Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 998 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bosonoga królowa - Ildefonso Falcones

Nowa książka autora bestsellerowych powieści KATEDRA W BARCELONIE i RĘKA FATIMY

Caridad, kubańska niewolnica, która właśnie odzyskała wolność, błąka się po ulicach miasta. Kiedy spotyka Milagros Carmonę – młodą, cygańską buntowniczkę – kobiety stają się nierozłączne. Milagros wprowadza Caridad do egzotycznej, pełnej kolorów społeczności cygańskiej, która na zawsze odmieni jej życie. To opowieść o miłości, przyjaźni i cygańskich źródłach muzyki flamenco, osadzona realiach malowniczej Sewilli oraz gorącego Madrytu.

Opinie o ebooku Bosonoga królowa - Ildefonso Falcones

Fragment ebooka Bosonoga królowa - Ildefonso Falcones

O książce

Opowieść o losach dwóch kobiet próbujących znaleźć swoje miejsce w życiu. W tle – barwna mozaika osiemnastowiecznej Hiszpanii, w której po prawie trzystu latach panowania inkwizycji na nowo wybuchają nieskrępowane emocje, a tradycyjna surowość obyczajów ściera się z francuską modą na libertynizm.

Miłość i fanatyczna nienawiść, namiętność i niewyobrażalne okrucieństwo, bezwzględna wierność zasadom i zdrada, przepych pałaców w Sewilli i nędza dzielnic biedoty, sztuka rodząca się z natury i manierystyczne spektakle w madryckim teatrze… Wszystko to Falcones łączy w epicką całość, doprawia szczyptą tabaki z Indii Zachodnich, zapachem pomarańczy z podsewilskich gajów, a przede wszystkim – solidną dawką tańca i muzyki, z której zrodziło się flamenco.

ILDEFONSO FALCONES

Hiszpański pisarz mieszkający w Barcelonie, z zawodu adwokat. Jego debiut literacki z 2006 r., epicka powieść Katedra w Barcelonie, ukazał się w 40 krajach. Książka przez 13 miesięcy nieprzerwanie zajmowała pierwsze miejsce na hiszpańskich listach bestsellerów, a jej łączny nakład osiągnął 4 miliony egzemplarzy. Powieść otrzymała m.in. Euskadi de Plata, Nagrodę Fundación José Manuel i prestiżową włoską Nagrodę Giovanniego Boccacia.

W 2009 r. ukazała się druga książka Falconesa, Ręka Fatimy, która również stała się bestsellerem, zarówno w Hiszpanii, jak i poza jej granicami. Trzecia powieść autora, Bosonoga królowa, ukazała się w Hiszpanii w 2013 r., a trzy lata później Falcones wydał swoją czwartą powieść, Dziedzice ziemi, w której wraca do czasów średniowiecznej Barcelony.

Tego autora

KATEDRA W BARCELONIERĘKA FATIMYBOSONOGA KRÓLOWADZIEDZICE ZIEMI

Tytuł oryginału:LA REINA DESCALZA

Copyright © Ildefonso Falcones de Sierra 2013All rights reserved

Translated from the original editionof Random House Mondadori S.A., Barcelona, 2013

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2017

Polish translation copyright © Teresa Gruszecka-Loiselet 2014

Redakcja: Anna Początek

Zdjęcia na okładce:Ahmed Aboul-Seoud/Shutterstock, Olena Chyrko/Dreamstime

Projekt graficzny okładki: Katarzyna Meszka

ISBN 978-83-8125-064-1

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.(dawniej Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.)Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Ewa Szałańska, 88em.eu

Pamięci moich rodziców

Z tchu nieba jest flamenco,

z moich żył i z gardła,

pulsuje w ciele ziemi, jest we mnie i

nade mną

świat krzyczy, pachnie, świeci,

czuję go każdym zmysłem,

wdziera się w moje wnętrze,

rani bezczelną urodą,

jest dzikie,

łka, choć się śmieje,

i tęskni

za zmierzchającą miłością,

nie odda mnie zimnym miastom,

ich kastrującym maszynom,

każe upijać się śpiewem

winem i pocałunkami

i dotknąć skrzydła ptaka,

co usiadł mi na ramieniu,

jak on migotać, być wolny,

pozrywać wszystkie kajdany,

na oślep frunąć do słońca,

być z tobą, w tobie, dla ciebie.

Żyć!

Tomás Borrás,

Elegia pieśniarza flamenco,

tłum. Inga Kaltenbergh

IWSPANIAŁABOGINI

1

Port Kadyks,7 stycznia 1748

Caridad już miała zejść na kadyskie nabrzeże, ale w ostatniej chwili się zawahała. Stała na samym końcu trapu spuszczonego z feluki, która zabrała ich z Królowej, okrętu Armady, konwojującego przez ocean sześć statków kupieckich załadowanych cennymi towarami. Spojrzała na zimowe słońce oświetlające port, gdzie panował niesłychany harmider; rozładowywano właśnie jeden ze statków przybyłych z Hawany. Przez szpary słomianego kapelusza Caridad wdzierały się promienie słońca i na moment ją oślepiły. Skuliła się z niepokoju, jakby wrzaski portowców były skierowane przeciwko niej.

— Rusz się! — krzyknął stojący za nią marynarz i odepchnął ją bezceremonialnie.

Caridad potknęła się, omal nie wpadła do wody. Jakiś mężczyzna próbował ją wyprzedzić, więc niezdarnie zeskoczyła na molo, odsunęła się na bok i zastygła w bezruchu, podczas gdy reszta marynarzy kontynuowała rozładunek, prześcigając się w sypaniu sprośnymi dowcipami o kobietach, przy których znajdą odprężenie po długim rejsie przez ocean.

— Naciesz się swoją wolnością, Murzynko! — krzyknął przechodzący obok mężczyzna i mocno klepnął ją w tyłek.

Kilku jego kolegów zarechotało. Caridad nawet nie drgnęła, tylko utkwiła wzrok w długim, brudnym warkoczyku, tańczącym na przykrytych złachmanioną koszulą plecach marynarza, który rozkołysanym krokiem oddalał się w kierunku Bramy Morskiej.

Jestem wolna? — zastanawiała się. Co to za wolność? Popatrzyła na mury z Bramą Morską, za którymi rozciągało się miasto. Większość pięćsetosobowej załogi Królowej tłoczyła się już przy wyjściu, gdzie armia urzędników — zarządcy portu, celnicy i kontrolerzy — sprawdzała dokładnie, czy ktoś nie próbuje wynieść zakazanych towarów, i wypytywała, czy aby któryś ze statków nie odłączył się od konwoju pod pretekstem awarii i nie zajmował się przemytem ze szkodą dla królewskiego skarbca. Jedni marynarze cierpliwie znosili tę rutynową procedurę, inni głośno protestowali, ukryci w tłumie, i żądali przepuszczenia, lecz inspektorzy byli nieustępliwi. Królowa, majestatycznie zakotwiczona w kanale portowym przy Trocadero, przywiozła ponad dwa miliony pesos, drugie tyle w kosztownościach z litego srebra i w towarach z Indii Zachodnich, a oprócz tego dwójkę pasażerów, Caridad i jej pana.

Przeklęty don José! Caridad opiekowała się nim podczas rejsu. Mówili, że dopadła go choroba żeglarzy, że to koniec i nie ma dla niego ratunku. I rzeczywiście, jego spuchnięte, trawione gorączką ciało słabło z dnia na dzień, wycieńczane krwotokami. Podczas długiej, trwającej prawie miesiąc agonii, ona tkwiła przy nim w małej cuchnącej kajucie, którą kapitan specjalnie kazał wybudować na rufie, zabierając część miejsca przeznaczonego dla oficerów. Don José słono mu za to zapłacił. Eleggua, spraw, by jego dusza błąkała się bez końca i nigdy nie zaznała spokoju, prosiła Caridad, wyczuwając w tej ciasnej przestrzeni potężną obecność Najwyższej Istoty, Boga rządzącego ludzkim losem. W pożółkłych oczach konającego pana zamigotało błaganie o litość, choć nie mógł słyszeć jej modłów. Wyciągnął rękę, jakby chciał zaznać odrobiny ciepła w ostatnich chwilach. Zapewne zdawał sobie sprawę, że życie z niego uchodzi. Caridad odmówiła mu tej pociechy. Ona też wyciągała do niego ręce, kiedy rozdzielano ją z małym Marcelem. I co on wówczas uczynił? Kazał nadzorcy ją przytrzymać i krzyknął do czarnego niewolnika, żeby zabrał malca.

— Ucisz go! — dodał, stojąc przed dużym domem na placu, gdzie wszyscy się zebrali, aby usłyszeć z ust pana, kto będzie nowym właścicielem plantacji i jaki los ich czeka. — Nie cierpię takich…

Don José nie dokończył zdania. Niewolnicy patrzyli ze zdziwieniem na Caridad, która wyszarpnęła się z rąk nadzorcy, żeby podbiec do synka, jednak natychmiast uświadomiła sobie, czym to grozi, i się zatrzymała. Przez kilka chwil słychać było tylko rozpaczliwe piski Marcela.

— Wychłostać ją, don José? — spytał nadzorca, ponownie chwytając Caridad za ramię.

— Nie — odparł pan po namyśle. — Nie chcę jej okaleczyć przed wyjazdem do Hiszpanii.

A wtedy ten wielki Murzyn o imieniu Cecilio odepchnął ją i na znak dany przez nadzorcę zaciągnął dziecko do chaty. Zrozpaczona Caridad upadła na kolana, a jej szloch zmieszał się z płaczem synka. Więcej już go nie zobaczyła. Nie pozwolili jej się z nim pożegnać, nie pozwolili…

— Caridad! Co tak stoisz, kobieto?

Na dźwięk swojego imienia wróciła do rzeczywistości i mimo zgiełku rozpoznała głos don Damiána, starego kapelana z Królowej, który również wysiadł na ląd. Natychmiast odstawiła swój tobołek, odsłoniła głowę i spuściła oczy, zatrzymując je na starym słomianym kapeluszu, który zaczęła miąć w dłoniach.

— Nie możesz zostać na nabrzeżu — pwiedział kapłan. Podszedł do niej i wziął ją za ramię. Trzymał ją tak przez chwilę, zanim cofnął rękę z przestrachem. — Zbieraj się — ponaglił nerwowo. — Chodź ze mną.

Don Damián ruszył z kufrem w stronę Bramy Morskiej. Caridad poszła za nim z tobołkiem i kapeluszem w dłoniach, nie odrywając oczu od sandałów kapelana.

— Przejście dla sługi Bożego! — zażądał od stłoczonych pod bramą marynarzy.

Tłum rozstępował się powoli. Czarna jak heban Caridad dreptała ze spuszczoną głową za księdzem, powłócząc bosymi nogami. Nawet w długiej, niezgrabnej koszuli z szarego zgrzebnego płótna, która służyła jej za sukienkę, wyglądała pociągająco. Mężczyźni odprowadzali wzrokiem tę ciemnoskórą dorodną kobietę dorównującą wzrostem niektórym marynarzom, gapili się na jej gęste, kędzierzawe włosy, obfite, jędrne piersi i zmysłowe ruchy bioder. Kiedy rozległy się gwizdy i rubaszne propozycje, kapelan, nie przerywając marszu, podniósł ostrzegawczo dłoń.

— Ksiądz Damián García — przedstawił się, wręczając swoje dokumenty jednemu z urzędników portowych. — Kapelan okrętu wojennego Królowa w służbie Jego Królewskiej Mości.

Urzędnik rzucił na nie okiem.

— Pozwoli Wasza Wielebność, że skontroluję bagaż?

— Są tu tylko przedmioty osobiste… — odparł ksiądz, otwierając kufer — i kilka rzeczy, na które mam zezwolenie. Wszystko jest odnotowane w dokumentach.

Urzędnik pokiwał głową, nie przestając grzebać w kufrze.

— Czy były jakieś problemy w czasie rejsu przez ocean? — zapytał, ważąc w dłoni pakunek tytoniu. — Widział ksiądz wrogie albo obce okręty?

— Nic takiego. Wszystko odbyło się zgodnie z planem.

Urzędnik skrupulatnie sprawdzał zawartość kufra.

— To wasza niewolnica? — zapytał po skończonej inspekcji i wskazał Caridad. — Nie jest wymieniona w dokumentach.

— Ona? Nie. To wolna kobieta.

— Nie wygląda na taką — stwierdził urzędnik, stając na wprost Caridad, która jeszcze mocniej przycisnęła do siebie tobołek i słomiany kapelusz. — Spójrz na mnie! — burknął. — Co tam ukrywasz, Murzynko?

Kilku urzędników kontrolujących marynarzy przerwało pracę i spoglądało na kobietę stojącą ze spuszczoną głową. Marynarze, którzy wcześniej ich przepuścili, teraz podeszli bliżej.

— Ona nic nie ukrywa — rzucił don Damián.

— Niech jej ksiądz nie broni. Z doświadczenia wiem, że jeśli ktoś nie śmie spojrzeć urzędnikowi w oczy, to znaczy, że na pewno coś ukrywa.

— Co ta nieszczęsna może ukrywać? — upierał się ksiądz. — Caridad, pokaż swoje papiery.

Kobieta poszperała w tobołku, szukając dokumentów otrzymanych od pisarza okrętowego. Don Damián mówił dalej:

— Wsiadła na pokład w Hawanie razem ze swoim panem, don José Hidalgiem, który zapragnął wrócić przed śmiercią na ziemię przodków. Niestety, zmarł w czasie rejsu, wieczny odpoczynek racz mu dać, Panie.

Caridad wręczyła urzędnikowi pomięte dokumenty.

— Na krótko przed śmiercią — kontynuował don Damián — don José postanowił spisać testament, zgodnie ze zwyczajem panującym na królewskich okrętach, i wyzwolił swoją niewolnicę Caridad. Oto list wyzwoleńczy sporządzony przez pisarza okrętu flagowego.

„Caridad Hidalgo — zanotował pisarz, nadając jej nazwisko zmarłego właściciela — znana również pod imieniem Cachita, czarna niewolnica, cała w kolorze hebanu, zdrowa, silnej budowy, włosy czarne, kędzierzawe, wiek mniej więcej dwadzieścia pięć lat”.

— Co masz w tej torbie? — spytał urzędnik, przeczytawszy dokument uwierzytelniający wyzwolenie Caridad.

Kobieta otwarła tobołek i pokazała jego zawartość. Koc, chusta z bai… Ostatniej zimy dostała ją od pana, a koc dwa lata wcześniej. Schowała między nimi kilka cygar, podebranych don José na statku. A co, jeśli je odkryją? — pomyślała z lękiem. Urzędnik już wsunął rękę do tobołka, cofnął ją jednak, zniechęcony widokiem starych łachmanów.

— Spójrz na mnie, Murzynko — rozkazał.

Ciałem Caridad wstrząsnął dreszcz, co nie uszło uwadze świadków tej sceny. Była nauczona, że nie wolno jej podnosić oczu na białego mężczyznę, zwłaszcza wtedy, gdy coś do niej mówi.

— Jest przestraszona — wtrącił don Damián.

— Powiedziałem, żeby na mnie patrzyła.

— Zrób to — poprosił ją kapelan.

Caridad uniosła wreszcie głowę i ukazała się jej okrągła twarz, grube, mięsiste wargi, spłaszczony nos i małe ciemnobrązowe oczka, które utkwiła w bramie i rozciągającym się za nią mieście, żeby nie patrzeć na urzędnika. Ten zmarszczył czoło, bezskutecznie szukając płochliwego spojrzenia kobiety.

— Następny! — zawołał, przerywając rosnące napięcie, i natychmiast runął w jego stronę tłum marynarzy.

♦  ♦  ♦

Don Damián z drepczącą mu po piętach Caridad przeszli przez Bramę Morską pomiędzy dwiema wieżami blankowymi i wkroczyli do miasta. Zostawili za sobą w kanale przy Trocadero dwupokładowy, uzbrojony w ponad siedemdziesiąt dział okręt Królowa, który przywiózł ich z Hawany, i sześć eskortowanych przez niego statków handlowych z ładowniami pełnymi towarów z Indii Zachodnich, cukrem, tytoniem, kakao, imbirem, kolcowojem, indygiem, koszenilą, perłami, szylkretem, srebrem… Kadyks przywitał konwój biciem dzwonów, zadowolony z sukcesu wyprawy. Hiszpania znajdowała się w stanie wojny z Anglią, flota Indii Zachodnich już nie pływała po oceanie w obie strony pod osłoną okrętów Królewskiej Armady, jednak handel rozwijał się nadal dzięki prywatnym armatorom, posiadającym królewski placet na rejsy. Dlatego każde przybycie statków z towarami kolonialnymi i bogactwami pożądanymi przez skarbiec Hiszpanii wywoływało świąteczny nastrój w całym mieście. Minęli kościół Najświętszej Maryi Panny Wszystkich Ludzi i gdy dotarli do ulicy Juega de Peloty, don Damián zatrzymał się na uboczu, z dala od tłumu marynarzy, żołnierzy i kupców.

— Niech Bóg ma cię w swojej opiece, Caridad — powiedział, postawiwszy kufer na ziemi.

Kobieta nie zareagowała. Kapelan nie widział jej oczu ukrytych pod wciśniętym na uszy słomianym kapeluszem, mimo to miał wrażenie, że są utkwione w kufer, w jego sandały albo w…

— Muszę zająć się swoimi sprawami, rozumiesz? — usprawiedliwiał się. — Spróbuj poszukać sobie jakiejś pracy. To miasto wielkie i bogate.

Mówiąc to, don Damián wyciągnął prawą rękę, musnął ramię Caridad i tym razem on spuścił oczy. Kiedy je podniósł, napotkał jej ciemnobrązowe małe oczka, wbite w niego bez wyrazu, tak samo jak podczas spędzonych na statku nocy. Na polecenie kapitana musiał zaopiekować się niewolnicą po śmierci don José, więc wziął ją do swojej kajuty, żeby nie była narażona na zaczepki marynarzy. Coś go ścisnęło w żołądku. Nie dotknąłem jej, powtórzył sobie w duchu po raz enty. Nigdy tego nie zrobił, ale Caridad widziała, jak… jak masturbował się ukradkiem w kajucie okrętowej, wkładając rękę pod sutannę, podniecony obecnością tej oszałamiającej kobiety, mimo że starał się walczyć z tym pragnieniem.

Po śmierci don José odbył się krótki rytuał pogrzebowy, odmówiono trzy modlitwy za zmarłych i wyrzucono za burtę zapakowane w worek zwłoki z przywiązanymi do nóg dwoma dzbanami z wodą. Kapitan zarządził demontaż prowizorycznej kabiny i kazał pisarzowi zabezpieczyć majątek zmarłego. Don José był jedynym pasażerem okrętu flagowego, a Caridad jedyną kobietą na pokładzie.

— Wasza Wielebność — rzekł kapitan do kapelana po wydaniu tych rozkazów — czynię was odpowiedzialnym za odizolowanie Murzynki od załogi.

— Ale ja… — próbował oponować don Damián.

— Żywność pozostawioną przez pana Hidalgo proszę wykorzystać na posiłki dla tej kobiety — oznajmił kapitan, nie zważając na jego protest.

♦  ♦  ♦

Don Damián zamknął Caridad w swojej maleńkiej kajucie, gdzie starczało miejsca tylko na jeden hamak, który rozwieszał dla siebie na noc między ścianami i zwijał z rana. Kobieta spała na podłodze pod hamakiem. Pierwsze noce minęły kapelanowi na lekturze świętych ksiąg, jak zwykle, jednak coraz częściej podążał spojrzeniem za światłem kaganka, które z opasłych tomów uporczywie przemieszczało się na zwiniętą w kłębek leżącą na podłodze kobietę. I tam wzrok się zatrzymywał.

Księdza nawiedzały przeróżne fantazje, gdy tak patrzył na wystające spod koca nogi Caridad, na piersi falujące w rytmie oddechu, na zarys pośladków. Próbował walczyć ze sobą, ale nie był w stanie oprzeć się pokusie masturbacji. Pewnej nocy trzask belek uginających się pod ciężarem hamaka albo zgęstniała na tak niewielkiej przestrzeni atmosfera napięcia, w każdym razie coś sprawiło, że Caridad otworzyła oczy. Skupił się w nich cały blask lampki. Don Damián poczuł, że się czerwieni, i znieruchomiał na moment, lecz nie mógł zapanować nad podnieceniem, gdy Caridad patrzyła na niego pustym wzrokiem, tak samo jak teraz, gdy do niej mówił.

— Posłuchaj mnie, Caridad — nalegał. — Musisz poszukać sobie jakiejś pracy.

Don Damián chwycił kufer, odwrócił się i ruszył w swoją stronę.

Dlaczego czuję się winny? Przystanął, żeby przełożyć kufer do drugiej ręki. Mogłem wziąć ją siłą, ale tego nie zrobiłem, usprawiedliwiał się jak zwykle, gdy dręczyło go poczucie winy. Przecież była tylko niewolnicą.

Może… może wcale nie musiałby używać przemocy. Podobno wszystkie czarne niewolnice są rozpustne. Don José, jej pan, wyznał mu na spowiedzi, że sypiał ze wszystkimi.

— Miałem syna z Caridad — oświadczył — albo nawet dwóch, chociaż nie, nie sądzę, bo ten drugi, ten odmieniec, urodził się tak samo czarny jak ona.

— Czuje pan skruchę? — zapytał go ksiądz.

— Że spałem z Murzynkami? — obruszył się plantator. — Ojcze, sprzedawałem małych mieszańców do księżowskich cukrowni. Szybko dobijaliśmy targu i księża nigdy nie troszczyli się o moją grzeszną duszę.

Don Damián udawał się do katedry Świętego Krzyża po drugiej stronie mierzei, na której leżało odgrodzone murami od zatoki miasto. Zanim skręcił w przecznicę, odwrócił głowę i w grupie ludzi dostrzegł sylwetkę Caridad; usunęła się na bok, żeby nie zawadzać przechodniom, i stała oparta plecami o mur, obojętna na otoczenie.

Jakoś sobie poradzi, pomyślał, przyspieszył kroku i skręcił w ulicę. Kadyks był miastem bogatym, miejscem spotkań kupców i handlarzy z całej Europy, gdzie pieniądz płynął obficie. Caridad jest teraz kobietą wolną, zatem musi nauczyć się życia i pracy w wolności. Ksiądz przeszedł spory kawałek i kiedy dotarł do miejsca, skąd widać już było nowo budowaną świątynię przy katedrze Świętego Krzyża, przystanął. Ale jaką pracę znajdzie ta nieszczęsna kobieta? Zna się jedynie na tytoniu, trafiła na kubańską plantację w wieku dziesięciu lat, wyrwana z królestwa Joruba w Zatoce Gwinejskiej. Angielscy handlarze niewolników kupili ją za marne pięć łokci tkaniny i odsprzedali z zyskiem na chłonnym rynku kubańskim. Opowiedział mu o tym sam don José Hidalgo, kiedy kapelan zainteresował się, dlaczego zabrał tę kobietę w podróż.

— Jest silna i ponętna — dodał plantator, puszczając do niego oko. — I zdaje się, że już nie może mieć dzieci, co jest oczywistą zaletą. Po urodzeniu tego przygłupka…

Don José wyjaśnił mu również, że był wdowcem, miał wykształconego syna po studiach, któremu dobrze powodziło się w Madrycie; planował spędzić przy nim resztę życia. Na Kubie miał dochodową plantację tytoniu na żyznych ziemiach nieopodal Hawany, pracowało dla niego dwudziestu niewolników. Samotność, starość i naciski ze strony właścicieli cukrowni, zainteresowanych rozwojem swojego kwitnącego przemysłu, skłoniły go do sprzedania tej posiadłości i powrotu do ojczyzny, lecz po dwudziestu dniach podróży zaatakowała go choroba, czyniąc prawdziwe spustoszenie w słabym, starym organizmie. Medyk nie widział dla niego żadnej nadziei — gorączka, obrzęk, plamy na skórze, krwawiące dziąsła to symptomy przepowiadające pacjentowi rychły koniec. Zgodnie z zasadą obowiązującą na okrętach królewskich kapitan Królowej rozkazał pisarzowi udać się do kabiny don José, by sporządzić testament.

— Daję wolność mojej niewolnicy Caridad — wyszeptał chory po wydaniu dyspozycji w kwestii paru pobożnych legatów i przekazania całości majątku na rzecz syna, którego już nie zobaczy.

Grube wargi kobiety nawet nie drgnęły na znak zadowolenia, gdy dowiedziała się, że będzie wolna — przypomniał sobie ksiądz, wciąż stojąc na ulicy.

Ona ciągle milczała! Don Damián przypomniał sobie również, jak starał się wyłapać głos Caridad w zgiełku modlitw podczas niedzielnych mszy na pokładzie albo cichy szept w nocy, gdyż kazał jej się modlić przed snem. Jaką pracę może znaleźć ta kobieta? Kapelan wiedział, że po wyzwoleniu prawie wszyscy niewolnicy podejmowali pracę u swoich dawnych panów za nędzną zapłatę ledwie wystarczającą na pokrycie tych potrzeb, które przedtem mieli zagwarantowane. Albo kończyli na ulicy, walcząc o jałmużnę z tysiącami innych nędzarzy urodzonych w Hiszpanii, którym nie brakowało sprytu i inteligencji, znajomości terenu i upodobań ludzi. Jak Caridad poradzi sobie sama w takim dużym mieście?

Westchnął, podrapał się parę razy po brodzie i łysiejącej głowie. Z ciężkim stęknięciem zarzucił kufer na plecy i zawrócił. Co dalej? — zastanawiał się. Może… może znalazłaby się dla niej jakaś praca w fabryce tytoniu. Ona zna się na sortowaniu liści, potrafi rozpoznawać najlepsze i delikatne, z należytą czułością skręca dobre cygara; powiedział mu o tym don José. Jednakże don Damián nie miał ochoty prosić nikogo o przysługę, tłumaczyć, dlaczego to robi… Poza tym istniało ryzyko, że Caridad opowie komuś, co on wyprawiał nocami na statku. W halach fabrycznych pracuje blisko dwieście kobiet, które umilają sobie skręcanie cygar i cygaretek plotkami.

Zastał Caridad wciąż nieruchomo przyklejoną do ściany, bezradną wobec grupy młokosów naigrywających się z niej za milczącym przyzwoleniem przechodniów zmierzających z portu lub do portu. Don Damián znalazł się w pobliżu akurat w momencie, gdy jeden z chłopaków zamachnął się, żeby rzucić w nią kamieniem.

— Stój! — krzyknął.

Chłopak zastygł w bezruchu, kobieta zdjęła kapelusz i spuściła oczy.

♦  ♦  ♦

Caridad odłączyła się od siedmioosobowej grupy pasażerów, z którymi wsiadła na statek płynący w górę Gwadalkiwiru do Sewilli; próbowała znaleźć jakieś miejsce pośród stosu umieszczonych na pokładzie pakunków, żeby choć trochę odpocząć. Statek był jednomasztową tartaną, która przywiozła do Kadyksu cenną oliwę z oliwek rosnących na sewilskiej równinie i wracała do macierzystego portu.

Najpierw popłynęli wzdłuż Zatoki Kadyksu do Sanlúcar de Barrameda, gdzie Gwadalkiwir wpada do morza. Wraz z innymi żaglowcami musieli zaczekać u wybrzeży Chipiony na przypływ i sprzyjające wiatry, gdyż inaczej nie dałoby się pokonać niebezpiecznej mielizny Sanlúcar, tych straszliwych ławic piasku, gdzie na zawsze utknęło już wiele statków. Kapitanowie nie odważali się płynąć dalej w niesprzyjających warunkach. Manewr ten można było wykonać tylko w porze największych przypływów umożliwiających wejście do Gwadalkiwiru i swobodną żeglugę niemal aż do Sewilli.

— Nieraz czekało się nawet sto dni, żeby przepłynąć mieliznę — opowiadał marynarz wykwintnie odzianemu pasażerowi, ten zaś spoglądał z niepokojem na Sanlúcar, jakby obawiał się, że spotka ich podobny los.

Caridad usadowiła się między workami i oparta o burtę poddawała się kołysaniu tartany. Morze wyglądało spokojnie, lecz na pokładzie wyczuwało się rosnące napięcie. Podobny nastrój panował na sąsiednich żaglowcach. Wywołany był nie tylko oczekiwaniem na przypływ, lecz także lękiem przed możliwym atakiem Anglików lub korsarzy. Słońce zbliżało się ku zachodowi, wody przybierały groźną, metaliczną barwę, niespokojne rozmowy załogantów i pasażerów przechodziły w szept. Wraz z zachodem słońca dawał o sobie znać zimowy chłód, a wilgoć przenikająca do szpiku kości zwiększała uczucie zimna. Caridad była głodna i wyczerpana. Narzuciła na ramiona chustę ze zgrzebnej bai, równie szarą i spraną jak jej koszulowa suknia. Pozostali pasażerowie wydawali się jej wytworni, ich stroje były barwne i bogate. Wsunęła rękę do tobołka, żeby wyciągnąć koc, gdyż zęby jej dzwoniły z zimna i dostała gęsiej skórki. Natrafiwszy palcami na cygaro, obmacała je delikatnie, wspominając doznania związane z jego zapachem i dymem. Potrzebowała tego, pragnęła się odurzyć, żeby nie myśleć o zmęczeniu, głodzie… nie myśleć nawet o tej swojej świeżej wolności.

Otuliła się kocem. Wolna? Don Damián wsadził ją na pierwszy statek w kolejce do wypłynięcia z kadyskiego portu.

— Udasz się do Sewilli — oświadczył po rozmowie z kapitanem, podczas której ustalił cenę i zapłacił za jej podróż z własnej kieszeni. — Do Triany. Tam poszukasz klasztoru minimitek i powołasz się na mnie.

Caridad chciała zapytać, co to jest Triana i jak znaleźć ten klasztor, ale nie zdobyła się na odwagę. Ksiądz szybko wepchnął ją na pokład, rozglądając się przy tym na boki, jakby obawiał się, że ktoś zobaczy ich razem.

Zapach wąchanego cygara przeniósł ją w myślach na Kubę. Oprócz swojej chaty, pola tytoniu i cukrowni, do której niewolnicy udawali się co niedzielę, by wysłuchać mszy, a potem śpiewać i tańczyć do upadłego, nie znała żadnych innych miejsc. Z chaty na pole, z pola do chaty i tak dzień po dniu, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok. Czy będzie umiała trafić do klasztoru? Skuliła się przy burcie, oparła plecy o drewniane poszycie i starała się nawiązać kontakt z utraconą rzeczywistością. Kim są ci dziwni ludzie? Co stało się z Marcelem? Jak miewa się jej przyjaciółka, mulatka María, z którą śpiewała w chórze? Co z pozostałymi? I co ona sama robi tutaj, na tym obcym statku, w nieznanym kraju? Płynie do miasta, o którym nigdy wcześniej nie słyszała. Triana? Nie zdobędzie się na to, żeby zadać białym jakieś pytanie. Dotąd zawsze wiedziała, co ma robić, i nie potrzebowała pytać. Zawilgotniały jej oczy na myśl o Marcelu. Pogrzebała w tobołku i wyjęła krzesiwo i hubkę, aby rozniecić ogień. Czy tutaj wolno palić? Na plantacji palenie było czymś normalnym.

Podczas podróży przez ocean wypłakiwała oczy z tęsknoty za Marcelem. Chciała się rzucić do morza i skończyć raz na zawsze z tym potwornym cierpieniem.

— Odsuń się, Murzynko, bo wpadniesz mi do wody! — przestrzegł ją jeden z marynarzy. Posłuchała i odeszła od burty. Czy odważyłaby się skoczyć, gdyby nie pojawił się ten marynarz? Po co o tym myśleć? Czy nie lepiej obserwować ludzi z tartany? Wyglądali na dziwnie zdenerwowanych. Zaczął się przypływ, ale nie towarzyszył mu wiatr. Zauważyła, że niektórzy palą. Zręcznie potarła krzesiwem o krzemień i hubka zapłonęła. Czy znajdzie tutaj drzewa z odpowiednią korą i hubą nadającą się do wyrobu hubki? Zapaliła cygaro, mocno się zaciągnęła i zaczęła się zastanawiać, skąd weźmie nowe liście tytoniu. Pierwsze zaciągnięcie uspokoiło jej myśli. Po dwóch następnych poczuła rozluźnienie mięśni i lekki zawrót głowy.

— Czarna, dasz popalić?

Obok przycupnął majtek z brudną, lecz miłą i bystrą twarzą. Uśmiechał się, oczekując odpowiedzi, a Caridad przez kilka sekund widziała tylko jego białe zęby, takie same jak u Marcela, kiedy trzymała go w ramionach. Wcześniej miała jeszcze jednego synka spłodzonego z mężczyzną, który później nie zawahał się sprzedać małego mulata, gdy ten trochę podrósł i nie wymagał już ciągłej opieki starych niewolnic pilnujących dzieci, gdy ich matki pracowały. Wszystkie dzieci niewolników czekał ten sam los — pan nie chciał utrzymywać małych Murzyniątek.

Marcelo, poczęty z Murzynem z cukrowni, był odmieńcem. Po długim, trudnym porodzie wydała na świat nie całkiem normalne dziecko. Nikt go nie kupi, stwierdził pan, kiedy okazało się, że chłopczyk jest opóźniony w rozwoju. Pozwolił mu zostać na plantacji, ale traktował go jak psa, kurę albo jedno z prosiąt hodowanych z tyłu za chatą. Wszyscy wróżyli małemu rychłą śmierć. Caridad z uporem karmiła dziecko po kryjomu, za co zbierała ostre cięgi, gdy nakrył ją nadzorca. Dajemy ci jeść, żebyś pracowała, zostaw tego przygłupka, powtarzał.

— Czarna, dasz popalić? — nalegał majtek.

Dlaczego nie? — pomyślała Caridad. Ten chłopak uśmiechał się tak samo jak jej Marcelo. Podała mu cygaro.

— Wspaniałe! Skąd je masz? — wykrzyknął chłopiec, odzyskawszy głos po długim ataku kaszlu. — Kubańskie?

— Tak — odparła machinalnie Caridad. Zabrała mu cygaro, bo chciało jej się palić.

— Jak się nazywasz?

— Caridad — odpowiedziała, wypuszczając dym.

— Podoba mi się twój kapelusz. — Chłopak przestępował z nogi na nogę, czekając cierpliwie na swoją kolej palenia.

— Wiatr!

Okrzyk kapitana tartany zmącił ciszę. Na innych statkach rozległy się podobne wołania. Wiatr z południa, idealny do zmierzenia się z płycizną. Majtek oddał cygaro i pobiegł dołączyć do marynarzy.

— Dzięki, czarna — powiedział pospiesznie.

W przeciwieństwie do innych pasażerów Caridad nie interesowała się skomplikowanymi manewrami w wąskim kanale, gdzie tartana trzy razy musiała zmieniać kierunek. Wokół ujścia Gwadalkiwiru, na ziemi i na przycumowanych do brzegu barkasach, pojawiły się pomagające w nawigacji świetlne sygnały dla statków. Wszyscy, oprócz Caridad, w napięciu śledzili te poczynania, gdyż wiedzieli, że jeśli w połowie drogi wiatr osłabnie, ryzyko ugrzęźnięcia na mieliźnie będzie niewiele mniejsze niż wcześniej. Tymczasem ona, oparta o burtę, spokojnie paliła cygaro, rozkoszując się przyjemnym mrowieniem w całym ciele — tak działał na nią tytoń.

W momencie gdy tartana wpłynęła do upiornego Kanału Anglików, mijając z lewej strony światła wieży San Jacinto, Caridad zaczęła nucić piosenkę zapamiętaną z niedzielnych zabaw, kiedy po mszy w pobliskiej cukrowni niewolnicy z różnych plantacji zbierali się w wielkim baraku, żeby śpiewać i tańczyć — biali na to pozwalali, gdyż traktowali niewolników jak dzieci potrzebujące wytchnienia po ciężkiej pracy. Tymczasem w każdym tanecznym kroku i w każdym dźwięku wydobywanym z bębnów batá — wielkiego iyá, ojca wszystkich bębnów, itótele albo malutkiego okónkolo — czarni oddawali cześć swoim bogom, ukrytym pod postaciami chrześcijańskich dziewic i świętych, wspominali z nostalgią swoją afrykańską kolebkę.

Nie zwracając uwagi na powszechny harmider i rozkazy wydawane załodze przez kapitana, Caridad nuciła tak samo jak wtedy, gdy usypiała Marcela. Miała wrażenie, że dotyka jego włosków, słyszy jego oddech, czuje jego zapach. Przesłała mu w powietrzu pocałunek… Chłopczyk przeżył, a ona, chociaż wciąż karcona i bita przez pana i nadzorcę, przynajmniej zaskarbiła sobie względy wśród czarnych na plantacji. Jej synek był zawsze uśmiechnięty! Taki słodki i miły dla wszystkich, nie miał pojęcia o podziale na niewolników i właścicieli. Żył wolny, lecz czasem patrzył w oczy niewolnikom, jakby rozumiał ich ból i zachęcał do zrzucenia łańcuchów. Jedni uśmiechali się wtedy ze smutkiem, inni płakali, bolejąc nad jego losem odmieńca.

Caridad mocno wciągnęła w płuca dym z cygara. Marcelo będzie pod dobrą opieką, co do tego nie miała wątpliwości. Zajmie się nim María, ta z chóru. Cecilio także, chociaż w tamtym czasie był zmuszony rozdzielić syna i matkę… Ci wszyscy niewolnicy, sprzedani razem z ziemią nowemu właścicielowi, zaopiekują się jej synkiem. Będzie szczęśliwy, przeczuwała to. Natomiast don José… Niech jego dusza nigdy nie zazna spokoju, życzyła sobie w myślach Caridad.

2

Sewilska dzielnica Triana znajdowała się po drugiej stronie Gwadalkiwiru, poza murami miejskimi. Z miasta prowadził do niej stary muzułmański most wzniesiony na dziesięciu barkasach zakotwiczonych w korycie rzeki, połączonych dwoma grubymi żelaznymi łańcuchami i kilkoma linami przeciągniętymi z brzegu na brzeg. Przedmieście to, z racji pełnionej od zawsze funkcji obronnej ochrzczone mianem „stróża Sewilli”, doczekało się prawdziwej świetności w okresie posiadania przez Sewillę monopolu na handel z Indiami Zachodnimi, ale w początkach wieku Izba Handlowa Indii Zachodnich została przeniesiona do Kadyksu i sytuacja Triany znacznie się pogorszyła — ubyło ludzi, opustoszały budynki. Dziesięć tysięcy pozostałych mieszkańców zajmowało niewielką przestrzeń między prawym brzegiem rzeki i dawną fosą Cava, która w czasach wojny stanowiła pierwszą linię obronną miasta, wpuszczano do niej bowiem wody Gwadalkiwiru i przedmieście zamieniało się w wyspę. Dalej, za fosą, rozciągały się żyzne łąki, sady i ogrody otaczające nieliczne klasztory, eremy i domostwa.

W jednym z tych klasztorów przy Cava Nueva, pod wezwaniem Matki Boskiej Dobrego Zdrowia, mieściło się skromne zgromadzenie sióstr minimitek, pielęgnujących życie w kontemplacji, modlitwę milczenia i zachowywanie postu. Z tyłu klasztoru, w ślepym zaułku obok ulicy San Jacinto, stało stłoczonych trzynaście domów; mieszkało w nich dwadzieścia pięć rodzin, w tym dwadzieścia jeden cygańskich, z których każdą stanowili dziadkowie, dzieci, ciotki, siostrzeńcy i bratankowie, wnuki i kilkoro prawnuków, nie licząc dalszych krewnych. Wszystkie cygańskie rodziny zajmowały się kowalstwem. Cała Triana obfitowała w kuźnie, należące w większości do Cyganów, albowiem ich przodkowie, w Indiach lub w górach Armenii, osiągnęli mistrzostwo w tym fachu, na długo zanim wyemigrowali do Europy. Zagłębiem kowalstwa i kotlarstwa w Trianie był jednak zaułek San Miguel, w którym stały domy z XVI wieku — z epoki świetności. Jedne skromne, parterowe, bez podwórka, ustawione rzędem naprzeciw siebie, inne rozległe, dwu- albo trzykondygnacyjne, z centralnym patiem pod wysokimi galeriami ozdobionymi balustradami z kutego żelaza albo z drewna. Niemal wszystkie budynki były podzielone na osobne, co najwyżej dwuizbowe mieszkania, koniecznie z kuchnią węglową. Posiłki, dla rodziny lub rodzin sąsiadów, przyrządzano również na podwórzu lub na uliczce przed domem. Wewnętrzny dziedziniec mieścił także balie do prania i latryny do dyspozycji wszystkich mieszkańców.

W odróżnieniu od innych domów w Sewilli, w których w ciągu dnia przebywały na ogół tylko kobiety i dzieci bawiące się na podwórku, tutaj nigdy nie było spokoju, gdyż kowale mieli swoje warsztaty pracy w tym samym budynku, gdzie mieszkali, tyle że na dole. Z każdej takiej kuźni dobiegał stukot młotów o kowadło, łącząc się na ulicy w dziwny metaliczny jazgot. Dym z węglowych palenisk umieszczonych w skromnych warsztatach bez komina wylatywał przez drzwi, unosił się nad patiami i był widoczny z każdego miejsca w Trianie. W zadymionej, hałaśliwej uliczce zwijali się jak w ukropie mężczyźni i kobiety, bawiły się dzieci, rozbrzmiewały śmiechy, rozmowy, krzyki i kłótnie. A mimo to co chwila ktoś przystawał w milczeniu, zaglądając ze wzruszeniem przez otwarte drzwi do kuźni. Czasem ojciec chwytał synka za ramię, żeby mu coś pokazać, czasem starzec zatrzymywał się w zadumie i przymykał oczy albo grupka kobiet zwalniała roztańczone kroki, gdy rozlegało się martinete, smętny śpiew przy akompaniamencie monotonnych uderzeń młota wyznaczających swoisty rytm pieśni towarzyszącej Cyganom od dawien dawna w każdej epoce i w każdym miejscu. To kowalskie zawodzenie przekształcało dźwięki młota w cudowną symfonię i przyprawiało słuchaczy o gęsią skórkę.

Owego dnia — było to 2 lutego 1748 roku, w święto Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny — Cyganie przerwali pracę w swoich kuźniach. Jedni, niezbyt liczni, wybierali się do kościoła pod wezwaniem Świętego Jacka i Matki Boskiej Gromnicznej, żeby poświęcić świece, które będą oświetlać ich domy, inni nie chcieli narażać się na krytykę bogobojnych mieszkańców Triany albo naganę ze strony księży, zakonników i inkwizytorów, jako że praca w dzień świąteczny była zakazana.

— Uważaj na dziewczynę, broń jej przed zakusami gadziów — dał się słyszeć chrapliwy głos. Wypowiedziane w języku cygańskim słowa dotarły do wychodzącej z domu matki i córki. Kobiety przystanęły, ale żadna z nich nie okazała zdziwienia, chociaż nie wiedziały dokładnie, skąd dobiega ten głos. Rozglądały się, aż córka, Milagros, dostrzegła w półmroku srebrny odblask guzików krótkiego jasnoniebieskiego kubraka jej dziadka. Stał na rogu, dostojnie wyprostowany, ze zmarszczonym czołem i charakterystycznym nieobecnym spojrzeniem, w kąciku ust trzymał przygasłe cygaro. Śliczna czternastoletnia dziewczyna uśmiechnęła się do niego i zakręciła się z wdziękiem. Długa niebieska spódnica z falbanami, halki i zielona chusta zaszumiały w powietrzu przy brzęku naszyjników oplatających jej szyję.

— W Trianie wszyscy wiedzą, kto jest moim dziadkiem. — Roześmiała się. Białe zęby kontrastowały z ciemną karnacją, taką samą jak u matki i dziadka. — Któż odważyłby się mnie zaczepić?

— Pożądanie to siła ślepa i zuchwała, dziecino. Myślę, że wielu mężczyzn nie cofnęłoby się przed żadnym ryzykiem, żeby mieć cię tylko dla siebie. A mnie pozostałaby wtedy jedynie zemsta, chociaż żadna krew nie zdołałaby ukoić mojego bólu. Przypominaj jej o tym zawsze — dodał, zwracając się do matki.

— Tak, ojcze — odpowiedziała kobieta.

Obie czekały na słowo pożegnania, gest albo jakiś inny znak, ale Cygan nie ruszył się z miejsca i nic więcej nie dodał. Wreszcie Ana wzięła córkę pod ramię i obie wyszły na ulicę. Poranek był chłodny. Zaciągnięte chmurami niebo groziło deszczem, co nie przeszkadzało mieszkańcom Triany ciągnąć gromadnie do kościoła Świętego Jacka na nabożeństwo poświęcenia świec. Nie brakowało też sewilczyków, którzy z gromnicą pod pachą przechodzili przez most lub przepływali na barkach na drugi brzeg Gwadalkiwiru, aby wziąć udział w tej ceremonii. Zapowiada się dobry dzień, pomyślała Ana na widok gromadzących się tłumów, ale zaraz przyszła jej na myśl ojcowska przestroga i obejrzała się na Milagros. Młoda kroczyła wyprostowana, z arogancką miną, i bacznie obserwowała otoczenie. Prawdziwa Cyganka, powiedziała do siebie matka i uśmiechnęła się, nie mogąc powstrzymać zadowolenia. Trudno było nie zwrócić uwagi na taką dziewczynę. Gęste kasztanowe włosy opadały jej na plecy, splątane z frędzlami zielonej chusty przerzuconej przez ramię. We włosach powiewały kolorowe wstążki i błyszczały perły, z uszu zwisały wielki złote koła, na piersiach opiętych białą bluzką z głębokim, śmiałym dekoltem, podskakiwały korale i srebrne naszyjniki. Gibką talię podkreślała długa, marszczona w pasie niebieska spódnica, spod której co chwilę wysuwały się i znikały gołe stopy dziewczyny. Jakiś mężczyzna przyglądał jej się ukradkiem. Milagros od razu to zauważyła i powolnym, kocim ruchem odwróciła się w jego stronę. Jej rysy złagodniały, gęste brwi uniosły się, a na ustach pojawił się leciutki uśmiech. No to zaczynamy, powiedziała do siebie matka.

— Powróżyć ci, hardy młodzieńcze?

Mężczyzna próbował przyspieszyć kroku, lecz Milagros uśmiechnęła się szerzej i podeszła do niego tak blisko, że prawie muskała go piersiami.

— Widzę kobietę, która pała do ciebie namiętnością — oznajmiła Cyganka, patrząc mu prosto w oczy.

Ana zrównała się z córką i usłyszała te ostatnie słowa. Kobieta… Czegóż więcej mógł pragnąć taki mężczyzna — rosły i zdrowy, lecz niewątpliwie samotny, ponieważ do kościoła szedł sam z małą świecą w dłoni. Zagadnięty, popatrzył z wahaniem na drugą, starszą, Cygankę, która do nich podeszła — była równie atrakcyjna i wyniosła jak dziewczyna.

— Nie chciałbyś dowiedzieć się więcej? — Milagros patrzyła mu coraz głębiej w oczy i dostrzegła iskrę zainteresowania. Delikatnie podniosła jego dłoń. — Odwzajemniasz jej uczucia, prawda?

Mężczyzna już się nie bronił przed wróżeniem. Łatwa zdobycz, uznały w milczeniu matka i córka. Uporczywie patrzył w ziemię — w dużym silnym ciele charakter lękliwy i nieśmiały. Na pewno jest w jego życiu jakaś kobieta, inaczej być nie może. Trzeba go tylko ośmielić, zachęcić i pomóc w przezwyciężeniu obezwładniającego wstydu.

Milagros była w tym znakomita i przekonująca; przebiegała palcem po liniach jego dłoni, jakby rzeczywiście czytała z nich przyszłość. Matka obserwowała ją z dumą zmieszaną z rozbawieniem. Dostały parę miedziaków za swoje rady. Ana próbowała jeszcze sprzedać mu cygaro z przemytu.

— W sewilskiej trafice zapłaciłbyś dwa razy tyle — argumentowała. — Jeśli nie odpowiada ci cygaro, to mam również tabakę. Czystą, najlepszej jakości, bez śladu ziemi — namawiała, rozsuwając poły chusty, pod którą ukrywała towar, lecz mężczyzna poprzestał na głupawym uśmiechu; myślał już tylko o tym, jak zdobyć tę kobietę, której nigdy dotąd nie odważył się zagadnąć ani słowem.

Przez cały dzień matka i córka uwijały się w tłumie ludzi między Altozano, Zamkiem Inkwizycji i kościołem Świętego Jacka wznoszonym na miejscu dawnego eremu Matki Boskiej Gromnicznej. Wróżyły z ręki i sprzedawały tytoń, unikając strażników, a także innych Cyganek, gdyż te, nawet jeśli należały do rodziny, mogły wykorzystać ich nieuwagę i podebrać im klientów. Ana i jej córka nie chciały wdawać się w rodzinne niesnaski ani żadne podobne nieprzyjemności, grożące utratą zysków ze sprzedaży tytoniu.

Postanowiły wycofać się z tłumu, kiedy braciszek Joaquín z Zakonu Kaznodziejskiego rozpoczął swoje kazanie pod gołym niebem, w miejscu, gdzie miał stanąć portyk nowego kościoła. Pobożni sewilczycy, którzy tłumnie zebrali się na placu, nie byli w tym momencie skorzy do słuchania wróżb ani kupowania tytoniu. Przybyli do Triany specjalnie po to, by usłyszeć jedno z kontrowersyjnych kazań młodego dominikanina, prawdziwego syna epoki, w której rozum z trudem torował sobie drogę w ciemnościach ignorancji. Przed świątynią z prowizorycznej ambony padały słowa śmielsze od tych, jakie wygłaszał sławny mnich Benito Jerónimo Feijoo. Brat Joaquín głośno — i tylko po hiszpańsku, bez używania łaciny — ganił atawizmy i przesądy Hiszpanów. Przedkładał cnotę pracy, nawet tej najprostszej i rzemieślniczej, nad niedorzeczne poczucie honoru, skłaniające Hiszpanów do próżniactwa i lenistwa. Rozbudzał dumę w kobietach, podkreślał ich nową rolę w społeczności i w rodzinie, przyznawał im prawo do kształcenia się i do rozwoju intelektualnego z pożytkiem dla królestwa. Kobieta nie jest już niewolnicą męża, co nie znaczy, że należy ją traktować „jako tę gorszą emanację człowieka”. Nie jest z natury uosobieniem zła! Małżeństwo winno opierać się na równości i szacunku. W naszych czasach, ciągnął brat Joaquín, cytując wielkich myślicieli, dusza przestała mieć płeć — nie jest ani męska, ani żeńska. Ludzie cisnęli się, aby tego wysłuchać, a dla Cyganek, o czym Ana i Milagros wiedziały doskonale, był to najlepszy moment do grzebania w cudzych torbach.

Podeszły jak najbliżej ambony, z której brat Joaquín zwracał się do tłumów. Otaczało go ponad dwudziestu dominikanów z klasztoru Świętego Jacka. Wielu z nich od czasu do czasu podnosiło oczy na ołowiane niebo, ale na szczęście jeszcze nie padało; deszcz zepsułby całą ceremonię.

— Ja jestem światłem świata! — wykrzyknął brat Joaquín, tak aby wszyscy go usłyszeli. — To słowa naszego Pana, Jezusa Chrystusa. On jest naszą światłością! Światłem tych wszystkich przyniesionych przez was świec, które winny rozjaśnić…

Milagros nie zwracała uwagi na treść kazania. Wbiła wzrok w mnicha, a ten po chwili dostrzegł je obie, co nie było takie trudne, gdyż matka i córka wyróżniały się w tłumie barwnymi cygańskimi strojami. Brat Joaquín stracił wątek, przestał gestykulować i kazanie zaczęło się rwać. Starał się nie patrzeć na Milagros, ale co chwilę wracał do niej wzrokiem. Zorientowała się i puściła do niego oko. W tym momencie brat Joaquín się zająknął, a gdy po chwili znowu na nią spojrzał, pokazała mu język.

— Przestań! — Matka szturchnęła ją karcąco i wykonała przepraszający gest w stronę zakonnika.

Uwolniony od zakusów Milagros brat Joaquín wspiął się na wyżyny krasomówstwa i ku powszechnemu zadowoleniu kazanie potoczyło się dalej bez przeszkód. Kiedy skończył, wierni przystąpili do zapalania świec od płomieni ogniska przygotowanego wcześniej przez mnichów. Powoli zaczynali się rozchodzić, toteż obie kobiety wróciły do swych zajęć.

— Dlaczego to zrobiłaś? — zapytała matka.

— Bo tak mi się podobało… — odparła Milagros, kokieteryjnie poruszając rękami. — To zabawne patrzeć, jak on się jąka, myli i czerwieni na mój widok.

— Ale dlaczego? Przecież to ksiądz.

Dziewczyna zamyśliła się na moment.

— Sama nie wiem. — Wzruszyła ramionami i przywołała na usta sympatyczny grymas.

— Brat Joaquín szanuje twojego dziadka i ciebie także, bo jesteś wnuczką Melchora, ale nie wolno ci igrać z mężczyznami… nawet jeśli to tylko zakonnik — przestrzegała matka.

♦  ♦  ♦

Jak było do przewidzenia, ten dzień okazał się owocny. Ana wyprzedała wszystkie ukryte za pazuchą cygara. Sewilczycy kierowali się w stronę mostu albo do przystani barek, które wracały do miasta. Można było jeszcze znaleźć kogoś, kto dałby się namówić na wróżbę, jednak w rozrzedzającym się tłumie nie brakowało wróżących Cyganek, starych i młodych, nie licząc półnagich dzieci w łachmanach, które usiłowały robić to samo. Oprócz swoich sąsiadek z zaułka San Miguel Ana i Milagros rozpoznały Cyganki z osady La Cartuja, którym tak zależało na jałmużnie, że zagradzały drogę przechodniom, czepiały się ich ubrań, wzywały imienia Boga, w którego nie wierzyły, i klepały wyryte na pamięć litanie do wszelkich możliwych świętych i męczenników.

— Myślę, że na dziś wystarczy, Milagros — oświadczyła matka, przepuszczając parę sewilczyków uciekających przed żebraczkami.

Goniący parę czarnooki brzdąc z brudną buzią, głośno modląc się do świętej Rufiny, z rozpędu wpadł na Anę.

— Masz. — Wręczyła mu miedziaka.

Ruszyły w swoją drogę, natychmiast bowiem zjawiła się matka Cyganiątka, żeby zabrać mu monetę. W zaułku San Miguel wrzało. To był dobry dzień dla nich wszystkich, ponieważ sewilczycy okazali się bardziej szczodrzy niż na co dzień — tacy są w każde święto kościelne. Mężczyźni stali w otwartych drzwiach domów, wymieniali się uwagami, popijali wino, palili tytoń albo grali w karty. Jedna z powracających kobiet podeszła do męża, żeby pochwalić się zarobkiem, i zaczęli się kłócić, gdyż nie chciała mu oddać pieniędzy. Milagros zostawiła matkę i dołączyła do grupy koleżanek. Ana musiała najpierw rozliczyć się z ojcem ze sprzedaży tytoniu. Na próżno wypatrywała go wśród innych mężczyzn.

— Ojcze! — krzyknęła, zatrzymując się przed domem.

— Nie ma go.

Ana odwróciła się i w uchylonych drzwiach zobaczyła swojego męża, José.

— A gdzie jest?

José wzruszył ramionami i machnął ręką. W drugiej trzymał dzban z winem. Oczy mu błyszczały.

— Zniknął zaraz po was. Na pewno poszedł do osady La Cartuja, żeby spotkać się z krewniakami, jak zwykle.

Ana pokręciła głową z powątpiewaniem. Czy to takie pewne? Nieraz chodziła tam go szukać i nie znalazła. Ojciec wróci dziś wieczorem albo dopiero za kilka dni, jak już wcześniej się zdarzało? I w jakim będzie stanie?

Westchnęła.

— Zawsze wraca — rzucił drwiąco José.

Wyprostowała się z groźną miną.

— Znowu się go czepiasz — mruknęła. — Choć prosiłam, żebyś tego nie robił.

Mężczyzna skrzywił się i odwrócił do niej plecami.

Ojciec zawsze wracał, to prawda, co do tego José miał rację, ale gdzie też on się podziewa o tej porze, jeśli nie ma go u krewniaków? Nigdy nie raczył odpowiadać na takie pytania, a im mocniej nalegała, tym bardziej pogrążał się w milczeniu i zagłębiał w swoim świecie. Stał się innym człowiekiem niż ten, którego pamiętała z dzieciństwa! Bardzo się zmienił. Kiedyś zawsze mogła na niego liczyć: był wspaniały, dumny i wydawał się niezniszczalny. Tak było, zanim dopadł go „patrol tytoniowy”, jak nazywano żołnierzy wyznaczonych do walki z przemytnikami. Ana miała wtedy chyba dziesięć lat. Co prawda znaleźli przy nim tylko dziesięć funtów tytoniu i po raz pierwszy został przyłapany na przemycie, więc nie groziła mu ciężka kara, ale Melchor Vega był Cyganem, a zatrzymano go poza granicami obszaru wyznaczonego przez króla dla ludzi jego rasy. Nosił drogie jaskrawe ubrania, ozdobione srebrnymi lub metalowymi koralikami, miał laskę z dwoma szpicami, długi składany nóż i kolczyki w uszach, a różni świadkowie potwierdzili, że słyszeli go mówiącego w caló. Takie zachowania były zakazane i groziła za nie kara większa niż za nieuiszczanie podatków należnych królowi. Cygana skazano na dziesięć lat galer.

Ana poczuła skurcz w żołądku na wspomnienie gehenny, jaką przeżywała wraz z matką podczas procesu i przez cztery kolejne lata między ogłoszeniem pierwszego wyroku i wywiezieniem ojca do Puerto de Santa María, gdzie cumowały królewskie galery. W ciągu tych czterech lat matka nie przestała ani na dzień, ani na godzinę, ani na minutę szukać dla niego ratunku. Przypłaciła to życiem. Anie zwilgotniały oczy jak zawsze, gdy wspominała tamten okres. Znów miała przed oczami obraz matki błagającej o litość, korzącej się przed sędziami, więziennymi urzędnikami i inspektorami, żeby uzyskać ułaskawienie dla męża. Prosiły o pomoc wielu księży i zakonników, a ci nawet nie raczyli ich wysłuchać. Oddały w zastaw wszystko, co miały… kradły i oszukiwały, żeby opłacić adwokatów i pisarzy sądowych. Odejmowały sobie od ust, żeby zanieść ojcu kawałek chleba do więzienia, w którym wraz z innymi nieszczęśnikami musiał czekać na zakończenie procesu i ostateczny wyrok. Niektórzy z jego towarzyszy niedoli woleli odciąć sobie rękę albo całe ramię, byle uniknąć galer i nie skazywać się na powolną, lecz niechybną śmierć w straszliwych cierpieniach, jakie były udziałem skutych galerników.

Melchor Vega zniósł wszystkie męczarnie. Ana otarła oczy rękawem bluzki. Tak, udało mu się przeżyć. I pewnego dnia, kiedy już nikt go nie oczekiwał, pojawił się w Trianie, wyniszczony, przybity, z trudem powłóczący nogami, lecz dumny i wyniosły jak zawsze. Ale bardzo się zmienił i nigdy już nie potargał jej włosów jak dawniej, gdy przybiegała do niego z jakimś dziecięcym problemem. Tak właśnie wcześniej robił: czochrał jej włosy i potem patrzył na nią z czułością, by uzmysłowić jej bez słów, że jest Cyganką z rodu Vega! To było dla niego najważniejsze na świecie. Tę samą dumę rodową Melchor starał się wpoić wnuczce Milagros. Wkrótce po swoim powrocie, gdy dziewczynka miała zaledwie kilka miesięcy, zaczął wyczekiwać wnuka. Kiedy urodzisz chłopca? — zagadywał Anę. Jej mąż, José, też wciąż wypytywał: Jesteś wreszcie w ciąży? Wydawało się, że cały zaułek San Miguel tylko na to czeka. Jego matka, ciotki, siostry cioteczne… i wszystkie kobiety z rodu Vegów! Nie dawały jej spokoju, okazało się jednak, że nie może mieć więcej dzieci.

Ana spojrzała na drzwi, za którymi po tej krótkiej scysji zniknął José. On, w przeciwieństwie do jej ojca, długo nie mógł się pogodzić z brakiem męskiego potomka; odczuł to jako porażkę, wręcz zniewagę, a resztki uczucia i szacunku między małżonkami, których połączyła nie tyle wielka miłość, ile pakt zawarty między rodzinami Vegów i Carmonów, ustąpiły miejsca wzajemnej niechęci, coraz częściej objawianej w słowach i gestach. Melchor przelał całą miłość na Milagros i José w końcu także — kiedy wreszcie przyjął do wiadomości, że nie będzie miał syna. Ana stała się świadkiem ciągłej, utajonej walki między tymi mężczyznami, przy czym zawsze trzymała stronę ojca, bo kochała go i szanowała bardziej niż męża.

Zmierzchało się, a Melchor wciąż nie wracał. Co on robi poza domem o tej porze? Ktoś szarpnął za struny gitary i Ana wróciła do rzeczywistości. Uliczka za jej plecami rozbrzmiewała gwarem głosów, gruchotaniem krzeseł i ławek wynoszonych z domów.

— Fiesta! — krzyknęło jakieś dziecko.

Do pierwszej gitary nieśmiało dołączyła druga, muzykanci przećwiczyli kilka taktów. Po chwili dał się słyszeć głuchy stukot kastanietów, najpierw pojedynczy, potem zbiorowy, zatrzeszczała jakaś stara metalowa grzechotka. Wszystko bez ładu i składu, jakby grajkowie chcieli rozgrzać palce, zanim zaczną akompaniować do tańca i śpiewów. Coraz więcej gitar. Jakaś kobieta odchrząknęła i zaśpiewała starym, łamiącym się głosem. Pojawił się tamburyn. Ana pomyślała o ojcu, który tak bardzo lubił tańce. Zawsze wraca, przekonywała samą siebie. Czy nie tak? On też jest jednym z Vegów!

Kiedy weszła do zaułka, zobaczyła ognisko i wokół niego krąg Cyganów.

— Zaczynamy! — zawołał siedzący na krześle przy ognisku starzec.

Wszystkie instrumenty ucichły, a po chwili gitara w rękach młodzieńca o bardzo ciemnej karnacji, z czarnymi włosami splecionymi w warkoczyk, zaatakowała pierwsze nuty fandanga.

♦  ♦  ♦

Chłopiec okrętowy, którego poczęstowała cygarem, okazał się bardzo pomocny. Zawinęli do przystani w Trianie obok portu poławiaczy krewetek, aby rozładować towary przeznaczone dla tego przedmieścia.

— Czarna, tutaj kończy się twoja podróż — oświadczył kapitan tartany.

Majtek uśmiechnął się do Caridad. Wspólne palenie cygara wytworzyło między nimi pewną komitywę. Tytoń rozluźnił spięte nerwy Caridad i lękliwymi monosylabami odpowiadała na wszystkie pytania chłopca, który był zainteresowany Kubą i pragnął dowiedzieć się czegoś więcej o tej odległej krainie, gdyż w portach wiele o niej mówiono. Czy to prawda, że ziemia kryje tam mnóstwo bogactw? Ile jest plantacji cukru? Podobno liczba niewolników nie maleje jak w Hiszpanii, tylko wciąż wzrasta…

— Pewnego dnia zostanę kapitanem wielkiego statku! — zapewniał, puszczając wodze wyobraźni. — Pożegluję przez ocean i zobaczę Kubę.

Kiedy tartana zacumowała przy nabrzeżu, Caridad, podobnie jak w Kadyksie, długo nie mogła się zdecydować na zejście na wąski skrawek lądu między brzegiem rzeki i pierwszą linią zabudowań Triany, położonych tak blisko, że miejscami musiały tam docierać fale Gwadalkiwiru, o czym świadczyły mocno podmyte fundamenty. Jeden z tragarzy taszczący wielki worek krzyknął, żeby się odsunęła, bo zagradza mu drogę. Kapitan na pokładzie pokręcił głową i wymienił spojrzenia z majtkiem, który również obserwował Caridad; obaj wiedzieli, że ona musi tu wysiąść.

— Daję ci pięć minut — powiedział kapitan do chłopaka.

Majtek podziękował uśmiechem za przyzwolenie, zeskoczył na ziemię i pociągnął za sobą Caridad.

— Pospiesz się! — zawołał. Zdawał sobie sprawę, że jeśli nie wróci na czas, kapitan odpłynie bez niego.

Minęli kościół Świętej Anny za pierwszą linią zabudowań i dwie przecznice, coraz bardziej oddalając się od rzeki. Caridad ledwo mogła za nim nadążyć; majtek biegł, wymijając nerwowo przechodniów, którzy patrzyli na nich ze zdziwieniem. Zatrzymał się przed fosą Cava.

— Tam są minimitki — powiedział, pokazując ręką na drugi brzeg.

Caridad podążyła wzrokiem za jego palcem i zobaczyła niski, bielony wapnem klasztor ze skromnym kościółkiem, potem spojrzała na głęboki rów, który oddzielał ją od tego budynku. Dawną fosę obronną na całej długości wypełniały śmieci, gdzieniegdzie ubite w twardą warstwę.

— Da się przejść — zapewnił chłopiec, odgadując myśli Caridad. — Jest most nieopodal Świętego Jacka, ale to trochę daleko. Ludzie jakoś sobie radzą, widzisz? — I rzeczywiście, kilka osób przechodziło przez rów na drugą stronę. — Muszę już wracać na statek — oznajmił, widząc, że Caridad nie reaguje. — Powodzenia, Murzynko.

Wciąż milczała.

— Powodzenia — powtórzył i puścił się pędem do przystani.

Caridad została sama. Wpatrując się w klasztor, o którym mówił jej don Damián, przeszła przez fosę wąską ścieżką wydeptaną między odpadkami. Na plantacji tytoniu nie było śmieci, ale w Hawanie, do której zabrał ją kiedyś pan, żeby odstawić liście tytoniu do portowego magazynu, widziała ich mnóstwo. Dlaczego biali wyrzucają tyle rzeczy? Dotarła do klasztoru i popchnęła jedne z drzwi. Zamknięte. Zastukała i odczekała chwilę. Żadnej odpowiedzi. Znowu zastukała nieśmiało, jakby nie chciała przeszkadzać.

— Czarna, nie tak — powiedziała przechodząca obok kobieta i prawie się nie zatrzymując, pociągnęła za łańcuch. Dał się słyszeć dźwięk dzwonka.

Wkrótce uchyliło się zakratowane okienko.

— Pokój Pański niech będzie z tobą — usłyszała głos starej kobiety, tak przynajmniej brzmiał. — Co cię sprowadza do naszego domu?

Caridad zdjęła słomiany kapelusz. Chociaż nie widziała zakonnicy, spuściła oczy na ziemię.

— Don Damián powiedział, żebym tu przyszła — szepnęła.

— Nie rozumiem cię.

Caridad mówiła szybko i niewyraźnie, jak wszyscy kubańscy niewolnicy, kiedy zwracali się do białych.

— Don Damián… — powtórzyła z wysiłkiem — powiedział, żebym tu przyszła.

— Kto to jest don Damián? — zapytała furtianka po chwili ciszy.

— Don Damián… ksiądz z Królowej.

— Królowa? Powiedziałaś coś o królowej? — wykrzyknęła zakonnica.

— Królowa, okręt z Kuby.

— Aha! Okręt, a ja myślałam, że Jej Królewska Mość. Zatem… sama nie wiem. Don Damián, powiedziałaś? Zaczekaj.

Okienko otworzyło się szerzej, a głos zakonnicy nabrał twardszych tonów.

— Co ci powiedział ten ksiądz, dobra kobieto? Że co miałabyś tu robić?

— Powiedział tylko, żebym przyszła.

Zakonnica milczała przez kilka sekund, a kiedy znowu się odezwała, jej głos był wyjątkowo łagodny.

— Nasze zgromadzenie jest biedne. Nie zajmujemy się dobroczynnością, tylko modlitwą, postami, kontemplacją i penitencją. Co miałabyś tu robić?

Caridad nie odpowiedziała.

— Skąd przybywasz?

— Z Kuby.

— Jesteś niewolnicą? Gdzie twoi właściciele?

— Jestem… jestem wolna. I umiem się modlić. — Caridad przypomniała sobie, że don Damián kazał jej to powiedzieć.

Zakonnica uśmiechnęła się smutno, lecz Caridad tego nie widziała.

— Posłuchaj, powinnaś udać się do bractwa Matki Boskiej od Aniołów, rozumiesz? — poradziła jej furtianka.

Caridad milczała. Zastanawiała się, po co don Damián kazał jej tu przyjść.

— To bractwo Negrów — wyjaśniła zakonnica. — Oni ci pomogą… albo coś doradzą. Słuchaj uważnie, pójdziesz do kościoła Matki Boskiej od Aniołów, koło Cruz del Campo. Idąc na północ wzdłuż Cavy, dotrzesz do klasztoru Świętego Jacka. Tam skręcisz w prawo w ulicę Santo Domingo, zobaczysz most na barkach, przejdziesz po nim na drugi brzeg i potem…

Caridad wyszła z klasztoru minimitek, usiłując zapamiętać wskazówki. Aniołowie. Musi iść do kościoła Aniołów. Tam znajdzie pomoc. Przy Cruz del Campo, recytowała po cichu.

Pogrążona w tych myślach, nie widziała, że ludzie na nią patrzą — duża Murzynka o zmysłowych kształtach, w szarych łachmanach, z tobołkiem pod pachą, mrucząca coś pod nosem. Olbrzymi zamek Świętego Jerzego na Altozano, koło mostu, wywarł na niej takie wrażenie, że niechcący potrąciła jakąś kobietę. Próbowała przeprosić, lecz nie mogła wydusić ani słowa i podczas gdy kobieta obrzucała ją zniewagami, Caridad zrobiła parę kroków do przodu ze wzrokiem utkwionym w rozciągającą się na drugim brzegu Sewillę. Dziesiątki wozów i zwierząt jucznych przemierzało w obu kierunkach most oparty na drewnianych barkach, które trzeszczały pod ciężarem.

— Gdzie się pchasz, Murzynko?

Wzdrygnęła się na widok mężczyzny zagradzającego jej przejście.

— Do kościoła Aniołów — odpowiedziała.

— Moje gratulacje — zadrwił. — To miejsce dla takich jak ty. Ale żeby tam dojść, musisz mi najpierw zapłacić.

Caridad z zaskoczeniem przyłapała się na tym, że patrzy mytnikowi prosto w oczy. Przestraszyła się, zdjęła z głowy kapelusz i spuściła wzrok.

— Ja nie… nie mam pieniędzy — wyjąkała.

— W takim razie nie pójdziesz do Negrów. Odsuń się i nie przeszkadzaj mi w pracy — rozkazał i odwrócił się do stojącego za Caridad mulnika, żeby pobrać od niego myto, ale widząc, że Murzynka nie rusza się z miejsca, zawołał: — Wynoś się, albo zawołam straże!

Dopiero teraz, po odejściu od mostu, poczuła, że ludzie na nią patrzą. Nie miała pieniędzy, żeby przejść na drugą stronę. Co począć? Mężczyzna pilnujący mostu nie powiedział, jak zdobyć pieniądze. Nigdy dotąd, przez całe swoje dwudziestopięcioletnie życie, Caridad nie zarobiła ani grosza. Oprócz jedzenia, ubrania i miejsca do spania w baraku dostawała za swoją pracę co najwyżej fuma, tytoń przydzielany przez pana niewolnikom do ich prywatnego użytku. Jak można zarobić pieniądze? Znała się jedynie na cygarach i uprawie tytoniu…

Unikając ludzi, poszła nad rzekę i usiadła na brzegu. Była wolna, owszem, ale co jej po takiej wolności, skoro nie może nawet przejść przez most. Przedtem zawsze ktoś jej rozkazywał. Zawsze wiedziała, co ma robić od wschodu do zachodu słońca, dzień w dzień, całymi latami. A teraz?

Ludzie znad rzeki z zaciekawieniem spoglądali na nieruchomą postać Murzynki, która siedziała na brzegu, błądząc wzrokiem po wodzie, po Sewilli… zagubiona w swoich wspomnieniach i myślach o niepewnej przyszłości. Niektórzy wracali tędy po godzinie, dwóch, trzech albo i czterech i widzieli czarną postać, niezmiennie tkwiącą w jednym miejscu.

O zmroku Caridad poczuła głód i pragnienie. Nie miała nic w ustach od czasu, gdy majtek podzielił się z nią okropnie twardym, spleśniałym sucharem i resztką wody. Postanowiła wzmocnić się cygarem, jak robili wszyscy niewolnicy na plantacji tytoniu, kiedy dopadało ich zmęczenie lub głód. Może dlatego pan tak chętnie dawał im fuma — im więcej palili, tym mniej potrzebowali jedzenia. Tytoń zastępował wiele dóbr i nawet można było wymienić go na nowych niewolników. Zapach cygara przyciągnął dwóch mężczyzn wałęsających się wzdłuż brzegu. Zapytali, czy pozwoli im się sztachnąć. Caridad posłusznie podała im cygaro. Palili długo. Stali, rozmawiali, dzielili się cygarem. Caridad, nie ruszając się z miejsca, wyciągnęła po nie rękę.

— Chcesz potrzymać coś w ustach, czarnucho? — Jeden z mężczyzn się roześmiał.

Drugi zaśmiał się jeszcze głośniej, chwycił Caridad za włosy i zmusił ją do podniesienia głowy, podczas gdy ten pierwszy zdejmował portki.

Caridad nie próbowała się opierać.

— Patrzcie, jaka chętna — powiedział nerwowo ten, który trzymał ją za włosy. — Lubisz to robić, Murzynko? — zapytał, przyciskając jej głowę do krocza kolegi. Zgwałcili ją obaj i zostawili rozciągniętą na ziemi.

Caridad poprawiła zmięte ubranie. Gdzie reszta cygara? Widziała, jak jeden z mężczyzn je odrzucił, zanim chwycił ją za włosy. Może nie wpadło do wody. Poczołgała się wśród szuwarów, ostrożnie macając ziemię, żeby nie poparzyć się ogarkiem, jeśli jeszcze się tlił… Jest! Znalazła go nad samą wodą i leżąc na brzuchu, zaciągnęła się z całej siły. Potem usiadła i zamoczyła nogi w rzece. Było zimno, ale na razie tego nie czuła. W ogóle nic nie czuła. Lubisz to robić? — zapytał jeden z nich. Ileż razy ją o to pytano? Najpierw don José, kiedy była jeszcze dzieckiem, świeżo wyrwanym z rodzinnych pieleszy. Wtedy nawet nie zrozumiała, o co pyta ten zaśliniony człowiek, który szybko ją obmacał i rozdziewiczył. Po kilku latach, kiedy pierwszy raz zaszła w ciążę, pan wziął sobie do łóżka nową dziewczynkę, a do niej dobierali się nadzorca i inni niewolnicy z plantacji, którzy, ciężko dysząc, zadawali takie samo pytanie. Jakiś czas później znów przyszło jej rodzić… tym razem w straszliwych bólach. Kiedy po wielu godzinach porodu rozpruto jej brzuch i wydobyto z niego Marcela, zrozumiała, że nigdy więcej nie będzie mogła mieć dzieci. Został jej tylko ten chłopczyk. Lubisz to robić? — słyszała co niedzielę podczas tańca, kiedy jakiś niewolnik brał ją za ramię i wyprowadzał za barak, gdzie gziły się inne pary. Potem wracali, żeby śpiewać i tańczyć bez opamiętania, z nadzieją, że zstąpi w nich któryś z ich bogów. Czasem przerywali taniec i znowu wychodzili za barak. Trudno powiedzieć, żeby to lubiła, bo nigdy nic nie czuła. Ograbiano ją z uczuć kawałek po kawałku, od tamtej pierwszej nocy, kiedy pan ją zgwałcił.

Nie minęła nawet godzina, gdy wrócił jeden z dwóch mężczyzn i wyrwał ją z zadumy.

— Chcesz popracować w moim warsztacie? — zapytał, unosząc kaganek. — Jestem garncarzem.

Co to znaczy garncarz? — zastanawiała się Caridad, wypatrując mężczyzny w ciemności. Chciała jedynie…

— Dasz mi pieniądze na przejście przez most? — spytała.

Mężczyzna dostrzegł wahanie na jej twarzy.

— Chodź ze mną — rozkazał.

To akurat zrozumiała — tak samo mówili czarni, kiedy łapali ją za ramię i wyciągali z baraku. Poszła za nim w kierunku starej Cavy. Kiedy znaleźli się na wysokości Zamku Inkwizycji, garncarz zapytał, nie odwracając głowy:

— Uciekłaś?

— Jestem wolna.

W blasku zamkowych świateł Caridad zobaczyła, że mężczyzna pokiwał głową.

Mały warsztat z częścią mieszkalną na górze znajdował się przy ulicy Alfareros. Weszli do środka i mężczyzna pokazał jej słomiany siennik w rogu, obok pieca i stosu drewna.

Usiadła na sienniku.

— Jutro zaczynasz, a teraz śpij.

Ciepło bijące od żarzącego się pieca ukołysało do snu zziębniętą Caridad — dopiero teraz poczuła, jak bardzo zmarzła nad Gwadalkiwirem.

♦  ♦  ♦

Od czasów muzułmańskich Triana była znana z wyrobów z wypalanej gliny. Wytwarzano tu słynne szkliwione płytki azulejos — na świeżej glinie mistrzowie odciskali sznurem oryginalne wzory, wklęsłe i wypukłe, kreśląc niesamowite obrazy. Jednak w miarę upływu lat te ceramiczne rękodzieła straciły na urodzie, gdyż rzemieślnicy zaczęli je wytwarzać seriami, aby sprostać konkurencji angielskich płytek z krzemienia. Jednocześnie upodobania klienteli ewoluowały w stronę orientalnej porcelany. Rzemiosło na przedmieściu Sewilli podupadło.

Następnego dnia o świcie Caridad przystąpiła do pracy pod uważnym okiem młodego czeladnika, który wyglądał na syna garncarza. Podkładała do pieca, przynosiła glinę, po wielokroć zamiatała podłogę i czyściła piec z popiołu. Tak mijały dni. Nigdy nie widziała, by jakaś kobieta schodziła z górnego piętra. Garncarz chyba nie miał żony, bo nocami odwiedzał Caridad.

Muszę przejść przez most, żeby dostać się do kościoła Aniołów, do bractwa Małych Murzynów, próbowała powiedzieć mu jednej nocy, gdy posiadł ją siłą. Zamiast tego wybąkała:

— A moje pieniądze?

— Pieniądze! Jakie pieniądze? Więcej zjesz, niż wypracujesz, a na dodatek masz gdzie spać — odparł garncarz. — Czego więcej może pragnąć taka czarnucha? Wolisz żebrać na ulicy jak większość wyzwolonych niewolników?

W owym czasie niewolnictwo zaczęło w Sewilli zanikać. Przyczyniły się do tego kryzys demograficzny i gospodarczy, wojna1640 roku — z Portugalią, głównym dostawcą niewolników na sewilski rynek — mór, który spadł na miasto w kolejnych latach, siejąc śmierć wśród czarnych niewolników, a także liczne zapisy wyzwoleńcze poczynione w testamentach przez pobożnych sewilczyków. W miarę osłabiania się rynku Sewilli malała w mieście liczba niewolników.

„Więcej zjesz, niż wypracujesz”, dźwięczało w uszach Caridad. Przypomniała sobie stałą śpiewkę nadzorcy z posiadłości don José. „Moglibyście przynajmniej zapracować na swoje jedzenie!” — krzyczał, spuszczając bat na plecy niewolników. Co to za wolność, jeśli tak niewiele zmieniło się w jej życiu?

Pewnej nocy garncarz nie zszedł do Caridad. Następnej znów go nie było. Zjawił się dopiero trzeciej nocy, lecz wcale nie po to, żeby ją posiąść. Skierował kroki ku drzwiom wejściowym. Wpuścił obcego mężczyznę i wskazał dłonią kąt, gdzie leżała Caridad. Potem czekał pod drzwiami, aż tamten zaspokoi chuć, przyjął pieniądze i wypuścił go na ulicę.

Od tej pory Caridad już nie pracowała w warsztacie. Garncarz zamknął ją w ciasnej, zagraconej klitce w podpiwniczeniu bez okna. Wrzucił do środka siennik i nocnik i wyszedł.

— Tylko nie próbuj krzyczeć ani uciekać, bo zabiję — pogroził, kiedy pierwszy raz przyniósł jej jedzenie. — Twoja śmierć nikogo nie obejdzie.

To prawda, pomyślała z żałością Caridad, gdy mężczyzna przekręcał klucz po drugiej stronie drzwi. Kogo obejdzie jej śmierć?

Usiadła na sienniku z miską zupy jarzynowej w dłoniach. Nigdy dotąd nie grożono jej śmiercią. Właściciele nie zabijali swoich niewolników; znali ich wartość, przeliczali ją na pieniądze. Niewolnik miał służyć swoim panom przez całe życie. Przyuczony do pracy od dziecka, jak w przypadku Caridad, dożywał starości na plantacji tytoniu, trzciny cukrowej albo w cukrowni. Prawo zabraniało odsprzedawać niewolników po cenie wyższej od ceny kupna, toteż żaden właściciel tego nie robił — zwłaszcza gdy już wyuczył niewolnika fachu — żeby nie tracić pieniędzy. Byli bici, zmuszani do pracy ponad siły, ale dobry nadzorca wiedział, jak daleko może się posunąć i gdzie jest granica śmierci. Zdarzało się, że niewolnicy odbierali sobie życie — nieraz o świcie ktoś znajdował ciało Murzyna zwisające bezwładnie z drzewa… albo kilka ciał, gdyż niektórzy niewolnicy decydowali się wspólnie na ten rodzaj ucieczki, ucieczki bez możliwości powrotu. Wtedy pan wpadał w złość, podobnie zresztą, gdy jakaś matka wolała zabić noworodka, niż skazywać go na życie w niewoli. Albo gdy jakiś Murzyn okaleczał się, żeby nie być zdolnym do pracy. A na najbliższej niedzielnej mszy ksiądz z cukrowni krzyczał, że to grzech, groził piekłem, jakby istniało jakieś piekło gorsze od tego, które mieli za życia. Umrzeć? Dlaczego nie? — myślała Caridad, może już pora na ostateczną ucieczkę z tego świata, gdzie nikt na nią nie czeka.

Tej nocy musiała zadowolić dwóch mężczyzn. Potem garncarz zamknął drzwi na klucz i została sama, w kompletnej ciemności. Nie zastanawiała się dłużej. Resztę nocy spędziła na nuceniu jakiejś piosenki, a gdy brzask wpadł przez szpary w drewnianych ścianach, zaczęła grzebać w stosie gratów — znalazła kawałek starego sznura. Paroma pociągnięciami sprawdziła, czy jest dostatecznie mocny. Nie zerwie się, uznała. Zawiązała go sobie na szyi i weszła na rozchybotaną skrzynię. Przerzuciła sznur przez belkę, nad głową, naciągnęła i zawiązała pętlę. Nieraz zazdrościła tym czarnym postaciom, które zwisały z drzewa, zakłócając pogodny pejzaż kubańskiej równiny. Wyzwolone z cierpienia.

— Bóg jest większy od królów! — zawołała. — Pragnę tylko, by moja dusza nie błąkała się po świecie bez celu.

Zeskoczyła ze skrzyni. Sznur wytrzymał pod jej ciężarem, ale belka się złamała i z trzaskiem spadła na ziemię. Hałas był taki, że garncarz natychmiast zjawił się w celi Caridad i przykuł ją łańcuchem. Od tego dnia odmawiała jedzenia i picia. Nie przestawała się modlić o śmierć. Nawet wtedy, gdy garncarz z synem na siłę ją karmili.

Wizyty mężczyzn z ulicy trwały nadal, na ogół jedna na noc, czasem więcej, dopóki pewien starzec, który niezdarnie próbował na nią wejść, nie zerwał się nagle i nie podskoczył do drzwi z zadziwiającą jak na swój wiek zwinnością.

— Ta czarna ma gorączkę! — wykrzyknął. — Nie chcę zarazić się od niej jakąś dziwną chorobą!

Garncarz podszedł do Caridad i położył rękę na jej rozpalonym czole.

— Wynoś się — rozkazał, kopiąc ją po żebrach i szamocząc się z łańcuchem, którym ją wcześniej przykuł. — Już cię tu nie ma! — wrzasnął, gdy udało mu się w końcu uchwycić łańcuch. Złapał tobołek Caridad i wyrzucił go ulicę, nim zdołała się podnieść.

♦  ♦  ♦

Ktoś śpiewa? Czy tylko tak mu się zdawało? Właściwie to nie był śpiew, raczej zawodzenie, zmieszane z dźwiękami nocy. Melchor nadstawił ucha. Znowu usłyszał to samo:

— Yemayá asesú…

Porośnięta sadami i ogrodami nizina Triany była pogrążona w ciemnościach. I mimo że rozpoznawał szum Gwadalkiwiru i szelest wiatru w listowiach, coś, coś…

— Asesú yemayá.

Niby dialog, jakby solista intonował słowa szeptem, a zaraz odpowiadał sobie sam, przyjmując rolę chóru. Melchor obrócił się parę razy, żeby sprawdzić, skąd dobiega ów głos. Na jego kurtce zadźwięczały koraliki. Czerń nocy zakłócał jedynie daleki migot żagwi na murach klasztoru kartuzów.

— Yemayá oloddo.