Boża "adrenalina". Codzienne życie z Duchem Świętym - Haumonte Odile - ebook
Opis

Czy próbowałeś wyjaśnić komuś swoimi słowami (np. uczniom na katechezie czy synowi przed bierzmowaniem), kim jest Duch Święty i czym różnią się dary, owoce i łaski Ducha? A może stoisz wobec wyzwań, które cię przerastają, i potrzebujesz Bożej „adrenaliny”? Autorka zaczyna od pewnej historii:  Koło czterdziestki zrobiłam istotny krok naprzód – wychowawszy pięcioro dzieci, podjęłam pracę w branżach dziennikarskiej i wydawniczej. I nagle okazało się, że muszę niejako przeskoczyć samą siebie. A żeby tak się stało, potrzebuję natchnienia i siły. Skąd je wzięła? To początek opowieści o Duchu i Jego darach. O łasce zmieniającej wszystko. Książka jest niespotykanym połączeniem nauczania, świadectwa życia chrześcijańskiego, modlitewnika i książki medytacyjnej; połączeniem, które wprowadza w serce czytelnika światło,  siłę i odwagę.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 197

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Dla Mar­ti­ne Ba­zin i Vir­gi­nie Man­gin.

Na­zwi­ska tych osób nie po­ja­wia­ją się w publi­ka­cji, ale gdyby nie one, dzie­siąt­ki ksią­żek – w tym tak­że i ta – nie uj­rza­łyby świa­tła dzien­ne­go.

Pra­gnij nade wszyst­ko mieć Du­cha Pań­skie­go wraz z Jego uświę­ca­ją­cym dzia­ła­niem.

(Świę­ta Kla­ra z Asy­żu[1])

Całe moje życie było opar­te na od­kryciu Du­cha Świę­te­go. Na­zywam Go swym Przy­ja­cie­lem, wie­rząc, że mam po temu po­wo­dy.

(o. Eu­ge­niusz-Ma­ria od Dzie­ciąt­ka Je­zus)

[1] Por. Re­guła Świę­tej Kla­ry, 10,8–9.

Przed­mo­wa

Kie­dy wy­daw­ca po­pro­sił mnie, abym przy­go­to­wa­ła krót­ką pre­zen­ta­cję ni­niej­szej książ­ki, zna­la­złam się w nie­ma­łym kło­po­cie. Nie jest to bo­wiem świa­dec­two życia chrze­ści­jań­skie­go ani na­ucza­nie, ani mo­dli­tew­nik, ani książ­ka me­dyta­cyj­na. Ot – wszyst­kie­go po tro­chu… Przy­szła mi do gło­wy myśl, że jest to „książ­ka, w któ­rej pra­gnę się po­dzie­lić”: wie­dzą, któ­rą otrzyma­łam i któ­ra jest mi po­moc­na w życiu; wspo­mnie­nia­mi, dzię­ki któ­rym mogę iść na­przód; uczucia­mi, któ­re żywię; sło­wa­mi, któ­re mnie nio­są.

Mó­wiąc krót­ko: pra­gnę przy­łą­czyć się do cie­bie, dro­ga czytel­nicz­ko, dro­gi czytel­ni­ku, i przejść ka­wa­łek dro­gi ra­zem z tobą. Wspól­nie od­na­leźć dys­kret­ne, ale świe­tli­ste śla­dy Du­cha Świę­te­go, obec­ne­go w two­im i moim życiu, na­da­ją­ce­mu na­sze­mu ist­nie­niu smak nie­śmier­tel­no­ści.

Wstęp

Kim je­steś, Du­chu Świę­ty?

Weź kro­ple rosy per­lą­ce się na ak­sa­mit­nych płat­kach kwie­cia; świer­got pta­ków przy­wo­łują­cych świt w wio­sen­ny po­ra­nek; krysta­licz­ny śmiech ma­łe­go dziec­ka; do­stoj­ność nie­bo­tycz­nych gór po­krytych wiecz­nym śnie­giem, ró­żo­wie­ją­cym od piesz­czot wscho­dzą­ce­go słoń­ca; for­te­pia­no­wą fugę z sym­fo­nii Rach­ma­ni­no­wa; łka­nie sak­so­fo­nu w pod­zie­miach me­tra; gwał­tow­ność pie­ni­sto­grzywych bał­wa­nów roz­bryzgują­cych się z rykiem na kli­fach; naj­błę­kit­niej­sze nie­bo To­ska­nii, naj­czer­wień­szy za­chód słoń­ca w Afryce i naj­zie­leń­sze łąki Lo­ta­ryn­gii; peł­ne mi­ło­ści spoj­rze­nie, któ­rym mat­ka ob­da­rza swo­je dziec­ko; moc­ne ręce ojca pod­rzuca­ją­ce­go swo­je­go syna („Jesz­cze! Jesz­cze!”); ulot­ny za­pach li­lii i woń świe­żo sko­szo­nej tra­wy; za­pach go­rą­ce­go chle­ba i mdła­wą woń tar­gu ryb­ne­go; ci­chy szmer strumie­nia i po­tę­gę bu­rzy… a poj­miesz (o, w jak­że ma­leń­kim stop­niu!), czym jest Duch Świę­ty. A jest On gwał­tow­nym wi­chrem ła­mią­cym stulet­nie ce­dry Li­ba­nu, pach­ną­cym olej­kiem roz­ta­cza­ją­cym do­oko­ła swo­ją woń. Jest du­chem i ogniem. Wodą i świa­tłem. Jest Bo­giem.

Dziw­na to rzecz – na­sza re­la­cja z Du­chem Świę­tym. Wzywa­my Go, roz­po­czyna­jąc każ­dą mszę, każ­dą mo­dli­twę: „W Imię Ojca i Syna, i Du­cha Świę­te­go”, a jed­no­cze­śnie sta­le o Nim za­po­mi­na­my. Re­cytuje­my wy­zna­nie wia­ry: „Któ­ry z Oj­cem i Sy­nem wspól­nie od­bie­ra uwiel­bie­nie i chwa­łę…” – ale czy żyje­my tym wy­zna­niem? Czy mo­dli­my się do Du­cha Świę­te­go, czy Go przy­zywa­my, czy ko­cha­my Go rów­nie moc­no jak Ojca i Syna?

Duch ra­do­ści i od­wa­gi

Bar­dzo dłu­go wy­da­wa­ło mi się, że mogę się obejść bez Du­cha Świę­te­go. Prze­cież Oj­ciec otula mnie swo­ją mi­ło­ścią, Je­zus pro­wa­dzi mnie dro­gą życia, Mat­ka Boża po­cie­sza mnie i czuwa nad moją ro­dzi­ną, Świę­ty Jó­zef pod­trzymu­je mnie w trud­no­ściach życia co­dzien­ne­go, a Anioł Stróż dwoi się i troi, aby wy­cią­gnąć mnie z ta­ra­pa­tów, w któ­re wpa­dam na skutek nie­uwa­gi czy roz­tar­gnie­nia… Czy w ta­kiej sy­tua­cji w moim życiu jest jesz­cze miej­sce dla Du­cha Świę­te­go? Koło czter­dziest­ki zro­bi­łam jed­nak istot­ny krok na­przód: wy­cho­waw­szy pię­cio­ro dzie­ci (mam na­dzie­ję, że dzię­ki peł­ne­mu mi­ło­ści spoj­rze­niu Boga „pchnę­łam je” dość wy­so­ko), pod­ję­łam pra­cę w bran­żach dzien­ni­kar­skiej i wy­daw­ni­czej. I na­gle oka­za­ło się, że mu­szę nie­ja­ko prze­sko­czyć samą sie­bie. A żeby tak się sta­ło, po­trze­bu­ję na­tchnie­nia i siły. Kto mógł dać mi de­ter­mi­na­cję do tego, abym nie za­trzyma­ła się po dro­dze, a jed­no­cze­śnie na­uczyć mnie wsłucha­nia się w spo­koj­ny i ła­god­ny głos, któ­ry prze­ma­wia do mnie w moim wnę­trzu? Je­zus zło­żył nam taką oto bez­wa­run­ko­wą obiet­ni­cę: „[…] o ileż bar­dziej Oj­ciec z nie­ba da Du­cha Świę­te­go tym, któ­rzy Go pro­szą” (Łk 11,13). Nie po­wie­dział: „Je­śli bę­dzie­cie trwać we mnie”, „Je­śli bę­dzie­cie się mo­dlić”, „Je­śli bę­dzie­cie słuchać gło­su mego”… Nie, Je­zus skła­da tę obiet­ni­cę za­rów­no w imie­niu Ojca: „A Ja po­pro­szę Ojca, i da wam in­ne­go Obroń­cę, aby był z wami na za­wsze, Du­cha praw­dy […]” (J 14,16–17), jak i wła­snym: „[…] tchnął na nich i mówi: Weź­cie Du­cha Świę­te­go” (J 20,22). Pod­dać się kie­row­nic­twu Du­cha Świę­te­go, wy­brać Go na swe­go na­uczycie­la – to po­sta­wić ża­gle i po­zwo­lić, aby tchnie­nie Du­cha unio­sło nas na peł­ne mo­rze. Owszem, na wi­dok kłę­bią­cych się wo­kół mnie bał­wa­nów nie­jed­no­krot­nie krzyk­nę­łam z prze­ra­że­nia jak apo­stoł Piotr: „Jak da­le­ko do brze­gu! Może zro­bi­my prze­rwę?”. Duch jed­nak nie zno­si sta­gna­cji i nie po­zwo­li nam po­paść w mar­two­tę. Ską­di­nąd, ile­kroć spoj­rzę wstecz, na dro­gę, któ­rą już prze­byłam, pra­gnę iść jesz­cze da­lej: „Po­myśleć, że wszyst­ko to prze­żyłam… Po­myśleć, że dziś je­ste­śmy w tym miej­scu…”. Ileż bło­go­sła­wieństw nas spo­tka­ło! Ileż razy na­sze proś­by zo­sta­ły wy­słucha­ne! Zna­łam peł­ną świa­tła mło­dą dziew­czynę, któ­ra nie­ste­ty ode­szła przed­wcze­śnie, w wie­ku dwudzie­stu lat. Mia­ła ona w zwycza­ju przy­wo­ływać do po­rząd­ku swo­ich ro­dzi­ców (byli mi­sjo­na­rza­mi pra­cu­ją­cymi na wszyst­kich kon­tynen­tach): „Uwa­ga, ro­dzi­ce, ob­ra­sta­cie w piór­ka!”. Duch nie po­zwa­la nam na bez­ruch; po­trzą­sa nami, ale też nie­ustan­nie bu­du­je nas na nowo: „[…] Je­że­li Jah­we domu nie zbu­du­je, na próż­no się trudzą ci, któ­rzy go wzno­szą […]” (Ps 127,1). Je­śli Duch Świę­ty nie po­ło­ży fun­da­men­tów pod na­sze życie, wszyst­kie na­sze pla­ny na przy­szłość speł­zną na ni­czym.

Żyć z Du­chem Świę­tym dzień po dniu – to na­uczyć się uf­no­ści, wy­brać ra­dość i wy­płynąć na głę­bo­ką wodę.

Te­re­sa i Ka­rol

Świę­ta Te­re­sa z Ávi­li, któ­rej pięć­set­ną rocz­ni­cę uro­dzin Ko­ściół ob­cho­dził 28 mar­ca 2015 roku, w 1970 roku jako pierw­sza ko­bie­ta (wraz ze Świę­tą Ka­ta­rzyną ze Sie­ny) zo­sta­ła ogło­szo­na dok­to­rem Ko­ścio­ła. Każ­dy dok­tor Ko­ścio­ła ma swo­ją „spe­cja­li­za­cję”, szcze­gól­ną ła­skę, któ­rą zo­stał ob­da­rzo­ny. Te­re­sa to Ma­ter spi­ri­tua­lium – ‘mat­ka du­cho­wo­ści’, ‘mi­strzyni życia du­cho­we­go’.

W ho­mi­lii wy­gło­szo­nej 27 wrze­śnia 1970 roku z oka­zji ogło­sze­nia Te­re­sy dok­to­rem Ko­ścio­ła pa­pież Pa­weł VI przy­po­mniał, jak bar­dzo pod­kre­śla­ła ona zna­cze­nie Du­cha Świę­te­go w życiu mo­dli­twy, i to w cza­sach, w któ­rych o Du­chu zupeł­nie za­po­mnia­no:

Skąd wy­pływał u Te­re­sy skarb jej na­uki? Bez wąt­pie­nia z jej świa­tłe­go umysłu, z kul­turo­wej i du­cho­wej for­ma­cji, z lek­tur, z roz­mów z wiel­ki­mi na­uczycie­la­mi teo­lo­gii i du­cho­wo­ści; wy­pływał on z głę­bo­kiej wraż­li­wo­ści, wzmo­żo­nej dys­cypli­ny asce­tycz­nej i me­dyta­cji kon­tem­pla­cyj­nej; jed­nym sło­wem, z pod­da­nia się ła­sce przy­ję­tej przez du­szę nie­zwykle bo­ga­tą i przy­go­to­wa­ną do prak­tyko­wa­nia i do­świad­cza­nia mo­dli­twy. Czy jed­nak było to je­dyne źró­dło jej „wy­bit­nej dok­tryny”? Czy może ra­czej po­win­ni­śmy do­szuki­wać się u Świę­tej Te­re­sy ak­tów, czynów, sta­nów, któ­rych źró­dłem nie była ona sama, lecz któ­rym zo­sta­ła pod­da­na; sta­nów mi­stycz­nych – w peł­nym tego sło­wa zna­cze­niu – któ­rych bier­nie do­świad­cza­ła i któ­re na­le­ża­ło­by przy­pi­sać nad­zwy­czaj­ne­mu dzia­ła­niu Du­cha Świę­te­go?[1].

Wie­lu świę­tych, tak jak Świę­ta Te­re­sa z Ávi­li, żyło w przy­jaź­ni z Du­chem Świę­tym. Czy jed­nak wie­my, że Świę­ty Jan Pa­weł II dwukrot­nie – w dniu świę­ceń ka­płań­skich, a na­stęp­nie świę­ceń bi­skupich – otrzymał od Du­cha Świę­te­go obiet­ni­cę, iż Ten nig­dy go nie opu­ści? A prze­cież ów mło­dy pol­ski ka­płan i dusz­pa­sterz mło­dzie­ży na­wet nie przy­pusz­czał, jak nie­sa­mo­wi­ty los sta­nie się jego udzia­łem! 28 wrze­śnia 1958 roku oj­ciec Ka­rol Woj­tyła otrzymał kon­se­kra­cję bi­skupią i zo­stał mia­no­wa­ny bi­skupem po­moc­ni­czym Kra­ko­wa. Był to po­chmur­ny dzień, a jed­nak w chwi­li kon­se­kra­cji zza chmur wy­szło słoń­ce. Je­den z pro­mie­ni spłynął na mło­de­go ka­pła­na. W 1994 roku, trzydzie­ści sześć lat póź­niej, pa­pież Jan Pa­weł II za­wo­łał w za­chwycie:

Chór śpie­wał: Veni Cre­ator Spi­ri­tus… Wsłuchi­wa­łem się w ten śpiew i zno­wu, jak pod­czas świę­ceń ka­płań­skich, a może z jesz­cze więk­szą wy­ra­zi­sto­ścią, bu­dzi­ła się we mnie świa­do­mość, że to prze­cież Duch Świę­ty jest spraw­cą kon­se­kra­cji. To było po­cie­chą i umoc­nie­niem wo­bec wszel­kich ludz­kich obaw, ja­kie wią­żą się z po­dej­mo­wa­niem tak wiel­kiej od­po­wie­dzial­no­ści. Ta myśl bu­dzi­ła w mej du­szy wiel­ką uf­ność: Duch Świę­ty oświe­ci, wzmoc­ni, po­cie­szy, po­uczy… Czy nie taką obiet­ni­cę zło­żył Chrystus swo­im Apo­sto­łom?[2].

Dzie­więć sym­bo­li Du­cha Świę­te­go

Pe­łen mocy Duch Świę­ty jest tak­że ukrytym Bo­giem, a Jego sym­bo­le uzmysła­wia­ją nam, jak bar­dzo wy­cho­dzi nam na spo­tka­nie: jed­ne­go dnia, kie­dy zima skuje lo­dem na­sze ser­ca, przyj­dzie do nas pod po­sta­cią ognia; kie­dy in­dziej – zstą­pi na nas pod po­sta­cią de­li­kat­nej i kruchej go­łę­bi­cy lub ole­ju na­masz­cze­nia, któ­ry opa­trzy na­sze rany. W Ka­te­chi­zmie Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go wy­mie­nio­no dzie­więć sym­bo­li Du­cha Świę­te­go (§ 694–701). Są to: woda, na­masz­cze­nie, ogień, ob­łok i świa­tło, pie­częć, ręka, pa­lec, go­łę­bi­ca.

Być może któ­ryś z tych sym­bo­li Du­cha jest nam szcze­gól­nie bli­ski.

Jak za­uwa­żył Oli­vier Bel­le­il[3]: „Dla wie­lu chrze­ści­jan Duch Świę­ty bę­dą­cy Oso­bą Trój­cy Świę­tej po­zo­sta­je wiel­kim nie­zna­jo­mym. Ten brak wie­dzy po­cią­ga za sobą dra­ma­tycz­ne kon­se­kwen­cje: let­niość, brak spój­no­ści mię­dzy wia­rą i życiem, «prak­tycz­ną apo­sta­zję», utra­tę toż­sa­mo­ści chrze­ści­jań­skiej. Przy­czyną więk­szo­ści cho­rób to­czą­cych du­cho­we cia­ło ludu Bo­że­go jest ozię­błość wo­bec Du­cha Świę­te­go”. „Wszyst­ko, byle nie obo­jęt­ność!” – śpie­wa Jean-Ja­cques Gold­man[4]. „Wszyst­ko, byle nie czas, któ­ry umie­ra, i bez­barw­ne, iden­tycz­ne dni, sto­ją­ce ni­czym mar­twa rze­ka!” Je­śli na­sze życie z wia­ry jest bez­barw­ne i stoi ni­czym mar­twa rze­ka – mu­si­my uzmysło­wić so­bie, że brak nam Du­cha Świę­te­go. To On jest wia­rą, któ­ra mie­ni się ty­sią­ca­mi barw; to On jest tę­czą w na­szym ser­cu, pie­czę­cią na­sze­go przy­mie­rza z Bo­giem, nie­ska­la­ną jutrzen­ką i peł­nym do­sto­jeń­stwa za­cho­dem; jest Bo­żym życiem, któ­re ro­dzi się w nas. „[…] Zbudź się z uśpie­nia i po­wstań z mar­twych, a Chrystus cię oświe­ci” (Ef 5,14). Śmierć na­dej­dzie w swo­im cza­sie, kie­dyś… Ale ra­czej nie bę­dzie ozna­cza­ła „wiecz­ne­go od­po­czyn­ku”, bo Świę­ta Te­re­sa od razu za­trud­ni nas, abyśmy wraz z nią czuwa­li nad tymi, któ­rych ko­cha­my.

Dziś jed­nak je­ste­śmy we­zwa­ni do tego, aby żyć, by cie­szyć się – choć­by przez łzy – życiem, peł­nym śpie­wu i tań­ca. Za­cznij­my krok po kro­ku, nie­śmia­łą mo­dli­twą wy­szep­ta­ną drżą­cym gło­sem: „Jezu, je­steś…”, „Jezu, ko­cham Cię…”. I na­gle oka­że się, że w spo­sób zupeł­nie na­tural­ny, bez zmu­sza­nia się do cze­go­kol­wiek, każ­dym ude­rze­niem na­sze­go udrę­czo­ne­go, zra­nio­ne­go ser­ca za­czę­li­śmy wy­sła­wiać Boga. „Dzię­kuję, Pa­nie, że na mnie spoj­rza­łeś. Że je­steś… Ty za­wsze cze­kasz na mnie, a ja wciąż ocią­gam się, aby wyjść Ci na spo­tka­nie. Dzię­kuję, że je­steś ze mną, kie­dy jest do­brze. I dzię­kuję, że je­steś, kie­dy wie­dzie mi się nie­co go­rzej”. Wy­obraź­my so­bie, że Je­zus tchnie na nas, mó­wiąc: „Weź­cie Du­cha Świę­te­go!” (por. J 20,22). Duch wy­le­je na nas te ła­ski, któ­rych naj­bar­dziej po­trze­bu­je­my: moc, kie­dy opa­da­my z sił; ra­dość, kie­dy do­pa­da nas smu­tek; po­kój, gdy tar­ga­ją nami nie­po­ko­je… Nie tyl­ko wie, cze­go po­trze­bu­je­my, lecz tak­że uczy nas, jak mamy się mo­dlić – bo prze­cież sami nie wie­my, o co Go pro­sić.

Przyjdź, Du­chu Świę­ty, pra­gnę Cię po­znać i po­ko­chać!

[…] Bez Du­cha nie moż­na więc wi­dzieć Ojca, a bez Syna nikt nie może zbli­żyć się do Ojca, po­nie­waż Syn jest po­zna­niem Ojca, a po­zna­nie Syna Bo­że­go do­ko­nuje się przez Du­cha Świę­te­go.

KKK, § 683 (św. Ire­ne­usz, De­mon­stra­tio apo­sto­li­ca, 7)

[1] Prze­kład wła­sny; przy­pis tłumacz­ki.

[2] Jan Pa­weł II, Wstań­cie, chodź­my!, Wy­daw­nic­two Świę­te­go Sta­ni­sła­wa BM, Kra­ków 2004, s. 25–26; przy­pis tłumacz­ki.

[3]Viens Esprit Sa­int!, Édi­tions des Béa­ti­tudes, 2014.

[4] Al­bum À l’envers, 1981.

Część pierw­sza:

Roz­dział 1 DAR MĄ­DRO­ŚCI

O głę­bio bo­gac­twa, mą­dro­ści i po­zna­nia Bo­że­go! Jak­żeż nie­uchwyt­ne są Jego wy­ro­ki i nie do wy­śle­dze­nia Jego dro­gi! „Któż bo­wiem po­znał myśl Pana? Albo kto był Jego do­rad­cą? […]”

(Rz 11,33–34)

Ni­czym lek­ka bryza uno­szę się nad wo­da­mi po­cząt­ku, mu­ska­jąc grzbie­ty fal, prze­czuwa­jąc za­pa­chy i ko­lo­ry, któ­re – pew­ne­go dnia, już wkrót­ce – sta­ną się ozdo­bą świa­ta. Wy­obra­żam so­bie stat­ki, któ­re po­płyną ku przy­go­dzie, ku bo­gac­twu, na spo­tka­nie z nie­zna­nym. Już te­raz słyszę krzyk mew, wi­dzę lot al­ba­tro­sa. To świat jesz­cze nie­stwo­rzo­ny, ist­nie­ją­cy je­dynie w za­myśle Stwór­cy i pięk­niej­szy niż kie­dykol­wiek póź­niej. Na­gle słyszę wrza­wę i śmiech dzie­ci. Zstę­puję mię­dzy nie i ba­wię się z nimi. Są moją ra­do­ścią. Jak pięk­ny jest świat, jacy pięk­ni są lu­dzie! Je­stem mą­dro­ścią. Dziś jed­nak pła­czę: świat prze­stał być pięk­ny i lu­dzie prze­sta­li być pięk­ni. Tuż obok mnie za­brzmiał per­li­sty śmiech. Małe dziec­ko pod­cho­dzi do mnie nie­pew­nym, chwiej­nym kro­kiem. Swą drob­ną rącz­ką ocie­ra moje łzy. Po­ka­zuje mi ak­sa­mit­ne płat­ki kwia­tu, na któ­rym przy­siadł mo­tyl. Kła­dzie pa­lec na ustach: „Ćśśś!”. Od­le­ciał mo­tyl – la­ta­ją­cy kwiat. Dziec­ko uśmie­cha się do mnie. Do­pó­ki ist­nie­je dziec­ko, któ­re umie po­dzi­wiać kwia­ty, do­pó­ki ist­nie­ją kwia­ty, na któ­rych przy­sia­da­ją mo­tyle, do­pó­ki ist­nie­ją mo­tyle, któ­re ukwie­ca­ją sobą nie­bo – dzie­ło stwo­rze­nia bę­dzie uspra­wie­dli­wio­ne.

De­fi­ni­cja[1]:

Mą­drość (sa­pien­tia): jest to dar, po­przez któ­ry Duch po­zwa­la nam kosz­to­wać roz­ko­szy Bo­żych. Po­ma­ga nam za­sma­ko­wać Jego sa­me­go w głę­bi na­szych serc i w ja­kimś stop­niu uprze­dzać na zie­mi coś z ra­do­ści nie­ba.

W ję­zyku ła­ciń­skim sło­wo sa­pe­re ma dwa zna­cze­nia: ‘wie­dzieć’ (‘ro­zu­mieć’) i ‘sma­ko­wać’. Zna­leźć mą­drość to zna­czy: za­kosz­to­wać Boga, Jego obec­no­ści, Jego mi­ło­ści, Jego sło­wa – słod­kie­go jak miód, któ­ry płynie z pla­stra (por. Ez 3,3; Ps 19).

Kar­dynał Bar­ba­rin w swo­jej książ­ce Ad­o­ra­cja i Eu­cha­rystia[2] za­uwa­ża, że w przy­pad­ku klu­czo­wych tek­stów chrze­ści­jań­stwa, ta­kich jak Dzie­sięć przy­ka­zań, Oj­cze nasz czy Osiem bło­go­sła­wieństw, naj­waż­niej­sze jest pierw­sze we­zwa­nie, pierw­sze przy­ka­za­nie, pierw­sze bło­go­sła­wień­stwo. To z nich wy­pływa­ją wszyst­kie po­zo­sta­łe:

Przy­miot­nik „pierw­szy” ma tu bar­dzo istot­ne zna­cze­nie. Nie ozna­cza je­dynie cze­goś, co wy­stę­puje w pierw­szej ko­lej­no­ści, lecz ra­czej coś, co obej­mu­je ca­łość, za­wie­ra w so­bie wszyst­ko, co na­stę­puje po nim. Gdybyśmy na­praw­dę ro­zu­mie­li, co ozna­cza pierw­sze przy­ka­za­nie: „Bę­dziesz więc mi­ło­wał Pana, Boga two­je­go, z ca­łe­go swe­go ser­ca, z ca­łej du­szy swo­jej, ze wszyst­kich swych sił” (Pwt 6,5), nie po­trze­bo­wa­li­byśmy dzie­wię­ciu po­zo­sta­łych: „Nie bę­dziesz za­bi­jał. Nie bę­dziesz cu­dzo­ło­żył. Nie bę­dziesz kradł. Nie bę­dziesz mó­wił fał­szywie prze­ciw bliź­nie­mu” itd. (zob. Pwt 5,16–20).

Po­dob­nie jest z da­rem mą­dro­ści – pierw­szym da­rem Du­cha Świę­te­go. To z nie­go wy­pływa­ją wszyst­kie po­zo­sta­łe. W rze­czywi­sto­ści bo­wiem wszyst­ko bie­rze po­czą­tek ze spo­tka­nia z Bo­giem. So­bór Wa­tykań­ski II przy­po­mniał, że li­tur­gia jest szczytem, do któ­re­go zmie­rza dzia­łal­ność Ko­ścio­ła, i jed­no­cze­śnie źró­dłem, z któ­re­go wy­pływa cała jego moc. Po­dob­nie rzecz się ma z na­szym życiem du­cho­wym: na­sze spo­tka­nie z Bo­giem jest szczytem tego życia i do tego szczytu, to zna­czy do na­wią­za­nia lub po­głę­bie­nia za­żyło­ści z Pa­nem, zmie­rza­ją wszel­kie na­sze dzia­ła­nia.

No­szę w ser­cu pew­ne wspo­mnie­nie, tak żywe, jak­by to było wczo­raj. Mam czte­ry lub pięć lat. A może sześć. Nie mogę za­snąć (bez­sen­ność po­ja­wi­ła się w moim życiu o wie­le wcze­śniej niż pierw­sze kosz­ma­ry). Leżę z otwar­tymi ocza­mi, wpa­truję się w ciem­ność, a w mo­jej gło­wie kłę­bią się ty­sią­ce myśli. Na­gle wy­czuwam nad sobą czyjąś fi­zycz­ną obec­ność. Za­le­wa mnie fala go­rą­ca. W tej chwi­li od­krywam, że Bóg jest przy mnie, do­kład­nie tak, jak mi po­wie­dzia­no (w każ­dą nie­dzie­lę cho­dzę z dziad­ka­mi do ko­ścio­ła). I że jest ko­cha­ją­cym Oj­cem. Wie­le lat póź­niej spo­tkam Je­zusa i do­znam za­chwytu, gdy od­kryję, że Mat­ka Boża jest tak­że moją Mat­ką. Na po­cząt­ku swo­je­go życia du­cho­we­go – i w ogó­le życia jako ta­kie­go – ze zdu­mie­niem od­kryłam jed­nak mi­łość Ojca, któ­ry jest bli­ski i pe­łen ta­jem­ni­cy, po­tęż­ny i ła­god­ny, ema­nują­cy nie­skoń­czo­ną czuło­ścią. Nie po­tra­fię od­dać sa­mymi tyl­ko sło­wa­mi tego cie­pła, tej ła­god­no­ści. Cze­goś po­dob­ne­go do­świad­czyłam wie­le lat póź­niej, kie­dy usłysza­łam po raz pierw­szy w życiu sło­wa pie­śni za­in­spi­ro­wa­ne Psal­mem 139[3]: „Pro­wa­dzi mnie Two­ja ręka, do­się­ga mnie Two­ja pra­wi­ca”. Bóg trzyma mnie w swo­ich dło­niach i nig­dy mnie nie wy­pu­ści. Przy­ja­ciół­ka po­wie­dzia­ła mi pew­ne­go dnia, że jej wia­ra za­sa­dza się na jed­nym pro­stym stwier­dze­niu: „Bóg wie wszyst­ko, Bóg może wszyst­ko i ko­cha mnie”.

Dzię­ki da­ro­wi mą­dro­ści od­naj­du­ję Boga w głę­bi sie­bie. Jest On ukrytym go­ściem mo­jej du­szy. W ho­mi­lii wy­gło­szo­nej w klasz­to­rze w miej­sco­wo­ści Cor­ba­ra usłysza­łam sło­wa za­in­spi­ro­wa­ne pi­sma­mi Ma­de­le­ine Del­brêl: „Prze­mie­rza­jąc świat, znaj­du­jesz w nim śla­dy Boga; zstę­pując do swe­go ser­ca, spo­tykasz Boga żywe­go”.

Czas kon­tem­pla­cji

Kon­tem­plo­wać ob­raz lub kra­jo­braz ozna­cza: po­świę­cać temu ob­ra­zo­wi nie­co cza­su, przy­glą­dać mu się, roz­sma­ko­wywać się w nim, od­krywać jego ta­jem­ni­ce. Wy­da­je się, że we współ­cze­snym świe­cie – tak bar­dzo za­bie­ga­nym i za­pla­no­wa­nym – na­wet czas stał się bo­gac­twem. Czy jesz­cze pa­mię­tasz, że jako dziec­ko cza­sa­mi bar­dzo się nudzi­łeś? Dziś dzie­ci nie po­tra­fią się nudzić. Prze­łą­cza­ją pi­lo­tem ka­na­ły te­le­wi­zyj­ne, prze­ska­kują od jed­nej czyn­no­ści do drugiej, nie­ustan­nie sztur­cha­ne i stymu­lo­wa­ne przez nas, do­ro­słych. Tym­cza­sem ja wła­śnie w chwi­lach nudy wy­myśla­łam naj­pięk­niej­sze hi­sto­rie, pi­sa­łam w myślach naj­wspa­nial­sze książ­ki!

Czyż­by nasz czas stał się zbyt cen­ny, abyśmy chcie­li spo­tkać Boga? Nie­któ­rzy au­to­rzy ksią­żek po­świę­co­nych du­cho­wo­ści ra­dzą, aby za­wcza­su za­pla­no­wać w swo­im ka­len­da­rzu mo­dli­twę. Nie dla­te­go, żeby uczynić z niej czyn­ność, ja­kich wie­le, lecz po to, aby na pew­no o niej pa­mię­tać.

Mo­że­my tak­że spo­tykać Boga w każ­dej wol­nej chwi­li, na przy­kład gdy sto­imy w kor­ku lub ko­lej­ce. Albo pod­czas jaz­dy au­to­bu­sem. Na czym po­le­ga nasz pro­blem z cza­sem? Mamy go za mało czy też może naj­zwyczaj­niej go mar­no­tra­wi­my? Gdy wie­czo­rem uświa­da­miam so­bie, że nie mia­łam kie­dy po­pra­co­wać nad rę­ko­pi­sem i nie zna­la­złam bo­daj mi­nuty, aby po­wal­czyć ze ster­tą ubrań do pra­so­wa­nia, za­sta­na­wiam się, czy sta­ło się tak z po­wo­du ca­ło­dzien­ne­go bie­ga­nia bez sen­su, czy też z chę­ci prze­zna­cze­nia cza­su na drob­ne przy­jem­no­ści.

Spo­tka­nie z Bo­giem nig­dy nie jest przy­krą po­win­no­ścią ani przy­mu­sem. Wręcz prze­ciw­nie – to sama sło­dycz i uko­je­nie, coś stymu­lu­ją­ce­go i moc­ne­go, przy­no­szą­ce­go ra­dość. Cza­sa­mi, gdy wy­bie­ram się do przy­ja­ciół, ocią­gam się z wyj­ściem na samą myśl o tych wszyst­kich rze­czach, któ­re mo­gła­bym w tym cza­sie zro­bić. Kie­dy jed­nak już u nich je­stem, ra­du­ję się z roz­mo­wy z nimi, ze spo­tka­nia. Z mo­dli­twą jest po­dob­nie: nie­kie­dy się ocią­gam, ale gdy przyj­dzie co do cze­go, do­świad­czam ożyw­czej ką­pie­li. Bóg nig­dy nie po­zwa­la nam odejść z pustymi rę­ka­mi: jest jak przy­ja­ciel, któ­ry bar­dzo rzad­ko przyj­mu­je go­ści i za­wsze nas czymś ob­da­ro­wuje w re­wan­żu za od­wie­dzi­ny. Bóg daje nam to, cze­go w da­nej chwi­li naj­bar­dziej po­trze­bu­je­my: jed­ne­go dnia – swój po­kój, kie­dy in­dziej – ra­dość lub po­cie­sze­nie. Bóg na nas cze­ka. Co wię­cej, Bóg nas za­pra­sza. Nie wy­sta­wiaj­my Go cią­gle do wia­tru!

Ile­kroć po­świę­cam czas mo­dli­twie – choć bar­dziej „roz­sąd­nie” było­by usiąść wte­dy do kom­pute­ra – ten czas zo­sta­je mi zwró­co­ny po ty­siąc­kroć, bo póź­niej wszyst­ko idzie mi jak z płat­ka. Znaj­du­ję roz­wią­za­nia, o któ­rych wcze­śniej nie po­myśla­łam, otwie­ra­ją się przede mną róż­ne drzwi, ktoś skła­da mi pro­po­zycję, a ja roz­po­zna­ję w niej zrzą­dze­nie Opatrz­no­ści… Bóg po­ma­ga nam le­piej or­ga­ni­zo­wać so­bie czas, któ­ry zo­stał nam dany. Po­ma­ga nam tak­że po­wró­cić do od­po­wied­niej hie­rar­chii war­to­ści. À pro­pos, czy nasi bli­scy zaj­mu­ją wła­ści­we miej­sce w na­szym roz­kła­dzie za­jęć? A może ich tak­że po­win­ni­śmy wpi­sać so­bie do ka­len­da­rza? Pa­mię­taj­my, że w kon­tak­tach nie li­czy się ilość, lecz ja­kość. Kie­dy jed­nak szwan­kuje i jed­no, i drugie, naj­wyż­szy czas wpro­wa­dzić nie­zbęd­ne ko­rek­ty do swo­je­go spo­so­bu myśle­nia.

Przy­jąć, aby móc ob­da­rzyć

Kie­dy Moj­żesz wra­cał do ludu po spo­tka­niu z Bo­giem, jego twarz pro­mie­nia­ła szcze­gól­nym bla­skiem. Ile­kroć Ber­na­det­ta lub mała Hia­cyn­ta że­gna­ły się zna­kiem krzyża, któ­ry na­uczyła je czynić Naj­święt­sza Pa­nien­ka, wi­dzą­cy to lu­dzie do­zna­wa­li ła­ski na­wró­ce­nia. Dar mą­dro­ści po­zwa­la nam spo­tkać Boga w głę­bi na­szej du­szy. W kon­se­kwen­cji tego spo­tka­nia mo­że­my przy­bli­żać Boga in­nym. Bar­dzo wie­lu czytel­ni­ków wy­zna­wa­ło mi w za­ufa­niu, że po­ruszył ich mój ar­tykuł – ten sam, któ­ry był po­kar­mem i świa­tłem dla mnie sa­mej, kie­dy go pi­sa­łam! Gdy opi­suję żywo­ty świę­tych, naj­pierw sama do­świad­czam du­cho­we­go i głę­bo­kie­go spo­tka­nia, a do­pie­ro póź­niej pi­szę o tym, cze­go do­świad­czyłam.

Kie­dyś pra­co­wa­łam w fir­mie kom­pute­ro­wej. Mia­łam do­brą po­sa­dę ana­li­tyka-pro­gra­mi­sty i szyb­ko pię­łam się po ko­lej­nych szcze­blach ka­rie­ry. Dziś pra­cu­ję w ka­to­lic­kim wy­daw­nic­twie. Wio­dę o wie­le bar­dziej zwa­rio­wa­ne życie, prze­sta­łam na­wet li­czyć swo­je go­dzi­ny pra­cy (pra­cu­ję tak­że w dni wol­ne i pod­czas wa­ka­cji) i… czuję się o wie­le szczę­śliw­sza! To, czym się zaj­mu­ję, jest ko­he­rent­ne z tym, kim na­praw­dę je­stem. Z wy­zna­wa­nymi prze­ze mnie war­to­ścia­mi. Po­dzi­wiam oso­by, któ­re po­tra­fi­ły zdo­być się na od­wa­gę i zre­zygno­wać z pra­cy, w któ­rej nie mo­gły roz­wi­nąć skrzydeł, za­jąć się tym, cze­go praw­dzi­wie pra­gnę­ło ich ser­ce: ho­dow­lą psz­czół, rol­nic­twem eko­lo­gicz­nym, pro­wa­dze­niem pen­sjo­na­tu na koń­cu świa­ta lub schro­ni­ska na szla­ku Świę­te­go Ja­kuba… Kie­dy pa­trzę na tych lu­dzi, gdy wi­dzę, jak się zmie­ni­li: sta­li się bar­dziej po­god­ni, ra­do­śni, z wia­rą prze­zwycię­ża­ją wszel­kie trud­no­ści, myślę so­bie, że to, co zro­bi­li, było bar­dziej niż sza­lo­ne… a jed­nak jak­że zba­wien­ne!

Gdy wy­bie­ra­my za­wód, miej­sce za­miesz­ka­nia, a na­wet współ­mał­żon­ka, kie­ruje­my się mnó­stwem prze­sła­nek. Je­śli wła­ści­wie je od­ko­du­je­my, ła­twiej bę­dzie­my dźwi­gać swój co­dzien­ny krzyż. Albo wręcz prze­ciw­nie: kie­dy mamy peł­ny ogląd sy­tua­cji, kie­ruje­my się doj­rza­ło­ścią i po­czuciem od­po­wie­dzial­no­ści, to mo­że­my ła­twiej zre­zygno­wać z tego, co nam nie służy i spo­wal­nia nasz roz­wój. Znam męż­czyznę, któ­ry wy­cho­dząc z tego za­ło­że­nia, zo­sta­wił żonę z trój­ką dzie­ci, bo „nie po­zwa­la­ły mu się roz­wi­jać”. Nie to jed­nak mam na myśli, kie­dy mó­wię o doj­rza­ło­ści i po­czuciu od­po­wie­dzial­no­ści. Być może nie wszyst­kie moje de­cyzje były w peł­ni wol­ne i oświe­co­ne, ale od­po­wie­dzial­ność, któ­ra się z nimi wią­że, trak­tuję jak dar od życia… To praw­da, nie­któ­re dary były za­trute, ale na­wet i te przyj­mu­ję – zbu­do­wa­ły mnie bo­wiem i uczyni­ły mnie tym, kim dziś je­stem.

Kie­dyś pod­czas re­ko­lek­cji myłam wiel­ki stół w re­fek­ta­rzu i roz­ma­wia­łam z in­nym uczest­ni­kiem o uzdro­wie­niu. Zwie­rzyłam się: „Wiesz, to idio­tycz­ne, ale na po­cząt­ku myśla­łam, że Bóg uzdro­wi mnie ze wszyst­kich mo­ich cho­rób, tak­że z krót­ko­wzrocz­no­ści, i że nie będę już po­trze­bo­wa­ła okula­rów”. „Ja tak­że” – od­parł ze zdu­mie­niem mój roz­mów­ca. Dziś wresz­cie zro­zu­mia­łam – i przede wszyst­kim po­go­dzi­łam się z tym – że Bóg nie jest cza­ro­dzie­jem, któ­ry może wszyst­ko zmie­nić jed­nym ruchem ma­gicz­nej różdż­ki. Jest wszech­mo­gą­cy w mi­ło­ści. Do­bra wróż­ka mo­gła prze­mie­nić łach­ma­ny Kop­ciusz­ka w pięk­ną suk­nię, a dy­nię w ka­ro­cę, ale nie od­mie­ni­ła ser­ca ma­co­chy. Bóg nie roz­ście­la pod mo­imi sto­pa­mi mięk­kie­go dy­wa­nu, abym na ścież­kach życia nie ura­zi­ła sto­py o ka­mień. Za­wsze jed­nak jest przy mnie i kie­dy dro­ga sta­je się zbyt stro­ma, bie­rze mnie w ra­mio­na.

Mą­drość stół za­sta­wi­ła ob­fi­cie. I na świę­to za­pra­sza swój lud. Przy­chodź­cie na ucztę Syna Bo­że­go, przyj­mij­cie ten chleb, co Pan daje nam[4].

[1] De­fi­ni­cje da­rów Du­cha Świę­te­go za: Pier­re De­sco­uve­mont, Prze­wod­nik po trud­no­ściach wia­ry ka­to­lic­kiej, przeł. i oprac. ks. Ta­de­usz Ja­nia SDB, Wy­daw­nic­two M, Kra­ków 1998, s. 468–470.

[2] Phi­lip­pe Bar­ba­rin, Ad­o­ra­cja i Eu­cha­rystia, przeł. Lil­la Da­ni­lec­ka, Pro­mic, War­sza­wa 2013, s. 11.

[3] http://chants.ile­stvi­vant.com/, pieśń 171

[4] Pieśń li­tur­gicz­na D580 An­dré Gou­ze­sa na pod­sta­wie Psal­mu 34.

Ty­tuł orygi­na­łu: Au quo­ti­dien avec l’Esprit Sa­int

Pro­jekt okład­ki: Krzysz­tof Krzywa­nia

Skład i ła­ma­nie: Sta­ni­sław Tuchoł­ka / pan­bo­ok.pl

O ile nie za­zna­czo­no in­a­czej, cyta­ty z Bi­blii po­cho­dzą z: Bi­blia Po­znań­ska, wyd. V.

Cyta­ty z Ka­te­chi­zmu Ko­ścio­ła ka­to­lic­kie­go za: wyd. II.

© Edi­tions des Be­ati­tudes. S.O.C., 2015

© for the Po­lish edi­tion by Świę­ty Woj­ciech Dom Me­dial­ny sp. z o.o., Po­znań 2016

All ri­ghts re­se­rved. Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne.

Li­cen­cjo­no­wa­ne dzie­ło opubli­ko­wa­ne na mocy przy­zna­nej li­cen­cji.

ISBN 978-83-8065-049-7

Wy­daw­ca:

Świę­ty Woj­ciech Dom Me­dial­ny sp. z o.o.

Wy­daw­nic­two

ul. Char­to­wo 5, 61–245 Po­znań

tel. 61 659 37 13

wy­daw­nic­[email protected]­tywoj­ciech.pl

Za­mó­wie­nia:

Dział Sprze­da­ży i Lo­gi­styki

ul. Char­to­wo 5, 61–245 Po­znań

tel. 61 659 37 57 (–58, –59), faks 61 659 37 51

sprze­[email protected]­tywoj­ciech.pl • [email protected]­jek­siaz­ki.pl

www.swie­tywoj­ciech.pl • www.mo­jek­siaz­ki.pl

Kon­wer­sja do e-wy­da­nia: Wy­daw­nic­two Świę­ty Woj­ciech