Opis

Biografia bezkonkurencyjnych ukraińskich pięściarzy, którzy dali się poznać jako zręczni biznesmeni i filantropi, angażujący się w różne projekty charytatywne. Starszy z nich, Witalij, od dawna aktywny politycznie, zasłynął w czasie dramatycznych wydarzeń na kijowskim Majdanie. Wszechstronnie wykształcony, podobnie jak jego brat Władimir, w 2014 roku zwyciężył w walce o fotel mera Kijowa. W barwnej opowieści o słynnych braciach znajdziemy nie tylko kulisy ich bokserskiej kariery, ale również wiele „smaczków” z ich prywatnego i publicznego życia: wielkie pieniądze, wielką miłość, porachunki gangsterów i brudną politykę...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 992

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja

Zespół

Zdjęcie na okładce

©AP/EAST NEWS

Redakcja techniczna, skład iłamanie

Damian Walasek

Opracowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Urszula Bańcerek

Wydanie I, Chorzów 2015

Wydawca

WydawnictwaVideograf SA

41-500 Chorzów, Aleja Harcerska 3C

tel. 32-348-31-33, 32-348-31-35

fax 32-348-31-25

[email protected]

www.videograf.pl

Dystrybucja wersji drukowanej

DICTUM Sp. zo.o.

01-942 Warszawa, ul. Kabaretowa 21

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

[email protected]

www.dictum.pl

©WydawnictwaVideograf SA, Chorzów 2015

ISBN 978-83-7835-468-0

Naprawdę silny jest ten, kto posiada tyle siły,

żeby potrafić przyznać się do swojej słabości.

Władimir Kliczko

Hymn Ukrainy. Krótka historia państwa

Nie umarła jeszcze Ukraina, ani chwała, ani wolność,

Jeszcze do nas, bracia Ukraińcy, uśmiechnie się los.

Zginą wrogowie nasi jak rosa na słońcu,

Zapanujemy i my, bracia, w naszym kraju.

Duszę, ciało poświęcimy dla naszej wolności,

Pokażemy, żeśmy bracia, z kozackiego rodu.

Staniemy, bracia, do krwawego boju od Sanu do Donu,

Panować w domu ojców nie damy nikomu.

Czarne Morze się uśmiechnie, dziad Dniepr rozraduje,

W naszej Ukrainie dola się odmieni.

Duszę, ciało poświęcimy dla naszej wolności,

Pokażemy, żeśmy bracia, z kozackiego rodu.

Praca rąk i zapał szczery swoje dopowiedzą

I wolności pieśń huczna po kraju się rozleje,

Za Karpaty się odbije i po stepach zagrzmi,

Chwała Ukrainy stanie między narodami.

Duszę, ciało poświęcimy dla naszej wolności,

Pokażemy, żeśmy bracia, z kozackiego rodu.

Autorem tekstu napisanego w 1862 roku hymnu Ukrainy jest etnograf i poeta z Kijowa, Pawło Czubyński. Zesłaniec. Muzykę rok później skomponował ksiądz Michajło Werbycki, pierwotnie jako pieśń do sztuki teatralnej Zaporożcy. Jako hymn pieśń została oficjalnie przyjęta podczas rewolucji ukraińskiej w 1917 roku. Zabroniona w okresie włączenia Ukrainy w struktury Związku Sowieckiego, powróciła wraz z Gorbaczowowską pieriestrojką.

W czasie panowania władzy sowieckiej wykonywanieSzcze ne wmerła Ukrainabyło zabronione, wobec czego swoistą rolę zastępczą odgrywał wierszRewe ta stohne Dnior szyrokij(Wyje i jęczy Dniepr szeroki), otwierający zbiór poezji Tarasa SzewczenkiKobziarz(Kobzar), z melodią Mykoły Łysenki. Również w Polsce, na uroczystościach organizowanych przez Ukraińców, był traktowany podobnie i obecni wstawali, gdy zaczynano go śpiewać.

W 1992 roku ukraiński parlament przyjął jedynie melodię hymnu, tekst miał być ustalony odrębną ustawą. Powołana komisja konkursowa zdecydowała jednak, że żadna z proponowanych wersji nie jest odpowiednia. Wówczas na wniosek prezydenta Łeonida Kuczmy za słowa hymnu przyjęto pierwszą zwrotkę z refrenem nieco zmienionego wiersza Czubyńskiego. Ostateczną uchwałę w tej sprawie Rada Najwyższa podjęła po siedmiu latach, w roku 2003. Kontrowersje dotyczyły m.in. podobieństwa początkowych słów hymnu:Nie umarła jeszcze Ukraina…do hymnu Polski:Jeszcze Polska nie zginęła…(w czym niektórzy upatrywali wpływu środowiska polskiego na sprawy ukraińskie), a także drugiej zwrotki wiersza Czubyńskiego, które zdaniem kół prorosyjskich mogły sugerować roszczenia wobec sąsiadów Ukrainy. Wspomniana zmiana treści pierwszej zwrotki polegała na zastąpieniu nazbyt pesymistycznych słówNie umarła jeszcze Ukraina, ani chwała, ani wolnośćwersjąNie umarły jeszcze Ukrainy i chwała, i wolność). W drugim wersie słowabracia Ukraińcyzmieniono nabracia młodzi. Zwrotki drugiej, wobec wspomnianych kontrowersji, jak również trzeciej w oficjalnych wykonaniach hymnu nie używa się, poprzestając na zwrotce pierwszej i dwukrotnym refrenie.

***

Zawarty w ukraińskim hymnie patriotyzm jest inny niż w hymnie niemieckim (Niemcy ponad wszystko) czy amerykańskim Gwiaździstym sztandarze. Ten hymn przypomina Ukraińcom, jak bardzo losy ich państwowości były w przeszłości niepewne. Chociaż dzisiejsza Ukraina powstała dopiero w 1991 roku, na jej obszarze istniały byty państwowe o różnym stopniu suwerenności, jak Ruś Kijowska czy kozacka Hetmańszczyzna. Zostały jednak zniszczone przez wrogo nastawionych sąsiadów lub obce inwazje: ordy mongolskie pod wodzą Czyngis-chana, katolicką Polskę czy prawosławną Moskwę.

Ukraina — „ziemia, która leży na skraju” — to bardzo odpowiednia nazwa dla państwa, które usytuowane jest na południowo-wschodniej granicy Europy, u progu Azji, na obrzeżach śródziemnomorskiego świata, po obu stronach ważnej niegdyś granicy, między lasem (gdzie można było się schronić przed niebezpieczeństwem) i otwartym stepem.

Przerywana historia ukraińskiego państwa i narodu była skutkiem położenia Ukrainy między potężnymi cywilizacjami, które nieustannie ze sobą rywalizowały. Pogańscy Słowianie, założyciele Rusi Kijowskiej, mieli wiele wspólnego z koczownikami przemierzającymi stepy południowej Eurazji. Kijów od początku miał też kontakty ze światem skandynawskich kupców i wojowników, pragnących handlować z Bizancjum i portami Morza Czarnego. Ograbienie przez Mongołów Kijowa i okolicznych ziem w XIII wieku stworzyło polityczną próżnię, którą od wschodu wypełniło zyskujące na znaczeniu moskiewskie samodzierżawie, a od zachodu rozszerzająca się Rzeczpospolita. Oba te państwa walczyły o ziemie i ludność ukraińskiej strefy granicznej.

Kozacką Hetmańszczyznę XVII i XVIII stulecia traktuje się dziś jako ukraiński złoty wiek. Rządzona była w sposób demokratyczny, co odróżniało ją od carskiej Moskwy. Sami Kozacy to zjawisko pogranicza — strzegli moskiewskich i polskich granic przed tureckim zagrożeniem z południa. Tworzyli wielonarodowościową grupę, złożoną głównie ze Słowian (dzisiejsi Rosjanie, Ukraińcy i Polacy) oraz Tatarów, a także innych ludów europejskich.

Kiedy Polska została usunięta z mapy Europy, pod koniec XVIII wieku, Ukrainę podzielono między Rosję i Austrię. Rosyjscy carowie pozbyli się wszelkich pozostałości autonomii kozackiej i zaludnili kraj własnymi chłopami i osadnikami z innych krajów, głównie z Europy Środkowej i Bałkanów. Kozackie elity szybko przeszły na służbę imperium, zwłaszcza w armii i duchowieństwie. W części Ukrainy należącej do austriackiej monarchii konstytucyjnej, czyli w Galicji i Bukowinie, aż do wybuchu I wojny światowej przetrwały język ukraiński i religia.

Pierwsza wojna światowa przyniosła straszliwe zniszczenia na pograniczu Ukrainy i Polski. Upadek imperium i walki wewnętrzne pozwoliły także na powstanie kilku nowoczesnych, choć krótkotrwałych ukraińskich rządów, w tym Ukraińskiej Centralnej Rady i Ukraińskiej Republiki Ludowej (1917—1918), Hetmanatu (1918), Dyrektoriatu (1919) oraz Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej (1918—1919). Późniejsze wojny z wrogami i wojna domowa zakończyły się jednak kolejnym rozbiorem ziem ukraińskich, tym razem między odrodzoną Polskę i nowo powstały Związek Sowiecki. Podział ten w dużej mierze przebiegał po linii starej granicy rosyjsko-austriackiej. W latach dwudziestych zarówno w państwie sowieckim, jak i w Polsce kultura i polityka ukraińska przeżywały renesans. Nasilające się represje oraz sztucznie wywołany głód na sowieckiej Ukrainie w latach 1932—1933 sprowokowały powstanie ukraińskich bojówek, zwalczających międzywojenny porządek.

Druga wojna światowa ponownie uczyniła z Ukrainy krwawe pole bitwy, tym razem między ZSRS a hitlerowskimi Niemcami. Holocaust, który ogarnął całą Europę, zdziesiątkował ukraińskich Żydów, a także Romów i inne mniejszości. Etniczni Ukraińcy i Rosjanie byli zmuszani do pracy w III Rzeszy lub okupowanej Ukrainie. 30 czerwca 1941 roku we Lwowie ogłoszono niepodległość Ukrainy, jednak rząd Jarosława Stećki działał tylko dwanaście dni, po czym polityk ten został aresztowany. Niemcy rozpoczęli represje wobec Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, aresztując około 80 procent jej działaczy, reszta rozpoczęła działalność w konspiracji.

Wyzwolenie przez Armię Czerwoną w 1944 roku przyniosło ponowne zjednoczenie kraju dzięki przesunięciu granic przedwojennej Polski. Ukraińscy partyzanci kontynuowali walkę z sowieckimi okupantami tak, jak prowadzili ją z Niemcami, zostali jednak pokonani we wczesnych latach pięćdziesiątych, a ich przywódcy zesłani do stalinowskich obozów na Syberii.

Kultura i język Ukrainy przeżyły swego rodzaju odrodzenie za rządów Nikity Chruszczowa. Ten Rosjanin z urodzenia po kolejnych stopniach kariery wspinał się jednak na Ukrainie, przyczyniając się do czystek w Kijowie i nadzorując gospodarczą odbudowę republiki. Żywił chłopskie uwielbienie do ziemi, nosił wyszywane ukraińskie koszule i podczas swoich wizyt na wsi chętnie słuchał ukraińskich pieśni. Uwielbiał głosić hasła o słowiańskim braterstwie Ukrainy i Rosji. W 1954 roku, w trzechsetną rocznicę „zjednoczenia Ukrainy z Rosją”, Ukraina na polecenie Chruszczowa otrzymała Krym (co wtedy wydawało się nie mieć realnego znaczenia, ale po latach okazało się inaczej). Wielu Rosjan twierdzi, że towarzysz pierwszy sekretarz podjął tę decyzję po pijanemu…

Następca Nikity Siergiejewicza, Leonid Breżniew, kontynuował jednak stalinowską politykę rusyfikacji, zamykając między innymi większość szkół ukraińskich. Wywołało to niezadowolenie społeczne, które wzmacniało opozycję za rządów Michaiła Gorbaczowa, w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Mimo prześladowań opozycja przetrwała, podobnie jak Kościoły unicki i katolicki.

Wstrząsem dla Ukrainy, który pobudził ją do nowej aktywności, była już w okresie pieriestrojki katastrofa w czarnobylskiej elektrowni jądrowej (1986). Władze centralne zademonstrowały typowy dla dawnych czasów styl wyciszania i załatwiania sprawy; reakcją był żywiołowy protest społeczny. We Lwowie wracano do tradycji Strzelców Siczowych, w marcu 1988 roku powstał Ukraiński Związek Helsiński (UHS). Zaczęła się odradzać ukraińska Cerkiew autokefaliczna, Kościoły unicki i katolicki. W 1989 roku powstał szeroki Ukraiński Ruch Narodowy na Rzecz Przebudowy, przekształcony w 1990 roku w Ukraińską Partię Republikańską, oraz centrowa Demokratyczna Partia Ukrainy.

W końcu w 1990 roku Rada Najwyższa Ukrainy uchwaliła ustawę o suwerenności w ramach ZSRS, a przewodniczącym został Łeonid Krawczuk, były członek sowieckiej partii komunistycznej. Jednocześnie trwały pertraktacje o nowy kształt ZSRS (Wspólnota Niepodległych Państw). W sierpniu 1991 doszło do nieudanego puczu w Moskwie, który skompromitował Gorbaczowa i doprowadził do upadku Związku Sowieckiego. 24 sierpnia Rada Najwyższa Ukrainy proklamowała pełną niepodległość i zdelegalizowała partię komunistyczną. Wybory prezydenckie jesienią 1991 roku wygrał Krawczuk, komunista orientacji niepodległościowej, a powszechne referendum zatwierdziło niepodległość. W przedterminowych wyborach prezydenckich w lipcu 1994 roku zwyciężył Kuczma. W czerwcu roku 1996 roku uchwalono konstytucję stabilizującą ustrój prezydencko-parlamentarny i podporządkowującą rząd prezydentowi. Konstytucja zatwierdziła także autonomię Republiki Krymskiej.

W 1999 roku na czele rządu stanął dotychczasowy prezes Narodowego Banku Ukrainy, Wiktor Juszczenko. Wprowadzane przez niego liberalne reformy gospodarcze wywołały opór oligarchów ukraińskich, którzy dwa lata później doprowadzili do dymisji premiera. W polityce zagranicznej Ukraina w latach dziewięćdziesiątych XX wieku dążyła do zbliżenia z Unią Europejską i NATO. W 2004 roku odbyły się wybory prezydenckie. Do drugiej tury przeszli premier Janukowycz oraz lider opozycji — Wiktor Juszczenko. Według oficjalnych danych zwyciężył w niej Janukowycz. Opozycja nie uznała tych wyników, oskarżając obóz rządzący o liczne nadużycia. Sąd Najwyższy uwzględnił te zarzuty i zarządził powtórzenie drugiej tury wyborów. 26 grudnia 2004 roku zwyciężył Wiktor Juszczenko, zdobywając 52 procent głosów. Wielotygodniowe społeczne protesty zyskały miano „pomarańczowej rewolucji”.

Zaprzysiężony w styczniu 2005 roku Juszczenko zapowiedział podjęcie starań o członkostwo Ukrainy w UE i powołał rząd z Julią Tymoszenko jako premierem. We wrześniu 2005 roku, po konflikcie w obozie władzy, premierem nowego rządu został Jurij Jechanurow. Wybory parlamentarne w marcu 2006 roku wygrało ugrupowanie Janukowycza, drugie miejsce zajęła Tymoszenko, ale do rozmów koalicyjnych przystąpiły trzy partie „pomarańczowych”, mające łącznie większość w Radzie. Po niepowodzeniu tych negocjacji i kilkumiesięcznym ostrym kryzysie politycznym premierem został Wiktor Janukowycz.

Zwycięstwo w wyborach prezydenckich w roku 2010 prorosyjsko nastawionego Janukowycza doprowadziło na przełomie 2013 i 2014 roku do protestów społecznych, organizowanych przez ugrupowania prozachodnie, zakończonych pozbawieniem go urzędu przez parlament. Na p.o. prezydenta wybrano przedstawiciela opcji prozachodniej — Ołeksandra Turczynowa, następnie Petra Poroszenkę. Ten ekonomista, biznesmen i oligarcha, nazywany „Czekoladowym Królem”, jest właścicielem największych na Ukrainie zakładów produkcji cukierniczej, firmy Roshen. W 2014 roku „Forbes” uplasował go na szóstym miejscu tworzonej przez siebie listy najbogatszych, wyceniając jego aktywa na 1,3 miliarda USD. Był na Ukrainie ministrem spraw zagranicznych w latach 2009—2010 oraz ministrem rozwoju gospodarczego i handlu w roku 2012. W 2004 roku objął kierownictwo Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony (ustąpił po kilku miesiącach na skutek konfliktu z ówczesną premier Julią Tymoszenko). W 1998, 2002 i 2006 roku uzyskiwał mandat deputowanego do Rady Najwyższej. Był jednym z przywódców pomarańczowej rewolucji, a także jednym z głównych jej sponsorów.

W odpowiedzi na takie zmiany personalne we władzach republiki siły prorosyjskie dokonały secesji Krymu i przystąpiły do prób oderwania od Ukrainy kilku południowo-wschodnich regionów.

W wielkim uproszczeniu można powiedzieć, że są dwie Ukrainy: zachodnia i wschodnia. Zachodnia (dawna Galicja, tereny, które wchodziły w skład przedwojennej Rzeczypospolitej) jest bardziej „ukraińska” niż wschodnia. Jej mieszkańcy mówią po ukraińsku, czują się Ukraińcami i są z tego dumni. Tu przetrwał duch narodu, jego kultura. Inaczej wygląda to na Ukrainie Wschodniej, terytorialnie większej niż Zachodnia. Tu mieszka ponad trzynaście milionów rdzennych Rosjan i co najmniej drugie tyle pół-Rosjan, tu rusyfikacja była bardziej intensywna i brutalna, tu Stalin wymordował niemal całą inteligencję. W latach 1932—1933 zagłodził na śmierć kilka milionów chłopów ukraińskich i kazał rozstrzelać dziesiątki tysięcy ukraińskich inteligentów. Uratowali się ci, którzy uciekli za granicę. Kultura ukraińska przetrwała silniej w Toronto i Vancouver niż w Doniecku i Charkowie.

Dzisiaj pozycja na pograniczu wciąż sprawia, że Ukraina poszukuje swego miejsca między Rosją a Unią Europejską. Te próby dzielą elity polityczne, a także znaczną część obywateli. Polska, tradycyjny rywal i władca Ukrainy, a zarazem członek Unii, okazała się jej najlepszym przyjacielem. Związki kulturowe z Rosją, obecność mniejszości rosyjskiej (szczególnie licznej we wschodniej i południowej Ukrainie) oraz zależność od rosyjskiego gazu i ropy sprawiają, że stosunki ukraińsko-rosyjskie w równym stopniu nadal będą stanowić zarówno zagrożenie, jak i szansę dla tego kraju.

Wstęp

Przez ponad pół wieku większość biografii zawodowych mistrzów wszechwag w boksie można było zwykle zacząć następującymi słowami: „Urodził się w biednej rodzinie murzyńskiej”. Z przyczyn, których tak do końca nie zdołali wyjaśnić ani znawcy pięściarstwa, ani socjolodzy, etnografowie czy historycy, korona najcięższej kategorii należała niemal nieprzerwanie do czarnoskórych. Od 22 czerwca 1937 roku, kiedy mistrzowski pas trafił w ręce „Brązowego Bombardiera” — Joe Louisa, aż do 26 czerwca roku 1999, gdy na tronie czempiona wagi ciężkiej zasiadł Witalij Kliczko, zdobywali ją przeważnie amerykańscy Murzyni. Trafiali się wprawdzie i biali, konkretnie pięciu: amerykański Włoch Rocky Marciano (23 września 1952 — 27 kwietnia 1956), Szwed Ingemar Johansson (26 czerwca 1959 — 20 czerwca 1960), Gerrie Coetzee z Republiki Południowej Afryki (23 września 1983 — 1 grudnia 1984), Francesco Damiani z Italii (6 maja 1989 — 11 stycznia 1991) i Amerykanin Tommy Morrison (7 czerwca 1993 — 29 października 1993). Jednak wszyscy — z wyjątkiem Marciano — nie zaliczali się do wielkich gwiazd pięściarstwa i szybko ten najbardziej prestiżowy w sporcie tytuł tracili.

Zaraz, zaraz… A dlaczego najbardziej prestiżowy? Zaprotestować mogą zwolennicy koszykówki, gimnastyki artystycznej czy bobslejów. Ano dlatego, że po pierwsze jest to tytuł indywidualny, na który pracuje jednostka, a nie cały zespół, a po drugie nikt nie zarabia takich pieniędzy za jeden występ. Koszykarze czy piłkarze też kasują miliony, ale by je zarobić, muszą występować kilkadziesiąt razy. Mistrz Formuły 1 może sobie przegrać ten czy ów wyścig, mistrz tenisa dostać baty na Wimbledonie czy Rolandzie Garrosie, mistrz świata wagi ciężkiej przegrać nie może. Jeżeli gwiazda lekkiej atletyki nie wygra jakiegoś biegu, nie spada od razu na dno, może łatwo zrehabilitować się za tydzień czy miesiąc. Dla mistrza świata wagi ciężkiej porażka oznacza zazwyczaj koniec. W żadnej innej dyscyplinie sportu nie jest tak bolesna. Tutaj dosłownie ma smak krwi. Jak powiedział swego czasu zapomniany już dawno austriacki reżyser filmowy Fritz Körtner: „Boks nie jest sportem. Boks to walka o życie, zawarta w dwunastu rundach”.

Podobnego zdania są również bracia Kliczkowie. „Często jestem pytany, dlaczego uprawiam boks — wyjaśnił młodszy. — I w pytaniach takich, chociaż go nie słychać, zawarte jest słowo «jeszcze». Pytający myślą, że już dawno dosyć zarobiłem. Nie twierdzę, że profesjonalni bokserzy źle zarabiają, zakładając oczywiście, że mają powodzenie. Ale zupełnie nie o to chodzi. Można by się sprzeczać, czy pieniądze mogą zrównoważyć niebezpieczeństwo, jakie grozi na ringu. Ile dolarów warte jest moje życie? Jak w każdym sporcie, także i tu chodzi o zwycięstwo albo o porażkę. Z tą jednak małą, ale istotną różnicą, że w boksie ryzykuje się nie tylko ewentualny nokaut. W boksie wszystko stawia się na jedną kartę. Nie ma drugiego miejsca. Idzie o być albo nie być, o wszystko albo nic. Jeden cios może zrujnować karierę i zniszczyć trening prowadzony całe lata. Nie chcę dramatyzować, ale jest wystarczająco dużo przykładów”.

Od lat obaj bracia są właściwie niezwyciężeni i bezkonkurencyjni, zaś Witalij, który niedawno zakończył sportową karierę, właściwie nigdy nie przegrał w ringu z przeciwnikiem. Jego dwie porażki były wynikiem kontuzji, nie wyższości rywala. W obu pojedynkach do momentu ich przerwania prowadził na punkty. A jednak są tacy — i jest ich wielu — którzy wciąż podważają bokserską klasę braci Kliczków. Że niby więcej w nich z księgowych niż z bokserów i że dobierają sobie łatwych przeciwników…

„Kliczkowie zaboksowali na śmierć królewską kategorię! — grzmi Lennox Lewis. — Czasy legendarnych walk skończyły się na dobre”. Może, ale jakich, do diabła, mają sobie wybierać przeciwników, skoro zdążyli już pozamiatać ring wszystkimi, którzy w wadze ciężkiej mieli na świecie coś do powiedzenia? Organizatorzy ich walk i specjaliści od reklamy przeżywają gehennę, bo bracia nie obrażają przed pojedynkami przeciwników, mimo wielokrotnych prowokacji nie wdają się z nimi w bójki na konferencjach i nie grożą — jak inni — że „wygryzą rywalowi wątrobę” czy „pozjadają jego dzieci”.

Synowie sowieckiego oficera, pochodzą z przyzwoitej rodziny, nie wychowywali się na ulicy, są wykształceni (obaj mają tytuł doktora), inteligentni, elokwentni, znają po kilka obcych języków, swoją popularność wykorzystują na projekty charytatywne, pomagając biednym i chorym dzieciom. Nie uczestniczą w żadnych skandalach, nie mają gromadki nieślubnych dzieci, nie klną jak szewcy i nie gwałcą panienek. Preferują tradycyjne wartości i ideały. A więc są… nudni.

I w dodatku jeszcze jest ich dwóch. Jak Kastor i Polluks, nierozłączni synowie Zeusa i Ledy z mitologii greckiej, argonauci, opiekunowie żeglarzy i żołnierzy, patroni jazdy rzymskiej. Jeden naprawia błąd drugiego, jeden drugiemu nieodmiennie asystuje w narożniku. Kto ma zamiar pokonać jednego z braci, musi posłać na deski ich obu, bo za chwilę Witalij będzie „mścił się” za porażkę Władimira lub Władimir za klęskę Witalija. Zupełnie jak Polluks, który wziął odwet za morderstwo Kastora, odrzucając następnie nieśmiertelność, aby zawsze być blisko swojego ukochanego brata w królestwie zmarłych.

„Znawcy” boksu krytykują także ich „mechaniczny” styl walki, nie doceniając ringowej inteligencji i pięściarskiego kunsztu. Zżymają się, że w stylu obu braci więcej kalkulacji niż żywiołowości i huraganowych ataków. Jakby właśnie na tym polegała bokserska sztuka… Ale to Kliczkowie schodzą zawsze z ringu jako zwycięzcy i rzadko który rywal wytrzymuje z nimi cały zaplanowany dystans. Są najlepsi na świecie. Otwartym pytaniem pozostaje tylko, który z nich jest lepszy.

Odpowiedzi mogłoby dostarczyć bezpośrednie starcie między braćmi, ale nie ma szans, żeby do tego doszło. Już przed laty obiecali mamie, że nigdy nie będą walczyć ze sobą, a w rodzinie Kliczków szanuje się dane słowo. W 2008 roku amerykański promotor walk bokserskich, Don King, zaoferował za pojedynek Witalija i Władimira sto milionów dolarów. Nie zgodzili się. Zapytany w 2015 roku w programieDan Patrick Showo to, który z nich wygrałby starcie, bezdyskusyjny król bokserskiej wagi ciężkiej, w którego posiadaniu są od 2011 roku aż trzy mistrzowskie pasy, niepokonany od przeszło dziesięciu lat Władimir Kliczko, odparł krótko i zdecydowanie: „Mój brat by wygrał”.

Podobno kiedy byli jeszcze młodymi chłopakami, ale wyglądali już jak Waligóra i Wyrwidąb, ówczesny minister obrony narodowej Związku Sowieckiego, Dmitrij Jazow, powiedział do ich ojca:

— Wy, towarzyszu generale, to jesteście strasznym leniem.

Kliczko senior zastygł w zdumieniu. Przecież całe swoje życie poświęcił służbie ZSRS, a tu taki afront… Zaczął coś tłumaczyć, a wtedy minister dokończył myśl:

— Bo gdybyście się bardziej starali, to mielibyście więcej takich synów.

Więcej? Aż strach pomyśleć, co by się działo, gdyby Witalij i Władimir mieli jeszcze jednego brata. A co dopiero kilku… Wszyscy pięściarze wagi ciężkiej na świecie musieliby chyba poszukać sobie innego zajęcia. „Bracia Kliczko to dwa pomniki, które trudno jest rozwalić” — powiedział o nich kiedyś Andrzej Gołota.

W dodatku jeszcze są przystojni. W plebiscycie urządzonym w 2012 roku przez jakąś ukraińską gazetę Witalij Kliczko został uznany za wzór męskości. Drugie miejsce zajął Władimir, a trzecie… Władimir Putin. Jako wzór kobiecości tryumfowała Julia Tymoszenko, przed Rusłaną, Ałłą Pugaczową i Angelą Merkel. Hm… No cóż… Różne gusta ludzie mają. Jak mówi stare porzekadło: ksiądz kapustę lubi, organista mięso.

***

To prawdziwy cud, że książka ta w ogóle się ukazuje. Jeden ze współautorów, Przemysław Słowiński, wydał już kilka biografii pięściarzy, kilka dalszych napisał, ale od lat leżą w szufladzie.

— Eee, o bokserach, to nie pójdzie — informują go przedstawiciele wydawnictw, do których się zwraca. Jak gdyby biografia boksera była już z samego założenia mniej ciekawa niż życiorys polityka, lekarza czy tapicera.

— Dlaczego nie pójdzie? — próbuje dociekać.

— No bo boksem mało kto się interesuje.

— O ile wiem, to muzyką poważną też się mało kto interesuje, a jednak wydaje się biografie Beethovena, Bartoka, Bacharacha, Bacha, Offenbacha i Bachledy.

— Ale o boksie nikt nie kupi.

— Skąd pan wie?

— Prowadzimy badania rynku.

— I badani jednoznacznie wskazują, że czytelnicy nie sięgną po coś, co ma jakikolwiek związek z boksem?

— No… nie…

— No to dlaczego nie chcecie państwo tego wydać?

— Mówiłem już, bo o boksie nie pójdzie.

— Ale to nie jest o boksie.

— Panie, sam pan na początku mówił, że to o boksie.

— Nic takiego nie mówiłem. Powiedziałem tylko, że to biografia boksera.

— A biografia boksera to nie jest o boksie?

— A czy biografia Van Gogha jest książką o malarstwie? Albo biografia Boya-Żeleńskiego książką o medycynie? Czy po biografie Katarzyny II sięgają tylko ludzie zainteresowani historią Rosji w drugiej połowie osiemnastego wieku? A po książki o markizie de Sade jedynie uprawiający zboczony seks?

— Nie, ale o boksie nie pójdzie. Już panu mówiłem. Do widzenia.

Kilkakrotnie w różnych wydawnictwach jakieś miłe panie udzieliły autorowi serdecznych rad na temat tego, co i jak ma pisać.

— Niech pan nie pisze o boksie. Niech pan pisze to, co ludzie chcą czytać.

— A skąd pani wie, że ludzie nie chcą właśnie przeczytać czegoś o boksie?

— Bo tym się nikt nie interesuje.

— Bzdura. Ludzie czytają to, co wy wydacie. Czy pani myśli, że w czasach, kiedy Adam Mickiewicz wydał swoje sztandarowe dzieło, społeczeństwo zgodnym chórem zadeklarowało wcześniej, że chciałoby przeczytać opowieść o ostatnim zajeździe na Litwie, żeby ta opowieść była do rymu i żeby główny bohater miał na imię Mateusz albo Tadeusz?

— No… nie. Ale o boksie nie pójdzie.

— Napisałem między innymi biografię Stanleya Ketchela. To jeden z najwybitniejszych pięściarzy w całych dziejach tego sportu, a poza tym niezwykle barwna postać. Dodatkowo jeszcze to był Polak, naprawdę nazywał się Stanisław Kiecal i…

— Nie słyszałam o takim.

— No właśnie. Więc tym bardziej warto by tak sławną postać przybliżyć polskiemu czytelnikowi.

— Eee, to nie pójdzie.

Właściciele i pracownicy wydawnictw nie słyszeli nigdy o Kiecalu, więc — podobnie jak wiele osób w analogicznej sytuacji — byli przekonani, że coś, czego oni nie wiedzą, musi być mało warte i znane jedynie paru dziwakom.

Chyba dopiero ostatnie wydarzenia polityczne na Ukrainie, z którymi głęboko związani są obaj bracia, a szczególnie Witalij, spowodowały, że na rynku ukazało się aż kilka książek o Kliczkach. A mogliśmy być pierwsi… Ale na szczęście ostatni (czy może raczej któryś tam z kolei), wcale nie znaczy najgorsi. Niech zresztą osądzą sami czytelnicy. Jedno, co możemy obiecać — życie braci Kliczków, wbrew zaprezentowanym wyżej opiniom (niektórych), w żadnym wypadku nie jest nudne.

Część I. Amatorzy

Rozdział 1

Muzeum w Wilszanach

Obwód charkowski, jeden z dwudziestu czterech obwodów Ukrainy, położony jest we wschodniej części kraju. Od północy graniczy z Rosją, od wschodu z obwodem ługańskim, od południowego wschodu z obwodem donieckim, od zachodu z obwodem połtawskim, zaś od północnego zachodu z obwodem sumskim. Jest trzecim pod względem zaludnienia obwodem Ukrainy — zamieszkuje go prawie trzy miliony ludzi, z czego ponad połowa żyje w samej stolicy, Charkowie. W mieście większość mieszkańców posługuje się językiem rosyjskim, na prowincji natomiast ludność używa dialektu zwanego surżyk, mieszanki języka rosyjskiego i ukraińskiego. Po ukraińsku surżyk (суржик) to chleb lub mąka z mieszanki różnych rodzajów ziarna. Gramatyka i wymowa pozostają ukraińskimi, podczas gdy znaczna część słownictwa zapożyczona jest z języka rosyjskiego, a liczba zapożyczeń zależy od wykształcenia i życiowego doświadczenia użytkownika. Różnymi odmianami tej gwary posługuje się 15—20 procent ludności Ukrainy.

Do lat trzydziestych XVII wieku tereny dzisiejszego obwodu charkowskiego były stosunkowo słabo zaludnione. Dopiero w czasie powstania Bohdana Chmielnickiego (1648—1657) doszło do znacznego napływu ukraińskich chłopów z obszarów objętych walkami. 18 stycznia 1654 roku na mocy ugody perejasławskiej tereny te razem z całą lewobrzeżną częścią Ukrainy zostały włączone do Rosji, co stało się przyczyną późniejszej porażki cywilizacyjnej i politycznej tego państwa. Ostatnio (2014 rok) władze pogrążonej w wojnie z Rosją Ukrainy wróciły do wydarzeń sprzed ponad trzech wieków, określając ugodę perejasławską jako błąd. Wypowiadał się w ten sposób zarówno prezydent Petro Poroszenko, jak i premier Arsenij Jaceniuk. Ukraina dokonała wtedy złego wyboru. Kierując się nienawiścią wobec Lachów, skierowała się w stronę Moskwy. Pertraktacje i wzajemne podchody, które miały ten akt wasalizacji umożliwić, trwały wiele miesięcy, by wreszcie zaprzedać kozackie dusze moskiewskiemu czartowi…

Przez kolejne trzysta czterdzieści lat opisywany obszar był silnie rusyfikowany. W połowie XVIII stulecia Charków stał się centrum administracyjnym oraz kulturalnym Imperium Rosyjskiego. W latach 1919—1934 stolica obwodu była jednocześnie stolicą Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Obwód charkowski we współczesnych granicach został utworzony 27 lutego 1932 roku. Obwody charkowski oraz kijowski były najbardziej dotkniętymi rejonami w czasach wielkiego głodu na Ukrainie.

Jeżeli ze stolicy obwodu, Charkowa, skierujemy się na północny zachód drogą T-2106, w ciągu kilkunastu minut dojedziemy do położonego w odległości dwudziestu ośmiu kilometrów miasteczka Wilszany w deracziwskim rejonie. Miasteczko liczy 7252 mieszkańców. Przepływają przez nie dwie rzeczki: Kriworotiwka, zwana przez miejscowych — diabli wiedzą dlaczego — Necwitaj, oraz Łosik. Niewiele tu atrakcji dla turystów. Stara drewniana cerkiew pod wezwaniem Świętego Mikołaja z 1753 roku, zabytkowy budynek Banku Ziemskiego z 1912 roku i Szkoła Ziemska z roku 1910. No i jeszcze coś, co zainteresuje głównie wielbicieli boksu, chociaż nie tylko — muzeum braci Kliczków w białym dworku z wielkimi oknami.

Od czasu, kiedy Witalij i Władimir zyskali światową sławę, gromadzi się tam szereg związanych z nimi przedmiotów. Do najcenniejszych eksponatów należą rękawice i bokserskie spodenki, które starszy z braci podarował placówce podczas jednej z wizyt. A także połamane krzesło, na którym usiadł kiedyś Witalij, odwiedzając rodzinne strony. Mebel nie był w stanie utrzymać takiego ciężaru i — podobnie jak jego rywale — padł pod naporem olbrzyma. Tyle że rywale padli pod ciosami pięści, krzesło zaś… wiadomo pod naporem czego. W pierwszej izbie zobaczyć można przedmioty codziennego użytku, ilustrujące życie w czasach, kiedy w miasteczku, właściwie wtedy jeszcze wsi, żyli ich przodkowie.

No właśnie, przodkowie. Dla biografa rzeczą wielkiej wagi jest oprawione w drewniane ramy znajdujące się w muzeum drzewo genealogiczne rodziny Kliczków. Zacznijmy więc tę opowieść od przodków…

Kozacy

Kozakami nazywano ludność naddnieprzańską, która początkowo na okres letni udawała się nad dolny Dniepr, zajmując się łowiectwem i rybołówstwem, a po części i rozbojami przeciwko karawanom kupieckim czy pogranicznym osadom tatarsko-tureckim. Z czasem ludność ta zaczęła się zajmować także i uprawą roli. W celach obronnych przyjęła specjalną formę organizacji wojskowej, z podziałem na tak zwane pułki. Dowództwo mieściło się na jednej z wysp Zaporoża, mianowicie na Siczy. Skład społeczny kozaczyzny był dość różnorodny, podobnie jak jej skład narodowościowy. Zasadniczą podstawę tworzyło chłopstwo ruskie i ukraińskie, zbiegali wszakże na te tereny także chłopi białoruscy, polscy i wołoscy, przybywali mieszczanie, a nawet szlachta.

Słowo „Kozak” lub „Kazak” według Aleksandra Brücknera jest pochodzenia tatarskiego i „wykłada się jakoby: chudy pachołek, zdobyczy sobie szukając, nikomu poddany, za pieniądze komu chce służy”. Wszelkie nazwy starszeństwa (ataman, asawuła itd.), broni, ubioru, koni, żywności, urządzeń (np. kureń) były u Kozaków tatarskie. Słowo „Kozak” zostało po raz pierwszy zanotowane w łacińsko-persko-kipczackim rękopisieCodex Cumanicus, spisanym w Kaffie pod koniec XIII wieku. W kodeksie oznaczało ono stróża, wartownika. W wielu językach tureckich słowem tym nazywano najemników, żołnierzy, rozbójników stepowych, a szerzej — wygnańców, bezdomnych, awanturników. Kozaków zbójników odnotowano w Polsce pierwszy raz w roku 1388, zapisano również, że uchodzili za mahometan. Jan Długosz pierwszy raz określił ich tatarską nazwą zbiegów i zbójów. W najstarszych spisach u większości Kozaków występują nazwiska tatarskie. Aż do końca XVI wieku „kozactwo” oznaczało zajęcie, a nie status społeczny. Dzielili się na: dunajskich, zaporoskich (hetmańskich), dońskich, kubańskich, terskich, astrachańskich, uralskich (jaickich), Siedmiorzecza, orenburskich, syberyjskich, nadbajkalskich, amurskich, ussuryjskich, nadbużańskich, czarnomorskich i azowskich.

Kozacy nie uznawali nad sobą żadnej zwierzchności feudalnej. Liczyli się tylko z wybranymi przez siebie przywódcami, rekrutującymi się najczęściej z zamożniejszej części kozaczyzny. Liczebność Kozaków stale wzrastała. W końcu XVI wieku było ich kilkanaście tysięcy, w pierwszej połowie XVII już kilkadziesiąt tysięcy. Stanowili groźną i niebezpieczną siłę, był to bowiem element bitny, dobrze wykształcony w wojennym rzemiośle. Szczególnie piechota kozacka była wysoko ceniona. Dobrze opanowali także sztukę posługiwania się taborem oraz fortyfikowania swych obozów. Kunszt wojenny rozwinęli przede wszystkim w częstych starciach z Tatarami i Turkami. Od końca XVI wieku urządzali wypady na swych łodziach, zwanych czajkami, na osady położone nad brzegami Morza Czarnego. Brali też udział w wojnach toczonych przez Polskę z Krymem, Portą, a także Szwecją i Rosją.

Życie i obyczaje kozackie, odmienne swą surowością i rygorem żołnierskim od życia innych warstw ludowych, nie pozostawały bez wpływu na nie. Przez tereny ruskie w postaci choćby pieśni i tańca czy opowiadanych legend wzory te rozprzestrzeniały się na ziemie polskie, nie tylko do chłopów, ale także mieszczan, a nawet szlachty. Szczególnie jednak ważne było to, że Kozacy ze swym umiłowaniem wolności i wrogością wobec każdej formy ucisku, ze swą legendarną bitnością, stanowili niebezpieczny ze szlacheckiego punktu widzenia wzór dla chłopstwa.

Powstanie kozaczyzny, jako dynamicznej siły społecznej i militarnej, w słabym tylko stopniu zależnej od władzy centralnej Rzeczypospolitej, stało się elementem destrukcyjnym wobec szlacheckiego państwa. Szlachta stanęła przed problemem, którego nie umiała rozwikłać. Odrzuciła rozwiązania krańcowe, którymi była albo całkowita likwidacja kozaczyzny, albo zrównanie jej w prawach ze szlachtą.

Zlikwidowanie kozaczyzny, czego domagała się Turcja, byłoby rozwiązaniem niekorzystnym dla obronności Rzeczypospolitej na południowym wschodzie. Kozacy stanowili potężną przeciwwagę Krymu i choćby z tego względu trudno było z nich zrezygnować, nie mówiąc o użyteczności przy innych konfliktach wojennych. Nobilitacja czy nadanie uprawnień bliskich szlacheckim przynajmniej zamożniejszej części kozaczyzny, dążącej do odcięcia się od ogółu, godziłoby w interesy szlachty i magnatów, oznaczałoby bowiem stworzenie wielkiego wyłomu w zakresie niedostępności stanu szlacheckiego. Dla magnaterii zaś równałoby się to nie tylko groźbie podważenia jej przewagi na obszarze, który stanowił główną bazę jej wpływów, ale i zagrożeniu jej stanu posiadania w słabo skolonizowanych królewszczyznach.

Dopiero po poniesionych klęskach, kiedy było już za późno, szlachta zgodziła się na to rozwiązanie, najkorzystniejsze dla Rzeczypospolitej, które zmieniało układ sił w klasie panującej, otwierało nowe perspektywy dla ludności ruskiej, wreszcie wzmacniało militarnie i podnosiło prestiż międzynarodowy polskiego państwa.

Przyjazny Kozak. Pisownia. Antenaci

Do dnia dzisiejszego Ukraińcy dumni są ze swego kozackiego pochodzenia. W starych balladach i heroicznych pieśniach sławią Kozaków jako wolnych wojowników i szlachetnych rabusiów. Do kozackiego mitu nawiązuje nawet ukraiński hymn, zacytowany na początku tej książki: „Pokażemy, żeśmy bracia, z kozackiego rodu”.

Według rodzinnej legendy kozacki przodek obu mistrzów pięści założył ponad trzysta lat temu chutor niedaleko wspomnianej miejscowości Wilszany. Chutor toodosobniony, najczęściej niewielki punkt osadniczy. Znaczenie tego słowa zmieniało się w różnych okresach historycznych. W XVI i XVII wieku mianem chutoru określana była jednozagrodowa osadnicza posiadłość wiejska na słabo zaludnionych obszarach Ukrainy i Rosji, położona pośród pól lub stepów, złożona z jednego lub kilku zabudowań, ale stanowiących jedno gospodarstwo. W późniejszym okresie chutor oznaczał także przysiółek, osiedle albo stanicę kozacką. Na terenach Polski do pewnego stopnia (w zakresie odosobnienia, rzadziej rozmiarów) chutorowi odpowiadała nazwa „folwark”.

W każdym razie prapradziadek był człowiekiem wesołym i towarzyskim, nudzącym się strasznie w położonej na uboczu posiadłości. Poza tym potrzebował rąk do pracy. Dlatego też, stojąc przy głównym trakcie, zapraszał do siebie przejeżdżających obok jeźdźców i woźniców, zachęcając do osiedlenia się na jego ziemiach. Wołać (zapraszać) po ukraińsku znaczy кликати, a wymawia się je klykaty [klykátye]. Chutor niedługo potem nazwano Klyczkowym, a sam przyjazny Kozak otrzymał nazwisko Klyczko.

No właśnie… Jak więc prawidłowo brzmi nazwisko obu braci, bohaterów tej książki: Kliczko, Kłyczko, a może Klyczko? Denerwujące jest zapisywanie przez rozmaitych polskich dziennikarzy ukraińskich czy rosyjskich nazwisk w transkrypcji… angielskiej. Na przykład Nikolay Valuev (Nikołaj Wałujew — Николай Валуев) — rosyjski bokser, były dwukrotny zawodowy mistrz świata organizacji WBA w kategorii ciężkiej. Jak powiedział już dawno, dawno temu pewien poeta: „Polacy nie gęsi…”. Nie ma najmniejszego powodu, aby w ten sposób zapisywać nazwiska naszych wschodnich (i północnych obecnie — obwód kaliningradzki) sąsiadów. Wręcz przeciwnie, istnieje cały szereg przyczyn, dla których robić tego nie należy.

***

Chcąc zatem problem wyjaśnić, autorzy zwrócili się z pytaniem do specjalistów.

„Międzynarodowa transliteracja, jakby nie uznając ukraińskiego «и» (i) jako «y» (igrek), zmienia je na rosyjskie «i» (и) — wyjaśniła Iwona Hunanová1. — Najlepiej byłoby zapytać panów Witalija i Władimira Kliczków (Кличко), czy czują się «Kliczkami» czy też «Klyczkami», względnie «Kłyczkami», ponieważ z tymi Ukraińcami to nigdy nie wiadomo. Z punktu widzenia transkrypcji fonetycznej tzw. publicznej po polsku powinno się zapisać to nazwisko Klyczko (nie Kliczko), jednak chyba zostałabym przy powszechnie znanej formie tego nazwiska, ponieważ obydwaj rozmawiają raczej po rosyjsku (przynajmniej w czasach, kiedy dopiero stawali się sławni, rozmawiali po rosyjsku), stąd według mnie forma Kliczko, a nie Klyczko ani też Kłyczko…”.

Podobnego zdania jest pani Marlena Zimna2. Obszerne fragmenty jej listu dotyczącego wymienionego zagadnienia zamieszczamy dalej.

„Jeszcze kilka miesięcy temu ochoczo dołączyłabym do Pana krucjaty przeciwko tym naszym rodakom, którzy słowiańskie nazwiska zapisują na wzór amerykański. Niestety, kilka miesięcy temu skapitulowałam w swej własnej wojnie z nimi. Może dlatego, że zabrakło mi Pana jako sojusznika w tej batalii. Jestem z natury nadzwyczaj spokojnym człowiekiem, lecz do szewskiej pasji doprowadzało mnie zapisywanie rosyjskich nazwisk właśnie zgodnie z bulwersującą i Pana, jakże powszechną, tendencją. Nie mogłam pojąć, w jakim celu dziennikarze piszą Mark Taimanov, skoro można bez problemu napisać Mark Tajmanow3. Amerykanie, pisząc Taimanov, piszą, rzecz jasna, prawidłowo, w ich przypadku jest to całkowicie uzasadnione. Na cóż jednak nam taka pisownia?

Szczególnie zaś irytował mnie fakt, iż normy te stosowano nad wyraz wybiórczo. A przecież ortografia rządzi się ściśle określonymi prawami. Mamy w niej reguły (i nieliczne wyjątki), a reguły te są zunifikowane. Nie mogą obowiązywać selektywnie. A zatem skoro Taimanov, Valuev czy Fedor Emelianenko, to dlaczego nie Vladimir Vysotsky? Dlaczego nie Anton Chekhov?

Długo konsekwentnie broniłam swych racji, dopóki nie nastał czas, aż przyszło mi zacytować Włodzimierza Wysockiego — Но понял я: не одолеть колосса. Ja również zrozumiałam, iż tego kolosa nie pokonam. Tej hydrze nad wyraz szybko odrastają głowy. Kiedy prawidłowa pisownia rosyjskich (także ukraińskich czy białoruskich nazwisk) zaczęła utrudniać życie mnie samej, a nawet prowadzić do nieporozumień, poddałam się. Po raz pierwszy na naszej stronie internetowej, w zakładce poświęconej festiwalowi [filmów o Włodzimierzu Wysockim, organizowanemu corocznie w Koszalinie], goście z Rosji przedstawieni zostali kilka tygodni temu według ortografii angielskiej. Gdy bowiem dostarczałam do hotelu listę gości, panie w recepcji zapewniały mnie, iż na przykład wpisany przeze mnie na listę Pan Jedwokimow na festiwal nie przyjechał, przyjechał natomiast Pan Evdokimov, dla którego, niestety, nie zarezerwowano pokoju, bowiem nie umieściłam jego nazwiska na liście. Trudno mi było wyjaśnić, iż mówimy o jednej i tej samej osobie. Nie przyjechał Pan Siemionow, którego przyjazd zapowiedziałam, przybył natomiast Pan Semenov, dla którego pokoju brak. […] Podobnie rzecz się miała w biurach lotniczych, tam zresztą w ogóle królowała pisownia angielska, bowiem zapis «w bilecie» musi być zgodny z zapisem w paszporcie, a Rosjanie w swych paszportach zapisują nazwiska zgodnie z ortografią angielską. I tak oto w roku 2014 ostatecznie skapitulowałam. Ale choć wywiesiłam białą flagę, to nadal piszę Włodzimierz Wysocki, jeszcze nie zdobyłam się na wariant Vladimir Vysotsky […].

Zresztą można się w ich postępowaniu doszukać pewnej reguły (jako filolog usiłuję jednak znaleźć racjonalne wytłumaczenie). Nazwiska bardzo znanych osób, zakorzenione w polskiej świadomości, zapisujemy zgodnie z polskimi normami (Wysocki, Czechow, Dostojewski, Breżniew etc.), nazwiska osób mniej znanych zapisywane są «z angielska». A czasem i «z francuska». Prowadzi to do wielu zabawnych nieporozumień, gdy na przykład młodzi Polacy biorą do ręki pocztówkę z reprodukcją i czytają na odwrocie: «Wielki rosyjski malarz Iwan Chichkine»… Po prostu są przekonani, że personalia «Ivan Chichkine» należy po polsku przeczytać właśnie w ten sposób. Skąd mają wiedzieć, że chodzi o Szyszkina? […]

Wróćmy jednak do panów Kliczko. Ostatnio modny staje się wariant «Kłyczko», co wydaje mi się «przekrętem w drugą stronę», ale dowodzi dość skutecznych działań pewnych kręgów (lobby ukraińskiego?), narzucających nam ten wariant. […] U nas zaczęto lansować wariant „Kłyczko”, co, przyznam, wygląda w mych oczach dość zabawnie, bowiem choć jest bardzo zbliżone do ukraińskiej wymowy, po ukraińsku nazwisko zapisujemy jako «Kliczko»:  Віталій Володимирович Кличко, Володимир Володимирович Кличко. Może jednak Polakom forma «Kliczko» wydaje się za mało ukraińska? […]

Pisownia «Kliczko» najwyraźniej wydaje się niektórym nazbyt polska, za mało ukraińska, lansują zatem wariant «Kłyczko», choć Ukraińcy piszą: «Кличко», czyli «Kliczko» (jak wymawiają to już inna sprawa, brzmi to jak: Кльічко). Akcent w ukraińskim pada, oczywiście, na ostatnią literę nazwiska — KliczkO. Nie można wykluczyć, iż niegdyś nazwisko to zapisywano na Ukrainie jako «Kłyczko», ale ponieważ rolę lingua franca pełnił za naszą wschodnią granicą język rosyjski, zapisano je w odniesieniu do przodków bokserów jako «Kliczko» i tak już zostało (i jest to pisownia prawidłowa). Na Ukrainie nawet w obrębie jednej rodziny zdarzają się różnice w pisowni tego samego nazwiska, na przykład: Литвин — Літвін, czy Литовченко — Літовченко.

Co do znaczenia… Czasownik «кликати» znaczy «wołać», za jego synonim można uznać czasownik «звати» [zwaty], tyle że ten ostatni jest bardziej neutralny, zaś «кликати» ma zabarwienie bardziej potoczne […]. Jaka jest natomiast geneza nazwiska «Kliczko», to sprawa wcale nie tak jednoznaczna, jak mogłoby się wydawać. Jedni uważają, że nazwisko «Kliczko» wywodzi się właśnie od wspomnianego wyżej czasownika «wołać», a nawet od rzeczownika «Клик» lub «Клич», w czym z kolei można doszukiwać się związków ze znaczeniem: krzykacz (coś jak rosyjski горлопан [gorłopan] — ktoś, kto stale krzyczy, kłóci się, wyraża niezadowolenie), a nawet ze słowem «beksa» — w odniesieniu do dziecka, które często płacze, przywołuje rodziców. Nie brak również teorii, iż nazwisko «Kliczko» wywodzi się od słowa «клык» [kłyk] (kieł), tyle że malutki, czyli «клычок» [kłyczok]. Przy czym jedni chcieliby widzieć w znaczeniu «Клычко» [Klyczko] (od słowa «клык» [kłyk]) pogardliwe określenie osoby młodej, niedojrzałej, coś jak smarkacz, wyrostek, szczeniak. Inni uważają je za zupełnie neutralne «Клычко» [Kłyczko] — syn «Клыка» [Kłyka], jak «Рак» [Rak] — «Рачко» [Raczko], «Бык» [Byk] — «Бычко» [Byczko].

Istnieje i trzecia teoria, iż nazwisko pochodzi od regionalnego «кличить» [kliczit’] w znaczeniu «хромать» (kuleć). Niestety, jak bywa w filologii, a ściślej w lingwistyce, w dyskusjach na wiele tematów (na przykład: język czy dialekt?) dominujące okazują się względy wcale nie naukowe, lecz polityczne (i im podobne). Tak rzecz się ma z językiem śląskim (narodowością śląską) w Polsce. Jak to ujął urodzony w Rosji (obecnie jest to teren Łotwy) amerykański lingwista Max Weinreich: «Język to dialekt z armią i flotą». W poszukiwaniu genezy nazwiska «Kliczko» jedni chcą za wszelką cenę doszukać się znaczeń «bohaterskich», inni znaczeń «dyskredytujących». I ma to, niestety, niewiele wspólnego z lingwistyką”.

***

W końcu założyciel chutoru na pustkowiu znalazł sobie żonę, spłodził z nią dzieci i taki był początek wielopokoleniowej rodziny Kliczków. O tych pokoleniach niewiele wiadomo, aż do czasów Piotra i Anny Kliczków, pradziadków Witalija oraz Władimira. Piotr był skromnym szewcem. Z jego pięciorga dzieci dwoje (Andrij i Fedoria) zmarło z głodu. Jewdocha została podczas okupacji wywieziona na przymusowe roboty do Niemiec. Po wojnie wróciła do domu jako fizyczny i psychiczny wrak. Najstarszy, Fiedor, został przez władzę sowiecką przesiedlony do Kirgistanu. Tam ożenił się z kobietą o imieniu Dunka i… ślad po nim zaginął.

Pozostał Rodion, drugi syn Piotra i Anny, dziadek bokserów, urodzony w roku 1910. Ten z kolei został milicjantem. W latach trzydziestych spotkał mądrą i śliczną Tamarę Jefimownę Etinson, nauczycielkę w wiejskiej szkole. Podobno połączyła ich miłość od pierwszego wejrzenia. Młodzi pobrali się i zamieszkali w rodzinnym domu Tamary, w Smiłej nad Taśminą (dopływem Dniepru). Smiła to obecnie siedemdziesięciotysięczne miasteczko w obwodzie czerkaskim. Teść Rodiona, Jefim Etinson, urodził się w 1887 roku w obwodzie kijowskim, z tego samego rejonu pochodziła jego żona, Rachel Mendelewia (ur. 1887). Do czasu rewolucji bolszewickiej rodzina Rodiona posiadała w Smiłej niewielki młyn. W 1931 roku dwudziestojednoletni dziadek Witalija i Władimira wstąpił dobrowolnie do Armii Czerwonej, a dwa lata później zasilił szeregi NKWD, jako pracownik biura przepustek. Te przepustki wystawiał obywatelom imperium, którzy bez nich nie mogli swobodnie poruszać się po kraju, nawet przekroczyć granic okręgu, w którym zamieszkiwali. „Bądź pochwalona, ojczyzno nasza wolna, przyjaźni ludów dająca nadzieję siło!” — głosiły słowa sowieckiego hymnu.

Hołodomor

Służba w NKWD pozwoliła dziadkowi Rodionowi i jego rodzinie uniknąć w znacznym stopniu skutków głodu, jaki rozpętał tam w tym czasie Józef Stalin. Być może właśnie dlatego zasilił szeregi organizacji, o której parę słów więcej za chwilę.

W roku 1929 Komitet Centralny partii bolszewickiej podjął uchwałę dotyczącą przymusowej kolektywizacji gospodarstw rolnych na Ukrainie. Od początku 1930 roku zaczęto wprowadzać ją w życie. Gospodarkę uspołecznioną zamierzano wprowadzić tam zarówno w przemyśle, jak i w rolnictwie. W odpowiedzi na tę politykę, bezwzględnie egzekwowaną przez organy państwowe Związku Sowieckiego, inarzucanie chłopom obowiązkowych nieodpłatnych kontyngentów z produktami rolnymi w wymiarze przekraczającym możliwości produkcyjne wsi 28 listopada 1932 roku Biuro Polityczne Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Ukrainy wydało zakaz zabraniający wywożenia z kołchozów zboża przeznaczonego na zasiewy, a zebrane nakazało zwrócić kołchozom.

Reakcja władz w Moskwie nastąpiła bardzo szybko. Już 20 grudnia przyjechał na Ukrainę Łazar Kaganowicz, osobisty wysłannik Józefa Stalina, żądając uchylenia tego zakazu. Władzom lokalnym polecono w ciągu pięciu najbliższych dni wywieźć w ramach wywiązania się z obowiązkowego kontyngentu całe pozostające jeszcze w kołchozach zboże, w tym również przeznaczone na zasiewy. Każdy, kto śmiałby sprzeciwić się temu zarządzeniu, miał zostać aresztowany i postawiony przed sądem. Wszystkich przewodniczących kołchozów i inne osoby odpowiedzialne ostrzeżono, że jeżeli po upływie wskazanego terminu w ich gospodarstwach znajdą się jeszcze jakieś niewywiezione zapasy, zapłacą za to głową.

Nic dziwnego, że wszyscy lokalni działacze rzucili się szukać ukrytych rezerw. Nic dziwnego również, iż w sytuacji pozbawienia chłopów zboża przeznaczonego na ponowny zasiew, a także niezbędnego do wyżywienia ich rodzin, na całym terytorium ówczesnej Ukraińskiej SRS (dzisiejsza Ukraina wschodnia i centralna) doszło wkrótce do klęski głodu. Nastąpiła fala migracji, na którą władze odpowiedziały wprowadzeniem paszportów i zakazem podróży koleją. W wyniku hołodomoru zginęła znacząca część populacji Ukrainy; wiele wsi wymarło w całości. Powszechnie dochodziło nawet do aktów kanibalizmu.W najgorszym okresie umierało dwadzieścia pięć tysięcy ludzi dziennie.

Zarówno na Ukrainie, jak i w innych republikach Związku Sowieckiego obowiązywało wówczas prawo pozwalające na rozstrzelanie człowieka, który ośmielił się zabrać z pola kołchozowego choćby jeden kłos.Wielkim nieszczęściem Ukraińców było to, że uprawiali oni wyjątkowo żyzne ziemie, pozwalające zbierać bardzo duże plony. Władze sowieckiej Rosji uznały więc, że poprzez stosowanie przymusu wobec rolników i kolektywizację tamtejszych terenów można nie tylko wyżywić część pozostałych republik sowieckich, ale dodatkowo jeszcze wysyłać zboże na eksport, co w wydatny sposób miało pomóc w procesie industrializacji sowieckiego państwa w latach trzydziestych.

Większość oddziałów ściągających kontyngenty pochodziła z jednostek NKWD.Żołnierze byli odkarmieni, dobrze uzbrojeni, ubrani w porządne mundury i dowodzili nimi brutalni, silnie umotywowani ideologicznie oficerowie. Mimo to potworne sceny matek umierających z wygłodzonymi dziećmi w ramionach i przypadki kanibalizmu sprawiały, że nawet ci oficerowie po powrocie z rekwizycji popełniali samobójstwa lub wpadali w obłęd.

Według różnych szacunków przez zbrodniczą decyzję komunistycznych władz, za którą stał sam Józef Stalin, ogółem w latach 1921—1947, wskutek następujących po sobie trzech klęsk głodu (1921—1923, 1932—1933 oraz 1946—1947), życie straciło około dziesięciu milionów mieszkańców Ukrainy. Wywołany kolektywizacją głód spowodował również wiele ofiar poza Ukrainą, na Kubaniu, na Powołżu, w Zachodniej Syberii i w Kazachstanie, nie ulega jednak najmniejszej wątpliwości, że Ukraina zapłaciła za tę klęskę zdecydowanie najwyższą cenę. Świat nie zauważył tego albo też udawał, że nie widzi.

Aż do upadku sowieckiego imperium, czyli przez prawie sześćdziesiąt lat, komunistyczna władza zaprzeczała faktom, że ogromna część ludności ZSRS zmarła wskutek głodu. Utajniono na przykład wyniki spisu ludności z 1937 roku, okłamywano też zachodnich dziennikarzy i polityków. Odpowiednio przygotowywano nieliczne wizyty gości z zagranicy. Po powrocie z Ukrainy, latem 1933 roku, lider francuskiej Partii Radykalnej, Édouard Herriot, opowiadał publicznie o „wspaniale nawodnionych i uprawianych kołchozowych warzywnikach” i „zdecydowanie wspaniałych żniwach”: „Przejechałem całą Ukrainę — twierdził — i ręczę wam, że widziałem ją podobną do przynoszącego obfite plony ogrodu”. W rezolucji uchwalonej 2 kwietnia 2008 roku Duma Federacji Rosyjskiej sprzeciwiła się uznaniu wielkiego głodu za zbrodnię ludobójstwa.

NKWD

Istniejący pod tą nazwą w latach 1917—1946 Ludowy Komisariat Spraw Wewnętrznych (ros. Народный комиссариат внутренних дел — Narodnyj komissariat wnutriennich dieł) był centralnym organem państwowym (ministerstwem) wchodzącym w skład Rady Komisarzy Ludowych — rządu Związku Socjalistycznych Republik Sowieckich. Jakby kto nie wiedział (szczególnie młodsi czytelnicy), nazwa NKWD jest w potocznym rozumieniu synonimem wszelkich zbrodni dokonanych przez Sowietów.

Początkowo NKWD zajmował się głównie sprawami administracyjno-porządkowymi. Od roku 1934 rola Komisariatu wzrosła jednak znacznie, po reorganizacji polegającej na wcieleniu do jego struktur OGPU (Objedinionnowo Gosudarstwiennowo Politiczeskowo Uprawlenija — Zjednoczonego Państwowego Zarządu Politycznego), działającej w latach 1922—1934 sowieckiej policji politycznej, zajmującej się również wywiadem i kontrwywiadem. Na czele NKWD stanął wtedy Gienrich Jagoda. Jego „rządy” stanowiły jeden z elementów przygotowań Józefa Stalina do wielkiej czystki z lat 1936—1939, która pochłonęła co najmniej dwadzieścia milionów istnień ludzkich, a z ofiarami lat 1917—1934 (wojna domowa, głód w 1921 roku, kolektywizacja i wielki głód 1932—1933) w sumie czterdzieści milionów ludzi — aresztowanych, rozstrzelanych, uśmierconych gazami bojowymi (powstanie tambowskie), zamęczonych pracą w łagrach i zagłodzonych na śmierć.

NKWD skupił cały aparat represji policyjnych ZSRS — od milicji kryminalnej, poprzez wywiad i kontrwywiad, wojska ochrony pogranicza, administracyjne sądownictwo doraźne (trójki NKWD), po system obozów koncentracyjnych i pracy przymusowej Gułag. Komisariat nadzorował również lokalne instytucje rządowe. W 1946 roku przemianowany został na Ministerstwo Spraw Wewnętrznych ZSRS.

Komisariat stał się głównym narzędziem, którym władze sowieckie posłużyły się do ogromnych represji wobec własnych obywateli, także poza granicami kraju, jak również masowych deportacji różnych narodowości, w tym Polaków. To właśnie organy NKWD dokonały zbrodni katyńskiej — mordu jeńców, oficerów Wojska Polskiego w 1940 roku, oraz masowych rozstrzeliwań Polaków po wojnie. Przez więzienie NKWD w Zamku Lubelskim przeszło do 1954 roku około trzydzieści pięć tysięcy Polaków, z których trzystu trzydziestu trzech zostało zamordowanych.

22 czerwca 1941 roku Biuro Polityczne Komunistycznej Partii Białorusi podjęło uchwałę, zobowiązującą NKWD BSRS do wykonania wyroków śmierci na przebywających w więzieniach zachodnich obwodów Białorusi. Dwa dni później szef NKWD, Ławrientij Beria, polecił rozstrzelać wszystkich więźniów, wobec których toczyły się śledztwa, oraz skazanych za „działalność kontrrewolucyjną”, „sabotaż gospodarczy”, „dywersję” i „działalność antysowiecką”. Uruchomiło to lawinę zbrodni. Według danych sowieckich z 10 czerwca 1941, a więc niemal w przededniu agresji niemieckiej, w kresowych więzieniach przebywało około czterdzieści tysięcy osób. Łącznie zamordowano około trzydzieści pięć tysięcy. W ciągu zaledwie jednego tygodnia, w czerwcu 1941 roku, NKWD wymordowało w więzieniach 14 700 więźniów. Na szlakach ewakuacyjnych zmarło ich przeszło dwadzieścia tysięcy.

W latach 1938—1941 NKWD ściśle współpracowało z gestapo w zakresie likwidacji podziemia i opozycji politycznej na terenach okupowanych przez ZSRS i III Rzeszę.

Tak na marginesie… 11 sierpnia 2012 roku przypadła siedemdziesiąta piąta rocznica najbardziej zbrodniczego w historii rozkazu mordowania Polaków. Rozkazu nr 00485. wydanego przez szefa NKWD w latach 1936—1938, Nikołaja Jeżowa, ze względu na okrucieństwo i niski wzrost (153 cm) zwanego „Krwawym Karłem”, w wyniku którego rozstrzelano 111 091 naszych rodaków. Pięć razy więcej niż na podstawie rozkazu katyńskiego! Kto dziś o tym pamięta? Ponad sto tysięcy ludzi zginęło, bo Polska przeszkadzała w realizacji imperialnej ekspansji potężnego sąsiada…

Wojna

Dziadek Rodion ukończył szkołę podoficerską Ministerstwa Spraw Wewnętrznych w Połtawie i został kierownikiem wydziału przepustek w Perejasławiu Chmielnickim, niewielkim mieście położonym na wschód od Kijowa. Miejscowość ta ściśle połączona jest z losami rodziny Kliczków. Tam w 1938 roku urodził się syn Rodiona, Władimir, tam też wiele lat później, na Uniwersytecie imienia Hryhorija Skoworody, studiowali jego wnukowie: Witalij i Władimir. W archiwach zachował się dokument mówiący o tym, jak to po narodzeniu syna Rodion Kliczko uczcił jego przyjście na świat wielodniowym pijaństwem, w wyniku czego został skazany na dziesięć dni aresztu za niedopełnienie obowiązków.

17 września 1939 roku o godzinie trzeciej rano wojska dwóch frontów, białoruskiego i ukraińskiego, przekroczyły granicę Rzeczypospolitej Polskiej. Celem tej operacji było szybkie opanowanie wschodnich województw Polski po ustaloną w tajnym protokole niemiecko-sowieckim (tak zwanym pakcie Ribbentrop—Mołotow) linię Narwi, Wisły i Sanu. Zajęte przez Armię Czerwoną ziemie II Rzeczypospolitej zostały włączone do Białoruskiej bądź Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej. Wszystkim mieszkańcom nadano obywatelstwo sowieckie i przeprowadzono pobór do wojska.

W dniu rozpoczęcia inwazji wezwano ambasadora RP w Moskwie, Wacława Grzybowskiego do Komisariatu Spraw Zagranicznych ZSRS, gdzie przedstawiono mu notę stwierdzającą, że państwo polskie przestało istnieć, a zawarte przez to państwo układy straciły moc. Dlatego rząd ZSRS polecił swojemu wojsku przekroczyć granicę i wziąć pod opiekę życie i majątek ludności zachodnich części Białorusi i Ukrainy. Ambasador, uznając treść noty za sprzeczną z faktami, odmówił jej przyjęcia. Wówczas wrzucono ją do skrzynki na listy w polskiej ambasadzie. Wiaczesław Mołotow przekazał ją do wiadomości innym ambasadom z wyjaśnieniem, że akcja Armii Czerwonej nie może być interpretowana jako odejście od sowieckiej neutralności.

Sowiecka agresja zbrojna była dla władz polskich całkowitym zaskoczeniem. Granica wschodnia była praktycznie bezbronna. Obsadzały ją tylko słabe oddziały Korpusu Ochrony Pogranicza, który większość swych sił skierował do walki z Niemcami.

Zgodnie z otrzymanym rozkazem podporucznik NKWD, Rodion Kliczko, udał się na Wołyń, gdzie — zgodnie z zapisem w dokumentach — „w rejonie między Łuckiem a Lublinem brał aktywny udział w przesiedlaniu nacjonalistów i Polaków”.

Wygodne i spokojne życie Rodiona i Tamary zakłócił niejaki Adolf Hitler. Jak mówi stare porzekadło: „nosił wilk razy kilka…. Tuż przed świtem 22 czerwca 1941 roku wojska niemieckie uderzyły na Związek Sowiecki. Rozpoczęła się realizacja długo przygotowywanego przez hitlerowców planu „Barbarossa”. Państwo Stalina było zupełnie nieprzygotowane do wojny, a przynajmniej do wojny z tak potężnym przeciwnikiem. Szybko wyjaśniło się, że męstwo żołnierza dawnego typu — człowieka ogromnego wzrostu, wąsatego i o bohaterskiej prezencji, umiejącego galopować, rąbać i nie kłaniać się kulom — zupełnie się przeżyło. Na pierwsze miejsce w nowoczesnej wojnie zostały wysunięte sprzęt techniczny i organizacja tyłów. Od żołnierzy wymagano przede wszystkim, żeby z uporem i posłusznie umierali w miejscach wyznaczonych przed dowódców na mapie.

Zdezorganizowana Armia Czerwona, pozbawiona w wyniku czystek najzdolniejszych oficerów, zupełnie nie potrafiła przeciwstawić się niemieckiej machinie wojennej, odnoszącej sukcesy na trzech frontach. W ciągu czterech miesięcy wróg przemaszerował przez państwa bałtyckie, zdobył Mińsk i Smoleńsk, obległ Leningrad, zajął Kijów i większość Ukrainy. Tylko w ciągu kilku pierwszych dni walk Rosjanie stracili 1200 samolotów, kilka tysięcy czołgów i dział, a setki tysięcy żołnierzy znalazły się w niewoli. Takiej straszliwej klęski Rosja nie zaznała od czasów kampanii napoleońskiej. Carscy generałowie z lat I wojny światowej, którym sowiecka historiografia zarzucała skrajną nieudolność, nigdy nie ponosili tak druzgocących porażek. Żaden rozum nie mógł wytłumaczyć, dlaczego ludzkość tępi sama siebie żelazem, dynamitem i głodem. Pękać zaczęły jakieś odwieczne wrzody. Odzywało się dziedzictwo przeszłości, ale i to niczego nie tłumaczyło. Sentymentalne uchwały konferencji haskiej — jaki sposób zabijania jest etyczny, a jaki nieetyczny — zostały po prostu podarte. I razem z rozniesionymi przez wiatr strzępkami papieru rozleciały się nikomu niepotrzebne przeżytki moralnych praw.

Po wkroczeniu Niemców rodzina Kliczków przeniosła się do małej wsi pod Kijowem, gdzie Rodion zajął się profesją uprawianą wcześniej przez jego ojca, a mianowicie naprawianiem butów. Nikt nie miał pojęcia o jego wcześniejszej działalności w organach bezpieczeństwa, nikt nie wiedział również, że żona skromnego szewca, Tamara Jefimowna Kliczko, z domu Etinson, była Żydówką4. Wkrótce w okolicy pojawiły się specjalne grupy Sicherheitsdienst (SD) i Policji Bezpieczeństwa (Sipo), przeczesując teren w poszukiwaniu ukrywających się synów (i córek) narodu wybranego. Nad rodziną Kliczków zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo…

Pewnego dnia po Tamarę i jej syna, trzyletniego Władimira, który na mocy obowiązującego prawa był również Żydem, przyszło dwóch postawnych panów w skórzanych płaszczach. Miny mieli tak smutne, jakby wybierali się właśnie na pogrzeb. Towarzyszyło im kilku uzbrojonych w karabiny żołnierzy. Wdarli się do mieszkania tak nerwowo i błyskawicznie, jakby ścigały ich rozwścieczone wilki. Ci, którzy trzymali karabiny, stali nieruchomo jak posągi, ci w skórzanych płaszczach natomiast zaczęli wywalać wszystko na podłogę. Z szaf, z komód, z łóżek. Sukienki, czapki, buty, ubrania Rodiona, zabawki dziecka. Porozcinali wszystkie sienniki. Szukali pod kredensem, pod łóżkami, pod fotelem. Czego? Powiedzieli, że broni. Znaleźli stary kapiszonowiec Wołodii, przyglądnęli się uważnie, ale rewolwer miał złamaną sprężynę i nie nadawał się do niczego. „Pójdziecie z nami!” — oświadczyli na koniec przerażonej matce. W obozie zbiorczym, do którego spędzono pojmanych Żydów i rosyjskich jeńców wojennych, Tamara spotkała swoich rodziców i jednego z braci. Na nich również ktoś doniósł.

Jedyną nadzieją Rodiona pozostali Hiwisi, jak od niemieckiego słowa Hilfswillige (chętni do pomocy) nazywano służących okupantowi skorumpowanych rosyjskich strażników. Czasami można było wykupić od nich jakichś więźniów, chociaż za tego rodzaju usługi pobierali bajońskie sumy. Rodion sprzedał naprędce wszystko, co posiadał, zapożyczył się u sąsiadów, przeprowadził kwestę wśród rodziny. Starczyło tylko na wykupienie żony. Zanim zdołał zebrać resztę potrzebnych pieniędzy, jego syn, teściowie i szwagier zostali rozstrzelani.

Resztę okupacji Tamara Etinson spędziła w chytrze zamaskowanej kryjówce, pod podłogą domu Kliczków, do której jedyne wejście wiodło przez stojący w rogu pokoju wielki kufer. Przeżyła ten potworny czas, lecz właściwie nigdy już nie powróciła do świata żywych. Aż do śmierci prawie nie opuszczała domu, odnosiła się z nieufnością do wszystkich i wszystkiego, nie potrafiła mówić. A może świadomie zrezygnowała z odzywania się, uważając mówienia za niebezpieczne i zdradliwe? Mało chodziła, milczała, ale patrzyła. Może to była jej wolność?

Próbowali różnych rzeczy. Posadzili ją przy maszynie do szycia. Wstała i odeszła. Puszczali jej muzykę z płyt. Sprawiała wrażenie, że nie słyszy. Nie zginęła, ale już nie żyła. Istniała—nieistniała w tym zawieszeniu pomiędzy życiem a śmiercią, w czyśćcu obłąkanych. Pochyliła się, wychudła, sczerniała. Czasami tylko pukała palcami po stole. W ciszy, bo stół nie wydawał odgłosu.

Po wojnie

W lutym 1943 roku Niemcy zostali odrzuceni o pięćset kilometrów na Kaukazie. 18 lutego przerwane zostało trwające prawie dwa i pół roku oblężenie Leningradu. W czasie blokady — głównie z głodu i zimna — zmarło tam osiemset tysięcy mieszkańców. W maju została oczyszczona z wojsk osi Afryka, a Morze Śródziemne otwarte dla aliantów. W lipcu wojska amerykańskie i angielskie w sile stu sześćdziesięciu tysięcy wylądowały na Sycylii. Przełomowe znaczenie miała największa bitwa pancerna II wojny światowej, która rozegrała się w dniach 5 lipca—23 sierpnia na tak zwanym Łuku Kurskim. Armia niemiecka poniosła olbrzymie straty i musiała zrezygnować z ofensywy. Inicjatywa strategiczna przeszła w ręce rosyjskie. Wojna zaczęła przybierać dla „narodu panów” coraz mniej korzystny obraz.

W listopadzie 1943 roku został wyzwolony Kijów, w styczniu roku następnego wypędzono Niemców ze wsi, w której mieszkali Kliczkowie. Wcześniej jednak, bo 1 grudnia 1943, w walkach z okupantem zginął brat Tamary, podporucznik Anatolij Etinson. Rodion Kliczko ponownie zgłosił się do swojej poprzedniej pracy. 6 marca 1945 roku rejonowy komitet do spraw bezpieczeństwa państwowego wydał mu zaświadczenie, że w czasie okupacji „nie kolaborował ani w żaden inny sposób nie współpracował z okupantem”. Otrzymał awans na podporucznika i objął dawne stanowisko kierownika biura przepustek. W 1947 roku Rodionowi i Tamarze urodził się syn, któremu na pamiątkę zamordowanego przez Niemców dziecka również nadano imię Władimir.

Zniszczenia wojenne doprowadziły — szczególnie w objętej wcześniej okupacją części kraju — do dramatycznej sytuacji, zarówno w miastach, jak i w wioskach panowały głód i nędza. Pierwsze odczuwalne zmiany na lepsze w budownictwie mieszkaniowym w ZSRS zaczęto obserwować dopiero w połowie lat pięćdziesiątych. Dla Stalina i jego najbliższych współpracowników ważniejsze niż problem mieszkań były wielkie prestiżowe budowy pochłaniające niewyobrażalne sumy pieniędzy i trudno dostępnych materiałów. W Moskwie jeszcze na długo przed wojną zbudowano ogromnym nakładem sił i środków metro, którego każda stacja przypominała podziemny pałac — po wojnie zaś wzniesiono tam wiele potężnych, wysokich gmachów, w których znalazły siedzibę zbiurokratyzowane instytucje państwowe.

Nowe bloki budowano tylko dla wyższych urzędników państwowych i oficerów. Większość ludzi stłoczono w starym budownictwie, w mieszkaniach, z których wyeksmitowano wcześniej burżujów. Taki burżuj rozpierał się dotąd w lokalu posiadającym cztery sypialnie, salon, jadalnię i służbówkę. Teraz w każdym pokoju gnieździła się jedna rodzina, a wszyscy gotowali w tej samej kuchni i korzystali ze wspólnej łazienki i toalety. Pokoje, kuchnie i łazienki zaludniły się do granic wstydu oraz psychicznej odporności. Biologia masakrowała poczucie jednostkowej godności, a także futryny i armaturę sanitarną.

Po zakończeniu wojny zaopatrzenie rynku w dobra konsumpcyjne stało się wręcz katastrofalne. Pojawiło się wiele osób, które, bazując na powszechnych trudnościach, dostrzegły szansę dorobienia się na spekulacji towarami, przede wszystkim żywnością, nabywając ją w gospodarstwach rolnych i odsprzedając w mieście po astronomicznych cenach. Ale i ci spekulanci, dysponując wysokimi dochodami, mogli je z powodu braku innych dóbr tylko odkładać „do skarpety”, czekając na lepsze czasy, co — wziąwszy pod uwagę inflację — obniżało znacznie realną wartość ich nieuczciwie zdobytego majątku (w 1945 roku wartość nabywcza rubla spadła do poziomu czterdziestu procent jego wartości z roku 1940).

Pomimo kłopotów dnia codziennego ludzie zachowali jednak niezachwiany optymizm i bez przerwy powtarzali: „To nieważne. Powodzi nam się coraz lepiej. Niebawem nastąpi wymiana pieniędzy i wówczas zniosą kartki. Będziemy mogli kupić sobie biały chleb i tyle cukru, ile dusza zapragnie”.

W 1947 roku władze rzeczywiście przeprowadziły wymianę pieniędzy, ale było to perfidne posunięcie, na którym mnóstwo ludzi straciło oszczędności. Niebawem jednak skończyło się wprowadzone podczas wojny racjonowanie żywności, zahamowano inflację, zreformowano pieniądz i ludzie mogli już wydawać go na co chcieli. A raczej mogliby, ponieważ niewiele im zostało.

Tylko braki mąki dawały się jeszcze ostro we znaki, aż do końca lat pięćdziesiątych. Mieszkańcy miasta wiedzieli, że na kilka dni przed Nowym Rokiem będzie dostawa świeżej mąki i przed sklepami ustawiały się gigantyczne ogonki liczące często ponad tysiąc osób. Dyscyplina w kolejkach była ściśle przestrzegana. Każdy miał swój numer wypisany atramentem na dłoni. Mając taki numer, przykładowo 1610, można było wyskoczyć na chwilę z ogonka, żeby załatwić inne sprawy i wrócić potem na swoje miejsce. Mimo to każdy oszukiwał jak mógł. Sprzedawano po trzykilogramowej torbie mąki na osobę, więc zaraz po zajęciu miejsca w kolejce stawało się na jej końcu drugi raz.

Władze w Moskwie wydały rozporządzenie, zgodnie z którym każdy miał przebywać i pracować w swojej miejscowości. Poruszanie się po kraju było jeszcze bardziej utrudnione niż dawniej, a ludzie musieli podróżować. W tej sytuacji kierownicy biur przepustek stali się osobami niezwykle podatnymi na korupcję. „Rosja wiele widziała w ciągu tysiąca lat swoich dziejów — napisał Wasilij Siemionowicz Grossman (właśc. Josif Solomonowicz Grossman), rosyjski pisarz i dziennikarz, autor utworów batalistycznych, przenikniętych refleksją historiozoficzną oraz oskarżeniami wobec systemu sowieckiego. — Jednego tylko nie widziała Rosja przez tysiąc lat. Wolności”.

Nie oparł się pokusie i Rodion Kliczko, wydając za odpowiedni ekwiwalent dokumenty upoważniające do podróży. Niektórzy interpretują to w ten sposób, że pomagał biednym ludziom. Niech będzie. Są też tacy, którzy mówią, że chociaż pracował w zbrodniczej organizacji, umiał pozostać człowiekiem odważnym i z zasadami. W każdym razie jakiś „życzliwy” doniósł o tym władzom. W wyniku przeprowadzonego postępowania dziadek Kliczko został zdegradowany, wydalony ze służby i zesłany wraz z rodziną do Kirgizji, a raczej do Kirgiskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej.

Kirgistan — Władimir Rodionowicz, wódka i Witalij

Dzisiejszy Kirgistan został podbity przez Rosję w 1864 roku. Po rewolucji bolszewickiej znalazł się pod panowaniem sowieckim, początkowo jako Kara-Kirgiski Obwód Autonomiczny, następnie Kirgiska Autonomiczna Socjalistyczna Republika Sowiecka, a od 5 grudnia 1936 roku jako Kirgiska Socjalistyczna Republika Sowiecka. Niepodległość uzyskał wraz z rozpadem ZSRS, 31 sierpnia 1991 roku.

Kirgistan to mały, górzysty kraj w Azji Środkowej, z dominacją sektora rolniczego w gospodarce, pozbawiony dostępu do morza. Graniczy z Chinami, Kazachstanem, Tadżykistanem i Uzbekistanem. Góry zajmują 93 procent terytorium państwa. W łańcuchu górskim Tienszan znajduje się najwyższy szczyt Kirgistanu — Dżengisz Czokusu (w czasach sowieckich Pik Pobiedy) — Szczyt Zwycięstwa, liczący 7493 m n.p.m. W tych samych górach znajduje się też największe jezioro — Issyk-kul, będące równocześnie drugim co do wielkości jeziorem górskim na świecie, którego powierzchnia wynosi 6236 km², a głębokość sięga 669 m. Rzeki Kirgistanu, z których główną jest Naryn, to przeważnie dopływy Syr-darii. Klimat kraju na przeważającym obszarze jest kontynentalny, suchy. Niektóre z wysoko położonych terenów pokryte są wieczną zmarzliną.

W Kirgiskiej Socjalistycznej Republice Sowieckiej dorastał syn Rodiona i Tamary, Władimir Rodionowicz Kliczko. Kiedy wydoroślał, wybrał karierę wojskową. Podczas studiów na wyższej uczelni wojskowej poznał śliczną Nadieżdę Uljanowną Bulino. W 1970 roku wstąpił z nią w związek małżeński. Wkrótce potem oboje zamieszkali w miejscowości Biełowodskoje w północnej Kirgizji, dokąd rzucił Władimira rozkaz dowództwa.

W latach siedemdziesiątych XX wieku miasteczko liczyło kilkanaście tysięcy mieszkańców, wśród których znaczną część stanowili żołnierze sowieckiej bazy wojskowej. Zarówno stałym mieszkańcom, jak i przyjezdnym zaoferować mogło doprawdy bardzo niewiele poza malowniczym krajobrazem. Miejscowość położona była „na końcu świata”, w Kotlinie Czujskiej, czterdzieści trzy kilometry na zachód od Frunze (obecnie Biszkeku), największego miasta i stolicy Kirgiskiej SRS, nad rzeką Aksu, której nazwę tłumaczy się jako „biała woda” — stąd właśnie nazwa miasta.

W takich miejscach jak to przeżyć można tylko dzięki… wódce. Będąc Rosjaninem, trudno zresztą nie pić. Procent alkoholików jest tu najwyższy na świecie. Świat nie zna niczego, co byłoby odpowiednikiem wódki i jej roli w życiu Rosjan. Wódka ma tu swą metafizykę i hagiografię, swoją literaturę i doniosłość odnoszącą się do każdego zakątka egzystencji. Podobnie jak korupcja, wódka służy jako niezastąpiony „smar” i dostarcza sposobu ucieczki od rzeczywistości. Wszyscy wiedzą, że Rosjanie piją jak smoki, ale trzeba trochę dłużej pobyć w tym wielkim kraju, aby zrozumieć, że bez wódki żyć tu po prostu się nie da. Rosjanie wiedzą, że bywa smutek tak wielki, którego nic nie uleczy i można tylko utopić go w wódce. Wiedzą, że zwykle nie ma nadziei na szczęśliwe zakończenie. Bezmierne cierpienia, których doznali, uczyniły z nich nie tylko twardy naród stoików, ale jednocześnie nadały im miękkość właściwą nieuleczalnym romantykom.

Najczęściej piją wódkę szklankami, co wbrew pozorom wcale nie jest takie głupie. Większa część spożywanego alkoholu wchłania się dopiero w żołądku, a nie jak w przypadku picia małymi kieliszkami — w bardzo ukrwionym przełyku. Dzięki temu ta sama ilość gorzały pita większymi haustami ma zmniejszone działanie. Każdy Rosjanin wie doskonale, że wódka działa z opóźnieniem, a potem z szybkością gilotyny uderza w podstawę czaszki, oddzielając mózg od ciała. Ale nie o zmniejszone działanie najczęściej chodzi, a wręcz odwrotnie. Niektórzy tubylcy preferują więc picie łyżkami stołowymi z miski, w której pokruszono chleb. Pieczywo ma za zadanie „złagodzić” smak, zaś dzięki „jedzeniu” wódki łyżką alkohol przedostaje się do krwi w przełyku i zwala z nóg dużo szybciej. Wspomniany specyfik nazywają tam tjurą. Popularnym „drinkiem” jest także koktajl Biały Niedźwiedź, o bardzo prostej recepturze. Do szklanki wlewa się 100 g spirytusu i dopełnia do końca szampanem, a raczej sowiecką podróbką tego szlachetnego trunku o nazwie „Sowietskoje igristoje”. Natychmiastowy odjazd murowany. Na zdarowie!

Niejedną butelkę opróżniono, roztrząsając problem, czy to Polacy, czy Rosjanie wynaleźli wódkę. Encyklopedia Britannica staje po stronie Rosjan, podkreślając, że historia napoju sięga XIV wieku. Jednak prawdziwie światowa sława wódki zaczęła się dopiero po II wojnie światowej. Przypuszczać można, że Zachód docenił smak trunku podczas sojuszniczych spotkań na gruzach III Rzeszy. Potem Europa i Ameryka zaczęły marnować procenty, pijąc wódkę pod postacią screwdriverów i BloodyMary. A wiadomo przecież powszechnie, że najlepsza jest w czystej postaci, pita najlepiej pod czarny astrachański kawior (choć w ostateczności może być ogórek).

Do roku 1885 wódkę w Rosji sprzedawano tylko hurtem — w dwunastoipółlitrowych wiadrach. Wielki wkład w rozwój przemysłu spirytusowego wniósł niejaki Dymitr Mendelejew, znany (niektórym) jako twórca okresowego układu pierwiastków. Napisał on błyskotliwąRozprawę o łączeniu spirytusu z wodą, a do jego receptur odwołuje się do dzisiaj wiele rosyjskich fabryk wódki.

Wojskowa baza na obrzeżach Biełowodskoje nazywała się Nikołajewka. Brzydkie, biedne, typowo sowieckie miasteczko, po prostu koszmarne blokowisko otoczone pustymi przestrzeniami gór, oplecione zardzewiałymi rurami. W Związku Sowieckim wszystko było tak samo szare i ponure, w dodatku monotonne i sztampowe. Nic tu nie mogło przekroczyć obowiązującej normy, wyróżnić się, nabrać indywidualnego charakteru. Tumany kurzu hulały po wąskich uliczkach, a usiany imponującymi dziurami asfalt przypominał wyżartą rakiem tkankę. Niegościnny koszarowy świat, gdzie nieustannie zmieniają się twarze i tylko hałas odrzutowców oraz brzydota szarych bloków są wciąż takie same. Zadeptane linoleum w korytarzach, atakujący nozdrza przenikliwy smród środków dezynfekcyjnych w służbowych pomieszczeniach, zapach smarów i benzyny, i… wszechobecne przekonanie, że nie jest się tutaj mile widzianym…

Dookoła wysokie ogrodzenie, zwieńczone kolczastym drutem. Co kawałek żołnierze, uzbrojeni w automaty Kałasznikowa5, patrolujący teren w dzień i w nocy. Oficjalnie pilnowali pułku lotniczego i samolotów. Fakt, że na patrolowanym terenie znajdowały się również rakiety z głowicami jądrowymi, stanowił najściślejszą tajemnicę.

Tam właśnie 19 lipca 1971 roku przyszedł na świat Witalij Kliczko, starszy z obu bohaterów tej książki.

Rozdział 2

Spartakus. Przedszkole. Samoloty

Wiosną 1971 roku w kinach w całym Związku Sowieckim wyświetlano amerykański film Stanleya Kubricka Spartakus6, z Kirkiem Douglasem w roli tytułowej i Laurencem Olivierem w roli Marka Krassusa. Nawet stroniący z zasady od wszystkiego, co amerykańskie, Władimir Rodionowicz wybrał się na seans. Film zrobił na nim ogromne wrażenie. Tracki gladiator uosabiał w gruncie rzeczy sowieckiego bohatera, walczącego o wolność i najwyższe ideały, więc jego imię wydało mu się jak najbardziej odpowiednie dla pierworodnego syna. Na szczęście dla przyszłego mistrza pięści zaprotestowała matka. Być może nie spodobały jej się słowa, które Spartakus wypowiadał w filmie tuż przed śmiercią: „Kiedy umiera człowiek wolny, kończy się życie pełne niebezpieczeństw, pełne walki, pełne radości. Ale kiedy umiera niewolnik, kończy się tylko ból”. Być może fakt, że największy nawet bunt nie jest w stanie pokonać silnej i dobrze uzbrojonej armii, a może po prostu imię to wydało jej się zbyt pretensjonalne.

„Kiedy o tym myślę, to jeszcze dzisiaj przechodzą mnie ciarki — wyznał kiedyś dziennikarzom starszy z braci. — Wyobrażacie sobie, jak Michael Buffer wywołuje mnie swoim aksamitnym, głębokim głosem do walki w ringu? «Spartakuuuuuus Klitschko!». Strach nawet myśleć”.

Pierwsze wspomnienie Witalija wiąże się z przedszkolem:

„To, że matka weszła do pokoju zabaw mojej grupy, do tego byłem przyzwyczajony. W tym momencie nadszedł czas pożegnania się z kolegami. Wiedziałem, że mama ubierze mnie zaraz w moją zimową kurtkę, na ręce wsunie robione na drutach rękawiczki, na głowę nasadzi czapkę. Potem weźmie mnie mocno za rękę i razem pójdziemy do domu. Tak było zawsze […].

Początkowo codziennie myślałem o tym momencie, kiedy mama powierzyła mnie rano jakiejś obcej pani, którą nazwała «twoja wychowawczyni» i zostawiła mnie z nią samego. Nie chciałem iść do przedszkola i głośno protestowałem, ponieważ nie mogłem sobie wyobrazić nic gorszego jak nie być z moją mamą. Byłem do niej bardzo przywiązany i powodowany dziecięcym strachem myślałem, że przyprowadziła mnie tu, bo nie kocha mnie tak bardzo, jak ja ją. Co prawda mówiła mi, że będzie dla mnie lepiej, jeżeli przynajmniej część dnia spędzę z rówieśnikami, zamiast tylko z nią i z babcią. «To jest ważne dla twojego rozwoju» — powiedziała. Ja niezdecydowanie przytaknąłem, mimo że nie miałem pojęcia, co znaczy to słowo, które dla niej było tak ważne. Uważałem, że jest to typowe słowo, jakiego używali dorośli, kiedy nie chcieli się zgodzić na nasze życzenia. Wtedy właśnie mówili takie śmieszne słowa. Upłynął jakiś czas, zanim zaprzyjaźniłem się z innymi dziećmi i zorientowałem się, że mama miała rację”.

Tak naprawdę to dopiero ojciec sprawił, że Witalij polubił przedszkole. Władimir Rodionowicz był mocno zbudowanym, twardym człowiekiem średniego wzrostu, o twarzy tak posępnej, jakby była częścią sowieckiej polityki odstraszania. Rzadko się uśmiechał. Jego oblicze było tak wyzute z wszelkich emocji, że przypominało maskę. Od nosa po kąciki ust biegły dwie głębokie bruzdy. Taka twarz nasuwała myśl o doświadczeniu, rozkazach i braku cierpliwości wobec głupców. Ze swoją obsesją porządku, dyscypliny i posłuszeństwa, uosabiał ducha Armii Czerwonej. Imponował niezachwianą wiarą w Związek Sowiecki i jego dominację na świecie. Rzadko bywał w domu, najczęściej wychodził, zanim jego pierworodny zdążył wstać, wracał zaś, kiedy syn już spał.

Pewnego dnia pojawił się w przedszkolu, odebrać Witalija, w swoim mundurze, który leżał na nim jak ubranie szyte na miarę. „Kochałem ten jego mundur i marzyłem, żeby nosić taki sam, jak tylko dorosnę” — wspomina Witalij. Najwidoczniej osoba ojca sprawiła na wychowawczyni wrażenie, że jest osobą bardzo wpływową, więc zwierzyła mu się z kłopotu dotyczącego dzieci, którymi się opiekowała:

— Nie mamy wystarczająco dużo zabawek dla nich. Nie ma też pieniędzy, żeby je kupić.

— Spróbujemy coś zaradzić — mruknął krótko Władimir Rodionowicz.

Wychowawczyni