Wydawca: Akurat Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 742 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bot - Max Kidruk

Tymur Korszak, młody i zdolny programista pracujący w firmie produkującej gry komputerowe, specjalizujący się w tworzeniu Botów, pewnego dnia otrzymuje dziwne zlecenie – musi naprawić usterkę w botach, które skonstruował parę lat wcześniej dla tajemniczego klienta z Ameryki Południowej. W grę wchodzą olbrzymie pieniądze. Po krótkim namyśle chłopak udaje się w podróż do Chile. Jego nowym tymczasowym miejscem pracy okazuje się dziwne laboratorium na pustyni Atakama. Budowla jest pilnie strzeżona, otacza ją ogrodzenie pod napięciem.

 

Działająca tam ekipa pod kierownictwem genialnego nanotechnologa-wizjonera, Japończyka Keitaro Roka, stworzyła istoty do złudzenia przypominające 12-letnich chłopców, zdolne wytrzymać ekstremalne warunki i działać według wytycznych. Boty są nieustannie poddawane ciągłym badaniom i testom, jednak przed kilkunastoma dniami wydarzyło się coś, co postawiło cały zespół w stan pełnej gotowości bojowej – spora grupa „malców” (tak ich nazywa narrator) uciekła i zaczęła zagrażać bezpieczeństwu miejscowej ludności, a także pracowników NGF Lab. Zadanie młodego programisty jest nieskomplikowane: sprowadzić boty z powrotem. I odkryć przyczyny, dla których odważyły się na taki krok…

Opinie o ebooku Bot - Max Kidruk

Fragment ebooka Bot - Max Kidruk

Tytuł oryginału: Bot

Projekt okładki: Irina Pozniak

Redakcja: Jacek Ring

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Dorota Wojciechowska, Renata Kuk

Copyright © Maksym Kidruk, 2012

Copyright © Book Club „Family Leisure Club”, 2012

Copyright © Hemiro Ltd., 2012

All rights reserved.

For the cover illustration © Emilis Baltrusaitis

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2014

© for the Polish translation by Julia Celer

ISBN 978-83-7758-830-7

Wydawnictwo Akurat

Warszawa 2014

Wydanie I

PRZEDMOWA

W tamte lipcowe gorące dni w Kijowie panował tak nieznośny upał, że wydawało się, jakby słońce postawiło sobie za cel rozpuszczenie marmurowych schodów i kolumn Domu Ukraińskiego. Na każdego z uczestników wiecu, którzy zebrali się na placu Europejskim, by zaprotestować przeciwko „prawu językowemu”, przypadał jeden żołnierz specnazu. Demonstranci szukali odrobiny cienia i z wyrozumiałością ustępowali sobie wzajemnie miejsca. Na placu zebrali się ci, którzy doskonale rozumieli jedno – języka nie da się zniszczyć jednym aktem prawnym czy ustawą, jeżeli będzie w nim rozmawiał, pisał, drukował książki, wiecował, wyznawał miłość, przeklinał i śpiewał cały naród.

Właśnie tam podszedł do mnie chudziutki chłopak i przedstawił się jako ukraiński pisarz. Jego nazwisko nie było mi obce, słyszałam już o nim przy okazji konkursów literackich, a także od zawziętych mieszkańców Kirowogradu, którzy opowiadali o swojej aktywnej młodzieży. Maksym Kidruk – autor tej książki – poprosił mnie o przeczytanie swojego ostatniego utworu. „Od razu, tu i teraz?” – zażartowałam. „Nie, książka jeszcze jest w drukarni, prześlę pani wersję elektroniczną, proszę przeczytać w miarę możliwości”. Obiecałam, ale coś zawsze stało na przeszkodzie: praca, internet, jacyś ludzie. Wreszcie, po kolejnym e-mailu od Maksyma, wzięłam się do czytania.

Drogi Czytelniku, powiem prawdę: fantasy i powieść przygodowa to nie są moje ulubione gatunki, co więcej, nigdy w życiu nie zagrałam w żadną grę komputerową, obserwowałam jedynie, jak skupione były na strzelankach moje dzieci, które starałam się bezskutecznie oderwać od kompa. W książce Kidruka zafascynowało mnie coś innego: świetny język i niebanalna fabuła. I jeszcze jeden, niezwykle interesujący aspekt – programiści szturmem zdobywają główne pozycje wśród bohaterów powieściowych. Obecnie zarówno w dziełach koryfeuszy literatury ukraińskiej, jak i w książkach młodych autorów można znaleźć bohatera, który znaczącą część swego życia spędza w internecie i doskonale się orientuje w najbardziej skomplikowanych programach komputerowych. Nareszcie Ukraina kojarzy się w świecie nie tylko ze wspaniałymi sportowcami, lecz również z wysokiej klasy programistami, o których biją się największe koncerny międzynarodowe.

Oddając w moje ręce swojego Bota, Maksym zrobił mi cały wykład na temat technothrillerów. Z wielkim entuzjazmem opowiadał o hybrydzie – połączeniu thrillera szpiegowskiego, powieści wojennej oraz gatunku science fiction. W technothrillerach można znaleźć szczegółowe opisy badań naukowych czy nowinki techniczne, dlatego w tego rodzaju książkach gustują zarówno miłośnicy literatury pięknej, jak i amatorzy literatury popularnonaukowej. W podobnym stylu pisał Michael Crichton – jego słynny Park Jurajski to także technothriller. Tom Clancy i Dan Brown to uznani przedstawiciele gatunku (dwie pierwsze powieści Browna są stuprocentowymi technothrillerami).

Maksym Kidruk pretenduje do miana pierwszego pisarza ukraińskiego, który specjalizuje się w tym modnym gatunku, prezentując Bota jako pierwszy ojczysty technothriller. Myślę, że warto pomóc naszemu technofantaście: na dobry początek kupić i przeczytać jego nową powieść! Tak więc, drogi Czytelniku, przygotuj się do lektury Bota. Maksym gotów jest obiecać, że w Twoich snach przyjdzie do Ciebie grupa jasnowłosych chłopców, podobnych do siebie jak dwie krople wody. Życzę wspaniałych wrażeń!

Iryna Geraszczenko, poseł Rady Najwyższej Ukrainy

Hryhoryjowi Mirosznyczence,a może lepiej powiedzieć – Gregu Miro,który wie, że pieniądze to śmieci,i który podarował mi przygodę w Angoli…

BOT, -a; lm -y

(ang. bot, skrót od ang. robot – automat, robot) – program, który naśladuje zachowania człowieka, nierzadko wyposażony w elementy sztucznej inteligencji. Wykorzystywany jest do sterowania przeciwnikami w grach komputerowych bądź jako klon „żywego” użytkownika na czatach i forach internetowych. Działa przez te same interfejsy co zwykły użytkownik. Boty używane są tam, gdzie potrzebna jest lepsza niż u człowieka reakcja, gdzie przy rutynowych zadaniach wymagana jest absolutna skuteczność, a także w celu całkowitego naśladowania i kopiowania ludzkich zachowań.

Chociaż osiągnięcia w dziedzinie badań nad ludzkim mózgiem są już znaczące, bardzo dużo aspektów jego pracy nadal pozostaje tajemnicą. Funkcjonowanie oddzielnych komórek dogłębnie przeanalizowano, opisano i wytłumaczono, ale pojmowanie tego, jakim sposobem w rezultacie współdziałania miliardów neuronów nasz mózg działa jak jedna spójna całość, dostępne jest w bardzo dużym uproszczeniu i wymaga dalszych wnikliwych badań.

„Bóg karze nas za to, czego nie umiemy sobie wyobrazić…”

Stephen King Ręka mistrza

EPIZODY: POCZĄTEK…

I

Wtorek, 4 sierpnia, 17.23 (UTC[1] –4) Droga San Pedro–Calama Pustynia Atakama, Chile

Jay-D nie był jedynym, który dał się oszukać ich dziecięcemu wyglądowi…

Długie cienie kładły się na suchej ziemi. Zachodzące słońce rozjaśniało swym nikłym blaskiem przednią szybę, wypełniając wnętrze range rovera złotawym światłem.

Rozbita, kompletnie rozjeżdżona droga ukazywała się spod maski pojazdu i to znikając, to znowu wynurzając się z piasku, biegła w kierunku północno-zachodnim. Wzdłuż drogi rozpościerały się wyschnięte łupki i w połowie przysypane piachem wapienne skały Atakamy, najbardziej suchej pustyni na ziemi. Daleko z tyłu za range roverem wznosiły się gołe grzbiety Andów, wśród których, jak narośl na ciele łuskowca, wystawał Licancabur, sześciokilometrowy krater wygasłego wulkanu. Błękit nieba zalewał wszystko dokoła tak, że nawet góry w oddali miały fioletowy odcień.

Srebrzysty samochód terenowy dzielnie pokonywał trasę do Calamy[2], jedynego zamieszkanego miejsca w promieniu dwustu kilometrów od San Pedro, jakie miało prawo (wątpliwe, mówiąc szczerze) nazywać się miastem[3]. Oprócz Autostrady Panamerykańskiej i kopalni miedzi niedaleko Antofagasty[4] na północy Chile niewiele jest miejsc, których dotknęła ręka cywilizacji.

Jay-D Richardson, czterdziestopięcioletni kardiochirurg z Auckland, przesunął fotel do tyłu, pochylił oparcie i rozprostował zmęczone nogi. Spędził w San Pedro cały weekend, jeżdżąc po okolicy. Stateczny Chilijczyk Flavio zdążył pokazać mu wiele ciekawych rzeczy: Dolinę Księżycową, laguny Chaxa i Barros Negros oraz Miscanti – miejsce, gdzie odpoczywają flamingi andyjskie[5]. Richardson splótł ręce za głową i pomyślał, że nie miałby nic przeciwko pozostaniu w San Pedro. Choćby na jeden dzień. Gdyby mógł, to nawet i na cały tydzień. W pewnym momencie wręcz pożałował, że w Calamie czeka na niego Frank.

Frank Di’Anno, przyjaciel Jaya-D z college’u, znalazł się w tej głuszy nie bez powodu. W odróżnieniu od Richardsona, który rozkoszował się urlopem, Di’Anno przyjechał do Calamy służbowo. Frank już czwarty rok pracował w australijskiej firmie produkującej sprzęt medyczny. Miał pomóc w zainstalowaniu MRI, aparatu do obrazowania metodą rezonansu magnetycznego, w który został wyposażony tutejszy szpital. „Szaleńczy projekt” – tak oceniał Frank cel wyjazdu. Jakiemuś urzędasowi z chilijskiego Ministerstwa Zdrowia przyśniło się, że w Calamie niezbędny jest MRI. Jak gdyby Indianie mieszkający na pustyni mieli daleko do Antofagasty czy Iquique[6]. To, że dziewięćdziesiąt procent z nich w ogóle nie wie, co to jest tomografia, a dziewięćdziesiąt pięć procent nigdy w życiu nie potrzebowało tomografu, nikogo nie interesowało. Skoro zapłacili, Di’Anno musiał pojechać, by pomóc tubylcom oswoić się z tym nowym sprzętem.

Kiedy jeden dowiedział się o planach drugiego, przyjaciele ustalili, że spotkają się w Calamie na piwie. Pod warunkiem że w takim nędznym miasteczku w sercu Atakamy znajdzie się piwo…

– Co to takiego? – zapytał nagle Jay-D, osłaniając dłonią oczy przed słońcem.

– Gdzie, proszę pana?

– Tam, przed nami. – Mężczyzna wskazał palcem obiekt. – Na lewo od drogi.

Flavio uważnie zlustrował lewe pobocze. Przez pierwsze sekundy nie widział niczego, co byłoby warte jego uwagi, aż nagle w odległości kilkuset metrów zobaczył coś, na widok czego serce najpierw podskoczyło mu do gardła, a potem zrobiło się ciężkie jak odważnik i przesunęło się o parę centymetrów w dół. Stary Indianin wcisnął hamulec do dechy i zatrzymał samochód.

– Czyś ty zwariował? – zirytował się lekarz. – O mało nie wybiłem łbem szyby!

Chilijczyk nie odpowiedział, nie spuszczając oczu z samotnej postaci tkwiącej na poboczu drogi.

– To chyba człowiek – powiedział Richardson.

– Ja… nie… jestem pewien, señor. – Skrzypiący głos starego Indianina dziwnie zabrzmiał.

– Mówię ci, że to chłopiec. Mam lepszy wzrok.

W oddali widniała barczysta postać.

– Ale od kiedy to na Atakamie mieszkają takie białe małolaty, co? – próbował żartować Jay-D.

Chilijczyk ponownie zignorował pytanie. Richardson zmrużył oczy.

– Dziwne, smarkacz jest zupełnie goły. – W oślepiających promieniach słońca Jay-D nie zauważył szarych atłasowych kąpielówek chłopca. – E-m-m… Skąd on się tu wziął?

– Señor, to nie jest człowiek – oświadczył nagle Flavio.

– A kto?

– Diabeł.

– Co takiego? – Lekarz był zdegustowany. – Flavio, ty…

– Dwa dni temu widziano go na pustyni na północ od San Pedro.

– Jaki diabeł, do cholery? – prychnął Jay-D. – Co za głupie zabobony!

Siwowłosy Chilijczyk wrzucił pierwszy bieg i mocno wcisnął pedał gazu. Silnik zawył i range rover pomknął do przodu.

Jay-D pogrążył się w myślach. W miarę jak się zbliżali do samotnej sylwetki, lekarza ogarniał niepokój. Chłopak o białej skórze stał jak słup sam jeden pośród bezkresu martwej Atakamy, ale przy tym ani nie krzyczał, ani nie biegł w stronę samochodu. W ogóle nic nie robił. Stał tylko i patrzył. Takie zachowanie mogłoby zdziwić nawet w pobliżu cywilizowanej osady gdzieś w Nowej Zelandii. W samym środku pustyni Atakama natomiast wywoływało ukłucia w okolicy żołądka.

Auto z dużą prędkością minęło samotną postać, wzbijając tumany kurzu oraz drobne okruchy skalne. I nic się nie wydarzyło. Zupełnie nic. Samochód oddalał się. Chłopiec tylko patrzył za nim, lekko przechyliwszy głowę.

Richardson oparł rękę na siedzeniu i obejrzał się.

– To miraż, nic więcej – podsumował głucho, dziwiąc się, że od razu na to nie wpadł. – Zwykła fatamorgana. Jakiś dzieciak stoi pośrodku plaży na wybrzeżu oceanicznym, a my obserwujemy jego odbicie.

– Pan się myli, señor… – wyszeptał Flavio.

Ukośne promienie słońca wyraźnie oświetlały postać chłopczyka. Jay-D zauważył wreszcie sportowe kąpielówki i oczy… oczy, które patrzyły wprost na niego.

Nagle w głowie kardiochirurga otworzyła się jakaś klapka. Przez jedną albo dwie sekundy nie mógł uchwycić myśli. Elementy tego, co zaobserwował, nie układały się w ogólny obraz, uparcie nie znajdowały miejsca w jego logicznym umyśle. Lekarz zamyślił się, aż czoło mu się zmarszczyło, lecz nie umiał powiedzieć, co przegapił, w czym się pomylił.

I raptem do niego dotarło: wzięta za miraż postać odwróciła się, przechyliła głowę i patrzyła na nich! Obserwowała ich pojazd! – nagle pojął; ta świadomość przyszła tak szybko, że cały zdrętwiał. Ręce i plecy pokryły się gęsią skórką. Chłopiec nie był mirażem ani zjawą. Przecież widmo nie reaguje na to, co się dzieje wokół.

Do Jaya-D jeszcze nie do końca docierało, co właśnie sobie uzmysłowił, gdy Flavio powiedział:

– To nie jest zjawa. – Trzymając się kurczowo kierownicy, stary Indianin ze strachem zerkał w boczne lusterko. – Na Atakamie nie ma miraży, señor…

Nie było wątpliwości: pośrodku pustyni stało prawdziwe dziecko.

– Zatrzymaj się! – polecił Jay-D.

– Señor, błagam, nie…

– Natychmiast zatrzymaj auto!

Flavio niechętnie wcisnął hamulec, terenówka stanęła w miejscu.

– Señor, pan nie rozumie, co czyni – wybełkotał kierowca. – To diabeł, widziano go jednocześnie w kilku miejscach…

– Stary głupcze, co ty bredzisz? – rozzłościł się kardiochirurg. – To jest dziecko! Mały człowiek, tak samo prawdziwy jak ty i ja. Nie możemy tak po prostu zostawić go na pustyni. – Jay-D zająknął się, ucieszony tym, co właśnie przyszło mu do głowy. – Skąd wiesz, może gdzieś niedaleko uległ katastrofie samolot pasażerski, a ten mały jest jedynym, który ocalał… Tak, właśnie tak, jest kontuzjowany i dlatego tak dziwnie się zachowuje.

Nowozelandczyk odpiął pas, wyszedł z samochodu i okrążył go.

Wzbite przez pojazd tumany kurzu przerzedziły się; pył powoli opadał na ziemię z ledwo słyszalnym szelestem. Chłopczyk stał jak poprzednio niedaleko drogi i obserwował ich samochód. Od Richardsona dzieliło go kilkaset metrów. Sylwetka malca rzucała długi geometryczny cień, który kładł się za nim na ziemi.

Jay-D podniósł prawą rękę i pomachał nią.

Chłopak momentalnie zareagował – także pomachał w odpowiedzi. I też prawą ręką.

Richardson uśmiechnął się triumfalnie, rugając w duchu starego Indianina. Ruszył do przodu w kierunku chłopca, machając rękami. Gdy tylko zrobił pierwszy krok, malec również drgnął i zaczął iść ku niemu… i tak samo machał rękami.

W miarę jak się zbliżał, Jay-D musiał w duchu przyznać, że jego altruizm gdzieś się ulotnił. Po plecach przeszły mu ciarki. Coś, u diabła, było nie tak. Coś było nie w porządku z tym dzieciakiem, ale nie mógł zrozumieć, co to właściwie było – Atakama plątała myśli. Lekarz nie cierpiał na agorafobię, lecz uświadomienie sobie tego, że w razie jakiegokolwiek zagrożenia nie ma dokąd uciec (nie dlatego, że rzeczywiście nie było dokąd uciekać – cała pustynia jest twoja, biegnij, dokąd tylko chcesz – ale dlatego, że uciekanie nie miało sensu: w promieniu dziesiątków kilometrów nie było żadnej kryjówki, w której można by się było schować), powodowało przyspieszone bicie serca.

Mimo to Jay-D nie zwolnił tempa marszu, coraz bardziej oddalając się od samochodu.

Chłopiec miał bardzo ładną sylwetkę: szeroką klatkę piersiową, silne nogi, umięśniony brzuch. Można byłoby uznać ją za doskonałą, gdyby nie głowa. Wydawała się nieproporcjonalna w stosunku do reszty ciała z powodu przesadnie wypukłej górnej części czaszki. W zasadzie nie było w tym nic nadzwyczajnego, jednak ta niewielka dysproporcja rzucała się w oczy.

Kiedy odległość między nimi zmniejszyła się do stu kroków, Richardsona przeniknął dreszcz niepokoju. Na ciele małego nie było żadnych obrażeń ani ran czy śladów sadzy, słowem niczego, co by świadczyło o jakiejś katastrofie lotniczej. Smarkacz był czyściutki jak aniołek i wcale nie przypominał kogoś, komu udało się wydostać z płonącego samolotu.

Jeszcze kilka kroków i Richardson mógł przyjrzeć się z bliska twarzy „malca”. To, co ujrzał, wryło mu się w pamięć i pozostało w niej na zawsze. Zastygłe, nieruchome rysy chłopca przypominały maskę. Pod marmurowym czołem z pewnością nie kryły się dziecięce oczy, wydobywało się z nich coś ciemnego. Źrenice skrzyły się wilgotnym błękitem, ale białka oczu… białka nie były po prostu zaczerwienione, nie, one były wypełnione purpurową krwią.

Lekarz nieoczekiwanie uświadomił sobie, że zbliża się do niego nie mały chłopczyk, lecz coś nieznanego i obcego, co tylko z wyglądu przypomina niewinne dziecko.

W mgnieniu oka świat przewrócił mu się do góry nogami. Przerażenie – już nie wątpliwość czy niepokój, lecz rzeczywiste przerażenie – ogarnęło Jaya-D; poczuł się tak, jak gdyby jego ciało poraził silny ładunek elektryczny. Zaszczękał zębami i zatrzymał się.

Jednocześnie zatrzymała się i ta istota… I tak samo jak on zaszczękała zębami.

Gdy dzieliło ich ze dwadzieścia metrów, zapanowała martwa cisza.

– Do you need help?[7] – przemówił lekarz, ledwie pokonując narastającą panikę i nagłą chęć znalezienia się jak najdalej stąd. Jego zdrowy rozsądek z całych sił czepiał się ostatniej rozpaczliwej myśli, że mimo wszystko stoi przed nim ludzka istota. Gdyby chłopak nie rozumiał angielskiego, Jay-D na wszelki wypadek powtórzył to samo po hiszpańsku, starannie wymawiając każde słowo: – Necesita ayuda?[8]

Istota milczała, chociaż kiedy kardiochirurg mówił, chłopiec wykrzywiał i rozciągał usta, jakby próbował odpowiedzieć na pytanie.

Jay-D poczuł, jak przerażenie ściska kleszczami jego krtań. W skroniach z ogromną siłą pulsowała krew. Głęboko odetchnął i ponowił próbę. Ostatnią. Jąkając się, wybełkotał:

– Czy u ciebie wszystko w porządku? Myślałem po prostu… możemy pomóc… podrzucić cię do…

I oto – znów to samo! Biały chłopak bezgłośnie poruszył ustami. Zaciągnięte krwawą błoną białka oczu były wlepione w lekarza. Wydawało się, że dzieciak próbuje coś mówić, ale z jego ust nie wydobywał się żaden dźwięk. Wyglądało to tak niesamowicie, że Jay-D cofnął się o kilka kroków.

Dziwna istota natychmiast poszła w jego ślady – też przemieściła się do tyłu na taką samą odległość.

Lekarz przełknął ślinę. Suchy wiatr muskał ich sylwetki. Od wschodu, od strony Andów, nasuwał się zmierzch, przykrywając popielatym całunem martwą ziemię. W głowie Richardsona zrodziła się pewność: On powtarza moje czynności! Porusza się tak samo jak ja i stara się mówić, kiedy ja do niego mówię. W tym spostrzeżeniu nie było jednak nic zabawnego.

– Pieprzyć to wszystko! – Mężczyzna odwrócił się na pięcie i wysoko podnosząc nogi, pognał do auta. Biegł, przyciskając dłoń do piersi i walcząc z ciemnymi kołami, jakie wirowały mu przed oczami, oraz chęcią zerknięcia do tyłu, żeby się przekonać, czy ten z pustyni go nie goni.

Od samochodu dzieliło go kilka kroków, gdy nagle natrafił stopą na głęboki dół, stracił równowagę i z krzykiem upadł na twarz. Drżąc na całym ciele i przeklinając siebie za nieostrożność, Jay-D podciągnął kolana, podniósł się i… obejrzał za siebie. Chłopiec stał w tym samym miejscu. Wlepiał w Richardsona spojrzenie krwawych oczu.

Nie oglądając się więcej, łykając jak ryba suche pustynne powietrze, lekarz pobiegł do przodu.

– Señor, to pan? Niech señor powie, że pan to pan! – wrzasnął Flavio, kiedy Jay-D, czerwony jak gotowany rak, z niewyobrażalnie wytrzeszczonymi oczami, klapnął na siedzenie. – Nie zamienił się pan z nim na ciała?

– Natychmiast uruchamiaj silnik, stary głupcze! – wrzasnął lekarz, ścierając dłonią krew z podrapanego policzka. – I nie pleć głupstw! Jaka zamiana ciał, do cholery?! Ruchy, Flavio!

– Przecież mówiłem…

– Nie pieprz!!! Zapalaj! Wynośmy się stąd!

– Tak, señor… Rozkaz, señor…

Ciągnąc za sobą tren z kurzu, range rover szarpnął i pognał na zachód.

W tym samym momencie krawędź dysku słonecznego dotknęła linii horyzontu.

II

Wtorek, 4 sierpnia, 17.56 (UTC –4) 73. km drogi nr 25 Carmen Alto–Calama Pustynia Atakama

Tacito Rejes zaciągał się papierosem i śpiewał, trzymając kierownicę jedną ręką. Jego ciężarówka – sędziwy mercedes o wypukłych reflektorach – mknęła na północ.

Ryczała muzyka. W magnetofonie tkwiła mocno zużyta kaseta z porywającymi piosenkami brazylijskiego zespołu Banda Calypso. W jakiś niewiarygodny sposób, wyławiając melodię spomiędzy warkotu silnika, szelestu skrzyni biegów oraz szumu głośników, Tacito wtórował solistce. Chociaż nie znał portugalskiego, podśpiewywał razem z nią, starannie powtarzając dźwięki, które wychwytywał z czarnych siatkowych pokryw głośników.

Tacito Rejes był nietuzinkową postacią. Jego matka pochodziła z plemienia Mapuche[9], a ojciec był Melanezyjczykiem, który wyemigrował do Antofagasty z dalekiego Tonga[10]. Po swojej matce Tacito odziedziczył szczupłą sylwetkę, a po ojcu – czarną, błyszczącą, jakby naoliwioną skórę. Gdy skończył siedem lat, jego ojciec dał drapaka do Boliwii z powodu jakichś niezałatwionych spraw z chilijskimi stróżami porządku. Prysnął skutecznie, jak na dorosłego przystało, i od tamtego czasu nikt go więcej nie widział. Matka musiała walczyć z losem samotnie, wychowując synka.

W ciągu dwudziestu czterech lat swojego życia Tacito zdążył dwa razy uciec z domu, trzy razy trafić do więzienia (głównie za drobne chuligańskie wybryki oraz zażywanie narkotyków), zarobić swój pierwszy milion peso, z powodzeniem przepuścić kasę na automatach do gry w Santiago de Chile, dwukrotnie się ożenić i jeden raz rozwieść. Obecnie młody mężczyzna kupował w Antofagaście, stolicy regionu, towary przemysłowe i żywność, aby potem odsprzedawać je w Calamie. Tego dnia skrzynia jego ciężarówki była wypełniona naczyniami kuchennymi, sprzętem rolniczym, sadzonkami, świeżymi warzywami i różnymi drobiazgami przydatnymi w gospodarstwie domowym.

Miał słabość do marihuany, ale nie chwalił się tym. Uczucie niesamowitej euforii połączone z totalnym tumiwisizmem, które wypełniało całe ciało po zajaraniu skręta, za każdym razem przenosiło go do innego świata, do równoległej rzeczywistości, gdzie nie istniały ból, smutek i rozpacz, nie było bezczelnych właścicieli mieszkań ani okrutnych, tępych gliniarzy, było natomiast wiele radosnych chwil oraz historii tak śmiesznych, że boki zrywać.

Jednocześnie Tacito wstydził się tej słabości. Jedną z niewielu rzeczy, jakie pani Rejes przez dwadzieścia lat działalności wychowawczej potrafiła wbić swojemu synowi do głowy, była wiedza o tym, że narkotyki to samo zło. „Wszyscy narkomani – powtarzała stateczna señora – to skończeni ludzie, nędzne małpy z biletem do piekła w jedną stronę, gdzie będą cierpieć męki i żreć łajno. Nie ma nikogo gorszego od nich… No, może pomijając adwentystów i świadków Jehowy”. Chłopak nie wiedział, czy tego, kto pali tylko trawkę, należy traktować jak prawdziwego, pełnowartościowego narkomana. I to gryzło go jeszcze bardziej.

Pustynna droga między Carmen Alto a Calamą była chyba jedynym miejscem, gdzie Tacito mógł w spokoju zajarać skręta, a może nawet dwa z rzędu. Policja tu się nie zapuszczała, omijała to odludzie od stworzenia świata. Bardzo rzadko zdarzało się, by z przeciwka jechały jakieś auta, a nawet jeśli, widać je było już z daleka. Jak gdyby nigdy nic – trzymaj kierownicę i wciskaj gaz.

Skręt się dopalił. Siny dym wypełnił wnętrze kabiny. Rejes przestał śpiewać i skupił się na obserwowaniu lusterka wstecznego, które zaczęło jakoś dziwnie drgać. Nigdy w życiu nie widział jeszcze, aby lusterko tak śmiesznie się zachowywało. Chwilę później młody Chilijczyk rechotał tak, że z oczu pociekły mu łzy.

– Mój Boże! Ja pieprzę, zaraz się rozpłaczę! Popatrzcie no tylko…! Lusterko! Ha, ha, ha! – Ryczał ze śmiechu, klepiąc dłońmi koło kierownicy. – No nie… nie mogę! Lus-ter-ko! Ha, ha, ha!

Nie przestając rżeć, Tacito spojrzał na drogę i zauważył chłopca. Przyjrzał mu się uważnie – faktycznie, jakiś gówniarz. Niby jeszcze dziecko, ale jakieś takie wysokie i umięśnione. Sportowiec czy co? Chłopak był goły, jeżeli nie liczyć szarawoczarnych sportowych kąpielówek.

Tacito potrząsnął z niedowierzaniem głową. Zjawa nie znikała. No pewnie że nie, dopiero co najarał się marychy po uszy. Jednakże Rejes nie był na tyle naćpany, żeby nie połapać się, iż pędzi prosto na dzieciaka. I zdołałby zahamować lub chociaż próbowałby go wyminąć, gdyby nie rażąca nielogiczność, wręcz absurdalność tego obrazka.

Biały chłopiec w samych majtkach pośrodku pustyni, sto kilometrów od najbliższej osady – rozumował Chilijczyk – to przywidzenie. Herezja jakaś. Do ciężkiej cholery, to nie może być prawda! Jeszcze mniej sensu miało zachowanie małego. Jakakolwiek realna istota, na którą szarżowałaby wielotonowa ciężarówka, przynajmniej starałaby się jak najszybciej uciec z drogi. I w żadnym wypadku nie sterczałaby w jednym miejscu. Właśnie dlatego Tacito Rejes pochopnie pomyślał, że ma halucynacje – jakieś chore urojenia, wywołane paleniem tego diabelskiego zielska. Jako że coś takiego zdarzyło mu się po raz pierwszy w życiu, omal nie narobił w spodnie, po czym wrzasnął piskliwie jak dziewczyna:

– Aaaaa! – I nacisnął pedał gazu…

Potężne uderzenie otrzeźwiło go. Puścił kierownicę; silnik zacharczał i zadławił się. Samochodem zarzuciło w prawo, na dziewiczą pustynię.

Ciężarówka zresztą szybko się zatrzymała, próbując wspiąć się na pobliski pagórek. Na boki posypały się ze szmerem kamyczki. Potem nastała cisza. Po ogłuszającej muzyce i ryku silnika cisza ta sparaliżowała Tacita. Gdyby nie ogromny strach, jaki odczuwał, pomyślałby, że już wykitował.

Przez kilka sekund przypatrywał się skołowanym wzrokiem pajęczynie pęknięć w lewym dolnym rogu przedniej szyby, po czym drżącymi rękami uruchomił silnik i włączył światła. Ze wschodu nieubłaganie zbliżała się noc; nie wiadomo, dlaczego młodemu mężczyźnie wyjątkowo nie chciało się zostawać sam na sam w całkowitych ciemnościach z tym, co potrącił. Wibrowanie pracującego silnika nie uspokajało, ale przynajmniej reflektor zadziałał. Co prawda tylko jeden, prawy.

Chilijczyk wypadł z kabiny. Nogi miał jak z waty, ledwo więc dobrnął do drogi. Z lewej strony, niedaleko miejsca, gdzie się zatrzymał, pośród odłamków szkła, fragmentów metalowej kraty chłodnicy oraz burych plam krwi leżał chłopczyk o płowych włosach. Tacito, szlochając, podszedł do niego.

– Biały! – Przyklęknął. – Niech to jasny szlag trafi, grzmotnąłem białego wyrostka!

Przytrzymując głowę chłopca jedną ręką, mężczyzna patrzył oszołomiony na skórę zachlapaną krwią, zmierzwione włosy i nieruchome wytrzeszczone oczy, których martwe spojrzenie wbijało się w niebo. Z licznych ran na wypukłej klatce piersiowej i brzuchu małego sączyła się krew.

Rejes raptem uświadomił sobie, że znów pójdzie siedzieć. I tym razem na długo.

– On jest biały… – szeptał przerażony pechowy kierowca, gładząc palcami jasne kosmyki. – Niech to diabli porwą, biały! Tak bardzo biały, że aż… – nagłe podejrzenie ukłuło go w samo serce – …to turysta! Nietutejszy! – I wówczas naprawdę spanikował: – O rany, rozjechałem turystę!!

Stuknąć białego wędrowca, i to w rejonie, gdzie turystyka dopiero kiełkuje… Przecież za taki czyn jego nie tylko wsadzą. Spalą żywcem, zlinczują, poćwiartują, a resztki rzucą na pożarcie pustynnym lisom.

Tacito wyciągnął szyję i obejrzał się. Słońce zaszło już za piaszczyste pagórki na zachodzie. Droga była całkiem pusta, w żadnym kierunku nic nie jechało. Chrzęścił jedynie niesiony wiatrem piasek i z rzadka wzdychała spękana ziemia, witając nocny chłód. Wokół ani żywej duszy. Ohydna i śliska jak dżdżownica myśl wpełzła do mózgu handlarza. Odciągnąć go na trzysta metrów od drogi. Ciała, do jasnej cholery, będą szukali, ale pustynia umie zachowywać tajemnice.

Chilijczyk rozejrzał się ukradkiem jeszcze raz. Nikogo, aż po horyzont.

Tacito Rejes szybko się nachylił, chwycił martwego chłopaka pod pachy i pociągnął w głąb pustyni, na zachód od drogi. Ofiara okazała się potwornie ciężka. Dobrze wytrenowane mięśnie są cięższe od galaretowatego tłuszczu. Po minucie mężczyzna tak się zasapał, że aż pociemniało mu w oczach.

– Ale wieprz! – zaklął, ocierając pot z czoła. – Jakby był odlany z ołowiu.

Przez kilka chwil starał się złapać oddech, siedząc w kucki, po czym powlókł ciało jeszcze dalej, od czasu do czasu uważnie zerkając na boki.

– Mój Boże, żeby tylko nikt tędy nie jechał. – Ręce Tacita drżały jak u neurastenika. – Boże, błagam, spraw, by nikt się nie zjawił na tej drodze.

Ciemności gęstniały, a dźwięki stawały się coraz wyraźniejsze. Samochód zniknął za pagórkiem, lecz warkot silnika pracującego na jałowym biegu oraz przyćmione światło reflektora zdradzały położenie auta.

Odciągnąwszy chłopaczka na dostateczną odległość, Tacito zatrzymał się, by chwilę odsapnąć. Ręce i szorty młodego mężczyzny poczerniały od krwi. Nie szkodzi, w domu zrobi z tym porządek.

Uspokoił się (na tyle, na ile było to możliwe w takiej sytuacji) i zaczął się zbierać do odjazdu.

– Wybacz, mały – rzucił Tacito na odchodnym. – Nie chciałem. Po prostu… tak wyszło.

Nagle chłopiec się poruszył. Chilijczyk jęknął i omal nie narobił w spodnie (po raz drugi tego wieczoru – a niech go!), lecz od razu się połapał, że martwi przecież nie mogą się ruszać. A to oznaczało, że malec były żywy! Po chwili blondynek szarpnął się ponownie i wydał z siebie żałosny jęk. Rany na jego brzuchu zaczęły krwawić.

– Mały durniu! – zaczął wrzeszczeć Tacito. – Nie zdechłeś! – Po czym wzniósł ręce i krzyknął w ciemności, zwracając się do Boga, którego dopiero co tak gorąco prosił, by nie dopuścił do pojawienia się niechcianych świadków: – Popatrz no tylko, on nie skonał, sukinsyn! Madafaka!

Chłopiec otworzył usta i bezdźwięcznie poruszył wargami. Jego oczy ożyły. Po jakimś czasie zogniskowały się nareszcie na twarzy Rejesa. Źrenice zwęziły się, a nabrzmiałe białka zasnuły czernią. „Malec” gapił się na Chilijczyka z wściekłością zupełnie niespotykaną u dwunastolatka, który przed chwilą o mały włos nie został rozwalcowany na asfalcie. Z oczu wyzierało mu coś jak nie z tego świata, coś nieludzkiego, co powodowało, że od jednego spojrzenia mężczyznę przeniknął dreszcz. Jednakże słońce już zaszło, chłodnawe ciemności zalewały teraz całą przestrzeń, a w mroku Tacito Rejes nie mógł się przyjrzeć twarzy potrąconego dziecka.

– Cholera, i co ja mam teraz z tobą zrobić? – Zdenerwowany Chilijczyk chwycił się za głowę. – Byłoby najlepiej, gdybyś zdechł, słowo honoru!

Przymilny wewnętrzny głos podstępnie zaszeptał: Zostaw go… Porzuć tego wyrodka… A umrze.

Handlarz przygryzł wargę i zadzierając głowę, utkwił wzrok w próżni nad sobą, gdzie stopniowo, jedna po drugiej, włączały się obojętne na wszystko światełka gwiazd – jedyni świadkowie przestępstwa.

Tacito był kupcem, ale też złodziejaszkiem i awanturnikiem. Możliwe, że kiedyś skończy jako narkoman, taka „nędzna małpa z biletem do piekła w jedną stronę”. Ale Tacito Rejes nie był mordercą i nie miał zamiaru nim zostać. Chociaż nikt go tego nie uczył, Chilijczyk dobrze wiedział, że bycie mordercą jest jeszcze gorsze niż bycie ćpunem. Gorsze niż bycie adwentystą czy świadkiem Jehowy.

– Byłoby jednak lepiej, gdybyś zdechł! – wycedził kierowca, usiadł w kucki, ostrożnie podniósł białego znajdę i powlókł go z powrotem.

Chłopiec charczał i zaciskał zęby. Tacito wyczuwał drganie jego mięśni.

– Zasraniec… Diabelski gringo… Wstrętny prosiak o białym ryju… Po raz pierwszy w życiu zobaczył ciężarówkę czy co? – sarkał handlarz. – Ty, widzę, jakiś bokser jesteś, co? A może zapaśnik… I przestań mi tu krwawić! Natychmiast! Przestań… Do kogo ja mówię?!

W końcu zaciągnął chłopaka do kabiny samochodu. Najpierw położył go na siedzeniu kierowcy, a potem wepchnął głębiej do środka i jako tako przymocował pasem bezpieczeństwa. Sam usiadł za kierownicą.

– Wiem, mały, mamuśka nie byłaby zachwycona. – Drżącymi rękami Tacito robił skręta. – Zgadzam się, że to tak jakoś gównianie: w wieku dziesięciu lat przez całą drogę jarać trawę… – Chilijczyk przytrzymał papierosa zębami, zapalił go i przewracając oczami, głęboko się zaciągnął. – Ale wybacz mi, mały. Nie mogę bez dopingu gnać prawie sto pięćdziesiąt na godzinę po takiej, niech ją szlag trafi, „magistrali”.

Następnie zwolnił hamulec ręczny i ruszył, powtarzając przez zaciśnięte zęby jak mantrę:

– Tylko nie umieraj, proszę… Gówniarzu, tylko nie wyciągnij kopyt…

Zapadły całkowite ciemności. Zegar wskazywał 18.23.

III

Wtorek, 4 sierpnia, 19.38 (UTC –4) Calama, Chile

Jay-D Richardson i Frank Di’Anno popijali dżin z tonikiem na tarasie hotelu. Oprócz nich w barze nie było nikogo. Wieczór był nad podziw cichy i spokojny.

– Doktorze Di’Anno! – zawołał barman, pochyliwszy się nad ladą.

Frank odwrócił głowę.

– Tak, amigo? – Uśmiech nie schodził z jego twarzy.

– Telefon do pana.

Di’Anno nachmurzył się.

– To z kliniki.

– Skąd taka pewność? – zapytał Jay-D.

– A komu jeszcze w tej dziurze będzie potrzebny australijski inżynier o wpół do ósmej wieczorem? Pewne eskulapi coś narozrabiali.

Australijczyk niechętnie podszedł do telefonu. Podniósł słuchawkę, przyłożył ją do ucha i bardzo długo słuchał, kilka razy wtrącając krótkie odpowiedzi. Niezadowolenie stopniowo ustępowało miejsca zaskoczeniu.

Po skończonej rozmowie Frank szybko wrócił do stołu.

– Wiesz co, stary, będę musiał pognać do kliniki.

– Czy coś się stało z urządzeniem?

– Nie, nie, z tomografem wszystko w porządku, ale… do szpitala przywieźli chłopaka. Ktoś z miejscowych potrącił go pośrodku pustyni. Nikt nie wie, skąd się ten mały wziął. I lekarze… wiesz, oni chcą, żebym przyjechał i go obejrzał.

– Biały chłopak? – rzucił jakby mimochodem Jay-D, czując chłód pod łopatkami.

– Co powiedziałeś?

– Zapytałem, czy to biały chłopiec.

– Tak – odrzekł Di’Anno i gwałtownie odwrócił głowę. – Niech cię diabli, a skąd o tym wiesz? Przecież tego nie mówiłem.

– Słuchaj, jadę z tobą – powiedział Nowozelandczyk.

IV

Wtorek, 4 sierpnia, 20.14 (UTC –4) Centralny szpital kliniczny w Calamie

– To on – oznajmił Jay-D.

– Jesteś pewien?

– Tak, nie mam wątpliwości. Widziałem go na pustyni na drodze z San Pedro. Już wtedy zachowywał się podejrzanie. Nie dziwię się, że smarkacz wlazł komuś pod koła.

– Czy już wtedy był w samych majtkach?

– Aha. – Richardson kiwnął głową.

– Dlaczego go nie zabrałeś? – Di’Anno zerknął spode łba na swojego rozmówcę.

– Chciałem. Ale mówię przecież, on wyglądał tak, jakby postradał rozum. Wiesz… chłopak mnie przestraszył… Diabelnie mnie przestraszył.

– Przestraszył? – Frank wytrzeszczył oczy. – Jak, do cholery, mam to rozumieć?

– Jak chcesz. – Jay-D machnął ręką. – Myślałem, że zobaczyłem upiora czy diabła jakiegoś. On mnie naśladował.

Frank Di’Anno wsadził ręce do kieszeni fartucha. Na myśl nie przychodziło mu nic, co mógłby nawyczyniać dziesięcioletni smarkacz, żeby wystraszyć czterdziestopięcioletniego lekarza. Chłopiec leżał nieprzytomny i Di’Anno (na szczęście czy na nieszczęście) nie widział jego oczu.

Do lekarza tymczasem podszedł lekarz dyżurny kliniki, poważnie wyglądający niemłody już Chilijczyk z zapadniętymi policzkami i orlim nosem. To on przyjął poszkodowanego.

– Trochę go zbadaliśmy – rzekł. – Zrobiliśmy mu rentgen.

– No i jak? – zainteresował się Frank.

– Złamanie sześciu żeber i obojczyka, przemieszczenie kręgów szyjnych, rozległe pęknięcie miednicy, ale kręgosłup, na szczęście, cały. „Malec” stracił wiele krwi, choć, zdaje się, krwotoku wewnętrznego nie ma… Podejrzewamy silne wstrząśnienie mózgu; pacjent kilka razy dochodził do siebie, nie potrafił jednak nic powiedzieć, zupełnie nic, tylko chrypiał i… – w tej chwili lekarz zaczął błądzić gdzieś spojrzeniem – …szczerzył zęby.

– Może z bólu.

Szczupły Chilijczyk zastanawiał się przez chwilę.

– Nie wydaje mi się… Według mnie to… ze złości…

– Czy coś jeszcze?

– Nie, na razie nie.

– Gładko się z tego wywinął – zauważył Di’Anno.

Jay-D Richardson stał ze skrzyżowanymi na piersiach rękami obok swojego przyjaciela i nie spuszczał wzroku z szyby, przez którą widać było oddział reanimacyjny.

– To fakt. Smarkacz, choć młody, ma mocną i proporcjonalną budowę. Mięśnie jak u dorosłego silnego mężczyzny. Inny na jego miejscu od takiego uderzenia po prostu rozpadłby się na kawałki.

– Należy dokończyć badania. Zobaczymy, co z jego głową. Może w środku została tylko galareta i nasze zabiegi na nic się zdadzą – wymamrotał Frank i zwrócił się do lekarza dyżurnego: – Zatrzymaliście krwotok?

– Łatwo poszło.

– Wspaniale. Spodziewam się, że tomograf jest przygotowany.

– Tak, mister Di’Anno. Właśnie dzisiaj po obiedzie zakończyli jego instalowanie.

– Więc jednocześnie sprawdzimy i sprzęt. Amigo, niech siostrzyczki przygotują pacjenta i uruchamiają urządzenie.

Chilijczyk skinął głową i popędził do gabinetu ordynatora.

Po pół minucie stół operacyjny z nieprzytomnym chłopcem został przewieziony do pracowni RM (rezonansu magnetycznego). Australijczyk i Nowozelandczyk po raz kolejny obejrzeli przypominające płaskorzeźbę ciało, gdy łóżko przejeżdżało obok nich. Kilka niewielkich siniaków, powierzchowne rany i zadrapania – nic więcej. Po umyciu chłopak ani trochę nie wyglądał na kogoś, kto trafił pod koła ciężarówki.

– Co o tym myślisz? – zapytał cicho Jay-D.

– To dziwne, że po zderzeniu z mercedesem chłopak wygląda lepiej niż ten mercedes. – Di’Anno uśmiechnął się pod nosem.

– Ja nie o tym. – Richardson nie był w nastroju do żartów. – Coten mały robił na pustyni?

W sali z tomografem komputerowym zapaliło się światło. Drzwi były otwarte, po ścianie korytarza i po podłodze ślizgały się niewyraźne cienie – to personel medyczny umieszczał chłopaka w tomografie.

Frank wzruszył ramionami.

– Nie wiem… Może odłączył się od grupy turystów.

– Stary, jacy znów turyści? To Atakama! Uważasz, że San Pedro jest właściwym miejscem do odpoczynku w rodzinnym gronie? Tutaj nie docierają nawet wytrawni wędrowcy!

– No nie wiem… – powtórzył Australijczyk.

Z sali dochodziły niewyraźne głosy. Słychać było trzask włączników, po czym rozległo się rytmiczne buczenie – tomograf zaczął pracować. Richardson i Di’Anno ruszyli w kierunku niedomkniętych drzwi.

– Zawiadomiłeś policję? – Jay-D nie mógł się powstrzymać od pytania. – Jestem przekonany, że ktoś go szuka.

– Nie moja sprawa. Chilijczycy sami sobie poradzą.

– Wiesz, ten chłopiec wydaje mi się po prostu dziwny. Cudak jakiś.

– Nie rozumiem, co w nim znalazłeś takiego dzi…

Gdy od drzwi dzieliło ich kilka kroków, z pracowni dobiegł jakiś stłumiony dźwięk. Nader niezwykły dźwięk, który Jay-D Richardson zapamięta pewnie na całe życie. Jakby ktoś z dość dużej wysokości (nie mniejszej niż trzy albo cztery metry) upuścił arbuz. Wyimaginowany pasiasty owoc walnął z charakterystycznym odgłosem na terakotę, pękł i rozleciał się na kawałki. Tyle że i Richardson, i Di’Anno dobrze wiedzieli, że za tymi drzwiami żadnych arbuzów nie było.

Naprawdę jednak przestraszył ich nie sam dźwięk, lecz to, co mu towarzyszyło. Najpierw na piętrze mignęło światło. Następnie tomograf ostro zapiszczał i kilka razy gwizdnął. W pewnym momencie dźwięk zaczął cichnąć, aż zamarł całkowicie. Zapadła cisza jak w grobowcu.

Lekarze szybko pobiegli do pracowni.

– Co się stało? – krzyknął Di’Anno, omal nie wyważając w biegu drzwi. – Qué pasó?!

– No lo sé… No lo sé, señor[11] – wymamrotał chilijski lekarz.

Większą część sali zajmowało podobne do beczki urządzenie. Richardsonowi przypominało balię do zbierania deszczówki, jaką widział w klasztorach w Meteorach[12] podczas ubiegłorocznego wyjazdu do Grecji. Zewnętrzna powierzchnia przewróconej na bok „beczki” była matowa w kolorze kakaowym. Z górnej części wyprowadzony był prostokątny kanał wentylacyjny, który ciągnął się ku górze i znikał w suficie. Pośrodku głównej części urządzenia zwanej gantrą widniał okrągły otwór o gładkich krawędziach, na pierwszy rzut oka chyba trochę za mały dla człowieka. Jego wewnętrzna powierzchnia była lśniąca i gładka, na brzegach pomarańczowa, w środku sterylnie biała. Przed otworem stało wąskie łóżko, skąd pacjenta wsuwano do aparatury. Do wnętrza tomografu od centralnego panelu sterowania ciągnęło się mnóstwo rurek i przewodów. Wszystko to wyglądało bardzo nowocześnie.

Kiedy lekarze obcokrajowcy wbiegli do sali, dziwny pacjent wysuwał się właśnie z brzucha maszyny. Na razie widać było tylko jego nogi. Niby nic nadzwyczajnego, chociaż… Kątem oka Richardson zauważył bladoróżowy lepki płyn, który skapywał na podłogę z lewej strony otworu.

Po sekundzie całe ciało chłopca wyłoniło się z otworu. Jedna z sióstr straciła przytomność; zwaliła się na podłogę, nienaturalnie zadarłszy głowę i rozrzuciwszy ramiona na boki. Druga zapiszczała i przemknąwszy obok lekarzy, wybiegła z pomieszczenia. Jej histeryczny wrzask, zbliżony do dźwięku syreny, jeszcze długo dobiegał z korytarza. Frank Di’Anno zszarzał jak wysuszona słońcem pustynna ziemia. I nie bez powodu – głowa chłopca zniknęła. Rozpłynęła się bez śladu. Z zakrwawionej górnej części tułowia, gdzie kiedyś była szyja, bez przerwy sączyła się krew.

– Gdzie jest głowa?! – ryknął Di’Anno, tak jakby liczył na to, że któraś z sióstr schowała ją pod połą fartucha. W pierwszej chwili Australijczyk wyglądał jak zakłopotane dziecko, jak bohater Disneyowskiego filmu animowanego, którego podstępne łotry przechytrzyły za pomocą czarnej magii. – Gdzie ona jest?

Frank zgiął się wpół nad ciałem i zajrzał do środka tomografu. Głowy nie było.

– Ożeż kurwa – zaklął. – Gdzie się podziała jego głowa?!

Chilijski lekarz dyżurny, żółty na twarzy, zrobił niepewny krok do przodu.

– Ja nie wiem, señor. My tylko umieściliśmy chłopca w środku i włączyliśmy urządzenie… Wszystko zgodnie z instrukcją. A potem ten głuchy trzask i…

– Co mi tu pan opowiada?! – zapiszczał histerycznie Australijczyk. – Idioci! To jest tomograf, a nie gilotyna!!! Co zrobiliście z pacjentem?

– Nic nie zrobiliśmy! – Pożółkły Chilijczyk też zaczął krzyczeć. – Ja tylko uruchomiłem aparaturę…

Frank chwycił się za głowę i jęcząc, i narzekając, oparł się o tomograf.

– Stary, co o tym myślisz?

Nowozelandczyk chciał jakoś wesprzeć kolegę, ale w jego głowie kołatało się jedno, jedyne głupie zdanie: „Chłopie, jeszcze nigdy w życiu nie widziałem tak paskudnego efektu badania rezonansem magnetycznym”. Jay-D pomyślał, że prawdopodobnie teraz najlepiej będzie milczeć.

Richardson zajrzał do wnętrza urządzenia. Ścianki były czyste, tylko w głębi białego plastikowego tunelu, w miejscu gdzie wcześniej leżała głowa, wykładzina była zabryzgana mózgiem. Wszystko wymieszane z włosami i krwią. Niżej widniała jakaś rzecz, podobna do podkowy.

– Myślę, że to jego żuchwa. – Kardiochirurg wydostał się na zewnątrz. – I… eee… kręgi szyjne… jeżeli się nie mylę.

Frank Di’Anno poderwał się.

– Kretyni! Przeklęci bezmózdzy Latynosi! – wrzeszczał. – Stary, coś takiego… coś takiego może się zdarzyć, pod warunkiem że do komory dostanie się metal… jakikolwiek metalowy przedmiot w… może aparat słuchowy lub… no nie wiem co jeszcze…

Odepchnąwszy Richardsona, Di’Anno wpełzł do środka. Wił się, sapał, odsuwał nogami pozbawione głowy ciało, aż wreszcie cały zniknął w rurze tomografu. Przez półtorej minuty nie wydobywał się stamtąd ani jeden dźwięk. Australijczyk wrócił o wiele spokojniejszy, ale wyraźnie stropiony. I od stóp do głów wymazany krwią jak wampir po śniadaniu, na które podano mięsiwa.

– I co? – zapytał Nowozelandczyk.

– Nic – wychrypiał Frank. – Tam jest wszystko, co ma być: rozdrobnione kości czaszki, zęby, kawałki twarzy, części mózgu, włosy i krew. Ale żadnego metalu… Żadnego uszkodzenia czy zadrapania na wykładzinie… Diabelstwo jakieś, Jay-D, absolutnie nic nie rozumiem…

Lekarz dyżurny stanął tak, aby uniemożliwić komukolwiek wyjście z pracowni.

– Mister Di’Anno, musi pan tu zostać, dopóki nie przyjedzie policja – oznajmił chłodno. – A pana prosiłbym, żeby się pan w to nie mieszał.

Jay-D nie oponował. Zaczął się cofać, przenosząc wzrok z bezgłowego chłopca na swojego kolegę i z powrotem.

– Trzymaj się, stary. – Kiwnął głową na pożegnanie i wybiegł na korytarz.

V

Po wyjściu z pracowni Jay-D zaczął się zastanawiać. Będąc lekarzem, rozumiał, że bez względu na to, co się wydarzyło w ciągu kilku sekund od uruchomienia tomografu, nie było to spowodowane niesprawnością urządzenia. Pole magnetyczne o natężeniu trzech tesli jest potężne, ale całkiem bezpieczne. Metalowe przedmioty, które trafią w takie pole, będą się zachowywały jak pociski armatnie. Szkopuł w tym, że on sam też obejrzał urządzenie i żadnych metalowych elementów tam nie znalazł.

Nowozelandczyk podjął stanowczą decyzję: musi dojść prawdy. Przynajmniej spróbować.

Korzystając z zamieszania, poszedł na drugie piętro. Szybko zorientował się w rozkładzie pokoi na korytarzu, otworzył odpowiednie drzwi i wpadł do gabinetu rentgenoskopii. Miał nadzieję, że w pracowni nikogo nie zastanie, lecz się pomylił: za biurkiem siedziała młodziutka pielęgniarka o zgrabnych, długich aż do samej szyi nóżkach. Jak z okładki żurnala – przemknęło mu przez myśl.

Dziewczyna podniosła na mężczyznę ciemne oczy.

– W czym mogę panu pomóc? – zapytała.

Jay-D stropił się.

– Hm, hm… señorita… Czy… mm… Czy mówi pani po angielsku?

– Tak, trochę.

Nowozelandczyk zawahał się, przestępując z nogi na nogę.

– Pan pewnie czegoś potrzebuje. – Siostra uśmiechnęła się zachęcająco.

– Przepraszam, że tak… no, wtargnąłem… – Richardson westchnął. Nie mógł sklecić zdania. – Jestem lekarzem. Poproszono mnie, bym pomógł w… w… sprawie przywiezionego niedawno białego chłopca. Chyba turysty, którego… Potrącił go samochód…

Jay-D znowu się zająknął. Chilijka kiwnęła głową.

– I?

– Zrobili mu rentgen. Chciałbym obejrzeć zdjęcia – rzucił zdecydowanie, bez ogródek.

Dziewczyna zastanawiała się, śmiesznie marszcząc nosek. W zasadzie powinna odmówić. Ten człowiek nie należał do personelu szpitala, poza tym grubaska z recepcji już do niej zatelefonowała i opowiedziała, że temu jasnowłosemu dzieciakowi, którego przywiózł z pustyni jakiś ćpun, któryś z białych konowałów urwał głowę. Na szczęście do siostrzyczki na razie nie dotarło, że konował urwał tę głowę w sensie dosłownym, poza tym Jay-D jej się spodobał; jego zakłopotanie złożyła na karb własnego oszałamiającego wyglądu. Uśmiechnęła się kokieteryjnie i przesunęła na brzeg stołu kilka zdjęć rentgenowskich.

– Ale tylko obejrzeć – szepnęła jak spiskowiec.

– Zgoda. – Jay-D rzucił się na odbitki.

Chłopiec został prześwietlony od stóp do głów: zrobiono mu zdjęcia głowy, klatki piersiowej, miednicy, kości rąk i nóg. Richardson brał po kolei szaro-czarne zdjęcia rentgenowskie, podnosił je i uważnie oglądał w żółtawym świetle starych lamp. Ze szczególną uwagą przyglądał się zdjęciu głowy. Wielkie klisze drgały w jego rękach. Gdy po raz trzeci przyjrzał się rentgenogramowi czaszki, przekonał się, że chłopak był „czysty”. Nie miał metalowych implantów ani w ciele, ani – co najważniejsze – w głowie. To nie był diabeł czy przybysz z innej planety, żaden cyborg czy robot w ludzkiej skórze. On był rzeczywisty. Zwykły smarkacz. Nie biorąc pod uwagę złamań, do których doszło w wyniku wypadku drogowego, wyglądał na całkiem normalnego dzieciaka.

Nie podziękowawszy pielęgniarce, Jay-D wypadł z gabinetu. Zbiegł po schodach na parter. Policji jeszcze nie było. Kierując się do wyjścia, kardiochirurg kątem oka zauważył czarnego jak Nubijczyk kierowcę i domyślił się, że to właśnie on przywiózł chłopca z pustyni. Tacito Rejes, już trzeźwy, siedział na rozkładanym krześle w rogu izby przyjęć, pod ogromną mapą północnej części Chile.

Usłyszawszy kroki, kierowca podniósł wzrok.

– Señor… – wychrypiał, chwytając lekarza za rękaw fartucha. – Señor… jak tam mały? Czy wszystko z nim w porządku? On nie umrze?

Po ciemnych policzkach rozpełzły się brudnawe smugi od łez.

Jay-D Richardson nie wiedział, co odpowiedzieć. Miał mu oznajmić, że chłopcu z jakiegoś zasranego powodu urwało głowę? Rozumiał, że byłyby to wierutne brednie. Coś takiego może się zdarzyć w tanim filmie grozy, powieści fantastycznonaukowej czy w jakiejś innej rzeczywistości, ale nie na planecie Ziemia, gdzie wszystko jest podporządkowane niezmiennym prawom fizyki. Jay-D bezwstydnie skłamał:

– On… eee… jest okej… Wszystko z nim będzie w porządku…

– Bogu niech będą dzięki. – Tacito zaszlochał, ukazując brudnożółte zęby.

Nowozelandczyk rozejrzał się, uwolnił rękę i udał się w kierunku podświetlonej tabliczki: SALIDA (WYJŚCIE). Na ulicy postał chwilę, aż oczy przyzwyczaiły się do ciemności, po czym, odnalazłszy wzrokiem niewyraźną bryłę mercedesa, która rysowała się tuż obok wejścia do szpitala, podszedł do ciężarówki.

Przyświecając sobie latarką w komórce, lekarz obejrzał pojazd, którego skrzynia ładunkowa była obciągnięta brezentową plandeką. Zbadał najpierw miejsce uderzenia: dolną część przedniej szyby, roztrzaskany w drobne kawałki reflektor, wgięty zderzak. Zajrzał pod spód, do kabiny, obejrzał koła, przyjrzał się, na ile to było możliwe, przedniej osi… Nic. Richardson sam nie wiedział, czego szuka. Po prostu badał samochód, który potrącił dziwną istotę z pustyni.

Lekarz zaczął okrążać pojazd, oświetlając burty skrzyni. Na próżno. Kiedy dotarł na tył wozu, podniósł brzeg grubego brezentu i tracąc nadzieję na to, że znajdzie cokolwiek, zajrzał w głąb skrzyni ładunkowej. Stały tam w równych rzędach duże kartonowe pudła i nieco mniejsze drewniane skrzynki, na których leżały nieprzezroczyste torebki z folii z napisem „D&S[13]”. Były czyste i nowe, prosto z supermarketu.

Jaya-D tknęło bezpodstawne podejrzenie. Tak samo jak wtedy na pustyni, gdy po raz pierwszy zauważył chłopca, a podświadomość podsunęła mu myśl, że to nie miraż, przy czym doszedł do takiego wniosku dużo wcześniej, niż zdołał to sobie uzmysłowić. Znowu coś nie pasowało do ogólnego obrazu. Mało zauważalny element – ostatni fragment układanki – zupełnie nie przystawał do całej historii. Historii, która w tej właśnie chwili zarysowała się w jego głowie.

Richardson schował telefon do tylnej kieszeni dżinsów, przecisnął się pod plandeką i znalazł się w środku. Wyjął z powrotem komórkę i skierował jasny promień latarki na paczuszki. Wewnątrz nich znajdowały się niewielkie narzędzia służące do drobnych napraw: młotki, automatyczne śrubokręty, szczypce płaskie, nożyce do metalu. Wszystko nowe, w plastikowych opakowaniach, ze starannie usuniętymi cenami. Obejrzawszy też pudełka, zorientował się, że skrzynia zawalona jest towarami kupionymi w dużym supermarkecie…

Gubił się w myślach: Jaki supermarket? Na wschód od Calamy nie ma żadnego dużego sklepu aż do granicy z Boliwią… Skąd w takim razie wzięły się te pakunki? Nie może ich tu być, chyba że… chyba że… Myśl broniła się przed ujawnieniem, wiła się jak wąż, próbując dać nura i skryć się w otchłani świadomości.

Skąd przyjechała ta ciężarówka?

Pytanie wynurzyło się nie wiadomo skąd. Tak jakby ktoś wyszeptał je do ucha. Lekarz postanowił otworzyć jedno z opakowań. Bardzo szybko odkrył coś, czego chyba podświadomie szukał. Na dole, pod nazwą supermarketu, drobnymi literkami był napisany adres: numer domu, nazwa ulicy i… miasto.

„Antofagasta” – przeczytał Jay-D. Szczęka mu opadła… Richardson nie był znawcą geografii północnego Chile, ale znał ten region na tyle dobrze, by zdać sobie sprawę, że samochód nie przyjechał ze wschodu kraju. I to było niedobre. Bardzo niedobre.

Mężczyzna zeskoczył ze skrzyni na ziemię i pobiegł z powrotem do szpitala. Serce mu waliło jak maszyna do stenotypii pod palcami stenografistki. Szczupły kierowca ciężarówki wciąż siedział na tym samym miejscu.

– Posłuchaj, przyjacielu… Jak się nazywasz? – zapytał zdyszany lekarz.

– Tacito… Tacito Rejes, señor. – Handlarz z trudem radził sobie z angielskim.

– Chcę cię o coś zapytać.

Tacito podniósł się skwapliwie. Jego usta drżały. Mętne oczka wypełniły się łzami.

– Ja nie pójdę siedzieć, señor? – zabełkotał. – Jeżeli mały nie umrze, nic mi nie będzie, prawda? Przecież go przywiozłem…

Jay-D przerwał Chilijczykowi niecierpliwym gestem.

– Nikt cię o nic nie obwinia. To był nieszczęśliwy wypadek. – Nowozelandczyk znów kłamał, ledwo powstrzymując zniecierpliwienie. – Mnie interesuje coś innego. Proszę cię, pokaż mi miejsce, gdzie się znajdowałeś, kiedy… hm… zauważyłeś tego chłopca.

Nowozelandczyk wskazał na mapę. Chilijczyk w skupieniu podrapał się w potylicę.

– No… nie wiem.

– Tak mniej więcej. – Jay-D podniósł głos.

Mężczyźni przysunęli się do mapy.

– To było tutaj, señor… – Tacito pokazał odcinek drogi.

Lekarz poczuł, jak włosy stają mu dęba na głowie i jeżą się jak szczecina na karku wilka, a po ciele przechodzi dreszcz. Nie zapytał po raz drugi, czy Tacito jest przekonany, że wskazane na mapie miejsce na pewno jest tym, w którym nastąpiło zderzenie. Nie miało to żadnego znaczenia.

– Jechałeś z Antofagasty – połykając słowa ze zdenerwowania, uściślił Richardson.

– Tak, señor. Skąd jeszcze mógłbym wlec tego mojego rzęcha?

Kardiochirurg pobladł, czując, jak nieopisany strach ściska mu serce. To nie element układanki, który nie pasował do obrazka. To obrazek, który rozlatywał się z powodu jednego nieprawidłowego elementu.

– K-k-kiedy… kiedy to się stało?

– Co mianowicie? – z zakłopotaniem zapytał kierowca.

– Kiedy natknąłeś się na tego gnojka?! – ryknął Jay-D. – Godzina, czas!

– Ma pan na myśli białego chłopca?

– Tak!

Tacito podniósł oczy, przypominając sobie kolejność wydarzeń tego wieczoru.

– Tuż po zachodzie słońca, kilka minut przed szóstą. Trzydzieści minut po tym, jak minąłem Carmen Alto.

Nowozelandczyk rozdziawił usta. On widział malca pół godziny wcześniej.

– To niemożliwe…

– Co jest niemożliwe, señor?

Richardson go nie słyszał. Pogrążył się w myślach. Mógł umotywować wszystko: dziwne zachowanie chłopca, niepojęty fakt jego obecności pośrodku pustyni, a nawet zamienioną w farsz głowę. Dla wszystkiego można było znaleźć rozsądne, mniej więcej prawdopodobne wytłumaczenie. Jednakże tego, co dopiero teraz uświadomił sobie, nie dawało się ani objaśnić, ani przyjąć do wiadomości. Tacito pokazał palcem inną drogę: Flavio i on jechali do Calamy ze wschodu, z San Pedro, tymczasem Tacito Rejes pędził swoją ciężarówką z południowego zachodu, z Antofagasty przez Carmen Alto.

Ale nie to było najważniejsze.

Nowozelandczyk opuścił wzrok i popatrzył na skalę umieszczoną w prawym dolnym rogu mapy. Podniósł dłoń, dotknął kciukiem punktu pośrodku drogi Carmen Alto–Calama na południe od miasta, tam, gdzie Rejes potrącił chłopca, a wskazujący palec odchylił na wschód i przytknął w miejscu, gdzie on i stary Indianin Flavio natrafili na białego smarkacza. Po czym cofnął rękę i nie zmieniając położenia rozcapierzonych palców, oszacował odległość, porównując ją ze skalą. Odstęp między punktami według skali mapy wynosił sto–sto dwadzieścia kilometrów w linii prostej. Linii prowadzącej przez nieprzebyte obszary usiane skałami, pocięte rozpadlinami i niemal w całości pokryte wydmami.

Jay-D bezradnie wytrzeszczał oczy na mapę. I co my tu mamy? Najpierw on napotyka przedziwnego chłopaka, którego pół godziny później Tacito Rejes potrąca w zupełnie innym zakątku Atakamy. Ten smarkacz nie mógł ot tak się powielić, co oznacza, że musiał przemknąć przez dziewiczą pustynię z prędkością co najmniej dwustu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Żadne stworzenie nie porusza się tak szybko.

Lekarz wytoczył się jak pijany na ulicę i powlókł do hotelu. W głowie huczało mu niczym w ulu zasiedlonym przez rozdrażniony pszczeli rój. Ramiona drżały, a serce zatrzymywało się z powodu najmniejszego szmeru, jaki dochodził z ogarniętych ciemnościami zaułków. Wszędzie majaczyły mu tajemnicze i złowrogie sylwetki białych chłopców. Richardson nie wierzył w duchy, teleportację, czarne dziury, zakrzywienie czasoprzestrzeni czy inne tego typu brednie, dlatego też opierał się strachowi, starając się zaakceptować fakty i usiłując znaleźć możliwą do przyjęcia odpowiedź.

Tuż przy samym hotelu kardiochirurg potknął się o niewysoki krawężnik i niemal grzmotnął na ziemię, ale podparł się dłońmi o popękany asfalt. W tym samym momencie coś jakby przemknęło mu przed oczami. Kiedy się wyprostował, zamarł. Przestraszył się, że myśl mu się wymknie, zanim zdoła ją doprecyzować. Na szczęście nic takiego się nie stało.

– Chłopcy… – wymamrotał. – Nie chłopiec, tylko chłopcy…

I oto Jay-D Richardson, czterdziestopięcioletni kardiochirurg, który tak naprawdę miał bardzo mało wspólnego z dotychczasowymi zajściami ani nie brał bezpośredniego udziału w aktualnych wydarzeniach, który za kilka godzin wyruszy z powrotem do Auckland, dzięki czemu szczęśliwie uniknie wielu paskudnych zdarzeń, jakie rozegrają się w bezludnych trzewiach Atakamy, był tym pierwszym, który wyciągnął (jak na razie) jedyny logiczny wniosek z tej historii: Czyli było ich co najmniej dwóch.

VI

Frank Di’Anno, który planował spędzić na północy Chile najwyżej pięć dni, został tam długie trzy tygodnie. Niestety, był zmuszony zamienić wygodny pokój hotelowy w Calamie na ponure wnętrze celi aresztu śledczego w Santiago.

Tymczasem ani liczne wyczerpujące przesłuchania Di’Anno i Rejesa, ani dokładne sprawdzenie tomografu komputerowego nie przyniosły żadnych rezultatów. Urządzenie okazało się w pełni sprawne i działało jak szwajcarski zegarek. Niezależny ekspert potwierdził opinię Australijczyka, że incydent, do jakiego doszło w klinice w Calamie, byłby możliwy tylko wtedy, gdyby wewnątrz czaszki tego białego biedaka umieszczono metalowe płytki, które pod wpływem pola magnetycznego rozerwałyby mu głowę. Jednakże płytek metalowych nie było, a nowe, coraz to inne badania ciała niczego istotnego nie wniosły. We krwi małego wykryto co prawda cały zestaw hormonalnych sterydów, w tym aldosteron[14], i to było dziwne, ale w żadnym wypadku nie tłumaczyło, jakim cudem głowa młodego pacjenta pękła jak przejrzała morela. Pod każdym innym względem to był zwyczajny dwunastolatek.

Jeszcze dziwniej wyglądała sprawa ustalenia jego tożsamości. Nikt go nie szukał. Ani przed zajściem, ani po nim nikt nie zgłosił się na policję w sprawie zniknięcia białego chłopca, żadna rodzina turystów nie zgubiła dzieciaka podczas wypoczynku w Chile, do Ministerstwa Spraw Zagranicznych nie wpłynęły żadne noty z ambasad obcych państw. Nie pomogły także skrupulatne poszukiwania w należącej do urzędu celnego bazie danych obcokrajowców przybyłych do kraju w ciągu ostatniego pół roku. Formalnie smarkacz po prostu nie istniał.

Śledztwo utknęło w martwym punkcie.

A poza tym… Nikt nie chciał mieć jeszcze większych problemów. Pewnego dnia ciało chłopca odwieziono z powrotem na Atakamę i pogrzebano na pustkowiu za Calamą. Akta sprawy kryminalnej spalono (w sensie dosłownym), a Frankowi Di’Anno kazano się wynosić (dla pewności przystawiając mu w paszporcie jaskrawoczerwoną pieczątkę „DEPORTOWANY”). Nie omieszkał wykonać tego z niekłamaną radością.

Nikt nie mógł przewidzieć, że dziwne zdarzenie na pustyni to dopiero początek prawdziwych kłopotów…

ZAPROSZENIE

VII

Czwartek, 13 sierpnia, 10.05 (UTC +2) Wydział Gaming AI[15] firmy Time-To-Play Technologies Kijów, Ukraina

Tymur Korszak skończył przeglądanie poczty, gdy brzęknął telefon stojący na stole.

Chłopak podniósł słuchawkę.

– Słucham.

– Tymurze! – Suchy głos szefa sprawił, że Korczak odruchowo wstał. – Nie jesteś zajęty?

– Nie… Na razie nie… – Tymur nachmurzył się. Poranne telefony od kierownictwa z reguły nie wróżyły nic dobrego.

Szef zrobił dziwnie długą pauzę, po czym powiedział bezbarwnym tonem:

– To bierz dupę w troki i szoruj do mnie do gabinetu. Trzeba pogadać.

Chłopak się skrzywił. Jeżeli dyrektor do spraw badań zaprasza cię z samego rana do swojego gabinetu, z pewnością możesz oczekiwać samych nieprzyjemności. Taki telefon oznacza albo ekstrapilne zadanie z gatunku „zesraj-się-zde-chnij-ale-zrób”, gdy żądają od ciebie po dziesięć tysięcy linijek kodu dziennie, albo nadprogramową zjebkę (z reguły dlatego, że jakiś megazaawansowany „pieprzony użytkownik” zamęczył w ciągu minionej doby wszystkich chłopaków z helpdesku. A najczęściej i jedno, i drugie).

– Już idę – mruknął Tymur i odłożył słuchawkę; było jasne, że są szanse, by dzień, który się tak wspaniale rozpoczął, zepsuł się nad wyraz szybko. Kiedy pogrążony w myślach przygładzał dłońmi nastroszone nieposłuszne włosy, znad najbliższej przegródki, które oddzielały poszczególne stanowiska pracy, wynurzyła się wielka głowa Jarka osadzona na grubej krótkiej szyi.

– Co, gruby Madafaka prosi na dywanik? – zapytała głowa, kończąc przeżuwanie porannego pączka. Oficjalnie do dyrektora odpowiedzialnego za sprawy rozwoju strategicznego i badań (w skrócie dyrektor ds. RSB) zwracano się Dmytro Witaliowycz. Jednakże niecodzienne nazwisko szefa – Puzaty – jak również paskudny i kłótliwy charakter, ciężki jak humor niedźwiedzia, którego obudzono o dwa miesiące za wcześnie ze snu zimowego, nie pozostawiały dyrektorowi żadnych szans. Poza plecami podwładni drwili z niego, wymyślając coraz mniej sympatyczne przezwiska.

Tymur z ociąganiem kiwnął głową.

– Będzie bił? – spytał kolega z nadzieją w głosie, nie ukrywając sarkazmu.

– Nie wiem.

– Ale za co? – nie odpuszczał Jarosław.

Tymur zamyślił się. Chyba ostatnimi czasy niczego nie spartaczyli.

– Nie wiem, człowieku…

– Czyli na pewno „za zaszłości” – oznajmił autorytatywnie Jarek.

Otrzymywanie opieprzu „za zaszłości” było szczególnie przykre. To skutkowało zazwyczaj dłubaniem w przestarzałych kodach programowych, które później nie wiadomo kto naprawiał i przerabiał, ponownym badaniem koncepcji modułu, a może i całego programu, wyszukiwaniem dodatkowych plików z funkcjami i klasami, które najprawdopodobniej już od dawna nie są wykorzystywane.

– Do bani – wymamrotał Tymur. – Dobrze, pójdę, bo zacznie wrzeszczeć.

– Powodzenia. – Właściciel głowy mrugnął złośliwie i znikł za przegródką.

Tymur przełączył komputer w tryb uśpienia. W czarnej czeluści ekranu odbiła się jego twarz – ładny owal o regularnych rysach nieco popsuty odstającymi uszami, twarz, w której spokojnie pobłyskiwały jasnoszare, niemal bezbarwne oczy. Wysoki, o szerokiej klatce piersiowej, nie wyglądał jak zawodowy programista charakteryzujący się na ogół dyżurnym tygodniowym zarostem, oponkami wokół brzucha i zgarbionymi plecami.

Korszak odjechał od stołu wraz z fotelem, wstał i powlókł się do szefa.

VIII

Pokonując schody na drugie piętro, gdzie mieściły się gabinety analityków i dyrekcji, chłopak rozmyślał nad tym, co mogło być przyczyną tego porannego wezwania.

Firma Time-To-Play Technologies wyrobiła sobie markę dzięki gaming environment, czyli środowisku gry. Specjaliści z TTP Technologies przez lata opracowywali matematyczne modele wiatru, trawy, krzaków, drzew, oddzielnych listków, przydrożnych kamieni, a nawet kurzu i algorytmy ich współdziałania. Dzięki stałej współpracy matematyków, fizyków, grafików 3D oraz programistów komputerowych firmie udało się stworzyć podobieństwo realnego świata, niemal jego wierną kopię. Nie chodziło tylko o wizualizację. W grach wyprodukowanych przez TTP Technologies pada „prawdziwy” deszcz, bez przerwy wieje wiatr, słońce kryje się za chmurami lub wygląda zza nich, przy czym zjawiska te nie są zaprogramowane na konkretną godzinę, pojawiają się wtedy co w naturze.

Tymur specjalizował się w botach. Jego zadanie polegało na tym, aby mieszkaniec takiego doskonałego wirtualnego świata zachowywał się realistycznie. Z uwagi na tak wielką różnorodność zjawisk i zdarzeń w środowisku gry (w programowaniu nazywa się je „strumieniami”) niełatwo jest nauczyć boty optymalnie wybierać drogę (omijać mokre czy porośnięte bujną roślinnością miejsca), chować się (z uwzględnieniem aktualnej możliwości obserwacji), bezbłędnie identyfikować „żywe” obiekty (inne boty lub innych graczy) w środowisku, gdzie praktycznie wszystko się rusza, i przy tym nie zapominać o najważniejszym – atakować albo bronić gracza, jedyną naprawdę myślącą istotę w świecie gier. Nigdy nie wiesz, w jakim miejscu i czasie strumienie przetną się ze sobą.

Wkrótce po tym, jak koncepcje sztucznej inteligencji zaimplementowano w grach i w związku z tym wprowadzono je do jądra, zaczęły się problemy. Jak się okazało, umieszczenie botów w nowym modelu stanowiło jedynie połowę sukcesu. Znacznie trudniejsze było zniechęcenie ich do realizowania nieodpowiednich działań w tak skomplikowanej rzeczywistości. Trzeba było oduczyć żołnierzy rozstrzeliwania kupek opadłych liści, które przypadkowy poryw wiatru zrywał od czasu do czasu z drzew i rozwiewał po trójwymiarowej planszy, biegania zygzakiem po to, by omijać kałuże, gdy do celu pozostaje kilka kroków, a także innych nieracjonalnych zachowań.

Tak więc stworzone przez Tymura boty nie tylko przemieszczały się po planszy, strzelały czy uchylały się przed kulami, lecz także współdziałały ze środowiskiem. Analizowały wirtualny świat. I dzięki temu gra nie miała sobie równych. Niezależnie od tego, ile razy gracz pokonywałby ten sam poziom, nigdy mu się nie uda poprowadzić akcji w identyczny sposób.

Światowa premiera pierwszej części FPS[16] Stalker porządnie wstrząsnęła światowym przemysłem gier komputerowych. Tylko w USA sprzedano ponad dwa miliony egzemplarzy, a zysk firmy wyniósł czternaście milionów dolarów. Przyczyna takiego sukcesu tkwiła nie tylko w mistrzowskim przedstawieniu i spójności środowiska gry. Wielbicieli strzelanek podbiły postacie, które jakościowo odróżniały się od prymitywnych botów w takich grach, jak DOOM 3, Half-life 2 czy nawet Unreal II: Awakening. Nowe boty były na tyle realistyczne, że niekiedy wydawały się… żywymi istotami. W ciągu dwóch lat nieznana nikomu ukraińska firma bardzo się umocniła na rynku, zdobyła furę zamówień i nawet zaczęła kształtować trendy w przemyśle gier komputerowych. I należało to zawdzięczać przede wszystkim Tymurowi.

Idąc korytarzem, chłopak zastanawiał się, co mogło spowodować niezadowolenie szefa. Czwarty dodatek do Stalkera ukazał się na rynku pół roku temu. Owszem, były w nim bugi[17], ale dotyczyły wyłącznie fabuły gry i tekstur na poszczególnych obiektach 3D. Jego boty nie mogły mieć z tym nic wspólnego. Nowe pokolenie żołnierzy, nad którym pracował obecnie, znajdowało się na etapie szkiców koncepcyjnych. Boże, spraw, żeby w ciągu dwóch lat boty te zostały przekazane do testerów.

A więc jeżeli mi się dostanie, to na pewno z powodu jakichś starych spraw – doszedł do wniosku programista, stając przed drzwiami dyrektora ds. RSB. Zatrzymał się na chwilę, nasłuchując. Zza drzwi dolatywały ściszone głosy. Gruby Madafaka nie był sam, mówił do kogoś po angielsku.

Tymur wciągnął w płuca powietrze i zapukał.

– Wejść – dało się słyszeć przez drzwi.

Chłopak przekroczył próg z beztroską miną.

– O, Tymur! Witam, witam! Wejdź… Siadaj. – Dyrektor zaproponował mu gestem jedno z krzeseł.

Puzaty był tęgim, krępym facetem o całkowicie łysej głowie, pasującym do nazwiska brzuchu wylewającym się ze spodni i wydatnej, masywnej szczęce. Odwróciwszy się do swego gościa, smagłego cudzoziemca w modnym gogusiowatym garniturze, który siedział rozparty na skórzanej kanapie po drugiej stronie stołu, gdzie gospodarz podejmował gości, Puzaty przemówił po angielsku z potwornym akcentem:

– Here is that guy. – I wskazał na Tymura.

Młody mężczyzna odpowiedział na powitanie i usiadł na krześle; domyślał się, że ci dwaj właśnie o nim rozmawiali.

– Okay… I see… – wolno odpowiedział nieznajomy. – He’s so young.

– Only twenty seven.

– That’s… strange[18].

Gość siedział z nogą założoną na nogę i bezceremonialnie przyglądał się Tymurowi. Z jego ciemnych oczu wiało chłodem, a równocześnie… niepojętą beznadziejnością. Chłopak nagle zrozumiał, że opieprzu nie będzie. Jednak myśl ta nie przyniosła mu ulgi.

– To jest Oscar Steirmann. – Dyrektor przedstawił nieznajomego. Steirmann był Chilijczykiem o żydowskich korzeniach.

– Tymur Korszak. – Chłopak powściągliwie skinął głową.

– Nice to meet you, Tymur[19]. – W głosie Oscara wyczuwało się nieznaczny akcent hiszpański. I żadnej nutki szacunku.

– Pamiętasz zlecenie, jakie dostaliśmy trzy lata temu od General Genetics? – Puzaty poruszył się niespokojnie na krześle i przeszedł na ukraiński. – To ci dziwacy, którzy zamówili tylko kod.

Tymur nie musiał zbytnio wysilać pamięci, by przypomnieć sobie ten cudaczny projekt. Najbardziej niezwykłe, ale jednocześnie chyba najłatwiejsze zadanie w całej jego karierze w TTP Technologies. Firma General Genetics, która niby opracowywała komputerową fabularną grę akcji (action game), złożyła zamówienie na boty przeznaczone do działania w grupie – w jednym wielkim roju – ale (!) nie określiła właściwie przy tym żadnych danych wyjściowych ani nie zdefiniowała środowiska, w którym miała się rozgrywać akcja gry. Zleceniodawcy potrzebny był tylko surowy kod.

– Szefie, musi pan zrozumieć. – Tymur schylił się do przełożonego i powiedział ściszonym głosem: – Nie kompilowałem tego kodu. To było nie do pomyślenia! Nie mogę przecież wziąć i skompilować oddzielnej procedury lub wyrwanej z kontekstu klasy. Nie mieliśmy żadnych szans przetestować naszych rozwiązań w realistycznej grze. Więc jeżeli u nich…

– Uspokój się – przerwał mu szef. – Doskonale pamiętam to dziwaczne zlecenie. Do ciebie nikt nie ma żadnych pretensji. Akurat odwrotnie, w tej sytuacji jestem całkowicie po twojej stronie.

– W takim razie nie rozumiem, w czym jest problem. I dlaczego zreflektowali się właśnie teraz? Przecież minęły trzy lata!

Puzaty wzruszył ramionami.

– Porozmawiaj z tym picusiem. Ja niczego się od niego nie dowiedziałem. Chce gadać tylko z autorem, czyli z tobą.

– O czym?

– O tym, co go martwi… I nie denerwuj się. – Oczy Puzatego chytrze błysnęły. – Mam nadzieję, że uda nam się wycisnąć z niego trochę grosza.

Tymur wyprostował się na krześle i spróbował się uśmiechnąć.

– Hi,