Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 563 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Bomber i jego kobieta - Leif GW Persson

Poniedziałek, 11 maja. Lisa Mattei, szefowa pionu operacyjnego szwedzkiej Policji Bezpieczeństwa Säpo odbiera telefon od przełożonego. Ta rozmowa zmienia wszystko. Brytyjczycy przekazują Säpo informację o planowanym zamachu terrorystycznym. Zamachowiec-samobójca ma zdetonować bombę w sztokholmskim skansenie 6 czerwca – Święto Narodowe Szwecji. Może zginąć wiele ofiar, w tym ministrowie rządu i para królewska. Lisa Mattei musi udaremnić planowany zamach. Rozpoczyna się wyścig z czasem…

Leif GW Persson jest pisarzem, profesorem kryminologii i wiodącym szwedzkim ekspertem do spraw przestępczości. Napisał między innymi dziesięć bestsellerowych powieści o zbrodni i głośną autobiografię Gustavs grabb, która szybko odniosła sukces wśród krytyków i czytelników. Jego poprzednia powieść nosi tytuł Nos Pinokia.

Opinie o ebooku Bomber i jego kobieta - Leif GW Persson

Fragment ebooka Bomber i jego kobieta - Leif GW Persson

I Angielski kolega nawiązał kontakt

I

Poniedziałek 11 maja

Angielski kolega nawiązał kontakt

1

– ANGIELSKI KOLEGA nawiązał z nami kontakt – powiedział dyrektor generalny do Lisy Mattei.

Był poniedziałek jedenastego maja. Tak to się zaczęło i był to zarazem koniec czegoś zupełnie innego.

Już tydzień wcześniej Lisa Mattei postanowiła, że poniedziałek jedenastego maja nie będzie kolejnym zmarnowanym dniem w jej wypełnionym pracą życiu. Miał to być wyjątkowy dzień matki i córki, spędzony z jedynaczką Eliną – czy też Ellą, jak ją wszyscy nazywali – która przed kilkoma miesiącami skończyła pięć lat. Ta drobna sprawa wymagała jednak zaawansowanych przygotowań – niepojęte, jeśli wziąć pod uwagę, że chodziło tylko o spędzenie czasu z własnym dzieckiem.

Najpierw rozmawiała z przedszkolem, a potem z mężem Johanem. Reakcją było zdziwienie z nutą skrywanego niepokoju.

– Chyba nic się nie stało?

– Nie, w żadnym wypadku – odpowiedziała. – Po prostu chcę spędzić czas z Ellą. Stanowczo za rzadko się widujemy.

Tylko tyle, nic więcej, pomyślała. Nie zamierzała poruszać kwestii swoich wyrzutów sumienia.

Potem poinformowała szefa – dyrektora generalnego – że w następny poniedziałek weźmie urlop, by spędzić czas z córką, i że wobec tego jej zastępca musi się zająć między innymi praktyczną stroną obowiązkowego poniedziałkowego spotkania z szefostwem policji bezpieczeństwa, Säpo.

Dyrektor generalny poparł jej decyzję „z całego serca i na podstawie własnego doświadczenia”. Powiedział, że jak najbardziej może wziąć dzień wolnego na pobycie z córką, i zapewnił, że doskonale to rozumie. Sam miał czwórkę dzieci, choć „były już duże”.

To zależy, jak na to patrzeć, pomyślała. Najmłodsze było o cztery lata starsze od Elli, a najstarsze w tym roku miało przystąpić do matury. Poza tym jego dzieci zostały podzielone pomiędzy trzy żony i jedną przygodną znajomą, która prawdopodobnie miała ułatwić przejście od trzeciej żony do czwartej i tylko „przypadkiem” zaszła w ciążę.

– Dobrze, że się zgadzamy – powiedziała Lisa Mattei, a resztę myśli, które kołatały jej się po głowie, zachowała dla siebie.

Kiedy wszystko było załatwione, porozmawiała z córką. Ella się ucieszyła, ale ona widziała w jej oczach głównie zdziwienie. Czyżby było aż tak źle? – pomyślała i natychmiast poczuła, jak dają o sobie znać wyrzuty sumienia.

W poniedziałek jedenastego maja Ella obudziła się sama. Wślizgnęła się do łóżka mamy i natychmiast zasnęła znowu.

Lisa obudziła się jak zwykle o szóstej rano. Wzięła prysznic i przy porannych gazetach wypiła pierwszą tego dnia filiżankę herbaty. Zajrzała do Elli po raz trzeci w ciągu godziny, a ponieważ córka spała mocnym snem, z braku lepszego pomysłu położyła się z powrotem. Czuła narastający niepokój i kolejny kuksaniec od sumienia, tym razem mocniejszy. Wreszcie do jej sypialni weszła Ella, przytuliła ją, umościła się obok i znów zasnęła.

Kiedy się obudziła po raz drugi, już od godziny powinna być w przedszkolu. To znaczy, gdyby to był zwykły dzień. One jednak urządziły kąpiel z pianą i na zmianę szorowały sobie plecy. Śniadanie zjadły dopiero po dziesiątej. W szlafrokach – jak przystało na szczególny dzień, w którym to Ella ustalała menu. Chciała dostać to, co zawsze jadła na śniadanie, kiedy nocowała u babci.

– Czyli co? – zapytała Lisa.

– To tajemnica – oznajmiła Ella, pokręciła głową i dla pewności przyłożyła do ust wskazujący palec prawej dłoni.

– Obiecuję, że nie wygadam – powiedziała Lisa. – Poza tym przecież muszę wiedzieć, co chcesz zjeść, jeśli mam przygotować śniadanie.

– Gofry z dżemem truskawkowym i dużą szklankę soku. Ale nie jabłkowego. Chcę ten z mandarynką. Jest o wiele lepszy. Wiem, że jest w domu – odparła i skinęła głową w stronę lodówki.

– Gofry z dżemem truskawkowym – powiedziała Lisa i też skinęła głową.

Ciekawe, co się stało z owsianką, którą mama wmuszała we mnie w dzieciństwie, zastanowiła się.

– Tak. A potem chcę kawę latte.

– Babcia częstuje cię kawą? – zapytała Lisa.

Muszę się z nią rozmówić, pomyślała.

– Dużo latte. Dostaję ją z bitą śmietaną i takim brązowym cukrem.

– Okej – powiedziała Lisa. – Brzmi nieźle. Przygotuję.

W końcu to szczególny dzień, pomyślała, a jej sumienie nawet nie kiwnęło palcem.

Kiedy jadły śniadanie, rozmawiały o tym, co będą robić przez resztę dnia. Na dworze na bezchmurnym niebie świeciło słońce, nie wiał wiatr i było ciepło. Wszystko, czego człowiek może chcieć od takiego dnia.

Ella chciała iść do Skansenu – misie już się obudziły po zimowym śnie, a poza tym po drodze można się było zatrzymać przy Djurgårdsbrunnskanalen i nakarmić kaczki. Lisa pokiwała głową z aprobatą. Już najwyższy czas, żeby i ona poszła porzucać jedzenie kaczkom w kanale i obejrzała zwierzęta w Skansenie. Ostatni raz była tam co najmniej trzydzieści lat temu i na pewno towarzyszył jej ojciec, bo mama jak zwykle miała huk roboty w pracy.

– Ten program brzmi czadowo – stwierdziła Lisa.

Tak się mówi? – zastanawiała się. Czadowo? Ekstra? A może tak mówią starsi od Elli?

– Oh my God… Yesss – odparła Ella i oburącz przybiła z nią piątkę.

Kiedy Lisa zbierała wszystko ze stołu, wkładała naczynia do zmywarki i jak najdyskretniej pozbywała się okruszków gofrów, Ella włożyła do foliowej torby stary i świeży chleb oraz kartonowe opakowanie rodzynek, które znalazła w spiżarni.

Potem starannie dobrały ubiór z myślą o dniu wolności i zajęć na świeżym powietrzu. Już wkładały buty w przedpokoju, już miały wyjść na spotkanie z tym wszystkim, co czekało na nie tego dnia, kiedy zadzwonił telefon Lisy. Obie w jednej chwili zrozumiały, że oto ich szczególny dzień przybrał nieplanowany obrót i nagle dobiegł końca…

Ella miała dopiero pięć lat, ale doskonale wiedziała, w czym rzecz. Lisa zobaczyła to w jej oczach.

A więc jest aż tak źle, pomyślała i odebrała.

– Rozumiem, że coś się stało – powiedziała do telefonu.

To było stwierdzenie, nie pytanie. Jedenasta osiemnaście i już cały dzień z głowy, pomyślała.

2

– BARDZO MI PRZYKRO, Liso, ale coś się wydarzyło i musisz tu jak najszybciej przyjechać – rzekł szef.

– No to jest nas troje niezadowolonych – stwierdziła Lisa Mattei. – Ella i ja miałyśmy właśnie iść do Skansenu.

– Nie musisz się martwić praktycznymi sprawami – odparł szef, który najwyraźniej jej nie słuchał. – Wyślę po was samochód, zawieź Ellę do przedszkola i pojedź prosto do pracy. Już poprosiłem Karin, żeby do nich zadzwoniła, i powiedziała, że Ella jest już w drodze i…

– Zrobimy inaczej – przerwała Mattei. – Zadzwoń do naszych z policji porządkowej i poproś, żeby przysłali do mnie do domu oznakowane auto.

Pięciolatka nie może być „w drodze” do przedszkola, pomyślała. Poza tym nie zamierzała tak łatwo się poddać.

– Oznakowane auto? Chodzi ci o radiowóz?

– Tak. Z dwoma wesołymi kolegami w mundurach, którzy będą mogli spędzić godzinę w przedszkolu Elli.

– Tak, tak, oczywiście. Zapytam z ciekawości: po co to?

– Damage control – odparła Lisa Mattei.

– Damage control?

– Później o tym pogadamy – rzekła. – Będę w pracy za godzinę.

Ella już zaczęła wkładać buty. Nie było protestów, płaczu, żadnych prób stawiania oporu. Uformowała tylko kółko z kciuka i palca wskazującego prawej dłoni, przekrzywiła głowę i uśmiechnęła się do mamy. To był ich tajemny znak, który mówił, że nic się nie stało, że po prostu będą musiały zacząć od zera. Spróbują jeszcze raz i następnym razem wszystko się świetnie uda.

Jest zbyt miła, zbyt dojrzała jak na swój wiek, tak jak ja, kiedy miałam tyle lat co ona, pomyślała Lisa. Czuła, że tym razem wolałaby, żeby Ella rzuciła się na podłogę, płakała, wrzeszczała i kopała, jak wiele innych dzieci w jej wieku. Ale ona tylko ścisnęła jej serce między kciukiem a palcem wskazującym swojej małej dłoni.

3

LISA MATTEI pojechała taksówką z przedszkola Elli przy Valhallavägen na Östermalmie do swojego biura w nowej kwaterze głównej Säpo w Solnie.

Ruch był niewielki i kierowca zawiózł ją tam w dziesięć minut – niewiele dłużej, niż zajęłoby to jej kolegom jadącym na sygnale. Ona też była, kim była, i dlatego zanim wysiadła z samochodu, spojrzała na wyświetlacz telefonu. Poniedziałek, jedenasty maja, godzina jedenasta pięćdziesiąt dziewięć, dziewiętnaście minut przed czasem zapowiedzianym szefowi, który zadzwonił do niej czterdzieści jeden minut wcześniej. W dniu, który miał być szczególny dla niej i dla jej córki.

Przez całą drogę towarzyszyły jej posępne myśli. Myślała o wszystkich swoich problemach zawodowych, które ostatnio zawsze się zaczynały od rozmowy telefonicznej. Im krótszej, tym gorzej.

Kiedy to się zaczęło? – zastanawiała się. Ponad dwadzieścia lat temu była młodą funkcjonariuszką policji porządkowej i sporadycznie wzywano ją do nagłych sytuacji, w tym do rękoczynów, których sprawcy byli tak agresywni, że należało ich obezwładniać siłą. Wtedy wszystko wyglądało inaczej – dostawali wezwanie przez radio albo po prostu byli na miejscu, a to, co się działo później, przypominało wczasy w porównaniu z tym, co ostatnio zwiastowały krótkie rozmowy telefoniczne.

Teraz wiodła inne życie. Jakkolwiek do tego doszło, dodała w myślach i weszła do biura.

Spotkanie odbyło się w gabinecie szefa. Przy zamkniętych drzwiach. Tylko on i ona. Nikogo więcej.

On także był tym, kim był, więc zaczął ich spotkanie od rozmowy na inny temat. Najpierw powtórzył wyrazy głębokiego ubolewania, które przekazał jej przez telefon niecałą godzinę wcześniej. Potem zapytał, czy się czegoś napije.

– Wody, herbaty, może kawy? – zaproponował, choć wiedział, że wyjątkowo rzadko piła kawę.

Doszedłeś do tego po trzech miesiącach, choć przez ten czas widzieliśmy się właściwie codziennie? – pomyślała. Gratulacje, stary.

– Nie trzeba, dziękuję – odparła. – Rozumiem, że jest sprawa?

– Cierpliwości, cierpliwości – odparł dyrektor. Nachylił się do niej nad wielkim biurkiem, uśmiechnął się swoimi niebieskimi oczami i wyszczerzył białe zęby. – Najpierw to ty musisz zaspokoić moją ciekawość. Chciałaś pojechać z córką radiowozem i określiłaś to mianem damage control. Nie zrozumiałem, o co chodziło.

– No to wytłumaczę – odparła Mattei.

Męski język władzy, pomyślała. Najpierw zafunduje mi kilka rundek obowiązkowego tańca kogutów, a dopiero potem przejdzie do rzeczy, choć tak naprawdę pęka z zachwytu nad wszystkimi sekretami, które wkrótce mi zdradzi.

– Dostaniesz skróconą wersję – zapowiedziała. – Ella powiedziała w przedszkolu, że jej mama jest policjantką. Ostatnio niektórzy starsi chłopcy zaczęli jej dokuczać i mówili, że tylko to sobie wymyśliła, żeby się wyróżnić. Bo przecież jej mama nie wygląda na policjantkę. Wygląda jak wszystkie inne mamy. Przynajmniej gdy przychodzi do przedszkola. Dlatego pomyślałam, że może w ten sposób spróbuję jej zrekompensować wizytę w Skansenie, do której nie doszło, i wszystko inne, co zamierzałyśmy robić tego dnia. Dałam jej pojeździć prawdziwym radiowozem i postarałam się, żeby dwaj panowie w mundurach weszli do przedszkola i spędzili przynajmniej godzinę z Ellą i jej kolegami. Na coś takiego mówi się chyba damage control. Kiedy ją zostawiałam, wszystko było świetnie. To chyba tyle.

A zasłużyłam na więcej, dodała w myślach.

Jej szef przyjął pozycję numer dwa. Odchylił się na krześle, zaczął na nim balansować tak, żeby się nie przewrócić, splótł ręce na brzuchu i pokiwał głową z radosną miną. Tym razem zamknął usta i tylko kąciki były uniesione.

– Teraz rozumiem – powiedział. – Chociaż nasi koledzy z porządkowej i tak musieli się dziwić.

– Nie – pokręciła głową. – Ani trochę. Od razu zrozumieli w czym rzecz. A właściwie zrozumiały.

Masz cukierek i go ciumkaj, dodała w myślach, choć zwykle starała się nie myśleć o swoim legendarnym koledze z policji w Solnie, który ukuł to wyrażenie.

– Aha. No to chyba nadszedł czas, żebym cię poinformował, dlaczego musiałem cię tu wezwać.

Na wszelki wypadek odchrząknął, a potem zaczął przerzucać stosy papierów na biurku.

– No tak. Poinformujesz? – spytała Mattei z przyjaznym uśmiechem.

– Oczywiście, jasne – odparł jej szef, nachylił się nad stołem i oparł na łokciach. Spoważniał. – Nieco ponad godzinę temu wraz z kierownictwem postanowiliśmy podwyższyć stan gotowości. Decyzja była zresztą jednogłośna i zastanawiałem się, czy do ciebie nie zadzwonić jeszcze przed spotkaniem.

Mattei tylko skinęła głową. Całe szczęście, że tego nie zrobiłeś, pomyślała. Akurat jadłyśmy gofry z dżemem truskawkowym.

– To wszystko dlatego, że dziś rano odezwał się angielski kolega. Powód, niestety, nie nastraja optymistycznie.

4

ZANIM JEJ SZEF przystąpił do wyjaśniania, jak brzmi złowroga wiadomość angielskiego kolegi, która sprawiła, że policja bezpieczeństwa już teraz została postawiona w stan wyższej gotowości, chciał się uporać z „kwestiami praktycznymi”.

– Załatwiłem wszystkie kwestie praktyczne – oznajmił. – Razem ze współpracownikami będziesz musiała pojechać do Wielkiej Brytanii, ale obiecuję, że jeszcze dziś wieczorem będziecie z powrotem. Dostaniecie nawet samolot, który Anglicy oddali nam do dyspozycji. Czeka na was na lotnisku Bromma, przy prywatnym terminalu. Dostarczy was prosto na miejsce spotkania, a to, zdaje się, wojskowa baza lotnicza na północ od Londynu. Przewidywany czas lotu to dwie godziny i trzydzieści minut. Tuż po spotkaniu przylecicie z powrotem.

– Brzmi bardzo praktycznie – zgodziła się Mattei z sympatycznym uśmiechem.

Wygląda na to, że Karin miała sporo roboty, pomyślała. Karin była ich wspólną sekretarką.

– Tak, angielski kolega okazał się bardzo pomocny – potwierdził szef. – Tak się szczęśliwie składa, że samolot już stoi na lotnisku Bromma. Ich ambasador w Sztokholmie poprzedniego wieczoru przyleciał z kilkoma wysoko postawionymi gośćmi, a ponieważ wracają dopiero późnym wieczorem, możemy skorzystać z ich samolotu. O ile dobrze zrozumiałem, to jeden z angielskich samolotów rządowych. Mają ich chyba z sześć.

– Fantastycznie – odparła Mattei.

Przestała wierzyć w takie zbiegi okoliczności już w pierwszym tygodniu pracy w policji.

– To prawda. To jeden z tych biznes jetów, ale może pomieścić dziesięciu pasażerów, więc proponuję, żebyś wzięła ze sobą wszystkich, którzy wejdą w skład twojej ekipy śledczej. Żeby mogli w tym uczestniczyć od początku i…

– Przepraszam, że ci przerywam, ale o co tu właściwie chodzi? Konkretnie. Jaką dokładnie informację przekazał nam Anglik? – spytała Lisa Mattei.

– Właśnie miałem do tego przejść – odparł szef. – Angielski kolega twierdzi, że według pewnego źródła grupa terrorystów z Asz-Szababu planuje zaatakować w Szwecji. Mowa o zamachowcach samobójcach. Trzon grupy stanowi kilkanaście osób, wszystkie najwyraźniej należą do jednej rodziny. Wszyscy są obywatelami Szwecji i mieszkają tu od dawna.

– Jak bardzo jest tego pewien?

– Właściwie stuprocentowo. O ile dobrze zrozumiałem, w tej sytuacji oznacza to, że zamach, o którym poinformowano, ma wkrótce zostać przeprowadzony. Przygotowania dobiegły końca i przekroczono granicę tego, co my, prawnicy, zwykliśmy nazywać zamiarem popełnienia czynu zabronionego. A w najgorszym wypadku, że… no, na pewno rozumiesz, co mam na myśli.

– Gdzie, kiedy, jak? – odparła Lisa Mattei.

Asz-Szabab to na pewno Somalijczycy, pomyślała.

– Podczas Święta Narodowego szóstego czerwca, czyli za dwadzieścia sześć dni. Konkretnie chodzi o samobójczy zamach na króla, królową i kilku członków szwedzkiego rządu. Więcej nie chciał powiedzieć przez telefon. Całą resztę dostaniemy, kiedy się z nimi spotkacie. Poza tym powiedział, że udzieli tej informacji pod pewnym warunkiem.

– Jakim?

– W tej kwestii też był lakoniczny, ale obiecał, że przedstawi swoje stanowisko bardziej szczegółowo, kiedy się spotkacie. Uważał, że nie będziemy mieli nic przeciwko temu, bo sami z pewnością postąpilibyśmy tak samo.

Lisa Mattei poprzestała na skinieniu głową. Wygląda na to, że angielski kolega zajmuje się wieloma rzeczami naraz, pomyślała. I, jak wielu ludzi jego pokroju – włącznie ze mną, dodała w myślach – chce sam ustalać kolejność.

– To wszystko – powiedział szef i na wszelki wypadek zerknął na odręczne notatki, które trzymał w ręku.

– Święto Narodowe, para królewska i rząd. Wygląda mi to na Dzień Flagi Szwedzkiej na scenie przy restauracji Solliden w Skansenie – stwierdziła Mattei.

Była dobrze zorientowana we wszystkich już zaplanowanych i krytycznych sytuacjach. Od wizyt zagranicznych urzędników państwowych i parlamentarzystów po zwykłe wydarzenia rozrywkowe i sportowe, które mogą mieć znaczenie polityczne.

– Mam takie samo zdanie – odparł szef. – Nic więcej nie wiem. Jestem jednak przekonany, że przedstawi ci całościowy obraz, jak tylko się spotkacie. Krótko mówiąc, powie wszystko, co na ten temat wiadomo.

Jeśli tak, byłby to pierwszy raz, pomyślała. I ewidentne wykroczenie. Ponieważ jednak jej szef nie był policjantem jak ona, lecz prawnikiem, który miał korzenie w polityce i doświadczenie pracy w kancelarii rządu, nie zamierzała podejmować tej dyskusji. W każdym razie nie z nim. O tym, że razem z Ellą zdążą pójść do Skansenu i zobaczyć misie, też mogła zapomnieć.

– Zastanawiam się nad dwiema kwestiami. Po pierwsze, to mi wygląda na typowe zadanie dla antyterrorystów. Dlaczego nie wyślesz ich szefa?

– To zadanie przekracza możliwości naszej sekcji antyterrorystycznej. Będzie wymagało koordynacji w zasadzie wszystkich naszych oddziałów. Musimy precyzyjnie dopasować zasoby do operacji, a jedyną osobą, która może tym pokierować, jesteś ty, Liso. Jako moja zastępczyni będziesz koordynowała działania. Po prostu. W końcu jesteś naszym szefem operacyjnym. Czy nie tak nazywało się dawniej to stanowisko?

– Okej – odparła Lisa Mattei. – Tak zróbmy.

Podoba mi się to, pomyślała. Przynajmniej na razie, dopóki wiem, że nie chodzi o coś, co ktoś inny może zrobić lepiej. Bo jeśli tak, to Ella i ja wreszcie będziemy mogły pójść do Skansenu i pooglądać niedźwiedzie.

– W takim razie mam jeszcze tylko jedno pytanie – powiedziała. – Z kim mam się spotkać?

Spodziewała się, że będzie to jeden z Anglików zatrudnionych w instytucji, której nazwę często skraca się do wielkiego M, wielkiego I i jednej cyfry.

– Z nim – odparł z uśmiechem szef i wręczył jej fotografię formatu A4. – Moim zdaniem nie jest to zły partner, a to, że wybrano właśnie jego, pokazuje, jaką wagę Anglicy przywiązują do tej sprawy.

– Ma jakieś nazwisko? – zapytała Mattei.

Marzenie teściowej, pomyślała na widok zdjęcia.

– To Jeremy Alexander. Pracuje w MI6 i, o ile dobrze zrozumiałem, pełni tam mniej więcej tę samą funkcję co ty u nas.

Z tą zasadniczą różnicą, że ktoś taki jak on może decydować o życiu i śmierci innych, pomyślała. Od niego zależy, czy przeżyją, czy umrą, choć na pewno nigdy nawet nie spotkał żadnego z nich. Na szczęście ty nie musisz tego robić, pomyślała i dlatego zareagowała tylko skinieniem głowy.

5

TUŻ PRZED WYJŚCIEM z biura wysłała zwięzły mail do młodszej o dziesięć lat przyjaciółki, która wprawdzie urodziła się w Szwecji, ale odkąd była nastolatką, mieszkała, studiowała i pracowała w Wielkiej Brytanii. Obecnie jako nauczycielka i badaczka polityki międzynarodowej w Merton College w Oksfordzie. Jeżeli ktokolwiek wiedział, kim jest ich „angielski kolega”, to najprawdopodobniej ona.

Nie zapominaj, że świat, w którym żyjesz, jest znacznie mniejszy, niż wszystkim się wydaje, pomyślała.

Wzięła torebkę, wyszła z biura i zjechała windą do garażu, gdzie czekał już na nią samochód.

Dwie godziny po tym, jak zostawiła córkę w przedszkolu, przyjechała w towarzystwie trójki współpracowników na prywatny terminal lotniska Bromma. Gdyby nie jej szef, który koniecznie chciał wyczerpać temat struktury jej grupy wywiadowczej, pewnie już byliby w powietrzu. W końcu udało jej się zakończyć dyskusję kompromisem. Najpierw wyjaśniła mu oczywiste sprawy, choć powinno się bez tego obyć. Powiedziała, że lepiej się wstrzymać z tą kwestią, dopóki nie będą wiedzieli, na czym polega ich zadanie. Potem zaproponowała, że się z nim spotka, zanim omówi wszystko ze współpracownikami, którzy mieli przeprowadzić samą operację.

– Doskonały pomysł – oznajmił. – Jutro o ósmej rano w moim gabinecie. Co ty na to?

– A może o siódmej? – zaproponowała. – Pomyślałam, że do lunchu moglibyśmy zacząć działać.

– Powtórzę: doskonale. Tak się umawiamy.

Tym razem jego słowom towarzyszyło tylko szybkie skinienie – urzędowe, dostosowane do nowej sytuacji. To była pierwsza awaryjna sytuacja, odkąd był szefem Säpo, czyli od czterech miesięcy z kawałkiem.

To znaczy, że mam co najmniej trzy tygodnie i trzy dni na udaremnienie wielkiego ataku, który Anglicy w zasadzie nam obiecali.

6

KIEROWCA ZAWIÓZŁ ICH pod sam samolot stojący na płycie lotniska. Tak jak jej obiecywano, czekał z opuszczonym trapem. Połyskujący niebieską stalą, z trzema silnikami i bez oznaczeń, które miałyby jakikolwiek związek ze zwykłymi liniami lotniczymi czy w ogóle komercją.

Wygląd załogi pasował do środka transportu. Piloci, mężczyzna i kobieta, byli szczupli, wysportowani i uprzejmi – perfekcyjni w każdym calu. Towarzyszył im o dziesięć lat starszy steward z uroczymi początkami nadwagi, który uśmiechał się więcej niż tamci dwoje razem wzięci i mówił z lekkim irlandzkim akcentem. Wszyscy mieli wypucowane czarne buty, niebieskie spodnie od garnituru z ostrymi jak brzytwa kantami, niebieskie krawaty i lśniąco białe koszule. Nie było żadnych detali, które zdradzałyby, kim są. Nawet znaczków z pozłacanymi skrzydłami na kieszeni na piersi, które wydawały się obowiązkowym atrybutem pracowników zajmujących się obsługą pasażerów. Ponieważ jednak Lisa Mattei była tym, kim była, postanowiła mimo wszystko ustalić ich tożsamość.

Jak tylko usiadła i zapięła pas, skinęła głową w stronę stewarda i zadała mu pytanie.

– Czy przewidywany czas lotu wciąż wynosi dwie godziny i trzydzieści minut?

Zanim odpowiedział, odruchowo się wyprężył i przyjął postawę, która, jeśli wziąć poprawkę na to, że stał w przejściu w niezbyt dużym samolocie, najbardziej ze wszystkiego przypominała wojskową postawę zasadniczą.

– Yes, ma’am – odparł. – Two hours thirty minutes. We are taking off in five minutes and expect to land at base one five two zero, local time.

Samolot służb bezpieczeństwa z załogą z Royal Air Force, pomyślała. Jeszcze lepiej. Jeśli mój angielski odpowiednik będzie bardziej podobny do mnie, a nie tak gadatliwy i komplikujący sprawy jak mój szef, być może wieczorem zdążę się zobaczyć z Ellą, zanim ta zaśnie.

Im mniej, tym lepiej, myślała Lisa Mattei, kiedy wybrała troje spośród ponad tysiąca kolegów z Säpo, którzy mieli polecieć z nią na południe Wielkiej Brytanii i spotkać się z Anglikiem.

Troje spośród ponad tysiąca, ale tylko ona miała stanowisko kierownicze. Zależało jej na ludziach, którzy zajmują się działalnością operacyjną i których nie blokuje nadmiar biurokracji, a jednocześnie są na tyle wysoko postawieni, żeby podwładni wykonywali ich polecenia bez szemrania. Trzy osoby, które znała od dawna, którym ufała bezgranicznie i co do których już teraz miała pewność, że wejdą w skład jej ekipy śledczej. Poza tym mieli jeszcze jedną umiejętność, równie ważną, jeśli wziąć pod uwagę, kim był ich współpracownik. Mówili płynnie po angielsku.

Dan Andersson, komisarz i wiceszef Zespołu ds. Ochrony Osób, popularnych „ochroniarzy”, przez wiele lat służył za granicą. Pracował w Europolu, Interpolu i przez dwa lata był oficerem łącznikowym ambasady szwedzkiej w Londynie. Linda Martinez, komisarz i wiceszef śledczych z wydziału antyterrorystycznego, znajomość angielskiego zawdzięczała pochodzeniu – jej matka była Brytyjką, a ojciec Jamajczykiem. Jan Wiklander, nadinspektor policji i wiceszef ich wywiadu, nauczył się angielskiego w zwykły, staroświecki sposób – zgłębiając język i literaturę, bo języki były jego wielką pasją.

Dobrze się pracuje z ludźmi, którzy wiedzą, jak jest po angielsku „durszlak”, pomyślała Mattei. Sama nie miała pojęcia, ale w razie potrzeby zawsze mogła to sprawdzić w smartfonie.

To dziwne, rozważała. Kiedy nieco ponad dwie godziny wcześniej zostawiała Ellę w przedszkolu, była w fatalnym nastroju. Teraz znów czuła się normalnie. To tylko pokazuje, jak ze mną źle, pomyślała.

Mattei i jej towarzysze podróży zajęli cztery szerokie i wygodne fotele ustawione parami naprzeciw siebie. Ani trochę nie przypominały zwykłych foteli lotniczych – było dużo miejsca na nogi, a pomiędzy nimi znajdował się pokaźnych rozmiarów stół. Było tam miejsce na talerze, szklanki i wszelkiego rodzaju papiery, gdyby chcieli pracować przy jedzeniu.

Jak tylko samolot osiągnął wysokość przelotową, a sygnalizacja „zapiąć pasy” została wyłączona, do kabiny wszedł steward i zaproponował późny lunch. Spóźniony, nad czym szczerze ubolewał, ale ponieważ w tym fachu jest, jak jest… i z pewnością sami o tym najlepiej wiedzą… trzeba było się dostosować do sytuacji… i jakoś sobie poradzić.

Zapewnił, że zrobił, co mógł, i jako danie główne zaproponował gotowanego łososia ze szpinakiem i sosem z białego wina albo osso bucco z risotto grzybowym. W obu przypadkach pierwszą przystawką było małe ciasteczko krabowe podawane na ciepło. Potem dostali kawałek sera i kawałek czekolady do kawy. Albo do herbaty, jeśli woleli takie zakończenie posiłku. Kiedy to mówił, z jakiegoś powodu skinął uprzejmie głową Lisie Mattei.

Na szczęście w napoje był lepiej wyposażony. Na pokładzie było w zasadzie wszystko – szampan, piwo, wino, oczywiście również coś mocniejszego, jeśli ktoś miał ochotę. Woda mineralna też… ma się rozumieć… gazowana i niegazowana.

Tak więc, krótko mówiąc, robił, co mógł, choć czasem rozumiał, jak musiał się czuć kucharz Napoleona pod Marengo. Choć, jak zapewnił, oczywiście nie śmiał się porównywać ani z nim, ani z nikim innym.

Nie był to zwykły służbowy lunch. Z uwagi na okoliczności był ze wszech miar wyjątkowy, a to za sprawą Lindy Martinez.

Też zamówiła osso bucco i całą resztę, a do posiłku duże piwo. Od razu powiedziała, że jeśli któremuś z kolegów to przeszkadza, chciałaby zaznaczyć, że została wezwana w czasie urlopu. To, że tu była, wynikało wyłącznie z jej dobrej woli i obowiązkowości, a jeżeli ktoś ma problem z jej wyborem napoju, niech wezwą kogoś innego.

Martinez doczekała się silnego wsparcia z nieoczekiwanej strony. Najpierw Wiklander powołał się na swoje doświadczenia, z których wynikało, że szybkie dopasowanie się do lunchowych zwyczajów Anglików przyniesie korzyści taktyczne. O ile oczywiście nie byłoby to zbyt duże odstępstwo od typowego dla Szwedów umiarkowania. Sam miał ochotę na piwo przed jedzeniem i kieliszek czerwonego wina do cielęciny z risotto. Najlepiej włoskiego, jeśli takim dysponowali.

– Of course, sir. Very good choice, sir – zgodził się steward i powiedział, że w takim razie chciałby polecić wyśmienite wino z Piemontu, które zresztą miał przyjemność zaserwować gościom, z którymi przylecieli dzień wcześniej. Może nie było tak przymilne jak wina z południowej części kraju, ale miało zupełnie inną stabilność, balans i posmak, o ile wolno mu było się podzielić swoim skromnym zdaniem.

Dan Andersson przyłączył się do Wiklandera. Po blisko sześciu latach służby za granicą dobrze wiedział, jak ważne jest to, żeby na czas dostosować się do zwyczajów panujących w miejscu docelowym. Zamówił te same potrawy i te same napoje. Kiedy już skończyli, spojrzeli wyczekująco na szefową, Lisę Mattei.

– A ty, Liso, pewnie jak zwykle masz ochotę na rybę i wodę mineralną – powiedziała Martinez z niewinną miną.

– Bynajmniej – odparła Mattei i pokręciła głową. – Poproszę kieliszek szampana przed jedzeniem – dodała i uśmiechnęła się przyjaźnie do stewarda. – Poza tym czerwone wino, które pan polecał, i te same dania, które zamówili moi koledzy. I jeszcze prosiłabym butelkę wody mineralnej, ale bez gazu.

– Excellent choice, ma’am – potwierdził steward. – Excellent.

Jasne, że to znakomity wybór, pomyślała Lisa Mattei. To w końcu ja jestem szefem.

7

LUNCH BYŁ pod każdym względem wyjątkowy. Dopiero kiedy nadszedł czas na kawę, przystąpili do omawiania powodu, dla którego znaleźli się w tym miejscu. Wcześniej rozmawiali o innych sprawach. Inicjatywę również przejęła Linda Martinez.

– Jest jedna rzecz, którą nie do końca zrozumiałam – powiedziała i skinęła głową w stronę drzwi, za które wycofał się steward. Prowadziły do przestrzeni pomiędzy kokpitem a kabiną. – To całe Marengo. To jakiś deser? Z bezami?

– Bitwa pod Marengo – odpowiedział Wiklander z delikatnym uśmiechem.

Skinął pytająco w stronę Lisy Mattei, która pokręciła głową.

– Nie mam pojęcia – odparła. – Ty mów, Janie.

Wciąż tak samo miły jak wtedy, kiedy zaczęłam pracę w Säpo, pomyślała. Był jej bezpośrednim zwierzchnikiem. Teraz role się odwróciły, ale Wiklander pozostał taki jak zwykle. Przyjazny, taktowny i obdarzony czujnym spojrzeniem.

– Marengo było małą wioską w północnych Włoszech. Teraz to znacznie większe miasto. W roku tysiąc osiemsetnym wojska Napoleona stoczyły tam znaną bitwę z armią austriacką. Francuzi wyszli z niej zwycięsko. Jak niemal zawsze na początku ówczesnych wojen. Ale jesteś na dobrym tropie, Lindo – dodał i skinął głową. – Tej wiosce swoją nazwę zawdzięcza słynne danie: kurczak Marengo, którego Napoleon spożył ponoć po bitwie. Ponieważ zostawili za sobą cały tabor, kucharz nie miał nic, co mógłby zaserwować swojemu panu. Dał radę zdobyć tylko kurę i kilka jajek, w które zaopatrzył się u rolnika mieszkającego w okolicy wsi, gdzie rozegrała się bitwa. Nie jest to wesoła historia dla rolnika i jego kury, ale Napoleon ponoć był bardzo usatysfakcjonowany. Przepis znajdziecie w większości starszych książek kucharskich. O ile dobrze pamiętam, danie najbardziej przypomina potrawkę z kurczaka. Kurczak, wędzony boczek, białe wino, oliwa z oliwek, grzyby, cebula, pomidory, papryka, wszystkie zwykłe warzywa i przyprawy, które mieli tam pod ręką, jak rozmaryn, tymianek, pietruszka, liść laurowy. To się bierze, co się ma, jak z pewnością powiedziałaby nasza rodaczka, Cajsa Warg. Chodzi o to, żeby się dostosować do sytuacji, jak to podsumował nasz steward.

– Brzmi smacznie – przyznała Lisa Martinez. – Choć ta cielęcina, którą dostaliśmy, też była niczego sobie.

– Napoleonowi z pewnością źle się nie powodziło – przytaknął Wiklander. – Przynajmniej pod tym względem i w tamtym okresie. A właśnie. Wiecie, że Marengo leży w Piemoncie? W tym samym regionie Włoch, z którego pochodzi nasze wyśmienite czerwone wino. Wcale nie jest złe i aż się boję myśleć, ile kosztuje. Jeśli wziąć pod uwagę, że najprawdopodobniej było przewidziane dla gości angielskiego ambasadora, trudno nie być odrobinę ciekawym, co to za jedni – powiedział, kręcąc kieliszkiem.

– Ja znam odpowiedź – odparł Dan Andersson. – Pomagamy im z ochroną.

– No więc co to za jedni? – powtórzyła Linda Martinez. – Napiszę do nich maila z podziękowaniem, że zostawili przynajmniej butelkę prostszemu człowiekowi takiemu jak ja.

– Niestety, nie wolno mi tego zdradzić – odpowiedział Andersson ze słabym uśmiechem. – Oczywiście dopóki szefowa nie udzieli mi pozwolenia – dodał i uprzejmie skinął głową w stronę Lisy Mattei.

– Masz pozwolenie – oznajmiła Lisa Mattei. – Opowiadaj, zanim umrę z ciekawości.

To musi być szampan, pomyślała. Mimo że wypiłam tylko pół kieliszka.

– Oczywiście, szefowo – odparł Dan Andersson. – Trzech gości. Wiceminister spraw zagranicznych i jego dwóch współpracowników z ministerstwa. Obowiązki służbowe współpracowników są bliżej nieznane. Wszyscy przebywają tu incognito, mieszkają w ambasadzie i spędzili dzień na wewnętrznych obradach. Nie poinformowali nas, czego dokładnie dotyczyły. Wylot jest zaplanowany na późny wieczór, ale przedtem wiceminister spraw zagranicznych, ambasador z małżonką i czworo szwedzkich gości mają zjeść kolację z parą królewską w Drottningholm. Taka nieoficjalna kolacja. Inicjatywa wyszła zresztą od Jego Wysokości. Wygląda na to, że Jego Wysokość i angielski ambasador są dobrymi przyjaciółmi. Kilkakrotnie mieli okazję wspólnie polować, zarówno w Wielkiej Brytanii, jak i w Szwecji. Ci szwedzcy goście też zwykle pojawiają się w związku z polowaniami. To dwaj nasi najbardziej znani magnaci finansowi w towarzystwie swoich drugich połówek.

Król i jego koledzy od polowań, pomyślała Mattei. Świat, w którym żyjemy, jest stanowczo zbyt mały. Uznała, że już najwyższy czas przejść do rzeczy.

– Na pewno się zastanawiacie, dlaczego tu jesteśmy – zaczęła, a zabrzmiało to bardziej jak stwierdzenie niż pytanie.

Potem powtórzyła kolegom to, co kilka godzin wcześniej usłyszała od szefa. Szybko przedstawiła zasadniczy sens: Asz-Szabab, sprawcy, którzy prawdopodobnie należeli do jednej rodziny, liczącej więcej niż dziesięć osób, atak zamachowca samobójcy, zaplanowany na dzień Święta Narodowego szóstego czerwca i wymierzony między innymi w członków rodziny królewskiej i rządu. I we wszystkich, którzy się znajdą w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie.

– To wszystko, co wiem – podsumowała Mattei. – Resztę obiecali opowiedzieć, kiedy się spotkamy.

Wiklander pokiwał głową z namysłem.

– Aha, no tak. W dzisiejszych czasach wszystko ma być tajne, nic tylko tajemnice, od rana do wieczora. Proste pytanie: jak bardzo Anglicy są pewni, że to prawda?

– Według ich wysoko postawionego informatora tak pewni, jak tylko może być człowiek, który jeszcze nie stanął twarzą w twarz z tragicznym faktem dokonanym – podsumowała Mattei.

– Poczekaj chwilę – zaprotestowała Martinez. – Z całym szacunkiem i tak dalej, bo w końcu mówię o naszym szefie, to przecież on jest świeżakiem w tym fachu. Choć nie jakimś pierwszym lepszym żółtodziobem, którego właśnie wypuściliśmy ze szkoły policyjnej. To polityk, który pracował w kancelarii rządu jako wysoko postawiony prawnik. Wszyscy wiemy, że tacy jak on mogą zacząć chodzić po ścianach, bo nie zrozumieli nic z tego, co się do nich mówiło.

– Tak – zgodziła się Mattei. – Zdaję sobie z tego sprawę, ale uważam, że ten element jest mniej interesujący. W końcu jesteśmy tu dlatego, że Anglicy najwyraźniej to rozumieją. Ci ludzie mają takie same doświadczenia jak my, a teraz chcą się z nami spotkać. Przecież nie jest tak, że nasz dyrektor generalny sam to wymyślił i za wszelką cenę chce, żebyśmy pojechali do Wielkiej Brytanii. Gdyby tak było, najpierw zadzwoniłabym do nich i spróbowała wyrobić sobie własny pogląd.

– A ja nadal miałabym urlop – dodała Martinez. – Chociaż z drugiej strony nie jadłabym wtedy takiego lunchu, a więc ci wybaczam, Liso. O ile to ty nie zrozumiałaś intencji.

– Chyba jestem tego samego zdania co Lisa – odezwał się Wiklander. – Co wy na to, żebyśmy zrobili burzę mózgów? Mamy przed sobą jeszcze godzinę lotu. Jeśli się okaże, że źle zrozumieliśmy, nie zdradzimy się z tym przed gospodarzami i przemyślimy wszystko jeszcze raz po powrocie.

– W takim razie ja mogę zacząć – oznajmiła Lisa. – Ludzie, którzy mieszkają w Szwecji i należą do Asz-Szababu, to prawie zawsze Somalijczycy. Wyjątek stanowią głównie Szwedki, z którymi zadają się ci mężczyźni. Niektóre przyswajają ich ideologię. Ile ich jest? Obecnie znacznie mniej niż pięćdziesiąt. Janie, popraw mnie, jeśli się mylę.

– Nie mylisz się – odparł Wiklander. – Jeśli chcesz dostać liczby, mogę ci dać całą masę, kiedy wrócimy. Wygląda na to, że liczba mężczyzn zamieszkałych w Szwecji, którzy według nas mają poważniejsze związki z Asz-Szababem, sięga kilkuset. Praktycznie wszyscy mają afrykańskie pochodzenie i przynajmniej dziewięciu na dziesięciu pochodzi z Somalii albo sąsiednich krajów. Zdecydowanie jestem tego samego zdania.

– Anglik twierdzi ponadto, że ci najbardziej zaangażowani należą do jednej rodziny, która liczy więcej niż dziesięć osób. Wprawdzie jest wiele równie dużych rodzin muzułmańskich odmiennego pochodzenia, ale wtedy w grę wchodzą inne organizacje niż Asz-Szabab – dodała Mattei.

Tym razem Wiklander poprzestał na skinieniu głową.

– Jeśli wziąć pod uwagę sam czas i przyszłe ofiary – kontynuowała Mattei – może chodzić tylko o uroczystości na scenie przy restauracji Solliden w Skansenie. Obecni będą między innymi król i królowa, wicepremier i kilku innych ministrów, których nazwisk nawet nie zdążyłam się nauczyć. No i oczywiście wszyscy inni wspaniali ludzie z otoczenia wymienionych, którzy tam się znajdą siłą rozpędu.

– Jestem tego samego zdania – powiedział Dan Andersson.

– Proste pytanie prostej śledczej – odezwała się Martinez. – Gdzie znajdę tych Somalijczyków, o których mowa? A jeśli się okaże, że mieszkają daleko na północy, w Lapplandii albo jakiejś podobnej dziurze, zamieszkiwanej przez kilkuset nieszczęśników, spośród których dziesięciu jest czarnych jak węgiel? Wtedy ktoś taki jak ja będzie miał pewne praktyczne problemy. Mówiąc wprost, to będzie deep, deep shit.

– Pewnie chodzi o przedmieścia Sztokholmu, na północ i na południe od miasta – stwierdził Wiklander. – Tam mieszka wielu Somalijczyków, w tym tacy, o których wiadomo, że mają powiązania z Asz-Szababem. Inne, najbardziej prawdopodobne możliwości w promieniu stu kilometrów od Sztokholmu to takie miasta jak Uppsala albo Eskilstuna w Sörmlandii.

– Rinkeby, Akalla, Flemingsberg, Haninge, Botkyrka, te wszystkie nazwy dzielnic są jak cudowna muzyka dla moich uszu – powiedziała Martinez. – Tyle tam pustych mieszkań, w których możemy sobie uwić małe gniazdko. Potem wystarczy tylko wywiercić dziurę w ścianie, za którą mieszkają; będziesz miała i obraz, i dźwięk. I to bez wychodzenia z domu. Wystarczy, że podniesiesz słuchawkę i zamówisz pizzę, a dostarczą ci ją do domowego gniazdka.

– Mam pytanie – odezwała się Lisa Mattei. – Ilu pracujących dla nas śledczych jest z pochodzenia Somalijczykami?

– Zero – odparła dobitnie Martinez. – A jeśli się zastanawiasz, ilu Somalijczyków pracuje w szwedzkiej policji w ogóle, to mogę się założyć o kasę, że też zero. Kolegów o ciemnej i czarnej karnacji, i chodzi mi o odcienie od kawy z mlekiem po czarne lakierki, pracuje u nas dwudziestu kilku. W regionie sztokholmskim ponad stu. Ale żaden z nich nie jest Somalijczykiem. Somalijczycy chyba nie chcą być policjantami.

– Jak sobie z tym poradzimy?

– Według mnie to klasyczny problem. Jak wybrać pewną liczbę tak zwanych kolorowych kolegów, którzy wtopią się w tłum, a jednocześnie znaleźć ich wystarczająco wielu, żeby poradzili sobie z zadaniem. Skoro w sprawę zamieszanych jest kilkanaście osób, na pewno będziemy musieli pożyczyć całą masę ludzi. Ze Skanii, z Göteborga, z Krajowej Policji Kryminalnej. W zasadzie ze wszystkich zakątków kraju, w których pracują ciemnoskórzy koledzy po fachu. Powinnaś się z tym liczyć, Liso. Będziemy musieli wypożyczyć ludzi, a w tej branży niestety trudno o ciemnoskórych mężczyzn i kobiety.

– Jakoś to rozwiążemy – odparła Lisa.

Nie ma sensu się martwić na zapas, pomyślała. Jaki właściwie mam wybór?

– Zupełnie inne pytanie – odezwał się Wiklander. – Wiesz, który z naszych angielskich kolegów będzie odpowiadał za kontakt z nami?

– O tak, wiem – powiedziała z uśmiechem. – O nim wiem prawie wszystko, co warto wiedzieć. A przynajmniej znacznie więcej niż o naszej sprawie.

Wyjęła duże kolorowe zdjęcie angielskiego kolegi i pokazała towarzyszom.

– Oh my God – powiedziała Linda Martinez. – Marzenie teściowej jak nic! Zdecydowanie nie w moim typie.

8

LISA MATTEI opowiedziała wszystko, co wiedziała o człowieku, z którym mieli się spotkać – angielskim koledze, Jeremym Alexandrze.

Alexander miał czterdzieści pięć lat, od piętnastu był mężem kobiety młodszej od niego o dwa lata. Mieli trójkę dzieci: czternastoletniego syna i dwie córki – jedenasto- i dziesięcioletnią. Mieszkali w Londynie. Brakowało dokładnego adresu, ale spokojnie można było wykluczyć wszystkie dzielnice poza centrum Londynu i bardziej eleganckimi częściami West Endu.

– To zamożny człowiek, najprawdopodobniej mieszka w miejscu, z którego można dojść na piechotę do parlamentu, Ministerstwa Spraw Zagranicznych i kwatery głównej MI6 – podsumowała Mattei. – Kto wie, może będziemy mieli szczęście i zaprosi nas do domu na filiżankę kawy i takie małe kanapeczki z łososiem i ogórkiem – dodała z lekkim uśmiechem.

Nie dysponowali dokładnym adresem ani informacjami o aktualnym pracodawcy Alexandra. Wszystko wskazywało na to, że był kimś w rodzaju konsultanta albo freelancera, skoro określano go jako „wykładowcę, pisarza i doradcę politycznego w kwestiach Bliskiego Wschodu”. Jego żona – lekarka – pracowała jako konsultant psychiatryczny w prywatnych przedsiębiorstwach i państwowych instytucjach brytyjskiej służby zdrowia. Nie pełnili funkcji politycznych i nie było wiadomo o ich powiązaniach z jakąkolwiek partią.

Oficjalny biogram Jeremy’ego Alexandra dotyczył przede wszystkim dwóch rzeczy. Po pierwsze, jego udanej kariery akademickiej, a po drugie, imponującej historii. Nie było ani słowa o pracy dla brytyjskiego wywiadu i MI6.

Studiował w Eton i Oksfordzie, gdzie w wieku dwudziestu dziewięciu lat obronił doktorat z politologii – pisał o sytuacji politycznej na Bliskim Wschodzie. Mówił płynnie między innymi po arabsku i jeszcze przed złożeniem pracy prowadził zajęcia w Merton College w Oksfordzie.

Kiedy obronił pracę i został doktorem, otrzymał posadę wykładowcy uniwersyteckiego, a dwa lata później uzyskał tytuły fellow i full time professor w dziedzinie nauk politycznych w Merton College i wspólnym instytucie badawczym zajmującym się kwestiami Bliskiego Wschodu, prowadzonym we współpracy z uniwersytetem w Oksfordzie.

W ciągu ostatnich dziesięciu lat był mniej aktywny w świecie akademickim. Przez kilka lat pracował na część etatu, a potem przebywał w zasadzie na ciągłym urlopie i nie pełnił obowiązków wykładowcy. Pracował za to jako ekspert w brytyjskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych, ale nie było jasne, na czym dokładnie polegały jego obowiązki.

Jednak większość dostępnych informacji na jego temat dotyczyła pochodzenia. Rodzina Alexandrów od ponad pięciuset lat tworzyła historię Wielkiej Brytanii, a ich szlachectwo miało jeszcze więcej lat. Jeremy Alexander był najmłodszym synem obecnej głowy rodu, lorda George’a Jeffreya Alexandra. Ślady, odciśnięte w brytyjskiej historii przez jego przodków, były głębokie i imponująco liczne. Ród składał się z wielkich posiadaczy ziemskich, wysokich rangą urzędników, oficerów i dyplomatów. Bez względu na to, jaką ścieżkę obrali, przeważnie osiągali większe sukcesy niż inni ludzie z podobnych środowisk.

– Nasz angielski kolega jest jeszcze bardziej wysublimowany niż większość Anglików, a jego posada to prosta i logiczna konsekwencja tego, kim się urodził. To spośród takich ludzi jak on MI6 zawsze rekrutuje swoich współpracowników – zakończyła Mattei.

– Jeżeli jeszcze coś chcecie wiedzieć, z pewnością przeczytacie o tym w notatce, którą znajdziecie w swoich plikach, kiedy wrócimy do siebie. Dla uproszczenia nazwałam ją NAK, wielkimi literami, od „nasz angielski kolega”.

– Wow! – zawołała Martinez, nie potrafiąc ukryć zachwytu. – Nasza stara, dobra, zaściankowa Säpo ma teczkę tego faceta. Kto by pomyślał, że się odważymy.

– Nie – odparła Mattei. – Nie mamy na niego papierów. Ale system przepuścił go bez problemu, więc nie ulega najmniejszej wątpliwości, że jest tym, za kogo się podaje.

– To prawda, a w tym kontekście Oksford na pewno brzmi bardziej uspokajająco niż Cambridge – zgodził się Wiklander. – Na pewno znacie tę starą historię czwórki z Cambridge: Macleana, Blunta, Philby’ego i Burgessa. A może było ich pięciu. Albo, jak twierdzą niektórzy, nawet sześciu. Dobrzy chłopcy z dobrego uniwersytetu, dzieci swoich czasów i swojego środowiska… wszyscy okazali się szpiegami Rosjan. Miejmy nadzieję, że to nie dotyczy naszego angielskiego kolegi, który miał przywilej studiowania na Oksfordzie.

– Skąd to wszystko wiesz, skoro nie mamy jego teczki? – zapytała Martinez. Najwyraźniej nie słuchała wywodów Wiklandera.

– Na trop naprowadził mnie jego krawat. A poza tym jestem przecież policjantką – odparła Mattei i wzruszyła ramionami z udawaną skromnością.

With a little help of my friend, dodała w myślach.

– Muszę zerknąć na ten krawat – powiedział Dan Andersson i sięgnął po zdjęcie, które leżało pomiędzy nimi na stole.

– No tak, w końcu przez kilka lat obracałeś się w towarzystwie ludzi ze szwedzkiej ambasady w Londynie, a my tylko uganialiśmy się za szumowinami i próbowaliśmy zaprowadzić tu u nas trochę prawa i porządku – odezwała się Martinez. – Mów, Danne. Ja słucham. W napięciu. Jakie wibracje przesyła ci jego krawat?

– Wygląda na typowy – odparł Andersson. – Tacy jak on zwykle takie noszą. Najczęściej są pasiaste, trochę przekrzywione, o, w ten sposób, a paski mają różne kolory. Wszystkie pokazują szczególną przynależność tego, kto je nosi.

– Co to za bzdury? Daruj sobie. A o pracy u mnie możesz zapomnieć – odparła Martinez, wzięła do ręki zdjęcie i trzymała je tak, żeby każdy mógł zobaczyć.

– Co my tu mamy? Elegancki krawat. Na moje oko jedwabny, z pewnością drogi. Ma niebieski kolor, ten odcień nazywa się chyba royal blue. Poza tym ozdabiają go małe tarcze: złote, czerwone i niebieskie. Jeżeli dobrze liczę, jest ich około dwudziestu. I kolejne dwadzieścia po drugiej stronie i pod kołnierzykiem. Co takiego ten krawat mówi o przynależności jego właściciela do czegokolwiek? Raczej nie jest to atrybut członka Bandidos. Mam rację, Danne? W tym jesteśmy zgodni.

– Z drugiej strony widać, że właściciel krawata studiował w oksfordzkim Merton College – stwierdził Jan Wiklander i skinął z namysłem.

– Brawo – powiedziała Mattei. – Nie miałam pojęcia, że jesteś znawcą krawatów z brytyjskich kręgów akademickich.

– Ja też nie – odparł Wiklander i pokręcił głową. – Ale jeśli wziąć pod uwagę twoje słowa i to, że ja też jestem policjantem, można stwierdzić, że nie był to zbyt śmiały strzał.

9

WIĘCEJ NIE ZDĄŻYLI ustalić, bo znów włączono sygnalizację „zapiąć pasy”, a do kabiny wszedł ich steward. Posprzątał i oznajmił, że za dziesięć minut będą lądować. Kazał im pozostać na miejscach, dopóki nie wjadą do hangaru. Oczywiście dodał, że goszczenie ich na pokładzie było dla niego prawdziwą przyjemnością.

– Right on schedule, ma’am, but today we have blue skies over Britannia and before we can disembark we have to have a solid roof over our heads to protect us from evil eyes – uściślił, uprzejmie skinął głową Mattei i znacząco spojrzał na dach kabiny i niebieskie niebo nad ich głowami.

– Tak, nie ma powodu narzekać na pogodę – zgodził się Dan Andersson, patrząc przez okno po swojej stronie. – Wydaje się nawet lepsza niż u nas, w starej dobrej Svedali. Poza tym chyba wiem, gdzie wylądujemy. O ile kogoś to interesuje – dodał i posłał uśmiech Lindzie Martinez.

– Mnie nie. Nie po tym, co powiedziałeś o krawacie. Zapomnij, Danne – odparła Martinez i pokręciła głową. – Poza tym denerwują mnie ludzie, którzy dużo gadają tuż przed lądowaniem. I w windzie, jeśli wiesz, co mam na myśli.

– Może ktoś inny będzie zainteresowany – powiedział Dan Andersson, niezrażony jej obiekcjami. – Wylądujemy w jednej z baz brytyjskich sił powietrznych. Nazywa się Royal Air Force Brize Norton i, o ile wiem, leży kilkadziesiąt kilometrów na południowy zachód od Oksfordu. Niecałe pół godziny lotu helikopterem z Londynu. Z tej bazy korzysta się zresztą przy niemal wszystkich zagranicznych transportach osób i towarów.

– Sam to wymyśliłeś? – spytała Martinez wyraźnie sceptycznym tonem. – Czy może powiedział ci to w zaufaniu attaché wojskowy na ostatnim przyjęciu bożonarodzeniowym w ambasadzie?

– Już tu lądowałem – odparł Dan Andersson i wydawał się zadowolony, że może to powiedzieć.

– Dlaczego, jeśli wolno mi spytać?

– A to już jest tajemnica – oznajmił Dan Andersson i z wyraźnym zadowoleniem pokręcił głową.

– No dobrze, dzieciaki – uciął Wiklander. – Nie ma czasu na sprzeczki. Brize Norton – powiedział, jakby smakował tę nazwę. – Możemy się zgodzić, że to ładna nazwa dla takiego obiektu. Oczywiście jeśli wziąć pod uwagę, czym się zajmują.

10

KIEDY WYSIEDLI z samolotu, angielski kolega już na nich czekał. Dopasował się do letniej pogody. Elegancki granatowy blezer, który miał na zdjęciu, zamienił na cieńszy, bardziej swobodny garnitur w jaśniejszym odcieniu niebieskiego i białą płócienną koszulę. Oprócz tego miał nowy krawat. Niebieski i jedwabny, ozdobiony różowymi słoniami i łacińską sentencją, która wskazywała na powiązania nie tylko z oksfordzkim Merton College.

Witając się z Lisą Mattei, uprzejmie skinął głową i posłał jej uśmiech, w którym dało się zauważyć zarówno rozbawienie, jak i zainteresowanie.

– My name is not Bond – oznajmił. – Nazywam się Alexander. Jeremy Alexander.

11

KIEDY LISA MATTEI wspominała swoje pierwsze spotkanie z Jeremym Alexandrem, częściej myślała o nim samym i o sposobie, w jaki przekazał informacje, niż o tym, co rzeczywiście powiedział. Fascynowała ją forma, a nie treść, i to właśnie ona z perspektywy czasu ją niepokoiła. Raczej nie wynikało to z faktu, że była kobietą, a on bardzo wyjątkowym mężczyzną. Najbardziej działało jej na nerwy, że w ogóle się nad tym zastanawia. Dan Andersson i Jan Wiklander nie poświęcili tej kwestii ani jednej myśli, choć też tam byli.

To dlatego, że mężczyźni inaczej traktują innych mężczyzn, uznała. Albo że jako kobieta była bardziej nawykła do słuchania, co mężczyźni tak naprawdę mówią. A może po prostu tak miała? W końcu przez całe świadome życie myślała o sprawach, które, delikatnie rzecz ujmując, nie zawsze miały związek z tym, o czym powinna myśleć. Bez względu na przyczynę działało jej to na nerwy, a jeszcze bardziej denerwowały ją własne reakcje.

Już sam sposób, w jaki Alexander rozpoczął spotkanie, utwierdził ją w przekonaniu, że zdąży przyjechać do domu przed zaśnięciem Elli – choć nie miało to związku z jej śledztwem. Zaczął od przeprosin, z którymi się uporał w nieco ponad minutę. Potem nadszedł czas na obowiązkowe przedstawienie wszystkich po kolei – potrwało to niewiele dłużej.

Najpierw podziękował, że przybyli na spotkanie z nim i jego kolegami, zapowiedziane z tak krótkim wyprzedzeniem. Wyraził ubolewanie z tego powodu i przepraszająco wyjaśnił, że ta sprawa wylądowała na jego biurku nieco ponad tydzień wcześniej. Przedtem zajmowali się nią koledzy z brytyjskiej policji bezpieczeństwa. Instytucji, która w „starych dobrych czasach” była znana pod obiegową nazwą Special Branch Scotland Yard, ale po dwóch reorganizacjach spowodowanych rozwojem polityki bezpieczeństwa po jedenastym września 2001 roku otrzymała nazwę Counter Terrorism Command i stała się głównym organem odpowiedzialnym za walkę z terroryzmem w Wielkiej Brytanii.

– Z różnych względów postanowiliśmy wówczas przejąć tę część ich śledztwa, która dotyczyła naszych rodaków. Dlatego z takim opóźnieniem się z wami skontaktowaliśmy, za co szczerze przepraszam. Tak czy inaczej, mea culpa – powiedział Alexander z tym samym delikatnym uśmiechem i skinieniem głowy co przy powitaniu.

Potem przystąpił do przedstawiania kolegów. Z jakichś powodów on także miał troje współpracowników – dwie kobiety i mężczyznę. Tak się praktycznie złożyło, że ich obowiązki w angielskiej służbie bezpieczeństwa pokrywały się z tymi, które pełnili współpracownicy Mattei.

Pierwsza z kobiet była młodsza, miała około trzydziestki i zajmowała się głównie intelektualnymi aspektami walki z muzułmańskim terroryzmem. Jej wygląd i nazwisko wskazywały na to, że miała korzenie na Bliskim Wschodzie. Iran, Syria, Liban, może nawet Palestyna, pomyślała Mattei.

Druga kobieta była w jej wieku. Czarnoskóra i, jeśli sądzić po dialekcie, urodzona i wychowana w Londynie. Miała takie samo spojrzenie, język ciała i podejście do świata jak Linda Martinez. Poza tym, co nie było dla niej zaskoczeniem, też zajmowała się obserwacją w terenie.

Alexandrowy odpowiednik Dana Anderssona również nie sprawił jej niespodzianki. Był w tym samym wieku co Dan, również miał charyzmę i doświadczenie wojskowe zdobyte w SAS – lotniczych siłach zbrojnych Wielkiej Brytanii. Specjalizował się w ochronie wysoko postawionych osób i w działaniu w sytuacjach kryzysowych.

Być może dobór współpracowników był zakamuflowaną informacją, że Alexander wie więcej o niej i jej współpracownikach, niż ona sama wiedziała o nim i jego ekipie. Jak tylko prezentacja dobiegła końca, przedstawił proponowany porządek spotkania.

Najpierw zamierzał krótko streścić wnioski dotyczące aktualnej sprawy, które nasunęły się jemu i jego współpracownikom, a także dać im okazję do zadawania pytań. Ogólnych, bez żadnych szczegółów – te mieli omówić z szefową. Przed końcem spotkania Mattei miała poznać „kompletne podstawy”, dowiedzieć się wszystkiego, co wiedzieli Anglicy, żeby potem jak zwykle zdecydować, w które elementy wtajemniczyć pozostałych.

– Stary dogmat, obowiązujący we wszystkich służbach bezpieczeństwa, brzmi: further information will be given on a need-to-know basis. To zawsze jest wyzwanie i trudność dla tak otwartego człowieka jak ja – oznajmił Alexander z przyjaznym uśmiechem.

Potem miały się odbyć rozmowy w cztery oczy. Stwierdził, że nie może się doczekać spotkania z „Deputy Director, Chief of Operations, Mattei”, bo słyszał o niej dużo dobrego. Na koniec mieli się ponownie spotkać na podsumowanie, ewentualne pytania, filiżankę herbaty i wszystkie inne brytyjskie powinności towarzyskie między lunchem a kolacją.

– Przewiduję, że na pokład samolotu wsiądziecie najpóźniej o piątej, a w Sztokholmie wylądujecie około wpół do dziewiątej wieczorem lokalnego czasu – zakończył Alexander.

Mniej więcej wtedy Ella skończy słuchać bajki na dobranoc i zacznie się tulić do wszystkich swoich pluszaków i szykować na spotkanie z Piaskowym Dziadkiem, pomyślała Lisa Mattei. Może zadzwonię do niej z samolotu. Albo poproszę Johana, żeby przeczytał wyjątkowo długą bajkę.

Nikt nie miał zastrzeżeń do porządku zaproponowanego przez gospodarza. Jak mogliby je mieć, pomyślała Mattei, skoro od początku bez trudu przejął dowodzenie, jakby to było coś oczywistego. Był urodzonym przywódcą, który nawet nie zadaje sobie pytania, dlaczego robi to lepiej od innych.

Sam Alexander to forma. Czas zająć się treścią, pomyślała Mattei. O ile to było takie proste. Doświadczenie uczyło, że w ich świecie te sfery potrafiły się pokrywać.

12

– NO DOBRZE, chyba już najwyższy czas, żebym przedstawił młodzieńca, za sprawą którego wszyscy się tu zebraliśmy. To Abdullah Mohammed Khalid, znany pod zdrobniałym imieniem Abbdo, od dziesięciu lat obywatel Szwecji – oznajmił Jeremy Alexander i prawym palcem wskazującym wcisnął klawisz komputera stojącego na stole.

Odchylił się na krześle i splótł ręce na brzuchu. Na ścianie wyświetliło się nazwisko i kilka zdjęć człowieka, o którym mówił.

– Moi współpracownicy z dawnego Special Branch, Wydziału Specjalnego Scotland Yardu, twierdzą, że mimo stosunkowo młodego wieku, dwudziestu ośmiu lat, Abbdo to ktoś, kogo zazwyczaj określa się mianem „bombera”. Po prostu dlatego, że jest zupełnie inaczej wykształcony niż jego starsi poprzednicy, którzy bardziej nietypowego wykorzystania materiałów wybuchowych musieli się uczyć w praktyce. Dla mnie to dowód, że wykształcenie akademickie jednak ma wartość.

Dobrze wygląda ten chłopak, pomyślał Jan Wiklander. Był szczupłej budowy i miał piękne rysy, prezentował się jak męska postać z malowidła na starej egipskiej wazie.

Abdullah Mohammed Khalid, zdrobniale zwany Abbdem, urodził się jedenastego sierpnia osiemdziesiątego siódmego roku. Mieli jego dwa zdjęcia portretowe – ze szwedzkiego dowodu i z prawa jazdy. Trzecie pochodziło z identyfikatora. Z widniejącego na nim napisu Linda Martinez wywnioskowała, że został wydany przez uniwersytet w Manchesterze. Do tego dochodziło około dwudziestu zdjęć operacyjnych, w większości ukazujących całą sylwetkę – Khalid był uchwycony w ruchu, poza domem, w różnych miejscach i o różnych porach. Uświadomiła sobie, że musieli przeznaczyć na niego znaczne środki.

Typowy Somalijczyk, pomyślał Dan Andersson. Mogło być gorzej, mogliśmy trafić na któregoś z tych świrów z Państwa Islamskiego albo Al-Kaidy. To prawdziwe maszyny do zabijania.

Dziwny ten krawat z różowymi słoniami. Ale facet ma ładne dłonie, pomyślała Lisa Mattei. I płaski brzuch. Ciekawe, czy gra na pianinie.

Ponad rok wcześniej Khalid został przyjęty na uniwersytet w Manchesterze. Mieszanka faktów z jego biografii sprawiała, że od samego początku wzbudzał zainteresowanie brytyjskich służb bezpieczeństwa.

Był obcokrajowcem, Somalijczykiem, muzułmaninem, zapisał się na kursy fizyki i chemii, a ze złożonych przez niego dokumentów wynikało, że śpiewająco zdał szwedzką maturę w klasie przyrodniczej, a potem zaczął się kształcić na zwykłego elektryka. Zresztą zanim zdał na uniwersytet w Manchesterze, przez kilka lat wykonywał ten zawód i miał dobre referencje od pracodawców.

To, że dorastał, mieszkał i uczył się w Szwecji przez ponad dwadzieścia lat, odkąd rodzice uciekli z ogarniętej wojną Somalii, wcale nie zmniejszało zainteresowania śledczych. To samo tyczyło się jego dobrych ocen, niekaralności i faktu, że odkąd zaczął studiować w Wielkiej Brytanii, nie miał jakichkolwiek znanych powiązań ze środowiskiem bardziej radykalnych muzułmanów.

Podejrzewali go przez cały czas. Już w październiku ubiegłego roku wydarzyło się coś, co sprawiło, że objęto go obserwacją. Kupił trzy telefony komórkowe za jednym razem i zapłacił za nie gotówką.

– Wiecie, te anonimowe: nie widać, kto jest właścicielem numeru – sprecyzował Alexander i znacząco wzruszył ramionami. – Kiedy potem ustalono, z jakich numerów korzystał, okazało się, niestety, że kontaktował się z niewłaściwymi osobami i prowadził działalność doradczą, za którą, według prawników służb bezpieczeństwa, może mu grozić dożywotnie więzienie. Konkretnie chodzi o tę tragiczną historię sprzed dwóch miesięcy. W sobotę czternastego marca nieopodal Old Trafford w Manchesterze młoda muzułmanka przeprowadziła zamach, który kosztował życie nie tylko ją i dwójkę jej małych dzieci, ale też czterech policjantów i dwóch cywilów, którzy akurat znaleźli się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Poza tym kilkanaście kolejnych osób, w tym trzech policjantów, odniosło mniej lub bardziej poważne obrażenia.

– Tak, tak, czytałam podsumowanie, które wrzuciliście do naszej sieci, ale będziesz musiał mi wyjaśnić, w jaki sposób Khalid jest w to zamieszany – odparła Lisa Mattei.

Najwyższy czas, żebyś wzięła się w garść, powiedziała sobie w myślach.

– Wyjaśnię, nie ma problemu – odparł Alexander. – W materiałach, które wam przekażemy, znajdziecie wszystko, co wiemy na temat tych wydarzeń. I konkretny powód, dla którego jesteśmy zainteresowani Abbdem Khalidem.

13

OLD TRAFFORD – drugi co do wielkości angielski stadion piłkarski po Wembley Stadium w Londynie, wybudowany w dwudziestym wieku, zbombardowany w czasie drugiej wojny światowej, przebudowywany i rozbudowywany etapami – mógł pomieścić ponad siedemdziesiąt tysięcy widzów. To macierzysty stadion klubu Manchester United – The Theatre of Dreams, Teatr Snów, jak swego czasu ochrzcił go legendarny piłkarz United, Bobby Charlton. W sobotę czternastego marca zmienił się w scenerię jednego z największych koszmarów we współczesnej historii Wielkiej Brytanii.

Odbywały się wówczas derby w angielskiej Premier League pomiędzy Manchesterem United a Manchesterem City, które przyciągnęły prawie siedemdziesiąt tysięcy widzów. Policja wiedziała z doświadczenia, że stanowczo zbyt wielu z nich oddaje się innym czynnościom niż oglądanie piłki nożnej, toteż wysłała na miejsce setki funkcjonariuszy i ochroniarzy.

Mecz przebiegał w bardzo spokojnej atmosferze. Dopiero w trzydziestej pierwszej minucie zaczęło się dziać.

Przed głównym wejściem na stadion stoi policyjny bus i siedmioro policjantów – pięciu mężczyzn i dwie kobiety. Mają za zadanie pilnować porządku poza stadionem. Sześcioro z nich to oddani kibice – przeklinają każdą straconą minutę meczu. Gdyby na świecie istniała sprawiedliwość, staliby w środku, jak niemal wszyscy koledzy.

Siódma postać – dwudziestodziewięcioletnia policjantka – ani trochę nie interesuje się piłką nożną. Jest w trzecim miesiącu ciąży i myśli o zupełnie innych sprawach niż służba. Za pół roku zostanie matką – czekała na to kilka lat.

W trzydziestej pierwszej minucie gospodarze z United zdobywają pierwszą bramkę. Kiedy okrzyki z trybun docierają za bramę stadionu, policjanci natychmiast zbierają się przy busie i próbują ustalić przez radio, co się stało. Ich ciężarna koleżanka, zajęta swoimi myślami, nie rusza się z miejsca. Kiedy do busa zbliża się młoda kobieta w tradycyjnym muzułmańskim stroju, tylko kiwa jej przyjaźnie głową. Dlaczego nie? Kobieta nie ma zasłoniętej twarzy. Pcha dziecięcy wózek i jednocześnie osłania dłonią głowę trzy- lub czteroletniego chłopca, który idzie przy jej lewym boku. Jest jeden świadek tego, co się dzieje zaraz potem. Jakimś cudem przeżywa, w przeciwieństwie do wszystkich innych w pobliżu – ci zostają dosłownie rozerwani na strzępy. Według świadka policjantka uśmiechnęła do muzułmanki, szeroko, wręcz serdecznie, wskazała głową wózek i zadała proste pytanie: Boy or girl?

Pewnie wiedziała już, że adresatka pytania wierzy w innego Boga niż ona, ale raczej nie zdawała sobie sprawy, że jej wiara jest na tyle silna, że bez wahania gotowa jest zabrać dwójkę swoich dzieci do czekającego na nich raju. Świadek nie potrafił powiedzieć, czy policjantka otrzymała odpowiedź na swoje pytanie, bo w tej samej chwili wszystko wokół niego eksplodowało w oślepiającej białej poświacie, a siła wybuchu rzuciła go prosto w ciemność, jakby nic nie ważył.

– To przerażająca historia – podsumował Alexander. – Czworo naszych policjantów zginęło na miejscu, a troje kolejnych odniosło tak poważne obrażenia, że już nigdy nie wrócą do czynnej służby. Zginęło także dwóch cywilów. Kolejnych kilkunastu było ciężko rannych. No i jeszcze sprawczyni zamachu. Dwudziestotrzyletnia uchodźczyni z Syrii. Przyjechała tu przed rokiem. Miała czteroletniego synka i sześciomiesięczną córeczkę. W sumie dziewięć ofiar i kilkunastu rannych. Okropna historia.

Jeremy Alexander przeszedł do następnego punktu. Jaki związek miała ta sprawa z ich podejrzanym, Abbdem Khalidem?

Nic nie wskazywało na to, żeby Abbdo był zamieszany w praktyczne przygotowania do samobójczego zamachu przed Old Trafford. Jego zaangażowanie było dwojakie. Wielokrotnie kontaktował się z człowiekiem, który uczestniczył w produkcji bomby, i radził, jakie pociski należy wybrać.

Według badań i rekonstrukcji przeprowadzonych przez techników służb bezpieczeństwa ładunek wybuchowy ważył od czterech do pięciu kilogramów. Był to zwykły dynamit, używany w przemyśle budowlanym, nie ten przeznaczony do celów wojskowych. Do tego od siedmiuset do tysiąca pocisków o łącznej masie siedmiu do dziesięciu kilogramów. Dwa zapalniki – jeden ręczny, który kobieta mogła uruchomić, po prostu naciskając guzik, i jeden zapasowy, który pozwalał zdetonować ładunek z bezpiecznej odległości za pomocą telefonu komórkowego, na wypadek gdyby coś jej przeszkodziło.

– Wszystko to było umieszczone w wózku, pod poduszką, na której położyła swoją sześciomiesięczną córeczkę – dodał Alexander i skrzywił się z niesmakiem.

Dobór pocisków był interesujący, zwłaszcza w kontekście podejrzeń wobec Abbda Khalida. Tego typu pociski nigdy wcześniej nie zostały użyte podczas zamachu samobójczego w Wielkiej Brytanii. A ponieważ tylko w ciągu ostatnich dwóch lat miało miejsce dziesięć takich zamachów, był to bez wątpienia wyjątkowy zbieg okoliczności, że trzy tygodnie przed zamachem Khalid polecił swojemu rozmówcy właśnie ten materiał.

Jakie mieli podstawy, żeby go podejrzewać? Alexander twierdził, że bardzo mocne. Kilka podsłuchanych rozmów telefonicznych dowodziło, że współpracował z człowiekiem, którego udało się powiązać z zamachem dzięki zdjęciom z monitoringu i innym dowodom rzeczowym. To wystarczyło do zatrzymania nawet kogoś takiego jak Abbdo, osadzenia go w areszcie oraz skazania na dłuższą karę więzienia. Może nawet dożywocie, jeśli ława przysięgłych miałaby taki kaprys.

– Tak z ciekawości – odezwała się Mattei. – Dlaczego tego nie zrobiliście? Dlaczego ich nie zatrzymaliście?

Wciąż są na wolności, pomyślała. Nawet jeśli teraz się przyczaili i czekają, to ryzyko zawsze istnieje.

– Z tego powodu, co zwykle – odparł Alexander z wyraźnym rozbawieniem. – Nie ma sensu zajmować waszego czasu opowiadaniem o rzeczach, do których sami możecie dojść.

A więc masz informatora albo może nawet wtyczkę czy agenta, który obiecał, że opowie jeszcze więcej, pomyślała Mattei. Co by to mogło być? Co więcej ponad to, że sześć osób straciło życie, a kilkanaście zostało rannych? Na wszystko przychodzi czas.

– Pomyślałem, że na zakończenie tego wstępnego podsumowania opowiem wszystko, co wiemy o Khalidzie, jego rodzinie i pozostałych kontaktach, które mogą być interesujące w tym kontekście.

Nikt z zebranych nie miał nic przeciwko temu.

– A więc zaczynamy – oznajmił Alexander.

Ponownie postukał w klawisze komputera i wyświetlił na ścianie kolejne zdjęcie.

14

SIEDEMNAŚCIE TWARZY na białej ścianie. Siedemnastoosobowa rodzina, w tym Bomber. Szesnastu członków było obecnie szwedzkimi obywatelami. Kiedy przyjechali do Szwecji w 1993 roku, było ich dziewięcioro. Ojciec Bombera, obecnie sześćdziesięciodwuletni, jego o dwadzieścia lat starsza matka, dwie żony i pięcioro dzieci. Od tamtego czasu przybyło jeszcze ośmiu członków rodziny.

Dwie żony urodziły ojcu Bombera jeszcze troje dzieci, a cztery lata temu do rodziny dołączyła kolejna osoba – wówczas siedemnastoletnia Somalijka, która przyjechała do Szwecji rok wcześniej, została jego trzecią żoną i w tempie niemal ekspresowym urodziła mu czworo kolejnych dzieci.

W rodzinie było sześciu synów i sześć córek. Czterech synów było dorosłych. Najstarszy z nich był Abbdo, domniemany Bomber, a najmłodszy z jego trzech dorosłych braci właśnie skończył dwadzieścia lat. Do tego dochodzili jedenastolatek i najmłodszy chłopiec w rodzinie, który miał niespełna rok.

Najstarsze dzieci w rodzinie były już dorosłymi kobietami i miały od trzydziestu do trzydziestu trzech lat. Wszystkie były córkami pierwszej żony i nadal mieszkały w domu rodziców. Obecnie miały trzy młodsze siostry – trzyletnią, dwuletnią i roczną – których matka była o kilka lat młodsza od nich.

Siedemnaście osób w jednej rodzinie. Gorzej już być nie może, pomyślała Lisa Mattei. Najstarszy członek rodziny był o dziesięć lat starszy od jej ojca, a czworo maluchów było młodszych od jej córki. Za niecały miesiąc powinnaś zatrzymać wszystkich, powiedziała sobie w myślach.

Jeremy Alexander był przekonany, że naprawdę tak może być. Doświadczenie pokazywało, że kiedy się chce zbadać tego typu sprawę, często warto zacząć od rodziny głównego podejrzanego.

Detonując bombę, która unicestwia jego ciało, zamachowiec samobójca jest oczywiście sam. W tym sensie jest to chyba najbardziej samotna decyzja, jaką może podjąć człowiek. Jednak w czasie podróży, która doprowadza go do tego momentu, ma z reguły wielu towarzyszy. Począwszy od aprobujących przemoc imamów, którzy kształtują to, co się dzieje w jego głowie, aż po ludzi pokroju Bombera, którzy wręczają mu bilet do raju. Do tego oczywiście dochodzą też ci, którzy okazują mu miłość, pomagając przymocować ładunki wybuchowe do ciała. Z drugiej strony było nie do pomyślenia, żeby to Bomber zajął się końcową częścią operacji. Tacy ludzie jak on byli zbyt cenni, aby ich w ten sposób poświęcać.

Na tym Alexander zakończył temat. Uznał jedynie, że udzieli im kilku ogólnych rad, choć oczywiście nie zamierzał wchodzić w szczegóły prowadzonego przez nich śledztwa. Przy okazji podkreślił, że jego koledzy jedynie „poskrobali powierzchnię”, gdy chodziło o przedstawienie rodziny Khalida. Po prostu nie mieli powodu poświęcać tej sprawie więcej uwagi. Poza tym wszystkie informacje brytyjskich antyterrorystów na temat rodziny Khalida pochodziły z ich wspólnych baz, do których wszyscy mieli teraz dostęp w ramach współpracy Zachodu w dziedzinie polityki bezpieczeństwa.

Alexander szczególnie mocno podkreślił, że aż do tego dnia nikt z brytyjskich służb bezpieczeństwa nie skontaktował się z Säpo ani z żadnym innym szwedzkim organem wywiadowczym w sprawie podejrzeń wobec Abbda Khalida.

– Jakieś pytania? – zapytał z wykalkulowanym, ale mimo wszystko zapraszającym gestem dłoni.

– Tak, ja mam jedno – odezwała się Linda Martinez. – Gdzie mieszka ta rodzina?

– W Eskilstunie – odparł Alexander, dyskretnie zerkając na ekran komputera.

– W Eskilstunie – powtórzyła Martinez i pokręciła głową, jakby nie przyjmowała tego do wiadomości.

– Tak jest, w Eskilstunie – Alexander potwierdził zdecydowanym skinieniem głowy i postukał w klawisze. – Niewielkie miasto liczące jakieś pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców, położone sto dwadzieścia kilometrów na południowy zachód od Sztokholmu.

– Nie wiesz, jak mieszkają? – zapytała Martinez i posłała znaczące spojrzenie Lisie Mattei. – W domu wielorodzinnym?

– Nie – odparł Alexander. Najwyraźniej zdążył przeczytać to, co miał napisane na ekranie. – Wszyscy członkowie rodziny są zameldowani pod tym samym adresem i wygląda na to, że tam mieszkają. To stara willa. Według naszych informacji jest oddalona o kilka kilometrów od centrum miasta. Działka jest duża, odgrodzona od sąsiadów, widok jest bardzo ograniczony, a najbliższy dom stoi około stu metrów dalej. Mamy zdjęcia satelitarne domu i sąsiednich terenów, doskonała ostrość. Wszystko to jest w materiałach, które otrzymacie.

– Słodki Jezu, to nie może być prawda – jęknęła Linda Martinez i pokręciła głową.

– Potraktuj to jako wyzwanie, Lindo – poradziła czarnoskóra koleżanka z brytyjskiej policji bezpieczeństwa.

Widać było, że trudno jej ukryć rozbawienie.

– We will cross that bridge when we get to it – zgodziła się Lisa Mattei.

Tak pewnie powiedziałby Lars Martin Johansson, pomyślała. Nie ma sensu się martwić na zapas.

– Rozsądnie. – Alexander skinął głową w jej kierunku. – Niech każdy dzień swój ciężar dźwiga. Jeśli nie macie nic przeciwko temu, chciałbym zakończyć tę część dyskusji kilkoma słowami na temat kontaktów, które Khalid nawiązał w czasie pobytu w Wielkiej Brytanii.

Nikt nie miał nic przeciwko. A już na pewno nie Lisa Mattei. Jeszcze raz spojrzała na zegarek i pomyślała o Elli.

Alexander zrobił szybkie podsumowanie. Na początku zaznaczył, że nie zamierza mówić o kontaktach Khalida z brytyjskimi obywatelami syryjskiego pochodzenia podejrzanymi o udział w zamachu przed Old Trafford. Te informacje były w materiałach przeznaczonych dla Mattei. To ona miała zdecydować, w jaki sposób rozdzieli je pomiędzy współpracowników.

Jeśli nie liczyć kontaktów z wykładowcami, kolegami ze studiów i sąsiadami, Khalid najczęściej chadzał własnymi drogami. Po prostu dobrze się prowadził i wszystko wskazywało na to, że większość czasu poświęca na studia, które przywiodły go do Wielkiej Brytanii i na uniwersytet w Manchesterze. Mimo to nie uchodził za odludka czy kogoś, kto traktuje innych z góry. Był uprzejmy, przyjazny i pomocny i prawdopodobnie to ta ostatnia cecha spowodowała, że nawiązał nietypową, osobistą relację ze swoją gospodynią, Louise Urqhart – wdową, starszą od niego o piętnaście lat, urodzoną i wychowaną w Manchesterze w rodzinie, która od kilku pokoleń należała do wyższej klasy średniej.

Louise Urqhart była jedynaczką. Jej ojciec pracował w Manchesterze jako adwokat. Kiedy miała dziesięć lat, zmarła jej matka, więc wychowywała się z ojcem i gosposią. Niewykluczone, że większość tego czasu spędziła w różnych ośrodkach dla dziewcząt.

W wieku dziewiętnastu lat zaczęła studiować nauki humanistyczne na uniwersytecie w Yorku. Dopiero po siedmiu latach udało jej się uzbierać wystarczająco dużo punktów, żeby z przeciętnymi ocenami ukończyć studia. Obejmowały wiele przedmiotów i obszarów tematycznych i raczej nie toczyły się tradycyjnym trybem.

– Wszystko, od buddyzmu zen i języków orientalnych po filmoznawstwo, dramaturgię i kilka innych rzeczy, których nazw, szczerze mówiąc, nie rozumiem – oznajmił Alexander. – Kto wie, może jest kimś w rodzaju poszukiwaczki? – dodał z nieobecnym, wręcz zrezygnowanym wzruszeniem ramion.