Boys from Hell - Agnieszka Lingas-Łoniewska - ebook + książka

Boys from Hell ebook

Agnieszka Lingas-Łoniewska

4,4

15 osób interesuje się tą książką

Opis

Kiedy w grę wchodzą gorące uczucia, równie parne co teksańskie noce, nie liczą się konwenanse, lecz to, co jest sensem naszego życia.

Do małego miasteczka w Teksasie powraca osiemnastoletnia Anna – córka ambitnego polityka od najmłodszych lat przebywająca w oddalonych od domu szkołach z internatem. Wkrótce spotyka na swojej drodze starszego od niej Jaxa – szefa motocyklowego gangu o nazwie Boys from Hell, osieroconego w wieku sześciu lat opiekuna rodziny. Młodzi kochankowie, oszołomieni namiętnością, początkowo nie dostrzegają chmur gromadzących się na horyzoncie… Czy siła miłości pokona dzielące ich granice i pozwoli na spełnienie marzeń?

Agnieszka Lingas-Łoniewska jest jedną z nielicznych pisarek, których książki można polecać zupełnie w ciemno. Nie zamyka się w ramach jednego gatunku, nie spełnia standardowych oczekiwań, lecz stawia na różnorodność i kreatywność literacką. W efekcie każda kolejna jej powieść to prawdziwa uczta dla wyobraźni. Tym razem także otrzymałam wykwintne danie złożone z gorącego romansu i subtelnej erotyki. Jestem oczarowana, upojona i zakochana do szaleństwa.
Krystyna Meszka, cyrysia.blogspot.com

Agnieszka Lingas-Łoniewska po raz kolejny zaspokoiła moje oczekiwania i udowodniła, że zasługuje na miano jednej z najlepszych polskich pisarek. „Boys from Hell” to chwytająca za serce, niezwykle zmysłowa, nasycona pikantnymi scenami i szalenie romantyczna historia prawdziwej miłości Anny i Jacksona. Ta książka wywoła w Was całą paletę różnorodnych emocji, sprawi, że zapomnicie o rzeczywistości i zatracicie się w lekturze. Polecam. Satysfakcja gwarantowana.
Klaudia Skiedrzyńska, nhoryzonty.blogspot.com

Boys from Hell” jest powieścią idealnie pasującą do modnego ostatnio nurtu New Adult, w którym Agnieszka Lingas-Łoniewska odnajduje się doskonale.
Ewelina Krzewicka, czytelnicza-dusza.blogspot.com

Boys from Hell” to opowieść pokazująca, że czasem trzeba przebiec piekło, by odnaleźć drogę do szczęścia. Nasycona emocjami, przyprawiona namiętnością nietuzinkowa historia o miłości, która zapada w serce i pamięć czytelnika.
Agnieszka Trześniewska, nieczytam.blogspot.com

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 331

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




 

PROLOG

 

 

 

Nie mogłem tak dalej żyć.

To nie było życie, lecz wegetacja.

Zacząłem unikać patrzenia w lustro, bo widziałem w odbiciu nie siebie, tylko jakiegoś pieprzonego kameleona, który zmieniał się zależnie od okoliczności.

Nie chciałem już funkcjonować w kilku wcieleniach.

Chciałem być sobą.

Jaxem, którego ona nie wiedzieć czemu pokochała.

ROZDZIAŁ 1

Guns N’ Roses, Paradise City

 

 

 

Minął miesiąc od momentu, kiedy osiemnastoletnia Anna Scott przyjechała do Freeport i zamieszkała w rodzinnym domu wraz z ojcem, matką oraz ekipą służących. Wróciła na ostatni rok liceum. Wcześniej uczyła się w ekskluzywnej żeńskiej szkole z internatem, a do domu przyjeżdżała tylko na święta. Chwile, kiedy musiała siadać do suto zastawionego stołu i udawać, że jest szczęśliwym dzieckiem swoich rodziców, należały do najgorszych w jej życiu.

Tydzień temu Anna rozpoczęła naukę w tutejszej szkole i żeby jakoś zagospodarować popołudnia, zgłosiła się do koła pomocy jako korepetytorka z języka francuskiego. Nie czuła się dobrze w tym mieście, może dlatego, że spędziła tu tak mało czasu, od najmłodszych lat będąc posyłana do szkół z internatem. Nie akceptowała jej tutejsza młodzież i nie czuła się jak u siebie. Zastanawiała się, czy to z nią jest coś nie tak, czy po prostu ludzie są dziwni. Może przez to, że dorastała poza swoim miasteczkiem, nie potrafiła teraz znaleźć wspólnego języka z rówieśnikami, dla których była nowa, obca, a w dodatku bogata. To wystarczyło, żeby zepchnąć ją na margines, zwłaszcza że jej też zbytnio nie zależało na czyjejkolwiek akceptacji. Chciała skończyć szkołę z jak najlepszymi wynikami, wyjechać na studia i raz na rok odwiedzać rodziców. Ale póki co zastanawiała się, czy zaaklimatyzuje się w tym mieście. Była córką nowego burmistrza, mieszkała w wielkiej rezydencji, miała służącą, pełniącą też rolę niani, ale czuła się bardzo samotna. Wiedziała, że dziewczyny ze szkoły patrzyły na nią jak na jakiegoś dziwoląga, który do tej pory uczył się w prywatnej szkole dla panienek z dobrego domu.

Zanim ojciec został burmistrzem, chciał pokazać, że jego córka jest traktowana tak samo, jak dzieci potencjalnych wyborców. Dlatego zabrał ją z tamtej szkoły i umieścił w normalnym, publicznym liceum, w ich miasteczku. Ogólnie rzecz biorąc, przyjęła to jak zawsze, posłusznie, chociaż w środku wszystko się w niej gotowało i miała ochotę rozbić ojcu na głowie wazę z gorącą zupą, którą Antonia podała właśnie na stół w jadalni. Oni zawsze traktowali ją jak mebel i przestawiali tak, żeby się dobrze… komponował. Tym razem chodziło o to, by pasowała do wizerunku dobrego, prostego obywatela, na którego kreował się ojciec, aby zdobyć upragnione stanowisko.

Dziewczyna zaciskała zęby i żyła własnym życiem, w świecie muzyki i książek. Kochała serię Lucy Maud Montgomery o Ani, co było trochę dziwnie postrzegane zarówno przez rówieśniczki, jak i przez matkę.

– Czy nie jesteś za poważna na te książki?

– Te powieści są ponadczasowe, mamo – odpowiadała ze zniecierpliwieniem Anna.

– Co ona czyta?! – Dziewczyny z klasy parskały, gdy mijały ją na szkolnym dziedzińcu, gdzie siedziała oparta o stary dąb i oddawała się lekturze.

Z reguły udawała, że nie słyszy, ale czasami obrzucała je wzrokiem pełnym pogardy i politowania. Jasne, one czytały reklamy ze sklepów, od biedy jakieś erotyki, w których on przywiązywał ją do słupa, batożył, a jej się to podobało. Anna czytała też inne powieści, miała w domu bardzo bogatą biblioteczkę, korzystała także z biblioteki szkolnej, ale to właśnie seria o Ani była jej ukochaną. Gdy była młodsza, kochała się w Gilbercie i marzyła, aby kiedyś poznać takiego chłopaka. Ich spotkanie byłoby także bardzo burzliwe, wszystko zaczęłoby się od kłótni, od niechęci, a potem byłoby tylko lepiej. To tylko nastoletnie marzenia, teraz wiedziała, że to nie takie proste, zwłaszcza gdy żyje się w takim miasteczku. A jej koledzy ze szkoły… No cóż, inteligencją raczej nie grzeszyli, zachowywali się z reguły tak, jakby ich mózgi zostały doszczętnie przetrzepane podczas gry w lacross.

Tego dnia Anna wyszła ze szkoły dosyć późno, bo korepetycje z francuskiego nieco się przedłużyły. Miała czterech uczniów z pierwszej klasy, niezbyt lotnych i dlatego, zanim skończyła tłumaczyć im materiał z ostatniej lekcji, wszystkie inne zajęcia dodatkowe już dawno się zakończyły. Anna wyszła jako ostatnia, oddała klucz od sali zajęć dodatkowych i ruszyła w stronę domu. Miała bliżej, gdy szła drogą przez las, w którym w ciągu dnia spacerowały matki z dziećmi, a młodzież jeździła na rowerach. Jednak teraz zapadał zmierzch i wokół nie było widać żywej duszy. Anna lubiła tędy chodzić, więc mimo wszystko ruszyła, uważnie się rozglądając. Po chwili pokręciła głową, wyzywając się w myśli od paranoiczek, i poszła w głąb lasku. Nie było tak strasznie, latarnie dobrze oświetlały ścieżkę, Anna założyła na uszy słuchawki od iPoda i włączyła ulubioną muzykę.

Szła szybkim krokiem, ściskając książki w ręku i mamrocząc pod nosem przekleństwa, których zestaw zachwyciłby niejednego bywalca pubu U Johnny’ego Smitha. Miała na uszach słuchawki, dlatego nie usłyszała głębokiego pomruku silników motocykli, które jechały w niewielkiej odległości za nią. Było ich pięciu, wszyscy na czarnych, chromowanych motocyklach Harley Davidson, w dżinsowych spodniach i kamizelkach, z wyszytym na plecach biało-czarnym napisem „Boys from Hell”. Nagle jeden z nich dodał gazu, wyminął Annę i zajechał jej drogę. Dziewczyna stanęła jak wryta i popatrzyła na mężczyznę na wielkim motocyklu, który przed nią stanął. Chciała go ominąć, ale obok niego pojawił się następny i jeszcze jeden.

Otoczyli ją zwartym kołem i patrzyli na nią, śmiałym wzrokiem ogarniając jej drobną postać. Było ciepło, Anna miała na sobie dżinsy, bluzkę na ramiączkach, w ręku trzymała podręczniki od języka francuskiego, książkę Ania na uniwersytecie, telefon i przybory do pisania. Zawiał lekki wiatr. Jej długie blond włosy zakryły twarz i duże, zielone oczy, z których teraz wyzierał strach i niepewność. Mężczyźni zgasili silniki. Jeden z nich zsiadł z motocykla i podszedł do niej z dziwnym uśmiechem na twarzy.

– Popatrzcie, co smakowitego można znaleźć w naszym lasku… – Oblizał wargi i wpatrywał się w dziewczynę lubieżnym wzrokiem.

– Nie mam czasu na głupie rozmowy, śpieszę się do domu! – Wprawdzie głos jej trochę drżał, ale nie miała zamiaru pokazać im otwarcie, że jest przerażona.

– Uuuuuuu! – Mężczyzna obrócił się i popatrzył na swoich kumpli. – Ostra kociczka, lubię takie! – Złapał ją wpół i przygarnął do siebie. – Skąd się tu wzięłaś, ślicznotko? Znam wszystkie panny w tym mieście, ale ciebie jeszcze nie widziałem. – Wpatrywał się w nią, trzymając mocno i napierając na nią swoim ciałem. – O! – Zerknął na trzymaną w ręku powieść. – Ania z uniwerku? Tym bardziej jesteś w moim guście. – Jego dłoń zjechała w miejsce, gdzie kończyły się plecy.

Anna uśmiechnęła się i w tym samym momencie zamachnęła się i uderzyła go z całej siły w głowę podręcznikiem od francuskiego. Jej prześladowca się zachwiał. Chciała wykorzystać ten moment, aby spróbować uciec, obróciła się i wpadła wprost na wysokiego chłopaka, który stał koło czarno-czerwonego motocykla. Wcześniej go tutaj nie było. Musiał zatem podjechać przed chwilą, w momencie gdy ona siłowała się z tamtym wielkoludem.

Chłopak, a właściwie mężczyzna, był bardzo wysoki, ona sięgała mu zaledwie do połowy ramienia. Ubrany był, tak jak i pozostali, w wytarte dżinsy, wysokie, czarne buty, skórzaną kamizelkę, a pod nią biały T-shirt z krótkimi rękawkami, odsłaniającymi umięśnione, pokryte tatuażami ramiona. Włosy miał długie i lekko pofalowane, w kolorze ciemnobrązowym, oczy także brązowe, okolone tak długimi i gęstymi rzęsami, że niejedna kobieta wpadłaby na ten widok we frustrację. Chłopak przytrzymał Annę, bo inaczej by się przewróciła, i popatrzył na pozostałych mężczyzn.

– Co jest, Jimmy? – zwrócił się do niedawnego prześladowcy Anny, który rozcierał sobie czoło.

– Nic, bawimy się…

– Ania z uniwerku to niezła zawodniczka – zaśmiał się stojący obok niego łysy, także wytatuowany facet.

– Ale jesteś głupi, Mike! Mało mam problemów przez ciebie? To jest córka burmistrza, idioto! Chcesz, żeby zamknął mi knajpę? Już i tak krzywo na nas patrzy, jeszcze takich problemów mi potrzeba! – Brązowooki patrzył na swoich kumpli, którzy unikali jego spojrzenia i utkwili wzrok w zakurzonej ścieżce parku, jak dzieci, które dostają właśnie reprymendę od swojej mamy.

– Ale Jax… – zaczął Jimmy.

– Zamknij się! Jesteś starszym bratem, a zachowujesz się jak debil. Spadajcie do baru i tam możecie sobie wyrywać panienki!

Anna stała zszokowana i przyglądała się, jak pięciu wielkich facetów wsiada posłusznie na motocykle i odjeżdża, nie patrząc nawet w jej stronę. Spojrzała na swojego wybawcę, który utkwił w niej zagadkowy wzrok.

– Wszystko w porządku? – spytał głębokim głosem, od którego Annie po całym ciele przeszło milion mikroskopijnych szpileczek.

– Chyba tak. Dzięki… – Uniosła głowę i spojrzała mu w oczy, czego natychmiast pożałowała, bo miał paraliżujące wręcz spojrzenie. – Mam na imię Anna. – Podała mu rękę.

Spojrzał na jej drobną dłoń i po chwili zamknął ją w swojej dużej, ciemnej ręce.

– Wiem. Jackson… ale mówią mi Jax. Słuchaj, jeśli się nie boisz, to wsiadaj, zawiozę cię do domu. Mieszkasz w posiadłości za laskiem? – Popatrzył na nią, siadając na harleya.

– Tak, skąd wiesz? – zapytała zdziwiona.

– Mieszkam tu od dwudziestu pięciu lat, wiem wszystko o wszystkich. Widzisz, o tobie też wiedziałem, kim jesteś… – Uśmiechnął się, pokazując rząd idealnych białych zębów.

– Jasne… wszystko musi mieć idealne… – mruknęła.

– Mówiłaś coś? – Zmarszczył brwi i popatrzył na nią.

– Hm… nie… tak, mówiłam, że nie boję się szybkiej jazdy i chętnie skorzystam z propozycji… – powiedziała z uśmiechem.

– A kto mówił, że to będzie szybka jazda? Ja jestem zwolennikiem powolnej, która dostarcza więcej doznań – powiedział poważnie i Anna poczuła się trochę nieswojo, kompletnie nie wiedząc, do czego on zmierza. – Dobra, wsiadaj… – mruknął, widząc zagubienie dziewczyny. – I na drugi raz nie chodź sama po lesie! Twój ojciec pewnie by się zmartwił, wiedząc, że jego mała córeczka włóczy się tędy po nocach – powiedział pogardliwie, odpalając maszynę.

Anna usiadła za nim, trzymając kurczowo książki.

– Jasne, może by mnie wpasował w swój program wyborczy, jako przykład walki z nieodpowiedzialnością – mruknęła, a on odwrócił głowę i popatrzył na nią jakimś dziwnym wzrokiem.

– Obejmij mnie w pasie – krzyknął, przebijając się przez głuchy dźwięk silnika.

– Przecież to będzie powolna jazda! – Uśmiechnęła się, a on znowu popatrzył na nią tym wzrokiem, ale już nic nie odpowiedział.

Anna objęła go w pasie, kładąc książki pomiędzy jego a swoim ciałem, ciesząc się, że je ma i może się jakoś od niego oddzielić. Nie żeby ten dotyk był jej niemiły, ale wywoływał u niej jakieś dziwne uczucie… niepewności, połączone jednocześnie z pragnieniem, żeby przysunąć się bliżej, co sprawiło, że siedziała sztywno i po chwili zaczęły ją boleć plecy. Droga jednak szybko się skończyła i Jax podjechał pod jej dom. Stanął trochę bliżej lasku, jakby nie chciał, żeby ktokolwiek z mieszkańców posiadłości widział, z kim przyjechała ta dziwna, ciągle coś do siebie mrucząca dziewczyna.

– Już. Nie umarłaś?

– Zależy od czego… – mruknęła.

– Jezu, co ty tam ciągle do siebie gadasz? – odwrócił się do niej i popatrzył spod zmarszczonych brwi.

– Nic. W sumie mogłeś mnie zostawić w tym lasku, skoro bałeś się podjechać pod wejście – odparła, schodząc z motocykla.

Jackson zgasił silnik, postawił maszynę na nóżce i podszedł do dziewczyny.

– To może zaprosisz mnie na kolację, panno Scott? Tatuś pewnie będzie szczęśliwy. – Objął się ramionami i patrzył na nią pogardliwym wzrokiem.

– Ale co ty ciągle z tym tatusiem wyjeżdżasz?! Masz z tym jakiś problem? Głosowałeś na niego? A może nie głosowałeś i teraz żałujesz? – Popatrzyła ze złością, którą zawsze reagowała na przypominanie jej, że jest córeczką burmistrza.

Mężczyzna wyprostował się i patrzył na nią zdumionym wzrokiem.

– Ja pierniczę, to ty masz problem, dziewczyno! A poza tym to nie ja mieszkam w tym ogromnym domu i nie mój stary jeździ wielkim lincolnem. Założę się, że masz służącą, która pierze twoje jedwabne majteczki!

– No wiesz! Nic ci do tego! – Wrzasnęła i natychmiast tego pożałowała, bo on popatrzył na nią przerażającym wzrokiem.

Poczuł, że zaraz straci nad sobą panowanie, bo nie należał do ludzi cierpliwych, a poza tym ta dziewczyna wywoływała w nim jakieś dziwne uczucia. Była niewysoka, zielonooka, miała ładnie wykrojone usta, długie, gęste blond włosy i była zupełnie nie w jego typie. To dlaczego, gdy ją wiózł i lekko uciskała rękami jego brzuch, poczuł się trochę dziwnie? To było… niespotykane, taki brak samokontroli. A teraz, gdy stała przed nim, rzucając zielone gromy z przepastnych oczu, i zamiast mu podziękować, jeszcze krzyczała, że za daleko ją wysadził, coś w niego wstąpiło.

Podszedł do niej i zrobił to, co zawsze, kiedy chciał zamknąć buzię dziewczynie. Złapał ją za włosy, przyciągnął do siebie i wpił się swoimi wargami w jej usta, całując ją mocno i gwałtownie. Traktował to jak zabawę… jak zawsze. Tylko jego ciało… Cholera, ono potraktowało to całkiem poważnie. Kompletnie się tego nie spodziewał.

Dziewczyna najpierw była tak zaskoczona, że zupełnie znieruchomiała, potem zaczęła go odpychać, a po chwili… puściła książki, które trzymała, i wplotła dłonie w jego włosy. Poczuł, że zaraz rzuci ją na mokry od wieczornej rosy trawnik i zedrze z niej ubranie, aby poczuć pod dłońmi gorącą skórę jej piersi, których ucisk wyraźnie czuł na swoim torsie. Musiał to przerwać, bo, cholera jasna, ta dziewczyna doprowadziła go na skraj wytrzymałości, co mu się jeszcze nigdy, przenigdy nie zdarzyło. Na pewno nie po piętnastu minutach znajomości.

I to go przeraziło… wręcz zmroziło.

A on nie lubił, kiedy ktoś przejmował nad nim kontrolę.

Poza tym zachował się jak idiota. Co on w ogóle miał w głowie?

Złapał ją za dłonie i lekko odepchnął. Gdy zobaczył wyraz jej twarzy i to coś w oczach, myślał, że nie będzie miał dość siły, żeby jednak się zatrzymać. Ale ona sama to zrobiła. Rzuciła mu wrogie spojrzenie, schyliła się po książki, niemal dotykając ziemi długimi pasmami swoich włosów i nie patrząc już na niego nawet przez chwilę, odwróciła się i poszła szybkim krokiem w stronę swojego wielkiego domu.

Jackson postał jeszcze chwilę, przetarł oczy i przejechał dłonią po włosach. Patrzył na jej drobną postać, dopóki nie zniknęła za szerokimi, dębowymi drzwiami, wówczas wsiadł na motocykl i pojechał do swojego baru, wciąż mając w ustach jej smak. Smak, który… doprowadzał go do szaleństwa i podsuwał wyobraźni niepokojące obrazy.

Anna wpadła do domu jak burza, przeleciała przez hol i pobiegła po schodach na górę, do swojego pokoju. Rzuciła książki w kąt, weszła do łazienki i stanęła przed lustrem, uważnie się sobie przypatrując. Dotknęła lekko palcami zaczerwienionych ust i przymknęła oczy.

Boże…

Jakiś obcy facet, dorosły facet, w dodatku harleyowiec, rzuca się na nią w lesie, a ona, zamiast jakoś zareagować, uderzyć go, odepchnąć, obejmuje go i jeszcze mocniej do siebie przyciąga. Cholera… Musiała sama przed sobą przyznać, że było w tym pocałunku coś takiego, że nie mogła inaczej postąpić. Musiałaby być nienormalna, by inaczej zareagować na tak zaborczy i drapieżny, a jednocześnie delikatny i bardzo poruszający pocałunek. Tak… poruszający w niej nieznane struny… Nigdy wcześniej czegoś takiego nie doświadczyła. Oczywiście, całowała się już z chłopakami z męskiej szkoły na imprezach, kiedy przychodzili do nich na zabawy i tak zwane bale… Ale co to były za pocałunki… Jeśli ktoś uważa wepchnięcie języka do gardła i ściskanie piersi za szczyt możliwości licealisty, to pewnie zbytnio się nie myli.

Ale pocałunek tego… Jaxa… Był jak zderzenie się ze ścianą, więc jej reakcja nie mogła być chyba inna? Jasne, w sumie to powinna na niego skoczyć, otoczyć go udami, ścisnąć szyję i przewrócić na mokry trawnik. To by była najbardziej pożądana i adekwatna do sytuacji reakcja. Jeśli prawie dwumetrowy facet z szerokimi, wytatuowanymi ramionami, gęstymi włosami, o powalającym spojrzeniu, cudnie wykrojonych ustach i przepięknym uśmiechu przytula swoimi dużymi dłońmi dziewczynę i całuje ją w ten sposób, to… pokażcie mi taką, która ucieknie z krzykiem!

„No każda normalna, szanująca się dziewczyna, Anno Scott. Co ty w ogóle miałaś w głowie???” – pomyślała z przekąsem.

Pokręciła głową, patrząc na swoje odbicie w lustrze, westchnęła, rozebrała się i weszła pod prysznic, myśląc o czekającym ją kolejnym dniu upokorzeń w jej cudownej nowej szkole.

W tym czasie Jax dojechał do swojego baru, w którym siedziała już cała jego ekipa. Wszedł do środka, kiwnął głową w stronę barmanki Lisy, która jak zawsze przesłała mu całusa i mrugnęła do niego mocno umalowanym okiem. Przypomniał sobie weekendowe szaleństwo z Lisą dwa lata temu, kiedy to spędzili razem gorące czterdzieści osiem godzin w jego domku na wzgórzu. Potem uznali zgodnie, że to był jednorazowy wybryk, i obecnie dziewczyna, mniej więcej od roku, była z łysym Mikiem i nawet im się jako tako układało. Jax podszedł do ich stolika, gdzie jego kumple powitali go niewybrednymi żartami.

– Jax, zajrzałeś już tej małej do majtek?

– Szefie, trzeba było od razu mówić, że zamówiłeś sobie córę naszego nowego burmistrza!

– Jackson, ona podobno chodziła do prywatnej szkoły w Nowym Jorku! Ty wiesz, co tam robią dziewczynki, gdy zgaśnie światło?

Jego kompani rechotali głośno, waląc się nawzajem po plecach pomiędzy jednym a drugim wielkim kuflem piwa.

– Dobra, już wystarczy! – powiedział spokojnym tonem Jax i żarty w jednej chwili się skończyły. – A co do tej dziewczyny i w ogóle dziewczyn z liceum, to dajcie sobie spokój. Jeszcze nam, cholera, oskarżenia o gwałt i napastowanie potrzebne. Mało mamy kłopotów z debilami z Red Fire? – Jackson utkwił poważny wzrok w swoich kompanach.

– No właśnie, powinniśmy im pokazać, kto jest tutaj górą… – mruknął Mike, kiwając palcem.

– Tak, i rozpętać piekło? – odpowiedział Jimmy, kręcąc głową.

– Nie będziemy się na razie wychylać, po ostatniej zadymie u nich i tak szeryf zaczął się nam uważnie przypatrywać. Gdy te debile się tutaj pokażą, my pokażemy im, gdzie ich miejsce. A póki co siedzimy na dupach i nic nie robimy, kumacie? – Jax popatrzył na swoich chłopaków, a ci zgodnie pokiwali głowami. – Dobra, ja się zbieram, muszę położyć Angie spać – powiedział, wstając. – Jutro twoja kolej. – Wskazał palcem na brata, a ten pokiwał głową.

– A co u Mary? – zapytał czarnowłosy mężczyzna, popijając piwo.

– A co ma być, Dean? – Jackson wzruszył ramionami. – Pracuje w szpitalu, w tym tygodniu ma nocną zmianę.

– Może bym ją odwiedził? – Dean popatrzył uważnie na Jaxa, a ten rzucił mu ostre spojrzenie, takie samo, jakie posłał mu Jimmy.

– Odpuść sobie, już jeden motocyklista ją skrzywdził, nie potrzebuje kolejnego – powiedział sucho Jax. – Dobra, ja się zmywam. Jimmy, dzisiaj zamykasz. – Kiwnął w stronę brata, który przytaknął i przybił mu piątkę, tak samo jak każdy mężczyzna siedzący przy ich stole.

Jackson wyszedł z baru, wsiadł na motocykl i pojechał do domku, w którym mieszkał razem z siostrą, jej córką i bratem. Ich rodzice nie żyli, matka umarła po urodzeniu Mary, a ojciec po jej śmierci nie mógł się pozbierać i zapił się, zostawiając trójkę dzieci. Jax miał wtedy sześć lat, Mary roczek, a Jimmy szesnaście. Zajęła się nimi babcia, mama ich mamy. Babcia zmarła po pięciu latach i wówczas ich opiekunem został Jimmy. Pracował w fabryce w Houston i dzięki temu utrzymywał siebie i rodzeństwo.

Gdy Jackson skończył liceum, pomimo, że był bardzo zdolny, nie mógł sobie pozwolić na dalszą naukę. Zaczął pracować w pubie U Johnny’ego Smitha, który kiedyś był chłopakiem ich matki, a gdy ta związała się z Marvinem Cunnamem, nie mógł tego przyjąć do wiadomości i został już na zawsze kawalerem. Kiedy Jax skończył szkołę, zaczął pracować u Johnny’ego i w krótkim czasie to on zajął się prowadzeniem biznesu. Znalazł nowych dostawców, o wiele tańszych, wyremontował bar, kupił nową szafę grającą i zatrudnił Lisę, która okazała się naprawdę zdolną barmanką. Potem Johnny się pochorował i zanim dał się całkowicie pokonać przez raka, przepisał wszystkie udziały na Jacksona Cunnama.

W ten sposób Jax stał się właścicielem jedynej knajpy w okolicy. Potrzebował pomocy, więc jego starszy brat odszedł z fabryki i zaczął z nim prowadzić ten biznes. Było to już po tym, jak założyli lokalny gang motocyklowy Boys from Hell, będący jedyną alternatywą dla baranów z Red Fire. Musieli to zrobić, żeby tamtych idiotów posadzić na miejscu i ograniczyć ich chorą, destrukcyjną działalność, polegającą na rozbijaniu się na harleyach po mieście, demolowaniu mniejszych sklepików, straszeniu staruszek i molestowaniu licealistek, co w przypadku niektórych z nich spotykało się wręcz z zachwytem. Dlatego Jackson daleki był od takich zachowań i po swojej dzisiejszej napaści na córkę burmistrza… był sam na siebie zły.

Anna.

Anna Scott.

Zielonooka Anna Scott.

Jax niemal głośno wypowiedział jej imię. Co też mu przyszło do głowy, żeby ją całować? Nie dość, że była córką burmistrza, młodszą od Jaxa o siedem lat, to jeszcze… miała najbardziej miękkie i podniecające usta, jakich kiedykolwiek miał okazję dotknąć. A okazji w jego życiu nie brakowało. Przejeżdżał właśnie koło posesji Scottów, z daleka widząc oświetloną rezydencję. Pokręcił głową i zaśmiał się sam do siebie:

– Taaaa, Cunnam. Panienka Scott ci się marzy, idioto! – Przyśpieszył i pomknął za miasto do „rezydencji” Cunnamów. Czyli do małego domku, który ostatnio udało mu się wyremontować. I pomimo że bardzo się starał, to wieczorem, gdy jego siostra pojechała na nocny dyżur, a on położył małą Angie spać, zamiast zająć się rachunkami, które od kilku dni niecierpliwie na to czekały, on siedział w fotelu, pił piwo i pisał w notatniku imię pewnej zielonookiej dziewczyny.

ROZDZIAŁ 2

Wheatus, Teenage Dirtbag

Aerosmith, Sunshine

 

 

 

Nazajutrz Anna zmierzała ku świątyni wiedzy, według niej zbiorowiska najbardziej idiotycznych przedstawicieli rodzaju ludzkiego, czyli licealistów. Chodziła do szkoły na piechotę, bo nie miała daleko, po drodze spotkała kilka dziewczyn z jej rocznika, które coś do siebie szeptały, zerkając demonstracyjnie w jej stronę z głupimi uśmieszkami. Anna nie zwracała na nie w ogóle uwagi, weszła do szkoły i skierowała się do swojej szafki. Wyjęła książki na zajęcia z angielskiego i podążyła do klasy. Ostatnio siedziała sama, ale teraz, gdy weszła, w swojej ławce zobaczyła szatynkę o niebieskich oczach, notującą coś w dużym zeszycie. Anna usiadła i popatrzyła na sąsiadkę.

– Cześć – mruknęła.

Dziewczyna spojrzała na nią i się uśmiechnęła.

– Hej. Sorry, że tu usiadłam, ale nie będę siedziała z tym debilem, Jonathanem. – Kiwnęła głową w stronę napakowanego, krótko ostrzyżonego chłopaka, który, z tego, co zdołała się zorientować Anna, był kapitanem drużyny lacrossowej.

– Jasne… możesz tu siedzieć. – Anna wzruszyła ramionami.

– Jesteś Anna Scott? – Szatynka popatrzyła uważnie na Annę, a ta kiwnęła głową. – Miło mi – powiedziała, podając jej rękę. – Ginger Brown. Witaj w tym zoo. – Uśmiechnęła się, a Anna uścisnęła jej drobną dłoń.

Okazało się, że obydwie dziewczyny mają podobny plan i na większość przedmiotów będą chodzić wspólnie. Na lunch też poszły razem, obrzucane spojrzeniami większości uczniów. Usiadły przy stoliku i zajęły się posiłkiem, kiedy podeszła do nich wysoka dziewczyna, o której Anna wiedziała, że jest szefową sekcji cheerleaderek.

– Hej, Ginger! – Kiwnęła głową w stronę towarzyszki Anny.

– Hej, Rachel.

– Słuchaj, za tydzień robimy imprezkę u Jonathana w domu. Możesz przynieść te fajne płyty, co ostatnio?

– Jasne. – Ginger wzruszyła ramionami.

– Super. – Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i spojrzała na Annę. – Ty też możesz przyjść… jak chcesz… – Jej uśmiech zmienił się na trochę pogardliwy.

– Dzięki. – Anna popatrzyła na nią spod zmarszczonych brwi. – Chyba nie skorzystam.

– Jasne… Pewnie będziesz mieć w tym czasie bal u gubernatora – parsknęła wysoka brunetka i odeszła do swojego stolika.

Anna pokręciła głową i sięgnęła po butelkę z wodą. Ginger popatrzyła na nią uważnie, odchrząknęła i powiedziała:

– W sumie mogłabyś pójść. Będzie wesoło… – Wzruszyła ramionami, jakby chciała zaznaczyć, że mówi to ot tak, z chęci, aby jej koleżanka jednak się wybrała.

– Nie przepadam za takimi imprezami – powiedziała Anna, pijąc wodę.

– Ale wiesz, mogłabyś pokazać, że nie czujesz się lepsza od nas wszystkich.

Anna uniosła brew i popatrzyła na siedzącą przed nią dziewczynę.

– Uważasz, że tak właśnie się zachowuję?

– Ja nie… ale oni tak. – Kiwnęła głową w stronę tłumu ludzi. – Wszyscy uważają, że trzymasz dystans, bo nie chcesz się bratać z plebsem.

– Bzdura! – parsknęła córka burmistrza. – To mnie wszyscy omijają szerokim łukiem, a że generalnie mi to nie przeszkadza, jest, jak jest.

– Dlatego zrób pierwszy krok. Chodź ze mną na to party, zabaw się i może ten rok nie będzie taki zły? – Ginger uśmiechnęła się i mrugnęła porozumiewawczo okiem.

Anna westchnęła i pokręciła głową.

– Hm. Zastanowię się… dzięki – odpowiedziała i także z uśmiechem mrugnęła.

Po zajęciach, gdy wszyscy wychodzili ze szkoły, do ich uszu dobiegł głuchy, dudniący odgłos. Po chwili zza zakrętu wyjechała grupa sześciu motocyklistów w skórzanych kamizelkach. Anna od razu poznała swojego wybawcę i poczuła, że robi się jej gorąco. Chłopcy ze szkoły zaczęli gwizdać i machać kurtkami, dziewczyny wpatrywały się zachwycone w przejeżdżającą kawalkadę harleyowców. Ginger cicho westchnęła.

– On jest boski… – powiedziała z rozmarzeniem.

– Kto?

– No Jax… Prowadzi bar U Johnny’ego Smitha i jest ich szefem. – Kiwnęła głową w stronę oddalających się motocyklistów.

– To jakiś gang? – zainteresowała się Anna, gdy szły razem w dół ulicy.

– Tak, ten lepszy – odparła Ginger. – Są jeszcze chłopcy z Red Fire, ale z nimi lepiej uważać. Niejedno pobicie i inne akcje mają na koncie.

– A ten… Jax. Kim jest? – zapytała ostrożnie jej nowa koleżanka.

– To ich szef, prowadzi bar, ma dwadzieścia pięć lat i jest boski…

„Taaa, i bosko całuje” – pomyślała Anna, a głośno spytała:

– A gdzie mieszka?

– Jeszcze za waszym domem, na wzgórzu. Możemy kiedyś pójść do jego pubu, jest fajnie, tylko oczywiście zapomnij o alkoholu. Tam jest taka barmanka, Lisa, nie ma opcji, żeby któremuś lub którejś z nas sprzedała chociaż piwo. Ale można pójść, potańczyć i popatrzeć na chłopaków. Zwłaszcza na Jaxa… – Ginger była nim wyraźnie zafascynowana.

– No tak. Może kiedyś pójdziemy… – powiedziała Anna cicho.

– No! Ann, chodźmy w ten weekend, proszę! Wezmę jeszcze parę dziewczyn, zapoznasz się z nimi, co ci zależy, pobawimy się… – Jej nowa koleżanka zapaliła się do tego pomysłu i patrzyła proszącym wzrokiem.

Anna sama przed sobą nie chciała się przyznać, że coś ją ciągnie do tego miejsca, a raczej do tego mężczyzny z najbardziej niesamowitymi ustami, jakie miała okazję widzieć. I jakich miała okazję smakować. Roześmiała się i pokiwała głową.

– Dobrze, pójdę z tobą. I zaproś dziewczyny, chętnie je bliżej poznam.

– No! I już lepiej. I świat od razu jest piękniejszy… – Ginger uśmiechnęła się, ujęła nową koleżankę pod ramię i razem poszły w kierunku swoich domów.

***

Anna pożegnała się z Gin i skręciła w stronę swojej rezydencji, gdzie na podjeździe zobaczyła samochód ojca, do którego pakowano torby i walizki. Weszła do środka, gdzie ujrzała matkę, która wydawała rozporządzenia zarządcy domu. Gdy dostrzegła wchodzącą Annę, pomachała do niej ręką, co miało chyba oznaczać, żeby zaczekała, bo chce z nią porozmawiać.

– Ann, kochanie, wyjeżdżamy z ojcem na kilka dni na zaproszenie gubernatora. Możesz jechać z nami, jeśli chcesz. – Matka zatrzymała się i popatrzyła na nią, jakby sobie nagle przypomniała, że córka wróciła do domu.

– Nie, mamo. Mam trochę nauki, w sobotę spotykam się z koleżanką, bawcie się dobrze.

– No tak… A jak ci się układa z rówieśnikami? Nie! Postaw tę torbę! – Matka krzyknęła na tragarza, który chciał położyć walizkę poziomo.

– Dobrze – mruknęła Anna, wzruszyła ramionami i niezatrzymywana przez nikogo poszła do siebie.

– Po jaką cholerę pytasz mnie o cokolwiek, skoro i tak mnie nie słuchasz, kobieto… – powiedziała do siebie, rzucając torbę w przeciwległy kąt pokoju.

Usiadła na łóżku, rozmyślając o dzisiejszym dniu, gdy usłyszała pukanie do drzwi. Po chwili stanął w nich ojciec.

– Ann, my wyjeżdżamy na kilka dni – zaczął, ogarniając wzrokiem lekki nieład panujący w jej pokoju.

– Wiem. – Kiwnęła głową.

– Poradzisz sobie?

– A kiedyś sobie nie poradziłam? – spytała, patrząc na ojca uważnie.

– Racja. Za tydzień w sobotę będzie festyn, pojedziemy tam razem.

– Tak, do gubernatora nie muszę jechać, ale przed miejscową ludnością jak najbardziej możemy grać nasze role… – wymruczała do siebie, a ojciec zmarszczył brwi i popatrzył na nią uważnie.

– Dobrze… Gdyby coś się działo, to dzwoń.

– Jasne, tato. – Uśmiechnęła się szeroko, a gdy za ojcem zamknęły się drzwi, rzuciła się na łóżko.

***

Rano Jackson pojechał swoją półciężarówką do dostawcy, żeby złożyć nowe zamówienie na alkohol i odebrać towar zamówiony w zeszłym tygodniu. W południe wybrali się z chłopakami obejrzeć starą halę na przedmieściach, w której Jax planował otworzyć klub muzyczny. Miał okazję kupić ją za niewielkie pieniądze i już oczami wyobraźni widział, że to miejsce stanie się najmodniejszą dyskoteką w okolicy. Prawdę mówiąc – jedyną.

Droga powrotna prowadziła koło tutejszego liceum, gdzie akurat kończyły się zajęcia, więc swoim przejazdem wywołali niezłe zamieszanie. Nie ma co zaprzeczać, lubili takie akcje. Ten zazdrosny wzrok chłopaczków z liceum i wiele obiecujące spojrzenia panienek, zwłaszcza tych z ostatniej klasy. Właśnie wtedy, gdy mijał wejście do szkoły, od razu dostrzegł ją w tłumie. Rozpoznał ją po długich, jasnych włosach i zielonych oczach. Patrzyła wprost na niego, bo również poznała go niemal natychmiast. Mocniej ścisnął kierownicę motocykla dłońmi ubranymi w skórzane rękawice z obciętymi palcami. Spiął się w sobie i wyzywając się od skończonych debili, przejechał obok, nie obdarzając jej nawet jednym spojrzeniem.

Teraz siedział przed domem, jego siostra przygotowywała posiłek, mała Angie spała, a Jimmy pojechał do baru. Miał chwilę, żeby o tym wszystkim pomyśleć… Skończył dwadzieścia pięć lat i wiedział, że to najwyższa pora, żeby jakoś się ustawić w życiu. Nie chodziło o finanse, bo generalnie nie narzekał; nie prowadził nie wiadomo jak wystawnego życia, ale z głodu nikt nie umierał, z zimna też nie. Poza tym potrafił inwestować pieniądze, zawsze miał do tego smykałkę, więc teraz już w głowie układał mu się biznesplan do uruchomienia klubu muzycznego. Myślał raczej o ułożeniu sobie życia osobistego. Miał kilka dziewczyn na dłużej i kilkanaście, hm… może nawet więcej niż kilkanaście, tak na chwilę. Ale z żadną z nich nie widział dla siebie przyszłości. Zresztą teraz skupiał się na pracy i na opiece nad swoją siostrzenicą.

Wcześniej dużo czasu poświęcił opiece nad siostrą, która w wieku siedemnastu lat urodziła małą Angie, po tym jak zakochała się i uciekła z pieprzonym Markiem Morrisem, przywódcą Red (pieprzonych) Fire. I dlatego Jax nienawidził jego i całego tego popapranego gangu najbardziej na świecie. Gnojek, gdy się zorientował, że Mary jest w ciąży, przywiózł ją pod dom Cunnamów i powiedział, że czyjegoś bachora wychowywać nie będzie. Musieli wtedy Jaxa siłą odrywać od tego ścierwa, bo inaczej palant wylądowałby na cmentarzu, a Jackson w więzieniu. Od tej pory szanowny pan tato ani razu nie zapytał o dziecko i ani razu nie próbował się z nimi kontaktować. I bardzo dobrze, bo zarówno Jax, jak i Jimmy odpowiednio by się nim zajęli, gdyby tylko chciał się zbliżyć do Mary albo Angie. Ich siostra na początku była załamana, ale potem jakoś zaczęła wychodzić z dołka, dostała pracę jako salowa, skończyła szkołę i teraz chodziła do studium pielęgniarskiego, po którym miała nadzieję pracować jako pielęgniarka w szpitalu.

I tak, przez różne przeciwności losu, Jackson nie miał kiedy zająć się swoim życiem osobistym. Skupiał się na otaczającym go świecie i na najbliższych mu ludziach, zupełnie zapominając o sobie.

Teraz siedział przed domem i patrzył w dół drogi, która skręcała w lewo, prowadząc do miasta. Na prawo od niej znajdowało się niewielkie jezioro, którego zachodni brzeg należał do nich. Nagle zobaczył jakąś niewyraźną postać, która obeszła szlaban zagradzający wejście na ich posesję i weszła na pomost, który także należał do nich. Założył okulary przeciwsłoneczne, krzyknął do Mary, że zaraz przyjdzie, i poszedł drogą, nie spuszczając oka z drobnej sylwetki.

***

Po wyjeździe rodziców Anna nie bardzo wiedziała, co ma ze sobą zrobić, więc wzięła książkę, tym razem Wymarzony dom Ani, koc i poszła w kierunku jeziora, które widziała z okien rezydencji. Gdy tam dotarła, zobaczyła niewielki drewniany pomost i uznała go za dobre miejsce na odpoczynek. W oddali, na wzgórzu zobaczyła mały biały dom. Pomyślała, że pewnie należy do Cunnamów. Ominęła szlaban, weszła na pomost, rozłożyła koc, ściągnęła top i w samych krótkich dżinsowych spodenkach oraz górze od kostiumu położyła się na nagrzanych deskach. Na nos zsunęła okulary przeciwsłoneczne, jedną ręką dotykała lekko tafli wody, drugą ułożyła wzdłuż ciała.

Jackson zbliżył się do jeziora, spojrzał w kierunku intruza i pierwsze, co rzuciło mu się w oczy, to długie, jasne włosy i opalone nogi.

– Świetnie… – mruknął sam do siebie, wziął głębszy oddech i wszedł na pomost.

Anna usłyszała, że ktoś nadchodzi, a po chwili jakiś cień przesłonił jej słońce. Zrobiła daszek z dłoni i spojrzała do góry.

– Wiesz, że mogę zadzwonić po szeryfa? – spytał Jax, patrząc na nią zza ciemnych okularów.

Anna poderwała się tak gwałtownie, że okulary, które miała na nosie, wpadły do wody.

– Jezu… Super… – jęknęła i spojrzała na niego, doskonale widząc swoje odbicie w ciemnych szkłach jego okularów. – Dzięki… – rzuciła w jego stronę.

Chłopak, a właściwie mężczyzna, pokręcił głową i się uśmiechnął.

– Jesteś na moim pomoście.

– Taaa, jasne… – Wzruszyła ramionami, schyliła się po bluzeczkę i włożyła ją, dzięki czemu od razu poczuła się pewniej.

Ogarnął wzrokiem jej nogi, ramiona i piersi i dziękował sobie samemu, że miał okulary z przyciemnianymi szkłami.

– Tak, jasne, panno Scott. Wtargnęłaś na posesję Cunnamów. Jesteś intruzem. Mam prawo cię unieszkodliwić i wezwać szeryfa. – Mówił poważnie, chociaż bardzo chciało mu się śmiać, widząc jej zdezorientowaną minę.

– Czyli… – Wskazała ręką w kierunku wjazdu. – Ten szlaban…

– Tak. – Jax kiwnął głową. – Odtąd zaczyna się nasza ziemia. Możesz zaliczyć do niej ten pomost. – Postukał wysokim butem w drewnianą deskę. – I zachodnią część jeziora.

– Hm… – Podniosła dłonie i związała włosy w luźny węzeł, który zaraz opadł na plecy. – To ja już idę… przepraszam… – Zaczęła zbierać swoje rzeczy, czując na sobie jego spojrzenie, chociaż nie miała okazji zobaczyć jego oczu.

– Masz ochotę na coś zimnego do picia? – spytał nagle, zsuwając okulary na tył głowy. Patrzył na nią tymi brązowymi gałami z cholerną firanką czarnych rzęs, a ona poczuła, że jej puls zaczyna bić rekord prędkości.

– Chcesz mnie zaprosić do swojego domu? – odpowiedziała pytaniem, lekko się uśmiechając.

– Nie, chcę ci zaproponować trochę wody z jeziora – powiedział poważnie, po czym uśmiechnął się pogardliwie. – Do domu. Tam mam lodówkę, wiesz? Ona chłodzi i daje możliwość…

– Dobra… śmieszne… I uważasz, że pójdę z tobą do twojego domu? To dopiero zabawne – parsknęła i zaczęła iść w stronę szlabanu.

– Panno Scott, sądzisz, że chcę cię w bezczelny sposób zwabić do mojego domu i może jeszcze do łóżka? – zawołał i wybuchnął śmiechem.

– Nie wiem… zresztą już i tak muszę iść. – Wzruszyła ramionami, czując, że zaczyna się czerwienić.

– Pochlebiasz sobie, wiesz? Popatrz tam, widzisz tę postać? – Jackson podszedł do niej i lekko ją odwrócił, wskazując ręką kierunek. – To moja siostra. A w domu jest jeszcze jej córka. Przestań się doszukiwać drugiego dna, jesteś dla mnie za młoda, panno Scott – parsknął pogardliwie, a ona spojrzała na niego tak, że powinno mu się stać coś bardzo złego. Oczywiście nic takiego nie nastąpiło, stał obok niej i dalej na nią patrzył, uśmiechając się w ten nieznośny sposób.

– Zaraz cię wrzucę do wody, to ci się odechce głupich uśmieszków – mruknęła, a on zmarszczył brwi i popatrzył na nią groźnie, więc głośno powiedziała: – Co możesz mi zaoferować?

Nie spuszczając z niej oczu, odparł cicho:

– Kiedyś się przekonasz…

– Co? – spytała z lekkim uśmiechem.

– Nieważne. Idziesz? – Ruszył w stronę domu, patrząc na nią oczekującym wzrokiem.

Westchnęła i pokręciła głową.

– Mam nadzieję, że wiesz, co robisz, panienko Scott – wymruczała, po czym ruszyła za nim w górę drogi.

– Zawsze gadasz sama do siebie? – spytał, zerkając na nią z boku.

– Lubię gadać z mądrymi ludźmi – odpowiedziała szybko.

– No tak… Z podejrzliwymi też… – Uśmiechnął się, a ona już nic na to nie odpowiedziała.

***

W milczeniu doszli do domu, Jackson otworzył drzwi i szarmanckim gestem zaprosił Annę do środka. Dziewczyna weszła do niewielkiego holu, a potem do salonu, urządzonego skromnie, ale bardzo przytulnie. Z kuchni wyszła niewysoka, czarnowłosa dziewczyna o oczach tak samo brązowych, jak oczy jej brata. Podeszła do gościa z wyciągniętą ręką, zerkając nieznacznie na Jaxa z pytającym wyrazem twarzy.

– Witaj, jestem Mary Cunnam.

– Anna Scott – powiedziała Anna, oddając uścisk.

Mary na ułamek sekundy zmarszczyła brwi i spytała, prowadząc ją w kierunku sofy:

– Scott. Córka burmistrza?

– Niestety… – Anna wzruszyła ramionami.

– Okej.

– Mary, podaj nam coś zimnego do picia. – Jackson mrugnął w stronę siostry, a ta poszła do kuchni, dając mu jakieś znaki rękoma.

– Fajny domek – powiedziała Anna, rozglądając się dookoła.

– Pewnie zmieściłby się w salonie twojej rezydencji.

– Pewnie tak… ale mnie bardziej się podoba niż moja burmistrzowska rezydencja – powiedziała cicho, a on spojrzał na nią z zainteresowaniem.

– W sumie… niepotrzebne to było… – Westchnął, opierając ramiona o sofę.

Szybko spojrzała na jego tatuaże i pomyślała, że zimna lemoniada dobrze jej zrobi.

Mary przyniosła napoje i zostawiła ich samych, bo obudziła się jej córeczka, którą po chwili przyprowadziła do salonu. Przedstawiła dziewczynkę Annie, a ta zauważyła, że wszyscy członkowie rodu Cunnamów mają taką cudowną oprawę oczu.

Anna porozmawiała jeszcze chwilę z Mary, po czym uznała, że jest to bardzo miła, bezpośrednia i rzeczowa dziewczyna. Która, jak widać, już wiele przeżyć ma za sobą. Podziękowała za gościnę i zerknęła na Jacksona, który siedział cały czas obok, spoglądał na nią i był wyjątkowo milczący.

– Muszę już iść. Mam nadzieję, że nie wezwałeś szeryfa? – Uśmiechnęła się, wstając.

– Ty razem nie. Poczekaj, odprowadzę cię… – powiedział, też wstając i idąc za Anną w stronę drzwi, odprowadzany bacznym wzrokiem przez młodszą siostrę.

Wyszli na zewnątrz i podążyli powoli w dół drogi. Anna zerkała na idącego obok mężczyznę, który, ubrany w wytarte dżinsy, ciemny podkoszulek i wysokie czarne buty, wyglądał jak obiekt westchnień większości żeńskiej populacji na tym globie. Wreszcie, zamiast wzdychać, postanowiła coś powiedzieć.

– Słyszałam, że prowadzisz pub?

– Dobrze słyszałaś. Zajmujemy się tym wspólnie z bratem.

– Twój brat… A tak… – Przypomniała sobie wielkoluda, który obejmował ją w parku.

– Taaa, Jimmy uważa, że takie akcje to dobra zabawa. Ale nie zrobiłby ci krzywdy. – Zerknął na nią poważnie.

– Dzięki tobie. – Uśmiechnęła się, a on ponownie rzucił jej spojrzenie spod zmrużonych powiek. – Słuchaj… – kontynuowała, trochę zmieszana jego dziwnym wzrokiem i milczeniem. – W sobotę wybieramy się z koleżankami do twojego pubu – powiedziała z uśmiechem, a on spojrzał na nią z wyraźną złością.

– Chyba żartujesz! – parsknął.

– Nie. – Pokręciła głową. – Dziewczyny ze szkoły mnie tam zabierają.

– To nie jest miejsce dla panienek z dobrego domu – powiedział kpiąco.

Anna poczuła, że zaczyna ogarniać ją znajoma furia.

– Weź już skończ te smutne gadki, Jax! – wysyczała jego imię głosem pełnym jadu, a on stanął i utkwił w niej wściekły wzrok.

– Powiedziałem ci, że to nie jest miejsce dla dziewczynek z liceum, a zwłaszcza dla córeczki burmistrza. – Skrzyżował ramiona i patrzył na nią nieprzyjaznym wzrokiem.

– A niby dlaczego? Nie mam prawa się zabawić? Czy boisz się, że mój tatuś zamknie ci knajpę, gdy zatańczę pijana na barze?! – Prawie krzyknęła, stając w podobnej pozycji co on i patrząc na niego z wściekłością.

Ruszył gwałtownie w jej stronę. Ona, przestraszona, zrobiła krok do tyłu, a książka wypadła jej z ręki. Uniósł jedną brew i powiedział z kpiną w głosie:

– Nie musisz rzucać książkami, nie mam zamiaru cię całować… tym razem.

Spojrzała na niego, a jej wzrok miotał wrogie błyski.

– Ja nie mam zamiaru cię całować już nigdy, nie licz na to, zostały ci tylko marzenia o córeczce burmistrza, ty… idioto o durnym imieniu!!! – wrzasnęła, już kompletnie nie panując nad nerwami. Odwróciła się i poszła w stronę swojego domu, a jej włosy kołysały się w rytm wściekle stawianych kroków. Po chwili do jej uszu doszedł jakiś dźwięk, odwróciła się i zobaczyła, jak Jackson uderza się dłońmi w kolana i śmieje tak głośno, że z pobliskich drzew zerwało się stado ptaków i odleciało spłoszone nieoczekiwanym hałasem.

Anna szarpnęła głową i już nie patrząc w jego stronę, weszła na drogę prowadzącą do rezydencji.

– Jeszcze zobaczymy… oczy ci wyjdą na wierzch, jak wejdę w sobotę do tej twojej zakichanej speluny… panie JAX!!! – Tak głośno mówiła do siebie, wchodząc do domu, że pracownik jej ojca spojrzał na nią ze zdziwieniem.

Wpadła do pokoju jak burza i stanęła przed lustrem.

– Tak! Oczy mu wyjdą… Już ja się o to postaram…

W nocy, gdy spała głębokim snem, śnił jej się drewniany pomost rozświetlony blaskiem księżyca i licznymi gwiazdami zdobiącymi niebo nad domem pewnego złośliwego mężczyzny. A ona stała przed wejściem na ganek, ze zdenerwowania zaciskała dłonie i przestępowała z nogi na nogę. Wreszcie, gdy otworzyły się drzwi i on pojawił się na zewnątrz, Anna krzyknęła „Gilbert!” i rzuciła mu się w ramiona.