Wydawca: Wydawnictwo Kobiece Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2017

Bracia Slater. Dominic ebook

L. A. Casey  

4.08333333333333 (48)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 452 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bracia Slater. Dominic - L.A. Casey

UWAGA! OSTRZEŻENIE!

Jeśli nie tolerujesz dominujących i zaborczych mężczyzn, Dominic NIE jest dla ciebie. Jeśli nie lubisz pewnych siebie kobiet, które są zimnymi sukami, Dominic NIE jest dla ciebie. Jeśli nie lubisz postaci, które nie potrafią utrzymać nerwów na wodzy, Dominic NIE jest dla ciebie. Przede wszystkim, jeśli nie lubisz postaci, które DUŻO PRZEKLINAJĄ i bez cenzury mówią, to, co myślą Dominic NAPRAWDĘ NIE jest dla ciebie.

Bronagh Murphy wie, czym jest ból po stracie. Kiedy była mała, jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Od tej pory trzyma innych na dystans. Ma już dość cierpienia. Wychodzi z prostego założenia - jeśli nie będzie rozmawiać z ludźmi ani wdawać się z nimi w relacje, zostawią ją w spokoju. Właśnie tego chce.

Kiedy spotyka Dominica Slatera zupełnie niechcący robi dokładnie to, co najbardziej go pociąga. Uparcie go ignoruje. Dominic jest zdezorientowany – zazwyczaj wszyscy skupiają na nim uwagę. A już na pewno WSZYSTKIE. Wszystkie z wyjątkiem pięknej, ale zimnej brunetki.

To wystarczy, żeby Dominic jej zapragnął. A jedynym sposobem na zaspokojenie pragnień, jaki Dominic zna jest siła.

Dominic zdobywa to, czego pragnie

__

Ta książka tak uzależnia, że jak tylko ją skończyłam czytać, zaczęłam od początku. –Total Book Geek

__

L.A. Casey – bestsellerowa autorka „The New York Times” i „USA Today”. Pochodzi z Irlandii, mieszka w Dublinie. Jej życie składa się z dwóch podstawowych elementów: wychowywania cudownej córeczki oraz „czarowania” kolejnych powieści. Uwielbia rozmawiać ze swoimi fankami na Facebooku. Zainspirowana literaturą erotyczną ciężko pracowała nad własną książką i determinacją wywalczyła jej wydanie. Całe szczęście! Tak powstał kultowy Dominic z serii Bracia Slater. Choć miała zaledwie dziewiętnaście lat, przygodę z pisarstwem rozpoczęła od hitu. Dominic według recenzji sklepu internetowego Amazon to spektakularny sukces i bestsellerowa książka.

Opinie o ebooku Bracia Slater. Dominic - L.A. Casey

Fragment ebooka Bracia Slater. Dominic - L.A. Casey

Dla mojej młodszej siostry.

Nie napisałabym Dominica

i innych powieści z serii Slater Brothers,

gdyby nie nasze nocne burze mózgów.

Kocham cię!

Rozdział 1

Dziś spóźniłam się do szkoły, ale to nie moja wina. Tylko Branny.

Branna to moja starsza siostra, a od dziewięciu lat również prawna opiekunka. Od czasu gdy nasi rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Siostra miała już dwadzieścia osiem lat, podczas gdy ja dobiegałam osiemnastki. Może i była moją opiekunką, ale poza tym wkurzała mnie jak typowa siostra. Dzisiaj rano okupowała łazienkę aż przez dwadzieścia pięć minut.

Przez cholerne dwadzieścia pięć minut!

To ona była jedynym powodem mojego piętnastominutowego spóźnienia na lekcję i tego, że wyglądałam koszmarnie. Właśnie wchodziłam do szkoły, gdy przymus odwiedzenia łazienki i „ogarnięcia się” stał się nie do zniesienia. W pół kroku stanęłam i obróciłam się w kierunku damskiej toalety. Nie myślałam obsesyjnie o swoim wyglądzie, ale chciałam wyglądać przyzwoicie, gdy już wejdę do klasy.

Kiedy znalazłam się w łazience, załatwiłam potrzebę, a potem podeszłam do umywalki, żeby umyć ręce. Spojrzałam w wiszące na ścianie lustro i zmarszczyłam brwi do swojego odbicia. Moje jasnozielone oczy wyglądały na zmęczone, opuchnięte i z wyraźnymi cieniami. Byłam dzisiaj w kiepskim stanie. Nie miałam rano czasu, więc udało mi się tylko szybko zapleść we francuski warkocz moje długie do pasa włosy w kolorze czekoladowego brązu. Potem wytuszowałam długie rzęsy i jak najszybciej umyłam zęby. Policzki miałam zaczerwienione od wiatru, a moje zazwyczaj jasnoróżowe usta były nieco spękane i spuchnięte. Jestem całkiem pewna, że gdyby śmierć była człowiekiem, wyglądałaby jak ja.

Wyprostowałam się i podeszłam do większego lustra, w którym można było obejrzeć całą sylwetkę. Przyjrzałam się sobie i westchnęłam. Byłam tak blada, że zawstydziłabym nawet ducha Kacpra. Jako Irlandka kiepsko znosiłam opalanie. A przynajmniej to naturalne. Byłam najprawdopodobniej jedyną dziewczyną w szkole, która nie używała samoopalacza i nie nakładała podkładu w kolorze ciemniejszym od własnej karnacji, by uchodzić za bardziej opaloną. Po co miałabym udawać inną niż jestem? Miałam porcelanową skórę i nieco jasnych piegów na grzbiecie nosa i pod oczami. Branna powiedziała kiedyś, że dzięki nim wyglądam uroczo i że powinna je polubić. A więc zaakceptowałam swój wygląd.

Poprawiłam spódniczkę szkolnego mundurka, podciągnęłam skarpetki i wygładziłam sweter dłońmi. Przechyliłam głowę na bok i przyjrzałam się sobie. Podobało mi się, jak wyglądam. Mam szerokie biodra i wąską talię, ale mój biust nie grzeszy wielkością. Jednak coś innego było duże. Obróciłam się bokiem do lustra i przewróciłam oczami. Gdybym mogła zmienić w sobie jedną rzecz, na pewno byłby to tyłek. Był ogromny i niejednokrotnie słyszałam na ten temat okrutne komentarze. Wkurzałam się wtedy, bo wolałam, gdy ludzie mnie ignorowali.

Lubiłam być prawie niewidzialna.

Z pomrukiem niezadowolenia wyszłam z łazienki i udałam się na godzinę wychowawczą. Musieliśmy uczęszczać na tę głupią lekcję każdego ranka. Nasza wychowawczyni sprawdzała obecność, a potem pozwalała nam robić, co tylko chcieliśmy, aż do końca zajęć.

Wtedy zazwyczaj wszyscy rozmawiali o różnych rzeczach, ale ja nie miałam żadnych przyjaciół, więc po prostu zajmowałam się sobą. Nie żeby moi koledzy nie próbowali nawiązać ze mną kontaktu – tak naprawdę chodziło o mnie. Odkąd umarli moi rodzice, zamknęłam się w sobie i odgrodziłam od innych. Bałam się do kogoś się przywiązać, a potem go stracić, dlatego wolałam z nikim się nie przyjaźnić. Ani w szkole, ani nigdzie indziej. To było po prostu zbyt ryzykowne. Branna mówiła, że to głupota i że nie mogę odcinać się od ludzi, bo to niezdrowe. Rozumiałam, że to dziwne – ogólnie byłam dziwadłem – ale z drugiej strony byłam dzięki temu szczęśliwsza, więc jej słowa mnie nie bolały.

Kiedy dotarłam do klasy, otworzyłam drzwi i od razu spojrzałam na wychowawczynię.

– Przepraszam za spóźnienie, proszę pani – powiedziałam, mając nadzieję, że wyglądam, jakbym naprawdę czuła się źle w powodu mojego spóźnienia.

Wychowawczyni kiwnęła głową. Wiedziałam, że tak będzie. Nigdy nie spóźniałam się na lekcję, ale nawet jeśli zaczęłabym robić to zbyt często, raczej nie wpisałaby mi uwagi, bo mnie lubiła. Byłam jej najcichszą uczennicą i nigdy nie przysparzałam kłopotów.

Zrobiłam kilka kroków, ale jak zwykle nikt się mną nie zainteresował. Z jakiegoś powodu było tu dzisiaj wyjątkowo głośno. Ludzie rozmawiali i śmiali się. Dowiedziałam się, co było powodem dopiero, gdy spojrzałam w kierunku mojej ławki.

Przyjrzałam się chłopakom, którzy tam siedzieli. Byli bliźniakami, chociaż trochę się między sobą różnili. Jeden miał włosy białe jak śnieg, a włosy drugiego były w kolorze podobnym do mojego – czyli ciemne, czekoladowe. Nie miałam zamiaru dłużej się im przyglądać, bo z tego, co zauważyłam, byli bardzo zainteresowani spojrzeniami, jakie rzucały im moje koleżanki z klasy. Podchodząc do nich, wpatrywałam się w podłogę.

– To moja ławka – powiedziałam beznamiętnym tonem, kiedy już stanęłam obok nich.

Bliźniak o białych włosach zaczął się podnosić, jednak jego ciemnowłosy brat – ten, który zajmował moje miejsce – położył mu rękę na ramieniu i powstrzymał go.

– Twoja ławka? – zapytał, unosząc brwi. – Jest podpisana twoim imieniem czy coś?

Jego akcent nie był irlandzki. Mogłam zgadywać, że amerykański, ale nie chciałam o to pytać. Spojrzałam na niego spod byka. Jego oczy były szare, a gdy padała na nie odrobina światła, wydawały się srebrne. Miałam ochotę przyłożyć sobie za to, że w ogóle zwróciłam na to uwagę. Oparłam się o ławkę i wskazałam na jej brzeg.

– Właściwie to tak – odpowiedziałam, pokazując palcem moje imię na blacie ławki.

Wyryłam swoje imię w tym miejscu w pierwszej klasie, kiedy bardzo się nudziłam na lekcji.

– Bro… Co? – Ciemnowłosy chłopak przeczytał na głos ze zdziwieniem, a ja wywróciłam oczami.

– Bronagh – powiedziałam jasno i wyraźnie.

Nie lubiłam, gdy obcokrajowcy wymawiali moje imię. Zawsze je zniekształcali i nigdy nie wypowiadali tak, jak powinno brzmieć.

– Bro-nah? – powtórzył ciemnowłosy bliźniak na głos, a potem wymamrotał pod nosem coś o tym, że idea niemego „g” nie ma sensu.

Uniosłam brew.

– Właśnie tak wymawia się moje imię, które jest zapisane na mojej ławce, jak z pewnością zauważyłeś.

Białowłosy parsknął pod nosem.

– I tu cię ma, bracie. Po prostu zejdźmy tej uroczej kobiecie z drogi i usiądźmy w rzędzie obok tamtych ładnych dam.

Mój żołądek skurczył się z obrzydzenia, gdy usłyszałam, jak dziewczyny z klasy zaczęły chichotać. Dodatkowo bliźniacy uśmiechnęli się z zadowoleniem. Nie przepadałam za ładnymi chłopcami, którzy byli tacy zarozumiali. Już mieliśmy jednego takiego w tej szkole, moim zdaniem był skończonym kutasem. Nie potrzebowaliśmy następnego, a już na pewno nie dwóch.

Białowłosy puścił do mnie oczko i wstał, ale ja nawet nie uraczyłam go uśmiechem. Brunet podniósł się powoli z mojego miejsca. Nie uśmiechnął się, tylko wyszczerzył. Spojrzałam na niego srogo, a jego grymas stał się jeszcze bardziej złośliwy.

– Ogrzałem je dla ciebie – powiedział, drocząc się ze mną.

– Nie zapomnij podziękować ode mnie swojej dupie – odpowiedziałam i obeszłam go, by zająć moje miejsce. Odłożyłam torbę na krzesło obok, dając do zrozumienia, że nie chcę, aby ktokolwiek siadał obok mnie.

Ciemnowłosy chłopak ruszył w kierunku końca klasy. Usłyszałam, jak zaśmiał się pod nosem.

– O co jej chodzi? – zapytał na głos.

– Komu? Bronagh? O nic – odpowiedziała Alannah Ryan. – Ona po prostu nie lubi być w centrum uwagi i chyba wręcz nie lubi ludzi. Woli przebywać sama.

Alannah była miłą dziewczyną. Zawsze się do mnie uśmiechała, gdy mijała mnie na korytarzu, w przeciwieństwie do innych uczniów z naszego rocznika. Chyba rozumiała, że ja po prostu wolałam przebywać w swoim towarzystwie i naprawdę mi się to w niej podobało. Uważałam ją za fajną dziewczynę.

– Nie lubi ludzi? – zapytał ciemnowłosy i mruknął. – Czy coś jest z nią nie tak?

Może i jestem cicha, ale nie jestem popychadłem… Jeśli ktoś mnie wkurzy, od razu mówię, co o nim myślę. Nie miałam żadnych hamulców.

– Jestem przekonana, że według ciebie wiele rzeczy jest ze mną nie tak, ale zapewniam cię, że słuch mam dobry, pięknisiu – powiedziałam głośno, nawet się nie obróciwszy.

Usłyszałam ciche chichoty, a gdy uniosłam wzrok, zauważyłam, że pani McKesson uśmiecha się znad swojej książki.

– Zachowuj się, bracie – zakpił białowłosy bliźniak.

– Piękniś? – warknął brunet, a następnie wymamrotał cicho, jakby do siebie lub brata: – Co ta głupia zołza sobie wyobraża?

Uważał, że jestem zołzą? Uśmiechnęłam się do siebie. Jakby mnie to obchodziło…

– Dosyć tego – powiedziała wychowawczyni, wstając, gdy tylko usłyszała wyzwiska. – Bronagh, ci chłopcy to nasi nowi uczniowie, przyjechali tu aż z Ameryki.

Kiedy dotarło do mnie, że moi koledzy z klasy patrzą na mnie i oczekują jakiejś reakcji, uniosłam kciuki w powietrze i postarałam się wykrzesać z siebie trochę entuzjazmu, mimo że tak naprawdę w ogóle mnie to nie obchodziło.

– Do boju, Ameryko.

Pani McKesson przygryzła wargę i pokręciła głową.

– Jak widać, chłopcy Slater są bliźniakami. Łatwo ich od siebie odróżnić ze względu na różny kolor włosów. Nico ma brązowe włosy, a Damien blond. Cóż, może raczej białe, a nie blond.

A więc ten typ miał na imię Nico?

– Postaram się zapamiętać, proszę pani. Dziękuję – powiedziałam sarkastycznie, uśmiechając się szeroko.

Usłyszałam za sobą kilka parsknięć. Tymczasem pani McKesson zaczęła przedstawiać mnie.

– A ta urocza dziewczyna, drodzy chłopcy, to Bronagh Murphy.

– Miło nam poznać, panno Murphy – wymruczał Nico.

Pokręciłam głową.

– Szczerze w to wątpię, panie Slater – odparłam, a klasa wybuchła śmiechem.

Nie obchodziło mnie, że najprawdopodobniej śmiali się ze mnie. W ogóle nie cieszyło mnie poznanie tych chłopaków. Naprawdę miałam to gdzieś.

– Okej, wracajcie do tego, co robiliście, zanim Bronagh przyszła do klasy – rzekła pani McKesson, machając ręką.

Chwilę później wszyscy zaczęli zadawać bliźniakom pytania, a ja westchnęłam. Miałam nadzieję, że nie będzie tak każdego dnia, bo ta sytuacja szybko mi się znudzi i zacznie mnie irytować.

– Proszę pani? – zagadnęłam cicho nauczycielkę.

Kiedy pani McKesson uniosła wzrok, wyciągnęłam w jej stronę swój iTouch, a ona skinęła głową, dając mi nieme przyzwolenie, by posłuchać muzyki.

– Cholera, możecie tutaj słuchać muzyki na lekcjach? – usłyszałam pytanie Nica.

– Hmm? Och nie, tylko Bronagh może. Każdego dnia ma odrobioną pracę domową, więc może słuchać muzyki, ale tylko na słuchawkach – odpowiedziała Alannah.

Wiedziałam, że w ten sposób wyjdę na nerda, ale w sumie nie było to dalekie od prawdy. Z drugiej strony, nie byłam genialną uczennicą, po prostu na czas odrabiałam pracę domową. Po szkole nie miałam żadnych szczególnych zajęć, a więc odrobienie zadania nie było dla mnie wielkim problemem.

Nie słyszałam, co odpowiedział Nico, bo już włączyłam muzykę. Z ulgą przywitałam pulsujący bit i cieszyłam się, że tak piękny dźwięk odseparował mnie od wszystkich.

Wyciągnęłam książkę od angielskiego i ponownie przeczytałam esej, który napisałam wczoraj w nocy na dzisiejszą lekcję. Poprawiłam błędy, które zauważyłam, a następnie przeczytałam całość jeszcze raz. Gdy uznałam, że praca mnie satysfakcjonuje, odłożyłam ją do torby i zapięłam zamek. Sprawdziłam godzinę: do końca lekcji zostały niecałe dwie minuty. Wyprostowałam się na krześle i wyciągnęłam słuchawki z uszu. Wyłączyłam iToucha i schowałam go do kieszeni.

Wstałam dokładnie w tej samej chwili, gdy zadzwonił dzwonek. Wsunęłam krzesło pod ławkę i wyszłam z pomieszczenia, kierując się w stronę pracowni. Uwielbiałam zajęcia z techniczne z drewnem. Naprawdę podobało mi się tworzenie nowych rzeczy na zaliczenie. Wykonałam już pudełka na biżuterię, pojemniki na przybory kosmetyczne dla Branny, cudowne półki i regały na książki. Z każdym kolejnym projektem stawałam się bardziej kreatywna, a Branna uwielbiała wszystkie moje prace. Uszczęśliwiało mnie to.

Kiedy weszłam do klasy, pomachałam do nauczyciela. Pan Kelly był wykładowcą od stolarki. Uważałam, że jest bardzo miły. Nigdy nie przeszkadzał mi w pracy, a podchodził do mnie tylko wtedy, gdy naprawdę potrzebowałam pomocy. Podobało mi się w nim to. Chyba wiedział, że wolałam pracować w ten sposób.

– Dzień dobry, Bronagh – przywitał się z uśmiechem.

– Dzień dobry, proszę pana. Czy mogę posłuchać muzyki z mojego iToucha? Będę szlifować wszystkie kawałki drewna, które wycięłam w piątek, i zacznę je składać. Nie będę zbliżać się do żadnych niebezpiecznych maszyn, przy których muzyka by mnie rozpraszała. Obiecuję.

Nauczyciel pokiwał głową na zgodę.

– Żaden problem. Jeśli będziesz chciała coś wyciąć lub przyciąć, to nie zapomnij najpierw wyjąć z uszu słuchawek, okej? – Zasalutowałam mu, a on zaśmiał się i machnął na mnie ręką.

Odłożyłam torbę pod pulpit, przy którym pracowałam, po czym poszłam na zaplecze na końcu klasy. Wzięłam fartuch i założyłam go, a następnie wetknęłam słuchawki w uszy i włączyłam muzykę. Wróciłam do klasy. Kątem oka zauważyłam, że zaczęli schodzić się koledzy. Byłam jedyną dziewczyną na tych lekcjach. Moje koleżanki wolały zajęcia techniczne z metalem, ale mi odpowiadała praca z drewnem. Nie musiałam słuchać, jak gadają o tym, kto z kim zaczął chodzić, gdy akurat nie miałam słuchawek w uszach.

Gdy koledzy odkładali swoje rzeczy pod pulpitami, udałam się do magazynu, do którego wejście znajdowało się po prawej stronie sali. Wzięłam szlifierkę i wróciłam na miejsce. Cały ten czas byłam pogrążona we własnych myślach, ale nagle stanęłam jak wryta.

– Wynoś się z mojego miejsca – warknęłam, wyciągając słuchawki z uszu.

Nico spojrzał na mnie i uśmiechnął się, pytając sarkastycznie:

– Czy ta ławka też jest podpisana?

Najwyraźniej uważał, że jest zabawny, ale ja miałam inne zdanie. W ogóle mnie nie bawił. Wręcz przeciwnie – niezwykle mnie irytował. Nasze pierwsze spotkanie nie przebiegło w najlepszej atmosferze, lecz teraz wiedziałam, że celowo próbuje mnie wkurzyć, a ja od razu przestałam go przez to lubić.

– Przesuń się – powiedziałam, ignorując jego pytanie.

Pokręcił głową, więc chwyciłam szlifierkę mocniej i skierowałam się w jego stronę. Niestety w tej chwili nauczyciel stanął mi na drodze.

– Bronagh, odłóż to – nakazał pan Kelly cichym głosem, unosząc dłonie w geście mówiącym, że nie chce mnie skrzywdzić.

Zamrugałam powiekami, udając głupią.

– Nie miałam zamiaru go uderzyć – skłamałam.

Rzecz w tym, że chciałam to zrobić. Niezbyt mocno, ale jednak.

– A więc dlaczego trzymałaś to jak jakąś broń? – zapytał nauczyciel, unosząc brwi.

Jęknęłam cicho.

– Zajął moje miejsce. Proszę mu powiedzieć, żeby sobie poszedł.

Nauczyciel westchnął i obrócił się.

– To stanowisko należy do Bronagh. Chwila… Jesteś tu nowy, synu?

– Synu? – spytałam z niechęcią. – Proszę go tak nie nazywać. To tylko zwykły gno…

– Bronagh! – przerwał mi nauczyciel ostrzegawczym tonem.

Koledzy z klasy zaśmiali się, słysząc mój komentarz, podczas gdy ja gotowałam się ze złości.

– Tak, proszę pana, jestem tu nowy – odpowiedział Nico. – Dziś jest mój pierwszy dzień.

Nauczyciel spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami.

– Chciałaś zaatakować nowego ucznia? – zapytał.

Zastanowiłam się w myślach, czy mniejszym problemem byłoby, gdybym zaatakowała dawnego.

– Nie lubię go – oznajmiłam rozzłoszczona, a nauczyciel westchnął i złapał palcami za grzbiet nosa.

– Ale to nie znaczy, że masz go atakować, Bronagh.

Zastanowiłam się nad tym.

– Wiem, zasady w tej szkole są do bani.

Pan Kelly wyglądał, jakby próbował zwalczyć uśmiech. Po chwili skupił się ponownie na Nicu.

– Jak się nazywasz, synu? – zapytał nowego ucznia.

Prychnęłam pod nosem.

– Nico – odpowiedział kutafon.

Uśmiechnęłam się do siebie. Wolałam nazywać go kutafonem.

– Od czego to zdrobnienie? – zapytał z zainteresowaniem nauczyciel.

– Dominic, ale wszyscy mówią do mnie Nico. Tak wolę – wyjaśnił.

Może i wszyscy zwracali się do niego Nico i może tak właśnie wolał, ale ja nie jestem „wszyscy” i jeśli kiedykolwiek będę musiała się do niego zwrócić, nazwę go kutafonem lub Dominikiem.

– Cóż, bardzo miło cię poznać, Nico, ale to miejsce zazwyczaj należy do Bronagh. Możesz zająć stanowisko po drugiej stronie tej ławki.

– Nie! – krzyknęłam w tym samym momencie, kiedy Dominic powiedział: – Dziękuję, proszę pana.

To się nie może dziać!

– Proszę pana, to nie fair – zaprotestowałam. – Nigdy nie musiałam się z nikim dzielić moim stanowiskiem. Wolę je mieć tylko dla siebie, i pan dobrze o tym wie.

Nauczyciel westchnął i obrócił się w moją stronę.

– Wiem, ale wszystkie inne stanowiska są zajęte, bo naprawiam właśnie to najbliżej drzwi.

– To jakaś, kurwa, pomyłka – wymamrotałam.

Nauczyciel uśmiechnął się – nigdy nie przeszkadzało mu, gdy uczniowie przeklinali, i dlatego był super. Poklepał mnie po plecach.

– Załóż słuchawki i jakoś to przeżyjesz, Bronagh.

Parsknęłam.

– Czy skończyłaś już się złościć, skarbie? – zapytał kutafon, trzepocząc długimi rzęsami.

Spojrzałam na niego groźnie i odłożyłam szlifierkę na pulpit, a następnie pochyliłam się, oparłszy się dłońmi o stanowisko.

– Posłuchaj mnie, ty wkurzający mały gadzie. Nie lubię cię i chcę, żebyś trzymał się ode mnie z daleka, w przeciwnym razie wbiję ci tę szlifierkę w twoją durnie wyglądającą czaszkę. Mamy tu jasność, Dominicu? – zapytałam lodowatym tonem.

Usta Dominica drgnęły. Spojrzał na mnie z góry, jakby z wyższością.

– Krystaliczną, cukiereczku – odpowiedział, wpatrując się we mnie szarymi oczami.

– To dobrze – syknęłam. – A teraz rusz się, do cholery.

Byłam nieco zdziwiona tym, jaką okazywałam wobec niego wrogość. Jedyną osobą, która potrafiła tak szybko wyprowadzić mnie z równowagi, był Jason Bane. To najprzystojniejszy chłopak w szkole, zawsze wobec mnie złośliwy. Całe wakacje był gdzieś w Australii i wróci dopiero pod koniec tego miesiąca, czyli września. Gdy go nie było i nie znęcał się nade mną, sądziłam, że te wakacje i początek roku szkolnego to najcudowniejszy okres mojego życia. Jason był złym, ale przystojnym gnojem. I przerażało mnie to, że Dominic mógł być jego amerykańską wersją.

Zastanawiałam się nad tym, czekając, aż Dominic przesunie się na drugi koniec stanowiska, które od tego momentu mieliśmy dzielić. Założyłam słuchawki i włączyłam muzykę, gdy się ode mnie odsunął. Czułam, że mi się przypatruje i próbuje mnie tym samym wkurzyć, jednak nie wiedział najważniejszego: byłam bardzo dobra w ignorowaniu ludzi.

Gdy minęło pierwsze pięć minut, a ja nadal się do niego nie odezwałam, znudził się. Wiedziałam o tym, bo wstał i poszedł do nauczyciela. Spojrzałam w ich kierunku i zauważyłam, że nauczyciel pokazuje Dominicowi różne rodzaje drewnianych materiałów. Domyśliłam się, że chce zacząć swój pierwszy projekt. Świetnie. Zajmie się czymś i będzie się trzymał ode mnie z daleka.

Druga lekcja właśnie dobiegała końca, kiedy szlifowałam ostatnie części nowego pudełka dla Branny. Pojemnik będzie miał dużo otworów i szuflad. Moja siostra posiadała niezliczone zasoby kosmetyków, więc wiedziałam, że będzie zachwycona.

Zebrałam części podstawy pudełka i ruszyłam do stanowiska, gdzie znajdował się pistolet do kleju. Chwyciłam go, założyłam nową końcówkę i włączyłam urządzenie. Odczekałam dwie minuty, aż urządzenie się rozgrzeje, a substancja rozpuści. Ustawiłam kawałki drewna tak, jak chciałam, a następnie szczodrze polałam je klejem i ścisnęłam razem.

Odłożyłam pistolet i cofnęłam się, by przyjrzeć się mojemu projektowi. Pochyliłam się i przycisnęłam dłonią drewno, by pomiędzy kawałkami nie wytworzyły się bąbelki powietrza. Wolną ręką starłam nadmiar letniego kleju. Przytrzymywałam pudełko przez mniej więcej dwadzieścia sekund, a następnie podeszłam do swojego stanowiska, żeby wziąć papier ścierny i przejechać nim po powierzchni w miejscach, które pominęłam. Podczas całego procesu miałam wrażenie, że jestem obserwowana, więc spojrzałam ponad ramieniem. Z zaskoczeniem zauważyłam, że przypatrują się mi niektórzy koledzy z klasy. Część z nich wyglądała na rozbawionych, a reszta szczerzyła się szeroko do Dominica, który również się uśmiechał, patrząc na mnie.

– Co jest takie śmieszne? – zapytałam, zdejmując słuchawki.

– Nic – powiedzieli jednocześnie koledzy, którzy się na mnie gapili, a następnie wrócili do swej pracy.

To najwyraźniej coś oznaczało, więc spojrzałam na Dominica.

– Co zrobiłeś, kutafonie?

Szczęka mu lekko opadła, kiedy usłyszał, jak się do niego zwróciłam, ale po chwili się pozbierał.

– Kutafonie? To nie jest zbyt miłe, Bronagh.

Zmrużyłam oczy.

– Co zrobiłeś, Dominicu? – powtórzyłam przez zaciśnięte zęby.

Parsknął i powiedział:

– Ja tylko zrobiłem zdjęcie.

Policzyłam w myślach do dziesięciu.

– Zdjęcie czego? – zapytałam w końcu.

– Nie powiem ci. Wtedy dopiero byłbym prawdziwym kutafonem – odpowiedział złośliwie.

Zacisnęłam dłonie w pięści, rozważając uderzenie go, ale ostatecznie postanowiłam założyć słuchawki i go zignorować. Wiedziałam, że zrobił zdjęcie mojego tyłka. To było oczywiste – po tym, co powiedział, a także gdy wzięło się pod uwagę rozbawienie kolegów. Ale postanowiłam, że nie będę się tym przejmować.

Pieprzyć go i pieprzyć dzisiejszy dzień w szkole. Z każdą minutą było coraz gorzej.

Rozdział 2

Cały tydzień jesteś nie do zniesienia. Co cię ugryzło, Bronagh? – krzyknęła Branna i gwałtownie ściągnęła ze mnie kołdrę.

Obudziłam się od razu i jęknęłam ze zmęczenia i rozdrażnienia. Chciałam tylko, żeby wszyscy zostawili mnie w spokoju i dali mi spać.

– Branna, odwal się! – warknęłam w poduszkę, mocno zaciskając powieki.

Poczułam klapsa na tyłku i wrzasnęłam. Podniosłam się prędko i stanęłam na łóżku.

– To znęcanie się nad dziećmi! – krzyknęłam do siostry, która stała na końcu łóżka z ramionami założonymi na piersi i patrzyła na mnie, mrużąc oczy.

Nie wyglądała na rozbawioną.

Najwyraźniej zrobiłam coś złego, pomyślałam.

– Co się stało? – zapytałam. – Budzisz mnie i bijesz? Przecież jestem twoją młodszą siostrą i nie powinnaś…

– Daruj sobie. Słyszałam, jak dzisiaj rano wyłączyłaś budzik i wróciłaś do łóżka. – Zmarszczyła brwi. – Nie poszłaś dzisiaj do szkoły i nie podoba mi się to. Odkąd wróciłaś ze szkoły w poniedziałek, jesteś jak tykająca bomba. Co, do diaska, się z tobą dzieje?

Jęknęłam, bo nie chciałam tłumaczyć się, dlaczego cały tydzień byłam nie w sosie.

– Nic – wymamrotałam. – Po prostu nie czuję się dzisiaj za dobrze.

Naprawdę źle się czułam, ale tak naprawdę nie chciałam iść do szkoły, by nie mierzyć się z Dominikiem Slaterem podczas swojej niedyspozycji.

Gdyby Branna wiedziała, że on się nade mną znęca, zadzwoniłaby do szkoły i zażądała wyjaśnienia sprawy, co tylko by mnie ośmieszyło. Albo dowiedziałaby się, gdzie mieszka Dominic, i zamordowałaby go. A wtedy zostałabym bez dachu nad głową, bo tak naprawdę ten dom należał do niej i ona opłacała wszystkie rachunki. Gdyby wylądowała w więzieniu, byłabym zdana tylko na siebie. A ja nie chciałam żyć na własną rękę w tak młodym wieku.

– Dzisiaj ci daruję, bo nigdy nie opuszczasz lekcji, ale na przyszłość mów mi, gdy jesteś chora, okej? – powiedziała moja siostra. – Umówię cię na wizytę u lekarza.

Pokręciłam głową.

– Chyba okres mi się zbliża. Myślę, że to dlatego jestem taka obolała i zrzędliwa.

Naprawdę zbliżał mi się okres, ale moje samopoczucie było dodatkowo pogorszone z powodu złośliwego Amerykanina o imieniu Dominic. Po naszym pierwszym spotkaniu w szkole w poniedziałek rano wyznaczył sobie misję, by zbliżyć się do mnie jak najbardziej, bo wiedział, że będzie mnie to wkurzać. Kiedy w środę złapał mnie za tyłek, uderzyłam go w twarz. Powiedział, że zauważył na moim tyłku pająka i po prostu chciał go ze mnie strzepnąć.

Kłamał. Ścisnął mój pośladek tak mocno, że aż mnie zabolało, uśmiechając się przy tym szeroko i udając, że robi dobry uczynek. Naprawdę byłam mu za to wdzięczna, bo dzięki temu miałam okazję zostawić na jego twarzy siarczysty policzek. Odcisk mojej dłoni był widoczny na jego skórze przez cały dzień. Dominic chodził ze skrzywioną miną, a jego brat miał satysfakcję wymalowaną na twarzy.

A skoro mowa o jego bracie – okazało się, że Damien Slater to kompletne przeciwieństwo Dominica. Był miły i mnie nie wkurzał. Podczas jednej lekcji zostaliśmy dobrani w parę, żeby przeprowadzić eksperyment naukowy. Wtedy właśnie przeprosił mnie za zachowanie Dominica i poprosił uprzejmie, żebym nie wcielała w życie planu zabicia jego brata, bo wolał, gdy był żywy i oddychał, przynajmniej trochę.

Był również nieziemskim flirciarzem, ale nie zwracałam na to uwagi i po prostu skupiałam się na naszym projekcie. Chyba zrozumiał, że nie jestem zainteresowana flirtowaniem z nim, a właściwie w ogóle rozmową. Nawet nie próbował wydusić ze mnie odpowiedzi, gdy nie odzywałam się do niego przez kilka minut. Bardzo mnie to cieszyło. Gdyby jego brat poddawał się równie łatwo, byłabym w siódmym niebie.

Branna odchrząknęła głośno i wyrwała mnie z zamyślenia. Spojrzałam na nią i zapytałam:

– No co?

– Nic – odpowiedziała ze śmiechem. – Właśnie wyobraziłam sobie ciebie podczas porodu. Nie poradziłabyś sobie nawet z ciążą. Nie możesz znieść zwykłego okresu!

Przewróciłam oczami.

– Och, a ty od kiedy jesteś ekspertką od porodów?

To głupie pytanie, pomyślałam.

– Nie jestem, ale w porównaniu z tobą można nazwać mnie ekspertem. W końcu jestem studentką szkoły medycznej i chcę zostać położną. A teraz, na czwartym roku, będę mogła obserwować porody. I zrozumieć, czym będę się zajmować, kiedy skończę studia.

Wzdrygnęłam się z obrzydzeniem.

– Jesteś okropna. Ty naprawdę chcesz patrzeć na czterokilogramową szynkę wychodzącą z czyjejś pochwy?

Branna wybuchnęła śmiechem.

– Nie nazywaj dziecka szynką, ty głąbie!

Skrzywiłam się i zaczęłam pocierać twarz rękoma.

– A teraz wyobrażam sobie kogoś rodzącego. Niech to szlag, Branna!

Siostra pokręciła głową, patrząc na mnie, a następnie podeszła do mojego okna i rozsunęła zasłony. Syknęłam, gdy słońce zaczęło razić mnie w oczy.

– Wstawaj i ubieraj się, wampirze – nakazała radosnym tonem. – Skoro nie idziesz dzisiaj do szkoły, możesz zrobić zakupy, gdy ja będę w szpitalu.

Uznałam to za sprawiedliwe rozwiązanie.

Podrapałam się po szyi.

– Będziesz dzisiaj cały dzień w szpitalu?

Gdy Branna nie była na zajęciach i nie zajmowała się milionem zadań, jak pisanie wypracowań i uczenie się na piekielnie trudne testy, pracowała jako wolontariuszka w szpitalu. Wszyscy studenci szkoły medycznej z jej kierunku musieli udzielać się w wolontariacie przez wiele godzin, żeby zdobyć doświadczenie.

 Za takie praktyki zazwyczaj nie dostawało się wynagrodzenia, ale ten szpital jej płacił, mimo że zgłosiła się tam jako wolontariuszka. Nie były to duże pieniądze, ale pozwalały nam przeżyć. Tak naprawdę nie potrzebowałyśmy wypłaty Branny, by sobie poradzić. Nadal miałyśmy pieniądze, które zostały nam po rodzicach. Mogłyśmy korzystać z nich do czasu, aż Branna ukończy studia i zostanie położną oraz otrzyma stałe wynagrodzenie. Mam nadzieję, że znajdę pracę na wakacje, gdy skończę ostatni rok liceum, a potem coś stałego tuż przed rozpoczęciem studiów, bo nie chciałabym cały czas polegać na pieniądzach siostry.

– Tak, dzisiaj zobaczę, jak dzieci przychodzą na świat. Czy to nie cudowne? – odpowiedziała, uśmiechając się szeroko, i klasnęła w dłonie, by przyciągnąć w ten sposób moją uwagę.

Spojrzałam na nią zniesmaczona, na co ona tylko parsknęła.

– Dobra, wiem, że nie czujesz się komfortowo z tymi rzeczami, którymi zajmuję się na co dzień. Ale pomyśl tylko: pewnego dnia to ty będziesz rodzić, a ja pomogę odebrać poród!

Siostra wydawała się zbyt podekscytowana tą myślą.

– Nigdy nie będę mieć dzieci – zadeklarowałam. – Niby po co? Do końca mojego życia musiałabym się martwić o ich zdrowie i bezpieczeństwo. To zdecydowanie za duży stres, nie mam ochoty się z tym męczyć, więc dziękuję.

Branna wycelowała we mnie palcem wskazującym.

– Któregoś dnia ktoś zmieni twój sposób myślenia, moja siostrzyczko. Nie będę jedyną osobą, która cię kocha i dba o ciebie. Ktoś utoruje sobie drogę do tego twojego zamkniętego serca i zagnieździ się w nim na dłużej. A ty nic nie będziesz mogła z tym zrobić.

– Nie groź mi w ten sposób! – warknęłam.

Branna zaśmiała się radośnie i zapytała:

– To, że życzę ci miłości, brzmi dla ciebie jak groźba?

Przytaknęłam.

– Tak.

Moja siostra pokręciła głową.

– Bronagh, ty naprawdę musisz częściej wychodzić z domu.

Westchnęłam udręczona, ale postanowiłam ją rozbawić.

– Dobra. Zaczynam poszukiwania miłości od pójścia do marketu i zrobienia zakupów. Nigdy nic nie wiadomo, mogę odnaleźć ukochanego w dziale mięsnym.

– Wow, świetny początek – powiedziała sarkastycznie, a potem puściła do mnie oczko i wyszła z pokoju, żeby przygotować się do pracy.

Westchnęłam i opadłam na łóżko. Z jękiem zamknęłam oczy. Leżałam tak długo, że w końcu odpłynęłam. Gdy się obudziłam, zauważyłam że na zewnątrz zrobiło się ciemno. Sprawdziłam zegarek i zobaczyłam, że była 16:32.

 Ziewnęłam i wstałam z łóżka, by się przeciągnąć. Nagle zaatakowały mnie bolesne skurcze. Chwyciłam się za brzuch i udałam się do łazienki. Jęknęłam. Mój okres pojawił się tak, jak przewidywałam. Umyłam się i ubrałam, a następnie zeszłam na dół, żeby wziąć leki przeciwbólowe.

Branna wyszła do pracy kilka godzin temu. Na blacie w kuchni zostawiła listę zakupów i pieniądze. Schowałam wszystko do kieszeni spodni, a potem zaplotłam włosy w warkocz, by pozbyć się ich z twarzy.

Nie nałożyłam makijażu, bo czułam się jak gówno, a po powrocie ze sklepu i tak miałam zamiar wrócić do łóżka. Wyszłam więc z domu bez tapety, założyłam słuchawki, włączyłam iToucha i ruszyłam ulicą. Po drodze minęłam dwoje ludzi, ale mówiąc szczerze, nie zauważyłam, czy później mijałam kogoś jeszcze, bo byłam zbyt zajęta podziwianiem widoków po lewej stronie. Westchnęłam cicho. Życie na zboczu góry w Dublinie miało swoje zalety. Nigdy nie znudzą mi się te widoki. Wierzchołki gór, szlaki, niezliczone połacie zieleni, ogromne drzewa, a w oddali oczywiście stada owiec. Zadowolona i szczęśliwa spojrzałam w prawo, co jeszcze bardziej mnie zachwyciło. Po lewej miałam widoki na góry, a po prawej na miasto.

Nasza dzielnica znajdowała się wyżej niż reszta miasta, ponieważ była położona na zboczu gór – miałyśmy stąd widok na całe miasto. Nieczęsto myślałam o miejscu mojego zamieszkania, że jest piękne, ale właśnie takie było, jeśli dobrze się mu przyjrzało.

Droga do Citywest Shopping Center minęła mi szybko i zanim się obejrzałam, szłam z wózkiem po sklepie Dunnes Stores. Wyciągnęłam listę zakupów, którą dała mi Branna, i zaczęłam wkładać rzeczy do koszyka. Musiałam jeszcze kupić ciastka i inne dobroci, bo to był ten czas w miesiącu i naprawdę ich potrzebowałam.

Pochyliłam się, żeby sięgnąć po ciasteczka z potrójną warstwą czekolady, najlepsze na świecie. Musiałam przykucnąć, bo zostały tylko dwa opakowania wciśnięte na sam koniec półki. Mimo wszystko udało mi się je zdobyć. Wstałam i obróciłam się, by wrzucić je do koszyka, ale nagle zamarłam.

– Co ty, do diaska, tutaj robisz? – zapytałam, mrugając szybko, jakbym miała zwidy.

 Na twarzy Dominica Slatera pojawił się złośliwy uśmieszek.

– A jak myślisz? Co mogę robić w spożywczaku? Brać prysznic?

Skrzywdziłam się.

– Tutaj mówimy na to „market”, ty idioto – powiedziałam ozięble, a potem podeszłam do swojego koszyka.

Dominic zastąpił mi drogę.

Odetchnęłam głośno, zirytowana.

– Odsuń się, ale już.

– Dlaczego nie było cię dzisiaj w szkole? – zapytał, ignorując mój rozkaz.

Zauważył, że mnie nie było? Pewnie dlatego, że nie miał się nad kim znęcać.

– Jestem chora – powiedziałam i po raz kolejny spróbowałam go obejść.

Znowu zastąpił mi drogę, przesuwając się w tym samym kierunku co ja.

– Nie wyglądasz na chorą – stwierdził, przyglądając się mojej twarzy.

Rzuciłam mu złowrogie spojrzenie.

– Widzę, że się na tym znasz – warknęłam.

Pochyliłam się nieco do przodu, co sprawiło, że w dolnej części mojego brzucha eksplodował nagły ból.

– Dominic, zejdź mi z drogi! – błagałam.

– Będziesz rzygać? – zapytał, a mimo to nadal się nie odsunął.

– Tak, będę rzygać, i to prosto na ciebie, więc lepiej się odsuń! – ostrzegłam.

Chłopak zaśmiał się cicho.

– Nie, nie wyglądasz, jakbyś miała zwymiotować. Ale wyraźnie boli cię brzuch.

Nie atakuj go, wyszeptał mój umysł. On nie jest tego wart.

– Dziękuję za diagnozę, doktorze kutafonie. A teraz spadaj! – zażądałam.

Dominic zaśmiał się wesoło, a potem spojrzał na moje dłonie.

– Zrobię to z miłą chęcią… Jeśli oddasz mi te ciastka.

Przytuliłam pudełka do swojej piersi, jakby były noworodkiem.

– Mowy nie ma – powiedziałam groźnym tonem. – Ja je miałam pierwsza!

Dominic uniósł brwi.

– To są najprawdopodobniej ostatnie ciasteczka z potrójną warstwą czekolady w tym sklepie, skoro musiałaś wyciągać je z samego końca półki. A ja pierwszy raz od tygodni mam przerwę w treningach i marzę o ciasteczkach. Jeśli chcesz, żebym się przesunął, to mi je oddaj.

Treningi? Jakie, kurwa, treningi?

Bardzo chciałam zadać mu to pytanie, ale ból w moim brzuchu był nie do zniesienia, więc odpuściłam.

– To dwa ostatnie pudełka ciasteczek w całym markecie, ale nie oddam ci żadnego, a jeśli się nie odsuniesz, to zacznę krzyczeć! – ostrzegłam.

Odrzucił głowę w tył i wybuchnął śmiechem, więc wykorzystałam okazję i obeszłam go szybko. Jedną dłonią przyciskałam pudełka do piersi, a drugą chwyciłam koszyk.

– O nie, nie zrobisz tego! – zaburczał pod nosem.

Kiedy poczułam, jak chwyta mnie od tyłu za brzuch, prawie umarłam. Dotykał mnie! Dominic Slater położył na moim brzuchu swoje wielkie łapy i przycisnął się swoim twardym ciałem do moich pleców.

Czy ten gnojek życzył sobie śmierci?

– Masz trzy sekundy, żeby zabrać ode mnie swoje łapy i się odsunąć – zagroziłam. – W innym wypadku cię znokautuję.

Usłyszałam cichy śmiech Dominica tuż przy moim uchu, a moje ciało od razu spięło się na ten dźwięk. Włoski na moim karku stanęły dęba, a po kręgosłupie przebiegł mi zimny dreszcz.

– Myślisz, że dałabyś mi radę, ślicznotko? – zapytał, a ja poczułam na szyi jego ciepły oddech.

Oparłam się pokusie, żeby przymknąć oczy, gdy poczułam na skórze przyjemne mrowienie. Szybko skupiłam się na tym, co powiedział, i zesztywniałam.

„Ślicznotka”? Robił sobie żarty czy co?

– Oczywiście! – odpowiedziałam i dodałam: – Nie nazywaj mnie tak więcej.

– Będę nazywał cię, jak chcę, i będę mówić do ciebie, co chcę – powiedział ze śmiechem. – No wiesz, wolność słowa i tak dalej.

Próbowałam wyrwać się z jego ramion.

– Puść mnie! – warknęłam, a potem wrzasnęłam głośno, gdy zauważyłam, jak wyciąga rękę po moje ciasteczka.

Nie ma, kurwa, mowy!

Uniosłam nogę i kopnęłam Dominica w goleń. Syknął z bólu i odskoczył ode mnie. Obróciłam się i spojrzałam na niego morderczym wzrokiem, podczas gdy on potrząsał nogą, jakby chciał pozbyć się bólu.

– Ty szmato! – krzyknął. – Kopnęłaś mnie!

Uśmiechnęłam się do niego złośliwie.

– Następnym razem, gdy mnie dotkniesz, będę celować w twoje jaja. Niczego się nie nauczyłeś? Jeśli mnie dotykasz, ja cię biję.

Potarł swój policzek, jakby nagle poczuł ból w miejscu, gdzie uderzyłam go w środę za to, że dotknął mojego tyłka. Opuścił rękę i uśmiechnął się do mnie szeroko.

– Masz wielką dupę – powiedział i wzruszył ramionami. – Nie mogłem się powstrzymać i musiałem jej dotknąć.

Właśnie powiedział, że mam wielką dupę. A ja przecież nie byłam gruba.

Ale w końcu nie miało znaczenia, czy wyglądałabym jak wieloryb czy nie. Po prostu nie można mówić tak do dziewczyny, tym bardziej prosto w twarz.

Ta obraza mnie zabolała. Nienawidziłam tego, że pozwoliłam Dominicowi wyprowadzić się z równowagi. Jego zachowanie przestało mnie już tylko irytować. Musiałam się pozbierać i być przy nim twarda, w przeciwnym razie mury, które od lat wokół siebie budowałam, runą z jego powodu.

– Sam jesteś gruby! – wypaliłam jak dziecko, a potem obróciłam się i jedną ręką chwyciłam za wózek, by odejść.

Ale ten dupek mnie powstrzymał.

Wcisnął się między mnie a mój wózek. Nie spodobało mi się to, że moje ciało mnie zdradziło – zaczynało mrowić i stawało się bardzo wrażliwe za każdym razem, gdy on był blisko.

– Nie nazwałem cię grubą – powiedział Dominic, patrząc na mnie z góry.

Co za parszywy kłamca!

– Właśnie że to zrobiłeś, ty zakłamany gnoju!

– Powiedziałem, że masz duży tyłek, a to różnica – oznajmił.

Że co? Byłam zdezorientowana.

– Nie ma różnicy – próbowałam się wykłócać. – Powiedziałeś, że mój tyłek jest wielki…

– „Wielki” w sensie „seksowny” – wymruczał.

Gapiłam się na niego, próbując stłamsić w sobie ochotę, by ubić go na śmierć pudełkiem ciastek.

– To, że jest wielki, wcale nie znaczy, że seksowny – wyjaśniłam.

– Jeśli jesteś szczupła i masz duży tyłek, to jest seksowne – sprzeciwił mi się Dominic, nadal nade mną stojąc. – Twój tyłek jest duży i seksowny.

Dlaczego rozmawialiśmy o moim wielkim, ale najwyraźniej niegrubym tyłku?

– Mam to gdzieś – stwierdziłam. – Ja i mój wielki tyłek chcemy odejść z koszykiem.

Dominic parsknął i wyciągnął rękę, mówiąc:

– Ale najpierw daj ciastka.

Ścisnęłam pudełka mocniej.

– Musiałbyś wyrwać mi je z moich zimnych, sztywnych, martwych palców, ty chciwy palancie.

Zrobił krok w moją stronę, podchodząc niebezpiecznie blisko. Spanikowałam i zamachnęłam się. Pudełko ciastek trafiło go w twarz. Zachwiał się i chwycił za policzek, schodząc mi z drogi. Złapałam koszyk i pognałam alejką.

– Bronagh! – wrzasnął.

Skierowałam się prosto do kasy, bo chciałam już zapłacić i jak najszybciej znaleźć się w domu. Ludzie najwyraźniej słyszeli krzyk Dominica, bo patrzyli w kierunku miejsca, z którego właśnie uciekłam. Udawałam równie zdezorientowaną, bo nie chciałam, by pomyśleli, że to ja byłam tą Bronagh, którą woła Dominic.

Stanęłam w kolejce i zaczęłam wykładać rzeczy na taśmę, w myślach popędzając kobietę przede mną, by zaczęła szybciej pakować swoje rzeczy.

– Mógłbym cię pozwać za napaść, wiesz o tym, prawda? – zapytał Dominic nieprzyjemnym tonem. – Przed chwilą dwa razy mnie uderzyłaś.

Westchnęłam, pragnąc, by w końcu sobie poszedł.

– To była samoobrona, ty pierwszy dotknąłeś mnie bez pozwolenia – stwierdziłam, popychając przed siebie koszyk, w ogóle nie patrząc na chłopaka.

– Gówno prawda – splunął Dominic.

Z trudem przełknęłam ślinę. Próbowałam nie dać nic po sobie poznać, mimo że naprawdę mnie wkurzał.

– Daj już spokój – wymamrotałam.

Przesunęłam się, kiedy kobieta przede mną skończyła pakować swoje zakupy i odeszła. Na szczęście kasjerka w rekordowym czasie zeskanowała moje zakupy i pomogła mi je spakować.

– Te ciasteczka to najlepszy produkt w całym markecie. Zawsze bardzo szybko się sprzedają – skomentowała, wkładając paczkę do reklamówki.

Zerknęłam na Dominica, który łypał na mnie spode łba. Dzięki temu uśmiechnęłam się i spojrzałam na kobietę.

– Zgadzam się – odparłam z szerokim uśmiechem. – Naprawdę są przepyszne.

– Wredna suka – wymamrotał Dominic, a kobieta spojrzała na niego z naganą. To sprawiło, że poczułam się nieco lepiej.

Zapłaciłam za zakupy i chwyciłam trzy torby, które natychmiast pociągnęły mnie w dół. Były naprawdę ciężkie. Żałowałam, że nie ma tu Branny i jej samochodu.

Odetchnęłam głośno i udałam się w stronę wyjścia. Zamarłam przy drzwiach i niemal jęknęłam żałośnie. Na zewnątrz lało jak z cebra. Nie mam pojęcia, dlaczego byłam taka zaskoczona. Przecież często się to zdarzało. W Dublinie deszcz nadchodził całkiem nieoczekiwanie.

Westchnęłam i popatrzyłam w niebo.

– Czy nie możesz mi dzisiaj trochę odpuścić, Jezu?

– Myślę, że on nie odpowiada tym, którzy atakują niewinnych.

Podskoczyłam nagle, zdziwiona jego głosem, co najwidoczniej go rozbawiło.

Pokręciłam głową, nie patrząc nawet na Dominica, w który stanął obok mnie.

– Jak udało ci się spakować swoje rzeczy i zapłacić za nie tak szybko? – zapytałam.

– Magia – odpowiedział.

Jęknęłam.

– Cóż, no to wykorzystaj tę magię i zniknij.

Dominic parsknął.

– Właśnie tego byś chciała, co?

Spojrzałam na niego, mrużąc oczy.

– Chciałabym, żebyś zniknął z powierzchni ziemi, kutafonie. O niczym innym nie marzę.

Uśmiechnął się pod nosem i powiedział:

– Nic dziwnego, że kupiłaś tampony. Najwyraźniej to ten czas w miesiącu.

Widział moje tampony? O nie.

Poczułam, jak moje policzki robią się czerwone.

– Zamknij się.

W jego oczach dostrzegłam złośliwe iskierki, gdy powiedział:

– Jesteś naprawdę wredna, gdy masz okres.

O, mój Boże!

– To było okropne – oznajmiłam. – Mam nadzieję, że nigdy więcej nie natkniemy się na siebie tutaj ani nigdzie indziej. Życzę ci jak najgorszego dnia, proszę pana – rzekłam i skinęłam głową, a następnie wyszłam na deszcz.

Poczułam zimną wodę spływającą po moim kręgosłupie, więc wyprostowałam się, ignorując ból wywołany ciężkimi torbami, których uchwyty wbijały mi się w palce. Mimo to szłam dalej.

– Może mała przejażdżka na moim rumaku? – usłyszałam nagle głos Dominica.

Zachłysnęłam się powietrzem i obróciłam się gwałtownie. Zauważyłam, że szedł w kierunku dużego czarnego jeepa.

– Ty zasrany dupku! – krzyknęłam. – Jak śmiesz?!

Zatrzymał się i spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami, a następnie wybuchnął śmiechem.

– Chodziło mi o to, czy chcesz się przejechać. W sensie: czy mam cię podwieźć do domu. Nie proponowałem ci bzykania, jeśli o tym pomyślałaś.

Byłam totalnie zawstydzona.

– Dobra, nieważne, nie potrzebuję od ciebie podwózki! – Obróciłam się i zaczęłam iść przez parking w kierunku chodnika.

Lało tak bardzo, że nic nie widziałam. Musiałam przetrzeć oczy, by móc iść dalej. Nigdy wcześniej nie przeszkadzał mi deszcz. Właściwie nawet do niego przywykłam. Lubiłam spacerować, gdy tak padało. Ale nie wtedy, kiedy musiałam nieść ciężkie rzeczy. Spojrzałam z niechęcią na jeepa Dominica, który właśnie mnie mijał. Krzyknęłam, gdy podjechał bliżej i ochlapał mnie brudną wodą.

– Ty palancie! – zawołałam za nim ile sił w płucach.

Próbując otrząsnąć się z wody, odstawiłam torby na ziemię. Dominic miał szczęście, że wszystko, co kupiłam, było zapakowane w plastikowe opakowania, inaczej moje zakupy całkowicie by przemokły. Podniosłam szybko torby, słysząc:

– Wiem, że pewnie mi nie uwierzysz, ale tak naprawdę chciałem stanąć obok ciebie i raz jeszcze zaoferować ci podwózkę. Naprawdę nie miałem zamiaru cię ochlapać. Spójrz, jaka jesteś mokra – krzyknął Dominic ze swojego samochodu, opuściwszy szybę od strony pasażera, a następnie wybuchnął śmiechem.

On naprawdę się ze mnie śmiał!

Jęknęłam ze złości i spojrzałam na niego. Otarłam ramieniem wodę z oczu, a potem splunęłam, by pozbyć się jej z ust.

– Odwal się – zagrzmiałam. – Zostaw mnie, do cholery, w spokoju!

Uniósł brwi, zdziwiony moim wybuchem, ale miałam to gdzieś. Niech się goni. Obróciłam się i resztę drogi do domu praktycznie przebiegłam. Nie zatrzymałam się, dopóki nie znalazłam się w środku. W korytarzu usiadłam na podłodze i oparłam się plecami o drzwi.

– Bronagh? Czy to ty? Skończyłam dzisiaj wcześniej i próbowałam się do ciebie dodzwonić, żeby sprawdzić, czy nie potrzebujesz… – Branna urwała w połowie zdania i zdusiła śmiech, ale po chwili przerwała ciszę: – Wyglądasz jak zmokła kura!

Jęknęłam i oparłam głowę o drzwi, zamykając oczy. Skrzywiłam się, gdy poczułam skurcz w brzuchu. Ten dzień był okropny.

– Nie myślałam, że aż tak pada. Jesteś przemoczona, Bee. Co się stało?

Burknęłam cicho, dalej siedząc na podłodze, otoczona siatkami z zakupami. Mogłabym jej powiedzieć, że pewien Amerykanin zalał mnie wodą, przejeżdżając obok swoim samochodem, a wcześniej znęcał się nade mną w markecie, ale tak naprawdę nie chciałam rozmawiać ani nawet myśleć o tym dupku.

– Nie chcę o tym gadać – wymamrotałam.

Byłam wściekła, bo przemokłam, wkurzał mnie też fakt, że natura wyposażyła mnie w kobiecy układ rozrodczy. Ponownie oparłam głowę o drzwi i zamknęłam oczy, wzdychając ciężko.

Nienawidziłam Dominica Slatera.

Rozdział 3

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 4

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 5

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 6

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 7

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 8

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 9

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 10

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 11

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 12

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 13

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 14

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 15

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 16

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 17

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 18

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 19

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 20

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 21

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 22

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 23

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 24

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 25

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 26

Dostępne w wersji pełnej

Rozdział 27

Dostępne w wersji pełnej

Podziękowania

Dostępne w wersji pełnej

TYTUŁ ORY GINAŁU:

Dominic

A Slater Brothers Novel

Redaktor prowadząca: Aneta Bujno

Redakcja: Justyna Yiğitler

Korekta: Ewa Popielarz

Opracowanie graficzne okładki: Łukasz Werpachowski

Cover Design by Mayhem Cover Creations

Copyright © 2014, L.A. Casey

Copyright © 2017 for Polish edition by Wydawnictwo Kobiece,

an imprint of ILLUMINATIO Łukasz Kierus

Copyright © for Polish translation by Sylwia Chojnacka

Wszelkie prawa do polskiego przekładu i publikacji zastrzeżone. Powielanie i rozpowszechnianie z wykorzystaniem jakiejkolwiek techniki całości bądź fragmentów niniejszego dzieła bez uprzedniego uzyskania pisemnej zgody posiadacza tych praw jest zabronione.

Wydanie elektroniczne

Białystok 2017

ISBN 978-83-65740-67-0

Bądź na bieżąco i śledź nasze wydawnictwo na Facebooku:

www.facebook.com/kobiece

Wydawnictwo Kobiece

E-mail: redakcja@wydawnictwokobiece.pl

Pełna oferta wydawnictwa jest dostępna na stronie

www.wydawnictwokobiece.pl

Plik opracował i przygotował Woblink

woblink.com