49,99 zł
Wielki powrót Wiktora Suworowa.
Wiktor Suworow analizuje wydarzenia sprzed ponad osiemdziesięciu lat i znajduje zaskakujące analogie do ogólnej sytuacji związanej z wojną w Ukrainie. Zaczyna od na pozór niewinnego pytania o to, dlaczego w Związku Radzieckim jedna i ta sama wojna miała dwie nazwy – „wielka wojna ojczyźniana” i „II wojna światowa”. Dlaczego pierwsza z nich była niezwykle ważna, a o tej drugiej obywatele niewiele wiedzieli? W jaki sposób towarzysz Stalin umniejszał jej znaczenie, żeby szerzyć własną wizję świata i zaszczepić ją w społeczeństwie? Jak Stalin dzięki swoim manipulacjom skłonił Hitlera do rozpętania wojny w Europie? Co tak naprawdę działo się w „miłującym pokój” Związku Radzieckim w przededniu napaści na Polskę i Finlandię? W komunistycznym raju na ziemi słowa i propaganda stały się ważniejsze od rzeczywistości. Do nagłaśniania stalinowskich iluzji wciągnięto polityków, historyków, ludzi kultury i dziennikarzy pilnowanych przez służby, ale czasami mimochodem popełniano błędy i niedopatrzenia, które ujawniały prawdziwy stan rzeczy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 277
Tego autora
nakładem Domu Wydawniczego REBIS ukazały się:
SAMOBÓJSTWO
OCZYSZCZENIE
CIEŃ ZWYCIĘSTWA
COFAM WYPOWIEDZIANE SŁOWA
LODOŁAMACZ
DZIEŃ „M”
OSTATNIA REPUBLIKA
OSTATNIA DEFILADA
KLĘSKA
AKWARIUM
GRU
WYZWOLICIELE
KONTROLA
WYBÓR
ŻMIJOJAD
SPECNAZ
TATIANA – TAJNA BROŃ
UPADEK
MATKA DIABŁA
ALFABET SUWOROWA
SZPIEG, CZYLI PODSTAWY SZPIEGOWSKIEGO FACHU
Dla Tatiany
Ludzie wolni nie powinni się bać własnej historii.
Muszą odważnie przyjąć oczywistość.
I podzielić ze swoim krajem całą odpowiedzialność1..
MARK SOŁONIN, WIOSNA ZWYCIĘSTWA. ZAPOMNIANA ZBRODNIA STALINA
Mark Sołonin, Wiosna zwycięstwa. Zapomniana zbrodnia Stalina, w: Nic dobrego na wojnie, przeł. Anna Pawłowska, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2011, s. 310. [wróć]
Rosjanie mogą pokonać każdego na chwilę mieczem, lecz nigdy za pomocą myśli; a naród niemający nic do zaoferowania innym ludziom, tym, których chce podbić, tylko przez bardzo krótki czas będzie miał przewagę.
MARKIZ ASTOLPHE DE CUSTINE, LISTY Z ROSJI
1 września 1939 roku pancerne hordy Hitlera niespodziewanie wtargnęły na ziemie Polski. Potężne ciosy zadano z trzech różnych stron.
Z północy, Prus Wschodnich – na Brześć.
Z zachodu, ze środkowych rejonów Niemiec – na Warszawę i Kraków.
Z południa, z terytorium okupowanej Czechosłowacji – na Lwów.
I tylko z czwartej strony, ze wschodu, wróg nie zaatakował Polski.
Na wschodzie znajdował się neutralny i miłujący pokój Związek Radziecki, z którym 25 lipca 1932 roku na okres trzech lat podpisano pakt o nieagresji.
5 maja 1934 roku umowę przedłużono na kolejne dziesięć lat – do 31 grudnia 1945 roku. Tak więc od wschodu dla Polski nie było zagrożenia.
Dlatego w połowie września na granicy ze Związkiem Radzieckim pozostało niewiele polskich oddziałów. Wszystkie siły skierowano do walki z Niemcami.
17 września 1939 roku, dokładnie sto lat po ukazaniu się wybitnej książki Listy z Rosji, Armia Czerwona niespodziewanie zadała Polsce cios w plecy. Napaść bez stawiania warunków i żądań. Bez uprzedzenia.
O piątej rano.
Nikt nie mówił, że to wojna. Użyto górnolotnego określenia – kampania wyzwoleńcza.
Napaść Armii Czerwonej na Polskę została przypieczętowana miesiąc wcześniej.
23 sierpnia towarzysz Mołotow, szef radzieckiego rządu i jednocześnie ludowy komisarz spraw zagranicznych, oraz Joachim von Ribbentrop, minister spraw zagranicznych Niemiec, w obecności towarzysza Stalina umówili się, że wspólnie zniszczą Polskę i podzielą ją na dwie części.
I oto 17 września przed świtem oddziały Armii Czerwonej ściągają siatki maskujące z dział i grzeją silniki, żeby ruszyć przez granicę.
A w Moskwie o godzinie trzeciej nad ranem, dwie godziny przed najazdem, towarzysz Władimir Pietrowicz Potiomkin, zastępca ludowego komisarza spraw zagranicznych, czyli zastępca Mołotowa, przyjął polskiego ambasadora.
Jako szef rządu i zwierzchnik wszystkich dyplomatów Związku Radzieckiego to towarzysz Mołotow powinien poinformować o zerwaniu stosunków dyplomatycznych i rozpoczęciu wojny z Polską.
Jednak towarzysz Mołotow wolał, żeby zrobił to za niego zastępca. Niby to Polska nie jest warta tego, żeby rozmawiał z nią tak poważny człowiek jak towarzysz Mołotow.
Polski ambasador oprócz francuskiego i niemieckiego biegle posługiwał się jeszcze co najmniej dwoma językami: ukraińskim i rosyjskim. Ponieważ swego czasu z dobrymi ocenami ukończył uniwersytety we Lwowie i w Kijowie.
Zastępca Mołotowa, towarzysz Potiomkin, odczytał dokument podpisany przez przełożonego.
Oto główne przesłanie tego dokumentu:
Polska stała się dogodnym miejscem do różnego rodzaju przypadkowych i niespodziewanych działań, które mogą stanowić zagrożenie dla ZSRR. […]
Władze radzieckie nie mogą dłużej pozostawać obojętne wobec takiego stanu rzeczy. […]
W związku z powyższym radziecki rząd polecił Naczelnemu Dowództwu Armii Czerwonej wydać rozkaz przekroczenia granicy i objęcia ochroną znajdującej się tam ludności i jej mienia. […]
Jednocześnie rząd radziecki zamierza podjąć wszelkie środki w celu ochronienia ludności polskiej przed wojną, na którą lekkomyślnie naraziły ją władze, i umożliwić jej pokojową egzystencję.
Przywódcą Związku Radzieckiego był towarzysz Stalin.
Mołotow niezmiennie zajmował drugie miejsce w hierarchii władzy.
Stalin i Mołotow byli kolegami w bandyckim fachu.
Podział ról między dwoma najważniejszymi przywódcami Imperium Zła był dokładnie taki sam jak w przypadku pary śledczych NKWD.
Młodszy śledczy to okrutny sadysta. Jego metody – znęcanie się, tortury, chłostanie batogami i piłowanie zębów pilnikiem.
A starszy stopniem jest miłym człowiekiem o mądrych, nieco zmęczonych oczach.
Młodszy kat kończy pracę przed świtem i wychodzi, żeby dać odpocząć zakrwawionym łapskom.
I nagle w celi, gdzie na betonowej posadzce jęczy z bólu zmęczony więzień, pojawia się starszy śledczy, troskliwy i sprawiedliwy.
Dziwi się, kiedy słyszy, że pod jego nieobecność ktoś śmiał złamać zasady socjalistycznej praworządności.
Dokładnie tak działali towarzysze Stalin i Mołotow.
Mołotow odgrywał rolę młodszego kata, a towarzysz Stalin był spokojnym, miłym i mądrym przywódcą, genialnym i wielkim wodzem.
Wszystkie okrucieństwa to dzieło Mołotowa.
Wszystkie zwycięstwa to zasługa i kierownictwo Stalina.
Wszystko, co Mołotow robił, mówił i pisał, co komunikował całemu światu, było wcześniej omówione i uzgodnione ze Stalinem. Każda myśl, słowo, litera zostały sprawdzone przez Stalina, przez niego podpowiedziane, podyktowane i zatwierdzone.
Dlatego wszystko, co zastępca Mołotowa, towarzysz Potiomkin, odczytał nadzwyczajnemu i pełnomocnemu ambasadorowi, było niczym innym jak szyderstwem skierowanym do obywateli i rządu Polski przez samego Stalina.
Treść dokumentu była obraźliwa nie tylko dla każdego Polaka, ale dla każdego normalnego i rozsądnego człowieka.
Przesłanie: „nierozważni przywódcy” Polski ponoszą winę za wybuch tej krwawej masakry. To oni wciągnęli swoich obywateli w wojnę.
A rząd Związku Radzieckiego po prostu wydał Armii Czerwonej rozkaz przeprowadzenia „kampanii wyzwoleńczej”.
Cel Armii Czerwonej (jeśli wierzyć towarzyszom Stalinowi i Mołotowowi) jest szczytny: dać narodowi polskiemu możliwość znalezienia pokoju i szczęścia.
Polacy, czego dowodzi tysiącletnia historia ich kraju, są odważnym, mądrym, dumnym i miłującym wolność narodem.
W tym czasie państwo polskie reprezentował w Moskwie ambasador nadzwyczajny i pełnomocny Wacław Grzybowski.
To jego towarzysz Potiomkin wezwał na Kreml.
Ambasador Grzybowski miał przekazać polskiemu rządowi drwiącą wiadomość, pochodzącą rzekomo od Mołotowa, a w rzeczywistości od Stalina.
Plan Stalina polegał nie tylko na wbiciu Polsce noża w plecy w chwili, gdy wykrwawiające się wojsko polskie bohatersko zatrzymywało marsz Hitlera na wschód, ale też na upokorzeniu polskiego rządu i obywateli poprzez oskarżenie ich, że są jedynymi winnymi wybuchu wojny.
Jednak obaj towarzysze się przeliczyli.
Ambasador uważnie wysłuchał treści odczytanego przez Potiomkina tekstu i kategorycznie nie tylko odmówił jego przyjęcia, ale nawet nie zgodził się dotknąć ręką kartki, na której wydrukowany był ten obrzydliwy, szyderczy i obraźliwy tekst.
Takie zachowanie stanowczego ambasadora oburzyło towarzysza Potiomkina.
Ani towarzysz Stalin, ani towarzysz Mołotow nie byli obecni na tym spotkaniu, ale znali wszystkie jego szczegóły.
Zarówno Stalin, jak i Mołotow oraz wszyscy pozostali towarzysze, zjednoczeni w jeden niezniszczalny monolit absolutnej władzy, głęboko wierzyli, że w tamtym momencie, 17 września 1939 roku, Polska została zniszczona raz na zawsze, że Polska nigdy się nie odrodzi, że kraj o nazwie Polska nigdy więcej nie znajdzie się na mapie Europy i świata.
A zatem zarówno pan Grzybowski, jak i wszyscy jego współpracownicy są dyplomatami nieistniejącego państwa, a ponieważ odmawiają podporządkowania się woli towarzysza Stalina, immunitet dyplomatyczny pana Grzybowskiego i jego współpracowników od tej chwili nie obowiązuje.
A skoro tak, to całemu personelowi ambasady zakazano opuszczenia Związku Radzieckiego. Polscy dyplomaci nie zostali jeszcze aresztowani i nadal mogą spacerować po moskiewskich bulwarach.
Ale nie pozwolono im wyrwać się spod władzy Stalina.
Polskich urzędników czekał smutny los.
Niespodziewanie w obronie polskich dyplomatów stanął ambasador Rzeszy w Związku Radzieckim Friedrich-Werner Graf von der Schulenburg.
Był nie tylko ambasadorem Niemiec, ale także dziekanem korpusu dyplomatycznego, czyli najstarszym pod względem akredytacji przedstawicielem dyplomatycznym w Moskwie.
Dlatego ambasador niemiecki reprezentował nie tylko interesy Niemiec, ale także interesy wszystkich zagranicznych dyplomatów w Związku Radzieckim.
Stanowisko Schulenburga: tak, państwo polskie jest rozdarte i zniszczone. Nikt jednak nie uchylił immunitetu dyplomatycznego oficjalnym przedstawicielom Polski.
Schulenburg doprowadził do swobodnego wyjazdu polskich dyplomatów ze Związku Radzieckiego.
Protest niemieckiego ambasadora w pełni poparł ambasador faszystowskich Włoch, Augusto Rosso, który przypomniał radzieckim towarzyszom jedno z postanowień kongresu wiedeńskiego z 1815 roku: osoby, którym nadano stopnie dyplomatyczne, zachowują je dożywotnio.
Towarzysz Mołotow (i towarzysz Stalin za jego plecami) nie protestował. Ponieważ cenili sojusz zarówno z Hitlerem, jak i Mussolinim.
Polscy dyplomaci, z ambasadorem Wacławem Grzybowskim na czele, mogli bez przeszkód wyjechać do Francji.
W 1944 roku okupację nazistowską w Polsce zastąpiła okupacja stalinowska.
Ambasador nadzwyczajny i pełnomocny Wacław Grzybowski kategorycznie odmówił powrotu do okupowanej Polski.
Dumny obrońca honoru tej Polski, której żaden zdobywca przez tysiąc lat nie zdołał zmienić w posłuszną niewolnicę, oświadczył, że przyjedzie do Warszawy dokładnie w dniu, w którym ostatni sowiecki nieproszony wyzwoliciel opuści jego ojczyznę.
Nie doczekał tego dnia.
Ambasador nadzwyczajny i pełnomocny wolnej Polski Wacław Grzybowski zmarł w Paryżu 30 września 1959 roku w wieku 72 lat.
A trzydzieści lat później Polska, której interesów dzielnie bronił nieustraszony dyplomata, odzyskała wolność.
Teraz już na zawsze.
I bardzo szybko stała się zamożnym krajem o najwyższym wskaźniku rozwoju w Europie.
Przepraszam bardzo, a gdzie się podział wielki, potężny i niezwyciężony Związek Radziecki?
Nie ma go.
Zgnił, rozpadł się i rozsypał.
Towarzyszu Stalin, towarzyszu Mołotow i wszyscy inni towarzysze, obyście płonęli w piekle na wieki wieków.
Z zapałem nieprzejednanym
Do boju ruszamy śmiało,
Wierzymy – to najważniejsze,
A w co, to już znacznie mniej.
JURIJ NIESTIERIENKO, RUSSKAJA IDIEJA
Właściwie nazwać to właściwie zrozumieć.
KONFUCJUSZ, V WIEK P.N.E.
Miałem szczęście urodzić się na Dalekim Wschodzie, w garnizonie wojskowym Barabasz w rejonie chasańskim w Kraju Nadmorskim.
Od połowy XIX wieku ziemie Kraju Nadmorskiego i Chabarowskiego nazywano Zielonym Klinem czy też Zieloną Ukrainą.
Czasami Małą Ukrainą. Żartobliwie. Powierzchnia Zielonego Klina przekraczała bowiem milion kilometrów kwadratowych. Czyli była większa od terytorium Ukrainy nad Dnieprem. Ukrainy, która została w Europie.
Większość mieszkańców stanowili osadnicy znad brzegów Dniepru. Wiele wsi, w tym Barabasz, miało ukraińskie nazwy.
Barabasz to stare ukraińskie słowo. Oznacza „inteligentny” lub „bystry”. Wśród osób, którym nadano ten nobilitujący przydomek, są nawet dwaj atamanowie Siczy Zaporoskiej: Diemjan Barabasz w XVI wieku i Jakow Barabasz w XVII wieku.
A w późniejszych czasach dzielni Barabaszowie zostawili swój ślad w historii. W drugiej połowie XIX wieku odległe peryferia imperium leżące nad Oceanem Spokojnym zostały zagospodarowane przez generała majora Jakowa Fiodorowicza Barabasza.
Na brzegu rzeki nazywanej z koreańska Mangugaj założył obóz wojskowy, który wkrótce przekształcił się w garnizon, nazwany później jego imieniem.
W połowie XX wieku w tym garnizonie wojskowym urodził się wasz pokorny sługa.
W czasach Związku Radzieckiego w Kraju Nadmorskim skoncentrowane były olbrzymie masy wojsk.
Tam właśnie podczas wojny z Niemcami od 23 czerwca 1941 roku do zwycięskiego końca, a później jeszcze wojny z Japonią do 2 września 1945 roku, w których to dostał trzy medale, odniósł dwie poważne rany i przeszedł dwa wstrząsy mózgu, służył mój ojciec, major Bogdan Wasiljewicz Rezun, wraz ze swoją towarzyszką broni, pielęgniarką Wierą Goriewałową, którą poznał w ewakuacyjnym szpitalu polowym.
Wspólnie przeszli wojnę, odległe i bardzo odległe garnizony po wojnie i pozostali razem aż do końca życia.
Dlatego właśnie dwa lata po wojnie urodziłem się nie w Wielkiej Ukrainie – w Połtawie, Konotopie czy Czerkasach – a w Małej Ukrainie na Dalekim Wschodzie, w garnizonie, którego nazwa w tłumaczeniu z ukraińskiego oznacza mądrą głowę.
Niestety jednak nie miało to na mnie przełożenia.
Ponieważ mądry raczej nie byłem.
Ten mój brak mądrości, bezdenny i bezgraniczny, przejawiał się już od najwcześniejszych lat. Moi rówieśnicy w tych odległych latach łapali wszystko w lot, tylko ja jeden nie mogłem zrozumieć najprostszych rzeczy.
Spędziłem dzieciństwo w odległych zakątkach wielkiego imperium. Po Barabaszu – Janczicha, potem Sławianka, znowu Barabasz, a następnie Riazanowka.
Interesowały mnie wojny. Wszelkie. Przede wszystkim te, które toczyły się całkiem niedawno, czyli w epoce pociągów pancernych i samolotów, okrętów podwodnych, karabinów maszynowych i czołgów. Do pewnego momentu w opowieściach i filmach o walkach i bitwach wszystko było jasne:
– najpierw wybuchła pierwsza wojna światowa,
– po niej druga,
– i jeszcze – wielka ojczyźniana.
Nie zagłębiałem się w szczegóły. Nie miałem pojęcia, kiedy się zaczęła i jak się zakończyła I wojna światowa.
Także o II wojnie światowej miałem mgliste pojęcie.
A na temat wielkiej wojny ojczyźnianej wiedziałem więcej.
Wiedziałem, kto wtedy walczył: nasi i Niemcy.
Wiedziałem, kto stał na czele. U nas – towarzysz Stalin. U wroga – Hitler.
Wiedziałem, że wielka wojna ojczyźniana rozpoczęła się w 1941 roku.
Nie tylko ja to wiedziałem – moi koledzy też wiedzieli. Jak mogłem nie wiedzieć? Mój ulubiony film – Śmiali ludzie. Opowiada o tym, jak nasz pokojowo nastawiony naród wiedzie szczęśliwe życie i nie zamierza nikogo atakować.
Nagle na ekranie na tle pożaru pojawiają się cyfry „1941”.
A muzyka wzbudza grozę i lęk. Samoloty z krzyżami suną po szarym niebie i do naszej spokojnej krainy wdzierają się hordy wroga.
W rejonie chasańskim w Kraju Nadmorskim zawsze było dużo wojska. Za moich czasów były to pułki, brygady i dywizje LXXII Korpusu Strzeleckiego 5. Armii Dalekowschodniego Okręgu Wojskowego.
Sztab korpusu był w Sławiance. Tutaj też mieścił się sztab 110. rejonu umocnionego, którego betonowe schrony były rozsiane po wzgórzach wzdłuż wybrzeża.
Na wzgórzu z widokiem na ocean – posiadłość dowódcy korpusu, generała majora Leonida Michajłowicza Miłajewa. Ma bliźniaki – chłopca i dziewczynkę. Alka i Lalkę. To przyjaciele. O rok starsi.
W pobliżu sztabu korpusu są koszary i garaże pułku artylerii przeciwlotniczej. Mieszczą się tu również koszary batalionu łączności, rozpoznania i saperów, klub oficerski, szpital, magazyny zaopatrzenia i żywności, biuro komendanta i wartownia.
Wiadomo, że wszyscy chłopcy w każdym garnizonie w Kraju Nadmorskim bawili się tylko w wojnę i w nic innego. A rozmawialiśmy też wyłącznie o wojnie.
Osobiście wyobrażałem sobie, że I wojna światowa miała miejsce w odległej przeszłości.
W moich wyobrażeniach II wojna światowa toczyła się jakoś na początku XX wieku: pola są usiane lejami, pobrużdżone okopami i rowami, gęste masy piechoty forsują drut kolczasty, prąc na ogień karabinów maszynowych, i giną na marne.
A potem wybuchła wielka wojna ojczyźniana:
Wcześnie rano o świcie,
Gdy spokojnie spały dzieci,
Hitler wydał wojskom rozkaz
I posłał żołnierzy niemieckich
Na wszystkich ludzi radzieckich.
To znaczy – na nas.
Autorem wierszy był Siergiej Michałkow, ulubiony poeta towarzysza Stalina.
Znałem te słowa w wieku czterech i pięciu lat. A jako sześciolatek nagle natknąłem się na coś niewytłumaczalnego i niezrozumiałego.
Mieliśmy w domu mnóstwo książek o tematyce wojennej. Najbardziej ceniłem książki o czołgach. Zwłaszcza o tych pierwszych, wielkich i strasznych.
Moja książka miała tytuł Czołg.
Napisał ją zespół pod kierownictwem generała pułkownika wojsk pancernych B. Korobkowa.
Teraz wiem, jaki człowiek stał na czele zespołu autorskiego, ale w tamtych odległych czasach nie zastanawiałem się nad tym. Nie czytałem książek, głównie oglądałem obrazki. Czytałem tylko podpisy pod nimi. A krótkie fragmenty tekstu czytałem okazjonalnie, ponieważ oprócz wszystkich swoich wad byłem na dodatek leniwy.
Aż pewnego dnia natrafiłem w mojej ulubionej książce na informację, która mną wstrząsnęła: czołgi po raz pierwszy pojawiły się na polu bitwy podczas I wojny światowej… we wrześniu 1916 roku.
To zdanie sprawiło, że wszystko w mojej głowie się pomieszało i wywróciło.
Skoro czołgi po raz pierwszy pojawiły się na polu bitwy w 1916 roku, podczas I wojny światowej…
A wielka wojna ojczyźniana wybuchła w 1941 roku…
To kiedy wybuchła II wojna światowa?
Wydawać się mogło, że między 1916 rokiem a rokiem 1941 nie wydarzyło się nic tak znaczącego, co by można było określić jako II wojnę światową.
Postanowiłem sam rozwiązać ten problem, ale nadal nic nie rozumiałem. Dlatego zdecydowałem się poddać temat ogólnopodwórkowej dyskusji.
Dyskutowaliśmy długo.
Starsi koledzy wpadli na niedorzeczny pomysł, że dwie wojny, II wojna światowa i wielka wojna ojczyźniana, toczyły się równocześnie. Na tych samych terytoriach. W obu wojnach walczyły te same wojska. Na czele stali ci sami przywódcy: Niemcy mieli Hitlera, nasi – towarzysza Stalina.
Gdyby spojrzeć szerzej, argumentowali, to II wojna światowa i wielka wojna ojczyźniana były mniej więcej tym samym, co dwie drewniane lalki matrioszki.
Ta większa to II wojna światowa.
A mniejsza wojna była ukryta wewnątrz dużej wojny i nazywana wielką wojną ojczyźnianą.
Nie sposób było zaakceptować takiej głupoty: jaki rozsądny człowiek z jednej wielkiej wojny wydzieli mniejszą i nada obu – i małej, i dużej – różne nazwy?
Ale tak właśnie było w naszym wspaniałym kraju: jedna wojna miała jednocześnie dwie całkowicie oficjalne nazwy.
Dlatego wiele lat później, aby nie zostać czarną owcą, musiałem pogodzić się z tą herezją.
Dla zachowania pozorów.
Ale jej nie zaakceptowałem.
Nie odzywaj się. Uznają cię za mądrego.
MĄDROŚĆ LUDOWA
W 1950 roku wojownicza Korea Południowa zaatakowała pokojową i dobrą Koreę Północną.
Wybuchła wojna. Po stronie południowokoreańskiego agresora walczyły Stany Zjednoczone, Wielka Brytania oraz wiele innych państw zachodnich.
W tej wojnie Związek Radziecki zachowywał (czy aby na pewno?) neutralność. Oficjalnie. Jednak armia północnokoreańska od najwyższego dowództwa aż do najniższych szczebli była naszpikowana radzieckimi doradcami wojskowymi oraz wspierana przez niezliczone rzesze chińskich ochotników.
Radzieccy piloci walczyli na niebie nad Koreą.
Na terytorium Chin rozmieszczono lotniska Armii Radzieckiej. W ciągu trzech lat w jatce wojny koreańskiej wzięło udział siedemnaście radzieckich dywizji: cztery dywizje artylerii przeciwlotniczej i trzynaście dywizji myśliwskich.
Armia północnokoreańska była zaopatrywana koleją dwoma głównymi szlakami.
Pierwszy prowadził z Zabajkala przez Chiny południową odnogą Kolei Transsyberyjskiej. Zbudowano ją na przełomie wieków na polecenie ostatniego rosyjskiego cara. Magistrala należała do Rosji, mimo że przebiegała przez terytoria innych państw.
Powstała w określonym celu: dzięki sprytowi i przekupstwom car zagarnął odcinek wybrzeża, na którym znajdowała się licząca 2 tysiące lat chińska osada.
Osada ta pod koniec XIX wieku została zdobyta przez wojska brytyjskie i nazwana na cześć jednego z brytyjskich książąt Port Artur.
W 1898 roku wysłannicy rosyjskiego cara wręczyli chińskim urzędnikom kilka złotych sztabek. I Port Artur stał się rosyjski.
Car Mikołaj założył tam twierdzę i bazę morską, a do bazy wysłał potężną eskadrę pancerników, krążowników i niszczycieli.
Z rozkazu cesarza zbudowano odgałęzienie linii Kolei Transsyberyjskiej prowadzące do twierdzy Port Artur. Plan był prosty: zbudować linię kolejową przez terytorium Chin, a następnie przejąć ziemie wzdłuż magistrali.
W tym czasie toczyły się niezliczone wojny japońsko-chińskie. Rosja była rywalem Japonii w walce o chińskie terytoria. Japończycy nie byli zachwyceni powstaniem rosyjskiej twierdzy i bazy morskiej. Tak więc wypowiedzieli Rosji wojnę, rozgromili jej flotę i zdobyli Port Artur.
Linia kolejowa łącząca Zabajkale i Port Artur przez ćwierć wieku pozostawała własnością Rosji, a później Związku Radzieckiego. Następnie została przekazana Chinom.
A w 1950 roku podczas wojny w Korei znowu okazała się potrzebna władzom Związku Radzieckiego. Zaopatrywano poprzez nią Koreę Północną, Chiny i oddziały radzieckie w Chinach.
Druga trasa ze Związku Radzieckiego przebiegała bezpośrednio przez wspólną granicę.
Problem polegał na tym, że wspólna granica między Koreą i Związkiem Radzieckim jest bardzo krótka: 39 kilometrów i 400 metrów. Na granicy był tylko jeden most kolejowy – przez rzekę Tuman, w pobliżu miasteczka Chasan.
Most był wykorzystywany do transportu towarów. Amerykanom to się nie podobało, dlatego intensywnie go bombardowali. Nie cały most, tylko odcinek koreański. Ale czasami obrywał też odcinek radziecki.
Mostu broniły baterie pułku artylerii przeciwlotniczej.
My, chłopcy z garnizonu wojskowego w Sławiance, wiedzieliśmy, że wojna toczy się blisko. W tym pułku przeciwlotniczym służyli nasi ojcowie.
Pułk był ogromny: piętnaście baterii artyleryjskich, każda uzbrojona w sześć dział kalibru 85 mm. Dodatkowo baterie dowodzenia i liczne jednostki wsparcia.
Na początku wojny sześć baterii artyleryjskich przeniesiono do Chasanu, do obrony mostu na granicy. Baterie te miały prawo prowadzić ogień tylko w przypadku naruszenia przestrzeni powietrznej przez wroga.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tytuł oryginału: Idol na kurganie
Copyright © Wiktor Suworow, 2025
All rights reserved
Copyright © for the Polish e‑book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2025
Informacja o zabezpieczeniach
W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.
Redakcja: Krzysztof Tropiło
Projekt i opracowanie graficzne okładki: Urszula Gireń
Fotografia na okładce
© AKG/BE&W
Wydanie I e‑book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Bożek na kurhanie, wyd. I, Poznań 2026)
ISBN 978-83-8338-568-6
WYDAWCA
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań, Polska
tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40
e-mail: [email protected]
www.rebis.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer
