Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo
29,90 25,41
Do koszyka

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 489

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 40 min Lektor: Filip Kosior

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 40 min Lektor: Filip Kosior

Opis ebooka Ból - Zeruya Shalev

Świetna książka, która kończy się terapeutycznym katharsis.

Amos Oz

Przypadkowe spotkanie z niewidzianym od lat Ejtanem, wielka młodzieńczą miłością Iris, na nowo otwiera nie do końca zagojone rany. Mimo żalu i gniewu, jątrzących się w kobiecie przez długi czas, uczucie nie wygasło i odradza się na nowo. Z taką mocą i namiętnością, że Iris gotowa jest poświęcić szczęście swojej rodziny i zadać bliskim Ból, którego sama doświadczała przez lata. Bezkompromisowa, szczera i poruszająca do głębi proza.

Zeruya Shalev robi to, co potrafi najlepiej: opowiada głęboko emocjonalną historię rodziny, miłości, odkupienia i rozczarowania, zachęcając czytelnika, by zatracił się w opowieści, i oferując oczyszczenie, kiedy się skończy. […] Coś znajomego w historii i tworzących ją dramatach, a także wsposobie jej rozwiązania stwarza poczucie intymności. […] Powieść analizuje Ból i rzuca światło na jego rolę w życiu emocjonalnym. – „Haaretz”

Zeruya Shalev – izraelska pisarka. Ma tytuł magistra studiów biblijnych i pracuje jako redaktor w wydawnictwie Keshet. 29 stycznia 2004 roku, kiedy wracała razem z dzieckiem do swojego domu w Rehavii, w Jerozolime, palestyński zamachowiec-samobójca wysadził miejski autobus, w chwili gdy mijała go pisarka. Powrót do zdrowia zajął jej cztery miesiące.
Shalev opublikowała pięć powieści: Życie miłosne (W.A.B. 2003), Mąż i żona (W.A.B. 2004), Po rozstaniu (W.A.B. 2008), Co nam zostało (W.A.B. 2013) i Ból, tomik poezji i książki dla dzieci. Życie miłosne oraz Mąż i żona zostały entuzjastycznie przyjęte przez krytyków zarówno w Izraelu, jak i zagranicą. Zostały przetłumaczone na 21 języków i stały się bestsellerami w wielu krajach.
Shalev otrzymała wiele nagród, m.in.: Book Publishers' Association's Gold and Platinum Prizes, German Corine Book Award (2001), French Amphi Award i trzykrotnie nagrodę ACUM (1997, 2003, 2005). Mąż i żona była również nominowana do francuskiej Prix Femina (2002) i została ujęta na francuskiej liście Fnac jako jedna z 200 najlepszych książek dekady. Shalev jest żoną Ayala Megged, syn Aharon Meggeda.

Opinie o ebooku Ból - Zeruya Shalev

Fragment ebooka Ból - Zeruya Shalev

Zeruya Shalev

BÓL

przełożyła Magdalena Sommer

Tytuł oryginału: באכ

Copyright © Zeruya Shalev

Published by arrangement with The Institute for the Translation of Hebrew Literature

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXVI

Copyright © for the Polish translation by Magdalena Sommer, MMXVI

Wydanie I

Warszawa, MMXVI

Rozdział pierwszy

Wrócił, a ona się dziwi, chociaż spodziewała się go latami, wrócił, jakby nigdy nie ustąpił, jakby nie przeżyła bez niego ani jednego dnia, miesiąca, roku, a przecież od tamtej chwili upłynęło dokładnie dziesięć lat.

Miki zapytał przecież:

– Pamiętasz, jaki dzisiaj dzień?

Jakby chodziło o urodziny albo rocznicę ślubu. Wytężyła pamięć – ślub wzięli zimą, poznali się zimą rok wcześniej, w zimie przyszły na świat dzieci, nic godnego uwagi w ich życiu nie wydarzyło się latem, chociaż jest długie i choćby dlatego powinno przyciągać niezliczone wydarzenia. Miki spuścił oczy, wskazując wzrokiem jej biodra, które ku jej niezadowoleniu od tamtej pory stały się szersze, i nieoczekiwanie ból powrócił, a ona sobie przypomniała.

Może zresztą przypomniała sobie wcześniej, a wtedy wrócił ból? Przecież nigdy o tym nie zapomniała, i dlatego nie tyle sobie przypomniała, ile przeniosła się teraz cała do tamtej chwili pośród ognia, wewnątrz coraz wyraźniejszego pęknięcia, do szalejącej burzy paniki i uroczystego paraliżu kompletnej martwoty: nie ćwierkał ani nie przeleciał żaden ptak, nie ryczał wół, serafini nie wznosili modłów, morze nie wystąpiło z brzegów, żywe stworzenia nie wydawały żadnego głosu, cały świat zamarł oniemiały.

Z czasem pojęła, że było tam wszystko poza ciszą, chociaż tylko cisza wryła się jej w pamięć: przyszli do niej niemi aniołowie, którzy bez słów opatrzyli jej rany, odcięte członki płonęły bezdźwięcznie, ich właściciele przypatrywali się im, nie wydając głosu, białe jak śnieg karetki pogotowia sunęły bezgłośnie ulicami, naraz w jej stronę przyfrunęły wąskie uskrzydlone nosze, czyjeś ręce uniosły ją i złożyły na nich, i w chwili, gdy oderwano ją od rozpalonego asfaltu, pojawił się ból.

Urodziła przecież dwoje dzieci, mimo to nie rozpoznała go, gdy objawił się w całej mocy, przebijając środek jej ciała, piłując kości, miażdżąc je na drobny pył, zgniatając mięśnie, wyrywając ścięgna, krusząc tkanki, rozcinając nerwy, znęcając się nad miękką wewnętrzną masą, której nigdy nie poświęcała uwagi, materią, z której zrobiony jest człowiek. Jej zainteresowanie budziły tylko części powyżej szyi, czaszka i schowany w niej mózg, świadomość i inteligencja, myśl i zdolność rozumowania, zdolność wyboru, tożsamość, pamięć, a teraz nie ma nic poza nią i nie ma nic poza nim, poza bólem.

– Co się stało? – zapytał Miki i od razu zreflektował się zawstydzony. – Co za idiota ze mnie. Nie powinienem był ci przypominać.

Oparła się o ścianę przy drzwiach – przecież za chwilę mieli wyjść z domu, każde do swojej pracy – i usiłowała wskazać wzrokiem kuchenne krzesła, a on pospiesznie poszedł do kuchni i przyniósł szklankę wody, ale nie dała rady ująć jej dłonią, która ześlizgnęła się po ścianie.

– Krzesło – poprosiła niewyraźnie, a on przyciągnął jedno z krzeseł, lecz ku jej zdumieniu sam usiadł na nim ciężko, jakby to jego ból napadł znienacka, jakby to on był tam tamtego ranka, dokładnie dziesięć lat temu, gdy potężna fala uderzeniowa wybuchu w pobliskim autobusie wydarła ją z samochodu i rzuciła na asfalt. Prawdę mówiąc, gdyby nie zmiana planów w ostatniej chwili, to on znalazłby się tam zamiast niej, przelatując jak ogromny asteroid w rozżarzonym powietrzu, lądując z głuchym łoskotem wśród ogarniętych płomieniami ciał.

Dlaczego właściwie to nie on odwoził rano dzieci do szkoły jak co dzień? Przypomniała sobie pilny telefon z biura, błąd oprogramowania, usterkę w systemie. Zamierzał odwieźć je mimo wszystko, ale Omer nie był jeszcze ubrany, skakał w piżamie po podwójnym łóżku, a ona nie chciała dopuścić do płaczu i krzyków.

– Daj spokój, ja ich odwiozę – zaproponowała, ale naturalnie nie uniknęli tradycyjnej porannej awantury z Omerem, który zamknął się w ubikacji i nie chciał wyjść, ani łez Almy, która znowu miała spóźnić się przez brata do szkoły, i gdy Iris wyczerpana pożegnała się z dziećmi pod bramą i przyspieszyła, jadąc pod górę hałaśliwą ulicą, chcąc wyminąć autobus na przystanku, jej uszy uderzył najstraszliwszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszała, a potem zapanowała martwa cisza.

Ogłuszyła ją nie potężna eksplozja – niemal wulkaniczny wyrzut materiału wybuchowego, śrub, gwoździ i wkrętów zmieszanych z trutką na szczury, by rany mocniej krwawiły – lecz inny dźwięk, bardziej dojmujący i potworniejszy, głosy dziesiątków pasażerów autobusu, którzy naraz żegnali się z życiem, łkanie matek, które miały osierocić dzieci, krzyk młodziutkich dziewcząt, które nigdy nie miały dojrzeć, zawodzenie dzieci, które nigdy nie wrócą do domu, płacz mężczyzn rozstających się z żonami, lament miażdżonych ciał, pękającej skóry, nóg, które nigdy nie będą chodzić, rąk, które nie będą obejmować, piękna, które zwiędnie w pyle, ten lament słyszy teraz znowu i zakrywa uszy rękami, gdy ciężko osuwa się na kolana.

– Och, Iris. – On otacza ją ramionami. – Myślałem, że ten koszmar mamy już za sobą.

Ona stara się wyswobodzić z objęć.

– Zaraz mi przejdzie – mówi przez zaciśnięte usta. – Pewnie zrobiłam jakiś niewłaściwy ruch. Wezmę tabletkę i pojadę do pracy.

Ale jak wtedy, każdy ruch rozpada się na dziesiątki mniejszych, każdy kolejny boleśniejszy od poprzedniego, aż nawet jej, chociaż zawsze stara się nad sobą panować, by uchodzić za silną i nie tracić autorytetu, wymyka się głuchy jęk.

Z tyłu za jej plecami zaraz po jęku, który także ją zaskoczył, rozlega się nagle gwałtowne parsknięcie śmiechem, oboje odwracają głowy, patrząc w stronę korytarza, gdzie na końcu w drzwiach swego pokoju stoi ich syn, wysoki i szczupły, potrząsa grzywą włosów opadających na wygolone boki i rży radośnie jak koń:

– Hej, co wy tam wyprawiacie? Co tak na sobie siedzicie? Zachciało się wam zrobić mi małego braciszka?

– Omer, to wcale nie jest zabawne – mówi Iris z przyganą, chociaż obrazek, jaki mu się ukazał, także jej wydaje się śmieszny. – Rozbolała mnie dawna rana, musiałam usiąść.

Omer podchodzi do nich powolnym, niemal tanecznym krokiem, porusza się z gracją, ubrany tylko w cętkowane bokserki, jakim cudem im dwojgu udało się stworzyć tak perfekcyjne ciało?

– Spoko, siedź sobie – rechocze. – Ale dlaczego na tacie? I dlaczego tata też musiał usiąść? Jego też coś rozbolało?

– Jeśli się kogoś kocha, odczuwa się jego ból – odpowiada Miki pouczającym tonem, którego Omer, a w gruncie rzeczy ona także, szczerze nienawidzi, tonem, w którym kryje się przyszła uraza z powodu kolejnych szyderstw syna.

– Omer, podaj mi tabletkę, a właściwie dwie – prosi Iris. – Są w szufladzie w kuchni.

Kiedy połyka szybko środki przeciwbólowe, wydaje się jej, że samą mocą swojej decyzji może przegnać ból na zawsze, by zniknął bezpowrotnie. Bóle nie wracają ot tak, bez przyczyny z taką siłą, to niespotykane. Przecież wszystko wyleczono, pozszywano, ześrubowano, przeszczepiono podczas trzech różnych operacji w tamtym roku, gdy ciągle leżała w szpitalu. W ciągu dziesięciu lat przywykła do tego, że odczuwa pulsowanie bólu podczas zmian pór roku lub po większym wysiłku, nigdy nie odzyskała dawnej sprawności fizycznej, ale nie spodziewała się takiej nowej fali, potężnej, jakby tego ranka wszystko się powtórzyło.

– Omer, pomóż mi – prosi syna, a on podchodzi wciąż rozbawiony i wyciąga szczupłe, silne ramię. Udaje się jej wstać, co prawda musi oprzeć się o ścianę, ale nie podda się. Wyjdzie z domu, dotrze do samochodu, pojedzie do szkoły, będzie sprawnie kierować naradami, odbędzie spotkania, przeprowadzi rozmowy z nowymi nauczycielami, spotka się z urzędniczką z kuratorium, zostanie dłużej, by sprawdzić, jak wyglądają zajęcia w świetlicy, odpisze na wszystkie nagromadzone maile i odpowie na wiadomości, i dopiero po południu, w drodze powrotnej, gdy będzie siedzieć za kierownicą z zaciśniętymi z bólu ustami, znajdzie czas, by zastanowić się nad tym, że Miki został tam na kuchennym krześle przy drzwiach, z głową opartą na rękach także po jej wyjściu, a raczej ucieczce. Jakby przekazała mu swój ból, jakby to jego miednica została zgruchotana tamtego ranka dokładnie dziesięć lat temu, jakby to jego życie zostało przecięte.

W drodze powrotnej do domu, tkwiąc wśród dziesiątków innych pojazdów w pełznącym powoli ruchu ulicznym, przypomina sobie, jak zjawił się zasapany, z zawstydzoną miną przy jej łóżku na oddziale ratunkowym. Nie był pierwszy, ubiegli go na wpół obcy ludzie, do których dotarły szybko rozchodzące się wieści. Odwiedzający przychodzili w odwrotnej kolejności, od najmniej bliskich do najbliższych, siedmioletniego Omera i jedenastoletniej Almy, których przyprowadziła Dafna, jej przyjaciółka, na chwilę przed tym, jak przewieziono ją na salę operacyjną. Kiedy ujrzała ich idących w jej stronę, przypomniała sobie z przerażeniem, że tylko ich zapomniała zawiadomić. Udało jej się nagrać wiadomość na komórkę Mikiego i w domu matki, zakrwawionymi palcami naciskała klawisze, ocierając krew bluzką, zapomniała tylko zadzwonić do szkoły dzieci. Prawdę mówiąc, przez cały czas aż do chwili, gdy zobaczyła, jak podchodzą wystraszeni, ręka w rękę, kompletnie nie pamiętała o ich istnieniu, nie pamiętała, że ta kobieta, która przez moment leciała w powietrzu nad pełną płomieni ulicą, by na koniec uderzyć o jezdnię, jest matką.

W pierwszej chwili ich nie rozpoznała. Podchodzi do niej dziwna para, wyrośnięty chłopiec i drobniutka dziewczynka. On jasny, ona ciemna. On wzburzony, ona oniemiała. Dwa przeciwieństwa kroczą razem, powoli, z powagą, jakby zamierzali złożyć na jej grobie niewidzialny wieniec. Chciała przed nimi uciec, ale przecież była przypięta do łóżka, dlatego tylko leżała z zamkniętymi oczami, aż usłyszała, jak jąkają dwoma głosami: „mamo!”, i była zmuszona natychmiast wziąć się w garść.

– Miałam wielkie szczęście – oznajmiła pogodnym tonem specjalnie dla nich. – Mogło być o wiele gorzej.

– Wolno pani pokazać, że jest pani ciężko – powiedział później jeden z lekarzy. – Nie musi pani nic udawać. Proszę pozwolić im sobie pomóc, w ten sposób nauczą się pokonywać własne trudności.

Ale czuła, że nie może poddać się słabości na ich oczach, dlatego przez wiele długich miesięcy, dopóki rany się nie zagoiły, nie mogła znieść obecności dzieci.

Przypomina sobie, że Alma zawyrokowała chłodno, niemal obojętnie, jakby ustalała oczywisty fakt:

– To wszystko przez Omera. Gdyby nie schował się w ubikacji, wyszlibyśmy z domu wcześniej i w ogóle by cię tam nie było, gdy autobus wyleciał w powietrze.

Omer zaczął wrzeszczeć, kopiąc siostrę i rzucając się:

– Nieprawda! To wszystko przez ciebie! To wszystko dlatego, że chciałaś, żeby mama zrobiła ci doczepiany kok!

Kiedy Miki próbował go przytrzymać i uspokoić, chłopiec nagle wskazał na niego, oświadczając z podejrzliwością, która zwykle cechowała ich stosunki:

– To wszystko przez ciebie!

Możliwe, że dalej oskarżali się nawzajem, jakby chodziło o wydarzenie, które rozegrało się w zamkniętym kręgu rodzinnym, a nie zamach o charakterze nacjonalistycznym, zaplanowany i wykonany przez działaczy organizacji terrorystycznej, którzy w ogóle nie znali ich niewielkiej rodziny, ale wtedy już ją stamtąd zabrano, a jej uwagę odwróciła przerażająca rzeczywistość wielogodzinnej operacji, po niej długich miesięcy rehabilitacji i powrotu do zdrowia, a także nominacja, która czekała na nią na końcu drogi jak szczególna nagroda. Wiedziała, iż niektórzy utrzymywali, że gdyby nie została ranna, nie otrzymałaby w tak młodym wieku stanowiska dyrektorki szkoły, sama niekiedy się nad tym zastanawiała, ale obciążenie było tak ogromne, że nie stać jej było na żadne zbędne myśli. Przeżyła bez nich równo dziesięć lat, ale teraz, gdy parkuje samochód i niepewnym krokiem zmierza w stronę domu, wydaje się jej, jakby właśnie ocknęła się po trwającej dziesięć lat operacji, i dopiero teraz może poświęcić uwagę kwestii poruszonej wtedy przez dzieci, co więcej, zebrała przez ten czas spore doświadczenie, które może pomóc jej orzec, kto naprawdę zawinił.

Rozdział drugi

Winda, z której wchodzi się prosto do mieszkania, chociaż stwarza wrażenie, jakby prowadziła do zwykłej klatki schodowej, przydaje dramatycznego charakteru każdemu przybyciu do domu. Tego wieczoru, gdy rozsuwają się drzwi ze stali nierdzewnej i Iris wchodzi do środka, czuje się przez moment jak gość, nieproszony gość, który pomylił dzień albo godzinę, bo wewnątrz nikt na nią nie czeka. Z niemiłym uczuciem obrzuca spojrzeniem przestronny salon. Przeprowadzili się dalej od centrum miasta, żeby zyskać chociaż parę metrów kwadratowych, osobny pokój dla każdego z dzieci, dużą sypialnię z kątem do pracy, w nijakim bloku mieszkalnym na nowym, pozbawionym wdzięku osiedlu. W efekcie uzyskali więcej prywatności, lecz nie udało się im wypełnić wspólnej przestrzeni. Iris przygląda się uważnie salonowi, dużej kanapie i małej kanapie, dwóm fotelom i stolikowi do kawy stojącemu między nimi, oknom zapraszającym do środka miejski krajobraz z odrobiną pustynnego pyłu, jasnej, schludnej kuchni, gdzie na wyczyszczonej do połysku kuchence stoją dwa garnki, i zastanawia się przez chwilę, czy mieszkają tu prawdziwi ludzie, bo nagle uderza ją, że to miejsce jest puste, że brakuje najważniejszego.

Kwestie wystroju wnętrza nigdy specjalnie jej nie zajmowały, podobnie jak Mikiego – wystarczy, jeśli będzie miło i wygodnie, i żeby był spokój przed oczami. Przecież i tak wracają późno, a po kolacji zjedzonej z dziećmi ona przesiaduje godzinami przy komputerze, koresponduje z nauczycielami i rodzicami, łagodzi konflikty, organizuje spotkania i narady, układa swoje cotygodniowe przesłanie, czy to więc ważne, co położą na podłodze albo jakie meble kupią, najważniejsze, żeby było gdzie złożyć zmęczone ciało.

Drzwi do pokoju Omera otwierają się, ale nie wyłania się stamtąd on, lecz szczupła rudowłosa dziewczyna w obcisłej koszulce i skąpych figach, skrępowana pospiesznie przemyka do ubikacji, a Iris z uczuciem ulgi przygląda się jej wąskiej, giętkiej talii. Dorastanie Omera wiązało się z tyloma obawami, ale teraz wydaje się, że wszystkie podejrzenia okazały się fałszywe, ta dziewczyna jest tego kolejnym dowodem. Kiedy wychodzi z łazienki, Iris stara się rozpoznać jej twarz ukrytą za zasłoną długich włosów, czy widziała ją już kiedyś? W ostatnich miesiącach, kiedy budzi syna rano, z jego łóżka wyłania się czasami jakaś dziewczyna, nawet jeśli na własne oczy widziała, że udał się na spoczynek samotnie, jakby w nocy rozmnożył się przez pączkowanie.

Z zadowoleniem śledzi wzrokiem dziewczynę, która znika w pokoju Omera, i kieruje się do kuchni. Musi koniecznie coś zjeść choćby tylko po to, by móc połknąć kolejną tabletkę. W garnkach na kuchence czeka na nią parujący biały ryż i fasolka w sosie pomarańczowym jak włosy młodej kobiety. Ostatnio zaczęła prosić ich pomoc domową, żeby co jakiś czas coś ugotowała. Omer jest ciągle głodny, a kto miałby siłę stać przy garnkach i gotować po dniu pracy. Jak przyjemnie jest znaleźć na kuchence dwa pełne garnki, uwolnić się od niekończącego się obowiązku żywienia rodziny, ale odkąd jedzenie stało się łatwo osiągalne, wydaje się, że smakuje inaczej, wzmocniło się też jakieś niewyraźne poczucie obcości, jakby była to skromna robotnicza stołówka albo nijaki hotel, wszystko, tylko nie dom.

Co za głupstwa, parska śmiechem, co za głupstwa kotłują się jej w głowie od rana jak śmieci porwane gorącym wiatrem w porze chamsinu. Dom czy nie dom, czy to w ogóle ważne? Najważniejsze, że nie są głodni, najważniejsze, że mają dach nad głową, że mają pracę, że dzieci nie przysparzają większych zmartwień, żeby tylko wreszcie skończyła się ta męka, bo połyka kolejne dwie tabletki w nadziei, że powstrzymają fale bólu. Nadchodzą co jakiś czas jak skurcze, co minutę albo dwie, oplatają ciało, przeszywają miednicę kość po kości. Iris wyciąga się na kanapie z ciężkim westchnieniem. Gorący, nieprzyjemny wiatr początku lata wpada do domu, ale ona czuje chłód, gdy jej kości są tak miażdżone pod skórą. Wydaje się, że za chwilę odłamki rozsypią się niesione wiatrem na wszystkie strony, może wtedy ból wreszcie przejdzie. Zrezygnuje z nich, i nie tylko z nich, zrezygnuje ze wszystkich bolących organów tylko po to, żeby minął, jej ciało stopniowo stanie się puste. Nie może sobie pozwolić, by teraz przerwać, ma listy do napisania, kryzysy do zażegnania, zaraz wstanie i powlecze się do biurka z komputerem, usiądzie, przepasze swe lędźwie. Zastanawia się nad tym wyrażeniem, które najwyraźniej powstało z myślą o niej, bo właśnie tam zaczyna się ból, w rejonie bioder, które dawniej były szczupłe i wąskie jak biodra dziewczyny wchodzącej właśnie do kuchni w cętkowanych bokserkach Omera. Czy w takim razie on pojawi się w jej skąpych figach?

Spod półprzymkniętych powiek zerka na syna z dawną obawą, przecież zawsze był nieprzewidywalny.

– Szanowna pani dyrektor! – woła Omer w jej stronę i nie wiedzieć czemu, salutuje, a Iris zauważa z ulgą, że ma na sobie krótkie spodenki gimnastyczne i jest w świetnym humorze, jeśli tym razem jakieś serce ma zostać złamane, nie będzie to jego serce.

Iris przygląda się młodym ludziom, gdy jedzą, siedząc naprzeciwko siebie, raz po raz dokładając sobie na talerze.

– Dobre! – pomrukują z pełnymi ustami, jakby chwalili się nawzajem, jedzą i chichoczą.

Iris jest zdziwiona, jak niewiele ze sobą rozmawiają. Czy to jej obecność ich ucisza, czy też słowa nie są im potrzebne do okazywania bliskości? Tak bardzo różnią się od nas, myśli. Ja miałam dokładnie tyle lat co Omer dzisiaj, Ejtan był odrobinę starszy i nie przestawaliśmy rozmawiać, a bardzo rzadko się śmialiśmy. Nie mieliśmy wielu powodów do śmiechu, gdy jego mama słabła z każdym dniem. Ejtan, który był jedynakiem, zajmował się nią z oddaniem, godzinami siedział przy jej łóżku w szpitalu, a stamtąd przychodził do domu Iris, wysoki i chudy, z oczami rozjarzonymi smutnym zdziwieniem, a ona go karmiła, pocieszała, koiła swoją miłością.

Co oni w ogóle rozumieją, burzy się, z nagłą niechęcią patrząc na syna i jego dziewczynę, którzy jedzą i śmieją się, siedząc naprzeciw siebie przy stole, zaglądają do lodówki i wracają do stołu z kolejnym przysmakiem.

– Przepyszne – starają się sprecyzować pochwałę, ich palce zbliżają się do siebie, ale nie dotykają.

Iris odwraca wzrok. Dlaczego na widok tego radosnego obrazka ją mdli? A może to nie ma żadnego związku, przecież czuje mdłości od rana. Broń Boże nie życzy źle swojemu synowi, przeciwnie, jest wdzięczna, że zostało mu oszczędzone cierpienie Ejtana i jej cierpienie po tym, jak Ejtan z nią zerwał, bo natychmiast po zakończeniu siedmiu dni żałoby, gdy wyszedł ostatni gość, jeszcze zanim zdążyli pójść na grób, oznajmił chłodno, bez zająknienia, jakby przygotował z góry całą przemowę, że zamierza rozpocząć nowe życie, życie bez bólu, a ona nie może go z nim dzielić.

– To nic osobistego, Irisim – dodał wielkodusznie. – Po prostu mam dosyć tego ciężaru.

Tak jakby to ona go obciążała, choć przecież tylko starała się sprawić, by było mu lżej.

– Zrozum, nie mam jeszcze osiemnastu lat, chcę żyć – powiedział. – Chcę wyrzucić z pamięci ten potworny rok, a ty jesteś jego częścią.

Iris poczuła ogarniającą ją panikę, jeszcze po latach na wspomnienie tej chwili zaczynała drżeć. Jego szczęki pod gładką skórą policzków poruszały się bez najmniejszego wahania.

– Nie rozumiem, to kara za to, że byłam przy tobie, że wspierałam cię przez cały ten rok? – wymamrotała zaszokowana, a on odparł:

– To nie kara, Irisim, rzeczywistość mnie do tego zmusza. Gdybyśmy spotkali się teraz, wszystko byłoby inaczej. Na pewno zakochałbym się w tobie i bylibyśmy razem, ale spotkaliśmy się za wcześnie. Może kiedyś będziemy jeszcze mieć okazję, teraz jednak muszę się ratować.

– Ratować się przede mną? – zapytała zdumiona. – Co ja ci zrobiłam?

On ujął jej dłonie, przez chwilę wydawało się, że jest gotów złożyć jej wyrazy współczucia, smucić się razem z nią z powodu przymusu rzeczywistości, ale natychmiast cofnął swoje współczucie i ręce. Tego nie wybaczyła mu do dzisiaj, Ejtanowi Rozenfeldowi, swojej pierwszej miłości, a w pewnym sensie także ostatniej, bo od tamtego czasu nie udało się jej już nigdy poczuć czegoś tak absolutnego i niebudzącego wątpliwości. Do dzisiaj mu nie wybaczyła, że nie żałował jej ani ich miłości, ani okrutnego rozstania, które im narzucił, bo nawet jeśli było jego zdaniem konieczne, powinien opłakiwać je razem z nią, a nie zostawiać ją w ten sposób, samą z wyrokiem, który na nią wydał, z utratą sensu i treści, nadziei, zaufania, młodości. Strata ta wydawała się jej porównywalna ze stratą matki, jaką poniósł on, i dźwignęła się po niej z wielkim trudem.

– Mamo, co się dzieje? – Omer podchodzi do niej, najwyraźniej znowu jęknęła mimowolnie. – Co tak leżysz jak wór kartofli? Jest jakiś strajk, o którym nie słyszałem?

Ma smukłą klatkę piersiową, gładką i jędrną, także policzki są prawie całkiem gładkie jak kiedyś policzki Ejtana.

– Mój prywatny strajk – odpowiada Iris. – Bardzo mnie boli, przynieś mi tabletkę z szuflady i szklankę wody.

Ma nadzieję, że gdy ból minie, urwą się także wspomnienia. Od lat nie pozwoliła sobie na myśli o Ejtanie, od lat też nie leżała tak bezczynnie. Tymczasem nie zauważyła nawet, że jej syn prawie osiągnął jego wiek. Dziewczyna Omera zerka na nią z tą samą ciekawością, z jaką ona patrzyła na matkę Ejtana, gdy zobaczyła ją pierwszy raz, leżącą na kanapie w salonie ich malutkiego mieszkanka.

Był jedynym synem samotnej matki z amputowaną piersią. Kiedy był mały, jego matka przeszła operację. Iris pamięta zdziwienie w jego oczach na widok idealnej symetrii jej górnej części ciała, gdy po raz pierwszy zdjął jej ubranie. Pamięta także, jak zerkała ukradkiem na dekolt wyblakłej bluzy od piżamy matki Ejtana, gdy siedziała obok niego przy szpitalnym łóżku. Czegoś takiego jak pokryty bliznami krater, który ukazywał się, gdy się do nich pochylała, nie widziała nigdy, niepodobna do niczego, co znała, była także wielka jak księżyc czaszka chwiejąca się na chudej szyi. Lubiła tam przychodzić, gładzić go po wolnej dłoni, gdy drugą trzymał za rękę matkę. Lubiła ciszę szpitalnego oddziału, świętą ciszę toczącej się tam zażartej walki, oczekiwania na cud życia, które zostało odarte z kolejnych warstw, aż zostało tylko drżące, nagie wewnętrzne jądro, przejrzysty bursztyn, który nie chciał się roztopić, esencja egzystencji. Wyobrażała sobie, jak chodzi razem z Ejtanem po lesie więdnących, upadających drzew życia. Skąd mogła wiedzieć, że to oddanie dla niego i dla jego nieszczęścia wzbudzi w nim taką niechęć? Dla niej był to czas świętego posłannictwa, misji, zjednoczenia – byli razem, chłopiec i dziewczyna sami na świecie, starający się zmniejszyć cierpienie. On cierpienie swojej matki, a ona jego.

Przez wiele miesięcy czuła, że tam jest jej prawdziwy dom, przy łóżku tej chorej, dumnej kobiety, że to jest jej prawdziwa rodzina. Nie należy do swojej wymagającej, pełnej pretensji matki, wdowy wojennej, która dawała niewiele, a oczekiwała dużo, ani do braci bliźniaków, którzy urodzili się cztery i pół roku po niej i wypełniali dom zgiełkiem, lecz do nich – do tej subtelnej kobiety, która znosi ból bez słowa, i jej jedynego syna, który jest jej tak oddany. Ale gdyby mniej angażowała się w ich cierpienie, gdyby pilnowała swojej odrębności, nie zostałaby porzucona, bo przecież bardzo szybko dowiedziała się, że absolutne porzucenie to drugie oblicze absolutnego oddania.

Pewnego dnia na początku lata przyszła tam jak zwykle po szkole, niosąc w torbie kwaśne jabłko i torebkę mleka czekoladowego dla niego, ale zanim zdążyła wejść do pokoju, zobaczyła zza parawanu bezwłosą głowę, trzęsącą się z boku na bok z jakimś agresywnym buntem, którego nigdy wcześniej nie zaobserwowała. Ejtan wyszedł na korytarz pobladły i powiedział:

– Przyjdź później, Iris, to niedobry moment.

Stała znieruchomiała w drzwiach, wiedząc, że już tam nie wróci, ale nie mogąc się z nim rozstać.

Zobaczyła dwie pielęgniarki, pospiesznie wchodzące do pokoju, i usłyszała dobiegający stamtąd straszliwy, zwierzęcy charkot, to nie do wiary, że dobywał się z gardła tej subtelnej kobiety. Z nabożnym lękiem śledziła to, co działo się za parawanem, jakby stanęła przed boskim objawieniem, cudownym, nadnaturalnym zjawiskiem, o jakich uczą na lekcjach Biblii, płonący krzak, nadanie Tory, aż jedna z pielęgniarek zamknęła jej drzwi przed nosem i Iris odeszła chwiejnym krokiem, usiadła na ławeczce przy wejściu do szpitala, na skrawku ziemi niczyjej między krainą chorych a krainą zdrowych, i małymi kęsami jadła jabłko, które przyniosła dla niego, aż zapadł wieczór i Ejtan wyszedł zgarbiony z budynku, ze wzrokiem wbitym w popękane płytki placyku przed wejściem. Nie był zaskoczony jej widokiem i poszli powoli we dwójkę, tak jak mieli iść nazajutrz za jej ciałem owiniętym białym całunem, jakby osierociła ich oboje.

Tak samo była nieprzerwanie przy nim w czasie siedmiu dni żałoby, była siedemnastoletnią żoną przyjmującą gości składających kondolencje, nawet swoją matkę i braci. W nocy gładziła go po plecach, aż zasnął, a rano wstawała pierwsza i przygotowywała mieszkanie na nowy dzień. Właściwie w ten sposób wyobrażała sobie ich wspólną przyszłość, jako niekończącą się sziwę, kojący szmer żałoby, bolesny, a niekiedy szczęśliwy, który sprawiał, że wspierali się na sobie nawzajem i wzrastali razem jak dwie sadzonki w jednej doniczce, na jednym podłożu.

To były jej drugie narodziny, jej drugie sieroctwo, postanowiła, że narodzi się i zostanie przy nim sierotą, dlatego będzie jego matką i siostrą, żoną i matką jego dzieci, bo jej młode ciało pragnęło ze wszystkich sił urodzić mu dziecko, dziewczynkę, której nadadzą imię jego matki. Nocami, gdy szlochał przez sen, czuła, jak spomiędzy jej ud wychodzi łysa główka dziecka. Tylko ona będzie mogła ją urodzić na nowo, poprzez nią dać mu znak, tylko ona będzie mogła go pocieszyć, ale gdy sziwa dobiegła końca, okazało się, że została nie tylko sierotą, lecz także wdową, odartą ze wszystkich marzeń.

Spakowała swoje rzeczy do dwóch wielkich worków na śmieci i poszła na przystanek autobusowy nieporuszona, wyprostowana, nie oglądając się za siebie. Wsiadła do autobusu odpowiedniej linii i wysiadła na odpowiednim przystanku, dotarła do domu i położyła się w ubraniu do łóżka, kładąc obok torby z rzeczami. Leżała tam z otwartymi i suchymi oczami do przyjścia matki. Nie odpowiadała na pytania, bo ich nie słyszała, nie reagowała na nieustające błagania, żeby wstała, zjadła coś albo wzięła prysznic. Pod jej suchymi oczami jej ciało skamieniało i pozostało zastygłe w tej samej pozie przez wiele dni.

– Byłam kiedyś sparaliżowana ze smutku – wyznała Mikiemu na krótko przed ślubem. – Przez kilka tygodni leżałam jak sparaliżowana, ale już jest w porządku i to nie wróci.

Miki oczywiście chciał dowiedzieć się czegoś więcej, ale także w tym nie zaspokoiła jego oczekiwań. Tylko jej matka paplała co jakiś czas, ujawniając ten czy inny szczegół, i Iris na próżno wbijała w nią groźne spojrzenia.

– Owszem, miałam kryzys, ale jaka siedemnastolatka nie przeżywa kryzysów miłosnych? – kwitowała, chcąc umniejszyć wartość tego wspomnienia także przed sobą, bardziej skupiając się na nielojalności swojej matki niż na sednie sprawy. Ale jakie było sedno sprawy? Zastanawiała się nad tym co jakiś czas. To, że o mało nie umarła z miłości? Co było bardziej zaskakujące, jej choroba czy wyzdrowienie? Fakt, że ostatecznie udało się jej wybrać na nowo życie, że narodziła się z powrotem pojedyncza i samotna w powoli zapełniającej się pustce?

Kiedy jej córka dojrzewała i przeistaczała się w nastolatkę, w napięciu obserwowała jej życie uczuciowe, obawiając się podobnego kryzysu, ale Almie do dziś wystarczały krótkie, powierzchowne związki, choć także w tym można naturalnie znaleźć powód do zmartwienia, aczkolwiek nie w tej samej mierze. Jej córka nie była zresztą skłonna do zwierzeń, a syn wydawał się rozluźniony i swobodny przy tej dziewczynie chodzącej w jego majtkach, wydaje się, że to zagrożenie nie ziści się w najbliższym czasie, może więc przestać śledzić młodą parę, która krystalizuje się na jej oczach. Tymczasem ból zelżał odrobinę, pozostawiając ją oszołomioną. Wyczuwa go, jak obserwuje ją z oddali, pozwala jej dźwignąć się powoli z kanapy i usiąść przy komputerze jak co wieczór, żeby mogła napisać swoje cotygodniowe przesłanie w dodatku do zawiadomień i zaleceń, pytań i odpowiedzi. O czym napisze dziś wieczorem? Może spróbuje wnieść trochę życia w ostatnie tygodnie tego roku, pomiędzy Dniem Pamięci a świętem Szawuot, w tym pełnym znużenia okresie, który następuje po upływie większej części roku, lecz przed końcem. Okres ten ma decydujące znaczenie, znacznie większe, niż mogłoby się wydawać, bo jeśli coś może jeszcze się zmienić, to zmieni się teraz, w przerwie między pamięcią a odnową.

Rozdział trzeci

Od wielu lat nie widziała na zegarku tej godziny: trzecia czterdzieści w nocy. Godzina nie do zniesienia. Od wielu lat pilnuje swego snu, jakby to była kwestia życia i śmierci. O dziesiątej rozpoczyna czynności kończące dzień.

– Posiedź jeszcze trochę, dokąd tak się spieszysz? – rzuca co jakiś czas Miki sprzed telewizora. – Zaraz zacznie się ten film, o którym mówili Dafna i Gidi.

Albo:

– Ten serial naprawdę jest świetny, spodoba ci się.

Czasami nic nie mówi, tylko z goryczą patrzy, jak ona odchodzi.

– Muszę się wyspać, czeka mnie ciężki dzień, z samego rana mam naradę – wygłasza Iris stałą formułę, ale także gdy nie ma narady, zawsze jest w szkole pierwsza. Każdego ranka, zimą i latem, stoi przy bramie wejściowej i wita wchodzących uczniów, życzy im miłego dnia, pamięta imiona wszystkich dzieci, zamienia parę słów z rodzicami. Na jej mężu to nie robi wrażenia.

– Nie ty jedna ciężko pracujesz. Nie tylko ty wcześnie wstajesz.

– Przykro mi, jestem wykończona. Oczy same mi się zamykają – bąka i wysuwa się spod jego ramienia, które próbuje ją zatrzymać. Doskonale wie, że nie tylko wczesna godzina budzi jego protest, lecz przede wszystkim decyzja, którą podjęła po wyprowadzce Almy z domu przed kilkoma miesiącami, by zamienić opuszczony dziewczęcy pokoik w swoją sypialnię.

– Nie chcę nic przez to powiedzieć – perswadowała. – Wygodniej mi spać samej, to wszystko. Wspólne spanie to prymitywny zwyczaj, ludzie tylko sobie przeszkadzają, są nawet badania na ten temat. Przecież nie cierpisz, kiedy cię budzę, gdy chrapiesz!

Owszem, Miki oczekiwał, że zaakceptuje z miłością jego chrapanie, na pewno zaś nie spodziewał się, że przeniesie się do wąskiego łóżka Almy i zamknie za sobą drzwi.

– To nie jest przeciwko tobie, tylko dla mnie. W końcu chodzi tylko o spanie, to nie musi mieć wpływu na nasze życie intymne – powtarzała wciąż, naprawdę wierząc szczerze, że to nie będzie mieć wpływu, dlaczego miałoby mieć? Można by pomyśleć, że ludzie kochają się przez sen, że przez sen prowadzą szczere rozmowy, a poza tym i tak gdy Alma przyjedzie do domu, ona zwolni jej pokój i wróci do podwójnego łóżka. Ale nikt nie mógł przypuszczać, że Alma będzie przyjeżdżać tak rzadko, ledwo raz na miesiąc, i że rzeczy leżące zazwyczaj na stoliku przy ich podwójnym łóżku zawędrują do opuszczonego pokoju i zostaną tam na stałe. Krem pod oczy, szklanka wody, skarpetki – zawsze zimno jej w stopy – krem do rąk, książka albo dwie, rzeczy stopniowo się mnożą, aż Almie podczas ostatniej wizyty wyrwało się:

– Pięknie, mamo, zajęłaś mi cały pokój! Chcesz, żebym spała z tatą zamiast ciebie?

Naturalnie czym prędzej pozbierała swoje rzeczy, zaniosła je na poprzednie miejsce i postanowiła w duchu, że trudno, nie ma wyjścia, będzie spać z powrotem z Mikim, ale ku jej niezadowoleniu okazało się, że to wszystko, co przeszkadzało jej wcześniej, teraz przeszkadza jej sto razy bardziej. Po pewnej nocy, gdy nie zmrużyła oka, leżąc obok męża, zdała sobie sprawę, że nie może się doczekać, aż córka zwolni wreszcie swoje łóżko i wyjedzie, wróci do współlokatorskiego mieszkania, które wynajęli jej w Tel Awiwie, co faktycznie nastąpiło pod wieczór. W ten weekend była tak zmęczona, że nie udało się jej nawet porozmawiać poważnie z córką, dowiedzieć trochę więcej o jej zajęciach i planach, chociaż zapewne Almie udałoby się wykręcić od rozmowy także ze znacznie bardziej wypoczętą matką, przecież nic nie robi i nie ma żadnych planów, poza tym, że pracuje jako kelnerka na wieczorną zmianę w restauracji na południu miasta, a w dzień śpi.

Skąd wzięła się im taka córka, bez żadnej ambicji, do niczego nie dążąca. Od dziecka nie była w stanie wytrwać dłużej przy żadnych zajęciach dodatkowych, niczym się nie interesowała, godzinami siedziała przed telewizorem albo przed lustrem, kto wie co jest gorsze. Przez tyle lat widziała swoich rodziców pracujących ciężko i nic z tego sobie nie przyswoiła. Gdyby nawet udało się jej porozmawiać z Almą w weekend, córka pewnie zaśmiałaby się drwiąco:

– Spoko, mamo, wyluzuj wreszcie, nie jestem twoją uczennicą albo żołnierką, przecież traktujesz ich jak małych żołnierzy.

– To dlaczego zapisują się do mnie tłumnie, skoro tam jest tak okropnie? – Od razu zaczynała się bronić, odtwarzając w głowie szczegółowo rozmowę, która się nie odbyła, lecz podobne dialogi trzeszczały między nimi w ostatnich latach, urwane, wykrzywione. Ich celem było zbliżenie, lecz zawsze oddalały, miały coś wyjaśnić, a pogłębiały mgłę. Naiwnie spodziewała się, że córka będzie z niej dumna, że będzie podziwiać dzieło jej życia, kiedy wzięła w swoje ręce podupadającą szkołę na biednym osiedlu i zamieniła ją w najchętniej wybieraną placówkę w mieście. Z pewnością nie spodziewała się takiej drwiny.

– Widocznie im to odpowiada, ale mnie nie – oświadczała Alma, obrzucając ją prowokacyjnym spojrzeniem z dołu do góry. Jakim cudem urodziło im się tak niskie dziecko? Wszystkie córki jej koleżanek przerosły swoje matki, tylko Alma została nieduża, chociaż oboje są raczej wysokiego wzrostu. W pierwszych latach życia prawie nie jadła, nie zdawały się na nic żadne błagania i groźby. Tylko przed telewizorem, kiedy coś odwracało uwagę dziecka, udawało się niekiedy ją nakarmić. Iris wkładała jej do buzi trójkącik omletu, plasterek żółtego sera, kawałek warzywa, a dziewczynka poruszała szczękami machinalnie, żuła i połykała do czasu, aż się ocknęła, jakby obudziła się ze snu, i gwałtownie protestowała.

Jakże waliło jej serce przy tym ukradkowym karmieniu. Jakby jej córka stała na skraju wysokiego dachu, a ona musiała podkraść się do niej bezszelestnie i złapać ją, zanim zauważy jej obecność. Każdy zjedzony trójkącik omletu oddalał Almę o krok od upadku. Iris była młodą matką i wydawało się jej, że chudość dziecka źle świadczy o niej, starała się walczyć wszelkimi sposobami, potem jednak urodziła Omera i jego wymagająca obecność wyssała z niej siły do tego stopnia, że z trudem udawało się jej wytrwać w tych manewrach, podchodach, staraniach, błaganiach i groźbach. To oczywiście było dobre dla wszystkich. Faktem jest, że jej córka przeżyła. Najwyraźniej jadła dość, by przeżyć, a w wieku dorastania nabrała nawet zdrowego apetytu, podczas gdy wszystkie jej koleżanki się głodziły, ale było już za późno, by miało to wpływ na wzrost, pozostała niska i szczupła, wyglądała na dwunastolatkę o zapierającej dech urodzie, z wielkimi oczami o barwie ciemnych winogron, z długimi, prostymi włosami, połączenie dziecinnego ciała z dorosłym, uwodzicielskim wyrazem twarzy.

Kto wie, kogo właściwie uwodzi jej córka. Na pewno nie wiedzą tego jej rodzice, bo przecież wszystkie pytania spotykają się z agresywną reakcją. Odkąd wyprowadziła się do Tel Awiwu, całkowicie stracili możliwości kontroli i uzyskania wiadomości, pozostali zdani na jej łaskę. Co jakiś czas wymyka się jej jakaś drobna informacja, lecz każda próba jej poszerzenia kończy się awanturą, o imprezie, na której była, o kelnerce, z którą się zaprzyjaźniła, lecz jeśli próbują uchwycić się tych skrawków, by zbliżyć się do córki, przy następnym spotkaniu albo w rozmowie telefonicznej w ciągu tygodnia, ona zaprzeczy wszystkiemu, jakby był to wytwór ich wyobraźni.

– Ona nas karze – powtarza Iris co jakiś czas Mikiemu, a on wzrusza ramionami przecząco:

– Nic podobnego, za co miałaby nas karać?

Iris mogłaby wyliczyć z łatwością powody, chociaż nie ma to sensu – za Omera, który odebrał jej uwagę rodziców, potem wiadomo za co, tamten potworny rok, szpitale, operacje, rehabilitacja, cały rok, gdy z trudem funkcjonowała. Kiedy wracała do domu, była od nich całkowicie zależna, ale większość czasu przebywała w szpitalach, bo miała pękniętą miednicę, podziurawione nogi, odłamki w klatce piersiowej. Trzeba było usztywnić miednicę prętami, złożyć połamane nogi, przeszczepić skórę w podziurawione miejsca. W niektórych rejonach ciała utraciła czucie, inne z kolei odczuwały wszystko stokrotnie, musiała nauczyć się na nowo chodzić i siedzieć, oderwać od łoża boleści, uwolnić od strachu przed wychodzeniem z domu i paniki, jaką budził w niej zgrzyt silnika autobusu ruszającego z przystanku.

Po powrocie do życia zastała inną dziewczynkę, zamkniętą i niemal wrogą, nieodstępującą ojca, rzucającą jej oskarżycielskie spojrzenia. Także w nauce Alma poprzestawała od tamtej pory na koniecznym minimum, dokładnie tak jak kiedyś przy jedzeniu, odmierzała naukę miarką kuchenną, bez ciekawości, tylko po to, by przebrnąć jakoś przez kolejne etapy systemu edukacji. A ona? Właśnie wtedy wygrała konkurs na stanowisko dyrektorki szkoły, spragniona wróciła do życia, bardziej zajęta niż kiedykolwiek, być może nie poświęcała córce wystarczająco wiele uwagi. Omer zawsze potrafił upominać się o swoje, ale Alma najwyraźniej należy do tych ludzi, którzy spodziewają się czegoś, a potem doznają zawodu jak jej ojciec. Dzieci śledziły jej rehabilitację i proces zdrowienia z automatycznym zainteresowaniem, jednocześnie rozpaczliwym i chłodnym, i czasami czuła przy nich obojgu, jakby w ciągu tych kilku sekund, gdy unosiła się w powietrzu nad ziemią, przeniosła się z prędkością dźwięku do innej krainy, z której nie ma powrotu.

Co jakiś czas Miki wchodził do sypialni, gdzie leżała miesiącami przykuta do łóżka, przynosząc talerz z dziwną potrawą, szklankę herbaty, która zdążyła wystygnąć, i domagał się odpowiedzi na temat jej samopoczucia, pytał, czego jej trzeba. Czasem, rzadko, prosiła go o bliskość:

– Usiądź przy mnie na chwilę, opowiedz mi, co słychać.

Wydawało się, że to przekracza jego siły. Z pewnością był wyczerpany i przytłoczony opieką nad nią i dziećmi, ale poza tym miała wrażenie, że jest zimny jak herbata, którą jej przynosił, dziwny jak potrawy, które gotował, że przez wiele miesięcy nie może spojrzeć jej w oczy, jakby czuł się winny temu, co ją spotkało.

Czasami nawet z tego żartowała. Przecież niecały rok wcześniej wprowadzili się do nowego mieszkania z windą, która budziła w Mikim wielki entuzjazm.

– Po co nam winda, gdy mamy po trzydzieści pięć lat? – dziwiła się Iris, a poza tym w ogóle bardziej podobało się jej inne mieszkanie, z widokiem na Morze Martwe i dużym balkonem, które wydawało się jej nieporównanie bardziej atrakcyjne, ale Miki, który zawsze utrzymywał, że jest dalekowzroczny, stwierdził: „Nie wiadomo, co się stanie, winda zawsze może się przydać”. Wkrótce jego słowa okazały się prorocze, gdy została ranna, dlatego śmiała się, że był doskonale poinformowany i że większy pożytek mieliby z niego w służbach bezpieczeństwa niż w dziedzinie high-tech.

Ale jego to nigdy nie bawiło, a teraz o trzeciej czterdzieści, albo trochę później – nie odważa się znowu spojrzeć na zegarek – kiedy ból nie pozwala jej z powrotem zasnąć, zaczyna nagle odtwarzać chwilę po chwili tamten ranek, zastanawia się znowu nad całkowicie przypadkową kombinacją czasu i przestrzeni, która może doprowadzić do największego nieszczęścia lub do najbardziej poruszającego cudu.

Pamięta, że poprzedniego wieczoru Miki został w pracy do późna, spała już, gdy wrócił, a gdy się obudziła rano, był już ubrany. Powiedział, że się spieszy, że dzwonili do niego z pracy. W tamtym okresie przebywał w domu znacznie mniej niż teraz. Kiedy dzieci potrzebowały go bardziej, rzadko był obecny, a dzisiaj, gdy nie ma to większego znaczenia, wraca wcześnie, godzinami rozgrywa błyskawiczne partie szachów na komputerze, a potem z westchnieniem wyciąga się na kanapie przed telewizorem. Ale rano zawsze był w domu także wtedy i pomagał przy dzieciach, to znaczy zajmował się Omerem, który chodził do pierwszej klasy i tak tam cierpiał, że z trudem można było wyciągnąć go z domu. Zamykał się w ubikacji i nie pomagały groźby ani obietnice, tablice dobrego zachowania ani naklejki.

Tamtego ranka Omer był zresztą stosunkowo pogodny. Iris pamięta, jak podskakiwał jak szalony na podwójnym łóżku, kiedy Miki był już ubrany, a ona dopiero się budziła. Był rześki, a nawet nieco chłodny poranek początku lata i Miki miał na sobie starą, cienką marynarkę w kolorze musztardy, której nie lubiła, a z którą on nie chciał się rozstać. Omer wyśpiewywał coś na cały głos i uniemożliwiał im usłyszenie siebie nawzajem, przekręcając dla zabawy słowa. „Sześciolatki i siedmiolatki malują siuśkami i kupą”, wrzeszczał i jak zawsze udało mu się wytworzyć napiętą, nerwową atmosferę.

– Wychodzisz już? – zdziwiła się Iris. – Nikt jeszcze nie jest gotowy, nawet nie ma siódmej.

– Ja mam siedem lat, zapomniałaś? – wrzasnął Omer.

– Dzwonili z pracy – powiedział Miki. – Mają jakąś awarię systemu. Muszę to naprawić.

– O tej porze? – zdziwiła się znowu, jakby był środek nocy, a on powiedział:

– Omer, ucisz się wreszcie – chociaż w tym akurat momencie chłopiec podskakiwał w ciszy, która natychmiast zamieniła się w głośny jęk, a ten następnie przeszedł w prowokacyjną piosenkę „Tata siusiu tata kupa mówi do mnie jak wariat”, to zaś zmusiło ją do interwencji:

– Omer, przestań, zabraniam ci tak się wyrażać!

Miki, który często wycofywał się z raz podjętych decyzji, zaczął z powrotem rozpinać blezer:

– Nieważne, zostanę w domu i odwiozę ich jak zawsze.

Szkołę dzieci miał po drodze on, a nie ona, zresztą ona była wtedy na rocznym urlopie i kończyła pisać pracę magisterską, lubiła spokojnie brać prysznic i pić kawę po wyjściu wszystkich z domu, ale odgadła z wyrazu jego twarzy, że chciałby już wyjść, że usterka w systemie go dręczy, i postanowiła zrezygnować z jednego swobodnego ranka, żeby wynagrodzić mu coś innego, znacznie potężniejszego, przez co zawsze czuła wobec niego szczyptę współczucia, ziarenko poczucia winy, które sprawiało, że czasem była zła na niego, a czasem na siebie.

Usiadła na łóżku, naprzeciw którego znajdowała się szafa z lustrem. Jej twarz w odbiciu wydawała się blada i wymęczona, czarne włosy miała rozczochrane. Przygładziła je i spojrzała na zatroskany profil męża. Omer wybiegł już z sypialni i najwidoczniej zaczął rozrabiać w pokoju Almy, bo natychmiast rozległy się jej znajome krzyki:

– Wynoś się stąd! Tato! Mamo!

Iris zerwała się z łóżka i mijając Mikiego, powiedziała:

– Idź, zajmij się swoim systemem, ja sobie z nimi poradzę.

Miki przesuwał zamek blezera w górę i w dół, idąc naprzód i cofając się, i lekki ruch jego palców przypieczętował wyrok, jaki ważył się wówczas między nimi, w dziesiątkach innych domów, w których ludzie przygotowywali się do podjęcia codziennej rutyny, myli swoje ciała, które miały być pochowane w ziemi, pochylali się, by włożyć buty na nogi, które miały zostać obcięte dokładnie godzinę później, smarowali kremem nawilżającym skórę, która miała się spalić, pospiesznie żegnali się z dzieckiem, którego mieli już więcej nie zobaczyć, zmieniali pieluchę niemowlęciu, któremu pozostała tylko godzina życia, i tak samo ona, w wyblakłej bluzce w paski i dżinsach, związując byle jak włosy, bo niebawem miała wrócić do domu, obiecując Omerowi pizzę na obiad w zamian za to, że wyjdzie szybko z kryjówki, przygotowując dla nich kanapki i wkładając je do tornistrów, nawet zdążyła jeszcze upiąć Almie wyjątkowo udany kok, zanim wyszli z domu. W samochodzie wysłuchali końcówki wiadomości o ósmej i Alma wrzasnęła, że znowu spóźni się przez brata, ale po niecałych dziesięciu minutach oboje stali już przed szkolną bramą, a Iris z przyjemnym poczuciem ulgi przyspieszyła, jadąc pod górę i wymijając stojący na przystanku autobus. Skąd wzięło się to poczucie oswobodzenia, zastanawia się teraz, co tam było takiego, co sprawiło, że poczuła nagłą ulgę, kilka sekund przed tym, jak runęło jej życie? Czy naprawdę powinna przywiązywać aż tak wielką wagę do tamtej chwili, w której powiedziała mężowi, że może wyjść? Dziś ma wrażenie, że był to od początku uroczysty poranek, zapowiadający dramatyczny zwrot akcji, rozumie to dopiero teraz, może także dlatego uparła się wyminąć autobus, który zasygnalizował, że odjeżdża z przystanku, ale ona nie ustąpiła, podjechała tuż obok, a nawet zatrąbiła, co było całkowitym przeciwieństwem jej zwykłego, cierpliwego stylu jazdy. Ale dźwięk klaksonu utonął w uderzeniu eksplozji.

Spieszył się, a ja powiedziałam tylko, że może już wyjść. Jak wielkie znaczenie można przypisywać czemuś takiemu? W retrospekcji każdy najmniejszy szczegół wydaje się mieć decydujące znaczenie, ale rzeczy trzeba widzieć jak najprościej, w ich prawdziwym czasie, pozbawione przebrań, w jakie odziała je przyszłość. Przekręca się na łóżku z wysiłkiem, podpierając biodra rękami, przypominając sobie znowu, jak bardzo bolesny może być najlżejszy ruch. Ku swemu zdumieniu słyszy w kuchni szmery, ktoś spuszcza wodę w ubikacji. To nie są prędkie ruchy Omera, to pewnie Miki, dziwne, że on też nie śpi. Już piąta nad ranem, nie wie, jak wytrzyma kolejny dzień.

– Miki? To ty? – pojękuje.

– Wołałaś mnie? – Jej mąż otwiera drzwi i zagląda do sypialni, jego wygolona czaszka przez chwilę sprawia wrażenie, jakby unosiła się oderwana w powietrzu, przypomina jej łysą głowę chorej matki Ejtana i Iris ogarnia panika. Co się z nią dzisiaj dzieje, co się z nią dzieje tej nocy, nie może dopuścić, żeby tak było dalej. To wszystko przez niego, po co w ogóle musiał jej to przypomnieć, jakby chodziło o rocznicę ślubu albo urodziny, Omer miał rację, mówiąc kiedyś, że to wszystko przez tatę. – Co się stało? – pyta Miki łagodnie. – Dlaczego nie śpisz?

– Strasznie mnie boli – mówi Iris. – Daj mi jeszcze jedną tabletkę.

Jej mąż wraca z kuchni z opakowaniem.

– Opróżniłaś całą szufladę – zauważa. – Nie przesadzasz z tymi lekami?

– A mam inne wyjście? – odgryza się, gdy on siada obok niej na łóżku i mówi:

– Chyba tak, podobno mają teraz najrozmaitsze nowe metody, trzeba to sprawdzić. Jest laser, są zastrzyki z kortyzonu, różne rzeczy. Może zapiszesz się do poradni leczenia bólu?

– Poradnia leczenia bólu? Już? – dziwi się Iris.

Miki zawsze wybiega myślą naprzód, jak wtedy z windą. Ona myślała tylko o następnym ranku, w ogóle nie brała pod uwagę, że ból utrzyma się dniami i tygodniami.

– Uważasz w takim razie, że to może być długotrwałe – wzdycha. – Co za koszmar, nauczyłam się traktować serio twoje ostrzeżenia po tym, jak przewidziałeś zamach.

– Akurat przewidziałem. – On uśmiecha się z goryczą. – Dobrze, że nie twierdzisz, że to ja go zorganizowałem.

Iris połyka tabletkę i próbuje usiąść, opierając się o wielką poduszkę, którą Alma dostała od koleżanek z okazji pójścia do wojska.

– A właściwie dlaczego tak się wtedy spieszyłeś? Na ogół kiedy pracujecie do późna, nie przychodzicie rano aż tak wcześnie.

On odpowiada od razu, jakby ta myśl obudziła także jego w środku nocy:

– Nie pamiętasz? Doszło do usterki i cały system padł.

– To dziwne – zauważa ona. – To się nie stało nigdy wcześniej ani nigdy później, w każdym razie nie o takiej porze.

– Zostaw, nie rozdrapujmy znowu tej rany, wiesz sama, jak bardzo się tym dręczyłem – mówi Miki. – Gdybym odwiózł wtedy dzieci, zostałbym ranny zamiast ciebie, a prawdopodobnie w ogóle nie zostałbym ranny, bo wyszlibyśmy kilka minut wcześniej. Wszystko byłoby inaczej, gdybym tamtego ranka się nie spieszył. Może mielibyśmy jeszcze jedno dziecko, a może w ogóle byśmy się rozstali.

– Rozstali? – powtarza oniemiała Iris, a on mówi:

– Tak, być może byś mnie zostawiła, przecież zawsze czułaś, że zasługujesz na kogoś atrakcyjniejszego. Ale zajmowałem się tobą tak dobrze, że już nie mogłabyś sobie na to pozwolić.

Ona wpatruje się zdziwiona w ogoloną czaszkę męża, jak tajemniczy jest umysł drugiego człowieka, jest jeszcze bardziej niezgłębiony, gdy patrzy się na niego z perspektywy kolejnych zdarzeń.

– O czym ty mówisz? – protestuje. – Wcale nie zajmowałeś się mną aż tak dobrze! Jedzenie było koszmarne, przez cały czas mnie unikałeś, zachowywałeś się dziwnie. Gdybym chciała cię zostawić, to naprawdę nie miałabym z tym problemu. Może w ogóle to ty chciałeś mnie zostawić, ale już nie mogłeś? – mówi, podczas gdy jego duża głowa przysuwa się coraz bliżej. – Co dokładnie było nie tak z tym systemem?

– Co jest nie tak z twoim systemem? – śmieje się Miki i próbuje ją pocałować. – Zapomniałem już, jak wyglądasz w nocy, odkąd opuściłaś mnie w sypialni.

Ona stara się go odepchnąć:

– Nie zmieniaj tematu, Miki, co było takiego pilnego? Przecież wróciłeś do domu w środku nocy, jeśli nie nad ranem. Dlaczego nie wezwano kogoś innego, żeby naprawił usterkę?

On protestuje:

– O co ci chodzi? Dlaczego nagle sobie to przypomniałaś? Minęło dziesięć lat, to od dawna już jest za nami!

– Boli mnie tak, jakby to było wczoraj – stęka Iris, a on szepcze:

– Pokaż mi, gdzie cię boli.

Zsuwa jej koszulę nocną aż do bioder i pochyla się nad nią, Iris czuje gorący oddech na pokrytej bliznami skórze, która przykrywa platynowe płytki, implanty, druty i śruby, odłamki tkwiące w ciele, wszystko to zgrzyta w proteście przeciwko jego dotykowi. Wyrywa się jej krzyk głośniejszy, niż zamierzała:

– Nie dotykaj mnie, to boli!

– Znalazłaś sobie idealną wymówkę! Może po prostu przyznaj, że nigdy cię nie pociągałem – mruczy Miki i cofa ręce, kładzie je na kolanach i nie wiadomo dlaczego wpatruje się w nie, a ona prycha ze złością:

– Nie wierzę, że to słyszę. Co cię dzisiaj napadło? Znalazłeś sobie dobry moment na rozliczenia?

– To ty rozliczasz się ze mną – mówi on. – Nagle musisz koniecznie wiedzieć, co spowodowało usterkę systemu? Przesłuchujesz mnie, jakbym spieszył się do kochanki.

– To mi w ogóle nie przyszło do głowy – oświadcza ona głucho. – O czym ty mówisz? Czego teraz chcesz ode mnie?

Jej mąż mówi z pretensją:

– Naprawdę niewiele, odrobinę miłości, trochę ciepła, żebym czuł, że mam w domu żonę.

– Dość mam tego wiecznego użalania się nad sobą – mówi Iris na to. – Nie chodzi teraz o ciebie, tylko o mnie, boli mnie, a wszystko, co możesz mi zaoferować, to seks? Dlaczego nie można otrzymać odrobiny współczucia bez seksu?

– Nigdy w życiu cię nie zrozumiem – protestuje Miki, łapiąc się za głowę. – Zawsze coś jest nie tak! Albo narzekasz, że cię unikam, albo za bardzo się zbliżam!

W niej budzi się już powracająca ciągle litość.

– To wyłącznie kwestia odpowiedniego momentu. Nie ma reguł zachowania, czasami człowiek chce bliskości, czasem potrzebuje oddalenia. Jesteśmy razem od stu lat, nie mów, że tego nie rozumiesz.

– Jasne, że rozumiem, pani dyrektor, tylko niestety coraz rzadziej chcesz bliskości – cedzi Miki, a ona ripostuje:

– Są rozmaite rodzaje bliskości, szkoda, że znasz tylko jeden.

On prostuje się z westchnieniem, na jego nagich plecach smugi porannego światła rysują delikatne prążki, jakby przywdział skórę zebry.

– Są rozmaite rodzaje oddalenia – mówi. – Szkoda, że znasz tylko jeden. Miłego dnia.