Wydawca: Czarne Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 352 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Czas: 8 godz. 54 min Lektor: Wydawnictwo Czarne

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Czas: 8 godz. 54 min Lektor: Wydawnictwo Czarne

Opis ebooka Bracia Sisters - Patrick deWitt

"Ta wciągająca powieść, której akcja rozgrywa się w czasie gorączki złota w latach pięćdziesiątych XIX wieku, to mistrzowski hołd złożony westernom klasy B i ukłon w stronę Cormaca McCarthy’ego oraz Joela i Ethana Coenów. Słynący ze swojej brutalności bracia Eli i Charlie Sisters zostają wysłani z Oregon City do Kalifornii ze zleceniem zabicia wroga swojego szefa. DeWitt z literacką nonszalancją przywraca do życia saloony, rozpadające się miasteczka zachodnich stanów i cały Dziki Zachód, kreśląc przy tym galerię barwnych, pełnokrwistych postaci i z wyczuciem dawkując napięcie, absurd, groteskę i śmiech. 2011 – Nagroda Literacka Gubernatora Generalnego Kanady 2011 – Nagroda Kanadyjskiego Stowarzyszenia Pisarzy 2011 – finalista Nagrody Bookera 2012 – Medal Stephena Leacocka 2012 – „Libris”, Nagroda Kanadyjskiego Stowarzyszenia Księgarzy 2012 – finalista Nagrody im. Waltera Scotta dla najlepszej powieści historycznej "Bracia Sisters' Patricka deWitta to piękna, mądra powieść, którą można przypisać . do kategorii westernu typu noir. Jest też komiczna, ale to ten typ komizmu, który na końcu ma żądło skorpiona. Uśmiechasz się, potem się krzywisz, a potem przewracasz stronę, żeby zobaczyć, co dalej, cały czas wiedziony rozbrajającą opowieścią Eli’ego Sistersa, który szuka po omacku drogi powrotnej do człowieczeństwa. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak bardzo polubiłem parę psychopatów". David Wroblewski "Na każdej stronie tej jednocześnie mrocznej i poruszającej powieści czytelnik znajdzie coś, co go rozśmieszy. Patrick deWitt ofiarowuje nam prawdziwy dar, opisując Dziki Zachód w zupełnie nowy sposób". Charles Bock "Powieść deWitta jest mroczna i zabawna, wywołuje ataki śmiechu i zadziwia, ale jest też czymś więcej – to poetycka refleksja nad pracą i miłością snuta przez narratora, który od zamyślenia do beztroskiego mordu przechodzi tak płynnie, jak płynnie przewraca się kartki tej książki. Patrick deWitt stworzył wspaniałą powieść, w której doskonałemu tempu fabuły dorównują cudowne przemyślenia narratora". Tom Franklin "Mistrzowska, prześmieszna powieść łotrzykowska stojąca na równi z najlepszymi tekstami Charlesa Portisa i Marka Twaina. 'Bracia Sisters' to niesamowicie wciągający popis sztuki powieściopisarskiej". Wells Tower "To będzie klasyka. Powieść przerażająca, zabawna, poruszająca i niezapomniana – 'Bracia Sisters' to najlepszy western, jaki czytałem od lat, i kolejny dowód, że deWitt to autor, z którego pojawienia się wszyscy powinniśmy się cieszyć"". Jonathan Evison "Elektryzujące (...) coś jak 'Prawdziwe męstwo' w wykonaniu Toma Waitsa". "Esquire" To tylko pozornie śmieszna czarna wersja Don Kichota (...). Piekielnie zabawne". "The Independent on Sunday"", Kanada"

Opinie o ebooku Bracia Sisters - Patrick deWitt

Fragment ebooka Bracia Sisters - Patrick deWitt

Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Ty­tuł ory­gi­na­łu an­giel­skie­go THE SI­STERS BRO­THERS

Pro­jekt okład­ki DAN STI­LES

Co­py­ri­ght © 2011 by Pa­trick de­Witt. All ri­ghts re­se­rved

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE, 2013

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by PA­WEŁ SCHRE­IBER, 2013

Re­dak­cja TO­MASZ ZA­JĄC

Ko­rek­ta ALI­CJA LI­STWAN / D2D.PL, ZU­ZAN­NA SZA­TA­NIK / D2D.PL

Pro­jekt ty­po­gra­ficz­ny i re­dak­cja tech­nicz­na RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: MAG­DA­LE­NA WOJ­TAS / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

We ack­now­led­ge the sup­port of the Ca­na­da Co­un­cil for the Arts, which last year in­ve­sted $157 mil­lion to bring the arts to Ca­na­dians thro­ugho­ut the co­un­try.

Nous re­mer­cions le Con­se­il des arts du Ca­na­da de son so­utien. L’an der­nier, le Con­se­il  a in­ve­sti 157 mil­lions de dol­lars pour met­tre de l’art dans la vie des Ca­na­dien­nes et des Ca­na­diens de tout le pays.

ISBN 978-83-7536-591-7

Dla mo­jej mat­ki

Ore­gon City 1851

Część pierw­szaKło­pot z koń­mi

Sie­dzia­łem przed po­sia­dło­ścią Ko­man­do­ra, cze­ka­jąc, aż mój brat Char­lie wyj­dzie z wie­ścia­mi o no­wej ro­bo­cie. Za­no­si­ło się na śnieg, było mi zim­no i z bra­ku za­ję­cia przy­glą­da­łem się no­we­mu ko­nio­wi Char­lie­go, Chy­że­mu. Mój nowy koń na­zy­wał się Ba­rył­ka. Nie wie­rzy­li­śmy w nada­wa­nie ko­niom imion, ale do­sta­li­śmy te zwie­rzę­ta jako część za­pła­ty za ostat­nią ro­bo­tę ra­zem z imio­na­mi, więc tak już zo­sta­ło. Na­sze po­przed­nie, bez­i­mien­ne wierz­chow­ce się spa­li­ły, za­tem po­trze­bo­wa­li­śmy no­wych, ale uwa­ża­łem, że po­win­ni­śmy ra­czej do­stać pie­nią­dze na kup­no koni, któ­re wy­bie­rze­my so­bie sami – bez prze­szło­ści, na­wy­ków i imion, któ­rych trze­ba bę­dzie po­tem uży­wać. By­łem bar­dzo przy­wią­za­ny do swo­je­go po­przed­nie­go ko­nia, a do tego ostat­nio czę­sto na­wie­dza­ły mnie we śnie wi­zje jego śmier­ci – tego wierz­ga­nia, nóg w pło­mie­niach, pę­ka­ją­cych od żaru oczu. Był szyb­ki jak po­wiew wia­tru – umiał zro­bić w je­den dzień sześć­dzie­siąt mil – i nig­dy na nie­go nie pod­nio­słem ręki, chy­ba że po to, aby go po­gła­skać lub oczy­ścić. Pró­bo­wa­łem nie my­śleć o tym, jak się pa­lił żyw­cem w tej sto­do­le, ale sko­ro ta wi­zja po­ja­wia­ła się nie­pro­szo­na, to jak się mia­łem przed nią bro­nić? Ba­rył­ka oka­zał się zdro­wym zwie­rza­kiem, ale le­piej by mu się wio­dło z ja­kimś in­nym, mniej am­bit­nym wła­ści­cie­lem. Był przy­sa­dzi­sty, miał ni­ski kłąb i nie po­tra­fił prze­biec wię­cej niż pięć­dzie­siąt mil na dzień. Czę­sto mu­sia­łem go po­ga­niać ba­tem, co nie­któ­rym lu­dziom nie prze­szka­dza, a nie­któ­rzy to na­wet lu­bią, ale cze­go ja nie zno­si­łem; a po­tem on, Ba­rył­ka, są­dził, że je­stem okrut­ny, i my­ślał so­bie: Smut­ne to ży­cie, smut­ne.

Po­czu­łem na so­bie czy­jeś spoj­rze­nie i od­wró­ci­łem się od Chy­że­go. Char­lie wy­glą­dał przez okno na pię­trze, trzy­ma­jąc w gó­rze pięć pal­ców. Nie za­re­ago­wa­łem, więc się wy­krzy­wił, że­bym się uśmiech­nął. Kie­dy tego nie zro­bi­łem, twarz mu się roz­luź­ni­ła i cof­nął się, zni­ka­jąc mi z oczu. Wie­dzia­łem, że za­uwa­żył, jak się przy­glą­dam jego ko­nio­wi. Po­przed­nie­go ran­ka za­pro­po­no­wa­łem, że­by­śmy sprze­da­li Ba­rył­kę i po­dzie­li­li się po po­ło­wie pie­niędz­mi na no­we­go wierz­chow­ca, a on się zgo­dził, że tak bę­dzie spra­wie­dli­wie, ale po­tem, przy obie­dzie, stwier­dził, że­by­śmy to odło­ży­li do cza­su, kie­dy skoń­czy­my tę nową ro­bo­tę, co było zu­peł­nie bez sen­su, bo kło­pot z Ba­rył­ką po­le­gał na tym, że mógł wła­śnie w tej ro­bo­cie prze­szka­dzać, więc czy nie by­ło­by le­piej go za­stą­pić, za­nim ją za­cznie­my? Char­lie miał na wą­sach kro­pel­kę tłusz­czu.

– Le­piej po skoń­czo­nej ro­bo­cie, Eli – po­wie­dział.

Nie na­rze­kał na Chy­że­go, bo był tak samo do­bry jak jego po­przed­ni, bez­i­mien­ny koń, a może na­wet lep­szy, no i to Char­lie mógł so­bie pierw­szy wy­brać, któ­re­go z tych dwóch woli, kie­dy ja le­ża­łem w łóż­ku z raną w no­dze z po­przed­niej wy­pra­wy. Ja nie lu­bi­łem Ba­rył­ki, ale mój brat był za­do­wo­lo­ny z Chy­że­go. Taki był kło­pot z tymi koń­mi.

Char­lie wsiadł na Chy­że­go i ru­szy­li­śmy, kie­ru­jąc się w stro­nę Świń­skie­go Kró­la. W Ore­gon City nie było nas tyl­ko dwa mie­sią­ce, ale przy głów­nej uli­cy na­li­czy­łem pięć no­wych skle­pów, a każ­dy z nich pro­spe­ro­wał na oko do­brze.

– Przed­się­bior­czy lu­dek – po­wie­dzia­łem do Char­lie­go, jed­nak on nie za­re­ago­wał. Usie­dli­śmy przy sto­le na ty­łach Kró­la. Bar­man przy­niósł nam jak zwy­kle bu­tel­kę i dwie szklan­ki. Char­lie na­lał mi bran­dy, a za­zwy­czaj każ­dy z nas na­le­wa so­bie sam, więc kie­dy za­czął mó­wić, by­łem już go­to­wy na złe no­wi­ny:

– Tym ra­zem mam być kie­row­ni­kiem, Eli.

– Kto tak mówi?

– Ko­man­dor.

Łyk­ną­łem bran­dy.

– Co to zna­czy?

– To zna­czy, że ja rzą­dzę.

– A pie­nią­dze?

– Wię­cej dla mnie.

– Py­tam o swo­je pie­nią­dze. Tak jak wcze­śniej?

– Mniej dla cie­bie.

– Nie wi­dzę w tym sen­su.

– Ko­man­dor mówi, że gdy­by przy ostat­niej ro­bo­cie był ja­kiś kie­row­nik, to nie by­ło­by ta­kich kło­po­tów.

– To bez sen­su.

– A wła­śnie, że z sen­sem.

Na­lał mi jesz­cze jed­ne­go i wy­pi­łem. Po­wie­dzia­łem i do sie­bie, i do Char­lie­go:

– Je­śli chce so­bie pła­cić za kie­row­ni­ka, to pro­szę bar­dzo. Ale za­bie­ra­nie temu, co stoi ni­żej, to zły in­te­res. Jak dla nie­go pra­co­wa­łem, zro­bi­li mi dziu­rę w no­dze i koń mi się spa­lił.

– Mnie też się spa­lił. On za­ła­twił nam nowe ko­nie.

– To zły in­te­res. Prze­stań mi do­le­wać, nie je­stem ka­le­ką.

Za­bra­łem mu bu­tel­kę i za­py­ta­łem o szcze­gó­ły no­wej ro­bo­ty. Mie­li­śmy się wy­brać do Ka­li­for­nii, a po­tem od­na­leźć i za­bić po­szu­ki­wa­cza zło­ta, nie­ja­kie­go Her­man­na Ker­mi­ta War­ma. Char­lie wy­cią­gnął z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki list od zwia­dow­cy Ko­man­do­ra, dan­dy­sa o na­zwi­sku Hen­ry Mor­ris, któ­ry czę­sto wy­ru­szał przed nami, żeby ze­brać po­trzeb­ne in­for­ma­cje.

„Ob­ser­wo­wa­łem War­ma przez wie­le dni, więc o jego na­wy­kach i cha­rak­te­rze mogę po­wie­dzieć, co na­stę­pu­je. Jest z na­tu­ry sa­mot­ni­kiem, ale spę­dza całe go­dzi­ny w sa­lo­onach San Fran­ci­sco, tra­wiąc tam czas albo na lek­tu­rze swo­ich ksią­żek na­uko­wych i ma­te­ma­tycz­nych, albo na szki­co­wa­niu po ich mar­gi­ne­sach. Tasz­czy te księ­gi ze sobą na rze­my­ku jak uczniak, co bywa po­wo­dem do kpin. Jest drob­nej po­stu­ry, przez co sta­je się jesz­cze bar­dziej ko­micz­ny, ale uwa­żaj­cie, bo nie po­zwa­la na drwi­ny ze swo­je­go wzro­stu. Kil­ka razy wi­dzia­łem, jak wal­czy, i cho­ciaż zwy­kle prze­gry­wa, to nie są­dzę, żeby któ­ryś z jego prze­ciw­ni­ków chciał się z nim jesz­cze kie­dyś zmie­rzyć. Choć­by dla­te­go że nie wzdra­ga się przed gry­zie­niem. Jest łysy, ma zmierz­wio­ną rudą bro­dę, dłu­gie, tycz­ko­wa­te ra­mio­na i pę­ka­ty brzuch jak u cię­żar­nej ko­bie­ty. Kie­dy się go za­gad­nie, od­po­wia­da szorst­kim i od­py­cha­ją­cym to­nem. Nosi ze sobą re­wol­wer Colt Baby Dra­go­on we­tknię­ty za szar­fę, któ­rą się prze­wią­zu­je w pa­sie. Pije nie­czę­sto, ale kie­dy już chwy­ci bu­tel­kę, to po to, żeby się spić na umór. Za whi­sky pła­ci zło­tym py­łem, któ­ry trzy­ma w skó­rza­nej sa­kiew­ce na dłu­gim sznur­ku, ukry­tej w fał­dach swo­je­go stro­ju. Od cza­su, kie­dy tu przy­by­łem, ani razu nie opu­ścił mia­sta i nie wiem, czy za­mie­rza wró­cić na swo­ją dział­kę, dzie­sięć mil na wschód od Sa­cra­men­to (za­łą­czam mapę). Wczo­raj po­pro­sił mnie w sa­lo­onie o za­pał­kę, zwra­ca­jąc się do mnie grzecz­nie i po na­zwi­sku. Nie mam po­ję­cia, skąd je zna, bo chy­ba nig­dy się nie zo­rien­to­wał, że go śle­dzę. Kie­dy go za­py­ta­łem, skąd wie, kim je­stem, zro­bił się agre­syw­ny, więc go opu­ści­łem. Nie prze­pa­dam za nim, cho­ciaż nie­któ­rzy mó­wią, że ma nie­prze­cięt­ny umysł. Przy­zna­ję, że jest nie­zwy­kły, ale to pew­nie naj­po­chleb­niej­sza rzecz, jaką mogę o nim po­wie­dzieć”.

Poza mapą dział­ki War­ma Mor­ris do­łą­czył też za­ma­za­ny szkic jego po­sta­ci, ale był to tak ko­śla­wy por­tret, że nie roz­po­znał­bym go na­wet, gdy­by sta­nął tuż obok. Na­po­mkną­łem o tym Char­lie­mu, a on po­wie­dział:

– Mor­ris cze­ka na nas w ho­te­lu w San Fran­ci­sco. Po­ka­że nam War­ma i ru­szy­my za nim. Sły­sza­łem, że do­brze się tam za­bi­ja. Tam­tej­si lu­dzie zwy­kle albo wła­śnie palą całe mia­sto, albo są za­ję­ci jego od­bu­do­wą.

– Cze­mu Mor­ris go nie za­bi­je?

– Za­wsze o to py­tasz, a ja za­wsze od­po­wia­dam: To nie jego ro­bo­ta, tyl­ko na­sza.

– To bez­myśl­ne. Ko­man­dor zmniej­sza moją za­pła­tę, ale opła­ca tego ga­mo­nia i po­kry­wa jego wy­dat­ki tyl­ko po to, żeby Warm się zo­rien­to­wał, że ktoś go śle­dzi.

– Nie na­zy­waj Mor­ri­sa ga­mo­niem, bra­cie. To jak do­tąd jego pierw­szy błąd, a poza tym otwar­cie się do nie­go przy­zna­je. To, że zo­stał zde­ma­sko­wa­ny, bar­dziej świad­czy o War­mie niż o nim.

– Prze­cież ten czło­wiek sy­pia na uli­cy. Cze­mu Mor­ris go po pro­stu wte­dy nie za­strze­li?

– Może dla­te­go, że Mor­ris nie jest za­bój­cą?

– To po co go w ogó­le wy­sy­łać? Cze­mu za­miast nie­go nie po­słał mie­siąc temu nas?

– Mie­siąc temu by­li­śmy za­ję­ci inną ro­bo­tą. Za­po­mi­nasz, że Ko­man­dor ma róż­ne in­te­re­sy i pro­ble­my, a może się zaj­mo­wać tyl­ko jed­ną spra­wą na­raz. „Co na­gle, to po dia­ble”, to jego wła­sne sło­wa. Wy­star­czy spoj­rzeć na jego suk­ce­sy, żeby zo­ba­czyć, że to praw­da.

Kie­dy usły­sza­łem, z jaką czu­ło­ścią Char­lie cy­tu­je Ko­man­do­ra, zro­bi­ło mi się nie­do­brze. Po­wie­dzia­łem:

– Do Ka­li­for­nii do­trze­my za kil­ka ty­go­dni. Po co je­chać na tę wy­pra­wę, sko­ro nie mu­si­my tego ro­bić?

– Ale prze­cież mu­si­my tam po­je­chać. Na tym po­le­ga ta ro­bo­ta.

– A je­śli War­ma tam nie bę­dzie?

– Bę­dzie tam.

– A je­śli nie?

– Do dia­bła, bę­dzie.

Kie­dy przy­szedł czas na za­pła­ce­nie ra­chun­ku, wska­za­łem na Char­lie­go.

– Pła­ci kie­row­nik.

Nor­mal­nie pła­ci­li­śmy po po­ło­wie, więc nie­zbyt mu się to spodo­ba­ło. Mój brat za­wsze był ską­py; odzie­dzi­czył to po ojcu.

– Ten je­den, je­dy­ny raz – po­wie­dział.

– Kie­row­nik ma kie­row­ni­czą wy­pła­tę.

– Nig­dy nie lu­bi­łeś Ko­man­do­ra. A on nig­dy nie lu­bił cie­bie.

– Lu­bię go co­raz mniej – od­par­łem.

– Jak już nie bę­dziesz w sta­nie da­lej dźwi­gać tego brze­mie­nia, to mo­żesz mu o tym po­wie­dzieć.

– Je­śli do tego doj­dzie, to się do­wiesz, Char­lie. Ty się do­wiesz i on się do­wie.

Ta sprzecz­ka mo­gła po­trwać jesz­cze chwi­lę, ale po­sta­no­wi­łem zo­sta­wić bra­ta i uda­łem się do swo­je­go po­ko­ju w po­ło­żo­nym na­prze­ciw­ko sa­lo­onu ho­te­lu. Nie lu­bię się kłó­cić, a zwłasz­cza z Char­liem, któ­ry cza­sem po­tra­fi być wy­jąt­ko­wo okrut­ny w sło­wach. Jesz­cze tego sa­me­go wie­czo­ra usły­sza­łem wy­mia­nę zdań mię­dzy nim a ja­kąś grup­ką męż­czyzn na dro­dze. Przy­słu­chi­wa­łem się jej uważ­nie, żeby się upew­nić, że nic mu nie gro­zi, ale był bez­piecz­ny – za­py­ta­li go, jak się na­zy­wa, on się przed­sta­wił i zo­sta­wi­li go w spo­ko­ju. Jed­nak gdy­by za­szła taka po­trze­ba, ru­szył­bym mu na po­moc i już na­wet za­kła­da­łem buty, jed­nak się ro­ze­szli. Usły­sza­łem kro­ki Char­lie­go na scho­dach, wsko­czy­łem do łóż­ka i uda­wa­łem, że smacz­nie śpię. Wsa­dził gło­wę do po­ko­ju i za­wo­łał mnie po imie­niu, ale nie od­po­wie­dzia­łem. Za­mknął drzwi i po­szedł do sie­bie, a ja le­ża­łem w ciem­no­ściach, my­śląc o kło­po­tach z ro­dzi­ną, o tym, jak sza­lo­ne i za­wi­kła­ne by­wa­ją hi­sto­rie o wię­zach krwi.

Rano pa­da­ło – ka­pią­ce bez ustan­ku zim­ne kro­ple za­mie­ni­ły dro­gi w błot­ni­stą zupę. Char­lie od­cho­ro­wy­wał wczo­raj­szą bran­dy, więc wy­bra­łem się do ap­te­ki po lek na nud­no­ści. Do­sta­łem tam bez­won­ny, nie­bie­ski jak jajo ru­dzi­ka pro­szek, któ­ry do­sy­pa­łem mu do po­ran­nej kawy. Nie wiem, ja­kie były skład­ni­ki tej mik­stu­ry, ale dzię­ki niej wy­szedł z łóż­ka, wsiadł na Chy­że­go i zro­bił się czuj­ny aż do prze­sa­dy. Za­trzy­ma­li­śmy się na po­pas dwa­dzie­ścia mil od mia­stecz­ka, w ja­ło­wej czę­ści lasu, któ­ra po­przed­nie­go lata spło­nę­ła od ude­rze­nia pio­ru­na. Skoń­czy­li­śmy po­si­łek i wła­śnie przy­go­to­wy­wa­li­śmy się do dro­gi, kie­dy oko­ło stu jar­dów na po­łu­dnie od nas spo­strze­gli­śmy męż­czy­znę pro­wa­dzą­ce­go ko­nia. Gdy­by na nim je­chał, pew­nie by­śmy tego na­wet nie sko­men­to­wa­li, ale w tym, że go za sobą cią­gnął, było coś dziw­ne­go.

– Idź i zo­bacz, co on tam robi – po­wie­dział Char­lie.

– Bez­po­śred­nie po­le­ce­nie od kie­row­ni­ka – od­par­łem. Nie za­re­ago­wał, więc po­my­śla­łem: Ten dow­cip się już zu­żył. Po­sta­no­wi­łem wię­cej tak nie mó­wić. Wsia­dłem na Ba­rył­kę i wy­je­cha­łem na spo­tka­nie pie­chu­ra. Kie­dy się za­trzy­ma­łem, za­uwa­ży­łem, że pła­cze. Zsia­dłem z ko­nia i sta­ną­łem przed nim. Je­stem wy­so­kim, ma­syw­nym męż­czy­zną i wy­glą­dam na dość nie­okrze­sa­ne­go, więc na twa­rzy ob­ce­go od­ma­lo­wa­ło się prze­ra­że­nie. Żeby uspo­ko­ić jego oba­wy, za­czą­łem:

– Nie chcę panu zro­bić krzyw­dy. My z bra­tem tyl­ko so­bie jemy obiad. Na­go­to­wa­łem za dużo i chcia­łem za­py­tać, czy nie jest pan może głod­ny.

Osu­szył so­bie twarz dło­nią, bio­rąc przy tym głę­bo­ki wdech i drżąc na ca­łym cie­le. Pró­bo­wał mi od­po­wie­dzieć – a przy­najm­niej otwo­rzył usta – ale nie wy­do­był z sie­bie ani sło­wa, nie wy­dał na­wet żad­ne­go dźwię­ku, bo był tak zroz­pa­czo­ny, że nie da­wa­ło się z nim po­ro­zu­mieć.

Po­wie­dzia­łem:

– Wi­dzę, że jest pan w kło­po­cie i za­pew­ne chce pan po­dró­żo­wać da­lej sa­mot­nie. Prze­pra­szam naj­moc­niej, że panu prze­szko­dzi­łem, i mam na­dzie­ję, że zmie­rza pan ku lep­szej przy­szło­ści.

Wsia­dłem na Ba­rył­kę i by­łem w po­ło­wie dro­gi do obo­zu, kie­dy spo­strze­głem, że Char­lie wsta­je i ce­lu­je w moim kie­run­ku z pi­sto­le­tu. Od­wró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem, że pła­czą­cy czło­wiek pę­dzi ku mnie na swo­im ko­niu. Nie wy­glą­da­ło na to, że chce mi zro­bić krzyw­dę, więc ru­chem ręki ka­za­łem Char­lie­mu opu­ścić broń. Pła­czą­cy czło­wiek zrów­nał się ze mną i za­wo­łał:

– Sko­rzy­stam z pań­skiej ofer­ty!

Kie­dy do­tar­li­śmy do obo­zu, Char­lie chwy­cił za uprząż jego ko­nia i po­wie­dział:

– Nie po­wi­nien pan tak za ni­kim go­nić. My­śla­łem, że chce pan coś zro­bić mo­je­mu bra­tu, i o mały włos nie strze­li­łem.

Pła­czą­cy czło­wiek mach­nął ręką, jak­by to stwier­dze­nie było zu­peł­nie nie­istot­ne. To za­sko­czy­ło Char­lie­go, któ­ry spoj­rzał na mnie i za­py­tał:

– Kto to w ogó­le jest?

– Coś go zde­ner­wo­wa­ło. Za­pro­po­no­wa­łem mu po­si­łek.

– Zo­sta­ły tyl­ko her­bat­ni­ki.

– To przy­go­tu­ję coś jesz­cze.

– Nie przy­go­tu­jesz. – Char­lie przyj­rzał się pła­czą­ce­mu czło­wie­ko­wi od góry do dołu. – Ale po­nu­rak, co?

Pła­czą­cy czło­wiek od­chrząk­nął i prze­mó­wił:

– Tyl­ko igno­rant mówi o in­nych tak, jak­by byli nie­obec­ni.

Char­lie nie wie­dział, czy się za­śmiać, czy go ude­rzyć. Spy­tał mnie:

– To ja­kiś wa­riat?

– Pro­szę uwa­żać na sło­wa – po­ra­dzi­łem ob­ce­mu. – Mój brat się dzi­siaj czu­je nie naj­le­piej.

– Czu­ję się świet­nie – za­pro­te­sto­wał Char­lie.

– Jego do­bra wola jest dziś tro­chę nad­we­rę­żo­na – do­da­łem.

– Wy­glą­da na cho­re­go – za­uwa­żył pła­czą­cy czło­wiek.

– Po­wie­dzia­łem, że czu­ję się świet­nie, do cho­le­ry.

– Jest cho­ry, ale tyl­ko trosz­kę – od­par­łem. Wi­dzia­łem, że cier­pli­wość Char­lie­go już się koń­czy. Wzią­łem kil­ka her­bat­ni­ków i wło­ży­łem je pła­czą­ce­mu czło­wie­ko­wi do ręki. Przy­glą­dał im się przez dłuż­szą chwi­lę, po czym znów za­czął pła­kać, kasz­ląc, po­cią­ga­jąc no­sem i ża­ło­śnie drżąc. Zwró­ci­łem się do Char­lie­go:

– Wła­śnie taki był, kie­dy go zna­la­złem.

– Co mu jest?

– Nie po­wie­dział.

Za­py­ta­łem pła­czą­ce­go czło­wie­ka:

– Pro­szę pana, co się panu sta­ło?

– Znik­nę­li! – za­wo­łał. – Wszy­scy znik­nę­li!

– Kto znik­nął? – spy­tał Char­lie.

– Znik­nę­li beze mnie! A ja sam wo­lał­bym znik­nąć! Ra­zem z nimi!

Upu­ścił her­bat­ni­ki na zie­mię i od­da­lił się ra­zem ze swo­im ko­niem. Co dzie­sięć kro­ków od­chy­lał gło­wę do tyłu i ję­czał. Po­wtó­rzy­ło się to trzy razy. Za­bra­li­śmy się z bra­tem do sprzą­ta­nia obo­zo­wi­ska.

– Cie­kaw je­stem, co mu się sta­ło – po­wie­dział Char­lie.

– Wi­dać osza­lał przez ja­kieś wiel­kie zmar­twie­nie.

Kie­dy wsia­da­li­śmy na ko­nie, znik­nął nam już z oczu, a przy­czy­na jego roz­pa­czy mia­ła na za­wsze po­zo­stać ta­jem­ni­cą.

Po­su­wa­li­śmy się na­przód w mil­cze­niu, a każ­dy z nas my­ślał o swo­ich spra­wach. Mie­li­śmy z Char­liem nie­pi­sa­ną umo­wę, zgod­nie z któ­rą nig­dy nie ru­sza­li­śmy w szyb­ką po­dróż tuż po po­sił­ku. Nasz spo­sób ży­cia wią­zał się z wie­lo­ma nie­wy­go­da­mi, więc cie­szy­li­śmy się wszyst­ki­mi drob­ny­mi przy­jem­no­ścia­mi. Do­sze­dłem do wnio­sku, że kie­dy je ze­brać ra­zem, ukła­da­ją się w na tyle przy­zwo­itą ca­łość, że war­to ta­kie ży­cie cią­gnąć da­lej.

– Co ta­kie­go zro­bił ten Her­mann Warm? – spy­ta­łem.

– Za­brał coś, co na­le­ża­ło do Ko­man­do­ra.

– A co?

– Tego się do­wie­my w od­po­wied­nim cza­sie. Waż­ne, żeby go za­bić.

Char­lie je­chał przo­dem, a ja za nim. Od dłuż­sze­go cza­su, jesz­cze przed po­przed­nią ro­bo­tą, chcia­łem z nim po­roz­ma­wiać o pew­nej spra­wie.

– Nig­dy cię to nie dzi­wi­ło, Char­lie? Że na świe­cie jest tak wie­lu lu­dzi, któ­rzy są na tyle głu­pi, żeby okra­dać Ko­man­do­ra? Czło­wie­ka bu­dzą­ce­go taki po­strach?

– Ko­man­dor ma pie­nią­dze. Co in­ne­go mia­ło­by przy­cią­gać zło­dziei?

– A jak im się uda­je te pie­nią­dze wy­kraść? Prze­cież wie­my, że Ko­man­dor jest ostroż­ny. Ja­kim cu­dem tylu róż­nych lu­dzi ma swo­bod­ny do­stęp do jego bo­gactw?

– Robi in­te­re­sy w każ­dym za­kąt­ku kra­ju. Nie moż­na być w dwóch miej­scach na­raz, a w stu tym bar­dziej. To lo­gicz­ne, że sta­je się ofia­rą.

– Sta­je się ofia­rą?

– A jak to na­zwać, kie­dy czło­wiek musi bro­nić wła­sne­go ma­jąt­ku z po­mo­cą ta­kich jak my?

– Sta­je się ofia­rą! – Wy­da­wa­ło mi się to za­baw­ne, na­praw­dę. Od­śpie­wa­łem ckli­wą bal­la­dę na cześć bied­ne­go Ko­man­do­ra: – „Łzy po po­licz­kach mu spły­nę­ły, gdy z mia­sta przy­szły wie­ści”.

– No do­bra.

– „Że pa­nią jego przy al­ta­nie w ra­mio­nach inny pie­ścił”.

– Wście­kasz się na mnie tyl­ko dla­te­go, że to ja rzą­dzę.

– „Za mi­łość wziął jej je­den uśmiech, a te­raz za to pła­ci”.

– Mam już dość ta­kich roz­mów z tobą.

– „Bo uko­cha­na le­gła w grze­chu, a mi­łość wzię­li kaci”.

Te­raz Char­lie nie mógł się już po­wstrzy­mać – uśmiech­nął się.

– Co to za pio­sen­ka?

– A, gdzieś ją pod­ła­pa­łem.

– Smut­na.

– Naj­lep­sze pio­sen­ki prze­waż­nie są smut­ne.

– Mat­ka tak za­wsze mó­wi­ła.

Mil­cza­łem przez chwi­lę.

– Te smut­ne mnie wła­ści­wie nie smu­cą – ode­zwa­łem się w koń­cu.

– Je­steś po­dob­ny do mat­ki w wie­lu rze­czach. – Char­lie po­ki­wał gło­wą.

– A ty nie. Do ojca zresz­tą też nie.

– Do ni­ko­go nie je­stem po­dob­ny.

Po­wie­dział to bez­tro­sko, ale było to jed­no z tych stwier­dzeń, któ­re przy­tła­cza­ją i za­bi­ja­ją roz­mo­wę. Ru­szył do przo­du, ale nie do­łą­czy­łem do nie­go. Pa­trza­łem na jego ple­cy, a on wie­dział, że na nie pa­trzę. Ude­rzył ob­ca­sa­mi w że­bra Chy­że­go i po­pę­dzi­li przed sie­bie; ja je­cha­łem za nimi. Po­dró­żo­wa­li­śmy jak zwy­kle, w zwy­czaj­nym tem­pie, ale i tak czu­łem, że za nim go­nię.

Zi­mo­we dni były krót­kie. Za­trzy­ma­li­śmy się na noc­ny od­po­czy­nek w wy­schnię­tym wą­wo­zie. Taki sce­na­riusz moż­na czę­sto spo­tkać w po­wie­ściach przy­go­do­wych, któ­re się dru­ku­je w róż­nych pi­sem­kach: dwóch po­nu­rych jeźdź­ców opo­wia­da so­bie przy ogni­sku spro­śne hi­sto­ryj­ki i śpie­wa prze­ra­ża­ją­ce pio­sen­ki o śmier­ci i ko­ron­kach. Ale mogę wam po­wie­dzieć, że po ca­łym dniu jaz­dy chcę się już tyl­ko po­ło­żyć spać, i wła­śnie to zro­bi­łem – na­wet nie zja­dłem po­rząd­ne­go po­sił­ku. Rano, gdy zdej­mo­wa­łem buty, po­czu­łem ostry ból w du­żym pal­cu le­wej sto­py. Kie­dy od­wró­ci­łem but i po­pu­ka­łem w po­de­szwę, spo­dzie­wa­jąc się, że wy­pad­nie z nie­go po­krzy­wa, o zie­mię pac­nął grzbie­tem ogrom­ny wło­cha­ty pa­jąk, wy­ma­chu­ją­cy w chłod­nym po­wie­trzu ośmio­ma no­ga­mi. Puls za­czął mi wa­lić jak sza­lo­ny i za­krę­ci­ło mi się w gło­wie, bo bar­dzo się boję pa­ją­ków, węży i wszyst­kich in­nych peł­za­ją­cych stwo­rzeń. Char­lie, któ­ry o tym wie, przy­szedł mi z po­mo­cą i wrzu­cił pa­ją­ka no­żem w ogni­sko. Pa­trza­łem, jak się kuli i umie­ra, dy­miąc ni­czym zwi­tek pa­pie­ru, i cie­szy­łem się, że cier­pi.

Te­raz po mo­jej no­dze pię­ło się w górę drżą­ce zim­no, jak­by fala mro­zu. Po­wie­dzia­łem:

– To było małe, ale po­tęż­ne zwie­rzę, bra­cie.

Od razu zmo­gła mnie go­rącz­ka i mu­sia­łem się po­ło­żyć. Char­lie­go za­nie­po­ko­iła moja bla­dość; kie­dy zda­łem so­bie spra­wę, że nie je­stem już w sta­nie mó­wić, do­ło­żył do ognia i po­je­chał do naj­bliż­sze­go mia­sta po le­ka­rza, któ­re­go przy­pro­wa­dził do mnie czę­ścio­wo albo zu­peł­nie wbrew jego woli – wi­dzia­łem wszyst­ko jak przez mgłę, ale pa­mię­tam, jak za­czy­nał kląć, kie­dy tyl­ko Char­lie od­da­lał się na tyle, że nie mógł go usły­szeć. Do­sta­łem ja­kieś le­kar­stwo czy od­trut­kę, przez któ­rą po­czu­łem się szczę­śli­wy i za­mro­czo­ny jak po al­ko­ho­lu, a do tego chcia­łem już tyl­ko po­wy­ba­czać wszyst­kim wszyst­ko, co się da, i bez koń­ca pa­lić ty­toń. Szyb­ko za­pa­dłem w ka­mien­ny sen i po­zo­sta­wa­łem w ode­rwa­niu od świa­ta przez cały dzień i noc, aż do na­stęp­ne­go ran­ka. Kie­dy się ock­ną­łem, Char­lie wciąż sie­dział przy ogni­sku. Spoj­rzał na mnie i uśmiech­nął się.

– Pa­mię­tasz, co ci się przed chwi­lą śni­ło? – za­py­tał.

– Tyl­ko tyle, że ktoś mnie uwię­ził.

– Wciąż po­wta­rza­łeś: „Je­stem w na­mio­cie! Je­stem w na­mio­cie!”.

– Nie pa­mię­tam.

– Je­stem w na­mio­cie!

– Po­móż mi wstać.

Po­dał mi rękę i już po chwi­li cho­dzi­łem wo­kół obo­zo­wi­ska, na no­gach sztyw­nych jak z drew­na. Czu­łem się sła­bo, ale zja­dłem so­lid­ny po­si­łek, skła­da­ją­cy się z bocz­ku, kawy oraz her­bat­ni­ków, i uda­ło mi się go nie zwy­mio­to­wać. Uzna­łem, że po­lep­szy­ło mi się na tyle, żeby ru­szyć w dro­gę, i do na­stęp­ne­go po­sto­ju prze­je­cha­li­śmy spo­koj­nie czte­ry czy pięć go­dzin. Char­lie wciąż mnie py­tał, jak się mie­wam, a ja za każ­dym ra­zem pró­bo­wa­łem mu od­po­wie­dzieć, ale po praw­dzie sam nie wie­dzia­łem. Czy to przez jad pa­ją­ka, czy przez od­trut­kę po­da­ną przez przy­mu­szo­ne­go do po­mo­cy le­ka­rza, mia­łem wra­że­nie, że nie do koń­ca tkwię we wła­snym cie­le. Noc spę­dzi­łem w go­rącz­ce, co chwi­la się bu­dząc, a kie­dy rano od­wró­ci­łem się, żeby od­po­wie­dzieć Char­lie­mu na jego „dzień do­bry”, spoj­rzał na mnie i wrza­snął z prze­ra­że­nia. Za­py­ta­łem go, co się sta­ło, a on przy­niósł mi bla­sza­ny ta­lerz, w któ­rym mo­głem się przej­rzeć jak w lu­strze.

– Co to jest? – spy­ta­łem.

– To two­ja gło­wa, przy­ja­cie­lu. – Sta­nął na pię­tach i gwizd­nął.

Lewa stro­na mo­jej twa­rzy była gro­te­sko­wo opuch­nię­ta, od czub­ka gło­wy aż do szyi. Obrzmie­nie za­ni­ka­ło do­pie­ro przy ra­mie­niu. W miej­scu oka mia­łem tyl­ko cia­sną szpar­kę, a Char­lie, któ­ry zdą­żył już od­zy­skać hu­mor, po­wie­dział, że wy­glą­dam jak mie­sza­niec czło­wie­ka i psa, a po­tem rzu­cił ki­jem, żeby spraw­dzić, czy będę apor­to­wał. Zo­rien­to­wa­łem się, że źró­dłem mo­jej opu­chli­zny są zęby i dzią­sła; kie­dy puk­ną­łem pal­cem w lewą część dol­nej szczę­ki, przez moje cia­ło prze­biegł pa­lą­cy ból, od góry do dołu i z po­wro­tem.

– Chlu­pie ci tam chy­ba ga­lon krwi – oce­nił Char­lie.

– Gdzie zna­la­złeś tego le­ka­rza? Po­win­ni­śmy do nie­go wró­cić i ka­zać, żeby mnie na­kłuł.

Char­lie po­krę­cił gło­wą.

– Jego już le­piej nie szu­kać. Póź­niej do­szło do smut­ne­go in­cy­den­tu w związ­ku z jego za­pła­tą. Praw­da, że chęt­nie by mnie zno­wu zo­ba­czył, ale wąt­pię, czy chciał­by nam jesz­cze po­móc. Wspo­mniał coś o in­nej osa­dzie, po­ło­żo­nej kil­ka mil na po­łu­dnie. Pew­nie naj­le­piej by było, że­by­śmy tam po­je­cha­li, je­śli tyl­ko są­dzisz, że to prze­trzy­masz.

– Chy­ba nie mam wy­bo­ru.

– Tak, bra­cie, jak to w tylu spra­wach ży­cio­wych bywa, chy­ba nie masz.

Je­cha­li­śmy po­wo­li, choć te­ren był ła­twy – ot, spo­koj­ny zjazd w dół po twar­dej, po­ro­śnię­tej la­sa­mi zie­mi. Czu­łem się dziw­nie za­do­wo­lo­ny, jak­bym się wła­śnie do­brze ba­wił, ale w pew­nym mo­men­cie Ba­rył­ka źle po­sta­wił ko­py­to i gwał­tow­nie za­mkną­łem usta. Ryk­ną­łem z bólu, ale na tym sa­mym od­de­chu za­czą­łem się też śmiać z tego, ja­kie to wszyst­ko ab­sur­dal­ne. Wło­ży­łem mię­dzy szczę­ki prym­kę, żeby je amor­ty­zo­wać. Usta wy­peł­nia­ły mi się przez to brą­zo­wą śli­ną, ale nie mo­głem splu­nąć, bo oka­za­ło się to zbyt bo­le­sne, więc po pro­stu po­chy­la­łem się do przo­du i po­zwa­la­łem plwo­ci­nie spły­wać na kark Ba­rył­ki. W pew­nym mo­men­cie przez krót­ką chwi­lę pa­dał śnieg – do­tyk jego płat­ków na mo­jej twa­rzy był miły i chłod­ny. Gło­wa mi się ki­wa­ła, a Char­lie cią­gle mnie okrą­żał, żeby mi się le­piej przyj­rzeć.

– Na­wet od tyłu wi­dać – po­wie­dział. – Skó­ra na gło­wie ci spu­chła. Wło­sy ci spu­chły.

Omi­nę­li­śmy sze­ro­kim łu­kiem mia­sto, gdzie miesz­kał nie­opła­co­ny le­karz, a kil­ka mil da­lej na­tra­fi­li­śmy na ko­lej­ną osa­dę – bez­i­mien­ną dziu­rę dłu­gą na ćwierć mili i za­miesz­ka­ną przez set­kę lu­dzi, albo na­wet mniej. Szczę­ście było po na­szej stro­nie – zna­leź­li­śmy tam le­ka­rza od zę­bów o na­zwi­sku Watts, pa­lą­ce­go fa­jecz­kę przed wy­sta­wą swo­je­go ga­bi­ne­tu. Kie­dy do nie­go pod­sze­dłem, uśmiech­nął się i po­wie­dział:

– Jak­że dziw­na jest moja pro­fe­sja, sko­ro się cie­szę na wi­dok tak strasz­li­wie zde­for­mo­wa­ne­go czło­wie­ka.

Za­pro­sił mnie do swo­jej cia­snej, ale prak­tycz­nie urzą­dzo­nej pra­cow­ni, na mięk­ki skó­rza­ny fo­tel, tak nowy, że aż za­pisz­czał, kie­dy na nim usia­dłem. Przy­cią­gnął ku so­bie tacę peł­ną po­ły­sku­ją­cych na­rzę­dzi i za­dał mi kil­ka py­tań o hi­sto­rię mo­ich zę­bów, na któ­re nie mia­łem za­do­wa­la­ją­cej od­po­wie­dzi. Nie szko­dzi – od­nio­słem wra­że­nie, że od­po­wie­dzi go nie ob­cho­dzą, bo cie­szy go samo wy­py­ty­wa­nie.

Po­dzie­li­łem się z nim swo­ją hi­po­te­zą, że pro­blem z zę­ba­mi wy­ni­ka z uką­sze­nia pa­ją­ka albo z od­trut­ki, ale Watts od­parł, że nie ma żad­nych prze­sła­nek me­dycz­nych, któ­re by ją wspie­ra­ły. Po­wie­dział mi:

– Cia­ło to cud, a kto po­tra­fi po­ciąć cud na ka­wał­ki i go prze­ba­dać? Tak, może to pa­jąk, a może re­ak­cja na tak zwa­ną od­trut­kę tego le­ka­rza, a może ani jed­no, ani dru­gie. Cho­ciaż, tak na­praw­dę, co to za róż­ni­ca, dla­cze­go pan się źle czu­je? Praw­da?

Od­po­wie­dzia­łem, że pew­nie tak. Char­lie wtrą­cił:

– Dok­to­rze, mó­wi­łem wła­śnie Elie­mu, że pew­nie mu tam w gło­wie chlu­pie ga­lon krwi.

Watts wy­cią­gnął z fu­te­ra­łu wy­po­le­ro­wa­ny srebr­ny lan­cet. Usiadł, od­chy­lił się do tyłu i po­pa­trzał na moją gło­wę jak na ja­kieś mon­stru­al­ne po­pier­sie.

– Prze­ko­na­my się.

Hi­sto­ria Re­gi­nal­da Wat­t­sa była peł­na nie­szczęść – mie­ści­ła w so­bie naj­róż­niej­sze nie­po­wo­dze­nia i ka­ta­stro­fy, ale mó­wił o nich bez żalu czy go­ry­czy, a wy­da­wa­ło się na­wet, że w swo­ich nie­zli­czo­nych po­raż­kach do­strze­ga coś za­baw­ne­go.

– Nie po­wio­dło mi się ani w uczci­wych in­te­re­sach, ani w prze­stęp­czo­ści, ani w mi­ło­ści, ani w przy­jaź­ni. Co­kol­wiek by­ście pa­no­wie wy­my­śli­li, w ni­czym mi się nie po­wio­dło. Po­daj­cie ja­kiś przy­kład. Co­kol­wiek.

– Rol­nic­two – rzu­ci­łem.

– Upra­wia­łem bu­ra­ki cu­kro­we, ja­kieś sto mil na pół­noc­ny za­chód stąd. Nie za­ro­bi­łem ani gro­sza. Było z tego le­d­wie kil­ka bu­ra­ków. Kosz­mar­na po­raż­ka. No, coś jesz­cze.

– Trans­port.

– Ku­pi­łem udzia­ły w pa­row­cu wo­żą­cym to­wa­ry po Mis­si­si­pi, z obrzy­dli­wie wy­so­ką mar­żą. Bar­dzo do­cho­do­we przed­się­wzię­cie… do­pó­ki do nie­go nie do­łą­czy­łem. Przy dru­gim rej­sie za moje pie­nią­dze pa­ro­wiec po­szedł na dno. Nie ubez­pie­czy­li­śmy go… To był mój ge­nial­ny po­mysł, mie­li­śmy na tym za­osz­czę­dzić kil­ka do­la­rów. Na­mó­wi­łem też wspól­ni­ków do zmia­ny na­zwy, z Bła­wat­ka, co brzmia­ło mi dość nie­po­waż­ne, na Kró­lo­wą Psz­czół. Ab­so­lut­na kla­pa. O ile się nie mylę, po­zo­sta­li in­we­sto­rzy chcie­li mnie zlin­czo­wać. Przy­pią­łem na drzwiach po­że­gnal­ny list sa­mo­bój­czy i ucie­kłem z mia­sta w ta­kim dia­bel­nym po­śpie­chu, że aż wstyd. Zo­sta­wi­łem tam do­brą ko­bie­tę. Wciąż o niej my­ślę, cho­ciaż mi­nę­ło już tyle lat. – Le­karz za­milkł na chwi­lę i po­krę­cił gło­wą. – Po­wiedz­cie coś jesz­cze. Albo nie. Już się zmę­czy­łem tą hi­sto­rią.

– Nie pan je­den – stwier­dził Char­lie. Sie­dział w ką­cie, czy­ta­jąc ga­ze­tę.

– Wy­glą­da na to, że tu­taj się panu do­brze po­wo­dzi, dok­to­rze – po­wie­dzia­łem.

– Nie­zbyt – od­parł. – Jest pan moim trze­cim klien­tem w cią­gu trzech ty­go­dni. Naj­wy­raź­niej w tej czę­ści świa­ta hi­gie­na jamy ust­nej znaj­du­je się dość ni­sko na li­ście prio­ry­te­tów. Nie, spo­dzie­wam się, że w sto­ma­to­lo­gii też mi się nie po­wie­dzie. Jesz­cze dwa mie­sią­ce pod kre­ską i bank mnie za­mknie. – Przy­sta­wił mi do twa­rzy dłu­gą igłę, z któ­rej coś ka­pa­ło. – Te­raz trosz­kę za­bo­li, synu.

– Au! – krzyk­ną­łem.

– Gdzie pan stu­dio­wał sto­ma­to­lo­gię? – za­py­tał Char­lie.

– W pew­nej wiel­ce sza­cow­nej in­sty­tu­cji – od­po­wie­dział, ale na twa­rzy miał uśmiech, któ­ry mi się nie spodo­bał.

– Jak ro­zu­miem, kształ­ce­nie trwa kil­ka lat – po­wie­dzia­łem.

– Lat? – spy­tał Watts ze śmie­chem.

– W ta­kim ra­zie ile?

– Je­śli o mnie cho­dzi… Tyle, ile trze­ba było, żeby się na­uczyć na pa­mięć sche­ma­tu ukła­du ner­wo­we­go. I tyle, ile tym dur­niom za­bra­ło wy­sła­nie mi ku­pio­nych na kre­dyt na­rzę­dzi.

Spoj­rza­łem w stro­nę Char­lie­go, któ­ry wzru­szył ra­mio­na­mi i wró­cił do lek­tu­ry. Unio­słem rękę, żeby do­tknąć opu­chli­zny na po­licz­ku, i ze zdu­mie­niem od­kry­łem, że nie mam czu­cia w ca­łej twa­rzy.

– To jest coś, praw­da? – po­wie­dział Watts. – Mógł­bym panu wy­rwać wszyst­kie zęby, a nie po­czuł­by pan naj­mniej­sze­go bólu.

Char­lie wyj­rzał znad swo­jej ga­ze­ty.

– Na­praw­dę nic nie czu­jesz?

Po­ki­wa­łem gło­wą, a on za­py­tał Wat­t­sa:

– Jak moż­na coś ta­kie­go zdo­być?

– Nie moż­na, je­śli się nie pra­cu­je w za­wo­dzie.

– W na­szej pro­fe­sji mo­gło­by się to bar­dzo przy­dać. Może by nam pan tro­chę sprze­dał?

– Becz­ka­mi tego nie roz­da­ją – za­pro­te­sto­wał Watts.

– Damy do­brą cenę.

– Przy­kro mi, ale od­po­wiedź brzmi „nie”.

Char­lie rzu­cił mi spoj­rze­nie bez wy­ra­zu; jego gło­wa znik­nę­ła za ga­ze­tą.

Watts prze­bił mi twarz w trzech miej­scach i za­czął się z niej są­czyć ciur­kiem ko­lo­ro­wy płyn. Tro­chę zo­sta­ło jesz­cze w gło­wie, ale Watts po­wie­dział, że resz­ta spły­nie już sama, a naj­gor­sze mam za sobą. Usu­nął dwa do­ku­cza­ją­ce mi zęby, a ja po­śmia­łem się tro­chę z tego, ja­kie to było bez­bo­le­sne i bru­tal­ne za­ra­zem. Char­lie zro­bił się nie­spo­koj­ny i udał się do sa­lo­onu po dru­giej stro­nie uli­cy.

– Tchórz! – za­wo­łał za nim Watts. Za­szył wy­cię­cie w skó­rze i wy­peł­nił mi usta watą, a po­tem za­pro­wa­dził mnie do mar­mu­ro­wej misy, gdzie po­ka­zał mi ma­leń­ką szczot­kę z drew­nia­nym uchwy­tem i pro­sto­kąt­ną głów­ką po­kry­tą sza­ro­bia­łym wło­siem.

– Szczo­tecz­ka do zę­bów – po­wie­dział. – Dzię­ki niej utrzy­ma pan czy­ste zęby i świe­ży od­dech. Pro­szę, niech pan spoj­rzy, jak ja to ro­bię.

Po­uczył mnie, jak pra­wi­dło­wo uży­wać tego na­rzę­dzia, a na­stęp­nie chuch­nął mi w twarz za­pa­chem mię­ty. W koń­cu wrę­czył mi nową szczo­tecz­kę, taką samą jak jego, oraz pa­czusz­kę prosz­ku, z któ­re­go po­wsta­wa­ła owa mię­to­wa pian­ka. Po­wie­dział, że mogę je za­trzy­mać. Za­pro­te­sto­wa­łem, ale do­dał, że otrzy­mał ten ze­staw od pro­du­cen­ta w ra­mach pro­mo­cji. Za­pła­ci­łem mu dwa do­la­ry za wy­rwa­nie zę­bów, a on przy­niósł bu­tel­kę whi­sky, żeby uczcić na­szą, jak to okre­ślił, obu­stron­nie ko­rzyst­ną trans­ak­cję. Do­sze­dłem do wnio­sku, że to na­praw­dę uro­czy czło­wiek, więc po­czu­łem pew­ne wy­rzu­ty su­mie­nia, kie­dy Char­lie po­now­nie wszedł do ga­bi­ne­tu, tym ra­zem mie­rząc w do­bre­go pana dok­to­ra z pi­sto­le­tu.

– Pró­bo­wa­łem się z tobą do­ga­dać – rzu­cił z twa­rzą za­ru­mie­nio­ną od bran­dy.

– Cie­ka­we, jaka bę­dzie moja na­stęp­na po­raż­ka – wes­tchnął zre­zy­gno­wa­ny Watts.

– Nie wiem i nic mnie to nie ob­cho­dzi. Eli, weź leki znie­czu­la­ją­ce i igły. Watts, znajdź mi ja­kiś sznur, ale szyb­ko. Jak bę­dziesz krę­ta­czył, do­sta­niesz kul­kę w łeb.

– Cza­sem mi się wy­da­je, że już mam tam ja­kąś kul­kę – od­parł. A do mnie zwró­cił się na­stę­pu­ją­co: – Zmę­czy­ła mnie po­goń za pie­niędz­mi i wy­go­dą. Dbaj o swo­je zęby, synu. I o zdro­wą jamę ust­ną. Wte­dy two­je sło­wa będą o wie­le słod­sze, nie­praw­da?

Char­lie trzep­nął Wat­t­sa w ucho i za­koń­czył w ten spo­sób jego prze­mo­wę.

Je­cha­li­śmy przez całe po­po­łu­dnie aż do wie­czo­ra, kie­dy tak bar­dzo za­krę­ci­ło mi się w gło­wie, że po­czu­łem się, jak­bym miał za­raz wy­paść z sio­dła. Za­py­ta­łem Char­lie­go, czy nie mo­gli­by­śmy się już za­trzy­mać na noc, a on się zgo­dził, ale tyl­ko pod wa­run­kiem, że znaj­dzie­my naj­pierw ja­kieś osło­nię­te miej­sce na obóz, bo za­no­si­ło się na deszcz. Po­czuł w po­wie­trzu za­pach pa­le­ni­ska; po­dą­ży­li­śmy za nim i do­tar­li­śmy do jed­no­izbo­wej chat­ki. Z ko­mi­na wy­do­by­wa­ła się smuż­ka dymu, a w sa­mot­nym oknie tań­czy­ło sła­be świa­teł­ko. Kie­dy za­pu­ka­li­śmy do drzwi, otwo­rzy­ła nam star­sza ko­bie­ta opa­tu­lo­na w zu­ży­te szma­ty. Na jej bro­dzie drża­ła kęp­ka dłu­gich si­wych wło­sów, a lek­ko otwar­te usta były wy­peł­nio­ne nie­rów­ny­mi, sczer­nia­ły­mi zę­ba­mi. Mię­to­sząc w dło­niach ka­pe­lusz, Char­lie opo­wie­dział jej dra­ma­tycz­nym to­nem ak­to­ra sce­nicz­ne­go o na­szych nie­daw­nych cięż­kich przej­ściach. Kie­dy spo­czę­ło na mnie spoj­rze­nie jej przy­po­mi­na­ją­cych ostry­gi oczu, od razu ogar­nął mnie chłód. Ode­szła bez sło­wa od pro­gu. Usły­sza­łem od­głos szu­ra­ją­ce­go po pod­ło­dze krze­sła. Char­lie od­wró­cił się do mnie i spy­tał:

– Co o tym my­ślisz?

– Ru­szaj­my da­lej.

– Zo­sta­wi­ła nam otwar­te drzwi.

– Coś jest z nią nie w po­rząd­ku.

Kop­nął małą przy­droż­ną za­spę.

– Wie, jak roz­pa­lić ogień. Cze­go wię­cej ci trze­ba? Nie chce­my tu za­miesz­kać na sta­łe.

– My­ślę, że po­win­ni­śmy ru­szać da­lej – po­wtó­rzy­łem.

– Drzwi! – krzyk­nę­ła ko­bie­ta.

– Kil­ka go­dzin w cie­płej izbie do­brze by mi zro­bi­ło – po­wie­dział Char­lie.

– To ja je­stem cho­ry – przy­po­mnia­łem. – A ja chcę ru­szać da­lej.

– Ja chcę się tu za­trzy­mać.

Po ścia­nie w głę­bi domu prze­pełzł cień i ko­bie­ta znów sta­nę­ła na pro­gu.

– Drzwi! – skrze­cza­ła. – Drzwi! Drzwi!

– Wi­dzisz? Chce, że­by­śmy we­szli – po­wie­dział Char­lie.

Tak – po­my­śla­łem – pew­nie przez usta do żo­łąd­ka. Ale nie mia­łem już siły da­lej wal­czyć i nie opie­ra­łem się, kie­dy brat chwy­cił mnie pod ra­mię, żeby mnie wpro­wa­dzić do cha­ty.

Na wy­po­sa­że­nie izby skła­da­ły się stół, krze­sło i brud­ny ma­te­rac. Sta­nę­li­śmy z Char­liem na wy­pa­czo­nych de­skach pod­ło­gi przed ka­mien­nym pa­le­ni­skiem. Żar miło szczy­pał mnie w twarz i przez chwi­lę by­łem za­do­wo­lo­ny z tego no­we­go oto­cze­nia. Ko­bie­ta usia­dła bez sło­wa przy sto­le, z twa­rzą za­sło­nię­tą fał­da­mi swo­ich szmat. Przed nią le­żał sto­sik czer­wo­nych i czar­nych ko­ra­li­ków czy ka­mie­ni; jej dło­nie wy­ło­ni­ły się spo­mię­dzy warstw łach­ma­nów i za­czę­ły pod­no­sić pa­cior­ki, je­den po dru­gim, na­wle­ka­jąc je na ka­wa­łek cien­kie­go dru­tu. Po­wsta­wał w ten spo­sób dłu­gi na­szyj­nik albo ja­kaś inna skom­pli­ko­wa­na ozdo­ba. Na sto­le sta­ła lam­pa, nie­co przy­ga­szo­na i mi­go­czą­ca głę­bo­ką żół­cią. Z koń­ca pło­my­ka wzno­si­ła się smuż­ka ciem­ne­go dymu.

– Je­ste­śmy pani bar­dzo wdzięcz­ni – za­czął Char­lie. – Mój brat źle się mie­wa i nie był­by w sta­nie no­co­wać na ze­wnątrz.

Kie­dy nic nie od­po­wie­dzia­ła, Char­lie stwier­dził, że jego zda­niem pew­nie jest głu­cha.

– Nie je­stem głu­cha – od­par­ła. Wło­ży­ła ka­wa­łek dru­tu do ust i za­czę­ła go wy­gi­nać w obie stro­ny, żeby go zła­mać.

– Tak tyl­ko za­ło­ży­łem – od­po­wie­dział Char­lie. – Nie chcia­łem pani ura­zić. Te­raz wi­dzę, jaka pani spraw­na, jaka by­stra. I, je­śli pani po­zwo­li na kom­ple­ment, ma pani pięk­nie utrzy­ma­ny dom.

Odło­ży­ła swo­je ko­ra­li­ki i drut na stół. Jej gło­wa ob­ró­ci­ła się w na­szym kie­run­ku, ale rysy twa­rzy po­zo­sta­ły ukry­te w prze­my­ka­ją­cych cie­niach.

– My­ślisz, że nie wiem, co z was za lu­dzie? – spy­ta­ła, wska­zu­jąc za­krzy­wio­nym pal­cem na na­sze pasy z pi­sto­le­ta­mi. – Kogo uda­je­cie i dla­cze­go?

Za­cho­wa­nie Char­lie­go się zmie­ni­ło, albo ra­czej wró­ci­ło do nor­my – znów był sobą.

– No do­brze – od­po­wie­dział. – To kim je­ste­śmy?

– Nie na­zwa­li­by­ście sie­bie za­bój­ca­mi?

– Zo­ba­czy­łaś broń i od razu tak my­ślisz?

– Po­zna­ję to po zmar­łych, któ­rzy za wami idą.

Wło­sy na kar­ku sta­nę­ły mi dęba. To był ab­surd, ale nie śmia­łem się obej­rzeć za sie­bie. Ton Char­lie­go był spo­koj­ny:

– Bo­isz się, że cię za­bi­je­my?

– Ni­cze­go się nie boję, a już naj­mniej wa­szych na­boi i ga­da­ni­ny. – Spoj­rza­ła na mnie i za­py­ta­ła: – A czy ty się bo­isz, że ja za­bi­ję was?

– Je­stem bar­dzo zmę­czo­ny – od­po­wie­dzia­łem nie­zdar­nie.

– Zaj­mij łóż­ko – na­ka­za­ła.

– A gdzie pani bę­dzie spa­ła?

– Nie kła­dę się spać. Mu­szę skoń­czyć swo­ją pra­cę. Rano już mnie pra­wie nie bę­dzie.

Twarz Char­lie­go za­sty­gła.

– To nie jest two­ja cha­ta, praw­da?

Na to py­ta­nie ko­bie­ta ze­sztyw­nia­ła i wy­glą­da­ło na to, że prze­sta­ła od­dy­chać. Od­wi­nę­ła swo­je łach­ma­ny. W świe­tle ko­min­ka i lam­py zo­ba­czy­łem, że pra­wie nie ma wło­sów na gło­wie, tyl­ko ro­sną­ce tu i ów­dzie siwe kęp­ki, a jej czasz­ka jest po­wgnia­ta­na, miej­sca­mi jak­by mięk­ka, za­pad­nię­ta jak sta­ry owoc.

– Każ­de ser­ce ma swój dźwięk – po­wie­dzia­ła do Char­lie­go – zu­peł­nie jak dzwon. Dźwię­ku two­je­go ser­ca słu­cha się bar­dzo trud­no, mło­dy czło­wie­ku. Bolą mnie od nie­go uszy, a oczy bolą mnie, kie­dy pa­trzę w two­je oczy.

Za­pa­dła dłu­ga ci­sza, w cza­sie któ­rej Char­lie i sta­ra wiedź­ma po pro­stu wpa­try­wa­li się w sie­bie. Z wy­ra­zu twa­rzy ani jed­ne­go, ani dru­gie­go nie mo­głem do­ciec, o czym my­ślą. W koń­cu ko­bie­ta za­kry­ła gło­wę i wró­ci­ła do swo­jej pra­cy, a Char­lie roz­ło­żył się na pod­ło­dze. Nie wsze­dłem do łóż­ka, tyl­ko po­ło­ży­łem się obok nie­go, bo ba­łem się tej ko­bie­ty i wy­da­wa­ło mi się, że bez­piecz­niej bę­dzie nam spać obok sie­bie. By­łem tak osła­bio­ny, że mimo nie­po­ko­ju szyb­ko za­pa­dłem w sen, w któ­rym wi­dzia­łem izbę taką jak w rze­czy­wi­sto­ści, choć ja sta­łem z boku, pa­trząc na swo­je po­grą­żo­ne we śnie cia­ło. Sta­ru­cha wsta­ła i po­de­szła do nas; moje cia­ło za­czę­ło drżeć i za­la­ło się po­tem, ale cia­ło Char­lie­go było spo­koj­ne i nie­ru­cho­me, a ona po­chy­li­ła się nad nim i otwo­rzy­ła mu rę­ka­mi usta. Z ciem­no­ści jej łach­ma­nów za­czął się po­wo­li są­czyć ja­kiś gę­sty, czar­ny płyn; ka­pał mu do ust, a ja, nie ten śpią­cy, tyl­ko ten ob­ser­wu­ją­cy, wrza­sną­łem, żeby zo­sta­wi­ła mo­je­go bra­ta w spo­ko­ju. W tym mo­men­cie sen gwał­tow­nie się urwał, a ja oprzy­tom­nia­łem. Char­lie le­żał obok, pa­trząc na mnie otwar­ty­mi ocza­mi, cho­ciaż spał, bo taki miał de­ner­wu­ją­cy zwy­czaj. Za nim sie­dzia­ła wiedź­ma, te­raz po­chy­lo­na nad znacz­nie mniej­szą kup­ką ko­ra­li­ków – mi­nę­ło spo­ro cza­su. Wciąż opie­ra­ła się o stół, ale gło­wę od­wró­ci­ła zu­peł­nie do tyłu, wpa­tru­jąc się w ciem­ny kąt po dru­giej stro­nie izby. Nie wiem, co tak przy­ku­ło jej uwa­gę, ale ga­pi­ła się na tyle dłu­go, że prze­sta­łem się nad tym za­sta­na­wiać i po­now­nie uło­ży­łem gło­wę na pod­ło­dze. W mgnie­niu oka znów spa­łem jak ka­mień.

Rano obu­dzi­łem się na pod­ło­dze, a Char­lie­go nie było już obok. Usły­sza­łem za sobą od­głos kro­ków, ob­ró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem, że stoi w otwar­tych drzwiach, wy­glą­da­jąc w prze­strzeń przed cha­tą. Był sło­necz­ny dzień. W od­da­li do­strze­głem ko­nie, przy­wią­za­ne do wy­wró­co­ne­go pnia­ka. Chy­ży grze­bał no­sem w szro­nie w po­szu­ki­wa­niu kę­pek tra­wy; Ba­rył­ka drżał i wpa­try­wał się w pust­kę.

– Po­szła so­bie – po­wie­dział Char­lie.

– Nie mam nic prze­ciw­ko temu – od­par­łem, wsta­jąc. W po­ko­ju uno­sił się swąd po­pio­łu i pa­lo­ne­go drze­wa, od któ­re­go pie­kły mnie oczy. Chcia­łem od­dać mocz i ru­szy­łem do wyj­ścia, ale Char­lie za­stą­pił mi dro­gę z twa­rzą peł­ną zmę­cze­nia po źle prze­spa­nej nocy.

– Po­szła so­bie – po­wtó­rzył – ale zo­sta­wi­ła nam małą pa­miąt­kę.

Wska­zał na coś pal­cem. Spoj­rza­łem w tam­tym kie­run­ku. Po­wie­si­ła na fra­mu­dze drzwi sznur ko­ra­li. Przy­po­mnia­łem so­bie jej sło­wa: Rano już mnie pra­wie nie bę­dzie. Pra­wie, ale nie do koń­ca.

– Jak my­ślisz, co to jest? – za­py­ta­łem.

Char­lie od­po­wie­dział:

– Na pew­no nie ozdo­ba.

– Mo­że­my to zdjąć – za­pro­po­no­wa­łem, się­ga­jąc po ko­ra­le.

Zła­pał mnie za rękę.

– Nie ru­szaj tego, Eli.

Wró­ci­li­śmy do środ­ka, żeby roz­wa­żyć moż­li­we roz­wią­za­nia. Ko­nie usły­sza­ły na­sze gło­sy i przy­glą­da­ły się nam z pola.

– Nie przej­dzie­my pod tym – za­de­cy­do­wał Char­lie. – Po­zo­sta­je tyl­ko wy­bić okno.

Do­tkną­łem środ­ko­wych par­tii swo­je­go cia­ła (któ­re są i za­wsze były dość ob­fi­te) i po­wie­dzia­łem, że chy­ba nie prze­ci­snę się przez taki wą­ski otwór. Char­lie stwier­dził, że war­to by to spraw­dzić, ale sama myśl o tym, że mo­gło­by się nie udać i mu­siał­bym się wy­gra­mo­lić z tej dziu­ry ty­łem, cały czer­wo­ny ze wsty­du, była na tyle nie­przy­jem­na, że od­mó­wi­łem.

– W ta­kim ra­zie pój­dę sam – oznaj­mił Char­lie – i wró­cę z ja­ki­miś na­rzę­dzia­mi, żeby wy­ciąć więk­szy otwór.

Sta­nął na chy­bo­czą­cym się krze­śle sta­ru­chy i wy­bił szy­bę kol­bą swo­je­go pi­sto­le­tu. Pod­sa­dzi­łem go do góry i wy­szedł przez okno. Te­raz sta­li­śmy twa­rzą w twarz po prze­ciw­nych stro­nach drzwi. On się uśmie­chał, a ja nie.

– No wi­dzisz – po­wie­dział, strze­pu­jąc so­bie odłam­ki szkła z brzu­cha.

– Nie po­do­ba mi się ten plan – od­par­łem. – Żeby wy­cho­dzić w dzicz z na­dzie­ją, że spo­tkasz ja­kąś do­brą du­szę, któ­ra bę­dzie ci chcia­ła po­ży­czyć na­rzę­dzia? Ty bę­dziesz jeź­dził w kół­ko, a ja tu ski­snę. A co, je­śli ta sta­ru­cha wró­ci?

– Zo­sta­wi­ła nam swo­je złe wia­do­mo­ści, więc nie ma po co wra­cać.

– Ła­two ci mó­wić.

– Tak uwa­żam. A poza tym, co in­ne­go mogę zro­bić? Je­śli masz ja­kiś inny plan, to wła­śnie na­de­szła od­po­wied­nia chwi­la, że­byś się nim po­dzie­lił.

Nie, nie mia­łem żad­ne­go in­ne­go pla­nu. Po­pro­si­łem Char­lie­go, żeby mi przy­niósł moją sa­kwę z je­dze­niem. Pa­trza­łem, jak pod­cho­dzi do koni.

– Nie za­po­mnij o pa­tel­ni! – za­wo­ła­łem.

– O kim?

– O pa­tel­ni! Pa­tel­ni! – Wy­cią­gną­łem rękę, jak­bym coś sma­żył, a on po­ki­wał gło­wą. Wró­cił do okna, prze­pchnął przez nie moje rze­czy i ży­czył mi smacz­ne­go śnia­da­nia, po czym wsiadł na Chy­że­go i od­je­chał. Kie­dy ich już nie było, wpa­dłem w pod­ły na­strój; pa­trząc na li­nię drzew, mię­dzy któ­ry­mi znik­nę­li, mia­łem nie­po­ko­ją­ce prze­czu­cie, że już nig­dy tam­tę­dy nie wró­cą.

Ze­bra­łem w so­bie reszt­ki po­go­dy du­cha i po­sta­no­wi­łem zro­bić z cha­ty swój tym­cza­so­wy dom. Nig­dzie nie mo­głem zna­leźć ani po­rą­ba­ne­go drew­na, ani pod­pał­ki, ale po­piół i wę­gle wciąż jesz­cze się ża­rzy­ły, więc roz­bi­łem krze­sło sta­ru­chy, wa­ląc nim so­lid­nie o pod­ło­gę. Uło­ży­łem na pa­le­ni­sku nogi, sie­dze­nie i opar­cie w sto­sik w kształ­cie od­wró­co­ne­go V, po czym po­la­łem je odro­bi­ną oli­wy z lam­py. Po chwi­li wszyst­ko za­ję­ło się ogniem. Jego cie­pło i za­pach do­da­ły mi otu­chy. Krze­sło było wy­ko­na­ne z twar­dej dę­bi­ny i pa­li­ło się do­brze. Małe zwy­cię­stwa – tak za­wsze ma­wia­ła moja mat­ka, więc tak po­wie­dzia­łem so­bie te­raz i ja.

Sta­łem kil­ka mi­nut na pro­gu, pa­trząc na świat za drzwia­mi. Nie wi­dzia­łem ani jed­nej chmur­ki – był to je­den z tych błę­kit­no­fio­le­to­wych dni, kie­dy nie­bo wy­da­je się od­le­glej­sze i głęb­sze niż zwy­kle. Z da­chu spły­wa­ła struż­ka­mi woda z roz­to­pio­ne­go śnie­gu, więc wy­sta­wi­łem przez okno swój bla­sza­ny ku­bek, żeby go na­peł­nić. Bla­cha w mo­jej dło­ni zro­bi­ła się lo­do­wa­ta, a po po­wierzch­ni wody pły­wa­ły małe wy­sep­ki prze­zro­czy­ste­go lodu, któ­re przy pi­ciu szczy­pa­ły mnie w war­gi. Do­brze było wy­myć z ust okrop­ny, tru­mien­ny po­smak ze­schnię­tej wczo­raj­szej krwi. Roz­grze­wa­łem chłod­ną wodę na ję­zy­ku, prze­le­wa­jąc ją tam i z po­wro­tem z na­dzie­ją, że oczy­ści moją ranę. Z nie­po­ko­jem po­czu­łem, że od dzią­sła od­ry­wa mi się ja­kiś twar­dy kształt, któ­ry obi­ja się w tę i we w tę w mo­ich wy­peł­nio­nych wodą ustach. Po­my­śla­łem, że to płat skó­ry, i wy­plu­łem go na pod­ło­gę. Upadł z obrzy­dli­wym pla­śnię­ciem. Po­chy­li­łem się, żeby mu się przyj­rzeć z bli­ska. Był wal­co­wa­ty i czar­ny – moje ser­ce gwał­tow­nie przy­spie­szy­ło. Czyż­by dok­tor Watts wpu­ścił mi do ust pi­jaw­kę, nic mi o tym nie mó­wiąc? Jed­nak kie­dy trą­ci­łem go pal­cem, roz­wi­nął się i przy­po­mnia­łem so­bie o zwit­ku waty, któ­ry den­ty­sta we­pchnął mi do ust przy dzią­słach. Wrzu­ci­łem go w ogień. Ze­śli­zgnął się po pło­ną­cej no­dze od krze­sła, ki­piąc, dy­miąc i zo­sta­wia­jąc za sobą ślad krwi i śli­ny.

Pa­trza­łem na uno­szą­cą się za drzwia­mi mgłę i cie­szy­łem się, że prze­ży­łem cały ten ciąg nie­daw­nych wy­pad­ków: pa­ją­ka, opuch­nię­tą gło­wę, klą­twę, któ­rej uda­ło się unik­nąć. Na­bra­łem w płu­ca tyle chłod­ne­go po­wie­trza, ile tyl­ko mo­gły po­mie­ścić.

– Ba­rył­ko! – za­wo­ła­łem w dzicz. – Utkną­łem w cha­cie wstręt­nej Cy­gan­ki-cza­row­ni­cy!

Koń pod­niósł łeb, roz­cie­ra­jąc żu­chwą kęp­kę chru­pią­cej tra­wy.

– Ba­rył­ko! Do­po­móż mi, bo je­stem w po­trze­bie!

Zro­bi­łem so­bie skrom­ne śnia­da­nie z bocz­ku, płat­ków owsia­nych i kawy. Ka­wa­łek chrząst­ki utknął mi w dziu­rze w zę­bie. Uda­ło mi się go usu­nąć z du­żym tru­dem, ale przy oka­zji po­draż­ni­łem ranę i spo­wo­do­wa­łem krwa­wie­nie. Przy­po­mnia­łem so­bie wte­dy o szczo­tecz­ce do zę­bów. Wy­ją­łem ją z kie­sze­ni ka­mi­zel­ki wraz z prosz­kiem i po­ło­ży­łem na sto­le obok bla­sza­ne­go kub­ka. Watts nie po­wie­dział, czy po­wi­nie­nem po­cze­kać z ich uży­wa­niem, aż moja jama ust­na zu­peł­nie wy­do­brze­je, ale po­my­śla­łem, że spró­bu­ję, tyle że ostroż­nie. Zwil­ży­łem wło­sie szczot­ki i wy­sy­pa­łem na nie szczyp­tę prosz­ku.

– W górę, w dół i na boki – po­wta­rza­łem so­bie, bo tak wła­śnie ra­dził dok­tor. Usta mia­łem peł­ne mię­to­wej pia­ny, a ję­zyk cały roz­dra­pa­ny. Pod­cią­gną­łem się na wy­so­kość okna i wy­plu­łem za­bar­wio­ną krwią wodę na pia­sek i śnieg. Wzią­łem chłod­ny, pięk­nie pach­ną­cy od­dech i by­łem pod wiel­kim wra­że­niem mi­łe­go mro­wie­nia, któ­re po­czu­łem dzię­ki szczo­tecz­ce. Po­sta­no­wi­łem, że będę jej uży­wał co­dzien­nie, i wła­śnie stu­ka­łem nią o czu­bek nosa, my­śląc o ni­czym albo o kil­ku mgli­stych kwe­stiach jed­no­cze­śnie, kie­dy zo­ba­czy­łem niedź­wie­dzia, któ­ry wy­gra­mo­lił się z lasu i zmie­rzał w stro­nę Ba­rył­ki.

To był griz­zly. Wiel­ki, ale wy­chu­dły – pew­nie się wła­śnie obu­dził ze snu zi­mo­we­go. Ba­rył­ka go do­strzegł albo wy­wę­szył, więc za­czął wierz­gać i ska­kać, ale nie był w sta­nie od­cze­pić się od pnia­ka. Sto­jąc tuż przy drzwiach, wy­cią­gną­łem pi­sto­let i szyb­ko wy­pa­li­łem sześć razy, ale strze­la­łem w pa­ni­ce i ani razu nie tra­fi­łem. Huk nie zro­bił na niedź­wie­dziu naj­mniej­sze­go wra­że­nia – da­lej su­nął w stro­nę ko­nia. Kie­dy wy­ją­łem z ka­bu­ry dru­gi pi­sto­let, stał już nad Ba­rył­ką. Strze­li­łem dwa razy, ale spu­dło­wa­łem, a on się za­mach­nął i oba­lił Ba­rył­kę na zie­mię po­tęż­nym cio­sem w oko. Te­raz stał po dru­giej stro­nie i nie mo­głem od­dać strza­łu bez na­ra­ża­nia ko­nia, a za­tem nie ma­jąc in­ne­go wyj­ścia, poza pa­trze­niem, jak niedź­wiedź za­bi­ja moje zwie­rzę, prze­kro­czy­łem prze­klę­ty próg i ru­szy­łem bie­giem przed sie­bie, wrzesz­cząc naj­gło­śniej, jak umia­łem. Griz­zly za­uwa­żył, że się zbli­żam, i był zdez­o­rien­to­wa­ny – czy po­wi­nien da­lej za­bi­jać ko­nia, sko­ro już się do tego za­brał, czy może le­piej za­jąć się tym no­wym ha­ła­śli­wym dwu­noż­nym zwie­rzę­ciem? Kie­dy się nad tym za­sta­na­wiał, wle­pi­łem mu dwie kule w pysk oraz dwie w klat­kę pier­sio­wą i padł mar­twy na zie­mię. Nie by­łem w sta­nie stwier­dzić, czy Ba­rył­ka żyje, czy nie. Wy­glą­da­ło na to, że nie od­dy­cha. Od­wró­ci­łem się i zo­ba­czy­łem czar­ną jamę drzwi cha­ty. W mo­ich dło­niach i no­gach na­ra­sta­ło drże­nie. Wszyst­ko we mnie hu­cza­ło.

Wró­ci­łem do cha­ty. Czy była prze­klę­ta, czy nie, uzna­łem, że nie ma sen­su in­for­mo­wać o tym wszyst­kim Char­lie­go. Pró­bo­wa­łem zro­bić bi­lans swo­je­go sa­mo­po­czu­cia, ale nie by­łem w sta­nie stwier­dzić ni­cze­go kon­kret­ne­go poza drże­niem, któ­re, jak uzna­łem, bra­ło się z ner­wów, a do tego co­raz bar­dziej sła­bło. Ba­rył­ka wciąż się nie ru­szał i by­łem pe­wien, że nie żyje, do­pó­ki na jego no­sie nie usiadł ko­wa­lik – wte­dy się ze­rwał, po­trzą­sa­jąc łbem i dy­sząc. Od­sze­dłem od drzwi i po­ło­ży­łem się na łóż­ku. Było wil­got­ne, nie­rów­ne i za­la­ty­wa­ło dar­nią. Wy­cią­łem w nim otwór, żeby zaj­rzeć do środ­ka, i zo­ba­czy­łem, że jest wy­peł­nio­ne tra­wą i zie­mią. Może cza­row­ni­ce tak lu­bią. Prze­nio­słem się na pod­ło­gę obok pa­le­ni­ska. Obu­dzi­łem się go­dzi­nę póź­niej. Brat wy­krzy­ki­wał moje imię, rą­biąc sie­kie­rą fra­mu­gę okna.

Wy­czoł­ga­łem się na ze­wnątrz przez dziu­rę w ścia­nie, po­de­szli­śmy do mar­twe­go niedź­wie­dzia i usie­dli­śmy na zie­mi. Char­lie za­czął:

– Zo­ba­czy­łem, że ten je­go­mość tu so­bie leży, i za­wo­ła­łem cię, ale nie od­po­wie­dzia­łeś. Po­tem spoj­rza­łem przez drzwi i uj­rza­łem cię na ple­cach na pod­ło­dze. To nie­zbyt przy­jem­ne uczu­cie, kie­dy się chce wejść do domu, ale nie moż­na.

WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE SP. Z O.O.www.czar­ne.com.pl

Se­kre­ta­riat: ul. Koł­łą­ta­ja 14, III p., 38-300 Gor­li­cetel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75 e-mail: ma­te­usz@czar­ne.com.pl, to­masz@czar­ne.com.pl, lu­kasz.au­gu­styn@czar­ne.com.pl,ho­no­ra­ta@czar­ne.com.pl, ewa@czar­ne.com.pl

Re­dak­cja: Wo­ło­wiec 11, 38-307 Sę­ko­watel. +48 18 351 00 70 e-mail:re­dak­cja@czar­ne.com.pl

Se­kre­tarz re­dak­cji:mal­go­rza­ta@czar­ne.com.pl

Dział pro­mo­cji: ul. An­der­sa 21/56, 00-159 War­sza­watel./fax +48 22 621 10 48e-mail:agniesz­ka@czar­ne.com.pl, anna@czar­ne.com.pl,do­ro­ta@czar­ne.com.pl, zo­fia@czar­ne.com.pl

Dział mar­ke­tin­gu:ka­ta­rzy­na@czar­ne.com.pl

Dział sprze­da­ży: tel. 504 564 092, 605 955 550irek.irek.grad­kow­ski@czar­ne.com.pl, wil­czak@czar­ne.com.pl

Au­dio­bo­oki i ebo­oki: Iza­be­la Re­gól­ska, iza@czar­ne.com.pl

Wo­ło­wiec 2013Wy­da­nie I