowaliśmy.

Zacisnęłam ręce w pięści.

– Dajcie mi chwilę – warknęłam.

Obróciłam się i otworzyłam drzwi. Wyszłam na korytarz, rozglądając się dookoła. W końcu zauważyłam pielęgniarkę, która szła w stronę recepcji, z której przyszliśmy, i wlepiała wzrok w jakieś dokumenty przyczepione do podkładki z klipsem.

– Przepraszam! – krzyknęłam i szybko podbiegłam do kobiety, która zatrzymała się i obejrzała przez ramię.

– W czymś pani pomóc? – zapytała, gdy zatrzymałam się przed nią.

– Tak, proszę – odparłam. – Przyjechałam tu z rodziną Kane’a Slatera i do tej pory nie otrzymaliśmy żadnych informacji na temat jego stanu zdrowia. Trafił na oddział jakieś dwadzieścia minut temu, a jego bracia siedzą w poczekalni i bardzo się niecierpliwią. Chciałam tylko dodać, że każdy z nich ma ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i jest napakowany. Ważą pewnie tyle, co dorosły byk. Więc bardzo proszę przyjść i powiedzieć im, co się dzieje z ich bratem, zanim… się wkurzą.

Kobieta przełknęła ślinę i pokiwała głową.

– Dziękuję – odparłam, wzdychając. Poczułam ulgę, gdy uwierzyła, że bracia mogą być niebezpieczni.

Wiedziałam, że łatwo wpadali w szał, ale w szpitalu by im raczej nie odbiło. Na szczęście moje małe kłamstewko zapewni nam jakieś informacje, więc nie obchodziło mnie, co pomyślała sobie pielęgniarka.

Kiedy weszłam do pokoju, wszyscy na mnie spojrzeli, ale gdy tylko pojawiła się za mną pielęgniarka, skupili się na niej i natychmiast wstali.

– Ty – warknęła Keela do pielęgniarki.

Uniosłam brwi.

Czy o czymś nie wiedziałam?

– O, cholera – wyszeptała pielęgniarka.

– Powiedziałam, że chcemy innej pielęgniarki! – krzyknęła Keela.

Kobieta wzruszyła ramionami.

– Brakuje nam dziś personelu, więc albo ja, albo nikt.

– No to lepiej nikt, ty podła krowo! – odparła Keela z wrzaskiem.

Ja pierdzielę.

Keela była naprawdę wściekła.

Podeszłam do przyjaciółki.

– Co się stało? – zapytałam cicho.

– Ta suka nie chciała nas poinformować o stanie Kane’a. Gdy tylko przewieźli go przez podwójne drzwi na salę, kazała ochroniarzowi zatrzymać mnie w recepcji. Gdyby Alec i Ryder się nie pojawili, wciąż bym tam sterczała.

– Takie są zasady! – warknęła pielęgniarka. – Mówiłam, że to szpital ustala zasady, nie ja.

– Ja ci zaraz, kurwa, dam zasady – zagroziła Keela.

Stanęłam przed przyjaciółką.

– Uspokój się – mruknęłam, a potem ściszyłam głos do szeptu. – Przynajmniej dopóki nie powie nam, co z Kane’em.

Keela od razu się uspokoiła, ale widziałam, że nie była z tego powodu zadowolona.

Pokiwałam głową i obróciłam się do kobiety.

– A więc – zaczęłam. – Co z nim?

Gdy słowa opuściły moje usta, wstrzymałam oddech.

Pielęgniarka przewróciła kartki na swojej podkładce z klipsem i przeczytała kilka linijek, rozglądając się po pokoju.

– Stan pana Slatera jest stabilny. Podaliśmy mu tlen, podłączyliśmy do kroplówki, a teraz badamy mu krew, by znaleźć przyczynę omdlenia.

Zamrugałam i powoli wypuściłam oddech, gdy dotarły do mnie słowa pielęgniarki.

Stan Kane’a był stabilny! Żył!

Dzięki Bogu.

– To dlaczego nie mogłaś mi tego powiedzieć? – Keela nagle krzyknęła do pielęgniarki. Alec podbiegł do niej i otoczył narzeczoną ramionami, by nie zaatakowała kobiety. – Tak trudno było powiedzieć, że żyje? Jak, kurwa, śmiesz zatajać przede mną takie informacje?! Przez ciebie myślałam, że nie żyje! Przez ciebie musiałam powiedzieć jego braciom, że może nie żyć! Jak mogłaś?!

Pielęgniarka wyglądała, jakby zaraz miała się rozpłakać. Nie wiedziałam, czy to przez fakt, że Keela na nią krzyczała, czy dlatego, że źle się czuła przez to, że nie poinformowała rodziny o stanie pacjenta. Ale tak naprawdę mnie to nie obchodziło – niech sobie płacze. Przez nią wszyscy umieraliśmy ze strachu, bo nie mogliśmy się niczego dowiedzieć, dopóki bracia nie udowodnili, że należą do rodziny.

– P-przepraszam – wymamrotała pielęgniarka.

Keela próbowała ją dopaść, wyciągając w jej stronę ręce.

– Przepraszasz? – wrzasnęła. – Dopiero zaczniesz mnie przepraszać!

Pielęgniarka cofnęła się.

– Proszę się uspokoić albo wezwę…

– Niech pani nawet nie próbuje – przerwałam pielęgniarce. – Nie wezwie pani ochrony, by wyrzucili nas ze szpitala, gdy członek naszej rodziny leży na oddziale. Jeśli pani to zrobi, to przysięgam, że sama znajdzie się pani w szpitalnym łóżku.

– Cholera – zaklął Nico i podszedł do mnie szybko. Stanął przede mną i położył mi ręce na ramionach, popychając mnie lekko w tył. Obejrzał się na pielęgniarkę przez ramię i powiedział: – Proszę już lepiej iść, bo pani obecność źle wpływa na moje dziewczyny.

Pielęgniarka wymamrotała coś i wybiegła z pokoju, zatrzaskując za sobą drzwi.

– Powinieneś był pozwolić mi ją uderzyć! – krzyknęła Keela do Aleca, próbując się obrócić w jego ramionach. Alec nic nie powiedział, tylko ścisnął ją mocniej i trzymał, dopóki nie uspokoiła się na tyle, by się do niego przytulić.

Przez chwilę wszyscy milczeliśmy i wtedy powiedziałam:

– Wszystko z nim w porządku.

Nico otoczył mnie ramieniem, a ja wybuchnęłam płaczem. Gdy Bronagh podeszła do nas, Nico objął ją drugim ramieniem, tuląc nas do siebie. Odwzajemniłam uścisk, a łzy płynęły mi po twarzy.

Słyszałam, że dziewczyny również płaczą z ulgi. Dotarło też do mnie czyjeś dyszenie. Gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam, że Ryder opiera się czołem o głowę Nica i klepie go po ramieniu, wzdychając ciężko. Rozpłakałam się jeszcze bardziej, gdy ujrzałam łzy Nica spływające mu po policzkach.

Nigdy wcześniej nie widziałam, by płakał.

Odsunęłam się, by on i Bronagh mogli zostać sami. Wiedziałam, że w tej chwili potrzebował tylko jej, i cieszyłam się, że mają siebie nawzajem. Najgorsze było ciągle przed nami i potrzebowaliśmy siebie, by jakoś to przetrwać. Wiedzieliśmy już, że z Kane’em na razie było dobrze, ale nie mieliśmy pojęcia, co mu się stało i dlaczego.

Usiadłam na plastikowym krześle w poczekalni i oparłam łokcie na kolanach, ukrywając twarz w dłoniach. Zamknęłam oczy i skupiłam się na oddychaniu. Nagle zrobiło mi się niedobrze. Nie byłam pewna, czy to z powodu nagłej ulgi na wieść o stanie Kane’a, czy może przyczyna była zupełnie inna...

– Aideen?

Uniosłam głowę, gdy Keela mnie zawołała.

– Tak? – zapytałam.

Przyjaciółka usiadła obok mnie i położyła mi rękę na plecach.

– Nie wyglądasz zbyt dobrze.

Prychnęłam i usiadłam prosto.

– Mdli mnie. Myślę, że to przez nerwy. Tak strasznie się… bałam.

Keela oparła czoło o moje ramię.

– Wiem. Ja też. Kiedy upadł… Usłyszałam ten okropny dźwięk, gdy ciało zderzało się z podłogą. Nie wiedziałam, co mam robić.

Uciszyłam ją.

– Dzięki tobie trafił tutaj i to jest najważniejsze.

Keela pokiwała głową i pociągnęła nosem.

Zmarszczyłam brwi i obróciłam się, by otoczyć przyjaciółkę ramionami.

Z nas wszystkich ona najmniej potrzebowała dodatkowego stresu, jaką była choroba Kane’a. Miała wystarczająco dużo na głowie i bez tego. Tuliłam do siebie Keelę i szeptałam jej do ucha uspokajające rzeczy.

Alec po jakimś czasie podszedł do nas, więc poszłam przytulić innych znajdujących się w pomieszczeniu, a potem usiadłam na najbliższym krześle. Mijały godziny, a ja patrzyłam przez okno w poczekalni, obserwując księżyc przemierzający nocne niebo w powolnym tempie.

Gdy drzwi się otworzyły, zamrugałam powiekami i spojrzałam na nie. Do środka weszła pielęgniarka, którą Keela prawie pobiła. Byłam teraz jedyną dziewczyną, która nie spała. Bronagh położyła się na Nicu, Keela na Alecu, a Alannah i Branna oparły się głowami o uda Rydera i pochrapywały. Chłopaki oglądali w telewizji jakiś mecz futbolu amerykańskiego ze ściszonym głosem, jednak po pojawieniu się pielęgniarki wszyscy odwrócili się w jej stronę.

Kobieta przełknęła głośno ślinę.

– Moja zmiana właśnie się skończyła i mam państwu powiedzieć, że czas odwiedzin dobiegł końca, ale wiem, że jeszcze nie widzieliście się z członkiem waszej rodziny. Wykorzystałam to, że mam dług u pracowników nocnej zmiany i dogadaliśmy się. Pozwolą kilkorgu z państwa zostać w pokoju pana Slatera, a reszta poczeka tutaj. Później się zmienicie. W tej sposób pragnę przeprosić. Nie chciałam tak bardzo denerwować państwa przyjaciółki. Ja tylko wykonywałam swoją pracę.

Wyciągnęłam rękę i ujęłam dłoń pielęgniarki.

– Bardzo dziękuję i przepraszam. I przepraszam też w imieniu Keeli. Źle się zachowaliśmy. Po prostu jesteśmy…

– Wystraszeni? – dokończyła za mnie i uśmiechnęła się lekko.

Pokiwałam głową w odpowiedzi.

– Rozumiem – dodała i podała mi jakiś papier. – Tutaj macie nazwę oddziału, na którym znajduje się pan Slater, a także numer pokoju. Do rana musicie jednak opuścić ten pokój, bo będzie potrzebny dla rodzin innych pacjentów. Na tamtym oddziale również jest poczekalnia, pomieścicie się tam wszyscy, jeśli będzie taka potrzeba.

– Dziękuję – powiedziałam i odchrząknęłam. – Naprawdę to doceniam.

Pielęgniarka przechyliła głowę i uśmiechnęła się z napięciem, a potem wyszła z pokoju. Przez chwilę nikt nic nie mówił, aż w końcu odezwał się Alec:

– Powinniśmy częściej pozwalać Keeli grozić ludziom w ten sposób. Jest skuteczna.

Prychnęłam i pokręciłam głową. Przeczytałam kartkę, którą dała mi pielęgniarka.

– Kane leży na oddziale świętego Piotra w pokoju numer dziewięć – powiedziałam i spojrzałam na braci, a potem na dziewczyny. – Idźcie się z nim zobaczyć, a my tutaj zostaniemy. Później się zmienimy.

Ryder zamrugał, zaskoczony.

– Jesteś pewna?

Czy byłam pewna?

– Jasne – odparłam i zagryzłam wargę. – Jesteście przecież jego braćmi.

Chłopcy przez chwilę nic nie mówili, a potem pokiwali głowami na zgodę i delikatnie odsunęli dziewczyny śpiące im na kolanach, by móc wstać. Nico miał mały problem z uwolnieniem się od Bronagh, więc Alec musiał mu pomóc. Chciało mi się śmiać na ich widok. Zakryłam usta ręką, by zdusić śmiech. W końcu Nico wyrwał się z silnego uścisku śpiącej królewny.

Pocałował ją w głowę, ściągnął sweter i przykrył nim swoją dziewczynę. Podszedł do mnie i żartobliwie kopnął mnie w nogę, gdy zauważył moje rozbawienie.

– Nie osądzaj jej po rozmiarze. Ona tak naprawdę ma uścisk anakondy. Mimo małego wzrostu jest bardzo silna. Wierz mi.

– Nie wątpię w to, mężu – odparłam i puściłam do niego oko.

Nico prychnął. Gdy Alec i Ryder zapytali, dlaczego go tak nazwałam, uśmiechnęliśmy się z Nikiem szeroko.

Życzę powodzenia w wyjaśnianiu, kolego.

– Opowiem wam po drodze, a teraz chodźmy – powiedział Nico i wziął ode mnie kartkę, którą dostałam od pielęgniarki.

Ryder mrugnął do mnie, gdy mnie mijał, a Alec szturchnął mnie pięścią w ramię. Zamknęli za sobą drzwi najciszej, jak się dało, i w pokoju zrobiło się cicho. Słyszałam spokojne oddechy dziewczyn. Bronagh co kilka chwil pochrapywała lekko, lecz poza tym nie słyszałam nic.

Oparłam głowę o ścianę i westchnęłam. Podciągnęłam nogi, zamykając oczy i próbując się rozluźnić. Było mi niewygodnie, ale nie przez to miałam taki kiepski nastrój. To wszystko przez Kane’a i jego pobyt w szpitalu. Żył, a jego stan określono jako stabilny, więc nie narzekałam. Co prawda nie wiadomo, co mu dolegało, ale liczyło się to, że żył.

Wolałam, by żył, nawet chory, niż umarł.

Rozdział 3

Aideen?

Jęknęłam cicho i mocniej zacisnęłam ramiona wokół kolan, próbując jeszcze na chwilę zatrzymać sen.

– Aideen? Hej, obudź się.

Drgnęłam, gdy poczułam, że ktoś szturcha mnie w nogę. Zmarszczyłam czoło i powoli zamrugałam powiekami. Odchyliłam lekko głowę i zobaczyłam, że ktoś podkłada mi pod nos coś zawiniętego w folię aluminiową.

– To kanapka. Weź ją, potrzebujesz jedzenia.

Zamrugałam, zdziwiona, a potem uniosłam wyżej głowę, by zobaczyć osobę, która trzymała pakunek. Gapiłam się na Keelę przez chwilę, a potem wzięłam od niej kanapkę. Usiadłam wyprostowana i jęknęłam, gdy strzyknęło mi w plecach. Wstałam ostrożnie i przeciągnęłam się, wydając z siebie dźwięki przypominające odgłosy małego dinozaura.

– Co za gówniane krzesła – stęknęłam i położyłam rękę na obolałych plecach.

Plecy, nogi, ramiona i szyję miałam sztywne. Czułam się tak, jakby ktoś położył mi na barkach dwustukilogramową sztangę.

– Wiesz co? – zapytałam Keelę, która usiadła obok wciąż śpiących Bronagh i Alannah.

– Co? – zapytałam, odwinąwszy kanapkę.

Znowu usiadłam na tym pożal się Boże krześle, na którym przespałam całą noc. Rozluźniłam szyję, zataczając głową okręgi.

– Zastanawiam, czy ktoś kiedyś wylądował na oddziale właśnie przez te krzesła. Pomyśl tylko, przychodzisz do szpitala, czekasz na odwiedziny, a tymczasem plecy ci wysiadają z niewygody.

Keela zaśmiała się cicho.

Jęknęłam, gdy poczułam pyszny zapach kanapki. Mój żołądek miał takie samo zdanie, bo zaburczał, jakby chciał powiedzieć: „nakarm mnie”.

Kanapka była nafaszerowana typowym irlandzkim śniadaniem, czyli jajkiem, białym i czarnym puddingiem, kiełbaskami, bekonem i plastrem babki ziemniaczanej, a całość polano ketchupem. Aż mi ślinka pociekła, gdy przysunęłam ją do ust i wgryzłam się w te pyszności.

Zamruczałam z zadowoleniem i przymknęłam oczy, żując i przełykając pierwszy kęs. Po kilku chwilach skończyłam jeść, a mój brzuch był pełny i zadowolony.

– Cholera, Aideen – wymamrotała Branna.

Otworzyłam oczy i rozejrzałam się. Wszystkie dziewczyny już się obudziły i gapiły się na mnie. Zaczerwieniłam się, zawstydzona.

– No co? – spytałam.

Alannah wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

– Brzmiało to tak, jakbyś miała orgazm.

O mój Boże.

– Lana! – krzyknęłam.

Wszystkie dziewczyny wybuchnęły śmiechem.

– Zgadzam się – dodała Keela, wciąż śmiejąc się ze mnie. – Ale wyglądałaś przy tym jak zwierzak. Pochłonęłaś tę kanapkę w mniej niż trzy minuty, skarbie.

Zmarszczyłam brwi.

– Byłam głodna.

Znowu wybuchnęły śmiechem i zabrały się za własne śniadanie, które Keela przyniosła dla nich w reklamówce i położyła na pustym krześle obok siebie.

– Gdzie są chłopaki? – zapytała Bronagh, otwierając swoją kanapkę.

Keela wzruszyła ramionami.

– Nie było ich tutaj, gdy się obudziłam jakieś pół godziny temu. Myślałam, że będą na zewnątrz, ale jak wyszłam do sklepiku po jedzenie, to nigdzie ich nie widziałam.

Ziewnęłam.

– Są z Kane’em. Gdy wszystkie spałyście, przyszła pielęgniarka, którą Keela chciała zabić. Czuła się winna, że ją zdenerwowała, więc dogadała się z pracownikami nocnej zmiany. Pozwolili chłopakom zostać w pokoju Kane’a, a nam tutaj. Ale niedługo musimy iść, bo ta poczekalnia jest potrzebna innym ludziom odwiedzającym swoich bliskich. Kane leży na oddziale świętego Piotra i tam też znajduje się jedna poczekalnia.

Bronagh poweselała na tę wiadomość i zaczęła jeść kanapkę.

– O co ci chodzi? – zapytałam.

Przegryzła kęs i odpowiedziała:

– Oddział świętego Piotra jest na pierwszym piętrze. Żaden z oddziałów na tym piętrze nie przyjmuje śmiertelnie chorych pacjentów, więc cokolwiek mu jest, nie może być tak źle…

Odetchnęłam głośno z ulgą.

– Jesteś pewna? – zapytałam.

Bronagh pokiwała głową.

– Widziałam wczoraj listę na jednym z ekranów w recepcji. Był tam wykaz pięter. Pokazałam to Ryderowi i powiedziałam, że mam nadzieję, że Kane trafił na oddział na pierwszym piętrze, bo wtedy będziemy wiedzieć, że to nic poważnego.

Ucieszyłam się na te słowa.

– Dzięki Bogu – westchnęła Alannah.

Pokiwałyśmy głowami i zgodziłyśmy się z nią. Już miałam coś powiedzieć, gdy nagle drzwi do poczekalni się otworzyły. Obróciłam głowę i zobaczyłam, że do środka wchodzą Nico i Ryder. Wyglądali na zmęczonych, ale chyba mieli się dobrze. W każdym razie wyglądali lepiej niż ja.

– Już wstałyście – zauważył Ryder z uśmiechem.

– To dzięki Aideen i jej możliwościom wokalnym. – Alannah uśmiechnęła się szeroko.

Rzuciłam jej wrogie spojrzenie, a dziewczyny zaczęły chichotać.

– Chcemy w ogóle to wiedzieć? – zapytał Nico, rozbawiony.

– Nie – warknęłam. – Nie chcecie.

Nico prychnął pod nosem i przeciągnął ręce nad głową.

– Jedziemy do domu, żeby wziąć prysznic i coś zjeść, a potem wrócimy z paroma rzeczami dla Kane’a. Jesteście gotowe, by z nami wracać?

Zmarszczyłam brwi.

– Chcecie go tu zostawić samego?

Wszyscy spojrzeli na mnie.

Alec usiadł obok i otoczył mnie ramieniem.

– On się jeszcze nie obudził.

Wzruszyłam ramionami.

– No i? To nie znaczy, że dzisiaj się nie obudzi. I co, jeśli nikogo wtedy przy nim nie będzie? – zapytałam, kręcąc głową. – Nie, pójdę na górę i posiedzę przy nim, a jak już wrócicie, to pojadę do domu się przebrać.

Zauważyłam szeroki uśmiech Nica, a Alannah odwróciła wzrok, również się uśmiechając.

– I czego się szczerzycie? – zapytałam, patrząc najpierw na Nica, a potem na Alannah.

Żadne z nich nic nie powiedziało. Pokręcili tylko głowami, wciąż uśmiechając się głupkowato. Zmrużyłam oczy, ale szybko odpuściłam i wstałam.

– Dalej, idźcie już. Ja pójdę do jego pokoju i poczekam.

Nie podobało mi się to, że teraz wszyscy zaczęli się do mnie uśmiechać.

– Nie robię tego, bo mi zależy czy coś. Po prostu nie chcę później wysłuchiwać jego narzekań, że nikogo nie było, kiedy się obudził. To wszystko. Jak się nad tym zastanowić, to robię to dla własnych korzyści. Zapobiegam migrenie, której na pewno w przyszłości przez niego dostanę.

Te głąby wciąż się do mnie szczerzyły, a Alec nawet prychnął z niedowierzaniem. Miałam ochotę zmyć mu ten głupi uśmieszek z twarzy. Pokręciłam głową, wygrzebałam z kieszeni kartę parkingową oraz kluczyki i podałam je Ryderowi.

– Samochód stoi na czwartym piętrze, niedaleko schodów i windy.

Ryder puścił do mnie oko.

– Kane leży w pokoju numer dziewięć, tak? – zapytałam braci.

Pokiwali głowami, nie przestając się uśmiechać.

Otworzyłam drzwi i wyszłam.

– Mam nadzieję, że ten wyszczerz już wam tak zostanie – zawołałam przez ramię.

Słyszałam ich śmiech jeszcze wtedy, gdy stałam przy windzie. Pokręciłam głową i nacisnęłam przycisk, by pojechać na pierwsze piętro. Patrzyłam, jak drzwi się zasuwają, a po kilku sekundach otworzyły się. Przełknęłam ślinę, zdenerwowana. Wyszłam i rozejrzałam się po oznaczeniach na ścianie. Strzałka wskazywała, że oddział świętego Piotra jest na prawo, więc ruszyłam w tę stronę korytarzem, który ciągnął się aż do podwójnych szklanych drzwi.

Przeszłam obok recepcji, unikając kontaktu wzrokowego z pielęgniarkami. Nie chciałam, by któraś z nich zatrzymała mnie i zaczęła zadawać pytania. Szłam dalej, obserwując numery na drzwiach. Pokój numer dziewięć znajdował się na samym końcu korytarza. Drzwi były zamknięte. Przełknęłam ślinę i wyciągnęłam rękę, by nacisnąć klamkę.

W końcu weszłam do środka i spojrzałam na Kane’a, zamykając za sobą drzwi. Stałam bez ruchu i gapiłam się na niego przez kilka minut. Był tak potężny, że ledwo mieścił się na wąskim łóżku. W ciągu ostatniego roku stracił trochę na wadze i masie mięśniowej, lecz wciąż był facetem sporych rozmiarów i patrzenie na niego w tym łóżku wydawało mi się dziwne.

Podeszłam do dużego krzesła stojącego przy wezgłowiu łóżka i usiadłam, starając się nie narobić hałasu. Obrzuciłam chłopaka spojrzeniem, by sprawdzić, co się w nim zmieniło. Do ramienia miał podpiętą kroplówkę, a czoło owinięte bandażem, przez które przesiąkło kilka kropel krwi. Zakładałam, że to rana po upadku i uderzeniu o podłogę.

Jednak poza kroplówką i bandażem nie zauważyłam niczego niepokojącego. Był blady, a jego twarz wyglądała na posępną nawet we śnie, lecz mimo to nie wyglądał źle. Przynajmniej w porównaniu z ostatnim rokiem. Pochyliłam się i położyłam mu dłoń na ręce.

– Kane? – zapytałam szeptem. – To ja, Aideen. Chcę, żebyś wiedział… że nie jesteś sam. Zostanę tu przy tobie.

Cofnęłam rękę i oparłam się o krzesło, gdy nie zauważyłam z jego strony żadnej reakcji. Leżał pogrążony w głębokim śnie, więc postanowiłam, że już nie będę się odzywać. Musiał odpocząć. Kiedy się obudzi, to dopiero wszyscy zaczną go męczyć.

Rozluźniłam się i z zadowoleniem zauważyłam, że krzesło miało miękkie obicie – w przeciwieństwie do tych plastikowych z poczekalni. Usiadłam wygodnie, zakładając ramiona na piersi. Czułam, że powieki mi opadają, ale nie dziwiło mnie to, bo w nocy kiepsko spałam przez te cholerne krzesła.

Sprawdziłam raz jeszcze, czy Kane się nie obudził i zamknęłam oczy. Zasnęłam niemal od razu.

***

Obudziłam się, gdy poczułam okropny ból w brzuchu, który przyprawił mnie o mdłości.

– O kurwa! – jęknęłam i zeskoczyłam z krzesła, by podbiec do zlewu.

Wymiotowałam, aż opróżniłam całą zawartość żołądka. Odkręciłam wodę i przepłukałam usta, po czym wyplułam ją i wytarłam twarz papierowym ręcznikiem.

Czułam się okropnie.

– Aideen? – dobiegł mnie zachrypnięty głos. – Wszystko w porządku?

Obróciłam się gwałtownie.

– Kane – wyszeptałam i podeszłam do jego łóżka. – Obudziłeś się.

Kane przyjrzał mi się, mrugając powiekami.

– Rzygałaś.

Machnęłam ręką.

– To nic, wszystko w porządku.

Kane zmarszczył brwi i dotknął bandaża na czole.

– Co się, do cholery, stało? Gdzie ja jestem?

Jego pytanie mnie lekko zdziwiło.

– Zemdlałeś i upadłeś. Jesteś w szpitalu, ale nic ci nie jest. To tylko bandaż.

Kane wygadał na zdezorientowanego.

– Nie pamiętam zbyt wiele. Byłem w sklepie z Keelą i… – Podskoczyłam ze strachu, gdy sapnął głośno. – Czy to się stało, gdy prowadziłem? O Boże, Keela! Czy wszystko z nią dobrze? Czy ona…

– Ciii. Uspokój się. Nic jej nie jest – przerwałam mu i ujęłam jego dłoń. – To się stało w sklepie. Samochód był już zaparkowany, a wy staliście w alejce między półkami. Keela ma się dobrze.

A przynajmniej fizycznie.

– Dzięki Bogu. – Kane odetchnął z ulgą. – To dobrze.

Pokiwałam głową i puściłam jego dłoń, gdy spojrzał na nasze złączone ręce. Zajęłam się przesuwaniem krzesła, by móc usiąść bliżej niego i pogadać.

– Jestem… trochę zdziwiony tym, że tu jesteś – przyznał Kane po kilku sekundach milczenia.

Spojrzałam na niego, marszcząc brwi.

– Dlaczego? – zapytałam, lekko urażona.

Wzruszył ramionami.

– Przecież ty mnie nie lubisz, Aideen.

Obruszyłam się.

– No i co z tego? To nie znaczy, że chcę cię widzieć martwego.

Kane prychnął.

– Jeśli dobrze sobie przypominam, ostatnim razem, gdy byliśmy sami, powiedziałaś, że zabijesz mnie gołymi rękami, jeśli…

– Naprawdę chcesz, żebym cię skrzywdziła, gdy jesteś w takim stanie? – warknęłam. – Ustaliliśmy, że nigdy więcej nie będziemy mówić o tamtej nocy.

W moim umyśle pojawiły się obrazy nagich ciał z tej nocy, ale szybko stłumiłam to wspomnienie. Nie chciałam o tym myśleć. Jeśli udawałam, że o tym nie myślę, to było tak, jakby nigdy do tego nie doszło.

Kane przestał się uśmiechać i spojrzał na mnie spod byka.

– Ty tak ustaliłaś. Nie ja.

Jęknęłam głośno.

– Proszę cię, Kane. Jeśli ludzie dowiedzą się, co między nami zaszło, to nic dobrego z tego nie wyjdzie. A wiesz dlaczego? Bo to nic nie znaczyło.

– Jasne, kop leżącego, dlaczego nie – warknął Kane.

Ukryłam twarz w dłoniach.

– Nie o to mi chodziło…

– No to o co? – przerwał mi podniesionym głosem.

Spuściłam głowę.

– To był seks po pijaku, Kane. I to był błąd.

– Cóż, racja, a teraz ten „błąd” najprawdopodobniej rośnie w twoim brzuchu. Nie jestem głupi, Aideen. Fakt, nie pamiętam tego, jak zemdlałem, ale pamiętam to, co stało się wcześniej. Możesz być w ciąży, bo przecież się nie zabezpieczyliśmy. Potrafię dodać dwa do dwóch. Nie jestem tak głupi, za jakiego mnie masz – syknął. – Zrobiłaś już test ciążowy?

Poczułam, że oczy wypełniają mi się łzami i pokiwałam głową.

– Zrobiłam, ale gdy Keela zadzwoniła i powiedziała, co ci się stało, wszystko szlag trafił. Zapomniałam spojrzeć na jego wynik.

Głos Kane’a był napięty, gdy powiedział:

– Idź zrobić test teraz. Poproś o to pielęgniarkę. Na pewno mają je w pokojach z zaopatrzeniem.

Spojrzałam na niego, marszcząc brwi.

– Nie mogę zrobić go tutaj.

– Dlaczego nie? – zapytał Kane, a jego twarz wykrzywiła się w gniewie. – Jeśli jesteś w ciąży, to jest to po prostu „błąd”, prawda? Co ci szkodzi zrobić test w szpitalu?

Nie wiedziałam, dlaczego byłam taka zdenerwowana, ani dlaczego on się tak na mnie złościł. Sam przyznał kiedyś, że to, do czego doszło między nami, było tylko impulsywnym wybrykiem. Wiedział, że nie nadawaliśmy się na parę równie dobrze, jak ja. Byliśmy zupełnymi przeciwieństwami i przez większość czasu zachowywaliśmy się jak uparte osły. Nie byłoby nam ze sobą dobrze. Nawet się nie lubiliśmy.

– Proszę cię, Kane – wyszeptałam. – Ja… się boję, okej?

Kane milczał przez dłuższą chwilę.

– Dobra. Nikomu nie powiem, że się pieprzyliśmy, ale chcę, żebyś wróciła do domu i zrobiła test ciążowy jeszcze dzisiaj, a potem przyjechała do mnie i powiedziała mi, jaki jest jego wynik. Rozumiesz mnie, Aideen? Jeśli jesteś w ciąży, to jest to też moje dziecko i mam prawo decydować o tym, co się z nim stanie. Łapiesz?

Zamarłam na krześle. Nigdy nie słyszałam, by mówił takim tonem. Był zimny, groźny i zdecydowanie nie pasował do Kane’a, którego znałam.

– Wydajesz się całkiem pewny tego, że jeśli jestem w ciąży, to z tobą – powiedziałam. – Chcę wiedzieć, na jakiej podstawie zakładasz, że dziecko jest twoje? W tamtym okresie równie dobrze mogłam spotykać się z kimś innym.

Prawda była taka, że nie spałam z nikim innym, zanim mi odbiło i bzyknęłam się z Kane’em. Normalnie nie kłamałabym na ten temat, ale jego arogancja i despotyczne zachowanie przerażały mnie, a jednocześnie wkurzały.

– Byłaś z kimś jeszcze czy nie? – warknął Kane, zaciskając ręce w pięści.

Spuściłam głowę, żeby nie wyczytał prawdy z moich oczu.

– To nie ma znaczenia, chyba że okaże się, że naprawdę jestem w ciąży. Dam ci znać.

Kane usiadł na łóżku. Usłyszałam, że zaczął oddychać ciężej.

– Aideen.

Wystarczyło jedno słowo i już srałam po gaciach ze strachu.

– Jezu, rozumiem cię, dobra? Zrobię to, o co prosiłeś, i powiem ci, jak się sprawy mają.

– Dobrze – warknął.

Nie wiedziałam, co mam dalej robić. Byłam zaskoczona tym, jak czułam się w jego obecności – a czułam się dość niekomfortowo. W tej chwili nie było miejsca na żarty i obelgi, milczeliśmy po prostu, spowici ciężką atmosferą. Kane nie był teraz tą samą osobą, do której przywykłam – potrafiłam to odczytać po samym tonie jego głosu.

– Pójdę już – powiedziałam cicho.

Wstałam powoli z krzesła, ale zatrzymałam się, gdy Kane powiedział:

– Nie… zostań jeszcze chwilę, okej? – Westchnął i nagle, jak na pstryknięcie palcami, zmienił się w Kane’a, którego znałam. – Przepraszam… po prostu… trochę mnie wkurzyłaś.

I mówił do mnie takim tonem, gdy był tylko trochę wkurzony?

Cholera.

Bałam się, jaki będzie, gdy naprawdę go wkurwię.

– Spojrzysz w końcu na mnie? – zapytał szeptem.

Dopiero po chwili zebrałam się w sobie i mogłam spojrzeć mu w oczy.

– No i proszę – wymamrotał.

O Boże.

Miał krzywą minę i wciąż wyglądał nieco blado, ale, cholera, i tak był boski.

Nawet z tymi bliznami.

Nienawidziłam całą sobą tego, że mi się podobał. To, że nienawidziło się kogoś i jednocześnie ten ktoś ci się podobał, było torturą. Straszną torturą.

– Wszystko się popieprzyło – powiedziałam i usiadłam na krześle. – Jedna z nas, dziewczyn, może być w ciąży, a ty jesteś chory. Keela traci zmysły. Nico pracuje dla Brandona Daleya i mój młodszy brat też. Co się z nami, kurwa, stało?

W pokoju zapadła cisza.

– Coś wymyślimy. Wszyscy razem coś wymyślimy – powiedział. – Jak zawsze.

Zamrugałam.

– Tak, ale to wciąż dużo problemów, z którymi trzeba sobie poradzić.

Kane uniósł kąciki ust w uśmiechu.

– Przetrwaliśmy gorsze rzeczy, laleczko.

Wytrzeszczyłam oczy tak mocno, że to bolało.

– Miałeś mnie już nigdy więcej tak nie nazywać.

Kane wyszczerzył zęby w uśmiechu.

– Nie można mieć wszystkiego. Albo będę siedzieć cicho i nikomu nie powiem o naszym seksie, albo nie będę mógł cię nazywać laleczką. Możesz wybrać tylko jedno, ale na twoim miejscu pośpieszyłbym się, bo czas ucieka.

Nie znosiłam go.

Nie znosiłam tego zasranego dupka każdą komórką ciała.

– Ten głupi seks – warknęłam. – To masz dla siebie zachować.

Kane puścił do mnie oczko.

– Masz to jak w banku, laleczko.

Co za dupek!

– Gdybyś nie był chory, tobym cię osobiście zabiła – stwierdziłam ostrym tonem.

Podskoczyłam ze strachu, gdy obok mnie rozległ się czyjś śmiech.

– Najwyraźniej wszystko z tobą w porządku, skoro grozi ci, że cię zabije – powiedział Alec, rozbawiony.

Uniosłam głowę i wywróciłam oczami, gdy do pokoju weszli bracia Kane’a i dziewczyny.

– Dobrze, że znowu jesteś przytomny, ty sukinkocie – oznajmił Alec i pochylił się, by przytulić Kane’a. – Wystraszyłeś nas na śmierć.

Kane zażartował, a wszyscy wybuchnęli śmiechem. Gdy Bronagh go przytuliła, podeszła do drzwi, zamknęła je i oparła się o nie. Nico próbował ją zmusić, by się odsunęła i usiadła mu na kolanach, jednak ona miała inne plany.

– Już ci mówiłam „nie” – warknęła Bronagh. – Kane się obudził i już nie jestem zaślepiona strachem o jego życie, więc doskonale pamiętam tę pieprzoną umowę, którą zawarłeś z pieprzonym Brandonem Daley. Mówiłam serio, że z tobą skończyłam, Dominic. Nie chcę być częścią takiego niepewnego życia. Ale jeśli ty nalegasz i nie chcesz się wycofać, to przykro mi, kutafonie, ale odchodzę.

O cholera.

Czy oni ze sobą zrywali?

– Zrywasz ze mną, tak? – powiedział Nico cicho i spokojnie. – Jakbym był jakimś zwykłym smarkaczem, którego chcesz się pozbyć?

Bronagh spojrzała na niego spod byka.

– Coś w tym rodzaju.

Nico poruszył się tak szybko, że nikt nie miał czasu zareagować. Zapędził Bronagh w kąt pokoju i stanął przed nią, więc jej nie widzieliśmy.

Spojrzałam na Kane’a, który pokręcił głową.

– Niech to obgadają sam na sam – wymamrotał.

Znowu zerknęłam w ich stronę.

– Myślisz, że chcę mieszać się w sprawy Brandy’ego i to popieprzone życie? No to ci mówię, że, kurwa, nie chcę. Dorastałem w tym syfie i przez cały ten czas pragnąłem tylko normalnego życia dla siebie i moich braci, ale najwyraźniej nie jest nam to pisane. Mimo że to posrane, zwariowane życie… dla nas to już norma. Próbuję jak najlepiej wykorzystać sytuację, w której się znaleźliśmy. A fakt jest taki, kochanie, że jesteśmy spłukani i moja praca na siłowni i sesje z klientami już nam nie wystarczają. Nie wiem, jak do tego doszło, ale przejebałem całą kasę, jaką miałem, i nie mam zamiaru pożyczać od braci albo korzystać z oszczędności, by przetrwać. Jestem dobry w walkach, Bronagh, i można na tym nieźle zarobić. Ale nie będzie tak, jak poprzednio. Tylko musisz mi zaufać. Proszę. Robię to dla ciebie. Dla nas.

Wtedy płacz Bronagh stał się gwałtowniejszy. Nico zaczął szeptać do niej uspokajająco i zapewniać o swojej miłości do niej.

– Obiecaj mi – wystękała Bronagh. – Obiecaj, że nie będzie tak, jak ostatnio. Że nie będziesz latać od kraju do kraju ani nie będziesz się mieszać w jakieś podejrzane interesy. Obiecaj, że jeśli masz zamiar walczyć, to będzie miało to miejsce tylko na tej głupiej platformie w tym zasranym klubie. Przysięgnij.

– Spójrz mi w oczy – wyszeptał Nico. – Obiecuję.

Bronagh znowu zaszlochała.

– Kocham cię.

Wtedy usłyszeliśmy ich pocałunki. I mój szloch.

– Aideen? – zapytał Kane. – Czy ty płaczesz?

Machnęłam ręką, by mi odpuścił. Wytarłam ręką łzy, które spływały mi po twarzy.

– Nawet nie wiem, dlaczego ryczę, ale nie mogę przestać.

Ukryłam twarz w dłoniach i zaczęłam szlochać.

To mnie zaniepokoiło i przeraziło jednocześnie.

– Och, kochanie, wszystko będzie dobrze – powiedział Alec ze śmiechem w głosie i podszedł, by mnie mocno przytulić.

Otoczyłam go ramionami i odwzajemniłam uścisk.

Kiedy już się uspokoiłam, puściłam Aleca i podeszłam do Keeli, by ją również przytulić. Przyjaciółka zaczęła głaskać mnie po plecach.

– Co się z tobą dzieje? – spytała szeptem tuż przy moim uchu.

– Nie wiem – przyznałam i ścisnęłam ją mocniej.

Odsunęłyśmy się, gdy ktoś nagle zapukał do drzwi. Do środka wszedł mężczyzna w średnim wieku i od razu wiedziałam, że to był lekarz Kane’a. Trzymał w ręce podkładkę z klipsem i miał na sobie biały fartuch, a z szyi zwisał mu stetoskop. Wyglądał jak typowy lekarz.

– Hmm, widzę, że wszyscy w komplecie – powiedział z uśmiechem i skupił się na Kanie. – Jestem doktor Chance, a pan jest moim nowym pacjentem, panie Slater.

– Ale ze mnie szczęściarz – odparł Kane bez cienia entuzjazmu.

Branna syknęła w jego stronę:

– Zachowuj się! – A potem spojrzała na lekarza i dodała: – Proszę go zignorować, dzisiaj jest wyjątkowo humorzasty.

Otarłam twarz i uśmiechnęłam się, słysząc matczyny ton Branny.

Lekarz zaśmiał się cicho i uścisnął Brannie dłoń. Następnie bracia przedstawili się jeden po drugim. Kiwał głową i powtarzał każde imię z osobna. Chciało mi się śmiać. Pewnie po wyjściu stąd nie będzie pamiętał ani jednego.

– Nie będę owijać w bawełnę. Z panem Slaterem nie jest zbyt dobrze.

– Bez kitu, doktorze. Proszę powiedzieć mi coś, o czym nie wiem – prychnął Kane.

Zmrużyłam oczy, zirytowana jego nieuprzejmym zachowaniem. Miałam ochotę mu przyłożyć.

– Proszę usiąść wygodnie, panie Slater, i słuchać uważnie, bo to, co mam panu do powiedzenia, na pewno będzie nowością.

O cholera.

Rozdział 4

Proszę przejść do rzeczy, doktorze – westchnął Kane. – Co mi dolega?

Lekarz przerzucił kilka stron notatek i spojrzał na niego.

– Poprosiłem wczoraj pielęgniarki, by wypytały członków pana rodziny na temat pańskiego zdrowia. Przekazały mi opisy tego, jak się pan czuje od roku. Na podstawie podanych objawów kazałem pracownikom nocnej zmiany pobrać pana krew, by dać ją do laboratorium.

Uniosłam brwi.

– Jakie konkretnie badania krwi wykonano?

Lekarz spojrzał na mnie i odpowiedział:

– Zbadano poziom glukozy i hemoglobiny A1C.

Zamrugałam i przypomniałam sobie, co oznaczały te testy, bo już o nich słyszałam.

– To cukrzyca? – zapytałam. – Zbadano, czy ma cukrzycę?

Lekarz uniósł brwi.

– Studiuje pani medycynę?

Pokręciłam głową.

– Nie, nie, jestem nauczycielką w podstawówce. Niedawno czytałam książkę na temat cukrzycy i wymieniano tam kilka różnych badań, które można przeprowadzić, by sprawdzić, czy ktoś choruje na cukrzycę. Między innymi te badania, o których pan wspomniał.

Moja uczennica Jessie chorowała na cukrzycę typu pierwszego i z ciekawości przeczytałam książkę na ten temat.

Lekarz pokiwał głową.

– Tak, ma pani rację. Chciałem sprawdzić, czy pan Slater ma cukrzycę.

– No i? – dopytywał Nico.

– I moja teoria się potwierdziła – odparł lekarz, patrząc na Kane’a. – Ma pan cukrzycę, panie Slater. A dokładnie typ pierwszy cukrzycy.

Nikt z nas nic nie powiedział. W końcu Kane się odezwał:

– Jest pan pewny? – spytał. – Przecież w laboratorium można się pomylić, tak?

Lekarz pokiwał głową.

– Istnieje taka możliwość i dlatego kazałem powtórzyć badania trzy razy, by mieć pewność. I nie było zmian. Za każdym razem wynik był ten sam. Ma pan cukrzycę, panie Slater.

– Cukrzycę? – powtórzył osłupiały Kane.

W pokoju znowu zaległa cisza, ale nie na długo, bo sama miałam kilka pytań.

– Typ pierwszy to ten, przy którym trzeba brać insulinę, tak? – zapytałam lekarza.

Mężczyzna pokiwał głową.

– Tak, zgadza się.

Zmarszczyłam brwi.

– Ale czy to nie jest choroba dziecięca?

– Zazwyczaj – odparł. – Mówi się, że to choroba dziecięca, bo najczęściej dotyka dzieci, nastolatków i młodych dorosłych. Ale może przytrafić się w każdym wieku.

Zamrugałam, zdziwiona.

– Och, rozumiem.

– A ja nie – westchnął Kane. – Czy nie powinienem zauważyć, że mam cukrzycę? Chyba miałbym jakieś objawy, prawda?

– Pańscy bracia wspomnieli wczoraj pielęgniarkom o zmęczeniu, utracie wagi, wymiotach i innych pana dolegliwościach występujących w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. Bardzo łatwo wziąć te objawy za grypę, jelitówkę, a nawet zwykłe przeziębienie – wyjaśnił lekarz. – Cukrzyca typu pierwszego ma wiele symptomów. Niektórzy mają je wszystkie, inni nie zauważają żadnych. U każdego wygląda to inaczej.

Pokiwaliśmy głowami w zrozumieniu i poczekaliśmy, aż lekarz dokończy swój wywód.

– Pana ciało jest wyjątkiem. U wielu ludzi objawy pojawiają się nagle, jak na pstryknięcie palcami, i choroba postępuje bardzo szybko. Są też przypadki tak jak pan, czyli ludzie chorzy od jakiegoś czasu, ale nie potrzebujący od razu leczenia. Pana organizm radził sobie z tą małą dawką insuliny, którą produkował w ciągu ostatniego roku, ale niedobór w końcu się ujawnił i taka jej ilość już nie wystarcza. Najlepszym tego przykładem jest to, że wczoraj pan zemdlał. Ciało potrzebuje więcej insuliny, niż jest w stanie wyprodukować.

Spojrzałam na Kane’a i zobaczyłam, jak przełyka ślinę, ale kiwa głową, przyjmując do wiadomości to, co powiedział lekarz.

– Złe wieści są takie, że typ pierwszy cukrzycy jest nieuleczalny. Będzie pan miał tę chorobę do końca życia. Dobra wiadomość jest taka, że da się z tym żyć. Po prostu codziennie należy przyjmować insulinę, zaczynając od dzisiaj. Określimy standardową dawkę, którą będzie trzeba zwiększać zależnie od poziomu cukru we krwi. Kiedy pan spał, zbadaliśmy krew, więc dzisiaj dostanie pan małą dawkę insuliny z powodu małej aktywności fizycznej i niewielkiego spożycia kalorii. Dawkę będzie trzeba zwiększać. Ale proszę się tym teraz nie martwić, jeszcze ustalimy grafik.

W pokoju pojawiła się pielęgniarka prowadząca wózek ze sprzętem medycznym.

– Na początku będziemy się spotykać co tydzień i umówimy też wizyty kontrolne do czasu, aż sam pan będzie w stanie ustalać dawki insuliny. Szybko stanie się to rutyną i na pewno nie będzie z tym problemu. Wygląda pan na mężczyznę, który zna się na diecie i wysiłku fizycznym. Po prostu trzeba zacząć przestrzegać nowego programu, by unormować poziom glukozy w organizmie. Czy to zrozumiałe?

Kane pokiwał głową, a potem wskazał palcem na wózek, który przyciągnęła pielęgniarka.

– Co to jest? – zapytał cichym głosem.

– To pierwsza dawka insuliny. Przepiszę panu pen, czyli automatyczny wstrzykiwacz insuliny, bo używanie go jest łatwiejsze niż korzystanie z igły i fiolki.

Kane cały się spiął, gdy usłyszał słowo „igła”. Usiadł wyprostowany i spojrzał groźnie na lekarza.

– Nie wbije mi pan igły w skórę.

Lekarz spojrzał na braci, a potem znowu na Kane’a.

– Insulinę należy wstrzykiwać pod skórę. Nie można wziąć jej doustnie, bo kwas w żołądku ją zniszczy.

Kane przełknął głośno ślinę.

– Nic mnie to nie obchodzi. Nie wbije mi pan igły. Mam to gdzieś.

– Cholera – wymamrotał Ryder. – Kane, musisz wziąć lekarstwo, bo inaczej ci się nie polepszy. Kropka.

Kane spojrzał na starszego brata i w tej chwili wyglądał jak przestraszony mały chłopiec.

– Tylko nie igła, Ryder. Proszę. Wszystko, tylko nie to.

Byłam w szoku.

Nie miałam pojęcia, że tak bardzo bał się igieł. Jak to możliwe, skoro całe jego ramię pokrywały tatuaże?

Nico spojrzał na lekarza i oznajmił:

– Kane miał kiedyś… przykre doświadczenia z igłami.

Tak? Ale co to oznaczało?

Lekarz zmarszczył brwi.

– Musi codziennie przyjmować zastrzyk. Przykro mi, nie ma innego wyjścia, bo inaczej… umrze.

Zakryłam usta ręką i wytrzeszczyłam oczy. Wystarczyło, że to usłyszałam i już wiedziałam, co muszę zrobić.

– Ja się tym zajmę – oznajmiłam, opuściwszy rękę.

Lekarz i pielęgniarka spojrzeli na mnie.

– Przepraszam, ale nie takie są zasady…

Zignorowałam mężczyznę i podeszłam do Kane’a. Wyglądał na spanikowanego, jakby za sekundę miał wyskoczyć z łóżka i uciec.

– Hej – powiedziałam cicho. – Spójrz na mnie, Kane.

Kane skupił na mnie szeroko otwarte oczy.

– Tylko nie igła. Proszę – błagał.

Poczułam, że oczy wypełniają mi się łzami.

– Wiesz, że bym cię nie skrzywdziła, prawda? – zapytałam, nie przerywając kontaktu wzrokowego, mimo że łzy płynęły mi po policzkach.

Kane zawahał się.

– Aideen… nie mogę…

– Wiesz, że bym cię nie skrzywdziła, prawda? – powtórzyłam.

Kane zaczął się pocić, ale odpowiedział.

– Tak, wiem, że byś tego nie zrobiła.

Wyciągnęłam rękę i przyłożyłam mu ją do policzka.

– No to pozwól mi sobie pomóc. Zajmę się tym i będziemy mieć to z głowy, nawet nie zauważysz kiedy. Nigdy bym ci nie zrobiła krzywdy, Kane. Przysięgam.

Patrzył mi w oczy, a ja już myślałam, że będę musiała go dłużej przekonywać, ale gdy już otwierałam usta, by coś jeszcze dodać, on wyszeptał:

– Okej.

Zgodził się?

Tak!

– Okej – odparłam. – Damy sobie z tym radę, ty i ja, razem, tak?

– Ty i ja – powtórzył Kane.

Nie odrywając od niego wzroku, wyciągnęłam rękę w tył.

– Dajcie jej tę cholerną strzykawkę. On tylko jej na to pozwoli, więc proszę się pospieszyć. – Usłyszałam rozkazujący ton Nica.

Ktoś się poruszył, a potem umieścił w mojej dłoni jakiś przedmiot.

– Brzuch i ramiona ma dość wyrzeźbione, więc będzie trzeba zrobić zastrzyk w udo. Im bardziej otłuszczone miejsce, tym lepiej, dlatego zalecam celować w wewnętrzną część uda – poinformował mnie lekarz cichym głosem, by nie wystraszyć Kane’a.

Pokiwałam głową i skupiłam się na chłopaku.

– Zamknij oczy.

– Aideen, proszę… Tylko mnie tym nie dźgaj.

Nie dźgać go tym?

Mój Boże.

– Poczujesz tylko jedno małe uszczypnięcie po wewnętrznej stronie uda i to wszystko – oznajmiłam. Czułam, że dolna warga mi drży.

Kane wytrzymał moje spojrzenie.

– Obiecujesz?

– Tak, słońce – powtórzyłam, kiwając głową.

On również przytaknął, a potem zamknął oczy.

Zaufał mi.

Skupiłam wzrok na jego ciele i ściągnęłam przykrywający go koc. Odsunęłam szpitalną koszulę, zdjęłam osłonę z igły, którą podał mi lekarz, i wyciągnęłam rękę, by złapać fragment otłuszczonej skóry na jego nodze.

– Proszę uszczypnąć skórę, a potem wbić igłę i powoli wstrzykiwać insulinę, a następnie nie puszczać skóry przez dziesięć sekund, żeby przez ranę nie wyleciała krew z insuliną – wyszeptał lekarz.

Pokiwałam głową i spojrzałam na wstrzykiwacz w dłoni. Złapałam ją właściwie i wbiłam w udo Kane’a, zanim zastanowiłam się nad tym, co robię. Bałam się, że jeśli będę za dużo rozmyślać, to się zestresuję. Powoli wstrzyknęłam insulinę do jego ciała, a potem przytrzymałam skórę i dopiero wtedy wysunęłam igłę.

Zamknęłam wieczko i oddałam lekarzowi przyrząd, po czym obróciłam się ponownie do Kane’a. Wciąż miał zamknięte oczy, więc wyciągnęłam rękę i dotknęłam jego twarzy.

– Już po wszystkim – wyszeptałam.

Kane zamrugał i otworzył oczy.

– Nic nie poczułem.

Uśmiechnęłam się.

– A nie mówiłam?

Kane patrzył na mnie przez chwilę, po czym pochylił się i przytulił. Nic nie powiedział, po prostu trzymał mnie mocno przy sobie.

– Przyjdę później, żeby przedyskutować terminy wizyt na następny tydzień. Oprócz tego omówimy wszystko, co dotyczy cukrzycy. Zatrzymamy pana jeszcze na jedną noc i jeśli reakcja na zastrzyk okaże się poprawna, to jutro możemy pana wypisać.

Usłyszałam, jak bracia jeszcze przez chwilę rozmawiają z lekarzem, a potem mężczyzna wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

– Wszystko w porządku? – zapytałam Kane’a.

– Tak – odparł cicho i wtedy mnie puścił. Odsunęłam się i popatrzyłam na niego, marszcząc brwi. Zamknął oczy i milczał.

– Co to, do cholery, było? Nigdy nie widziałam, by się tak zachowywał – powiedziała oburzona Bronagh do Nica.

Jej chłopak westchnął.

– Nie jestem osobą, która powinna ci to tłumaczyć, Bronagh. Jeśli Kane będzie chciał, to sam ci powie.

– Niczego nie będę wyjaśniać, bo uważam temat za zamknięty – oznajmił Kane, otwierając oczy. – I nie mam zamiaru rozmawiać na temat żadnych zastrzyków. Nigdy więcej nie będę ich przyjmować. Nie ma, kurwa, mowy.

Zmarszczyłam brwi.

Przecież on potrzebował insuliny codziennie, by zachować równowagę hormonalną w organizmie i czuć się dobrze.

– To nie podlega dyskusji, Kane – zaczęła Branna. – Będziesz przyjmować te zastrzyki. Ja mogę je wykonywać…

– Nie! – krzyknął Kane, przerywając dziewczynie. – Po prostu… nie.

Branna spojrzała rozgniewana na Rydera, po czym warknęła do Kane’a:

– Ktoś z nas musi to robić, bo inaczej znowu się rozchorujesz. A przecież tego nie chcesz, co?

Ryder pokręcił głową i odwrócił wzrok od Branny.

Cholera.

A im o co znowu chodziło?

Patrzyli na siebie, jakby się nienawidzili.

Pokręciłam głową i skupiłam się na tym, co mówili inni.

– Ona ma rację, Ryder – powiedziała Bronagh. – Kane musi brać zastrzyki. Nie możesz go tak niańczyć.

– My go wcale nie niańczymy, Bronagh! – wtrącił się Alec. – Jesteśmy tylko wyrozumiali. On nie lubi igieł. Koniec, kurwa, historii.

– Hej! – krzyknęła Alannah do Aleca. – Nie mów tak do niej!

– Nie krzycz na niego, Lana – westchnęła Keela.

Alannah spojrzała na Keelę ze złością.

– No to każ mu się odczepić od Bronagh.

Co tu się, do cholery, działo?

Wszyscy zwrócili się przeciwko sobie.

– Myślę, że poczułbym się lepiej, gdybyście przestali mówić o mnie jak o pieprzonym inwalidzie. Słyszę wszystko, co mówicie, i sam potrafię podejmować decyzje, jeśli chodzi o moje ciało.

Branna podeszła do niego i spojrzała na niego srogim wzrokiem.

– A chcesz umrzeć? – zapytała bez ogródek. – Bo właśnie do tego dojdzie, jeśli nie będziesz brał insuliny codziennie.

– Branna, przestań, do kurwy nędzy! – krzyknął Ryder.

Przestraszyłam się, słysząc, jak Ryder podnosi na nią głos.

– Nie! – odgryzła się Branna równie głośno. – Kocham go, do cholery! I nie chcę, by zachorował!

Potarłam twarz dłonią.

Sytuacja była tragiczna.

Zerknęłam na Kane’a, gdy reszta kłóciła się między sobą.

– Kane? – zapytałam cicho.

Spojrzał na mnie z miną bez wyrazu.

– Wiem, co chcesz powiedzieć.

– Co takiego? – spytałam.

– Kane, musisz brać insulinę. Jeśli tego nie zrobisz, będziesz chory – powiedział, doskonale naśladując mój głos.

Prychnęłam.

– Tak, mniej więcej to chciałam powiedzieć.

Kane zmarszczył czoło.

– Ja nie lubię igieł, Aideen. To wszystko.

Ale dlaczego?

Chciałam o to zapytać, i to bardzo. Wydawało mi się, że wykraczało to poza normalną fobię przed igłami, ale nie chciałam na niego naciskać.

Ryder stanął obok Branny i nachylił się w stronę Kane’a.

– Co możemy zrobić, żebyś zaczął brać zastrzyki z insuliną?

– Nie będę robił sobie zastrzyków – wycedził Kane przez zaciśnięte zęby.

Och, mam tego dosyć.

– Ty nie – powiedziałam. – Ale ja mogę.

W pomieszczeniu zrobiło się cicho.

– C-co? – wyjąkał Kane, patrząc na mnie.

Odetchnęłam głęboko.

– Każdego dnia będę ci robić zastrzyk. Pozwoliłeś mi zrobić to raz, a więc pozwolisz każdym następnym razem, tak?

Kane patrzył na mnie, nawet nie mrugnąwszy. Czułam, że reszta też się na mnie gapi.

– Dlaczego chcesz mi pomóc? – zapytał z nieodgadnioną miną.

Dobre pytanie.

Wzruszyłam ramionami.