Wydawca: E-bookowo Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 347 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bookopen, bo po trzydziestce wiele się zmienia - Justyna Lach, Sylwia Jurkiewicz

CHUTNIK, GRASS, NIEWIŃSKA

I INNI 30 – 40-LATKOWIE W JEDNYM, ZBIOROWYM DZIENNIKU!


Znani i nieznani 30 – 40-latkowe w jednym zbiorowym dzienniku. Poznaj „dni” Sylwii Chutnik - powieściopisarki nominowanej do nagrody Nike 2013, Łukasza Grassa - dziennikarza radiowego i telewizyjnego, Ani Lichoty – trzeciej Polki, która zdobyła Koronę Ziemi, Kamila Iwankiewicza – alpinisty, grotołaza i rekordzisty świata w nurkowaniu wysokogórskim, Edyty Niewińskiej – autorki Kosowa, Agnieszki Kalugi – autorki wielokrotnie nagradzanego bloga „Zorkownia” (najlepszy blog w kategorii blogi literackie, blog roku, blog blogerów) a także wielu singli, matek, ojców, wiecznych dzieci i wiecznie zajętych pracoholików w wyjątkowym zbiorowym dzienniku „Bookopen, bo po trzydziestce wiele się zmienia…”!


Kim są współcześni 30 – 40-latkowie? Co myślą, czym się zajmują i jak się czują ze swoim wiekiem?

Bookopen, bo po trzydziestce wiele się zmienia…”, jedyny w swoim rodzaju zbiorowy dziennik ich wszystkich, daje odpowiedź na te pytania!


Jak rozwija się projekt i co nowego, można śledzić na: https://www.facebook.com/bookopenpl


Redakcja Bookopen

Sylwia Jurkiewicz i Justyna Lach, czyli założycielki portalu literacko-społecznościowego bookopen.pl i redaktorki książki „Bookopen, bo po trzydziestce wiele się zmienia…”


Opinie o ebooku Bookopen, bo po trzydziestce wiele się zmienia - Justyna Lach, Sylwia Jurkiewicz

Fragment ebooka Bookopen, bo po trzydziestce wiele się zmienia - Justyna Lach, Sylwia Jurkiewicz

bookopen

bo po trzydziestce wiele się zmienia...

WSPÓLNY DZIENNIK KILKUDZIESIĘCIU AUTORÓW 

30 – 40-LATKÓW ZUPEŁNIE NIEZNANYCH, 

ALE CIEKAWYCH BARDZO RÓŻNYCH, 

choć MOMENTAMI PODOBNYCH, 

SKŁANIAJĄCYCH DO ŚMIECHU ALBO DO REFLEKSJI  

Autorki projektu: Sylwia Jurkiewicz, Justyna Lach

Autorzy:

-a., Adam Kaczanowski, Agnieszka Ianna, Ajsch77, aksu, aloksaj, Ama, an, Ania Lichota, anioł, anka, aryante7, asdf, astonick, Ava, Awangarda, ayel, bebezu, Bees, Belkaly, Betty_boop, CAPRICORN, cinnabun, Clone, czarna_owieczka, czekakot, dede, Desigual, Dorocinek, Edyta Niewińska, eNKa, EWA W., femme.fatale, gabbeah, GoshkA, gudrun, I.Bo, idioteq, Ill lustartor, Imponderabilia, IXS, Jastarnia, Justyna Lach, Kamil Iwankiewicz, katma, Kirk Deponde, Klandestino, LadyMargaret82, Louis C., Łukasz Grass, Madziare, Mała Rudość, mandala, margot, Marta Uparta, martin, Max Piechowski, mekija, Milan O., mimbla, MM, …---…MR D., Misiak, mówmi, musia, Nat, N. Lezneh, Ojciec_wwwirgiliusz, olaf zmit, olgaolgaolga, OntologHobbysta, panthymoty, PEPSI, piątkowa, pprince, postman_shoes, quovadis, Redakcja, Rick Blaine, Rżnięte Szkło, samaniesamotna, setisun, Siula, snark, Sylwia, Sylwia Chutnik, Tomasz Jakub Karandysz, umajona, prof. Waldemar Kuligowski, wilhelmz, Zenek, Zja, zorka

Ilustracje: Kinga Offert – współautorka i wydawca swojej książki „El Mas Santo”, www.offert.com.pl

Projekt okładki: Joanna Szułczyńska

Korekta: Bożena Osada-Wasielewska

© Copyright by Bookopen.pl, 2013

© Copyright by Wydawnictwo Nowy Świat, 2013 (wersja papierowa)

© Copyright by Wydawnictwo e-bookowo, 2013 (wersja elektroniczna)

ISBN 978-83-7859-259-4

Wydanie II 2013

Konwersja do epub i mobi: wydawnictwo e-bookowo

PATRONI MEDIALNI:

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie II 2013

PODZIĘKOWANIA

dla miesięcznika K MAG za wsparcie udzielone w trakcie trwania projektu

Dziękujemy również:

Asi Szułczyńskiej – która zaprojektowała nam stronę internetową,

Michałowi vel Mihu – który sprawił, że zadziałała i prawie nigdy się nie zawieszała,

Kindze Offert – która zilustrowała nasz dziennik,

Wszystkim, którzy w nas wierzyli i nas wspierali

oraz Wszystkim, którzy pisali i którzy tak naprawdę są autorami Bookopen.

Szczególnie dziękujemy Arkowi M.

Bez jego wiary w nas i w ten projekt mogłoby się nie udać…

Justyna i Sylwia

WSTĘP

Jest! Mamy książkę! Nie my, Wy. My wszyscy!

Bookopen to projekt literacko-społecznościowy, którego celem było napisanie pierwszego zbiorowego DZIENNIKA 30 − 40-LATKA. W projekcie udział wzięły 262 osoby, które założyły swoje fiszki w portalu Bookopen.pl i które napisały łącznie 455 tekstów. Otrzymały one blisko 6300 głosów na „tak”, a najlepszy tekst miał tych głosów ponad 200! Bookopen był również miejscem, w którym 30 − 40-latkowie dyskutowali na forum – o byciu singlem, o seksie, dorosłości, Bogu i swoistym dekalogu 30 − 40-latka.

Ale po co to wszystko?

Żeby dowiedzieć się, jaki jest dzisiejszy 30 – 40-latek. Co robi? Czego się boi, czego jeszcze nie wie, a w czym jest już silniejszy i mądrzejszy? Jak i gdzie podrywa i chce być podrywany, jaki jest jej/jego idealny partner, jak sobie radzi z małżeństwem, rodzicielstwem albo z niespełnioną miłością? Jest już dorosły, czy jeszcze nie do końca? Przecież po trzydziestce tak wiele się zmienia!!!

Również po to, żeby pokazać, jak niezwykli i różnorodni są ludzie wokół nas, jak inspirujące mają pomysły, jak potrafią być kreatywni i jak wiele potrafią z siebie dać, żeby realizować własne plany i marzenia. Jak wierzą w to, że razem można zdziałać wielkie rzeczy. Bo można!

Znani i nieznani

Książka, która powstała dzięki portalowi Bookopen.pl, została wzbogacona o kilka dodatkowych tekstów. Dodali je m.in.: Sylwia Chutnik, Łukasz Grass i Edyta Niewińska. Wszystkim 30 – 40-latkom bliżej przyjrzał się prof. Waldemar Kuligowski − jego wstęp otwiera naszą książkę.

I co dalej?

Mamy wielki plan, a raczej wielkie marzenie – żeby „Bookopen” wyszedł poza granice Polski. Chciałybyśmy pozbierać „dni” i przemyślenia ludzi z różnych krajów i stworzyć kolejny wspólny dziennik. Europejski czy nawet światowy! ;-) Wiemy już, jak to zrobić, nie wiemy na razie za co. Szukamy więc sponsora! Jeśli ktoś z Was chciałby nim zostać lub wie, kto mógłby pomóc, piszcie na adres: redakcja@bookopen.pl. Razem zrobiliśmy już bardzo dużo. Wierzymy, że warto rozejrzeć się dalej.

A tymczasem…

…życzymy interesującej lektury!

Książka zawiera tylko wybraną wspólnie w głosowaniach oraz przez Redakcję część tekstów, komentarzy i wątków. Całość można przeczytać na www.bookopen.pl.

Redakcja zamieszcza teksty autorów w oryginale. Są to najczęściej wypowiedzi napisane językiem potocznym, których nierozerwalną częścią są liczne emotikony. Teksty te zawierają również kolokwializmy, słowa zaczerpnięte z języków obcych, neologizmy, skrócenia wyrazów, odstępstwa od reguł ortograficznych itd. Redakcja jednak szanuje indywidualny sposób wyrażania się poszczególnych autorów i dlatego pozwala sobie jedynie na nieliczne skróty, korektę interpunkcyjną, ortograficzną oraz ujednolicenie typograficzne tekstów. Są to zabiegi konieczne, mające na celu ułatwienie odbioru treści przekazanych przez kilkadziesiąt osób, piszących w bardzo różny sposób i korzystających z rozmaitych konwencji literackich.

WALDEMAR KULIGOWSKI

Profesor UAM, antropolog kulturowy, eseista, twórca telewizyjny i filmowy, prowadził pierwszy talk-show w historii TVP Poznań. Wydał 7 książek i ponad 150 publikacji naukowych. Badał Love Parade, festiwale w Serbii i Albanii, alternatywę w Niemczech i Polsce. Ostatnio urzeczony karnawałem w Santa Cruz.

MIŁOŚĆ W DOMU GRY

Książka, do której Państwo zaglądacie, jest intymnym dziennikiem kilkudziesięciu osób. Wszyscy z nich – zarówno kobiety, jak i mężczyźni – urodzili się w ciągu dwóch dekad, a były to lata 70. i 80. XX wieku. Jeszcze przed okrągłym stołem, Mazowieckim i reunifikacją Niemiec. Biologicznie rzecz biorąc, dojrzewanie i dorastanie mają zatem za sobą: zęby są już stałe, co więcej, zaczynają się psuć; cechy płciowe wykształciły się w sposób definitywny; szarych komórek ani centymetrów wzrostu już nie przybywa (i niekoniecznie oznacza to, że zastąpił je błogi constans); najbardziej ważkie decyzje życiowe zostały podjęte; emocje, które miały nad poziomy wylecieć, już wyleciały. Z licznych zapisków dowiadujemy się jednak, że zamiast spodziewanej małej stabilizacji często pojawia się mała apokalipsa.

Czy jest coś, co poza metrykalną bliskością łączy autorów/bohaterów tej książki? Zaryzykuję tezę, że każdy z nich w słoneczne dni dzieciństwa grał w klipę albo w gumę, w ziemia parzy albo w dwa ognie, w państwa-miasta albo w ojca i matkę, że urządzał wyścigi kapsli albo wieczorne podchody. Pewnie jeszcze pamiętają reguły, jeszcze czują dotyk drewnianej rękojeści noża czy satysfakcję z trafienia piłką w przeciwnika. W co wszakże grają dzisiaj? Wachlarz możliwości jest dosyć szeroki: grają w singielstwo, grają w korporację, w weekendowe imprezowanie, w świadome macierzyństwo, w świadome nie-macierzyństwo, w hipsterkę, w rozwód, w zdradę, w podsumowania, gdy okazuje się, że w życiu jest już raczej po południu…

Studia wyższe rozpoczynają dzisiaj ludzie urodzeni w ostatnich latach ostatniej dekady minionego stulecia. Wydaje się, że czasy wcześniejsze są odległe, a ludzie z nich pochodzący to antypoda młodości. W ich wypadku może chodzić co najwyżej o młodość z rynku wtórnego, na pewno nie o extra vergine. Zupełnie niedawno jedna z najbardziej popularnych polskich aktorek udzieliła wywiadu o tyle szczególnego, że jubileuszowego, na swoje 40. urodziny (towarzyszyła mu sesja fotograficzna z bohaterką w skąpym bikini). Wyznała w nim dziennikarzowi, że chce wreszcie poważnie pomyśleć o życiu, przewartościować priorytety, założyć rodzinę, urodzić wymarzoną pociechę. Słowem, ustatkować się i nieodwołalnie wydorośleć. Pół wieku temu taka deklaracja byłaby skandalem; kobieta mająca czwarty krzyżyk na karku miałaby nie tylko urodzone, ale i pewnie odchowane dzieci, „starego” do wykarmienia oraz głęboką obawę przed pokazaniem się komuś obcemu w odważnie skrojonym stroju kąpielowym. Co się stało?

Roztropny niemiecki filozof Odo Marquard twierdzi oto, że „przestaliśmy dorośleć”. Najważniejsze pytanie, jakie stawiają sobie miliony ludzi, nie dotyczy globalnego ocieplenia, zderzenia cywilizacji ani kultury typu instant; dzisiaj ono brzmi: Jak pozostać młodym? Próby poszukiwania zadowalającej odpowiedzi zwykle prowadzą do uprawiania ekstremalnych sportów, stosowania diet, używania kosmetyków, nawiedzania sal treningowych, kultywowania fitness, kończąc ucieczką w fantasmagoryczne podróże. Innym, powszechnym rodzajem ucieczki przed wstydliwą dorosłością jest ława szkolna. Studia wszelkich stopni i trybów, kursy, programy dokształcające, szkolenia obejmujące całość ludzkiego doświadczenia zupełnie poważnie każą brać pod uwagę taką możliwość, że w ławie szkolnej spędzimy całe życie. Człowiek przekształcony w permanentnego ucznia nieuchronnie pozostaje dzieckiem, bo jak ono nie doświadcza świata sam, ale zadowala się doświadczeniem cudzym i jego się uczy. To nakierowanie na pozostanie dzieckiem, wrażliwcem, osobą spontaniczną – jakkolwiek waloryzowane nader pozytywnie – jest dla filozofa tożsame z niezdolnością do bycia dorosłym. „Chwaląc dziecko – pisze on – chwalimy tylko własną słabość”.

Sięgnijmy po jeszcze jednego akademika. Hanna Świda-Ziemba, nieżyjąca już polska socjolożka, jawi się jako niedościgła badaczka kolejnych pokoleń młodych Polaków. Zaczęła swoje analizy już w latach 50., by doprowadzić je aż do początku XXI wieku. Nie ominęła więc także autorów/bohaterów niniejszego tomu. Odnosząc się do nich właśnie, pisała o tzw. „kategoriach osiowych”. Pani profesor miała na myśli pojęcia dla nich charakterystyczne, zajmujące pierwsze pozycje w światopoglądowym top of the top. Przedstawiła długą listę 80 takich pojęć, a badani mieli z nich wybrać słowa klucze, tworzące ich kod, ich kulturowe DNA. Wyłonił się z tego obraz arcyciekawy. Fundamentami owego kodu okazały się kolejno: sukces, ambicje, siła przebicia, atrakcyjność, inwestowanie w siebie oraz niezależność. Niżej wartościowano: inteligencję, kreatywność, samorealizację, popularność. Natomiast na samym dole tej skali znalazły się: patriotyzm, tradycja, skromność, honor, grzech, dojrzałość duchem, sumienie, kształtowanie charakteru.

Poświadczenie akademickich ustaleń Marquarda oraz Świdy-Ziemby znajdziemy i tutaj. „Wypadałoby wierzyć, że w człowieku dokonuje się postęp i pytania z dzieciństwa dawno odfajkowane” (N. Lezneh), zauważa jeden z autorów, ale jest to słaba wiara. Jestem z pokolenia, które „nie musi chodzić do szkoły z obowiązku” (Marta Uparta), oświadcza inny, lecz wypada się domyślać, że to po prostu kamuflaż braku chęci do dorastania. Wiele mamy deklaracji ironiczno-buńczucznych: „30-latek już nie musi udawać orgazmu”; „będę przynajmniej 6 razy w tygodniu spał we własnym łóżku” (MR D.); „będę chodził w tygodniu tyle razy na siłownię, co do pubu” (Ajsch77); „nie będę czekać na telefon, sama zadzwonię i zaproszę na wino” (femme.fatale); „trzydziestolatek może pyskować starszym” (Marta Uparta); „nie jestem taka naiwna” (Quovadis). Postacie z zamieszczonych w tomie tekstów są mniej więcej w połowie drogi między dzieckiem a dorosłym. Czasem jest to źródłem zgorzknienia, czasem satysfakcji. „Jestem starsza, a co najważniejsze, jestem matką” (Quovadis), trzeźwo i krzepiąco dostrzega swoje położenie jedna z autorek. W innym miejscu znajdziemy wyznanie o „błogim stanie parzystości” (Setisun). Warto się przy nim zatrzymać. Znacząca większość intymnych wyznań z tego zbioru dotyczy bowiem miłości, opowiada o jej poszukiwaniu albo utracie. Ma się nieomal wrażenie, że autorzy/bohaterzy uczestniczą w niekończącej się miłosnej narracji, wobec której wszystkie inne składniki codzienności – praca, religia, obyczaje, polityka to jedynie didaskalia. Liczy się jedynie ów „błogi stan”.

Czy fakt ten nie przeczy „kategoriom osiowym”, napędzanym przez orientację na sukces, niezależność (jak być z kimś, gdy się chce pozostać niezależnym?) i samorealizację? Przywołana już badaczka przekonuje nas, że nie ma sprzeczności, że bardzo wielu Polaków i Polek jako wartość centralną w swoim życiu wskazuje właśnie miłość. Przy czym ma ona nie tylko pieścić ich przekarmione konsumenckie ego, ale też dawać jakże cenne (bo coraz rzadsze) poczucie przynależności, trwałego związania, poszczególności swojego życia.

Redaktorki prezentowanego tomu miały doskonały pomysł i zrealizowały go z podziwu godną skutecznością. Metrykalnie, jak się dowiadujemy, bliskie są zaproszonym tutaj autorom. Jako bardzo nęcące pytanie jawi się kwestia, czy i one „pasują” do osób zamieszkujących strony tej książki, czy są do nich podobne, w iście prestidigitatorski sposób łącząc w sobie nawyki wykształcone pospołu przez brutalny neoliberalizm, ewangeliczny etap transformacji oraz romantyczny model miłości, nadal w Polsce dominujący? Zostawmy jednak tę kwestię nierozstrzygniętą. Zbiór ten niesie bowiem – jakkolwiek w formie niestandardowej – frapujący wgląd w życie i uczynki współczesnych trzydziesto- i czterdziestolatków. Jak wspomniałem, z ich intymnych notatek wynika, że powodem strapień, radości oraz uniesień największych jest miłość. Nie mam wątpliwości, że zdumiewający to wniosek, który potraktować trzeba jak najbardziej serio. Mylą się więc obrażeni na rzeczywistość publicyści, którzy roztaczają ponure wizje cywilizacji śmierci. Tom ten przekonuje wszak, że jego autorzy i bohaterowie żyją w kulturze miłości, która ma nieskończenie wiele twarzy.

Waldemar Kuligowski

O NAS, CZYLI REDAKCJA SIĘ PRZEDSTAWIA

SYLWIA JURKIEWICZ

Długo godziła się z faktem, że nie wszystko musi być poukładane i na swoim miejscu. W końcu udało się! Jest pewna, że jak w coś wierzy się naprawdę, to to musi się udać. Uważa, że trzydziestka niczego nie zmienia, ale trzydziestka trójka już tak.

Z charakteru:

Perfekcjonistka, która potrafi odpuścić i poświęcić wiele, żeby robić w życiu to, co pochłania zupełnie.

Jeśli chodzi o literaturę, to…

…posiada dużo książek – część z nich jest raczej do oglądania niż do czytania i te lubi najbardziej.

Lubi:

Dobry design i ładne przedmioty użytkowe, rozrzutność, leżenie w hamaku, pustkę w głowie, blond whisky, obiady u mamy, ludzi, podróże i wszelkie planowanie rzeczy wielkich i trudnych, szczególnie w realizacji.

Chciałaby:

Mieć ogromny własny jacht, na który zaprosiłaby wszystkich swoich znajomych.

JUSTYNA LACH

Przez ostatnie dwa lata ciągle coś zmienia, zamienia, wymienia, wprowadza i wyprowadza. Trzydzieste urodziny nie zrobiły na niej większego wrażenia, ponieważ w zależności od okoliczności czuje się jak 17- lub 70-latka.

Z charakteru:

Trudno powiedzieć. Czasem spokojna i zrównoważona, czasem wybucha napadami niekontrolowanego śmiechu.

Jeśli chodzi o literaturę, to…

…dużo czyta, kiedy jest sama. Laureatka konkursu literackiego „Mężczyzna na zakręcie” „Gazety Wyborczej”.

Lubi:

Wynajdować na Allegro duńskie meble z lat 60., żarty słowne, jazdę rowerem i na nartach, botwinkę i makarony, filmy i książki o życiu.

Chciałaby:

Znajdować więcej ładnych duńskich mebli z lat 60., pojechać w Himalaje, częściej mieć poczucie, że wszystko jest dokładnie tak, jak ma być.

29.05.2011

NA DOBRY POCZĄTEK

Redakcja

JUSTYNA: Miałyśmy jechać dookoła świata…

SYLA: Wszystkie wróżki to potwierdziły! (śmiech)

JUSTYNA: Tam, wróżki… Najważniejsze, że potwierdził to sponsor!

SYLA: Z którym negocjowałyśmy pół roku…

JUSTYNA: I który wycofał się dokładnie wtedy, gdy już zdążyłam zwolnić się z pracy.

SYLA: Zdążyłyśmy już też kupić bilety do Nowej Zelandii i całe mnóstwo BARDZO POTRZEBNYCH PODRÓŻNYCH GADŻETÓW.

JUSTYNA: One przynajmniej nie straciły ważności…

SYLA: Tak samo jak nasz pomysł…

JUSTYNA: Ale na to wpadłyśmy dopiero wtedy, gdy minęła nam depresja…

SYLA: Czyli jak już zjadłyśmy wszystkie kupione na podróż batoniki. (śmiech)

Na samą myśl o batonikach robimy się głodne, idziemy więc do kuchni coś przekąsić. A po jedzeniu, wiadomo, trzeba zapalić… Skoro nie jedziemy, nie rzucamy!

SYLA: Tylko nie pisz, że palimy, bo ludzie pomyślą, że mamy osad na zębach.

JUSTYNA: Żółte palce i szarą cerę. (śmiech)

SYLA: Całe szczęście, że jest Photoshop i na zdjęciach nie widać.

JUSTYNA: No właśnie… zdjęcia miały być ze świata.

SYLA: A są z naszej kanapowej sesji.

JUSTYNA: I niestety, mimo ogromnego talentu i starań Andrzeja, wyglądamy na niej jak dwa nieszczęścia.

SYLA: No… czyli tak, jak się czułyśmy. (śmiech)

JUSTYNA: No dobra, bo nigdy nie dojdziemy, jak to było.

SYLA: Miałyśmy jechać dookoła świata.

JUSTYNA: I zbierać materiał do pierwszego dziennika z podróży, w którym każdy dzień byłby pisany nie przez nas, a przez inną osobę, którą spotkamy po drodze.

SYLA: Przez kogoś, kto naprawę zna miejsca, w których my byłybyśmy tylko przez chwilę. Znaczy przez jakiegoś tubylca.

JUSTYNA: Tambylca.

SYLA: Tu- i tambylca. Dzięki temu byłoby i różnorodnie – bo dużo osób z różnych miejsc świata by pisało, i ciekawie – bo wybierałybyśmy takich, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia.

JUSTYNA: Ciekawe było też to, że każdy miał pisać w swoim języku.

SYLA: A my byśmy to potem poskładały, przetłumaczyły i… wydały!

JUSTYNA: No i być może wydamy!

SYLA: Tylko coś trochę innego! (śmiech)

JUSTYNA: To Ty wpadłaś na pomysł, żeby ten nasz projekt przenieść do Internetu.

SYLA: Skoro my nie możemy pojechać do ludzi, ludzie przyjadą do nas! (śmiech)

JUSTYNA: I stworzymy pierwszy na świecie, a w Polsce to już na pewno, dziennik, w którym każdy dzień pisany jest przez inną osobę.

SYLA: 30-letnią osobę…

JUSTYNA: Mniej więcej, oczywiście. Wszyscy, 27- i 44-latkowie też są mile widziani…

SYLA: Nie mów tak. Bo ktoś będzie miał 45 i się obrazi.

JUSTYNA: O rany! Chodzi tylko o to, że trochę postanowiłyśmy zawęzić grupę docelową, żeby się to wszystko za bardzo nie rozlazło. A że same jesteśmy 30-parolatkami to tak wyszło.

SYLA: I przy okazji chcemy się dowiedzieć, jak inni sobie radzą z tym, z czym my nie za bardzo.

JUSTYNA: Że z życiem tak w ogóle?

SYLA: Z dorosłym życiem.

JUSTYNA: O matko! (śmiech)

Oglądamy pierwsze projekty naszej strony internetowej. Dzięki Asi wygląda dokładnie tak, jak chciałyśmy, a dzięki Michałowi zaczyna działać i można już dodawać wpisy!

SYLA: A jak nikt nie będzie chciał pisać?

JUSTYNA: To będą rysować, też można. (śmiech)

SYLA: No ale jak nikt nie będzie chciał ani pisać, ani rysować?

JUSTYNA: Daj spokój… w końcu mamy trochę znajomych, na pewno któryś z nich coś napisze… Jakoś ich przekupimy…

SYLA: No i mamy profile, znaczy fiszki! Nawet jak ktoś nie lubi pisać, to może się do naszej około 30-latkowej społeczności zapisać, żeby podpatrywać, co piszą inni.

JUSTYNA: No… i może poznać kogoś przy okazji…

SYLA: Przy okazji…

Po dwóch miesiącach, kilkunastu drinkach i kilkudziesięciu zapisanych kartach i karteczkach wszystko w końcu działa jak należy.

JUSTYNA: To co, startujemy?

SYLA: Startujemy!

JUSTYNA: Ciekawe, dokąd dolecimy?

SYLA: No, raczej nie do Nowej Zelandii.

JUSTYNA: Ale jakoś mam wrażenie, że tam będzie jeszcze ciekawiej!

31.05.2011 96 TOPÓW – 7 MIEJSCE W TOP 10

JAK CO DZIEŃ

MILAN O.

Dzień z życia 30-latka. Dzień jak co dzień.

Rano kawa. Tylko szybko, bo przecież Magda się spóźni do pracy. Zawsze się spóźnia i to wcale nie przez moją kawę, tylko przez pomadkę czerwoną i cienie wrzosowe i róż na policzkach różowy i prostownicę nierozgrzaną i bluzkę niewyprasowaną i buty…

− Milan! Gdzie jest mój drugi but?

„W mojej torbie na laptopa”, mam ochotę odpowiedzieć, ale potulnie schylam się pod szafkę i wyciągam czarnego pantofelka. Nie wiem, jak to się dzieje z tymi butami. Zawsze się tam chowają.

No więc jedziemy do pracy. Magda wysiada najpierw, ja jadę dalej. Magda pracuje w dużej międzynarodowej firmie, często jeździ na spotkania z klientami, musi ładnie wyglądać i mówić wszystkim „dzień dobry”. Również w językach obcych. Ja pracuję w firmie polskiej i po angielsku słychać u nas tylko Frediego Mercurego, którego kumpel zza biurka jest fanatycznym wielbicielem.

− To much love will kill you… − wita mnie od progu. Na co mam ochotę mu zanucić, że kto jak kto, ale on nie musi się tego obawiać. Marcin od dawna jest sam. Znaczy jest singlem. Znaczy po prostu nie ma laski. Bynajmniej nie z wyboru. Po prostu tak wyszło. Po prostu nie spotkał tej właściwej. Po prostu już nawet nie chce mu się tłumaczyć, dlaczego akurat. Poza tym dobrze jest, jak jest. Taka laska… same problemy. Odpowiedzialność. „Popatrz na siebie”, mówi czasem. „Popatrz na siebie i się zastanów. Każdy telefon – stajesz na baczność. Każda zachcianka − od razu lecisz. Każdy wieczór − szybko do domu. Kiedy ostatnio byłeś na piwie tylko z kumplami, no kiedy?”

− A Ty? − pytam uprzejmie.

− No nie byłem, bo wszyscy mają laski.

No… siadam za biurkiem i nienerwowo rozkładam papiery. Potem je składam. Potem przekładam. Potem segreguję. Potem idę po inne i je też rozkładam. I składam. I odnoszę. Potem przychodzi Michalinka. Że czy ktoś chce coś do jedzenia. Bo idzie. No to chcemy i robi się godzina przerwy. Gadamy, co kto widział. W telewizji i w ogóle. Czy lepszy Majewski czy Wojewódzki. Mołek czy Wellman. Że Facebook się kończy i jest bez sensu. Choć każdy z nas ma po dwustu „znajomych” i co tydzień aktualizuje swoje zdjęcia. No ale się kończy. Jakby ktoś się pytał, to dzisiaj ogłosiliśmy jego upadłość. Nie możemy jednak dłużej pochylić się na tym faktem, bo akurat wchodzi bardzo ważny klient i trzeba się nim zająć. W popłochu drukować dokumenty. Rozłożyć na stole. Podać kawę w międzyczasie, poklepać po ramieniu. Zapytać, jak leci. No i w końcu przejść do rzeczy. O matko… rzeczy miały się nieciekawie.

O 18.00 dzwoni Magda. Że czeka. A ja gdzie jestem? Jak to gdzie, w biurze, u siebie, już wyjeżdżam.

− Zawsze to samo − mówi ona i ma rację. Ale swojego auta nie chce mieć. Bo nie ma prawa jazdy. I też nie chce. Przecież ma mnie.

− No ale czasem właśnie nie masz − tłumaczę jej jak dziecku.

− Zawsze mam − odpowiada jak dziecko.

Więc się spieszę. W popłochu pakuję papiery, laptop do torby, torba do samochodu, samochód do przodu.

− Co jemy dzisiaj na kolację? − Magda zagląda do lodówki, a ja mam wrażenie, że wszystkie dni, wszystkie kolejne dni ostatnich sześciu lat mogłyby streścić się w tym jednym zdaniu: „Co jemy dzisiaj na kolację?”. Każdego dnia, o tej samej porze, z tym samym przykucnięciem przy lodówce pada to sakramentalne zdanie. Nieważne, czy jest poniedziałek, piątek czy niedziela. Problem kolacyjnego menu pojawia się codziennie. A ja codziennie odpowiadam, że nie wiem, żeby zobaczyła, co jest, że mogę coś ugotować, jeśli jest zmęczona, możemy też gdzieś wyjść. Wyjść. No właśnie.

− Magda… − mówię i sam się dziwię, że słyszę siebie, który to mówi. − Wychodzę.

− Słucham? − mówi ona. − Przecież wszystko mamy. Jest sałatka i makaron od wczoraj.

− Wychodzę na drinka. Na piwo, na wódkę, cokolwiek.

− Słucham? − mówi jeszcze głośniej i staje przy lodówce.

− To dobrze, że słuchasz. Nie czekaj na mnie z kolacją. Pa.

Wychodzę i dzwonię do Marcina.

− To co, kolego? Kiedy ostatnio byłeś z kumplem na piwie?

05.06.2011

LOUIS C.

08.06.2011 137 TOPÓW – 3 MIEJSCE W TOP 10

SPONSORKA?

MANDALA

− Czy ja płacę za ten seks? − patrzyłam na barmana wyczekująco pochylona nad moją kończącą się Margaritą.

− Czy to, co ja robię, to płacenie za seks? − uściśliłam pytanie. − Czy te pieniądze, które wydaję na niego, to zapłata za ten seks, który on mi daje? Ja mam 27 lat. Dwudziestosiedmiolatki nie płacą za seks! On ma 21 lat. Jeszcze chwilę temu przychodził do mnie prawie codziennie. Dziś przychodzi wtedy, kiedy napiszę z pozoru obojętne, podskórnie rozpaczliwe: „Bądź dzisiaj”. SMS: 30 groszy − chwyciłam leżący na barze kalkulator i wstukałam kwotę. − Zawsze kupuję mu browar, nie jeden, ale trzy co najmniej. Bo on się musi zrelaksować, rozluźnić. Co, on wodę ma pić? Czy on wygląda na jebanego kaktusa? Herbatę to mogę swojej matce zrobić. Piwo: 10 zł. Dla mnie wino. 40 zł − wstukałam. − Robię kolację, obiad. Czasami on prosi o pizzę, gdy jest naprawdę głodny. Ale nie zje byle pizzy. Zje tylko tę najdroższą. Tylko i wyłącznie z tej-a-tej pizzeri. Obiad: 50 zł. Potem się kochamy. Ja kupuję prezerwatywy. Prezerwatywy: 6 zł. No a potem on przypomina sobie, że jutro ma egzamin, że okno niezamknięte na tym jego 10 piętrze, że komputer kolegi do naprawy, że zapuścił na torrentach fajny horror, że nie wziął gaci na zmianę. I znika. Ale zanim zniknie, czy ja go wypuszczę samego? − zaczęłam naśladować jego ruchy, ton, głos, mimikę. − Na Wildę? Na dziką Wildę? Samego w środku nocy. Piechotą? Tramwaj jest daleko. Latarnie nie działają. Jeszcze go sklepią jakieś żule. Ja go przecież nie odprowadzę na przystanek, bo sama oberwę. Ma iść na ten tramwaj przez tę zakazaną dzielnicę? Jak go sklepią, to moja wina będzie! Żebym wiedziała! A jak wyląduje w szpitalu? Pobity, połamany. Jak on się boi szpitali. I kariera sportowa w pi…u pójdzie. No więc zamawiam taksówkę. Pod sam dom, tak, niech pan stanie tuż przy bramie. Spod drzwi do drzwi. Wiem, ile kosztuje taksówka do niego. 22 zł. Ale on bierze 30 − na wszelki wypadek. Taksówka: 30 zł − dodałam na kalkulatorze. − Wychodząc, rzuca okiem do lodówki. Bo zgłodniał. Bo ja tylko seks i seks i go zmęczyłam. A on jest młody i ciągle mu się jeść chce. A po seksie toby zjadł wszystko. No ale czasu już nie ma, bo taksa czeka. To on na drogę weźmie. O, to weźmie i sera trochę. A to co? Pesto? Może być pesto. Nie jadł nigdy, ale zje. To już idzie. A to piwo to będę pić? Przecież mam wino. A piwo nie wino − im dłużej poleży, tym wcale lepsze nie będzie. To on je weźmie. Z wypchanymi kieszeniami schodzi do taksówki i odjeżdża. Jedzenie 20 zł. Razem − pochyliłam się nad kalkulatorem − 156,30 zł. Jedna jego wizyta − 156,30 zł!!! Wyobraża pan sobie!

Dopiłam drinka jednym haustem.

− Booooże. Czy ja płacę za ten seks???

KOMENTARZE

Clone | 10.06.2011 − 13:46

Mandala. Ja bym wina nie wliczał w ogólny koszt, bo to jakaś przyjemność dla Ciebie. A propos przyjemności. Warto chociaż było ponieść pozostałe koszty? :P

mandala | 12.06.2011 − 21:53

Liczyłam na „ułaskawienie”, a nie wyrok: „PŁACI” :) Co do kosztów i czy warto było… Kurde, drogo trochę, nie? ;)

Clone | 13.06.2011 − 09:47

Hmm. Znam droższe „przyjemności” ;-) Pytanie, na które warto sobie odpowiedzieć, to czy warte są swojej ceny. Jeśli tak, to czemu nie zapłacić. Ale jeśli nie… Odpowiedź jest prosta ;-)

olgaolgaolga | 16.06.2011 − 16:48

Mój 23-latek sam płacił za siebie i za mnie, a ja głupia go rzuciłam…

mandala | 16.06.2011 − 18:27

Olga: Może dobrze zrobiłaś. „Płacenie za” nie powinno być chyba głównym kryterium.

gabbeah | 03.07.2011 − 01:11

A jakie powinno być Główne Kryterium? Kojarzy mi się z Dworcem Głównym… Wiele dróg we wszystkie strony.

wilhelmz | 14.07.2011 − 12:17

Teraz po prostu nie ma nic za darmo :)

Zja | 18.07.2011 − 23:50

Płacę, nie płacę… Ważne, że sex jest!

mandala | 25.07.2011 − 21:31

Zja − absolutnie się nie zgodzę. Jak dla mnie różnica jest zasadnicza.

Ajsch77 | 01.08.2011 − 15:52

Zgadzam się z Mandalą. Pytanie o to, co jest motywacją − kasa czy fascynacja.

Ama | 03.08.2011 − 12:16

Zaraz, zaraz − a on to nie płaci? :)

SMS w odpowiedzi, to raz. Prysznic, golenie, mycie zębów i włosów (woda, kosmetyki, prąd), to dwa. Dojazd (taksówka albo autobus), to trzy. Kto wie, może czasem z kwiatami nawet przyjedzie? Co najmniej kilkadziesiąt złotych!

mandala | 08.08.2011 − 21:41

Fakt, Ama − nigdy o tym nie pomyślałam! :)

…---… MR D. | 24.10.2011 − 18:26

Zbytki i luksusy. Szklanka wody zamiast i mamy ersatz.

anioł | 19.01.2012 − 12:47

Ja bym mu jeszcze Kinder Biovital kupiła…

MANDALA, czyli KATARZYNA MATUSZYK

Miejscowość: Poznań

Rocznik: długo leżakujący

Zajęcie: puk! puk! kup! kup!

Zacięcie: spanie, wspinanie, śpiewanie

WYWIAD Z MANDALĄ

Twój tekst „Sponsorka” wywołał na BO największe poruszenie, był też najczęściej cytowanym tekstem projektu. Zdawałaś sobie sprawę z tego, że piszesz o czymś, czego nikt wcześniej nie odważył się nazwać po imieniu?

Ależ odważył. Mówi się o „kobietach kuguarach” spotykających się z młodszymi facetami. Może to coś innego niż dziewczyna ze „Sponsorki”, ale ten temat już się pojawił. A że tekst był często cytowany… Cóż, widać, Redakcja uznała, że „sex sells” i postanowiła promować projekt opowieścią o sponsorce. (śmiech)

To też… ale Redakcja dawała zazwyczaj kilka tekstów do wyboru i jakoś zawsze wybór padał na Twój. Pisałaś, czerpiąc z własnego doświadczenia, czy to czysta „fikcja literacka”?

Jak chyba wiele tekstów to wypadkowa rzeczywistości i fikcji. Czasami wystarczy autentyczne zdarzenie podrasować, podkolorować i wychodzi nam niebywała historia. Tak było również w tym wypadku. Sam romans był prawdą, ale już rozważanie o tym, ile wydaję na te spotkania, było lekko naciągnięte. Wtedy o tym nie myślałam.

Myślisz, że poruszenie byłoby tak samo duże, gdyby taki sam tekst napisał facet?

Myślę, że target projektu był taki, że faceta by zlinczowano i prychano z pogardą, a mnie, kobiecie, gratulowano odwagi i pytano, czy seks był wart tej kasy.

Czytałam niedawno artykuł w Wysokich Obcasach o związkach z dużą różnicą wieku. Kobieta, która wiąże się z dużo młodszym facetem, to według stereotypów właśnie najczęściej „sponsorka”. Myślisz, że to prawda?

To równie krzywdzące jak twierdzenie, że młoda kobieta widzi w starszym mężczyźnie tylko portfel albo spadek. Ludzie są cudownie różni – niech się zakochują, uprawiają seks i rzucają bez względu na wiek, płeć, rasę, stan materialny. Myślę, że postrzelona 40-latka prędzej znajdzie bratnią duszę w 20-latku niż w zdziadziałym rówieśniku. Jest też inna kwestia: wielu panów po trzydziestce to wciąż „duże dzieci”. Więc co za różnica, czy spotykam się z 20-letnim dzieciakiem, czy z 40-letnim?

No właśnie… Jednym z Twoich tekstów na BO jest „Bajka na dziś”. Jaki powinien być Twój „książę” (oprócz tego, że powinien pamiętać o szczęśliwym zakończeniu)?

Przede wszystkim nie powinien być „księciem”, bo ze mnie średnia księżniczka jest. Moglibyśmy być dwoma smokami, które latają sobie po świecie: tu zjedzą owieczkę, tam obalą złą królową, a gdzie indziej po prostu poleżą na trawce, ziejąc ogniem. A potem to ładnie opiszą i sfotografują. Ja oczywiście byłabym tym ładniejszym smokiem.

Smok-Mandala dobrze się czuje ze swoimi 30 – 40 latami?

Wyśmienicie. Po trzydziestce nagle uświadamiasz sobie, jakimi bzdurami przejmowałaś się jako 20-latka i uwalniasz się od głupich problemów. Teraz czuję się mądrzejsza i seksowniejsza z każdym mijającym rokiem. I oby tak do setki! ;)

Na BO jest więcej Twoich tekstów, ale właściwie w żadnym nie mówisz za wiele o sobie. Kim jest Mandala?

Ale te teksty mówią wiele o mnie. Po prostu nie wszystkie są pisane w pierwszej osobie, nie mają formy pamiętnika, ale ja w nich jestem. A kim jest Mandala? Kimś, kto bardzo lubi kopnąć kogoś w kostkę, żeby się ocknął. Ale bezpieczniej jest to robić anonimowo, na papierze, niż na co dzień. Nie potrafię powiedzieć znajomym, że rzeczy stały się dla nich ważniejsze niż ludzie. Ale mnie to wkurza i dlatego o tym piszę. Z nadzieją, że przeczytają i zrozumieją, że to o nich.

FISZKA

BEES

Miejscowość: Poznań

Rocznik: 1978

Zajęcie: przynoszące jakiś dochód

Zacięcie: zapisywanie chwil

Lubię: ciepło

Bywam: tu i tam

Polecam: naukę niemyślenia przez pryzmat „JA”

Chcę się pochwalić: że zaczęłam się uczyć. Niedawno

30-latek już może: szczerze powiedzieć, że jeszcze nie potrafi do końca

30-latek już nie musi: kryć się z powiedzeniem „nie umiem”

30-latek wie już na pewno: że warto nauczyć się mówić

30-latek już chciałby: być nieletnim z wiedzą i doświadczeniem trzydziestolatka. Oraz chciałby umieć z tej wiedzy czerpać

09.06.2011 108 TOPÓW − 5 MIEJSCE W TOP 10

Sex z Ex

Bees

Niewinna kawa? − zapytał komunikatorem.

Kawa z Pieszczuchem? Jasne. Kawa… No ma żonę, ma, myślała sobie, ale myślała też sobie, że słabość mieli do siebie od LO. W LO też za rękę razem chodzili. Potem on ją porzucił, jak twierdziła ona, a on natomiast trwał na stanowisku, że porzuciła go ona.

Potem z innymi za ręce chodzili, innym obrączki na palce założyli, a jeszcze potem ona postanowiła się jednak odobrączkować. Pieszczuch natomiast siedział w swoim domowym gniazdeczku, ale nie ćwierkał w nim raczej zbyt entuzjastycznie.

Kawa? Jasne, z Tobą zawsze − odklikała.

Kawy raczej razem nie pijali. Przynajmniej sobie nie przypominała. Gin pijali i tequillę. Absynt też im się zdarzyło, choć to pamiętała raczej mgliście. Łatwiej byłoby chyba wymienić, czego razem nie pili. Do tych wymienialnych zaliczały się m.in. kawa oraz herbata.

To co? Spontan jak kiedyś? Dzisiaj po pracy? − jęknęło znowu.

Jęknęła i ona. Środek tygodnia. Deadline’y. Nowe briefy. Już jej zaczęło w skroniach pulsować.

W mózgu też jej zaczęło pulsować, bo trzeba wyjść wcześniej z pracy, żeby na termin „po pracy” być prosto spod prysznica. Że niby świeża cały dzień jest. Wyszła dwie godziny wcześniej. Ciuchy wybierała więcej niż godzinę. Bo przecież na kawie niewinnej trzeba wyglądać ładnie. Nie, żeby się zorientował, że to dla niego, że na co dzień bojówki nosi. Po raz kolejny skonstatowała, że kompletnie nie ma się w co ubrać. Kolejna konstatacja, że zmarszczki ma, że znowu przytyła, że bez sensu, no. No bez sensu.

Nic się nie zmienił. Nawet zaryzykowałaby stwierdzenie, że wyprzystojniał jeszcze. Ten sam zapach co 16 lat temu. Jak on to robi?

Jedno, drugie, kolejne piwo. Ona kręci włosy niby bezwiednie, on pali za dużo, opuszczając wzrok pod jej spojrzeniami. Ona słucha uważnie każdego jego słowa. Kiwa głową ze zrozumieniem. On wreszcie może się komuś wygadać. Świeczki, kanapa, ludzie dookoła. Wspomnienia, relacje, szepty i coraz są bliżej. Ludzi dookoła robi się za dużo. Zmieniają miejscówkę i siadają w parku na ławce z kolejnymi piwami. Gesty. Coraz więcej gestów. Umyka jej gdzieś w myślowy niebyt myśl, że przecież on ma żonę. Coraz więcej zaczyna jej umykać. Coraz dalej od TAM jest, a coraz bliżej TU i TERAZ jest. I on też jest coraz bliżej. Godzina mija za godziną. Piwo za piwem. Papieros za papierosem. I znów idą razem za rękę. I znów wchodzą razem po schodach. I znów obudzi się po godzinie snu, a poduszka będzie nim pachniała. Znów przypomni sobie, że on przecież ma żonę. Zamknie oczy. I po raz kolejny pomyśli sobie, że czasem fajnie jest być singlem, mieć ponad 30 lat i ex, który przecież ma żonę.

KOMENTARZE

asdf | 17.08.2011 − 21:24

Nie wiem, czy to tylko fikcja literacka, czy może szczera prawda. Zastanawia mnie natomiast, co ty byś zrobiła na miejscu jego żony. Czy uważacie, że takie postępowanie jest w porządku?

Bees | 28.09.2011 − 12:02

To tylko teksty. Publikowane w Internecie. Czasem tkwi w nich ziarno prawdy, czasem nie… Siebie oceniać tutaj na pewno nie będę. Kwestia moralności, zdrady pozostaje otwarta do dyskusji… Gdybym była na miejscu żony Pieszczucha? Zrobiłabym wszystko, żeby mój mąż nie chciał umawiać się ze swoją ex.

czekakot | 09.09.2012 − 11:56

Słuszne założenie, większość żon udzieliłaby pewnie podobnej odpowiedzi. Wykonalne jest to, niestety, tylko o tyle, o ile szacowny małżonek informowałby swoją ślubną połowicę o swoich sprawach. Nie chodzi tu oczywiście o spowiedź czy „kontrolną smycz”, ale zwyczajną komunikację, której często brak.

11.06.2011

DZIEŃ Z DOTYKIEM

BEBEZU

Wczoraj dziewczyna w pracy puściła beksę. Najprawdziwszą, histeryczną, wywołaną bezsilnością beksę, no wiecie, ta z cyklu „będę dzielna i się przecież nie rozryczę przez robotę, pogryzę wargi, wbiję paznokieć w rękę”, ale niestety emocje zwykle biorą górę, prawda? No i poszło… Twarz zalana łzami, ciało całe rozdygotane i speszone spojrzenie rzucane na ściany, podłogę, okno, byle nie na ludzi.